Franciszek Żwirko. Lotnik zwycięzca - Henryk Żwirko

Reflow text when sidebars are open.
Franciszek Żwirko urodził się 16 sierpnia 1895 roku w Święcianach na Wileńszczyźnie. Ojciec, Szymon, był pracownikiem kolei, matka Konstancja z Borowskich pochodziła ze średniej szlachty. Mieszkali w Bieniakoniach, gdzie Szymon Żwirko pełnił obowiązki nadzorcy odcinka kolejowego. W domu się nie przelewało, ale rodzina miała służbowy domek z ogródkiem i kawałek ziemi i to musiało wystarczyć. Narodziny pierwszego syna młodzi małżonkowie przyjęli z wielką radością.
W końcu roku 1895 w Wilnie, w kościele św. Piotra i Pawła, odbyła się uroczystość chrztu - niemowlęciu nadano imiona: Franciszek Henryk. Do dziewiątego roku życia dzieciństwo przyszłego pilota związane było z Bieniakoniami, małym miasteczkiem z drewnianymi domkami, gdzie większość mieszkańców stanowili pracownicy kolei, głównie Rosjanie, kilka rodzin litewskich, kilka żydowskich i sporo Polaków - drobnej szlachty. Chlubą miasteczka był piękny cmentarz, na którym znajduje się grób Maryli Wereszczakówny, ukochanej Adama Mickiewicza. Młody Franek często odwiedzał z matką cmentarz, na którym znajdował się również grób jego babki. Były to pierwsze lekcje historii Polski i patriotyzmu. W owym czasie żywe były jeszcze wspomnienia powstań.
Dom Żwirków, głównie za sprawą pani Konstancji, stanowił w Bieniakoniach ostoję polskości i katolicyzmu. Dookoła niego gromadzili się Polacy. Wieczorami pani Konstancja grała na pianinie, wspólnie czytali wiersze, najczęściej ukochanego Mickiewicza. Pierwsze nauki: czytania, pisania i rachowania Franek otrzymał od matki. Była to młoda, wykształcona kobieta, mówiąca biegle po francusku, co znacznie później, w czasach stalinowskiego terroru i prześladowań Polaków, pozwoliło jej przeżyć kilkanaście lat w łagrze w charakterze nauczycielki francuskiego dla dzieci naczelników łagru.
Pierwsze nauki porządku, odpowiedzialności i właściwego zachowania, opowieści, spacery i wspólne modlitwy wywarły olbrzymi wpływ na dalsze życie Franka. Matka była dla niego kimś szczególnie ważnym i kochanym - wzorem do naśladowania. Stawiała przed Frankiem, a później i młodszymi dziećmi, bo rodzeństwa było sporo, wysokie wymagania.
W Bieniakoniach, wielonarodowym, kresowym miasteczku rozmawiano po białorusku, litewsku, w jidysz i w oficjalnym języku rosyjskim. Polacy, oczywiście, po polsku. W domu Żwirków pani Konstancja wymagała rozmów tylko po polsku. Kto odzywał się, szczególnie przy stole, w innym języku, nie dostawał obiadu.
W wieku 11 lat Franek rozpoczął regularną naukę w szkole koedukacyjnej w Wilnie. Mieszkał na stancji u państwa Jastrzębskich w drewnianym domku przy Rynku Stefańskim. Wśród kolegów w szkole wyróżniał się śmiałością, sprawnością fizyczną i umiejętnością przewodzenia w grupie. Dziewczynki lubiły go za galanterię i uprzejmość. Powodzeniem cieszyły się organizowane przez Franka zabawy i gry, a szczególnie chóralne śpiewy pieśni patriotycznych w ogrodach wileńskiego przedmieścia Nowy Świat. Kiedy śpiewano, w okolicy wystawiano specjalne posterunki, które miały ostrzec zgromadzonych o zbliżającej się policji. Śpiewano: Jeszcze Polska... i Boże coś Polskę... Do chóru, poszukiwanego przez rosyjską policję za te patriotyczne wystąpienia, należeli przez pewien czas nawet synowie rosyjskich dygnitarzy, w tym i policmajstra. Wiedziano, kto jest organizatorem, jednak nikogo nie złapano na gorącym uczynku.
Franek od najmłodszych lat uwielbiał teatr i organizował nawet przedstawienia amatorskie. Głośny był jego udział w gronie statystujących dzieci w inscenizacji Dziadów, kiedy po słowach: "ciemno wszędzie, głucho wszędzie" - usłyszano jego drżący głosik: "ale ja się naprawdę boję...".
Drugą pasją Franka był cyrk. Smakował jak zakazany owoc, bo uczniom nie wolno było chodzić na przedstawienia cyrkowe.
W następnym roku szkolnym Franek rozpoczął naukę w szkole realnej. Polityka władz rosyjskich, mająca na celu ostrą rusyfikację, wywołuje u niego wielkie opory. Ma w związku z tym wiele trudności, szczególnie u nauczycieli języka rosyjskiego i historii Rosji. Historia Rosji nauczana w szkole zdecydowanie różniła się od wiadomości, które wyniósł z domu. Bardzo dobrze daje sobie radę z geografią, fizyką, matematyką. Za wystąpienia patriotyczne na lekcjach i podkreślanie swojej polskości jest szykanowany. Nasiliło się to szczególnie po fałszywym zagraniu - grał na trąbce w szkolnej orkiestrze - na uroczystości szkolnej rosyjskiego hymnu Boże cara chrani.
Ojciec Franka zostaje przeniesiony na nowe stanowisko zawiadowcy odcinka drogowego na linii Homel-Briańsk. Wilno jest daleko i rodzice przenoszą syna do szkoły w Nowozybkowie. Na Białorusi rusyfikacja nie jest prowadzona tak bezwzględnie, jak w Wilnie. Opinia niesfornego ucznia Polaka - patrioty podąża jednak za nim aż do Nowozybkowa. I znów ma kłopoty z rosyjskim i historią Rosji.
Rok szkolny 1913-1914. Franek staje się bohaterem dnia - omal nie wyrzucono go ze szkoły. Podczas uroczystego obchodu stulecia bitwy pod Borodino, w czasie koncertu wydał jakiś nieartykułowany dźwięk. Dyrekcji szkoły znane były historie z czasów orkiestry wileńskiej i znów skupiło się na młodym Żwirce. Za to przewinienie pokutował tydzień. Nie wolno mu było wyjść do miasta, jedzenie przynoszono mu do szkoły z domu.
Kończy się nauka w szkole i wreszcie nadchodzą wakacje. Franek prosi o zezwolenie na wyjazd do wujka Borowskiego - brata matki - do Petersburga. Rodzice się zgadzają. Zawsze pragnął zostać lotnikiem, a tam jest szkoła lotnicza. W tajemnicy przed rodzicami zapisuje się do szkoły pilotów, zdaje z powodzeniem egzaminy wstępne i rozpoczyna kurs teoretyczny. Pracuje przy samolotach, pomagając mechanikom. Krótko przed rozpoczęciem lotów matka Franka dostaje list od bratowej, w którym donosi ona: "Wyobraźcie sobie, Franek został lotnikiem".
Matka Franka jedzie do Petersburga i mimo oporu kandydata na pilota zabiera go do domu. Franek nie był jeszcze pełnoletni; łzy matki stanowiły poważny argument na czasową rezygnację ze szkolenia lotniczego, na oddalenie spełnienia najgorętszych marzeń. Pierwsza inicjatywa zostania pilotem okazała się nieudana. Franek wraca do Nowozybkowa. Ojciec widzi go w zawodzie kolejarza. Franek się temu sprzeciwia. Siostrze Tosi mówi z przekonaniem: "Żadne przeszkody mnie nie powstrzymają. Wszystko jedno, zostanę lotnikiem".
Wybucha wojna, po latach nazywana pierwszą wojną światową. Dziewiętnastoletni Franek jest zagrożony wcieleniem do wojska. W sierpniu 1914 roku rodzice Franka otrzymali list od bratowej Konstancji Borowskiej z zaproszeniem dla Franka do Omska na Syberii. Ma tam odpocząć i być może znaleźć jakieś zajęcie, a także zapomnieć o lotnictwie. Sytuacja materialna rodziców była bardzo trudna. Zarobki na kolei, mimo że stałe, nie wystarczały na utrzymanie ośmioosobowej rodziny. Dziewiętnastoletni młodzieniec musiał wyruszyć w świat.
Podróż do Omska trwała trzy tygodnie. Pociąg zatrzymywano niemal na każdej stacji, aby przepuścić transporty wojskowe spieszące na front. W Omsku zamieszkał u wujostwa. Wuj Borowski był urzędnikiem telegrafu i po pewnym czasie zaproponował Frankowi kurs w szkole telegrafistów. Sześciotygodniowy kurs ukończył z powodzeniem i zaproponowano mu posadę, biorąc pod uwagę jego znajomość języków obcych: francuskiego i niemieckiego. Praca w urzędzie telegraficznym, powolna, monotonna nie odpowiadała ruchliwemu i pełnemu życia człowiekowi. Wuj Borowski mówił: - Tak jest tylko na początku, potem się przyzwyczaisz.
Franek jednak zdecydował: - Wkrótce mogę spodziewać się powołania do wojska, po co mam czekać. Lepiej sam pójdę. Przecież tak czy inaczej trzeba będzie kiedyś iść na front.
Miał rację. Miał już ponad 20 lat i za pół roku czekało go wcielenie do wojska. Zgłaszając się jako ochotnik, zyskiwał pewne przywileje, a ponieważ miał ukończone siedem klas szkoły realnej, przysługiwało mu prawo wstąpienia do szkoły oficerskiej.
3 maja 1915 roku zostaje wcielony jako szeregowiec ochotnik do 28 batalionu rezerwowego. Kilkadziesiąt dni spędza w pułku i 31 maja wyjeżdża do szkoły oficerskiej w Irkucku. Okres pobytu Żwirki w szkole wojskowej był pełen wytężonej pracy nad przygotowaniem do czekającej go roli oficera. W dzień musztra, ćwiczenia w terenie, wieczorami teoria. Żwirko, sprawny fizycznie i zawsze uśmiechnięty, stał się ulubieńcem wykładowców oraz instruktorów, dając przykład kolegom podczas manewrów i ćwiczeń. Szkołę ukończył 2 października 1915 roku i otrzymał awans na chorążego rezerwy - praporszczyka zapasa - z jedną z najlepszych not.
Przydzielono go do 27 pułku strzelców syberyjskich w Omsku. I znów czekała go ciężka praca. Cały dzień upływał mu na szkoleniu żołnierzy, którzy mieli wyruszyć na front. Wieczory spędzał w domu, jak dawniej mieszkając u ciotki Borowskiej. Wśród żołnierzy cieszył się dużym mirem. Lubiano go, chociaż był wymagający i surowy. Żołnierze wiedzieli, że Żwirko jest nie tylko ich przełożonym, ale i serdecznym przyjacielem. Podczas jego dyżuru w pułku największa liczba żołnierzy otrzymywała przepustki do miasta. W wigilię świąt Bożego Narodzenia w roku 1915 Żwirko przyszedł do wujostwa, ale kręcił się niespokojnie i widać było, że nie może usiedzieć przy stole.
- Muszę iść do koszar - tłumaczył ciotce i wujaszkowi. - Tam czekają moi żołnierze. Podzielę się z nimi opłatkiem i wrócę. Jak wspominała moja matka, sytuacja ta powtarzała się w każdą Wigilię, wiele lat później, kiedy służył w polskim lotnictwie.
Franciszek Żwirko w Armii Rosyjskiej w 1916 r.
Zbliżał się termin wyruszenia na front. 1 maja 1916 roku przydzielono go do kompanii marszowej 27 Pułku Strzelców Syberyjskich. Podróż z Syberii na front trwała trzy tygodnie. Po przybyciu do dowództwa armii dowiedział się, że został ostatecznie przydzielony do 36 Orłowskiego Pułku Piechoty, walczącego w składzie 9 dywizji na froncie pod Baranowiczami. W pułku tym zameldował się 12 lipca 1916 roku.
Po jednodniowym odpoczynku jego kompania miała ruszyć do ataku. Pierwszą noc spędził w okopach. Nieustanny grzmot dział i serie z karabinów maszynowych utrwaliły się w jego pamięci: "Najcięższe były pierwsze dni. Nie mogłem przyzwyczaić się do myśli, że sto metrów od nas znajduje się wróg. Czułem się dziwnie w okopach. Siedzieliśmy zaryci w ziemi, nie mogąc wysunąć nosa. Waliła w nas bezustannie artyleria przeciwnika. Obiady dostarczali nam nocami, nie dojadaliśmy i nie dosypialiśmy. Zawsze musieliśmy być w pogotowiu".
W pierwszych dniach sierpnia następuje atak Niemców. Dochodzi do zaciętej walki. Pułk ponosi duże straty. Żwirko - po śmierci starszych rangą oficerów - dowodzi kompanią w czasie przeciwnatarcia. Po tej pierwszej poważnej potyczce otrzymuje dowództwo kompanii. W czasie dalszych walk z Niemcami jego kompania bierze do niewoli kilkunastu szeregowców wraz z dwoma oficerami, karabin maszynowy i duże zapasy amunicji. W rozkazie do armii po raz pierwszy wymieniono nazwisko Żwirki w rubryce odznaczonych: za waleczność. Młody, zaledwie 21-letni chorąży otrzymuje krzyż św. Anny IV stopnia. Kilka tygodni później wyróżnia się odwagą w czasie odparcia ataku niemieckiego. Kompania dowodzona przez Żwirkę stawia dzielnie czoło liczebniejszemu przeciwnikowi. I znów jego nazwisko pojawia się w rozkazie armii.
12 listopada 1916 zostaje mianowany podporucznikiem. Dzielny, energiczny, zawsze wesoły zyskuje sobie wśród oficerów licznych przyjaciół, a u przełożonych uznanie. Żołnierze z jego kompanii wiedzą, że nie będzie szafował ich życiem i krwią. 1 lutego 1917 roku przeniesiono go do 674 Pułku Piechoty na stanowisko dowódcy kompanii wywiadowczej, a 12 marca otrzymuje awans na porucznika.
Pierwsze dni rewolucji. Żołnierze nie chcą dalej walczyć. Dowództwo armii rosyjskiej próbuje utrzymać dyscyplinę. W tym czasie Żwirko pełni funkcję adiutanta pułku. Był to rzadki wypadek powierzenia tej odpowiedzialnej funkcji tak młodemu oficerowi i na dodatek Polakowi. Armię rosyjską ogarnia demoralizacja. Żołnierze zaczynają prześladować najbardziej znienawidzonych oficerów. Żwirko, powszechnie lubiany przez swoich żołnierzy, jest w dalszym ciągu autorytetem i cieszy się uznaniem swoich podwładnych.
Wykorzystując swoją popularność, gromadzi wokół siebie służących w pułku Polaków i wraz z nimi przechodzi ochotniczo do tworzącego się polskiego korpusu generała Dowbór-Muśnickiego. 1 września 1917 roku, jako jeden z pierwszych oficerów, zostaje przyjęty do pierwszej dywizji. Otrzymuje stanowisko adiutanta dowódcy 1 Dywizji Strzelców Polskich. Przy wielkim napływie do korpusu oficerów było to wyróżnienie dla młodego porucznika.
Sytuacja w Rosji jest skomplikowana i niejasna. W siłę rosną bolszewicy. Pod Rohaczewem nad Dnieprem dochodzi do pierwszych walk korpusu z udziałem por. Żwirki z czerwonogwardzistami.
Niedaleko od Bobrujska, miejsca organizowania się korpusu, w Nowobielicy pod Homlem mieszkali rodzice Żwirki. Franciszek otrzymał kilka dni urlopu i korzystając z niewielkiej odległości od domu. postanowił spędzić u nich święta Bożego Narodzenia. Było to związane z pewnym ryzykiem, gdyż w tej okolicy rządzili już bolszewicy. W domu rodziców spotkał ukrywającego się tam kolegę i przyjaciela z lat dziecięcych, Józefa Nowickiego - zdemobilizowanego oficera rosyjskiego (ojca popularnego w latach 70. XX w. telewizyjnego prezentera pogody Wicherka).
Święta spędzili razem, a wieczór sylwestrowy postanowili - młodzi dwudziestodwuletni mężczyźni - spędzić na zabawie tanecznej w odległym o kilkanaście kilometrów Homlu. Żwirko wybrał się na zabawę w mundurze oficera korpusu Dowbór-Muśnickiego, ze srebrnymi naramiennikami i szlifami adiutanta. Nowicki był w mundurze rosyjskiego oficera bez naramienników. Do Homla dotarli szczęśliwie. Ukazanie się na sali balowej miejscowego hotelu oficera w galowym mundurze wywołało sensację. Dzielny oficer wzbudził zainteresowanie wśród płci pięknej, tym bardziej że świetnie tańczył.
O przybyciu na bal polskiego oficera natychmiast dano znać miejscowym władzom bolszewickim. Nastawienie bolszewików do polskiego korpusu - od chwili jego powstania - stale się pogarszało. Wówczas stosunek był już bardzo wrogi. Bolszewicy mobilizowali i uzbrajali całe nowe oddziały czerwonych przeciwko białym, jak nazywano również dowborczyków. Stosunki te zaogniały się coraz bardziej, rosły bowiem pogłoski o zapowiedzianym marszu oddziałów generała Dowbora z rejonu Bobrujska na Homel i dalej na południe Rosji. W pół godziny po przybyciu Żwirki i jego przyjaciela na zabawę przyszli do nich zdemobilizowani rosyjscy oficerowie, ostrzegając, że obecność na imprezie polskiego oficera może mieć dla niego przykre konsekwencje. Żwirko i Nowicki postanowili jednak zostać.
- Przecież nie będziemy uciekać przed tą hałastrą na pierwszy sygnał o zagrożeniu - stwierdził Żwirko.
- Jestem oficerem polskiego korpusu, a to przecież zobowiązuje. Po chwili przyszedł na salę miejscowy komisarz, barczysty mężczyzna w skórzanej, czarnej kurtce z naganem u pasa.
- Wat, panowie oficerowie, przejdziemy do jakiegoś pokoju i tam sobie porozmawiamy na osobności. - Na sali nie chciał interweniować, obawiając się oporu Żwirki i ewentualnej pomocy ze strony obecnych w hotelu zdemobilizowanych oficerów.
- Nie mamy sobie nic po powiedzenia - odpowiedział Żwirko, spodziewając się jakiejś zasadzki. Komisarz wściekły odszedł. Wkrótce do Franciszka podeszła nieznana kobieta, informując go, że komisarz telefonicznie wezwał patrol kilkunastu czerwonogwardzistów w celu aresztowania Franciszka i jego przyjaciela. Jeszcze kilka razy próbowano wywołać Żwirkę z sali balowej, jednak bez rezultatu.
Kiedy Żwirko i Nowicki postanowili opuścić hotel i już odbierali płaszcze z szatni, usłyszeli głosy: "Bolszewicy, bolszewicy!". W drzwiach ujrzeli ostrza bagnetów i kilkunastu czerwonogwardzistów. Droga wyjścia była odcięta.
Bal sylwestrowy odbywał się na parterze hotelu. Na piętrze znajdowały się pokoje gościnne. Nowicki i Żwirko szybko cofnęli się ku schodom i wbiegli na pierwsze piętro. Tam służba hotelowa, składająca się przeważnie z Polaków, ukryła ich w jednym z pokojów służbowych, znajdujących się na końcu korytarza. Siedzieli tam przyczajeni, słysząc z oddali hałas i wrzawę panującą na sali balowej. Bolszewicy wpadli na salę, szukając polskiego oficera i jego kolegi. Po bezskutecznym przeszukaniu pomieszczeń na parterze przenieśli się na piętro. Żwirko i Nowicki słyszeli coraz bliższe głosy czerwonogwardzistów. Patrol rewidował już ostatnie pokoje. Oddzielał ich od bolszewickich żołnierzy już tylko pokój kąpielowy. Przez okno nie można było uciekać, ponieważ hotel otoczony był przez uczestników patrolu bolszewickiego.
Żwirko przeżegnał się. To samo uczynił Nowicki. Uścisnęli się i z naganami w ręku czekali za zabarykadowanymi drzwiami na ostateczność. Słychać było rozmowy ze służbą hotelową.
- Towariszczi, więcej pokoi już nie ma - tłumaczył jeden z pracowników hotelu - tam jest tylko jeden, nasz pokój służbowy. Może te czorty ukryły się na strychu? Może siedzą za kominem?
Poszukiwania przeniosły się na poddasze, aby po kilkunastu minutach zakończyć się bez rezultatu. Jeden z pracowników hotelu szeptem przekazał tę wiadomość ukrywającym się. Dowódca patrolu nakazał uczestnikom balu opuścić hotel, a przy wyjściu warta sprawdzała wychodzących. Osoby, które uchroniły się przed aresztowaniem, opuszczały hotel pod bacznym spojrzeniem wartowników uważających, czy aby nie ma wśród nich polskiego oficera.
Żwirko i Nowicki postanowili opuścić kryjówkę. Pierwszy wyszedł Józef Nowicki. W dość powszechnie spotykanym wówczas płaszczu wojskowym bez naramienników, pewnym krokiem, a jednocześnie powolnym zszedł po schodach i wraz z innymi gośćmi wyszedł z hotelu. Nikt go nie zatrzymał, był uratowany. Tymczasem pracownicy hotelu zorganizowali dla Żwirki żołnierski płaszcz i baranią czapę. Tak ubrany zszedł po schodach, kierując się do wyjścia. Spodziewał się, że może być rozpoznany, więc w prawej ręce pod płaszczem ściskał gotowego do strzału nagana. Wartę przy drzwiach minął szczęśliwie.
Wrócił do korpusu generała Dowbór-Muśnickiego. Na początku lutego 1918 został przeniesiony do I Legii Rycerskiej I Korpusu Polskiego. Kończy kurs obsługi karabinów maszynowych i walczy z bolszewikami. W korpusie pozostaje do ostatniej chwili jego istnienia, to jest do 1 lipca 1918 roku.
Po ogłoszeniu demobilizacji korpusu oficerowie i żołnierze rozproszyli się, kierując się głównie do Polski. Warto przypomnieć, że w tym czasie tereny Polski znajdowały się jeszcze pod zaborem niemieckiego i austriackiego okupanta. Te same pragnienia, powrotu do Polski, a przynajmniej do Wilna, kierowały Żwirką. Wracać do Polski, która przecież wreszcie powstanie - niepodległa. Przedtem pragnął jeszcze zobaczyć się z rodziną, a przede wszystkim z ukochana matką. I znów z Bobrujska wzdłuż torów kolejowych przekradał się do Homla. U rodziców bawił krótko. Czasy były niespokojne, wszędzie panował terror czerezwyczajki. Obecność zdemobilizowanego oficera mogła ściągnąć na rodzinę nieszczęście. Na rzeczywistych i wymyślonych przeciwników rewolucji bolszewickiej organizowano obławy, a wśród nich niedawni oficerowie byli szczególnie poszukiwani.
Żwirko postanowił wyruszyć na południe, gdzie w Odessie organizowały się polskie oddziały generała Żeligowskiego. Takie plany miał nie tylko Franciszek. Tworzy się kilkuosobowa grupa zdemobilizowanych oficerów, tak jak i on szukających drogi do kraju. Wówczas, w przeświadczeniu wielu Polaków przebywających na ogromnych przestrzeniach Rosji, droga do Polski prowadziła przez Wojsko Polskie.
W tym czasie wojska generała Denikina, walczącego z bolszewicką rewolucją, znajdowały się w Kijowie. Po kilkutygodniowej wędrówce przez Ukrainę w końcu sierpnia 1918 roku Żwirko przybywa na tereny zajęte przez Rosyjską Armię Ochotniczą gen. Denikina. Spotyka kilku swoich kolegów z czasów służby w 36 Orłowskim Pułku Piechoty. Zgłasza się do sztabu korpusu generała Kutiepowa. W tym czasie armia Denikina rosła w siłę. Franciszka, w randze porucznika, natychmiast przyjęto i z dniem 1 września powierzono mu dowodzenie plutonem w 2 Pułku Konnym w składzie dywizji generała Drozdowskiego. Wraz z pułkiem bierze udział w kampanii ukraińskiej; w walkach pod Jekaterynosławiem, pod Charkowem i na terenach Kozaków Dońskich.
Będąc z konieczności kawalerzystą, marzy wciąż o lataniu. W armii Denikina ukończył kurs w Szkole Tanków i Aut Pancernych - po którym przez pewien czas dowodził samochodem pancernym. Lotnictwo było ciągle nieosiągalne. Wreszcie pojawiła się taka możliwość. Generał Barbowicz wydał rozkaz wzywający oficerów kawalerii do objęcia na ochotnika stanowisk obserwatorów lotniczych. Armia Denikina miała bowiem dużo pilotów i sporo samolotów, a odczuwała brak wyszkolonych obserwatorów. Lotnictwo w tym czasie było najlepszym środkiem uzyskiwania wiadomości o ruchach wojsk przeciwnika, co w warunkach wojny ruchomej było szczególnie ważne. Żwirko zgłosił się na to wezwanie. Od 15 listopada 1919 roku do 31 marca 1920 roku przebywa w szkole obserwatorów lotnictwa w Sewastopolu.
Wreszcie latał, co prawda nie jako pilot, ale jednak latał. Czasami w porozumieniu w pilotem porucznik obserwator Żwirko może potrzymać drążek sterowy. Najczęściej zdarzało się to, kiedy latał z zaprzyjaźnionym instruktorem szkoły, też Polakiem, pilotem Pawłem Zołotowem, z którym spotykał się później jeszcze wiele razy. Paweł Zołotow opowiadał mi, zaciągając z rosyjska: "Ja, czorta djabła, twojego ojca uczył latać". Początkowo nie chciałem w to wierzyć, ale po zapoznaniu się z dokumentami ojca o przebiegu służby wojskowej okazało się, że to prawda. Kurs obserwatorów w Sewastopolu był miejscem pierwszego spotkania mojego ojca z Pawłem Zołotowem. W charakterze obserwatora latał przez kilka miesięcy, dzieląc obowiązki lotnika obserwatora i kawalerzysty. Brak doświadczonych oficerów kawalerii i zmniejszająca się liczba samolotów zmusiła go do rozstania z lotnictwem. Żwirko wraca do konnicy.
Organizowanie w ramach Rosyjskiej Armii Ochotniczej jednostek konnicy było koniecznością przeciwstawienia się licznym jednostkom kawalerii armii bolszewickiej. Wkrótce Franciszek Żwirko otrzymał dowództwo szwadronu w dywizji generała Barbowicza.
Po Denikinie dowództwo armii objął wytrawny kawalerzysta generał Wrangel, który miał plan znacznie skromniejszy od poprzednika. Pragnął oczyścić z oddziałów bolszewickich Półwysep Krymski. Rozpoczyna się ofensywa. Żwirko, jako doskonały oficer, wyznaczany jest do najtrudniejszych zadań. Wiosną roku 1920 Armia Ochotnicza walczyła z bolszewicką 13 Armią. Armia bolszewicka była w tym czasie liczebnie osłabiona, bowiem jej główne siły zostały skierowane na front polski pod Kijów. Oddziały generała Barbowicza dostały rozkaz atakowania wzdłuż linii Dniepru. Żwirko na czele swojego oddziału walczył o zdobycie Melitopola i utrzymanie Obszaru Dnieprowskiego.
W tym czasie, 30 maja 1920 r., bolszewicy zajmują Fastów i odcinają Kijów, zajęty przez wojska polskie, od Korostenia. Głównym celem wojsk bolszewickich było przeciwstawienie się wojskom polskim. Przerzut wojsk bolszewickich na front polski odciążył Armię Ochotniczą. Zdobycie Melitopola przyszło z łatwością. Szwadron Żwirki zajął Kochówkę.
Pod tą wsią zdarzył się Żwirce dramatyczny wypadek. Otrzymał rozkaz przeprowadzenia zwiadu w celu ustalenia rozlokowania i liczebności oddziałów czerwonych. Zmęczony długotrwałymi walkami ledwo trzymał się w siodle. Zadanie trzeba było jednak wykonać. Ruszył na czele kilkunastu jeźdźców. Jechali wąską ścieżką przez las. Na prawo i lewo Żwirko wysłał patrole, aby przeszukać gąszcz, sam zaś w otoczeniu trzech żołnierzy jechał dalej. Robiło się coraz ciemniej, oczy kleiły się ze zmęczenia. Nagle koń się zatrzymał - dookoła stali bolszewicy. Był otoczony. Wśród nieprzyjaciół zauważył kilku konnych, reszta to piechurzy.
- Ręce do góry! Oddaj broń! - usłyszał wezwanie do poddania się.
- Niedoczekanie wasze - mruknął do siebie Franciszek. Podniósł ręce do góry i kiedy jeden z nieprzyjaciół zbliżył się, szybko wyciągnął rewolwer i zaczął strzelać. Kilku padło, reszta zaczęła się cofać. Po wystrzelaniu całego magazynka, szablą rozgonił pozostałych i zawróciwszy konia, popędził ku swoim. W ślad za nim rozległy się strzały i ruszyło kilku konnych. W ciemności jednak zgubił swoich prześladowców. Kilkanaście minut później połączył się ze swoim oddziałem. Opowiadając o tym zdarzeniu, Żwirko zawsze wspominał, że tylko dzięki przytomności umysłu, sprawności fizycznej i zdecydowaniu uratował wtedy życie.
W nocy 30 czerwca 1920 roku dywizja Barbowicza otrzymała rozkaz dokonania rajdu na tyły wojsk bolszewickich. Szwadron Franciszka brał udział w tym zadaniu. Pułk natrafił na oddział brygady łotewskiej, walczącej po stronie bolszewików. Rozegrała się krwawa walka, jedna z najbardziej zaciętych, w której brał udział Żwirko. Łotyszów rozbito, biorąc do niewoli 400 jeńców. Następnego dnia w pogoni za wrogiem wzięto do niewoli jeszcze dodatkowo 2000 jeńców i trzy działa.
Armia generała Wrangla, silna liczebnie, zajmowała stosunkowo niewielkie terytorium Półwyspu Krymskiego. Zaczęły się dawać we znaki braki zaopatrzenia, a szczególnie żywności. Bolszewicy, po odparciu zagrożenia polskiego na Ukrainie, koncentrowali wojska do decydującego natarcia na Krym. Po kilku miesiącach nieustannych walk Armia Ochotnicza zaczęła się cofać. Oddziały bolszewickie zajmują coraz większą część półwyspu. Oddział Franciszka, w czasie jednej z potyczek, został otoczony przez bolszewików. Tylko małej garstce oficerów udało się uciec. Ukrywali się w górach. Pożywienie, bardzo skąpe, otrzymywali od zamieszkujących Krym Tatarów, nienawidzących bolszewików. Po kilku tygodniach głodowania i mieszkania w pieczarach postanowili przebić się przez linie bolszewickie i dojść do Sewastopola. Tam trwała ewakuacja oddziałów armii Wrangla. Doszło do walki z oddziałem bolszewickim blokującym drogę i po kilkugodzinnej walce z kilkunastu oficerów pozostało zaledwie kilku, którzy doszli do Sewastopola.
W porcie ostatnie transportowce zabierały na pokłady niedobitków armii i uciekającą w popłochu ludność cywilną. Szalupy ratunkowe dowoziły na statki te osoby, które mogły za to zapłacić, i to drogo. Na przedmieściach słychać było już odgłosy walk, strzelaninę, wybuchy granatów. Należało uciekać. Żwirko rzucił się do wody, aby dostać się do jednej z łodzi. Kiedy dopłynął i chwycił się burty, otrzymał w rękę cios wiosłem. Nie puścił jednak burty i marynarz pozwolił mu wejść do łodzi. Był uratowany.
Z Sewastopola wypłynął na jednym z ostatnich transportowców. W pierwszych dniach grudnia szczęśliwie dotarł do Konstantynopola. I znów szczęście uśmiechnęło się do niego. Uniknął losu oficerów armii Wrangla internowanych na Wyspach Książęcych.
Nie koniec na tym wojennych przygód Franciszka. Postanawia wrócić do Rosji, zobaczyć się z rodziną, a potem pojechać do Polski.
Na małym kutrze rybackim z Konstantynopola płynie do Odessy i dalej koleją na gapę, na przełaj przez lasy wędruje do dalekiego domu rodzinnego niedaleko Homla. 9 sierpnia 1921 roku, w przeddzień ślubu młodszej siostry Antoniny, dotarł do domu rodziców. W tym czasie matka rozmawiała z córką o ślubie, o całej rodzinie, która będzie w tej uroczystości uczestniczyć i braku Franka, najstarszego syna, kiedy on stanął w drzwiach. Wszyscy uważali go już za zmarłego i stracili nadzieję na jego powrót. Franciszek padł na kolana przed matką, mówiąc:
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.
Przekazujemy Czytelnikom książkę napisaną przez syna Franciszka Żwirki - Henryka.
W dniu, w którym jego ojciec odniósł wspaniałe zwycięstwo w Międzynarodowych Zawodach Samolotów Turystycznych pod skróconą nazwą Challenge 1932, miał zaledwie dwa lata.
Gdy por. pil. Franciszek Żwirko - poważny i zatroskany sprawami szkolenia lotniczego - przekraczał próg swojego mieszkania, niespodziewanie zmieniał się w pogodnego człowieka. Sprawiał to syn, który z wyciągniętymi rączkami wybiegał na spotkanie ojca. Wtedy ojciec radował się na jego widok. Obdarzał go pocałunkami, unosił w górę, a następnie trzymał na ręku. Obaj cieszyli się i śmiali do siebie. Podobne sceny uciechy ojca i syna można było zaobserwować poza domem rodzinnym. Zostały one udokumentowane licznymi zdjęciami na lotnisku i podczas wycieczek. Dwuletni Henryk często przychodził z mamą na lotnisko. Wtedy syn prosił ojca o posadzenie w kabinie samolotu, a potem zapraszał ojca, aby usiadł obok niego.
Przed trzydziestu laty Henryk Żwirko napisał książkę o swym ojcu pt. Franciszek Żwirko. Był to wynik kilku lat pracy. Przygotował ją na podstawie licznych dokumentów przechowywanych przez swoją matkę oraz kilkuset listów i pocztówek o różnej objętości pisanych do jednej i tej samej osoby: początkowo sympatii, potem narzeczonej, a następnie żony Agnieszki. W książce tej zabrakło wielu faktów z działalności ojca, które nie mogły być zamieszczone. Praca ta stała się kręgosłupem obecnej biografii.
Początkowe strony części pierwszej są niezwykle ciekawe. Poznajemy w niej niepublikowane dotąd fakty z życia Franciszka Żwirki w Rosji. Wielu Czytelników będzie zaskoczonych jego służbą w wojsku carskim. Poznajemy go jako żołnierza Polaka, w obcym mundurze, który tęskni za krajem ojczystym.
Franciszek Żwirko ze swoim synem Henrykiem. Gdy pilot osiągał swoje międzynarodowe sukcesy i stawał się bohaterem narodowym, jego syn miał zaledwie 2 lata.
Na propozycję Wydawcy Autor wprowadził liczne zmiany i uzupełnienia. Wiele mało znanych faktów zawarto w załącznikach, które stanowią cenny przyczynek do biografii Franciszka Żwirki. Podnoszą one wartość książki. Dzięki nim sylwetka Żwirki jest pełniejsza i ciekawsza. Poznajemy niezwykłego i jednocześnie skromnego człowieka, bardzo stanowczego, umiejącego dzięki silnej woli osiągnąć wytyczony przez siebie cel. Zachwycamy się jego inicjatywami i wszechstronnością działania. Śledzimy z podziwem Żwirkę jako pilota instruktora, tak wojskowego jak i sportowego, oraz bardzo dobrego organizatora. Niejako dla odpoczynku jest sportowcem, zawodnikiem i rekordzistą lotniczym.
Dzięki zwycięstwu w Challenge 1932 stał się bohaterem narodowym. Pokonał w niezwykle trudnym pojedynku lotniczym najbardziej doświadczonych pilotów Europy, w tym najsilniejszą ekipę niemiecką. Wystawiła ona aż 16 załóg, aby zwyciężyć po raz trzeci i zdobyć na własność puchar przechodni FAI - Międzynarodowej Federacji Lotniczej. Plany te pokrzyżował Franciszek Żwirko.
Trzeba pamiętać, że w dniu przylotu Żwirki i Wigury z Berlina do Warszawy na Lotnisko Mokotowskie przybyło ponad 100 tysięcy ludzi. Niezwykle serdecznie wiwatowano na cześć Żwirki a następnie niesiono go od samolotu RWD-6 do budynku Aeroklubu Warszawskiego. Od tego wspaniałego wydarzenia do dzisiaj żaden polski olimpijczyk, mistrz świata czy rekordzista nie miał tak licznego i tak entuzjastycznego powitania. Społeczeństwo polskie obdarzyło por. Franciszka Żwirkę oraz inż. Stanisława Wigurę ogromnym szacunkiem i uznaniem.
Franciszek Żwirko, jako jeden z wielu wybitnych Polaków, może być wzorem do naśladowania. W niezwykle trudnym Lotniczym Turnieju Europejskim rozsławił Polskę i umocnił dumę narodową wśród społeczeństwa, tak bardzo potrzebną po nie tak dawno odzyskanej niepodległości.
Stutysięczny tłum nagle zafalował, ucichły rozmowy, a potem tłum nagle się ożywił, ale tylko na chwilę, kiedy przez głośniki podawano informacje z punktów kontrolnych. Po kilkunastu sekundach zapanowała cisza. Ktoś bardzo głośno zawołał. Jego ostry, donośny głos przytłumił gdzieniegdzie przyciszone rozmowy. Ten sam głos ponownie okrzykiem radości oznajmił:
- Popatrzcie tam, właśnie tam! - i wyciągnął rękę w kierunku południowym.
Ludzie jak na komendę zwrócili głowy. Ich oczy bezskutecznie starały się dostrzec samolot. Wytężali wzrok, przykładali dłonie, ale nikt niczego nie zauważył. Niebo było puste.
Pojawił się ożywiony szmer niezadowolenia. Ludzie uznali, że zostali wprowadzeni w błąd. Potem głosy przycichły, jakby w oczekiwaniu kolejnych informacji płynących z głośników, a następnie wzmógł się gwar; tu i ówdzie komentarzom towarzyszyły wybuchy śmiechu.
Zapowiadany samolot nie był pomyłką.
Wysoki, stojący na ławce, mężczyzna dostrzegł mało widoczny punkcik - samolot, który powiększał się w miarę zbliżania do lotniska. Słychać było też głos pracującego na maksymalnych obrotach silnika. Ktoś kto miał lornetkę, skierował ją we wskazanym kierunku.
- To prawda - wykrzyknął. - Widzę samolot zbliżający się do lotniska. Wkrótce stanie się lepiej widoczny.
- Czy to nasz samolot, czy zagraniczny?
- Musimy poczekać, samolot jest za daleko.
- Kto będzie najlepszy? Kto wygra? - zapytał starszy mężczyzna.
- Jak to, kto? Nie wie pan? Pierwsi będą Niemcy - odpowiedział młody blondyn.
- Mamy przecież dobrych pilotów i dobre samoloty - odrzekł stanowczo człowiek w mundurze wojskowym.
- To prawda, jesteśmy w czołówce światowej i na pewno wygramy te zawody. O wszystkim dowiemy się za kilkanaście minut - stwierdził ktoś z tłumu.
Tymczasem w grupie polskiej już wiedzą, że do lotniska zbliża się samolot RWD-6 pilotowany przez Franciszka Żwirkę z towarzyszącym mu inżynierem Stanisławem Wigurą. Lecą pierwsi, ale tuż za nimi, w odstępach zaledwie około dwóch minut, lecą trzy samoloty niemieckie. Czy dogonią Polaków?
Czy załoga RWD-6 obroni pierwsze miejsce, wywalczone w czasie wielu prób i lotu okrężnego Europy, na tych kilku kilometrach, jakie pozostały do mety?
Piloci niemieccy zwyciężyli w Challenge już dwukrotnie. Czy powtórzą po raz trzeci swoją przewagę i potwierdzą umiejętności? Ekipa niemiecka jako jedyna zgłosiła 16 załóg: 16 najlepszych pilotów i 16 najlepszych mechaników. Polska wystawiła do zawodów tylko 5 załóg. Jeśli Niemcy zwyciężą, puchar FAI przejdzie na ich własność. Szanse na zwycięstwo mają ogromne. Są ponadto organizatorami zawodów i, co bardzo ważne, autorami regulaminu tego wielkiego turnieju lotniczego.
Stutysięczna publiczność przyszła na lotnisko z przekonaniem o zwycięstwie własnych zawodników; przybyła wiwatować na cześć swoich pilotów. Trudno się dziwić, aby było inaczej. W tej wierze utwierdzały wszystkich codzienne relacje prasowe z zawodów, z których jednoznacznie wynikało, że zwyciężą niemieccy piloci.
Pierwszy samolot na pełnych obrotach silnika zbliżał się szybko do lotniska. RWD-6 pilotowany przez Franciszka Żwirkę przeleciał nad linią mety na wysokości kilkunastu metrów. Następnie ze wzniesieniem wykonał krąg, wylądował i pokołował na wyznaczone miejsce postoju.
Słychać było oklaski, które stawały się coraz głośniejsze. Po 90 sekundach nad metą przeleciały dwa samoloty niemieckie: pierwszy Poss na Klemmie, a drugi Morzik na Heinklu. Niemieckim pilotom po dwutygodniowej, trudnej i zaciętej rywalizacji w zawodach zabrakło 90 sekund, aby wyprzedzić najlepszego polskiego pilota i zwyciężyć po raz trzeci.
Wkrótce kierownik zawodów, Gerd von Hoepner - wiceprezes Aeroklubu Niemiec, ogłosił wyniki Challenge 1932 roku. Pierwsze miejsce - brzmiał oficjalny komunikat - zajął polski pilot Franciszek Żwirko na samolocie RWD-6.
Franciszek Żwirko entuzjastycznie witany po przylocie z Berlina do Warszawy.
Publiczność zgromadzona na lotnisku Tempelhof oniemiała ze zdumienia. Na maszt wciągnięto biało-czerwoną flagę, która dumnie załopotała na wietrze. Dźwięki Mazurka Dąbrowskiego grane przez niemiecką orkiestrę wojskową podziałały orzeźwiająco na stutysięczny tłum. W milczeniu wysłuchano naszego hymnu narodowego.Publiczność zdjęła nakrycia z głowy, wyrażając tym samym szacunek dla Polski i jej pilota.
Niezwykłe chwile przeżywali Polacy mieszkający w Berlinie, a także polska ekipa Challenge 1932. Wszyscy mieli w oczach łzy wzruszenia i odczuwali ogromne szczęście i dumę ze wspaniałego zwycięstwa osiągniętego przez polską załogę.
Był to wielki dzień i niezwykła chwila dla Polski, dla znakomitego pilota i jego mechanika, dla polskiej wytwórni samolotów oraz polskiego lotnictwa.
Na pamiątkę zwycięstwa Żwirki i Wigury w Challenge 1932 roku, Krajowa Rada Lotnictwa uchwaliła 28 sierpnia Świętem Lotnictwa Polskiego.