Podziękowania
Pomysł czarodziejskiego ogrodu ożył w mojej wyobraźni dopiero gdy
pojechałam odwiedzić Georgię Langton w Dorset. Georgia jest nie tylko
utalentowaną ogrodniczką, lecz także jedną z najbardziej czarujących
ekscentryczek w Anglii. Zainspirowała mnie do działania tyloma
fascynującymi ideami, że napisanie tej książki było czystą
przyjemnością, od początku do końca. Jestem Georgii za to ogromnie
wdzięczna i zapewniam czytelników, że wszelkie techniczne błędy w tekście są wyłącznie moim dziełem.
Sue Johnson-Hill i tym razem czekała w Bordeaux, żeby z entuzjazmem i cierpliwością odpowiedzieć na moje pytania. Już drugi raz pospieszyła mi
z pomocą, za co serdecznie jej dziękuję!
Bardzo dziękuję również mojemu ojcu, który nauczył mnie głębiej pojmować
życie i cenić przyrodę. Jego mądry przykład sprawił, że stworzyłam
właśnie takiego bohatera.
Moja matka jest prawdziwym źródłem wiedzy, wrażliwą redaktorką tekstu i znakomitą słuchaczką, która trafnie i mądrze oceniała moje pomysły.
Poświęciła mi mnóstwo czasu, energii i entuzjazmu, i naprawdę trudno mi
wyrazić wdzięczność, jaką do niej czuję.
Książka nie nadawałaby się do wydania bez dokładnego plewienia, którym
zajęła się redagująca moje teksty Susan Fletcher. Susan jest znakomitą,
wyjątkową redaktorką i koneserką dobrych lektur. Ma wielką cierpliwość i oko do szczegółów, którego mnie raczej brak. Zawsze cenię jej rady i szczerze dziękuję za trud włożony w to, aby książka była jak najlepsza.
Moja agentka, Sheila Crowley, posiada niezwykłą cechę - zawsze czuję się
przy niej tak, jakbym była jej jedyną autorką. Jest wytrwała, pogodna,
lecz także twarda i zdecydowana, kiedy wymagają tego okoliczności.
Dziękuję, że czuwała w moim narożniku i dodawała mi odwagi, gdy
wyrywałam sobie włosy z głowy z rozpaczy i nie mogłam napisać ani
jednego zdania!
Jeszcze raz i jeszcze raz dziękuję Kate Rock, bez której pomocy na pewno
nie wydałabym mojej pierwszej powieści; Eleni Fostiropoulos i mojej
fantastycznej drużynie z wydawnictwa Hodder; mojej koleżance po piórze,
Elizabeth Buchan, która hojnie podzieliła się ze mną pomysłami, a także
mojej szkolnej przyjaciółce, Cosimie Townley, która przedstawiła mnie
Miss Fitz, przy okazji podrzucając mi pomysł z tchórzofretką.
Dziękuję moim najukochańszym dzieciom, Lily i Sashy, za natchnienie i miłość.
I wreszcie najmocniej i najserdeczniej dziękuję mojemu mężowi Sebagowi,
jak zwykle. Niestrudzenie dostarcza mi pomysłów, stale mnie wspiera i mądrze doradza. Na wszystkich kartkach tej powieści można znaleźć
odciski jego palców...
Prolog
Hartington House,
lato 2004
Zmierzch już się czaił, kiedy dotarła do domku, mocno przyciskając do
piersi tekturowe pudełko. Słońce wisiało nisko na niebie, malując obłoki
różową farbą i upodobniając je do kłębków cukrowej waty, długie cienie
kładły się na wilgotnej od rosy trawie. Powietrze słodko pachniało żyzną
ziemią i rozwijającymi się kwiatami. Malutkie ważki kołysały się wśród
traw, ich skrzydełka mieniły się w świetle. Dom był dziwny, symetryczny,
z wysokim dachem, który jakby przygniatał znajdujące się pod nim ściany.
Całkiem możliwe, że kiedyś pełnił rolę stodoły albo spichlerza, ponieważ
stał na środku pola. Dachówki były brązowe i porośnięte mchem, komin
lekko przechylony w lewo. Szczyt dachu trochę się zapadł, jakby zmęczył
się własnym trwaniem. Pnące róże pieniły się nad drzwiami, z których
zaczęła już odpadać farba. Dom sprawiał wrażenie w przykry sposób
zapomnianego i opuszczonego, ukryty w niewielkim zagajniku u stóp
ogrodu, tuż nad rzeką. Tłusty gołąb przygotowywał się do snu, gruchając
leniwie przy kałuży, a dwie wiewiórki pomknęły w górę po pniu potężnego
kasztana i przycupnęły w zagięciu gałęzi, obserwując ją podejrzliwymi
czarnymi ślepkami.
Chwilę stała nieruchomo, przyglądając się spokojnym wodom rzeki Hart,
powoli podążającym doliną w stronę morza. Pamiętała, jak łowiła ryby
siatkami i rzucała patyki z małego kamiennego mostku. Nic się tu nie
zmieniło. Krowy nadal muczały na łące nad rzeką, a dalekie terkotanie
traktora dobiegało od drogi za żywopłotem. Zamrugała, otrząsnęła się ze
wspomnień i wsunęła klucz do zamka.
Drzwi otworzyły się z bolesnym skrzypnięciem. Weszła do holu i od razu
poczuła leciutki lecz trwały zapach kwiatów pomarańczy. Kiedy zajrzała
do salonu, zagraconego niezliczonymi fotografiami, bibelotami i książkami, pomyślała sobie, że ktoś tu mieszka. Jeśli dobrze wiedziała,
agencja nie sprzedała jeszcze posiadłości, do której należał domek i która była na rynku już od ponad dziesięciu miesięcy.
- Halo! - zawołała. - Jest tu ktoś?
Cisza. Nerwowo ściągnęła brwi i zamknęła za sobą drzwi wejściowe.
Pudełko postawiła na podłodze w holu. Powietrze w domu było ciepłe i trochę ciężkie, pachnące kurzem, dawnymi wspomnieniami i łzami. Ją także
oczy piekły od łez.
Weszła do kuchni, gdzie na stole stały porcelanowe filiżanki i imbryczek, a krzesła były odsunięte. Pozostałości po podwieczorku dla
dwojga... Położyła rękę na oparciu jednego z krzeseł, bo nagle zakręciło
jej się w głowie. Przez wszystkie lata, kiedy mieszkała w wielkim domu,
ani razu nie zajrzała do tego domku. Drzwi zawsze były tu zamknięte, a ona nigdy nie czuła ciekawości. Sądząc po grubości warstwy kurzu,
pokrywającej kuchenny stół, nikt inny także tu nie zaglądał.
Z góry dobiegł jakiś dźwięk, chyba ciche kroki.
- Halo! - zawołała znowu, nagle przestraszona. - Czy ktoś tu jest?
Cisza. Wróciła do holu i podniosła pudełko. Gdy się wyprostowała,
odkryła, że nie może oderwać oczu od podestu schodów, rozjaśnionego
nieziemskim blaskiem. Jej lęk rozwiał się w jednej chwili, a w głębi
serca rozległo się bezgłośne wołanie.
Zaczęła powoli wspinać się po schodach na pięterko. Na górze, po lewej
stronie, znajdował się pusty pokój. Postawiła tam pudełko i przystanęła
w progu. Nie miała ochoty go zostawiać, ponieważ w środku było coś
niezwykle cennego. Z niezmiernym trudem rozstawała się z tą rzeczą,
wiedziała jednak, że właśnie tak powinna postąpić. Nawet jeżeli nikt go
tu nigdy nie znajdzie, ona będzie miała pewność, że zrobiła wszytko, co
było w jej mocy. Nie podobało jej się, że ukrywa coś przed własną
rodziną, ale tę tajemnicę musiała zabrać ze sobą do grobu; nawet jeśli
jej sekret nikogo nie mógł już zranić, nadal był jak popiół z ogniska,
które kiedyś płonęło z ogromną siłą.
Sypialnia po drugiej stronie podestu odwróciła jej uwagę od pudełka. Ten
pokój miał znajomy zapach świeżo ściętej trawy i słodki aromat kwiatu
pomarańczy, który poczuła już na dole. Usiadła na łóżku, w smudze
słonecznego światła, przedostającej się do środka przez gruby kożuch
pleśni, pokrywający plamami szyby w oknie. Ciepłe promienie padały na
jej twarz, były bursztynowe, w kolorze żalu. Przymknęła powieki,
wyczuwając czyjąś bliską obecność i wsłuchała się w ciszę. Oczy znowu
paliły ją od łez, wiedziała jednak, że jeśli je otworzy, zmarnuje tę
szczególną chwilę.
Nie odchodź, powiedziała bez słów. Nie zostawiaj mnie, proszę... Później
wyprostowała się, czekając na odpowiedź.
I
Żółte listki płaczącej wierzby jesienią
Hartington House,
Dorset październik 2005
Gus podkradł się do drzwi gabinetu matki i przyłożył ucho do szpary.
Wciągnął do nosa znajomy zapach papierosów Marlboro Lites i poczuł, jak
jego frustracja narasta. Słuchał jej niskiego, zachrypniętego głosu i wiedział, że rozmawia z jego nauczycielem, panem Marlowem. Z góry
założył, i słusznie, że matka nie stoi po jego stronie. Gus stanowił
problem, którego rozwikłaniem nikt nie miał ochoty się fatygować.
- Nie do wiary! - wykrzyknęła matka. - Strasznie mi przykro, panie
Marlow! Coś takiego! Nigdy więcej się to nie zdarzy, obiecuję! Ojciec
Gusa przyjeżdża jutro wieczorem z Londynu, więc dopilnuję, żeby z nim
porozmawiał... Ma pan słuszność, nic nie usprawiedliwia gryzienia innych
dzieci... Zaraz go poszukam i odeślę z powrotem do szkoły! - Jej głos
złagodniał, potem Gus usłyszał, jak odsunęła krzesło i wstała. - Wiem,
że czasami może być nieco agresywny, ale dopiero parę miesięcy temu
przeprowadziliśmy się tu z Londynu... To trudna sytuacja, Gus zostawił w mieście wszystkich swoich przyjaciół i kolegów, on ma siedem lat, na
pewno pan rozumie... Uspokoi się i pogodzi z nowymi warunkami, proszę
dać mu tylko trochę czasu, dobrze? Bardzo proszę... To w gruncie rzeczy
całkiem dobry chłopak...
Gus nie czekał dłużej. Na palcach przebiegł przez korytarz i przez
ogrodowe drzwi wydostał się na taras. Trawnik przypominał ciemnozielony,
mokry dywan, lśniący w bladym świetle poranka. Wziął głęboki oddech,
zadrżał i wsunął ręce do kieszeni spodni, przyglądając się, jak mgła
unosi się do góry. Kurtkę zostawił w szkole. Przełknął żal i ruszył w stronę tymiankowej alejki, po jej obu stronach kołysały się kudłate
kulki. Szedł przed siebie, przygarbiony, z rozmachem kopiąc kamyki i szukając wzrokiem jakiegoś małego stworzenia, na którym mógłby wyładować
swój gniew.
Na końcu tymiankowej alejki rozciągała się łąka, pełna owiec należących
do sąsiada Jeremy'ego Fitzherberta. Wśród owiec pasł się osioł o wiecznie zmechaconej sierści i imieniu Charlie. Gus uwielbiał straszyć
biedne zwierzę i często gonił go z kijem dookoła pastwiska tak długo, aż
osioł zaczynał ochryple porykiwać. Teraz, gdy Gus wspiął się na płot,
Charlie natychmiast wyczuł niebezpieczeństwo i zastrzygł uszami. Zaraz
potem zauważył małego chłopca, który zeskoczył właśnie z ogrodzenia na
trawę. Oczy Charliego rozszerzyły się ze strachu. Zamarł bez ruchu, jego
nozdrza rozdęły się szeroko, a serce przyspieszyło gwałtownie i nierówno, zupełnie jak zardzewiały silnik.
Gusa ogarnęło miłe podniecenie. Zapomniał o tym, że ugryzł Adama Hudsona
na boisku, że uciekł ze szkoły, zapomniał o gniewie w głosie matki i swoim obezwładniającym poczuciu osamotnienia. W tej chwili nie myślał o niczym poza nieszczęsnym osłem, na którego miał ochotę zapolować.
- Boisz się, co? - syknął, zbliżając się do przerażonego zwierzaka. - Ty
tchórzu!
Skoczył naprzód, z przyjemnością patrząc, jak Charlie cofa się
niezgrabnie i truchta w kierunku lasu na skraju łąki, żałośnie rżąc ze
strachu. Szkoda, że nie przyniosłem kija, pomyślał Gus. Zabawa jest
jeszcze lepsza, kiedy uda się go uderzyć.
Kiedy wreszcie się znudził, zagłębił się między drzewa, zostawiając
drżącego Charliego w kącie łąki, otoczonego owcami. Ziemia w lesie była
gąbczasta, zasypana gałązkami i brunatnymi liśćmi, wśród których szukał
pożywienia piękny bażant o lśniących piórach. Słońce słabo przeświecało
przez listowie, wydobywając z mroku pajęcze sieci, rozpięte między
gałęziami krzewów niczym strzępy koronki. Gus podniósł z ziemi patyk i zaczął zmiatać nim pajęczyny na ziemię, rozgniatając butami uciekające
pająki. Krótka chwila przyjemności szybko uleciała i Gus został sam na
sam z podświadomym przekonaniem, że nikomu nie jest potrzebny.
Miranda Claybourne odłożyła słuchawkę i utkwiła wzrok w rozpościerającym
się za oknem sadzie. Ziemia usiana była jabłkami i ostatnimi w tym roku
śliwkami. Wyczuła obecność syna za drzwiami, lecz teraz Gusa już nie
było. Musiał wybrać sobie na wagary akurat Dzień Nieprzekraczalnego
Terminu, pomyślała ze złością. Zdusiła papierosa w popielniczce,
wmawiając sobie, że drobne potknięcie w walce z paleniem jest absolutnie
naturalne i zrozumiałe; zaciągnęła się zresztą tylko trzy razy, co w zasadzie się nie liczyło. Nie miała czasu na szukanie Gusa, nie
wiedziała nawet, gdzie zacząć, ponieważ posiadłość była duża i, co
zauważyła z uczuciem przygnębienia, potwornie zarośnięta i wilgotna.
Sama myśl o długiej wędrówce w kaloszach była po prostu nie do
zniesienia dla eleganckiej dziewczyny z miasta, przyzwyczajonej do
pantofelków na wysokim obcasie firmy Jimmy Choo oraz gładkich,
betonowych chodników. Na domiar złego właśnie dziś musiała dokończyć
swoją comiesięczną kolumnę dla magazynu "Red". Jak na razie, jedynym
plusem życia na wsi okazało się to, że nie musiała się starannie czesać
i malować przed odebraniem dzieci ze szkoły. Gus i jego pięcioletnia
siostra Storm codziennie rano pokonywali na rowerach trasę od domu do
bramy, gdzie zostawiali swoje pojazdy i wsiadali do szkolnego autobusu,
który zatrzymywał się tam punktualnie o ósmej, żeby ich zabrać. W Londynie Miranda musiała wcześnie wstawać, żeby zadbać o swój wygląd
przed spotkaniem z innymi mamusiami na wysokich obcasach i w ogromnych
okularach przeciwsłonecznych od Gucciego, o zadbanych włosach,
ufarbowanych i doskonale obciętych w słynnym salonie fryzjerskim
Richarda Warda. W Hartington prawie nikt nie słyszał o Guccim czy
Richardzie Wardzie, a w każdym razie tak uważała Miranda. Z początku
wydawało się jej to trochę dziwne, lecz urocze, natomiast teraz już
tylko dziwne, i to wcale nie trochę. Dowcipnie narzekała na te
prowincjonalne dziwactwa w swojej kolumnie, która stanowiła kronikę jej
starań o przyzwyczajenie się do życia na wsi, i zgrabnie obracała
zniechęcenie w żart. Deszczowa, przygnębiająca pogoda, w niemożliwy do
wyjaśnienia sposób bardziej deszczowa i bardziej przygnębiająca niż w Londynie oraz dziwne aspekty życia w Hartington tworzyły trudną do
zniesienia całość. Miranda mogła już tylko śmiać się ze wszystkiego, co
ją spotykało.
W przeciwieństwie do męża, wcale nie miała ochoty wyprowadzać się z Londynu. Na samą myśl o oddaleniu się od sklepów firmowych Harveya
Nicholsa na odległość większą niż parę metrów, przesyconych zapachem
cudownych perfum tegoż projektanta mody, zimny pot spływał jej po
plecach. Smętna konieczność jedzenia w lokalnym pubie, a nie w takich
restauracjach jak Ivy czy Le Caprice, zupełnie wystarczyła, by Miranda
do pewnego stopnia doceniła uroki własnej kuchni. Bardzo brakowało jej
zajęć pilates w Notting Hill, lunchów w Wolseley, na które umawiała się
z koleżankami i jakże przyjemnych zakupów w sklepie Ralpha Laurena. Nie
mieli jednak wyboru. Gus został wyrzucony ze szkoły za agresywne
zachowanie i przeniesienie go do spokojnej i cichej wiejskiej szkoły
wydawało się rozsądnym rozwiązaniem. Musiał upłynąć jeszcze cały rok,
zanim Gusa będzie można wysłać do szkoły z internatem, powierzając
trudne dziecko kompetentnym opiekunom i wreszcie pozbywając się
kłopotów. Mirandzie i Davidowi Claybourne jeden rok złego zachowania
Gusa wydawał się co najmniej stuleciem.
Miranda nie miała pojęcia, co powinna teraz zrobić. Naprawdę nie miała
czasu na zajmowanie się Gusem... Wyrzuciła papierosa z popielniczki do
kosza na śmieci i przykryła go kilkoma zgniecionymi kartkami papieru,
żeby jego widok nie przypominał jej o braku silnej woli. Szczerze
żałowała, że nie zatrudniła opiekunki do dzieci, tylko uparła się, że
sama da sobie ze wszystkim radę. Głównym problemem matki pracującej było
poczucie winy, rzecz jasna. Wyrzuty sumienia szły ręka w rękę z uczuciem
potwornego zmęczenia, ponieważ matka pracująca stara się zrobić
wszystko sama i jeszcze wygospodarować trochę czasu dla siebie. David
proponował, aby poszukała kucharki i ogrodnika, bo wtedy miałaby więcej
czasu na pisanie. Życie na wsi nie przypominało życia w Londynie, gdzie
można zamówić do domu sushi albo chińszczyznę od pana Winga; w Hartington Miranda musiała jechać samochodem do miasta, co wymagało
wcześniejszego zaplanowania. Nie miała czasu, by się zastanawiać, co
przygotować na śniadanie, obiad i kolację. Dobrze chociaż, że pan Tit,
mleczarz, codziennie rano przywoził gazety i mleko białą ciężarówką z tablicą rejestracyjną, na której widniał napis COW 1. Rozśmieszało to
Mirandę nawet w czasie tej najbardziej ponurej godziny całego dnia,
kiedy na dworze było ciemno i mokro, a ona nerwowo starała się
przygotować dzieci do wyjścia do szkoły. Jeśli chodzi o ogród, to mieli
tu prawdziwy ogród, nie patio z kilkoma roślinami w doniczkach, ale całą
ogromną działkę. Niestety, na wsi niełatwo było znaleźć pomoc domową.
Londyn pełen był cudzoziemców, którzy błagali o pracę, ale do Dorset nie
dotarł chyba ani jeden obcokrajowiec. Wszystko to razem było naprawdę
dziwne i denerwujące... Miranda nie czuła się tu jak u siebie. David
zakochał się w domu od pierwszego wejrzenia, ponieważ cierpiał na pewien
przerost ambicji i wizja wiejskiej rezydencji przemawiała do niego,
natomiast Miranda zaakceptowała Hartington bez wielkiego przekonania i wciąż tęskniła za Notting Hill i miejskim asfaltem, nękana lekkimi
wyrzutami sumienia, że nie docenia faktu posiadania dużego domu w iście
sielankowym otoczeniu. Tylko że... Co właściwie można było robić na wsi,
na miłość boską?
Jako niezależna dziennikarka, zawsze pracowała w napięciu i na ostatnią
chwilę. Pieniądze, które zarabiała, nie były im potrzebne - David
pracował w City i zarabiał więcej niż większość ludzi jest w stanie
wydać przez całe życie, ale pisanie miała we krwi i nie mogłaby przestać
pisać nawet gdyby chciała. Marzyła, że kiedyś napisze powieść, wspaniałą
historię miłosną, coś w rodzaju Anny Kareniny albo Przeminęło z wiatrem, nie miała jednak jeszcze dobrego pomysłu. Na razie pisywała
więc artykuły do czasopism i gazet, co zaspokajało jej potrzebę
wyrażenia samej siebie i dawało istotny punkt zaczepienia w Londynie.
Teraz zagłuszała pracą cichy głos rozpaczy, który z uporem szeptał jej
przykre słowa. Odkładała rozmaite sprawy z nadzieją, że same jakoś się
załatwią albo znikną, że David przyzna, iż przeprowadzka była fatalnym
błędem i zabierze ich z powrotem tam, gdzie było ich miejsce. Życie na
wsi nie odmieniło przecież Gusa. Jednak radość, jaką David czerpał z przebywania w Hartington, brała się głównie z tego, że w niedzielę
wracał do Londynu i mógł do woli przechwalać się weekendem spędzonym w swojej wiejskiej posiadłości. Tymczasem Miranda skazana była na
Hartington w świątek, piątek i sobotę...
Pomyślała o mężu, przystojnym i fascynującym Davidzie Claybourne. Zawsze
opanowany, zawsze silny i sprawny, płynął przez życie bez najmniejszego
wysiłku, zupełnie jakby każdą czynność i sytuację zdążył już
przećwiczyć, i to nieraz, w jakimś poprzednim wcieleniu. Odkąd
przeprowadziła się z dziećmi do Hartington, rzadko go widywała. Z początku przyjeżdżał do domu w czwartki i zostawał do niedzielnego
wieczoru, ale teraz zjawiał się późnym wieczorem w piątek i wyjeżdżał w niedzielę zaraz po lunchu. Najczęściej był zmęczony i miał ochotę na
weekend przed telewizorem, w którym leciały rozgrywki golfa. Gdyby nie
znała go tak dobrze, już dawno zaczęłaby podejrzewać go o romans, ale
David zanadto przejmował się opinią innych, żeby pozwolić sobie na skok
w bok.
Wróciła do biurka i wybrała numer męża w firmie Goldman Sachs. Chciała
podzielić się z nim troską o Gusa, to jasne, lecz pragnęła także po
prostu usłyszeć jego głos.
- To ja, kochanie! - odezwała się, kiedy podniósł słuchawkę.
- Co u was, skarbie? Wszystko w porządku?
Głos Davida wibrował energią i Miranda od razu poczuła się lepiej.
- Chodzi o Gusa - powiedziała. - Uciekł.
Z piersi Davida wyrwało się pełne zniecierpliwienia westchnienie.
- Znowu?!
Mirandzie zrobiło się przykro, że najwyraźniej zepsuła mu dzień.
- Musisz z nim wieczorem stanowczo porozmawiać - rzekła. - Ciebie
powinien posłuchać.
- Przydałoby mu się porządne lanie!
- Wymierzanie kar cielesnych to przestępstwo. Nietrudno się domyślić, że
tego rodzaju zasady prawne wymyślili ludzie, którzy nie mają dzieci.
- Rozmawiałaś z panem Marlowem?
- Tak. Nie jest szczególnie zadowolony. Boże, żeby tylko Gusa nie
wyrzucili i z tej szkoły! - Miranda zaczęła nerwowo bawić się ołówkiem.
- Nie wyrzucą go, na wsi ludzie są bardziej tolerancyjni. Poza tym Gus
szybko wyrośnie z takich zachowań, zobaczysz! Na razie dopiero
przyzwyczaja się do nowego otoczenia.
- Obyś miał rację...
- Jesteś przygnębiona, kochanie?
- Nie wiem, w co mam wsadzić ręce, i tyle! Muszę dziś skończyć kolumnę,
a nie mogę spokojnie usiąść przy biurku, bo mam mnóstwo domowych zajęć.
Teraz jeszcze Gus uciekł ze szkoły... Naprawdę nie mam czasu! Zaraz
zacznę wyrywać sobie włosy z głowy.
- Szkoda takich pięknych włosów! - zaśmiał się David. - Słuchaj, gdybyś
zadała sobie trochę trudu i przyjęła kogoś do pomocy w domu, miałabyś
więcej czasu na ważne rzeczy!
Nie potrafił zrozumieć zagubienia i dziwnej niepewności żony. Ostatnio
jej zachowanie wydawało mu się kompletnie niezgodne z jej charakterem.
Przez osiem miesięcy dowodziła ekipą budowlaną jak zaprawiony w walce
oficer, ale teraz zupełnie straciła energię.
- Powinnaś była posłuchać mnie i poszukać opiekunki do dzieci - ciągnął.
- Całkiem możliwe zresztą, że Jayne zgodziłaby się przenieść z nami do
Dorset, gdybyśmy przedstawili jej propozycję nie do odrzucenia...
Marzyłaś, żeby zostać boginią domowego ogniska, ale to raczej trudne do
zrealizowania, prawda? Głupio zrobiliśmy, pozwalając Jayne pożegnać się
z nami. Ona jedna umiała okiełznać Gusa! Cóż, jesteś teraz panią na
włościach, skarbie, więc postaraj się jakoś zorganizować, na miłość
boską, bo inaczej oboje zwariujemy!
David najwidoczniej uważał, że problemy ich syna to sprawa żony.
- Wróci, kiedy zgłodnieje - odparła Miranda, urażona, że David znowu
obarcza ją winą za domowe kłopoty. - I wtedy odeślę go do szkoły!
Odłożyła słuchawkę i wróciła za biurko. Ponuro popatrzyła na ironiczny
tytuł swojej kolumny: "Mój sen o życiu na wsi".
Gus siedział pod drzewem. Burczało mu w brzuchu, chciał iść do domu,
posiedzieć przy kominku w dużym pokoju i pooglądać Władcę Pierścieni
na DVD. Miał też ogromną ochotę na wiejską zapiekankę Jayne i jabłka z płatkami owsianymi oraz sosem karmelowym. Szarpiący nim gniew powoli
odpłynął, przegnany wilgotnym wiatrem, który przenikał go aż do kości.
Gus energicznie zacierał dłonie i ogrzewał je oddechem. Nawet gdyby
dysponował odpowiednim słownictwem, co oczywiście nie miało miejsca, nie
potrafiłby wyjaśnić swojego postępowania. Nie wiedział, dlaczego zatruty
jest zniechęceniem i złością. Czuł się odrzucony, a kiedy atakował
innych, było mu trochę lżej. Nagle wielka bańka urosła w jego żołądku,
powędrowała w górę tchawicą i eksplodowała w gardle, przybierając postać
głośnego, żałosnego, niekontrolowanego szlochu. Własne łzy zaskoczyły go
i przeraziły, nie był jednak w stanie nad nimi zapanować.
- Wszystko w porządku, chłopcze?
Gus odwrócił się, pospiesznie tłumiąc płacz. Mężczyzna podszedł do niego
tak cicho, że w ogóle nic nie słyszał. Za plecami przybysza dyszały dwa
czarne owczarki.
- Jesteś synem Davida Claybourne'a, prawda? - zapytał Jeremy
Fitzherbert.
Gus kiwnął głową. Jeremy przedstawił mu się i jego szczupłą, ogorzałą
twarz rozjaśnił uśmiech. Jeden z psów oparł się o nogawkę brązowych
sztruksowych spodni Jeremy'ego, wetkniętych w zielone kalosze. Tweedowa
czapka przykrywała rzednące kasztanowe włosy mężczyzny, oczy miał małe,
błyszczące i intensywnie niebieskie. Dłonią w rękawiczce poklepał psa po
głowie; w drugiej trzymał długi kij, ten sam, którym Gus tak często
dręczył osła.
- Nie powinieneś być teraz w szkole? No, chodź, odprowadzę cię do domu!
Chłopiec niechętnie podniósł się z trawy. Jeden z psów skoczył ku niemu
i Gus cofnął się nerwowo.
- Och, on tylko chce sobie poskakać! - zaśmiał się Jeremy. - Nie bój
się, nie gryzie! Ten chudy nazywa się Pan Ben, a gruby to Wolfgang... -
Serdecznie poklepał Pana Bena.
Gus otarł twarz rękawem i ruszył za Jeremym ścieżką. Owce skupiły się w ciasną grupkę, gotowe zmienić miejsce na pastwisku. Osioł Charlie nadal
tkwił w odległym rogu i czujnie obserwował nadchodzących.
- Charlie! - Jeremy wyjął z kieszeni marchewkę. - Chodź tutaj,
staruszku!
Charlie ani drgnął.
- Co z nim? - wymamrotał Jeremy do siebie.
Gus spuścił wzrok i wepchnął ręce do kieszeni.
- Ach, te osły - westchnął Jeremy, potrząsając głową. - Później wrócę i sprawdzę, czy wszystko z nim w porządku. To stare zwierzę, ma ponad
dziewięćdziesiąt lat, wiesz?
- Naprawdę? - Gus ostrożnie zerknął spod ciemnej grzywki.
Jeremy zauważył w jego oczach jakiś twardy błysk i zmarszczył brwi. Nie
wiedział, jak należy rozmawiać z osobą w wieku Gusa, więc bez słowa
ruszył w górę tymiankowej alejki. Gus w milczeniu szedł za nim,
zastanawiając się, jak by tu odzyskać kij, który trzymał w ręku
mężczyzna.
Kiedy dotarli do końca alejki, Gus szybko przeszedł przez prowadzącą do
ogrodu bramę i rzucił Jeremy'emu szybkie spojrzenie, bardziej zbywające
niż pełne wdzięczności.
- Czy twoja mama jest w domu? - spytał Jeremy. - Chciałbym się z nią
zobaczyć.
Gus zawahał się i przygryzł dolną wargę. Jeremy odniósł dziwne wrażenie,
że chłopiec zbiera siły przed spotkaniem z matką.
- Maaaamooo! - zawołał w końcu.
Dłonie Mirandy zawisły nad klawiaturą laptopa. Zalała ją fala ulgi.
Pospiesznie zbiegła do holu, gdzie Gus niepewnie przestępował z nogi na
nogę, z rękami w kieszeniach i buzią wysmarowaną błotem i łzami. Serce
Mirandy ścisnęło się boleśnie.
- Kochanie, tak się martwiłam! Gdzie byłeś? - Uklękła i próbowała
zagarnąć syna w ramiona, lecz on nagle zesztywniał, jakby jej dotyk
sprawiał mu przykrość. - Nie możesz tak po prostu znikać, to
niebezpieczne.
Miranda dopiero teraz zauważyła stojącego w drzwiach Jeremy'ego.
- Och, przepraszam, nie widziałam pana... - Podniosła się z kolan.
- Nazywam się Jeremy Fitzherbert, jestem waszym sąsiadem. - Mężczyzna
zdjął rękawiczkę i uścisnął dłoń Mirandy. - Machaliśmy już do siebie z oddali, ale nie zostaliśmy sobie przedstawieni.
- Ach, tak, poznał pan tylko mojego męża, Davida.
Ręka Jeremy'ego była szorstka i ciepła. Zwrócił uwagę na zadbane
paznokcie Mirandy i pierścionek z dużym szafirem i brylantem na trzecim
palcu lewej dłoni. Pachniała limetką.
- Mam na imię Miranda. - Uśmiechnęła się. - Dziękuję, że przyprowadził
go pan do domu! Niepokoiłam się, co się z nim dzieje.
- Był w lesie - rzekł Jeremy. - Nie grozi mu tam żadne
niebezpieczeństwo, no, chyba żeby złapał się we wnyki na lisy.
- Wnyki na lisy? - Oczy Mirandy rozszerzył lęk.
Jeremy wzruszył ramionami.
- Porywają mi kurczęta, a te najbardziej odważne czasami atakują nawet
zabłąkane owce. Wydaje mi się jednak, że Gus jest za sprytny, aby wpaść
w taką pułapkę.
Miranda odwróciła się, ale Gus zdążył już zniknąć.
- Jestem przyzwyczajona do miejskich parków i niewiele wiem o życiu na
wsi - w jej głosie zabrzmiała nuta zdenerwowania. - Wszystko to jest dla
mnie kompletnie nowe.
Jeremy ogarnął wzrokiem długie brązowe włosy, ściągnięte w koński ogon i jasnobłękitne oczy, lśniące trochę twardo, jak kryształ, podobnie jak
oczy jej syna. Miał przed sobą piękną kobietę o wysokich, wyraźnie
zaznaczonych kościach policzkowych i mocnym podbródku, nieco za szczupłą
jak na jego gust.
- Ma pan żonę, panie Fitzherbert?
- Proszę mówić mi po imieniu! - Uśmiechnął się. - Nie, jestem biednym
kawalerem, przypadkiem zasługującym na najwyższą litość. Każda znana mi
kobieta o litościwym sercu stara się znaleźć mi narzeczoną, ale kto by
tam dziś chciał zostać żoną farmera. - W oczach Jeremy'ego lśniły
iskierki poczucia humoru.
- O, jestem pewna, że jakaś dama czeka na ciebie, chociaż oboje nic
jeszcze o tym nie wiecie! Masz mnóstwo czasu, nie pogania cię żaden
biologiczny zegar, nic nie zmusza do zawarcia małżeństwa, zanim będziesz
na to rzeczywiście gotowy! - Miranda rozciągnęła wargi w uśmiechu, nie
chcąc sprawiać wrażenia niezadowolonej z życia. - Zapytałam cię o żonę
tylko dlatego, że szukam kucharki i ogrodnika, a kobieta wiedziałaby,
jak się do tego zabrać. Nie znasz przypadkiem kogoś, kto szukałby takiej
pracy? Ciągle brakuje mi czasu, jestem pisarką i po prostu nie mogę
sobie pozwolić na przeczesywanie okolicy w poszukiwaniu pomocy.
Jeremy ze zrozumieniem pokiwał głową. Nie wątpił, że w Londynie Miranda
miała całą armię Filipińczyków na usługi.
- Najlepiej byłoby powiesić ogłoszenie w cukierni Cate's Cake Shop w mieście. Cate ma dużą klientelę, więc wcześniej czy później znajdzie się
ktoś odpowiedni. Może zaproponowałabyś jako mieszkanie ten domek nad
rzeką? Jest pusty, prawda?
- Ten stos kamieni?! Nie wyobrażam sobie, żeby ktokolwiek chciał tam
zamieszkać! To ruina!
Jeremy się roześmiał.
- Ale ma swój urok i nie trzeba dużo pieniędzy, by przywrócić go do
znośnego stanu! Jeżeli zaoferujesz domek, łatwiej znajdziesz kogoś do
pracy na terenie posiadłości! Całkiem prawdopodobne, że będzie to ktoś
przyjezdny, więc domek stanie się dodatkową zachętą!
- Pewnie masz rację.
- Popytam wśród sąsiadów, czy nie znają kogoś, kto by ci się przydał.
- Dziękuję! - Miranda uświadomiła sobie nagle, że Jeremy nadal stoi w drzwiach.
Wyglądał na zziębniętego, więc zaproponowała mu filiżankę kawy i natychmiast tego pożałowała. Na szczęście Jeremy odmówił.
- Muszę zajrzeć do Charliego - wyjaśnił.
- Do Charliego?
- To osioł, bardzo przyjacielskie zwierzę. Zastałem go dziś skulonego w rogu pastwiska, a to zupełnie do niego niepodobne. Mam nadzieję, że
twojemu synowi nic nie jest, bo w lesie płakał. Mam konia, nazywa się
Whisper i mały mógłby na nim pojeździć, gdyby miał ochotę. W razie czego
daj mi znać, jestem w książce telefonicznej.
- Dziękuję! - odparła.
Zamknęła drzwi za gościem i spojrzała na zegarek. Nie miała pojęcia, co
mogłaby dać Gusowi na lunch.
Znalazła syna siedzącego na ławie w kuchni i zajętego game boyem. Gdy
weszła, zerknął na nią niechętnie.
- Posłuchaj, skarbie - zaczęła, starając się nadać głosowi zdecydowany
ton. - Dlaczego ugryzłeś tego chłopca w szkole? Sądzisz, że uda ci się z kimś zaprzyjaźnić, jeżeli będziesz gryzł kolegów?
- Nie chcę się z nikim zaprzyjaźniać! - Gus nawet na chwilę nie oderwał
wzroku od malutkiego monitora.
- Ale dlaczego go ugryzłeś?
- To on zaczął!
- Nie obchodzi mnie, kto zaczął! Nie możesz terroryzować ludzi! Chcesz,
żeby cię wyrzucili? Będziemy wtedy musieli wysłać cię wcześniej do
szkoły z internatem.
- Nie! - odpowiedział Gus, szybko podnosząc głowę. W ogóle nie chciał
iść do szkoły z internatem. - Każesz mi wrócić dzisiaj do szkoły?
- Nie - nie miała serca tak go ukarać. - Muszę pojechać do miasta i zostawić ogłoszenie w cukierni. Jeśli chcesz, możesz posiedzieć w domu.
Zaraz wstawię do piecyka rybne krokiety.
- Mogę obejrzeć Władcę Pierścieni? - Gus odrzucił nadąsaną minę jak
niepotrzebną maskę.
- Jeżeli obiecasz mi, że nie będziesz prześladował innych dzieci.
- Obiecuję! - rzucił lekko, zeskakując z ławy.
Miranda uściskała go mocno.
- Kocham cię! - powiedziała.
Te dwa słowa zawsze służyły jako rekompensata za brak czasu dla syna.
Gus bez słowa pobiegł do dużego pokoju, w którym znajdował się telewizor
z odtwarzaczem DVD, a Miranda poszła zadzwonić do szkoły i poinformować
nauczyciela, że Gus już się znalazł, ale nie wróci na lekcje z powodu
bólu brzucha. Chciała też poprosić, aby jakieś starsze dziecko
doprowadziło Storm do szkolnego autobusu. Postanowiła, że wyśle Gusa,
aby odebrał siostrę spod bramy - przynajmniej tyle mógł chyba zrobić.
Jeremy zagwizdał na psy i zawrócił na pastwisko. Charlie nadal stał w odległym rogu.
- No, chodźże, staruszku! - zawołał Jeremy, zdejmując rękawicę i wyjmując marchewkę.
Lubił czuć dotyk aksamitnych nozdrzy Charliego. Minęła dłuższa chwila,
nim osioł się zorientował, że Jeremy jest sam. Dopiero wtedy podrzucił
łbem i pogalopował przez łąkę. Gdy dobiegł do Jeremy'ego, parsknął kilka
razy, wtulił miękki pysk w jego dłoń i wziął marchewkę ostrożnie, aby
nie ugryźć pana w palce. Jeremy potarł krótką sierść między oczami
zwierzęcia i uśmiechnął się do niego.
- Co się z tobą dzieje, Charlie? - zapytał. - Dlaczego stałeś tam i stałeś, zupełnie jakbyś się bał podejść? Przecież nigdy nie odmawiasz
marchewki...
Po paru minutach Jeremy ruszył w stronę lasu, a Charlie podążył za nim.
Osiołek niczego nie pragnął bardziej, niż pójść z panem do stajni Manor
Farm, gdzie mieszkał razem z koniem Whisperem, lecz Jeremy poklepał go
po grzbiecie i zamknął furtkę, zostawiając Charliego na łasce okropnego
małego chłopca, który ostatnio ciągle gonił go z kijem.
II
W nocy dzikie wiatry świszczą wokół domu jak rozbawione duchy
Miranda dojechała do miasta wąską, krętą drogą. Hartington było uroczą,
staroświecką osadą, która w szesnastym wieku powstała nad rzeką Hart.
Most w górnym biegu rzeki wzniesiono podobno specjalnie dla królowej
Elżbiety I, aby jej powóz nie utknął w błocie, gdy postanowiła odwiedzić
miejscowy zamek, dziś kompletną ruinę, do którego z drugiej strony
miasta można było dotrzeć pieszo w ciągu pięciu minut. Mieszkańcy
Hartington byli dumni ze swej tradycji i co roku w czerwcu świętowali
odwiedziny wielkiej monarchini w mieście.
Na ulicy biegnącej środkiem z pewnym trudem mieścił się jeden samochód,
a tłoczące się tu i ówdzie niewielkie sklepiki wydawały się czynić ją
jeszcze węższą. Był tu salon fryzjerski u Troya, cukiernia Cate's Cake
Shop, sklep z pamiątkami, antykwariat, delikatesy i księgarnia. Dalej
ulica wychodziła na duży skwer ze stawem, po którym pływały kaczki i na
boisko do gry w krykieta. Z jednej strony skweru stał ratusz miejski,
klasyczny budynek z piaskowca, z imponującymi kolumnami i wysokimi
zielonymi odrzwiami oraz gospoda Duck and Dapple z charakterystycznymi
belkowanymi sufitami i malutkimi okienkami z epoki Tudorów. Z drugiej
strony znajdowała się szkoła podstawowa, gdzie mały Adam Hudson wciąż
jeszcze czuł ból, jaki zadały mu zęby mieszkającego od niedawna w tej
okolicy kolegi i gdzie pan Marlow mamrotał do siebie gniewne uwagi na
temat bezczelności Gusa Claybourne'a. Nad skwerem dominował kościół pod
wezwaniem świętej Hildy i plebania; to tu wielebna Freda Beeley
odprawiała nabożeństwa i przewodniczyła modlitewnym spotkaniom i to tu
stary pułkownik Pike co tydzień narzekał i oburzał się, że proboszcz
jest kobietą.
Od przeprowadzki do Hartington House Miranda wypuszczała się do miasta
tylko wtedy, gdy koniecznie musiała coś kupić, na przykład prezent na
urodziny teściowej albo puszkę duszonej fasolki. Ani razu nie zadała
sobie trudu, aby porozmawiać z miejscowymi, chociaż ze sposobu, w jaki
na nią patrzyli, jasno wynikało, że doskonale wiedzą, kim jest.
Zamieszkała przecież w Hartington House, wielkiej posiadłości po drugiej
stronie rzeki. Otoczony pagórkami i krętymi drogami dom ukryty był wśród
drzew i odgrodzony od miasta, które wydawało się wciąż tkwić korzeniami
w przeszłości. W Londynie ludzie nie mieli w zwyczaju przystawać, aby
pogawędzić na ulicy, a mieszkający w tym samym domu sąsiedzi przez całe
lata nie zamieniali ze sobą ani słowa. Miranda aż kuliła się wewnętrznie
na samą myśl, że wszyscy mogliby wiedzieć o niej rozmaite rzeczy i oceniać ją, że mogłaby brać udział w proszonych drugich śniadaniach w miejskim ratuszu albo chodzić do kościoła i wymieniać uściski dłoni z ludźmi, których nie miała najmniejszej ochoty poznawać. Wystarczająco
trudna była dla niej świadomość, że dzieci wcześniej czy później zaczną
przyprowadzać do domu kolegów ze szkoły, chociaż, sądząc po ostatnich
wysiłkach Gusa, raczej nie należało liczyć na to, że chłopiec z łatwością nawiąże nowe kontakty. Ustawiając dżipa na parkingu za sklepem
z upominkami, Miranda zadrżała, uświadomiwszy sobie, że - chcąc nie
chcąc - będzie musiała porozmawiać z właścicielką cukierni. Ostatnią
rzeczą, jakiej teraz potrzebowała, był aktywny udział w życiu
towarzyskim miasta. Słowo "społeczność" budziło w niej głęboki wstręt,
przywoływało wizje kobiet z prowincji, z chusteczkami na głowach,
popijających razem herbatę i rozważających, jak zorganizować zbiórkę
pieniędzy na nowy dach kościoła. Cóż, po prostu powieszę kartkę z ogłoszeniem, uśmiechnę się słodko i ucieknę, postanowiła.
Cate Sharpe siedziała przy okrągłym stoliku i rozmawiała z Henriettą
Moon, do której należał sklep z pamiątkami. Ciemne włosy Cate obcięte
były na pazia i tworzyły ostrą, surową ramę dla szczupłej, bladej twarzy
z oczami koloru gorzkiej czekolady i dla drobnych ust nad słabym
podbródkiem.
- Nie powinnaś chyba pić czekolady, jeżeli starasz się zrzucić parę
kilogramów, moja droga - odezwała się Cate, leniwie rozciągając
samogłoski. - Gdybym ja miała przed sobą tak ostrą walkę z nadwagą jak
ty, piłabym kawę, która przyspiesza przemianę materii.
Henrietta się uśmiechnęła, odwołując się do mechanizmu obronnego, jaki
nauczyła się stosować w dzieciństwie. Potrząsnęła głową, aż długie
kasztanowe włosy opadły jej na twarz i wzięła głęboki oddech.
- Dałam już sobie spokój z dietami - wyjaśniła.
Nie mówiła prawdy, ale łatwiej było udawać, że nie przejmuje się swoją
tuszą.
- Życie jest za krótkie! - dorzuciła.
Cate macierzyńskim gestem położyła rękę na dłoni Henrietty, choć ta
miała już trzydzieści osiem lat i była zaledwie o siedem lat młodsza od
swojej mentorki.
- Wiesz, że mam dla ciebie największy szacunek, ale jeśli szybko czegoś
nie zrobisz, będziesz żyła znacznie krócej niż powinnaś - oznajmiła
Cate. - Jesteś ładna i gdybyś straciła z dziesięć kilo, miałabyś większą
szansę znaleźć sobie jakiegoś faceta. Mówię to z przykrością, lecz
mężczyźni nie czują pociągu do tęgich kobiet, uważają je za mało
atrakcyjne. Mogę ci to powiedzieć, bo jestem twoją przyjaciółką i chyba
nie wątpisz, że twoje dobro zawsze leży mi na sercu, prawda?
Henrietta bez słowa skinęła głową i przełknęła łyk czekolady.
- Nieduży dziś ruch, co? - zagadnęła po chwili Cate.
Henrietta znowu przytaknęła.
- Na pewno nie jest ci łatwo! - zaśmiała się Cate. - Pracujesz przecież
naprzeciwko cukierni!
Cate, która była właścicielką cukierni i zawsze miała idealną
sylwetkę... Cate, która nosiła dopasowane krótkie spódniczki i obcisłe
sweterki, której biały fartuszek z nazwą cukierni wyhaftowaną różową
nicią dzień w dzień zachwycał czystością... Cate, której nie lubił nikt,
nawet jej własny mąż... Cate gadała dalej, a oczy Henrietty zasnuła
mgiełka.
Henrietcie ślina napłynęła do ust, gdy tak patrzyła na wyłożone na
kontuarze ciastka. Na zewnątrz panował nieprzyjemny ziąb i trochę
słodyczy na pewno zwiększyłoby odporność na chłód, lecz Cate siedziała
między nią i ladą niczym Cerber, niwecząc wszelkie nadzieje na odrobinkę
słabości.
W tym momencie drzwi otworzyły się i do cukierni weszła Miranda
Claybourne. Cate i Henrietta natychmiast rozpoznały tę zarozumiałą
mieszkankę Londynu, która niedawno wprowadziła się do Hartington House.
- Dzień dobry! - Miranda posłała obu kobietom uroczy uśmiech.
Zsunęła ciemne okulary od Chanel na czubek głowy i podeszła do kontuaru
po podłodze z czarno-białych kafelków. Wnętrze cukierni wydało jej się
bardzo różowe - różowe ściany, różowe rolety, różowe koszyczki ze
smakowicie wyglądającymi ciastkami, poustawiane w równe rzędy.
Zorientowała się, że za ladą nikogo nie ma i odwróciła się do Cate i Henrietty.
- Wiecie może, gdzie się podziała? - zagadnęła.
- Chodzi pani o mnie. - Podniosła się z miejsca Cate. - Jestem Cate...
- Miranda Claybourne - odparła Miranda, wyciągając rękę. - Sprowadziłam
się tu niedawno i szukam pomocy domowej. Jeremy Fitzherbert, nasz
sąsiad, powiedział, że powinnam porozmawiać właśnie z panią.
Najwyraźniej ta cukiernia to serce Hartington! - zaśmiała się.
Cate potraktowała uwagę Mirandy jako komplement i podała jej dłoń,
wiotką i wilgotną jak niewyrobione ciasto.
- Cóż, znam wszystkich w okolicy i w mojej cukierni jest zwykle pełno
ludzi. Mam tu nawet tablicę ogłoszeniową. - Wskazała ścianę przy
drzwiach, gdzie na sporej korkowej tablicy wisiało mnóstwo małych
karteczek. - Mogę panią poczęstować kawą?
Miranda nie miała wielkiej ochoty na kawę, ale coś w sposobie bycia Cate
sugerowało, że właścicielka cukierni mogłaby poczuć się urażona odmową.
- Chętnie się napiję - rzekła pospiesznie.
Zdejmując płaszcz od Prady i siadając przy okrągłym stoliku, przez
chwilę myślała o Gusie, który został sam w domu. Cate postawiła przed
nią różowe ciasteczko i filiżankę kawy. Henrietta zmierzyła poczęstunek
łakomym wzrokiem.
- Świetny płaszcz! - oświadczyła Cate, siadając. - Ach, to jest
Henrietta - dodała niedbale. - Jest właścicielką sklepu z pamiątkami.
- Już się poznałyśmy - powiedziała Henrietta, która bynajmniej nie
oczekiwała, aby zapamiętała ją taka kobieta jak Miranda Claybourne. -
Była pani w moim sklepie.
- A, tak... - Miranda przypomniała sobie pospieszny zakup pachnącej
świecy i papieru do notowania. - Rzeczywiście.
Henrietta spuściła wzrok. Nigdy w życiu nie widziała równie eleganckiej
osoby.
- I jak? - zagadnęła Cate. - Jak wam się układa?
- Świetnie - odpowiedziała Miranda, nie chcąc wdawać się w szczegóły.
Nie miała nic szczególnie pozytywnego do powiedzenia, a nie chciała
urazić swoich rozmówczyń.
- Jakiego rodzaju pomocy pani szuka? - zapytała Henrietta.
Miranda od razu zwróciła uwagę na jej piękną cerę, podobną do gładkiego
kremu toffi. Henrietta musiała mieć pod czterdziestkę, ale na jej twarzy
nie było ani jednej zmarszczki. Miranda chciała zapytać, jakich
kosmetyków używa, wolała jednak nie nawiązywać zbyt bliskich znajomości.
Pociągnęła łyk kawy i mimo woli uniosła brwi. Kawa była po prostu
znakomita - niepotrzebnie rozpaczała nad nieodwołalną utratą londyńskiej
kawiarni Caffe Nero.
- Potrzebny mi ktoś do gotowania i sprzątania, no i ogrodnik -
wyjaśniła. - Ogród jest w fatalnym stanie.
- Wie pani, że ten ogród był kiedyś naprawdę zachwycający? - Henrietta
popatrzyła na nią uważnie.
- Naprawdę? Nigdy bym nie uwierzyła.
- O, tak! - potwierdziła Cate. - Lightlyowie zakładali najpiękniejsze
ogrody na świecie! Pewnie nie zna się pani zbyt dobrze na ogrodnictwie,
mieszkała pani przecież w Londynie.
- Ava Lightly miała dobrą rękę do roślin - dodała pospiesznie Henrietta.
Przestraszyła się, że Miranda mogła poczuć się urażona. Cate nie bardzo
umiała rozmawiać z obcymi, była jak czujne zwierzę, które oznacza swoje
terytorium mieszanką słodyczy i zjadliwości.
- Wyjechała stąd dwa lata temu - ciągnęła. - Ogród szybko zarasta, jeśli
nikt o niego nie dba.
- Ja raczej nie mam dobrej ręki do roślin. - Miranda zerknęła na swoje
starannie wypolerowane paznokcie i skrzywiła się na myśl, że będzie
musiała sama robić sobie manicure. - Tak czy inaczej, przygnębia mnie
widok splątanych krzewów i zachwaszczonych trawników.
Henrietta głośno przełknęła ślinę, widząc, jak Miranda zagłębia zęby w ciastku.
- Sama pani je piecze? - Miranda z zaciekawieniem spojrzała na Cate.
Właścicielka cukierni kiwnęła głową i ułożyła wargi w tak wydatny
dzióbek, że jej podbródek kompletnie zniknął.
- Nigdzie w Dorset nie znajdzie pani lepszej kawy ani ciastek -
oznajmiła z dumą. - Mam nadzieję, że będzie pani u mnie częstym gościem.
Kiedy ktoś raz spróbuje moich specjałów, zawsze będzie za nimi tęsknił.
- Teraz już doskonale wiem, dlaczego. - Miranda zupełnie nie rozumiała,
jak ta chuda, wręcz koścista kobieta mogła piec takie pyszne ciastka i nie opychać się nimi.
- Ja też popytam, czy ktoś nie szuka pracy - zaproponowała Henrietta. -
Do mojego sklepu przychodzi mnóstwo klientów, Hartington przyciąga ludzi
z całej okolicy, więc nigdy nie wiadomo.
Uśmiechnęła się do Mirandy, która mimo wszystko poczuła do niej
sympatię. Henrietta miała miły, serdeczny i skromny uśmiech kobiety
zupełnie nieświadomej własnej urody.
Drzwi otworzyły się znowu i do środka wpadł podmuch zimnego wiatru.
- No, proszę bardzo! - zawołał szeroko uśmiechnięty mężczyzna o gładkiej, przystojnej twarzy. - To tutaj ją trzymacie? Zaskakujesz mnie,
Etto! Cate, twoja skrytość wcale mnie nie dziwi, po tobie spodziewam się
wyłącznie najgorszego.
- To Troy - oświadczyła radośnie Henrietta. - Gdyby chciała pani ułożyć
włosy albo zrobić sobie nową fryzurę, jego zakład fryzjerski jest po
drugiej stronie ulicy. Chociaż oczywiście pani i tak ma idealną fryzurę.
Mężczyzna odwrócił się do Mirandy, kładąc dłonie na pasku dżinsów.
- Jest tu pani już od dość dawna i do tej pory nie zajrzała pani, żeby
się przywitać? Czujemy się głęboko urażeni. - Lekko wydął wargi, a jego
zaraźliwy uśmiech sprawił, że nastrój Mirandy od razu się poprawił. -
Cate, miłości mojego życia, mam okropną ochotę na ciastko! Na dworze
jest paskudnie zimno, a o dwunastej przychodzi znana nam wszystkim
potworna staruszka na tę swoją niebieską płukankę!
- Jesteś bardzo nieuprzejmy! - zachichotała Henrietta. - Staruszka wcale
nie jest potworna, a Troy tak naprawdę ma na imię Peter - wyjaśniła
Mirandzie.
- Bardzo mi miło! - rzekł Troy, nie czekając na odpowiedź. - I ja też
poproszę kawę... - Utkwił jasnoorzechowe oczy w Mirandzie, mierząc ją
wzrokiem z bezwstydną śmiałością. - Jest pani najbardziej zachwycającą
istotą, jaka od lat pojawiła się w Hartington. Ostatni raz widziałem coś
równie pięknego w lasach za miastem - była to cudna lisica, oczywiście
we własnym futrze. Widzę, że pani futerko pochodzi od Prady, a te
skórzane botki są po prostu świetne, najmodniejsze w tym sezonie. - Z aprobatą pociągnął nosem. - Na dodatek jest pani urocza i piękna! A jaki
jest pani mąż? Bardzo przystojny?
Miranda o mały włos nie opluła kawą swojego zamszowego żakietu.
- Boże, co to za pytanie! - Parsknęła śmiechem. - Piękno tkwi w oku
patrzącego. Moim zdaniem jest przystojny!
- No i ma pani ogromną klasę - ciągnął Troy. - Uwielbiam osoby z klasą!
Jeżeli ma pani szlachecki tytuł, ostrzygę panią za darmo!
- Nie mam tytułu, niestety. Jestem zupełnie zwyczajną panią Claybourne.
- Panią Claybourne z Hartington House jednakże, a to brzmi imponująco!
Piękna i fascynująca, co za połączenie! Wystarczy, aby zawrócić w głowie
gejowi!
- Miranda szuka pomocy domowej - poinformowała Henrietta. - Kucharki.
- Umiem gotować - oświadczył, nie odrywając wzroku od Mirandy.
- I ogrodnika!
Przygarbił się, udając przygnębienie.
- W tej dziedzinie jestem kompletnie beznadziejny! Każda roślina, jakiej
dotknę, natychmiast usycha. Dobrze, że moja kotka nie jest zielona, bo
też marnie by skończyła... Szkoda by było, gdyby przeze mnie zmarnował
się ogród, który kiedyś zasługiwał na miano najpiękniejszego w całym
hrabstwie Dorset!
Henrietta zauważyła, że Cate przestała się odzywać. Stała odwrócona do
nich plecami i robiła kawę, raz tylko rzuciła Troyowi niepewne
spojrzenie.
- Jak tam moja kawa, skarbie? - zagadnął.
- Już prawie gotowa - odpowiedziała Cate.
Atmosfera nagle ostygła, jak zwykle dopasowując się do nastroju Cate.
Zachowali się nierozsądnie, tak długo ignorując gospodynię. Miranda
wyczuła, co się dzieje i szybko zerknęła na zegarek.
- Boże, muszę już pędzić! Bardzo się cieszę, że mogłam was poznać.
- My także - odparła szczerze Henrietta. - Znajdziemy ogrodnika, proszę
się nie martwić!
- Już pani idzie? - zdumiał się Troy. - Przecież dopiero się poznaliśmy,
spędziłem w pani towarzystwie zaledwie dziesięć minut! Może to moja woda
kolońska nie przypadła pani do gustu?
- Wręcz odwrotnie! - Miranda z rozbawieniem pokręciła głową. - Ten
zapach idealnie do pana pasuje!
- Jest słodki, prawda?
- Ale przyjemnie słodki!
- Co za ulga! - Troy rzucił Mirandzie filuterny uśmiech. - Proszę
przywieźć kiedyś pana Claybourne na strzyżenie, z radością go poznam.
I sugestywnie poruszył brwiami.
- Chyba nie powinnam ryzykować - powiedziała Miranda. - Mogłabym go
później nie odzyskać.
Wstała i włożyła płaszcz. Obie kobiety obserwowały ją z zazdrością.
Płaszcz był czarny, dopasowany, z szerokim futrzanym kołnierzem i linią
ramion tak ostro podkreśloną poduszkami, że Miranda prawie cięła nimi
powietrze.
- Dziękuję za kawę i ciastko. - Uśmiechnęła się do Cate. - Naprawdę
nigdzie nie piłam lepszej, nawet w Londynie!
Cate rozpogodziła się w jednej chwili.
- Mogę przyczepić to ogłoszenie na tablicy? - Miranda wyjęła kartkę z torebki.
- Oczywiście, wszyscy na pewno je przeczytają! - zawołała Cate.
Jej zapewnienie nie było potrzebne - ogłoszenie okazało się tak duże, że
nikt nie miał szans go nie zauważyć.
- Nooooo - zamruczał Troy z zachwytem po wyjściu Mirandy. - Niezła
laseczka! "Dziękuję za kawę i ciastko"! - powtórzył, naśladując akcent
gościa. - Coś cudownego!
- Z początku zachowywała się dość chłodno, ale pod koniec zrobiła się
całkiem miła - odezwała się Henrietta. - Wydaje mi się jednak, że
zupełnie nie wie, co o tobie myśleć, Troy! - dorzuciła żartobliwym
tonem.
- Sympatyczna, ale chyba trochę nadęta, co? Typowa dama z Londynu, one
zawsze uważają, że są lepsze od reszty ludzi - zauważyła Cate, stawiając
przed Troyem kawę i ciastko. - To jedna z tych, które przywykły mieć do
dyspozycji cały sztab służących! Najwyraźniej nie bardzo potrafi sobie
poradzić bez sprzątaczki, kucharki, ogrodnika i Bóg wie, kogo jeszcze.
Wparowała tutaj niemal bez słowa, można by pomyśleć, że to poczta!
Wprowadziła się do Hartington House już dwa miesiące temu, a dopiero
teraz raczyła do nas zajrzeć. Hartington to dla niej zabita deskami
dziura, pewnie ma nas za prymitywnych prowincjuszy! - prychnęła
wzgardliwie. - Dosyć ładna, chociaż nic nadzwyczajnego.
- Moim zdaniem za surowo ją osądzasz - rzekł Troy, świadomy, że Cate
rzadko ma coś miłego do powiedzenia o innych. - Bardzo uprzejmie
podziękowała za kawę i wychwalała ją pod niebiosa!
- Dałam jej do myślenia, co? Nigdzie nie znajdzie lepszej kawy!
- Muszę wracać do sklepu - powiedziała Henrietta. - Zostawiłam Clare
całkiem samą...
- Nie przejmuj się, twoja siostra świetnie sobie radzi! - oświadczyła
Cate. - Nie macie przecież dużego ruchu... Weźmiesz ciastko?
- Ciastko? - powtórzyła Henrietta, całkowicie zbita z tropu.
Zaledwie parę minut temu Cate krytykowała ją za łakomstwo.
- Dla Clare, głuptasie! - wyjaśniła Cate, wrzucając ciastko do
papierowej torebki.
Henrietta wzięła ciastko i wyszła z uczuciem całkowitego upokorzenia.
*
Miranda znalazła Gusa przed kominkiem. Oglądał Władcę Pierścieni i zajadał się chipsami, popijając je coca-colą.
- Nie masz nic zadane? - spytała.
Gus wzruszył ramionami.
- Zostawiłem plecak w szkole.
Westchnęła.
- Nie zapomnij przynieść go w poniedziałek, bo znowu wpakujesz się w kłopoty! Wieczorem przyjeżdża ojciec, nie jest zachwycony twoimi
dzisiejszymi wybrykami.
- Nie zrobiłem tego specjalnie! - Gus wepchnął sobie do ust garść
chipsów. - To nie ja zacząłem.
- Nie mam ochoty cię słuchać, muszę wracać do pracy. Wyłącz film, kiedy
przyjedzie twoja siostra, bo ona boi się tych ohydnych stworzeń.
- Orków - poprawił ją Gus.
- Wszystko jedno, jak się nazywają! Nie zapomnij wyłączyć!
- Ale mamo...
- Wyłącz film!
Miranda wróciła za biurko. Wciąż jeszcze miała w ustach smak pysznego
ciastka i mocnej, świetnej kawy. Ludzie, których właśnie poznała,
doskonale nadawali się na urozmaicenie jej tekstów. Troy był cudownie
barwny, a Henrietta zmysłowa, miła, łagodna i całkowicie zdominowana
przez Cate, która mimo swoich magicznych zdolności kulinarnych
niewątpliwie była toksyczną osobowością. Całkiem interesujące trio...
Bardzo zależało jej na stworzeniu ciekawych postaci, które mogłyby co
miesiąc pojawiać się w jej kolumnie. Później może rozwinęłaby
odpowiednie wątki, napisała powieść, sprzedała prawa do sfilmowania
jakiemuś producentowi i z satysfakcją by patrzyła, jak świat otwiera się
przed nią niczym gigantyczna ostryga. Jej palce zaczęły szybko
wystukiwać zdania na klawiaturze.
Po chwili usłyszała trzaśnięcie wejściowych drzwi i lekkie kroki
pięcioletniej córeczki.
- Kochanie! - zawołała, trochę zirytowana, że Storm wróciła do domu
akurat w chwili, gdy ona wgryzała się w swoich bohaterów.
Storm stanęła w drzwiach. Jej oczy miały ponury wyraz, ciemne włosy były
odgarnięte do tyłu, a policzki zaróżowione od chłodu.
- Miałaś dobry dzień w szkole?
- Nie - odparła dziewczynka. - Gus to bandyta.
Miranda przestała pisać i spojrzała na córkę.
- Bandyta?
- Madeleine nie chce przyjść bawić się ze mną, bo boi się Gusa!
- Wiem - westchnęła Miranda. - Ugryzł dziś jakiegoś chłopca.
- Widziałam ślad, ugryzł go do krwi!
- Ten mały pewnie pokazywał to wszystkim jak wojenną ranę! - powiedziała
Miranda z rozdrażnieniem.
Nie miała cienia wątpliwości, że matka chłopca zadzwoni do niej ze
skargą.
- Gus wyrywa nogi pająkom!
- I dobrze, pająki są okropne!
- To stworzenia Boże... - W oczach Storm zalśniły łzy.
- Na miłość boską, z kim ty rozmawiałaś, skarbie? - zdziwiła się
Miranda.
- Pani Roberts mówi, że każda istota jest wyjątkowa, a Gus wszystko
niszczy i zabija!
- Chodź do mnie, kochanie. - Wzięła córkę w ramiona.
- Nie lubię Gusa.
- Nie ty jedna... Może pobawisz się trochę w swoim pokoju, co? Gus
ogląda teraz Władcę Pierścieni.
Storm się cofnęła.
- Masz coś zadane? - zapytała Miranda.
- Tak.
- Przyjdę za minutkę i ci pomogę, dobrze?
Dziewczynka wiedziała jednak, że "minutka" potrwa co najmniej godzinę i ostatecznie będzie musiała odrobić lekcje sama. Jej mama zawsze była
okropnie zajęta.
Storm długo siedziała w swoim różowym pokoju. Tapeta doskonale pasowała
do firanek - były na niej różowe cherubinki, tańczące wśród kwiatów.
Nawet żarówki były różowe i napełniały pokój miękkim różowym światłem.
Półki uginały się pod pluszowymi przytulankami i książeczkami. Storm
miała śliczne puzderka na biżuterię, w których trzymała ozdoby i spinki
do włosów, migotliwe motylki i bransoletki, miała różowe notesiki, w których bazgrała różowymi ołówkami, udając, że coś pisze oraz piękny
domek z haftowanej różowej bawełny, pełny różowych poduszek, które z zapałem kolekcjonowała. Teraz właśnie tam poszukała schronienia. Czuła
się smutna i osamotniona. Przycisnęła do piersi ulubioną różową poduszkę
i wytarła łzy jej rogiem. Po co komu piękny pokój, skoro nie ma się
przyjaciółek, przed którymi można by się nim pochwalić...
Miranda skończyła kolumnę i z westchnieniem ulgi wysłała ją e-mailem.
Zupełnie zapomniała o pracy domowej córeczki. Podniosła się zza biurka i poszła do kuchni. Nalała sobie szklankę wody i wyjęła z lodówki
marchewkę, żeby stłumić nikotynowy głód. Powinna przygotować
podwieczorek dla dzieci, ale do głowy przychodziły jej tylko grzanki
maczane w jajku, ponieważ Gus zjadł już paluszki rybne na lunch. Tępym
wzrokiem wpatrywała się w puste wnętrze lodówki, kiedy zadzwonił
telefon. Przytrzymała słuchawkę ramieniem i sięgnęła po pudełko z jajkami.
- Tak? - odezwała się, pewna, że usłyszy głos męża.
- Halo, tu Jeremy...
- Och, cześć!
- Szukasz ogrodnika, prawda?
- Tak! - Od razu poczuła się trochę lepiej.
- Chyba znalazłem kogoś, kto mógłby ci się przydać. To pan Underwood,
starszy i dość ekscentryczny człowiek, ale ogrodnik z powołania.
- Jak go znalazłeś?
- Pracował kiedyś na farmie.
- A teraz?
- Jest na emeryturze i pracuje w niepełnym wymiarze godzin, więc mógłby
przychodzić do ciebie na dwa, trzy dni w tygodniu.
- Ile ma lat?
Jeremy się zawahał.
- Sześćdziesiąt parę - odparł.
- Da sobie radę? Mamy tu sporo do zrobienia.
- Pozwól mu spróbować, to przyzwoity człowiek!
Storm weszła do kuchni, ubrana w kompletny strój wróżki, razem z błyszczącą koroną, skrzydełkami oraz różdżką.
- Jestem głodna, mamo! - jęknęła.
Duże oczy dziewczynki były zaczerwienione od płaczu. Miranda zmarszczyła
brwi, zawahała się.
- Dobrze, porozmawiam z nim! - zgodziła się pospiesznie. - Mógłby
przyjść jutro rano? Wiem, że to sobota, ale...
- Przyślę go!
- Dobrze. Dziękuję, Jeremy!
Odłożyła słuchawkę i odwróciła się do córki.
- Zrobię ci grzanki w jajku, kochanie... Dobrze się czujesz?
- Grzanki w jajku?! - wykrzyknął Gus od progu. - Nienawidzę grzanek w jajku!
- Nie masz dziś prawa narzekać, mój drogi! Albo grzanki, albo spaghetti!
- Spaghetti! - zdecydował Gus.
Storm zmarszczyła nosek.
- Lubię grzanki w jajku.
- To nie restauracja, oboje dostaniecie spaghetti, i już! - Miranda
czuła, że nie zniesie wybuchu złości Gusa, a Storm i tak nigdy długo nie
narzekała.
Dziewczynka się nadąsała.
- Możesz wziąć tyle keczupu, ile zechcesz - ułagodziła ją matka. -
Naprawdę nie mam dziś siły wykłócać się z wami!
Patrzyła, jak dzieci jedzą i z przyjemnością sączyła wino. Wieczorem w domu będzie David, powinna więc wziąć kąpiel i włożyć coś ładnego,
przygotować dla niego cielęcą wątróbkę z pieczonymi ziemniakami i sosem
z czerwonego wina... Chciała zrobić na nim dobre wrażenie, zachęcić go,
aby spędzał więcej czasu w domu. Była spragniona jego towarzystwa, sama
potwornie nudziła się na wsi.
III
Mgliste poranki, które kryją w sobie obietnicę pięknego dnia
David Claybourne przyjechał do Hartington House o ósmej wieczorem. Gus,
już w błękitnej flanelowej piżamie, czekał na niego w kuchni razem z matką, natomiast Storm spała w łóżeczku, tuląc do piersi ukochanego
pluszowego króliczka i różową poduszkę, i śniła o nowych przyjaciółkach,
które przyszły się z nią pobawić.
Kiedy Miranda usłyszała, że frontowe drzwi się otwierają, kazała Gusowi
zaczekać w kuchni, a sama poszła porozmawiać z mężem. Stali w holu dość
długo, szeptem wymieniając uwagi na temat chłopca. Gus, który wypił już
swoją szklankę mleka, teraz nerwowo kręcił się na ławie, z niepokojem
czekając na rodziców. Ziewał szeroko i zaczął łyżką wydrapywać linie na
sosnowym blacie.
Wreszcie Miranda i David z poważnymi minami weszli do kuchni. Ojciec nie
przywitał się z Gusem. Przysunął sobie krzesło i usiadł, matka podała mu
kieliszek wina, a sobie nalała drugi.
- Mama mówi, że ugryzłeś dziś kolegę i uciekłeś ze szkoły!
Gus wpatrywał się w ojca szeroko otwartymi oczami i ze wszystkich sił
starał się nie mrugać, aby nie okazywać słabości. Aragorn z Władcy
Pierścieni nigdy nie okazywał słabości.
- Musisz natychmiast przestać się tak zachowywać, to nie do przyjęcia!
Chłopiec milczał.
- Za karę przez tydzień nie wolno ci oglądać telewizji!
Gus otworzył usta w niemym proteście, był jednak zbyt oszołomiony, aby
się odezwać.
- Doprowadzasz nas do ostateczności, uważaj! - ciągnął David. -
Ostrzegam, jeśli dalej będziesz terroryzował inne dzieci i przeszkadzał
na lekcjach, nie pozostanie nam nic innego, jak tylko wcześniej wysłać
cię do szkoły z internatem! Rozumiesz mnie?
Gus chwilę walczył z nieposłuszną łzą, która zawisła na rzęsach, ale w końcu poddał się i kiwnął głową.
- Masz coś na swoje usprawiedliwienie?
- To nie ja zacząłem - wyszeptał.
Łza spadła mu na policzek, więc pospiesznie otarł ją rękawem.
- Nie chcę słuchać opowieści o tym, kto komu dokuczył na szkolnym
boisku! - oświadczył David. - Mam dosyć! Zmiataj do łóżka!
Gus zsunął się z ławy i powoli minął rodziców, zmierzając do drzwi.
Żadne nie wyciągnęło ręki, aby go pogłaskać czy poklepać po głowie,
żadne nie schyliło się, żeby pocałować go na dobranoc. Kiedy znalazł się
w swoim pokoju, ostrożnie zamknął drzwi, a potem rzucił się na łóżko i stłumił gwałtowny szloch, wbijając zęby w poduszkę.
- Powinnam chyba zajrzeć do niego - powiedziała niespokojnie Miranda. -
To jeszcze małe dziecko.
- Nie, moja droga - odparł David zdecydowanym tonem. - Na tym właśnie
polega problem, jesteś zbyt łagodna. Nie odesłałaś go z powrotem do
szkoły, tylko pozwoliłaś przez całe popołudnie oglądać film na wideo.
Nic dziwnego, że Gus nie uczy się na błędach! Co właściwie chciałabyś mu
powiedzieć? Niech trochę popłacze sobie przed snem, nic mu nie będzie. I nie nauczy się, jak trzeba się zachowywać, jeżeli ciągle będziesz go
rozpieszczać. Postaraj się być bardziej twarda, nie wolno nam pozwolić,
aby Gus wyrósł na potwora. To nie fair wobec niego! Zapoznanie go z zasadami przebywania wśród ludzi to nasz obowiązek!
- Ale ja nie mam pojęcia, jak to zrobić. - Miranda pociągnęła duży łyk
wina i opadła na krzesło.
- Nie bądź śmieszna, to nie fizyka nuklearna! Zaczęłaś szukać pomocy do
prac domowych?
- Tak! - Szybko się rozpogodziła. - Powiesiłam ogłoszenie w cukierni w mieście. Jak twierdzi nasz sąsiad, Jeremy Fitzherbert, jest to żywe
serce Hartington. Jeremy przyśle tu zresztą kogoś jutro, na razie na
rozmowę. To ogrodnik, nazywa się Underwood.
David z aprobatą skinął głową. Należał do ludzi, którzy lubią oglądać
rezultaty działania innych.
- I jest już po sześćdziesiątce - dokończyła Miranda.
- Nigdy nie oceniam człowieka, dopóki go nie spotkam!
- Pewnie ma ogromne doświadczenie.
- A co z kucharką? A właśnie, coś tu bardzo przyjemnie pachnie...
- Cielęca wątróbka. - Uśmiechnęła się Miranda. - Twoje ulubione danie!
- Całkiem niewykluczone, że jednak przeistoczysz się w boginię ogniska
domowego. - Dopił wino i wstał. - No, dobrze, wykąpię się teraz...
Miranda chwilę patrzyła za mężem. Nie zapytał nawet, co się z nią dzieje
czy jak się czuje, nie zwrócił też uwagi na kaszmirową suknię, którą
miała na sobie. A przecież zadała sobie tyle trudu, umyła włosy i umalowała się... Pokręciła głową i zabrała się do przyrządzania sosu z czerwonego wina. Oczy piekły ją od cebuli. Nagle ogarnęło ją uczucie
wielkiego znużenia. Ostatni rok porządnie dał jej się we znaki. Gusa
wyrzucono ze szkoły tuż przed ostatnimi świętami Bożego Narodzenia i trzeba było znaleźć dla niego domowego nauczyciela na czas poszukiwań
domu na prowincji i przeprowadzki. Musiała załatwić wszystko przed
początkiem nowego roku szkolnego we wrześniu.
Z góry nadal dobiegał płacz Gusa.
- Cholera jasna! - zaklęła, krzywiąc się na widok skaleczonego nożem
palca. - Nie mogę gotować tu kolacji, gdy dzieciak wypłakuje oczy w swoim pokoju!
Otworzyła jedną z szuflad, wyjęła plaster z wizerunkiem Spidermana,
szybko opatrzyła rozcięcie i pobiegła na górę.
Gus szlochał głośno. Weszła do pachnącego nieświeżymi herbatnikami
pokoju i usiadła na łóżku synka. Przestał płakać, kiedy tylko wyczuł jej
obecność i uniósł głowę z poduszki. Popatrzyła na niego, nie bardzo
wiedząc, co robić i położyła mu rękę na głowie, w miejscu, gdzie włosy
były wilgotne od potu.
- Uspokój się, już po wszystkim! - szepnęła. - Tatuś już się na ciebie
nie gniewa!
Gus dosłownie zachłysnął się płaczem.
- Kochanie, wszystko w porządku. Nie gniewamy się już na ciebie. No, weź
się w garść!
Chłopiec dalej szlochał rozpaczliwie. Miranda chwyciła go pod pachy i posadziła sobie na kolanach, żeby móc go przytulić. Ukrył buzię w załamaniu jej szyi i barku, zupełnie jak przed laty, kiedy był malutki.
- O co chodzi, skarbie? - zapytała łagodnie.
- Nie wiem - odparł w końcu ochrypłym głosem, z trudem łapiąc oddech. -
Nie chcę iść do szkoły z internatem!
Niewiele mogła zrobić. Tuliła go, dopóki się nie uspokoił, a potem
ułożyła w łóżku, pocałowała w czoło i zgasiła lampę. Zasnął szybko, jego
blada buzia nagle odzyskała całą dziecięcą słodycz i niewinność. Miranda
wpatrywała się w niego długo, zadając sobie pytanie, dlaczego ma takie
trudne dziecko. Ani na moment nie przyszło jej do głowy, że może to mieć
coś wspólnego z nią samą.
David wykąpał się i włożył płócienne spodnie i niebieską koszulę od
Ralpha Laurena. Był przystojny, miał lśniące czarne włosy, opaloną skórę
i ciemnoniebieskie oczy, ocienione długimi rzęsami, które mniej męskiej
twarzy mogłyby nadać zbyt kobiecy wygląd. Silny i muskularny, codziennie
rano ćwiczył w siłowni, która znajdowała się pod jego biurem. Był też
próżny. Ubierał się elegancko i starannie, używał drogiej wody
kolońskiej i stale się martwił, że łysieje. Nie brakowało mu pewności
siebie - zarobił duże pieniądze w City, ożenił się z piękną kobietą,
kupił duży dom na wsi i niewielkie pied-a-terre w Kensington. Miał
wszystko - idealną rodzinę w Dorset oraz idealną kochankę w Londynie.
Dwa oddzielne życia, wszystko tak, jak powinno być. Uważał, że sięga
tylko po to, co słusznie należy się każdemu mężczyźnie. Kochał żonę, nie
kochał kochanki, ale przecież Miranda nie mogła oczekiwać, że będzie żył
w celibacie przez cały długi tydzień, prawda? Było to zrozumiałe samo
przez się. Miranda miała dom na wsi, a on przyjemny i niezobowiązujący
seks w Londynie. Nikomu nie działa się krzywda, wszyscy byli zadowoleni.
Miranda skończyła dusić wątróbkę, nakryła stół na dwie osoby i usiadła,
czekając na męża. Zapaliła świecę, ale wydało jej się to zbyt teatralne,
więc zgasiła ją i schowała. Wszystko to razem jest bardzo
niesprawiedliwe, pomyślała. Gotuję, zmywam, sprzątam, piorę, raz w tygodniu jeżdżę do Sainsbury na zakupy, opiekuję się dziećmi i na
dodatek pracuję zawodowo, a David ma tylko pracę i myśli tylko o sobie.
- Pieprzyć to wszystko! - mruknęła, nalewając sobie trzeci kieliszek
wina. - I jeszcze zachowuje się tak, jakby w ogóle mnie nie widział!
David zszedł do kuchni w doskonałym nastroju. Nałożył sobie porcję
wątróbki i usiadł.
- Tyle dziś sobie zadałaś trudu, kochanie! - Zmierzył Mirandę pełnym
uznania wzrokiem. - Mam bardzo piękną żonę.
Serce Mirandy podskoczyło jak płomyk w ognisku.
- Dziękuję! Opowiedz mi, co dzieje się w Londynie, żebym mogła choć
trochę wrócić do normalnego życia.
- Jest tak samo, jak przed twoim wyjazdem, tylko zimniej - odparł.
Miranda przełknęła rozczarowanie i postanowiła nie poddawać się
zniechęceniu.
- Z kim się widziałeś?
- Z tymi samymi ludźmi, co zwykle, oczywiście kiedy miałem czas. W tym
tygodniu codziennie siedziałem w pracy do dziesiątej, jestem wykończony!
- A jak tam Blythe?
Miranda wpadła na dawną szkolną przyjaciółkę na zajęciach judo w Chelsea, na które woziła Gusa. Po latach znowu zbliżyły się do siebie,
gdy Miranda wspierała Blythe podczas trudnego rozwodu.
- Ciągle próbuję się do niej dodzwonić, ale za każdym razem włącza się
automatyczna sekretarka - dodała. - Widać tak to już jest, gdy człowiek
wyprowadza się na wieś - wszyscy przyjaciele natychmiast o tobie
zapominają.
- Blythe wcale o tobie nie zapomniała! Jest bardzo zajęta rozmowami z adwokatami i księgowymi, sama rozumiesz. Udzieliłem jej nawet pewnej
rady - wyznał pompatycznie David, unosząc widelec. - Powiedziałem jej,
że powinna przeprowadzić rozwód w taki sposób, jakby zarządzała firmą,
której najpoważniejszym klientem jest ona sama. Musi wynegocjować
najlepsze warunki i nie oczekiwać, że prawnik wszystko za nią załatwi.
Adwokat nie wie przecież, czego ona naprawdę chce i myśli wyłącznie o tym, ile pieniędzy może dla niej zdobyć i ile sam na tym zarobi. Może
sobie być najlepszym specem od spraw rozwodowych w mieście, ale ona i tak musi powiedzieć mu, na czym jej szczególnie zależy. Poradziłem jej,
żeby spisała listę żądań, bo albo dobije targu na własnych warunkach
teraz, albo nigdy. Po zakończeniu formalności nie będzie już mogła
poprosić o rzeczy, o których zapomniała. Jej mąż zgarnie całą pulę, a ona zostanie z niczym, żałując, że nie okazała się bardziej
zapobiegliwa...
- I posłuchała cię?
- Tak sądzę! Problem polega na tym, że Blythe jest zbyt uczuciowa, zbyt
emocjonalna i nie przywiązuje wagi do szczegółów. W tej chwili chce po
prostu zakończyć małżeństwo i mieć to raz na zawsze za sobą.
Uświadomiłem jej jednak, że pieniądze są ważne, jeżeli nie dla niej, to
na pewno dla jej syna. Blythe wie, co jest dla niej dobre, a ja z przyjemnością jej pomogłem. Ten jej mąż nigdy mi się nie podobał,
straszny z niego dupek!
- Szokujące, ilu naszych przyjaciół już się rozwiodło albo właśnie się
rozwodzi - westchnęła. - Kiedy wreszcie uporządkujemy nasze tutejsze
sprawy, trzeba będzie koniecznie zaprosić Blythe i Rafaela na weekend.
Rafael to bardzo sympatyczny chłopiec, może wywarłby pozytywny wpływ na
Gusa, kto wie... Spotkałyśmy się z Blythe po tylu latach niewidzenia,
odkryłyśmy, że mieszkamy niedaleko siebie i właśnie wtedy
przeprowadziłam się tutaj. Typowe, co? Chłopcy dopiero zaczęli się
bliżej poznawać.
- Byle tylko Gus nie ugryzł Rafaela!
- Z czasem wszystko powinno się dobrze ułożyć, Gus na pewno przywyknie
do nowego otoczenia i uspokoi się. - Lekko zmarszczyła brwi, świadoma,
że problem z Gusem nie zniknie sam z siebie. - Nie sądzisz, że warto
byłoby poradzić się specjalisty? - zapytała ostrożnie.
- Masz na myśli psychiatrę? - W jego głosie zabrzmiało oburzenie.
- Może dziecięcego psychologa...
- Po moim trupie! Nie pozwolę, żeby ktoś obcy wtrącał się w sprawy
mojego syna i grzebał mu w psychice! Z Gusem wszystko jest w jak
najlepszym porządku, szkoła z internatem szybko postawi go na nogi!
- Ale do szkoły z internatem pójdzie dopiero za rok, zresztą on wcale
tego nie chce!
- To tylko taka faza, wyrośnie z tego. Musisz po prostu trzymać rękę na
pulsie, kochanie, ciągle mieć go na oku! Ostatecznie to ty jesteś z nim
przez cały tydzień, więc wszystko zależy od ciebie!
- Zaraz powiesz mi, żebym zajmowała się dziećmi w taki sposób, jakbym
zarządzała firmą i że Gus jest moim najpoważniejszym klientem. -
Zaśmiała się nienaturalnie.
- Nie, skarbie, to Gus jest firmą, a ja twoim najpoważniejszym klientem
- sprostował zupełnie poważnie.
Po obejrzeniu telewizyjnych wiadomości poszli do sypialni. David
siedział w łóżku i czytał "The Economist", a Miranda, wstawiona i zmęczona, zwinęła się w kłębek, zasłaniając oczy od światła poduszką.
Nie kochali się. David nie wykonał żadnego zachęcającego gestu, co
Miranda, choć mocno urażona, że nie pożądał jej po tygodniu spędzonym
oddzielnie, przyjęła jednak z pewną ulgą.
Następnego dnia rano Storm zajęła się zabawą w swoim pokoju, natomiast
Gus, za karę pozbawiony telewizji, poszedł do lasu, żeby zastawiać
pułapki na niczego nie podejrzewające nieszczęsne zwierzęta. David
czytał gazetę przy śniadaniu złożonym z jajek, bekonu i grzanek,
przygotowanym przez Mirandę. Czekała ją teraz rozmowa z ogrodnikiem.
- Chcesz porozmawiać z nim razem ze mną? - zapytała.
David, nie odrywając oczu od pierwszej strony "Telegraph", odparł, że to
jej działka.
- Ty jesteś ministrem spraw wewnętrznych - oświadczył.
- A ty kim jesteś? - zagadnęła, zirytowana brakiem zainteresowania z jego strony.
- Premierem - wyjaśnił. - Jeżeli potrzebujesz rady, chętnie ci jej
udzielę, ale całkowicie ufam twojej opinii.
Miranda wysłała męża do Hartington, aby spróbował kawy w cukierni Cate i poszła do swojego gabinetu. Miała dosyć zajmowania się wszystkim w pojedynkę. Przypomniała sobie armię robotników budowlanych, malarzy,
stolarzy i dekoratorów, których przywiozła tu, aby przeistoczyć
Hartington House w dom swoich marzeń. David dał żonie wolną rękę - jej
dobry gust był jednym z powodów, dlaczego się z nią ożenił - i bez słowa
sprzeciwu płacił rachunki. Oczekiwał, że ona, jako minister spraw
wewnętrznych, rzecz jasna, stworzy dom dla niego oraz ich dzieci i ani
razu nie przyszło mu do głowy, aby zstąpić ze swego wysokiego urzędu i przyjść jej z pomocą. Nagle Mirandę uderzyła myśl, że nie ma już ani
jednej rzeczy, którą zajmowaliby się wspólnie. Nawet dzieci trafiły pod
jej wyłączną jurysdykcję i podlegały jedynie ostatecznej ocenie
wielkiego premiera i lalkarza, który trzymał w ręku wszystkie sznurki.
Zastanawiała się jeszcze nad sytuacją w swoim małżeństwie, kiedy w holu
zadźwięczał dzwonek. Miranda wzięła głęboki oddech i pospieszyła do
drzwi. Modliła się w myśli, aby pan Underwood okazał się ogrodnikiem
doskonałym i przy okazji poprosiła też Boga, by zesłał jej kucharkę i sprzątaczkę. Otworzyła drzwi i ujrzała stojącego na progu człowieczka,
podobnego do gnoma, w brązowej kurtce i spodniach oraz tweedowej czapce
na szopie gęstych, kręconych siwiejących włosów. Na jej widok przybysz
szybko zdjął czapkę i przycisnął ją do piersi.
- Nazywam się Underwood, przyszedłem w sprawie pracy w ogrodzie -
odezwał się, rozciągając słowa w typowy dla rdzennych mieszkańców Dorset
sposób.
Miranda nie podała mu ręki, ponieważ odniosła wrażenie, że nie
wiedziałby, co z nią zrobić.
- Zapraszam do środka, panie Underwood - odparła, odsuwając się, aby
zrobić mu miejsce w drzwiach.
Do holu razem z panem Underwoodem dostał się chłodny, wilgotny wiatr.
- Ależ dziś mokro! - Miranda zamknęła drzwi. - Nie znoszę mżawki!
- Globalne ocieplenie - oznajmił smętnie gość. - Jednego dnia gorąco jak
w środku lata, następnego zimno jak na Syberii! Zupełnie nie wiadomo,
czego można się spodziewać!
- Chodźmy do gabinetu...
Poszedł za nią, przyglądając się wykładanej kamiennymi płytami posadzce
i pomalowanym na kremowy odcień ścianom. W dużym, pustym kominku
powinien płonąć ogień, a ładny chodnik przed kominkiem wprost prosił się
o parę śpiących psów... Kiedy dom należał do rodziny Lightly, w kominku
zawsze wesoło trzaskały płomienie, a na dużym starym stole w holu stał
piękny bukiet. Okrągły stół, który teraz zajął miejsce tamtego wyglądał
dziwnie samotnie, zwieńczony tylko nieruchomą rzeźbą.
- Dopiero co się państwo wprowadzili, tak? - zapytał.
Miranda zauważyła, że mówił wyraźnie i powoli, jak człowiek, któremu
nigdy się nie spieszy.
- Tak. Zna pan ten dom?
- Tak... Kiedyś był tu najpiękniejszy ogród w całym Dorset!
- Naprawdę? - Uśmiechnęła się, wskazując mu fotel.
Pan Underwood od razu spostrzegł, że w gabinecie też nie rozpaliła
ognia, chociaż powietrze leciutko pachniało tu dymem, co było
zachęcające.
- Pani Lightly była utalentowaną damą.
- Tak słyszałam...
- Powinna pani palić w kominkach. Przyniosę drewna, jeśli pani chce.
- Dziękuję. Widzi pan, potrzebujemy kogoś takiego!
Kiedy jednak pan Underwood wetknął sobie palec do nosa i zaczął nim
dłubać, straciła nieco pewności, że właśnie on jest im potrzebny.
- Swędzi mnie w nosie - wyjaśnił, wpychając palec jeszcze głębiej.
- Rozumiem... Pracował pan dla Jeremy'ego Fitzherberta, tak?
Pan Underwood wyjął palec z nosa i wytarł go w kurtkę.
- Przepracowałem na farmie ponad czterdzieści lat. Orałem i siałem, ale
od początku największą przyjemność sprawiała mi praca w ogrodzie.
Widziała pani muchomory w lesie?
Oczy starszego mężczyzny lśniły jak rozłupane bryłki kwarcu. Miranda
potrząsnęła głową.
- Muchomory?
- Tak, pewnie będzie ich całkiem sporo, bo jesień mamy wilgotną... Wie
pani, że sam grzyb to tylko owoc całej rośliny?
- Nie wiedziałam...
- Grzyby pojawiają się tylko wtedy, gdy roślina jest dość silna, aby
wyprodukować nasiona!
- Naprawdę? - Miranda starała się nadać swemu głosowi nutę
zaciekawienia.
- W lasach rośnie mnóstwo jadalnych muchomorów, ale większość ludzi nie
ma o tym pojęcia i dlatego jedzą tylko pieczarki. Pani Underwood gotuje
pyszną zupę z muchomorów. Wie, które nadają się do jedzenia, a które
nie!
Miranda zwróciła uwagę na zaokrąglony brzuch pana Underwooda. Nie
ulegało wątpliwości, że był doskonale odżywiony. Zmrużyła oczy.
- Zdaje pan sobie sprawę, że to duża posiadłość.
- Pani Lightly zajmowała się tu wszystkim sama! - Z szacunkiem pokiwał
głową.
- Nie miała nikogo do pomocy?
- Tylko Hectora. Praca w ogrodzie była jej wielką pasją.
- Cóż, w ciągu ostatniego roku ogród trochę zdziczał. Czeka pana dużo
pracy, nie jestem przekonana, czy ma pan dość siły, aby sobie z tym
poradzić.
Pan Underwood rzucił jej pełne urazy spojrzenie.
- Czy mam dość siły?! - wykrzyknął z oburzeniem, szybkim ruchem
ściągając kurtkę i odsłaniając nagie ramiona, wystające spod krótkich
rękawów koszuli. - Niech pani tylko popatrzy! Muskuły twarde jak kamień,
jak głaz!
- Nie trzeba, panie Underwood...
- Człowiek ma tyle lat, na ile się czuje, proszę pani! W głębi serca
wciąż jestem młodym chłopakiem!
- Na pewno, na pewno... Pani Underwood ma szczęście, że jest pan taki
energiczny! A właśnie, czy ona dobrze gotuje?
Pan Underwood pogłaskał się po brzuchu.
- Moja żonka? To dobra kobieta. Nikt nie potrafi gotować tak jak pani
Underwood!
Miranda postanowiła zaryzykować. Desperacja popchnęła ją do impulsywnego
działania.
- Szukamy kucharki...
Ogorzałą twarz pana Underwooda rozjaśnił uśmiech, jego okrągłe policzki
poróżowiały.
- Więc nie musi pani dłużej szukać! Pani Underwood nakarmi was jak
należy! Gotowała dla pani Lightly, gdy ta miała gości!
- I zna ten dom?
- Jasne, że zna!
- Myśli pan, że znajdzie dla nas czas?
Mężczyzna energicznie pokiwał głową.
- Czasu jej nie brakuje. Nasze dzieci już podorastały i same mają
dzieci!
Miranda nie mogła oprzeć się wrażeniu, że sytuacja wymyka jej się spod
kontroli.
- Chętnie spotkałabym się z panią Underwood - powiedziała zdecydowanym
tonem. - Może mogłaby przyjść tu jutro i przygotować niedzielny lunch
dla nas czworga. Natomiast, jeśli chodzi o pana, to... Cóż, bądźmy
szczerzy - teren wokół domu jest potwornie zapuszczony, a pan ma pewne
doświadczenie w pracy w ogrodzie. Może na początek zająłby się pan
grabieniem liści i rąbaniem drewna na opał, a ja w tym czasie
poszukałabym kogoś... - zawahała się, usiłując znaleźć określenie, które
by go nie uraziło. - Kogoś, kto pracowałby razem z panem, ale także
zaplanowałby ogród. Wydaje mi się, że przydadzą się tu dwie pary rąk,
prawda?
Pan Underwood powoli skinął głową. Nie do końca rozumiał, o co chodzi z tym planowaniem ogrodu, ale uwielbiał rąbać drewno i rozpalać ogniska, a oczami wyobraźni widział już olbrzymie stosy liści.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki