Francesco z Monopoli - Ricardo Hanzea

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ 1

Mo­no­po­li

Wrze­sień do­pie­ro się za­czy­nał, ale wie­czo­ry przy­po­mi­na­ły już, że la­to nie trwa wiecz­nie.

Zbli­żał się urlop. Przez chwi­lę my­śla­łem o czymś oczy­wi­stym - Egipt, Ma­ro­ko, Wy­spy Ka­na­ryj­skie.

Cie­pło, słoń­ce, ze­ro nie­spo­dzia­nek.

Ale szyb­ko od­pu­ści­łem. Za­wsze koń­czy­ło się tak sa­mo.

Wło­chy.

By­łem tam już wie­le ra­zy. Li­gu­ria, To­ska­nia, We­ne­cja, Rzym. Tym ra­zem chcia­łem cze­goś spo­koj­niej­sze­go. Miej­sca, w któ­rym wrze­sień nie jest jesz­cze je­sie­nią.

Przy­po­mnia­łem so­bie o Mo­no­po­li. Ktoś mi kie­dyś o nim opo­wia­dał - ma­łe mia­stecz­ko nad mo­rzem, bia­łe do­my, wą­skie ulicz­ki, świa­tło, któ­re zo­sta­je do póź­na. Bez wiel­kie­go ru­chu, bez tłu­mów.

Za­re­zer­wo­wa­łem lot, nie za­sta­na­wia­jąc się.

Pierw­sze dni mi­ja­ły po­wo­li. Ra­no ka­wa na ta­ra­sie, po­tem dłu­gie spa­ce­ry bez pla­nu. Lu­bi­łem to uczu­cie, kie­dy nie trze­ba ni­g­dzie iść. Moż­na tyl­ko pa­trzeć.

Sia­da­łem w ka­wiar­nia­nych ogród­kach i ob­ser­wo­wa­łem lu­dzi. Do­po­wia­da­łem im hi­sto­rie. Kto cze­ka, kto wra­ca, kto się z kim spo­tka za chwi­lę. Cza­sem ła­pa­łem się na tym, że bar­dziej in­te­re­su­ją mnie oni niż miej­sce.

Sta­re mia­sto wcią­ga­ło. Jed­na ulicz­ka pro­wa­dzi­ła w dru­gą. Cień prze­pla­tał się ze słoń­cem, z bal­ko­nów zwi­sa­ły kwia­ty, zza otwar­tych drzwi do­bie­ga­ły gło­sy i za­pach je­dze­nia. Co chwi­lę mia­łem wra­że­nie, że za­raz zo­ba­czę coś, cze­go nie po­wi­nie­nem prze­ga­pić.

I chy­ba dla­te­go go za­uwa­ży­łem.

Sie­dział na drew­nia­nej ław­ce, tro­chę z bo­ku, jak­by nie chciał zwra­cać na sie­bie uwa­gi. Na ko­la­nach miał ma­łe płót­no. Ma­lo­wał.

Za­trzy­ma­łem się kil­ka kro­ków da­lej.

Na ob­ra­zie znaj­do­wa­ło się mia­sto wi­dzia­ne od stro­ny mo­rza. Zbli­żał się zmierzch. W oknach po­ja­wia­ło się świa­tło - jed­no po dru­gim, na­no­szo­ne cien­kim pędz­lem. Ob­raz był pra­wie go­to­wy.

Sta­łem tak przez chwi­lę, nie chcąc mu prze­szka­dzać.

Pod­niósł wzrok i uśmiech­nął się lek­ko.

- Bel­lo? - za­py­tał.

- Pięk­ne - przy­tak­ną­łem, pró­bu­jąc od­po­wie­dzieć po wło­sku, ale szyb­ko się pod­da­łem. Prze­szli­śmy na an­giel­ski. Oka­za­ło się, że przez la­ta pra­co­wał na stat­ku. Ka­pi­tan.

To wy­star­czy­ło, że­by roz­mo­wa po­to­czy­ła się sa­ma. Ja też spę­dzi­łem pa­rę lat na mo­rzu. Za­czę­li­śmy mó­wić tym sa­mym ję­zy­kiem - nie tyl­ko an­giel­skim.

- Co­man­dan­te - po­wie­dzia­łem pół­żar­tem.

Uśmiech­nął się sze­rzej.

Za­pro­sił mnie do środ­ka. Kil­ka stop­ni w dół, wą­skie drzwi, nie­wiel­kie ate­lier.

Na ścia­nach wi­sia­ły ob­ra­zy. Pra­wie wszyst­kie przed­sta­wia­ły mia­sto wi­dzia­ne od stro­ny mo­rza. Jak­by pa­trzył na nie za­wsze z tej sa­mej per­spek­ty­wy - z bur­ty stat­ku.

Pod­sze­dłem bli­żej. Każ­dy był in­ny. In­ne świa­tło, in­ny mo­ment dnia, in­ny na­strój.

Na ma­łym sto­li­ku le­ża­ły mniej­sze płót­na. Za­czą­łem je prze­glą­dać, a on opo­wia­dał - że ma­lo­wał na stat­ku, mię­dzy rej­sa­mi, w do­mu. Dla sie­bie.

I wte­dy go zo­ba­czy­łem.

Twarz mło­de­go chło­pa­ka z pro­fi­lu. Pa­trzył w mo­rze. Za nim za­rys mia­sta, ale nie­wy­raź­ny, jak­by mniej waż­ny.

Miał ciem­ne wło­sy, nie­sfor­ne, opa­da­ją­ce na kark. Wy­raź­ne brwi, spo­koj­ne usta. By­ło w nim coś sku­pio­ne­go, jak­by znaj­do­wał się już gdzie in­dziej, za­nim jesz­cze tam do­tarł.

Nad nim zbie­ra­ły się cięż­kie chmu­ry. Prze­bi­ja­ło przez nie żół­te świa­tło.

- To chło­pak, któ­ry za­wsze chciał wy­pły­nąć - po­wie­dział Co­man­dan­te.

Nie od­po­wie­dzia­łem. Pa­trzy­łem.

Był pięk­ny. Pro­sto i bez wa­ha­nia - pięk­ny.

Już wie­dzia­łem, że go ku­pię.

- Jak ma na imię? - za­py­ta­łem.

- Fran­ce­sco.

Ski­ną­łem gło­wą.

- Fran­ce­sco - po­wtó­rzy­łem bar­dziej do sie­bie niż do nie­go.

Nie tar­go­wa­łem się dłu­go. Za­pa­ko­wał ob­raz sta­ran­nie, jak­by wie­dział, że to coś wię­cej niż pa­miąt­ka.

Wy­sze­dłem na uli­cę z płót­nem pod pa­chą.

Wie­czór do­pie­ro się za­czy­nał. Świa­tła za­pa­la­ły się jed­no po dru­gim, do­kład­nie tak jak na je­go ob­ra­zie.

Po­my­śla­łem z ra­do­ścią - Fran­ce­sco je­dzie ze mną do Pol­ski.

Jesz­cze nie wie­dzia­łem, że to do­pie­ro po­czą­tek.

ROZ­DZIAŁ 2

Chło­piec z ob­ra­zu

Po dwóch dniach wró­ci­łem do Pol­ski.

Ob­raz za­wisł w kuch­ni, na­prze­ciw mo­je­go ulu­bio­ne­go miej­sca - ma­łe­go sto­li­ka przy oknie. Obok bia­łe­go, ka­flo­we­go pie­ca, któ­ry je­sie­nią, a szcze­gól­nie zi­mą, ro­bił ca­łą at­mos­fe­rę do­mu.

Każ­de­go ran­ka, kie­dy sze­dłem zro­bić ka­wę, zer­ka­łem na nie­go i mó­wi­łem w my­ślach:

- Bu­on­gior­no.

Na po­cząt­ku to był tyl­ko ob­raz.

Po­tem za­czą­łem się za­trzy­my­wać na dłu­żej. Pa­trzy­łem na je­go twarz, na li­nię ust, na wło­sy opa­da­ją­ce na kark. Na to, jak pa­trzy w mo­rze.

Z cza­sem prze­sta­łem my­śleć o nim jak o ob­ra­zie.

Pierw­szy raz przy­szedł do mnie we śnie. Stał tak sa­mo jak na płót­nie, tyl­ko mo­rze za nim by­ło praw­dzi­we. Po­ru­sza­ło się. Sły­sza­łem fa­le. Nie mó­wił nic. Pa­trzył. Po­tem wra­cał pra­wie każ­dej na­stęp­nej no­cy. Sta­wał się wy­raź­niej­szy. Bli­żej. Jak­by wy­cho­dził z ob­ra­zu i uczył się świa­ta po dru­giej stro­nie. Któ­rejś no­cy uśmiech­nął się. I wte­dy zro­zu­mia­łem, że to nie jest już tyl­ko wy­obraź­nia.

Mu­szę wró­cić do Mo­no­po­li. Od­na­leźć ulicz­kę, Co­man­dan­te i do­wie­dzieć się, kto to jest Fran­ce­sco.

Lot do Brin­di­si, wy­na­ję­ty sa­mo­chód, zna­jo­ma dro­ga. Wszyst­ko dzia­ło się szyb­ko, jak­by de­cy­zja za­pa­dła du­żo wcze­śniej. Zo­sta­wi­łem ba­gaż w apar­ta­men­cie i od ra­zu po­sze­dłem do sta­re­go mia­sta.

Ulicz­ka znaj­do­wa­ła się wciąż na swo­im miej­scu. Ław­ka też. Ale Co­man­dan­te nie wi­dzia­łem. Drzwi do ate­lier by­ły za­mknię­te.

Przy­sze­dłem na­stęp­ne­go dnia. I ko­lej­ne­go. Za­wsze to sa­mo. Pu­ste miej­sce.

Czwar­te­go dnia usia­dłem zre­zy­gno­wa­ny na bul­wa­rze, przy ma­łej ka­wiar­ni nad mo­rzem. Za­mó­wi­łem espres­so i pa­trzy­łem przed sie­bie, bar­dziej z przy­zwy­cza­je­nia niż z na­dzie­ją. I wte­dy go zo­ba­czy­łem.

Stał kil­ka me­trów da­lej, opar­ty o mur. Jed­ną no­gą, jak­by za­raz miał odejść. Pa­trzył w mo­rze. Wiatr po­ru­szał je­go wło­sa­mi. Bia­ła ko­szu­la lek­ko się roz­chy­la­ła. Do­kład­nie tak jak na ob­ra­zie. Za­mar­łem. Sta­łem i pa­trzy­łem, nie mo­gąc zro­bić kro­ku. Ba­łem się po­dejść. Ba­łem się, że znik­nie, je­śli się po­ru­szę.

W pew­nym mo­men­cie od­wró­cił gło­wę. Spoj­rzał na mnie. Na chwi­lę. I od­szedł. Nie po­bie­głem za nim. Nie po­tra­fi­łem. Sta­łem jesz­cze ja­kiś czas, a po­tem usia­dłem z po­wro­tem przy sto­li­ku, jak­by nic się nie wy­da­rzy­ło.

Ale wie­dzia­łem. To był on. Fran­ce­sco.

Na­stęp­ne­go dnia wró­ci­łem w to sa­mo miej­sce. Cze­ka­łem dłu­go. Nie przy­szedł. Dzień póź­niej - też nie.

Do­pie­ro dwa dni przed wy­lo­tem zo­ba­czy­łem go zno­wu. Tym ra­zem nie po­zwo­li­łem mu odejść. Pod­sze­dłem.

- Ciao... je­stem Ri­car­do.

Spoj­rzał na mnie uważ­nie, jak­by pró­bo­wał coś do­pa­so­wać. Uśmiech­nął się.

- Ciao. Fran­ce­sco.

Ru­szył w stro­nę bul­wa­ru. Po­sze­dłem za nim. Przez chwi­lę szli­śmy w ci­szy, aż w koń­cu od­wró­cił się i zwol­nił. Zrów­na­łem się z nim. Roz­mo­wa to­czy­ła się nie­spiesz­nie. Ja ła­ma­nym wło­skim, on an­giel­skim. Mó­wi­li­śmy o pro­stych rze­czach - po­go­dzie, pra­cy, o tym, skąd je­ste­śmy. Ale to nie mia­ło zna­cze­nia. Waż­ne by­ło, że idzie­my obok sie­bie. Po­wie­dział, że chce zo­stać ka­pi­ta­nem. Tak jak je­go wuj.

- Ma­lu­je - do­dał. - Te­raz już tyl­ko ma­lu­je.

Wska­zał rę­ką w stro­nę ulicz­ki.

Zna­łem ją. Za­pro­po­no­wa­łem ko­la­cję. Kiw­nął gło­wą.

Za­trzy­ma­li­śmy się przy ma­łej trat­to­rii.

- Tu jest do­brze - po­wie­dział. - I nie pła­cisz za ob­rus.

Uśmiech­ną­łem się. Ro­zu­mia­łem.

Usie­dli­śmy przy sto­li­ku. Za­mó­wi­li­śmy ry­bę i wi­no. Roz­ma­wia­li­śmy po­wo­li, cza­sem szu­ka­jąc słów, cza­sem po­ma­ga­jąc so­bie ge­stem.

Co ja­kiś czas na­sze spoj­rze­nia spo­ty­ka­ły się o chwi­lę za dłu­go.

Przy wyj­ściu za­trzy­mał się.

- Pra­cu­ję ju­tro - po­wie­dział. - Piz­za de­li­ve­ry.

Wy­cią­gnął wi­zy­tów­kę i po­dał mi ją.

- Za­mów przed dzie­wią­tą. Po­sta­ram się, że­by to by­ła mo­ja ostat­nia do­sta­wa.

Ski­ną­łem gło­wą. Nie chcia­łem nic wię­cej mó­wić.

Na po­że­gna­nie po­chy­lił się lek­ko i mu­snął mnie w po­li­czek. Za­nim zdą­ży­łem za­re­ago­wać, od­szedł. Szyb­ko. Jak­by nie chciał zo­sta­wić mi cza­su na my­śle­nie.

Sta­łem chwi­lę na uli­cy, trzy­ma­jąc wi­zy­tów­kę w rę­ku. I wie­dzia­łem, że ju­tro za­dzwo­nię.

ROZ­DZIAŁ 3

Piz­za de­li­ve­ry

Wie­czór dłu­żył się bar­dziej niż zwy­kle. Co chwi­lę spraw­dza­łem go­dzi­nę. Naj­pierw na na­ręcz­nym ze­gar­ku, po­tem na tym wi­szą­cym w kuch­ni, jak­by któ­ryś z nich miał na­gle przy­spie­szyć czas. Bu­tel­ka Chian­ti sta­ła już otwar­ta na sto­li­ku. Za wcze­śnie. Wi­no mia­ło od­dy­chać - ja nie bar­dzo.

Zbli­ża­ła się dzie­wią­ta. Wy­bra­łem nu­mer. Za­ję­te. Jesz­cze raz. Do­pie­ro za trze­cim ra­zem ktoś ode­brał.

Za­mó­wi­łem pierw­szą lep­szą piz­zę. Nie słu­cha­łem, co mó­wią. Ad­res po­da­łem szyb­ko, jak­bym bał się, że się roz­łą­czą. Li­czy­ło się tyl­ko jed­no. Że­by to on przy­je­chał.

Dzwo­nek do drzwi. Za szyb­ko. Otwo­rzy­łem. Nie on. Ja­kiś chło­pak z kar­to­nem. Za­pła­ci­łem, da­łem na­pi­wek i za­mkną­łem drzwi szyb­ciej, niż wy­pa­da­ło.

Te­le­fon mia­łem już w rę­ku. Tym ra­zem ode­bra­li od ra­zu.

- Pron­to...

- Fran­ce­sco... mo­gę z nim roz­ma­wiać?

- Skoń­czył pra­cę. Wy­szedł chwi­lę te­mu... ale...

Ci­sza.

- Mo­że jesz­cze jest na par­kin­gu.

Cze­ka­łem. Za dłu­go. W koń­cu usły­sza­łem je­go głos.

- Pron­to?

- Fran­ce­sco... piz­za już jest. Ale cie­bie nie ma.

Za­śmiał się ci­cho.

- Tut­to a po­sto. Bę­dę za pół go­dzi­ny.

Tym ra­zem cze­ka­łem spo­koj­niej. Jak­by wszyst­ko by­ło już usta­lo­ne. Kie­dy za­dzwo­nił dru­gi raz, wie­dzia­łem, że to on. Otwo­rzy­łem drzwi. Stał w pro­gu.

- Piz­za de­li­ve­ry.

W rę­ku trzy­mał bu­tel­kę wi­na. Wpu­ści­łem go do środ­ka. Ro­zej­rzał się, po­wo­li, jak­by chciał za­pa­mię­tać to miej­sce. Nie­wiel­ki apar­ta­ment, ja­kich wie­le - kuch­nia, sy­pial­nia, ła­zien­ka. Nic szcze­gól­ne­go. Po­za ta­ra­sem z wi­do­kiem na mo­rze.

Wy­szli­śmy na chwi­lę. Mo­rze sta­ło się już tyl­ko ciem­ną pla­mą. Sły­chać by­ło fa­le. Usie­dli­śmy na so­fie. Piz­za le­ża­ła na sto­li­ku. Wi­no zo­sta­ło już otwar­te. Nie spie­szy­li­śmy się. Roz­ma­wia­li­śmy. Tro­chę po an­giel­sku, tro­chę po wło­sku. Mo­men­ta­mi bra­ko­wa­ło słów, więc zo­sta­wa­ło spoj­rze­nie al­bo gest. To wy­star­cza­ło.

Z cza­sem siadł bli­żej. Nie za­uwa­ży­łem na­wet kie­dy. Czu­łem je­go cie­pło. Za­pach skó­ry zmie­sza­ny z wi­nem. Na­sze dło­nie ze­tknę­ły się przy­pad­kiem. Zo­sta­ły. Spoj­rzał na mnie ina­czej niż wcze­śniej. Nie od­wró­ci­łem wzro­ku. To on pierw­szy się po­chy­lił. Po­ca­łu­nek był spo­koj­ny, jak­by spraw­dzał, czy moż­na. Od­po­wie­dzia­łem. Resz­ta przy­szła sa­ma.

Nie pa­mię­tam, kto pierw­szy wstał. Pa­mię­tam tyl­ko, że na­gle zna­leź­li­śmy się w sy­pial­ni. Bli­skość by­ła na­tu­ral­na, jak­by­śmy się zna­li dłu­żej niż je­den wie­czór. Bez po­śpie­chu. Bez słów. Póź­niej le­że­li­śmy obok sie­bie. W ci­szy. Sły­sza­łem je­go od­dech. Rów­ny, spo­koj­ny. Nie chcia­łem się ru­szać. Nie wiem, kie­dy za­sną­łem.

Wiem tyl­ko, że nie my­śla­łem o po­wro­cie.

ROZ­DZIAŁ 4

Gdy bu­dzi się mo­rze

Świt przy­szedł ci­cho. Naj­pierw przez szcze­li­nę w za­sło­nach wśli­zgnę­ło się świa­tło, po­tem ko­lej­ne - aż po­kój za­czął po­wo­li na­bie­rać kształ­tów.

Le­żał obok mnie. Spał spo­koj­nie, twa­rzą zwró­co­ną w mo­ją stro­nę. Miał na so­bie mo­ją ko­szu­lę, na­rzu­co­ną nie­dba­le, jak­by w no­cy zro­bi­ło mu się chłod­no. Pa­trzy­łem na nie­go dłuż­szą chwi­lę. Wy­su­ną­łem się z łóż­ka i po­sze­dłem do kuch­ni. W apar­ta­men­cie pa­no­wał jesz­cze pół­mrok.

Otwo­rzy­łem drzwi na ta­ras. Mia­sto do­pie­ro się bu­dzi­ło. Mo­rze, któ­re w no­cy by­ło czar­ne, te­raz mia­ło ko­lor ma­to­we­go sre­bra. Fa­le szu­mia­ły ci­cho.

Po­sta­wi­łem ka­wiar­kę na pal­ni­ku. Za­pach ka­wy szyb­ko wy­peł­nił kuch­nię. Opar­łem się o blat i przez chwi­lę tyl­ko słu­cha­łem: bul­got wo­dy, da­le­kie dźwię­ki uli­cy, mo­rze. Kie­dy się od­wró­ci­łem, stał w drzwiach. W mo­jej ko­szu­li, z wło­sa­mi jesz­cze po­tar­ga­ny­mi snem.

- Bu­on­gior­no - po­wie­dział ci­cho, jak­by to by­ło naj­prost­sze "dzień do­bry" na świe­cie.

- Bu­on­gior­no.

Wsu­ną­łem dru­gą fi­li­żan­kę pod ka­wiar­kę. Wziął ku­bek w obie rę­ce. Usiadł przy sto­le, pod­cią­ga­jąc no­gi pod sie­bie. Trzy­mał fi­li­żan­kę w dło­niach, pró­bu­jąc je ogrzać.

Usia­dłem na­prze­ciw­ko. Przez chwi­lę mil­cze­li­śmy.

- Mu­szę ci coś po­wie­dzieć - za­czą­łem.

Spoj­rzał na mnie uważ­nie.

- Przy­je­cha­łem tu... przez cie­bie... i dla cie­bie

Zmarsz­czył lek­ko brwi. Się­gną­łem po te­le­fon i zna­la­złem zdję­cie ob­ra­zu.

- Przez to.

Wziął te­le­fon. Pa­trzył dłu­go, bez sło­wa. Na je­go twa­rzy po­ja­wi­ło się naj­pierw zdzi­wie­nie, po­tem coś jak roz­po­zna­nie.

- To ja - po­wie­dział ci­cho. - Sprzed pa­ru lat.

Od­dał mi te­le­fon, ale jesz­cze przez chwi­lę pa­trzył gdzieś obok mnie.

- Wuj ma­lo­wał mnie, kie­dy by­łem młod­szy - do­dał. - Jesz­cze za­nim prze­stał pły­wać. - Uśmiech­nął się lek­ko. - Mó­wił, że na mo­rzu wszyst­ko zni­ka za szyb­ko. Dla­te­go ma­lo­wał. Ate­lier jest za­mknię­te. Wuj nie czu­je się do­brze. Ro­dzi­na za­bra­ła go na ba­da­nia do szpi­ta­la.

Ski­ną­łem gło­wą. Przez chwi­lę znów by­ło ci­cho.

- Dziś wy­jeż­dżasz? - za­py­tał.

- Mam lot. - Za­wa­ha­łem się. - Mo­gę go zmie­nić... ale nie wszyst­ko mo­gę zo­sta­wić.

Przy­jął to bez sło­wa.

- Wró­cę - po­wie­dzia­łem po chwi­li. - Szyb­ciej, niż my­ślisz.

Spoj­rzał na mnie. Na je­go twa­rzy po­ja­wił się uśmiech, ale nie wy­da­wał się już tak pew­ny jak wcze­śniej. Przy­tu­lił się do mnie.

- Pre­sto - po­wie­dział.

W tym pre­sto by­ła proś­ba i na­dzie­ja.

W po­miesz­cze­niu za­pa­no­wa­ła ci­sza. Z ryn­ku do­biegł dźwięk ze­ga­ra. Je­den, dru­gi, trze­ci...

- Ze­gar cza­su - po­wie­dział po­wo­li Fran­ce­sco.

Pod­niósł gło­wę.

- Kie­dyś opo­wiem ci le­gen­dę o tym ze­ga­rze, ale te­raz mu­szę iść.

Wstał szyb­ko. Szu­kał bu­tów, jak­by na­gle przy­po­mniał so­bie o cza­sie.

- Pra­ca - rzu­cił. - Bo mnie jesz­cze zwol­nią.

Uśmiech­nął się, ale by­ło w tym coś ner­wo­we­go. W drzwiach za­trzy­mał się na chwi­lę. Po­chy­lił się i mu­snął mnie usta­mi w po­li­czek. Tak sa­mo jak pierw­sze­go dnia.

Wy­sze­dłem na ta­ras. Wi­dzia­łem, jak idzie w dół uli­cy. Na chwi­lę się za­trzy­mał i od­wró­cił. Po­ma­cha­łem mu. Uśmiech­nął się i znik­nął za ro­giem. Sta­łem jesz­cze chwi­lę. Po­tem wró­ci­łem do środ­ka.

W sa­mo­lo­cie spraw­dza­łem te­le­fon. Pa­trzy­łem na je­go nu­mer. Jesz­cze raz. I jesz­cze raz. Jak­by to by­ło je­dy­ne, co mi zo­sta­ło.

Spis tre­ści

CZĘŚĆ 1

ROZ­DZIAŁ 1

ROZ­DZIAŁ 2

ROZ­DZIAŁ 3

ROZ­DZIAŁ 4

Zaj­rzyj do na­sze­go skle­pu: www.ostre-pio­ro.pl