Uliczne latarnie rozświetlały okolice centrum bladożółtym światłem, za sprawą którego Warszawa zdawała się skąpana w fotograficznych tonach sepii. Unosząca się nisko mgła otulała sylwetki przechodniów mknących we wszystkich kierunkach świata w towarzystwie własnych trosk, sukcesów, niepowodzeń, spełnionych oraz zawiedzionych oczekiwań roszczonych wobec zmierzchającego się już dnia. Tymczasem dla pewnego mężczyzny, który krzątał się po pokoju hotelowym przy Alejach Jerozolimskich, wieczór wcale nie dobiegał końca, chociaż inną osobę na jego miejscu dawno zmogłoby już zmęczenie powodowane zbyt intensywnym trybem życia, jaki prowadził.
- Muszę kończyć - rzekł do telefonu po raz setny, chcąc zakończyć słowotok rozmówcy, od którego próbował uwolnić się od przeszło godziny. Złapał się pod boki i wypuścił nerwowo powietrze. Nie miał czasu ani sił na słuchanie krytyki, a jednak nie potrafił ot tak rzucić słuchawką. - Tato, jestem spóźniony... - spróbował ponownie, licząc, że może teraz do jego uszu dobiegnie hejnał wolności pod brzmieniem krótkiego sygnału, po którym będzie mógł wreszcie zająć się sobą. Nie zawiódł się, ale nim zdążył podziękować w myślach za ciszę, jaka nastała, w miejscu ojcowskiego głosu rozkrzyczały się wyrzuty sumienia.
Westchnął ciężko, po czym spojrzał na zegarek. "Jebać" - pomyślał i zaczął szykować się na spotkanie. Zapiął śliwkową koszulę pod samą szyję, z mechaniczną precyzją wygładził spodnie od garnituru, narzucił na ramiona doskonale skrojony płaszcz, a na koniec zgarnął teczkę z łóżka - wciąż niezaścielonego, pachnącego marihuaną, tytoniem oraz kobietą, z którą Piotr spędził ostatnią noc. Pozłacana plakietka z numerem sto błysnęła w świetle jaśniejących lamp, gdy zamknął za sobą drzwi. Zmęczony zmierzał do windy, przeżywając kolejną dobę nieróżniącą się od poprzednich. Niemniej stanowiła konsekutywny krok do dowiedzenia postronnym, że jest właściwą osobą na właściwym miejscu. Chcąc osiągać postawione sobie cele za wszelką cenę, nie zauważył, kiedy działanie na najwyższych obrotach stało się ważniejsze od czegokolwiek innego, zwłaszcza od odraczanej po wielokroć potrzeby odpoczynku. Choć zawrotne tempo życia sprawiało, że czas urlopu zaczął przypadać już na po-śmierci, Piotr nie martwił się o wypalenie zawodowe tak długo, jak długo dotrzymywał kroku swoim ambicjom. Ponadto im mocniejszego doznawał zmęczenia, tym większą czuł satysfakcję, traktując oznaki zapracowania jako chełpliwe świadectwo bycia człowiekiem sukcesu.
A przecież był człowiekiem sukcesu.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.