ROZDZIAŁ 1
Monopoli
Wrzesień dopiero się zaczynał, ale wieczory przypominały już, że lato nie trwa wiecznie.
Zbliżał się urlop. Przez chwilę myślałem o czymś oczywistym - Egipt, Maroko, Wyspy Kanaryjskie.
Ciepło, słońce, zero niespodzianek.
Ale szybko odpuściłem. Zawsze kończyło się tak samo.
Włochy.
Byłem tam już wiele razy. Liguria, Toskania, Wenecja, Rzym. Tym razem chciałem czegoś spokojniejszego. Miejsca, w którym wrzesień nie jest jeszcze jesienią.
Przypomniałem sobie o Monopoli. Ktoś mi kiedyś o nim opowiadał - małe miasteczko nad morzem, białe domy, wąskie uliczki, światło, które zostaje do późna. Bez wielkiego ruchu, bez tłumów.
Zarezerwowałem lot, nie zastanawiając się.
Pierwsze dni mijały powoli. Rano kawa na tarasie, potem długie spacery bez planu. Lubiłem to uczucie, kiedy nie trzeba nigdzie iść. Można tylko patrzeć.
Siadałem w kawiarnianych ogródkach i obserwowałem ludzi. Dopowiadałem im historie. Kto czeka, kto wraca, kto się z kim spotka za chwilę. Czasem łapałem się na tym, że bardziej interesują mnie oni niż miejsce.
Stare miasto wciągało. Jedna uliczka prowadziła w drugą. Cień przeplatał się ze słońcem, z balkonów zwisały kwiaty, zza otwartych drzwi dobiegały głosy i zapach jedzenia. Co chwilę miałem wrażenie, że zaraz zobaczę coś, czego nie powinienem przegapić.
I chyba dlatego go zauważyłem.
Siedział na drewnianej ławce, trochę z boku, jakby nie chciał zwracać na siebie uwagi. Na kolanach miał małe płótno. Malował.
Zatrzymałem się kilka kroków dalej.
Na obrazie znajdowało się miasto widziane od strony morza. Zbliżał się zmierzch. W oknach pojawiało się światło - jedno po drugim, nanoszone cienkim pędzlem. Obraz był prawie gotowy.
Stałem tak przez chwilę, nie chcąc mu przeszkadzać.
Podniósł wzrok i uśmiechnął się lekko.
- Bello? - zapytał.
- Piękne - przytaknąłem, próbując odpowiedzieć po włosku, ale szybko się poddałem. Przeszliśmy na angielski. Okazało się, że przez lata pracował na statku. Kapitan.
To wystarczyło, żeby rozmowa potoczyła się sama. Ja też spędziłem parę lat na morzu. Zaczęliśmy mówić tym samym językiem - nie tylko angielskim.
- Comandante - powiedziałem półżartem.
Uśmiechnął się szerzej.
Zaprosił mnie do środka. Kilka stopni w dół, wąskie drzwi, niewielkie atelier.
Na ścianach wisiały obrazy. Prawie wszystkie przedstawiały miasto widziane od strony morza. Jakby patrzył na nie zawsze z tej samej perspektywy - z burty statku.
Podszedłem bliżej. Każdy był inny. Inne światło, inny moment dnia, inny nastrój.
Na małym stoliku leżały mniejsze płótna. Zacząłem je przeglądać, a on opowiadał - że malował na statku, między rejsami, w domu. Dla siebie.
I wtedy go zobaczyłem.
Twarz młodego chłopaka z profilu. Patrzył w morze. Za nim zarys miasta, ale niewyraźny, jakby mniej ważny.
Miał ciemne włosy, niesforne, opadające na kark. Wyraźne brwi, spokojne usta. Było w nim coś skupionego, jakby znajdował się już gdzie indziej, zanim jeszcze tam dotarł.
Nad nim zbierały się ciężkie chmury. Przebijało przez nie żółte światło.
- To chłopak, który zawsze chciał wypłynąć - powiedział Comandante.
Nie odpowiedziałem. Patrzyłem.
Był piękny. Prosto i bez wahania - piękny.
Już wiedziałem, że go kupię.
- Jak ma na imię? - zapytałem.
- Francesco.
Skinąłem głową.
- Francesco - powtórzyłem bardziej do siebie niż do niego.
Nie targowałem się długo. Zapakował obraz starannie, jakby wiedział, że to coś więcej niż pamiątka.
Wyszedłem na ulicę z płótnem pod pachą.
Wieczór dopiero się zaczynał. Światła zapalały się jedno po drugim, dokładnie tak jak na jego obrazie.
Pomyślałem z radością - Francesco jedzie ze mną do Polski.
Jeszcze nie wiedziałem, że to dopiero początek.