Rozdział 1
Nigdy wcześniej nie sądziłem, że uwikłam się w tak nieprawdopodobną historię. Rozpoczęła się ona dla mnie nieoczekiwanie, gdy leżałem bez świadomości w metalowej puszce. Włożyli mnie do niej specjaliści od hibernacji. Podłączyli moje mizerne ciało do setek przewodów i czujników, po czym zanurzyli w kisielu odżywczo-chłodzących substancji. Otuchy nie dodawało mi to, że w głównym hangarze statku kosmicznego Dedal znajdowały się jeszcze dziesiątki podobnych maszyn z ludźmi w środku. Wszyscy lecieliśmy z ukochanej Ziemi na stację kosmiczną Wrota Gwiazd, położoną na orbicie księżyca Neptuna - Trytona.
Hibernacja stanowiła wtedy jedyny legalny sposób podróżowania do planet zewnętrznych. Oznaczało to dla mnie kilka lat snu. Specjaliści twierdzili, że nic nie będę pamiętał, że stracę przytomność i obudzę się na miejscu. Na Galaktykę! Jakże bym chciał, aby tak się naprawdę stało!
W trakcie lotu nawiedzały mnie przebłyski świadomości. Można je nazwać snami, lecz rzeczywistość przerosła moje wcześniejsze wyobrażenia i wkrótce musiałem zmienić ich interpretację. Nie wybiegając jednak zbyt daleko w przyszłość, przytoczę tu tylko te mary senne, które zapamiętałem i które miały jakikolwiek sens. W wielu innych bowiem do tej pory nie udało mi się dociec celu ani ładu.
Największe wrażenie zrobiła na mnie pierwsza wizja. Poznałem wtedy prawdę, którą tak łatwo było mi na początku odrzucić i zepchnąć do podświadomości. Galaktykę zamieszkiwały niezliczone rzesze istot. Sen zaczął się, gdy moja świadomość wyłoniła się z ciemności hibernacyjnych majaków. Otaczająca mnie czerń okazała się głębsza od najgłębszych ciemności, jakich kiedykolwiek zaznałem. Prawdziwa, głucha i oszałamiająca. Na granicy wzroku pojawiły się pojedyncze punkciki. Niczym piegi pokryły ciemne płótno rzeczywistości. Gwiazdy! Nie próbowałem jednak z nich wróżyć przyszłości. Jedna z tego pięknego zbioru zbliżyła się - a może to ja zbliżyłem się do niej? Nie sposób mi orzec. Jej jasność przyćmiła ciemność świata. Ciepła nie odczułem natomiast wcale, choć przy tak małej odległości powinno być gorąco jak w piekle. Nie zdążyłem się jednak nacieszyć jej bliskością, gdy minęła mnie z wielkim pędem. Podobnie stało się z kolejnymi kulami ognia. Mniejsze, większe, jaśniejsze, ciemniejsze - całe uniwersum gwiazd pędzących wokół centrum Galaktyki. Poruszałem się z ogromną prędkością, mijając je jedna za drugą. Wokół większości z nich krążyły planety. Na niektórych mogłem dostrzec dzieła obcych cywilizacji. Na orbitach tych światów widziałem stacje kosmiczne i satelity. Małe i większe statki przemierzały kosmiczną pustkę. Nie mogłem jednak dokładniej przyjrzeć się tym technicznym dziełom obcych gatunków. Przyśpieszałem. Przelatywałem obok gwiazd tak szybko, że stały się jedynie smugami światła uciekającymi z pola widzenia. W końcu straciłem przytomność, zanurzając się w pierwotną ciemność.
Obrazy pojawiały się i znikały, odchodząc w pustkę. Nie odnajdywałem w nich żadnego ładu, dopóki nie zobaczyłem własnego odbicia w szybie, za którą znajdował się mój dom rodzinny. Była noc. Żarówki oświetlały wnętrze pracowni. Ojciec nie spał jeszcze. Jak zwykle pracował do późna nad wynalazkami. Łączył kolorowe kabelki, sprawdzał sygnał na oscyloskopie i lutował układy elektroniczne. W pewnym momencie odłożył narzędzia, zastanowił się i pokręcił głową. Zamknął oczy, a jego oddech stał się wyraźnie płytszy. Mamrotał coś niezrozumiale. Po chwili otworzył oczy i ze zdwojoną siłą powrócił do konstruowania urządzenia, jakby nagle natchnienie podpowiedziało mu rozwiązania wszystkich problemów. Wtedy w drzwiach pojawiłem się ja, a dokładniej moje sześcioletnie alter ego. Od razu rozpoznałem tę rozczochraną czarną czuprynę i lekko zadarty nos. Obserwowałem, jak wkroczyłem do wnętrza zaspany, w piżamie i z misiem pod pachą. Podszedłem i przytuliłem się do ojca. Wziął mnie na ręce. Po policzkach spływały mu łzy. Obaj płakaliśmy. Czułem smutek, ból i tęsknotę. Pamiętałem ten moment. To był dzień pogrzebu mamy. Mój młodszy odpowiednik spojrzał w okno i pokazał palcem w moją stronę. Ojciec pokręcił głową. Wtedy chłopiec podbiegł do szyby. Wyciągnąłem do niego rękę, ale moja wizja już zaczęła się zamazywać. Ostatnie, co zobaczyłem, to chłopiec stojący z otwartymi ustami i wskazujący na okno. Znów pogrążyłem się w ciemności.
Ponownie widziałem zbliżającą się gwiazdę. Tym razem jej jednak nie ominąłem. Zwolniłem do całkowitego zatrzymania. Pozostawałem zawieszony w kosmicznej pustce. Nagle tuż obok pojawił się wielki okręt kosmiczny. Ogrom Wszechświata zaburza perspektywę, ale według mnie był większy niż jakikolwiek pojazd czy stacja kosmiczna stworzona przez ludzi. Leciał przez ciemność ze szlachetną gracją, pokonując szybko przestrzeń. Jego biały pancerz lśnił w świetle pobliskiej gwiazdy. Nazwałem go Żaglowcem, ponieważ wydawał mi się piękny jak statek płynący po ziemskim morzu pod pełnymi żaglami. Nie wiem dlaczego, ale obserwując go, czułem jednocześnie tęsknotę i smutek za czymś utraconym dawno temu.
Z ciemności zaczęły wyłaniać się inne statki kosmiczne. Były mniejsze, nie tak piękne i w kolorze brudnej żółci. Od razu wyczułem, że zostały zbudowane przez inny gatunek. Wyglądały drapieżnie i takie się okazały. Zaatakowały mój Żaglowiec. Podświadomie mu kibicowałem, lecz tak naprawdę nie wiedziałem wtedy, o co toczy się walka i jakie mogą być jej konsekwencje. Okręty rozpoczęły swój taniec wojenny, strzelając i stosując uniki. Ja natomiast przyglądałem się temu z pewnej odległości i czekałem na finał starcia. Przerażała mnie głucha cisza - pomimo zamieszania walki i wymiany ognia. Do moich uszu nie dochodził żaden dźwięk, odbierałem jedynie wrażenia wzrokowe.
Żaglowiec został uszkodzony. Walka nie toczyła się po myśli jego załogi, ta jednak nie zamierzała się poddać. Wypuścili do walki myśliwce. Chmara niewielkich pojazdów zaatakowała napastników. Zajęła ich uwagę na tyle, by Żaglowiec zdołał uruchomić napęd nadświetlny i uciec z pola bitwy. Myśliwce, choć walczyły dzielnie, były niszczone jeden po drugim. Nie miały szans w tym starciu, lecz dawały czas potrzebny na ucieczkę. W końcu wszystkie zostały zestrzelone. Statki napastników po kolei uruchamiały napęd nadświetlny i rozpoczynały pościg za Żaglowcem. Wraz z odlotem ostatniego ponownie zapadłem w ciemność.
Ciemność. Przed oczami pojawiła mi się rozmazana plamka. Po chwili nabrała jasności. I zobaczyłem... Marsa. Usłyszałem swój dziecięcy głos:
- Tato, widzę go! Jest piękny!
Tak, był piękny. Pierwszy raz patrzyłem wtedy przez teleskop.
- Co widzisz? - Głos ojca jak zwykle był spokojny.
- Widzę Marsa. Jest czerwony. Ma też takie czarne pręgi.
- One rozdzielają marsjańskie kontynenty. Wiesz, synu, kiedyś uważano, że te czarne pręgi to kanały zbudowane przez Marsjan.
- Byli tam prawdziwi Marsjanie?
- Nie. Planeta okazała się pustynią. Dopiero niedawno ludzie skolonizowali Marsa.
Przez chwilę patrzyłem urzeczony na czerwień pośród ciemności.
- Tato! A czy kolonistów Marsa nazywamy Marsjanami?
Ojciec, jak to miał w zwyczaju, roześmiał się głośno. Mars zaczął blednąć, a śmiech ojca odleciał w dal. Znów pogrążyłem się w ciemności.
Z mroku wyłoniła się żółta gwiazda. Po chwili zbliżyłem się do jednej z planet na jej orbicie. Była błękitna z zielonymi kontynentami i białymi chmurami, lecz nie rozpoznałem w niej Ziemi. Zauważyłem Żaglowiec, który leciał prosto na nią. Okręty napastników już go dogoniły i znajdował się teraz pod pełnym ostrzałem. Jeszcze chwila i go zniszczą - przeszło mi przez myśl. Nagle z nadświetlnej wyszła sonda i z wielką prędkością, jak pocisk, uderzyła w krążownik napastników, który stracił sterowność i zderzył się z innym okrętem. Oba zaczęły dryfować. Z dziur poszycia widziałem wylatujące powietrze i fragmenty wnętrzności statków.
Załoga Żaglowca wykorzystała sytuację i rozprawiła się z ostatnią jednostką napastników. Następnie powróciła na kurs na błękitną planetę. Statek został mocno uszkodzony. Wydawało mi się, że w każdej chwili może się rozpaść. Wchodząc w atmosferę, wyglądał jak kula ognia. Po drodze odpadały od niego kolejne elementy poszycia. Nie był w stanie wyhamować. Pilot jakimś cudem ustawił go w pozycji do lądowania. Tylko nigdzie nie widziałem lądowiska. Żaglowiec wpadł w gęstwiny roślinności i uderzył o powierzchnię planety. Wizja rozbiła się na fragmenty, które zniknęły w chaosie snu.
Kolejny sen i znów zaskoczenie. Przede mną zmaterializowały się drzwi, które nagle otworzyły się z hukiem. Przeniknęły przeze mnie na wylot, jakbym był duchem, i ponownie się zamknęły. Do przedpokoju wszedł mój ojciec. Zdjął wierzchnie ubranie oraz zaśnieżone buty i z czerwonym nosem pobiegł do pokoju. Tam ujrzałem swoją matkę. Młodą i piękną. Tato uściskał ją i zaczął z przejęciem mówić:
- Marto! Udało mi się! - Trzęsły mu się ręce i nie mógł ukryć podekscytowania.
- Co się stało?
- Wytworzyłem stabilny bąbel nadprzestrzenny, w którym poruszał się model statku kosmicznego.
- Czy to da jedzenie ludziom lub oczyści powietrze i wodę?
Moja matka była biologiem i zajmowała się rozwiązywaniem kluczowych problemów ludzkości w tamtych czasach.
- Lepiej! Dzięki temu wynalazkowi sięgniemy gwiazd. Opuścimy tę śmierdzącą planetę i skolonizujemy Galaktykę. Marto! Zbudowałem napęd pozwalający poruszać się statkom szybciej niż światło!
- Co na to Einstein?
- Już dawno nie żyje.
- Ja też mam dla ciebie epokową niespodziankę.
- Słucham cię, kochanie.
- Jestem w ciąży. - Mamie po policzku pociekły łzy. Ojciec uśmiechnął się szeroko i wziął ją w ramiona.
- To cudownie. Nadamy mu imię Tyberiusz... lub Tyberia, jeśli będzie dziewczynką.
- Galen albo Gaja.
- Pięknie. Masz rację, kochanie. Jak zawsze.
Rodzice się przytulili. Wizja wyblakła i uleciała w nicość.
Tym razem nie wpadłem w ciemność. Wręcz przeciwnie. Oślepiło mnie światło. Czułem, jakby wszystkie fotony we Wszechświecie chciały znaleźć się w moich oczach.
Obudziłem się.
- Doktorze Velgester! - krzyczał ktoś do mnie.
- Panie Galenie! - krzyczał dosyć nachalnie. Dodatkowo zaczął uderzać mnie w twarz.
- Yhym - odpowiedziałem znacząco. Próbowałem otworzyć oczy, ale światło nadal mnie raziło. Zauważyłem jednak, że nie znajduję się już w puszce hibernacyjnej, lecz na łóżku. Nagi jak Adam w raju.
- Doktorze Galenie Velgester! Z dumą witamy na stacji Wrota Gwiazd - usłyszałem kobiecy głos.
I pierwsze, co zrobiłem na tej dumnej stacji kosmicznej, to zwymiotowałem na nią.
Rozdział 5
Zgromadziliśmy się przy posiłku. Rozejrzałem się po zebranych. Z ponad setki kolonistów ocalało nas kilkanaścioro. Był z nami też Kondur - kosmita - który pomógł nam opuścić Volos. Teraz oczekiwaliśmy od niego odpowiedzi na nasze pytania. Nie dał się długo prosić. Włączył automatycznego tłumacza i zaczął opowiadać:
- Należę to starożytnego gatunku Bokasan. Z czasem naszym celem stała się eksploracja Galaktyki i poznanie wszelkich żyjących w niej istot. Rozwinęliśmy technologie szybkiej podróży między układami gwiezdnymi: napęd FTL. Pozwalał on nam podróżować z prędkościami względnie większymi niż prędkość światła. Przystosowaliśmy się również do życia w kosmosie: na statkach kosmicznych i na niegościnnych planetach. Podczas swoich podróży spotykaliśmy przedstawicieli innych cywilizacji. Początkowo nie ingerowaliśmy w ich rozwój, lecz od pewnego momentu zaczęliśmy im pomagać. Przede wszystkim darowaliśmy im napęd FTL. Dzięki temu rozpoczął się złoty wiek handlu, eksploracji i kolonizacji niezamieszkałych planet. Zaniedbaliśmy wtedy rozwój technologii militarnych i floty, co prawie doprowadziło do późniejszej klęski.
Niestety przyśpieszony rozwój jednego z gatunków doprowadził do katastrofy. Tym gatunkiem byli Framedzi. To oni zaatakowali waszą kolonię. Wybuch zapoczątkowany przez reakcję termojądrową zamienił ich macierzystą planetę w jałową pustynię. Ci, którzy przeżyli, złożyli przysięgę zemsty zniszczenia wszystkich Bokasan. Od tego momentu, bez względu na wszystko, za wszelką cenę dążyli do tego. Przekonali do swoich racji jeszcze kilku innych przywódców planet, którzy nie do końca nam ufali. Framedzi, żądni zemsty, zaatakowali bezbronne światy. Wtedy sformowano pierwszy sojusz. Wojna trwała długo, a niezliczone rzesze istot straciły w niej życie. Zwyciężyliśmy wspólnie z sojusznikami, ale koszt był olbrzymi. Framedzi ostatecznie uciekli. Po wojnie, z braku chęci współpracy pozostałych cywilizacji, sojusz został rozwiązany. Znów zaniedbano rozwój militarny, a flota niszczała.
Przez wiele lat żyliśmy w pokoju i wydawało się, że problem Framedów już nie istnieje. Jak bardzo się myliliśmy!
W każdym razie od zakończenia wojny nie pomagaliśmy już tak ochoczo innym gatunkom. Skryliśmy się w cieniu. Jedynie od czasu do czasu obdarowywaliśmy jakąś cywilizację napędem FTL. Starannie dobieraliśmy gatunki, którym pomagaliśmy, i nie były to łatwe decyzje. Pamiętaliśmy, co się stało z Framedami. Przede wszystkim cywilizacja musiała osiągnąć taki poziom rozwoju nauki i kultury, aby mogła przyswoić sobie nowe idee i technologie. Tego rodzaju cywilizacje nie pojawiają się w naszej Galaktyce zbyt często. Drugim warunkiem stało się istnienie jednostki, która potrafiłaby się z nami porozumieć za pomocą myśli. Telepatia to najszybsza metoda przekazywania informacji. Zwykła rozmowa byłaby za długa i niedokładna, obarczona błędami w interpretacji i tłumaczeniu. Telepatia to naturalny etap na drodze rozwoju inteligencji. W końcu w wysoce rozwiniętej cywilizacji pojawiają się więc istoty, które potrafią się nią posługiwać. Oczywiście początkowo one same o tym nie wiedzą, ale my tak. Gdy cywilizacja dotrze do odpowiedniego etapu rozwoju, rozmieszczamy automatycznych obserwatorów, którzy poszukują takich jednostek. Łatwo je znaleźć, ponieważ ich fale mózgowe są charakterystyczne.
Taką jednostką był twój ojciec, Galenie. Gdy się z nim skontaktowałem pierwszy raz, był w szoku, ale przyjął mnie. Pamiętam, że Ian miał otwarty i chłonny umysł. Szybko połączył nową wiedzę z ziemską technologią i stworzył pierwszy działający silnik FTL na Ziemi. Pracował prawie bez wytchnienia. Nie miał dużo czasu dla żony i dla ciebie. Jego misja i poświęcenie nie poszły jednak na marne. Długo jeszcze będzie wspominany przez wasz gatunek jako ten, który zapoczątkował eksplorację głębokiego kosmosu.
Jak się kontaktowaliśmy? Telepatyczne mózgi można ze sobą sprzęgnąć. To pozwala bezpośrednio kontaktować na międzygwiezdne odległości. Ograniczenie stanowi jedynie to, że można być tak sprzęgniętym tylko z jedną istotą. Za pierwszym razem zabraliśmy Iana na pokład statku. Pokazaliśmy mu wszystko, opowiedzieliśmy historię i wyjaśniliśmy ideę współpracy. Za jego zgodą dokonałem sprzęgnięcia z nim. Więcej nie spotkałem go bezpośrednio, ale kontaktowałem się z nim wiele razy telepatycznie. Zawsze po takim kontakcie Ian wpadał na nowe, rewolucyjne pomysły.
W pewnym momencie zauważył, że jego syn przejawia takie same zdolności. Kontaktował się ze mną w tej sprawie kilkukrotnie. Chciał cię wtajemniczyć, ale sprzeciwiałem się temu. Uważałem, że nie można poszerzać kręgu osób wiedzących o naszym istnieniu. Nawet jeśli był to syn wybrańca.
Wtedy ponownie pojawili się Framedzi. Zniszczyli konwój handlowy. Zaatakowali również bazę floty, ale udało się wtedy ich odeprzeć. Ataki nastąpiły blisko planety Volos, na którą miała się odbyć wasza misja kolonizacyjna. W jednym z kolejnych ataków udało mi się wziąć kilku jeńców. Wydobyłem z nich informacje, że odbudowali swoją potęgę i zamierzają dotrzymać przysięgi danej przez ich przodków. Szukali ponadto sojuszników. Jednym z nich miała być Ziemia, która dopiero co otrzymała napęd FTL - Framedzi potrzebowali jedynie przekaźnika, który umożliwi im manipulowanie ludźmi. Najlepiej, gdyby był to ktoś spokrewniony z wybrańcem. Najlepiej jego syn. Nie dowiedziałem się, skąd tak wiele wiedzieli o Ziemi i o Galenie. Zawsze mieli dobrych szpiegów i niezłe rozpoznanie.
Dowiedziałem się od Iana, że bierzesz udział w misji kolonizacyjnej, której nie można było już przerwać. Wyruszyłem więc, by cię uratować i nie dopuścić, byś dostał się w ręce Framedów. Niestety po drodze wpadłem w pułapkę i mój statek został poważnie uszkodzony. Udało mi się mimo to dotrzeć na planetę Volos, ale rozbiliśmy się o powierzchnię. Później, w trakcie ataku, dotarłem w ostatniej chwili. Resztę już znacie.
Bokasanin przerwał na chwilę, po czym wziął głęboki oddech.
- Celem nadrzędnym jest teraz pokonanie Framedów - stwierdził. - Nie możemy też dopuścić, aby Ziemia wpadła w ich ręce. Galenie, jeśli zdołają cię złapać, wykorzystają to do przejęcia kontroli nad resztą ludzi. To pchnie was do wojny, która przyniesie wam tylko śmierć i zniszczenie. Staniecie się niewolnikami na własnej planecie. Służącymi, nieznającymi odpoczynku ani wolności.
- Co więc zrobimy, aby do tego nie dopuścić? - spytałem, przerywając przedłużający się monolog.
- Zawiązaliśmy ponownie sojusz przeciwko Framedom. Nie chciałem cię w to angażować, ale sprawy się tak potoczyły, że nie mamy innego wyjścia. W imieniu Ziemi przystąpisz do tego porozumienia. Polecimy do bazy floty, a potem przesiądziemy się na szybszy statek i udamy się na moją macierzystą planetę - Mikalę. Tylko w taki sposób mogę cię ochronić.
- A może Rada Ziemi nie będzie chciała tego sojuszu? - wtrącił się Robert Navieb.
- Co będzie z nami wszystkimi? - spytał Luigi.
- Czy my też możemy lecieć na twoją planetę? - Alia, pomimo trudów i zmęczenia, nie mogła ukryć podekscytowania.
- Rada Ziemi postąpi, jak uważa. Może poprzeć Framedów, ale to nie byłoby dla was dobre rozwiązanie - odpowiedział Kondur i zwrócił się do Alii: - Na moją planetę możemy się udać razem. Wszyscy są mile widziani. Pozostali będą mogli natomiast wrócić na Ziemię z eskortą.
W jaki sposób się w to wplątałem? - zastanawiałem się kolejny raz. Przez całe moje życie ojciec w tajemnicy przed wszystkimi kontaktował się z obcą cywilizacją i dzięki temu stworzył swój napęd FTL! Nawet mnie odstawił wtedy na boczny tor. Za to teraz byłem w centrum uwagi, lecz nie chciałem tego.
- Dołączenie Ziemi po którejkolwiek ze stron nie przechyli szali zwycięstwa. Czy nie możemy pozostać neutralni? - spytałem z nadzieją.
- Od momentu ataku Framedów na waszą kolonię pozostajecie w stanie wojny. Neutralność w tym konflikcie to mrzonka.
- Czy możemy jakoś wcześniej ostrzec Radę Ziemi? - zapytał Robert Navieb.
- Już wysłałem informacje o ataku i o was do Iana. On przekaże je Radzie Ziemi - odpowiedział Kondur.
- Tylko że w kilka miesięcy nie zbudują krążownika ani nie wyszkolą załogi dla eskadr myśliwców - zasmuciła się Ezri. - W jaki sposób mają obronić Ziemię?
Bokasanin obrócił się w jej stronę, ale milczał. Ciszę przerwał dzwonek.
- Zbliżamy się. Usiądźcie i zapnijcie pasy - usłyszeliśmy głos pilota.
Po chwili statek wyszedł z nadświetlnej i zaczął hamować. Byliśmy na miejscu. Kondur już wcześniej zaczął nadawać komunikat na częstotliwości floty Bokasan. Nie odebrał jednak żadnego sygnału zwrotnego. Po dotarciu na miejsce cisza ta była jeszcze bardziej przerażająca.
Kosmita nakazał nawigatorowi Ennisowi sprawdzić współrzędne, czy rzeczywiście znajdujemy się w dobrym miejscu. Byliśmy. Pilot Edgar zebrał dane z sensorów. Na ekranie wyświetlił obraz z zewnętrznej kamery. Ukazał nam się gazowy gigant i jego księżyc, a na jego orbicie zgliszcza stacji kosmicznej oraz dryfujące zniszczone statki kosmiczne. Wiele z nich przypominało Żaglowiec. Części zniszczonych okrętów kręciły się wokół własnej osi w makabrycznym tańcu pośród cmentarzyska.
Dostałem gęsiej skórki.
- Cała flota admirała Karolura zniszczona? - Automatyczny tłumacz pomału cedził słowa Kondura. - Jak to możliwe?
Staliśmy tam wszyscy wpatrzeni w cmentarzysko statków. Nikt nie śmiał się odezwać.
- I co teraz? - Jako pierwszy zabrał głos Robert Navieb. - Zabrałeś nas tu, bo ta flota miała nas chronić. Jak widać, nawet siebie nie potrafili ocalić.
- Jesteśmy zgubieni - zajęczał Luigi. - Wszyscy zginiemy.
- Uspokój się. - Ezri podeszła do niego i położyła rękę na ramieniu. - Razem z tego wyjdziemy.
- Gdzie teraz lecimy? - zwróciła się do Kondura Alia Fegura.
Bokasanin zadumał się przez chwilę. W końcu z automatycznego tłumacza wydobył się głos:
- Musimy podążać dalej wyznaczoną ścieżką. Polecimy do kolejnej bazy.
- A jeśli i ją Framedzi zniszczyli? - zapytałem.
- To będziemy uciekać, dopóki starczy nam sił.
- Albo paliwa - wtrącił się Edgar. - Czy daleko jest ta baza?
Kondur spojrzał na wskaźnik energii napędu.
- Dolecimy. - Ton głosu wydany przez automatycznego tłumacza brzmiał uspokajająco. Mnie jednak lodowe ciarki przeszły po plecach.
Bokasanin podszedł do Ennisa i razem wprowadzili współrzędne nowego celu podróży.
- Czy nie możemy już lecieć na Ziemię? - spytał Luigi. - Chyba zgubiliśmy już tamtych.
Kondur spojrzał na swoje pudełko zawieszone nad stołem. Jego pulsacje pomału przyśpieszały.
- Jeszcze nie. Mamy bardzo mało czasu, zanim tu przybędą.
- A twoje magiczne pudełko ich nie zgubiło?
- To nie magia. Na każdą technologię znajdzie się inna technologia. To urządzenie pomogło nam uciec za pierwszym razem, ale przecież nie można zniknąć.
Pudełko zaczęło wydawać głośny, jednostajny i wysoki dźwięk. Kondur wyłączył je i schował.
- Zaraz tu będą. Jak obliczenia kursu? - zwrócił się do Ennisa.
- Jeszcze chwila.
Zacisnąłem zęby. Nie chciałem skończyć jak załogi tych wszystkich okrętów. One przynajmniej mogły się bronić. Nasz statek nie miał przecież żadnej broni. Wylatując z Układu Słonecznego, nie wiedzieliśmy, że wylądujemy w samym środku galaktycznej wojny.
Na sensorach pojawiły się sylwetki okrętów Framedów.
- Obliczenia zakończone! - krzyknął nawigator.