Kilka godzin później Hélias odprowadzał do wyjścia ostatniego pacjenta tego dnia. Niespecjalnie orientował się w miejscowym życiu politycznym, za sprawą plakatów rozwieszonych w całym mieście rozpoznał jednak mera Le Mans, ale postawił sobie za punkt honoru, że będzie traktował elekta jak kogoś kompletnie nieznanego. Jego mentor wpoił mu rygorystyczne przestrzeganie dyskrecji: "Im bardziej porzucą to, kim są dziś, tym silniej przypomną sobie to, kim byli kiedyś". Powtarzali ten aforyzm podczas ich rytualnych spotkań w piątkowe wieczory - jedynym momencie całego tygodnia, kiedy Alain pozwalał sobie na kieliszek alkoholu. Hélias towarzyszył mu z przyjemnością, tym bardziej że Alain, niestroniący od plotek i pogłosek, odsłaniał przed nim najnowsze wieści z branży, dopełniając tym samym jego nieformalnego wykształcenia. Lecz tego dnia Hélias musiał odwołać swoją obecność. Na poniedziałek miał zaplanowany wyjazd do Centrum Olfaktorycznego i zależało mu, żeby zostawić po sobie porządek w papierologii.
Filią firmy o nazwie Fragrancia, mieszczącą się na pierwszym i drugim piętrze zabytkowego budynku, zawiadywali tylko oni dwaj; ów ograniczony do minimum skład osobowy sprawiał, że Hélias był zmuszony działać na wszystkich frontach. Czyścił naczynia laboratoryjne, kontrolował zasoby czynników gazowych i komponentów, sprawdzał, czy nebulizatory działają jak trzeba, wypełniał dokumentację i wysyłał do centrali szczegółowe raporty na temat zasobów MVS. Firma matka, odpowiedzialna za produkcję, dystrybucję i zastosowanie tego specyfiku, wyjątkowo rygorystycznie podchodziła do zakresu jego wykorzystywania. Cały biznes opierał się właśnie na tym psychotropie, niezbędnym do przeprowadzania seansów olfaktorycznego transu. Najmniejsze odchylenie w sprawozdaniu wywołałoby ogromnie problematyczną sytuację dla laboratorium oraz dla Alaina.
Resztę czasu Hélias spędził na uzupełnianiu kart pacjentów w głównej bazie danych. Przeglądał wszystkie wspomnienia zapachowe z całego tygodnia, jedno po drugim, i katalogował je ze względu na częstość występowania. Ku jego wielkiemu zdziwieniu "spacer po plaży", który został wymieniony ponad pięć razy w tym miesiącu, w ogóle nie figurował w bibliotece gotowych akordów. Trzeba by to przed wyjazdem zasygnalizować Alainowi. Na koniec dołożył aurę dawnej klasy do teczki pana Durina. Ujmujący pacjent. Dużo gada, ciągle się rozprasza, ale jego seanse węchowego przywoływania wspomnień zawsze odkrywają tę szczyptę poezji obecnej w tym, co banalne.
Gdy wykonał już wszystkie zadania, pozwolił sobie na chwilę przerwy w wyludnionej poczekalni. Niedługo Alain odeśle go do domu. Wykorzystałby ten czas, żeby porządnie wysprzątać swój pokój przed Wielkim Wyjazdem. W jego znużonym umyśle zakiełkowała niepokojąca myśl. A co, jeśli nie sprawdzi się po okresie próbnym? Fragrancia nie miałaby innego wyboru, jak tylko go odprawić. Czy Alain by się z tego ucieszył? Nie, to niemożliwe. Ten człowiek chciał wyłącznie jego dobra. Hélias westchnął i odchylił głowę do tyłu. Po kilku sekundach ta pozycja sponiewierała mu kark. Wyprostował się i omiótł wzrokiem pomieszczenie, w którym się znajdował. Było prostokątne, z wysokim sufitem, skąpane w świetle dzięki dwóm wielkim oknom, lecz różniło się od typowej poczekalni masą klamotów, które je zapełniały. Musiałby kiedyś znowu zabrać się za porządki. Ledwo można było tu przejść.
Alain był kompulsywnym zbieraczem. Przechowywał wszystko. Sterty gazet, wysokości klęczącego człowieka, to tu, to tam wyrastały ze starego parkietu niczym stalagmity, świadkowie następujących po sobie epok. Potężne wazony wypełnione po brzegi długopisami reklamowymi zajmowały centralne miejsce, a ściany były oklejone setkami pocztówek z całego świata. Hélias podejrzewał, że pacjenci, czerpiąc z tego diaboliczną przyjemność, wysyłali je specjalnie tylko po to, żeby sprawdzić, dokąd zaprowadzi go ta kolekcjonerska gorączka. Na razie rozprzestrzeniła się aż do drzwi toalety, lecz Hélias obawiał się, że na tym nie koniec. Któregoś razu, gdy jego mentor zaprosił go na kawę do siebie do domu, odkrył tam szufladę wypchaną pudełkami po serach camembert. Po troszeczku, we współpracy z Claudine, żoną Alaina, zaprowadzał porządek w jego rzeczach, a ten jak dotąd jeszcze się nie zorientował.
Hélias przymknął powieki. Stres związany z wyjazdem sprawiał, że poczuł potrzebę oczyszczenia głowy. Wziął głęboki wdech i pozwolił emocjom wypłynąć - wykonywał to ćwiczenie zawsze, gdy czuł, że ogarnia go lęk. Wtem ciszę przebił dzwonek do drzwi wejściowych. Podskoczył, zerwał się z fotela i krzyknął w stronę biura Alaina, że się tym zajmie.
Gdy otworzył drzwi, ujrzał dwóch gości o wejrzeniu mastiffów; byli ubrani na czarno od butów po czapki z daszkiem. Zadali sobie nawet trud niezdjęcia okularów przeciwsłonecznych wewnątrz budynku. Niedoszły olfat natychmiast rozpoznał ów monochromatyczny strój.
- Nazwisko i funkcja - zakomenderowali.
- Hélias Révol, asystent Alaina Fissona - zastosował się do polecenia, jednocześnie masując sobie kark.
Mniejszy z pary przybyszów przejechał ciężkim paluchem po liście nazwisk na ekranie swojego urządzenia, po czym podniósł wzrok. Zapadł wyrok:
- Nie masz uprawnień. Odsuń się.
Utorował sobie drogę ramieniem, a jego towarzysz, prawdziwy gigant, podążył jego śladem. Do grubego nadgarstka miał przykutą kajdankami aluminiową walizeczkę.
- Gdzie olfat Fisson? - szczeknął pierwszy, skanując otoczenie sponad czarnych klapek.
- W swoim gabinecie.
- To na co czekasz? Idź po niego.
Wstrząśniętego surowością nakazu Héliasa zamurowało.
Kolos z tyłu zaczął rozpinać marynarkę. Hélias, w oszołomieniu, jakie go ogarnęło, wziął etui do okularów, które miał przytroczone do paska, za skórzaną kaburę. Cofnął się o krok, jego oddech przyśpieszył. Facet, zadowolony, że ktoś wreszcie wziął na serio jego utensylia, rozciągnął usta w uśmiechu. Jego wygląd vaquero - od siedmiu boleści, którego nie wzięliby nawet do spaghetti westernu - sprawił, że Hélias zinterpretował grymas jako groźbę. Pole widzenia mu się zawęziło, a oddech stał się krótki i palący. Opanowywał go strach. Jego emocje bywały tak gwałtowne, że potrafiły wywołać atak. Zanosiło się na to, że znowu straci nad sobą kontrolę. Było to wręcz pewne. Ta przelotna myśl jeszcze pogorszyła sytuację. Gula lęku przygniatała mu mostek. Dokładnie to, czego tak bardzo pragnął uniknąć. Sięgnął do kieszeni po metalowy żeton i zaczął obracać go w palcach. "Odpuść to, odpuść to", mruczał pod nosem, z zamkniętymi oczami.
- Moje etui od okularów taktycznych tak go rozwaliło? No proszę. A ty mówiłeś, że wyglądam jak kretyn.
Jego towarzysz wzruszył ramionami.
- Weź na niego spójrz. To jakiś czubek.
- Wystarczy tego dobrego - zainterweniował Alain, wychodząc ze swojego gabinetu.
Dwaj wysłańcy znieruchomieli.
- Olfacie Fisson, mamy ścisłe rozkazy. Musimy...
- Cisza! - zagrzmiał Alain.
Podniósł ręce, odsłaniając tatuaż z różą zbrojną w cztery kolce.
- Zostawcie mojego asystenta w spokoju - dodał olfat, już spokojniej.
Pogmerał w portfelu i wręczył im czarną kartę, którą śpiesznie zweryfikowali.
- Nie wiem, gdzie Cornélia was rekrutuje, ale będę musiał zamienić z nią dwa słowa na temat kryteriów doboru.
Alain podał im pięciocyfrowy kod. Metaliczne kliknięcie, kajdanki się otworzyły, walizka została mu przekazana. Olfat upewnił się, że plomby zabezpieczające, naklejone w odstępach na łączeniu połówek walizki, są nienaruszone, i odprawił tamtych dwóch niecierpliwym gestem. Hélias pomału dochodził do siebie.
- Świetnie sobie poradziłeś - zapewnił go Alain. - Nie dałeś się przytłoczyć.
Zamknął dłoń Héliasa w swojej, zatrzymując frenetyczny ruch żetonu. Młodzieniec schował monetę do kieszeni i skierował uwagę na walizkę. Wybałuszył oczy. Nigdy wcześniej nie widział zamka biometrycznego. Alain zachichotał.
- Jazda. Chodź mi pomóc otworzyć to cudo. Co dwie głowy, to nie jedna!