Foxglove - Adalyn Grace
39.99 zł
33.19 zł
(20,90 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Los potrzebował tysiąca lat, żeby nauczyć się pieśni nici, i jeszcze więcej czasu, żeby odkryć, jak je splatać.
Siedział na podłodze piwnicy w blasku pełgającej świeczki, zgarbiony nad niewykończonym gobelinem udrapowanym na kolanach. Igła migała w zręcznych palcach i coraz inne kolory wplatały się w tkaninę, kiedy Los kształtował kolejne życie.
Pierwszy kolor zawsze był taki sam - hymn bieli oznaczającej nowe życie. Los szybko uzupełniał go spokojną nutą błękitu przeplecioną przez płótno, podsycaną przez muzykę, która pulsowała w jego żyłach. Potem rozbrzmiewały namiętne riffy czerwieni i zawodzenie żółci, barwy eksplodowały na gobelinie niczym wschód słońca, kiedy Los dał się porwać życiu bogatej arystokratki, która kiedyś będzie tak oszołamiająco piękna, że stanie się natchnieniem dla najwspanialszej sztuki. Obrazy i rzeźby, muzyka i poezja - nic nie odda w pełni jej urody. Jej życie było serią burzliwych romansów, każdy utkany z cieniutkich nici, delikatnych i wytwornych. Z każdym nowym kochankiem, którego sobie brała, i każdą zmianą, którą przepowiedział, Los pracował coraz bardziej gorączkowo, przedzierał się przez jej życie, jakby dążył do crescendo, które tylko on mógł usłyszeć.
Ktoś, kto widziałby go przy pracy, wziąłby go raczej za muzyka niż malarza - igła była jego smyczkiem, a gobelin skrzypcami, na których grał melodię życia. Z każdym ukłuciem igły starał się uchwycić całe życie w każdej sekundzie, zamienić pieśni na kolory. Pracował w takim pośpiechu, że nie myślał. Nie oddychał. Tak pogrążył się w tej historii, że kiedy rozbrzmiał minorowy akord i nić w igle sczerniała, oznaczając koniec pieśni, przez chwilę nie pamiętał, co tworzy ani nawet kim jest.
W końcu jednak Los się opamiętał, kiedy rozejrzał się po pustym pokoju o gołych szarych ścianach i przypomniał sobie, że te żywe kolory nie należały już do niego, tylko do tych, których historie opowiadał. Bo chociaż gobelin Losu lśnił niegdyś jasnym i czystym złotem, ostatnią nić od stuleci psuł nowy kolor - spokojne, idealne srebro, na które Los nie mógł patrzeć, ponieważ symbolizowało to wszystko, co mu odebrano. Wszystko, co Śmierć mu odebrał.
Zdmuchnął świeczkę i ściany wokół niego zmorfowały w rzędy gobelinów, zawieszonych na ruchomych sznurach, które ciągnęły się bez końca. Jak tylko pokazało się wolne miejsce, Los zatrzymał sznur na chwilę, żeby zawiesić najnowsze dzieło. Musnął palcem spirale głębokiego szkarłatu - jego ulubiony kolor, bo tak silna miłość i namiętność zawsze tworzyła najbardziej porywające historie. Gobelin ruszył dalej, kiedy Los cofnął rękę, i miał tak sunąć, dopóki wszystkie nici się nie rozplotą i płótno wróci na następny sznur, puste i gotowe na nową historię.
Złociste oczy przeniosły się na kolejne płótno, ale jakiś odgłos za plecami przyciągnął uwagę Losu. Nigdy jeszcze nie słyszał takiej nuty, łagodnej jak dźwięk harfy i jednocześnie wstrząsającej jak minorowy akord Śmierci. Zagłuszył wszelkie inne odgłosy i chociaż Los przestrzegał zasady, żeby nigdy nie wracać do gobelinów, które już powiesił - bo po co zmieniać arcydzieło? - nie mógł się oprzeć temu wezwaniu.
Przeszedł między rzędami, uchylając się i lawirując, żeby dotrzeć do celu. Tkaniny znieruchomiały, kiedy się zbliżył, i zobaczył, że śpiewa nie jeden gobelin, lecz dwa.
Pierwszy należał do najbrzydszych utkanych przez Los, zbyt wiele szarości i sinopurpurowych tonów. A jednak Los poświęcił mu wiele czasu i starań, precyzyjnie wszył każdą nitkę, tworząc ten okrutny prezent dla swojego brata: kobietę, którą Śmierć pokocha, ale nigdy nie posiądzie. Teraz jednak zmarszczył brwi, spoglądając na gobelin, ponieważ jego dzieło zostało zmienione. Szarość przeszła w smugi czerni, które stopiły się w czerwień i złoto. Żółć. Błękit. A potem więcej czerni - nie pojedyncza linia, lecz tysiące nitek, które nadal same się tkały, chociaż Los chwycił w garść zepsutą tkaninę.
Drugi gobelin był nie lepszy od pierwszego. Na zawijasy bladego różu i lodowatego błękitu nałożyły się grube krechy czerni i bieli, naprzemiennie jak klawisze fortepianu. Los nachylił się, żeby posłuchać tej pieśni - cichego, mrocznego hymnu, którego każda nuta uderzała jak cios pięścią - i odskoczył, gwałtownie wciągając powietrze. Ta melodia była niezaprzeczalnie piękna, a jednak coś z nią było nie tak.
Los wyjął igłę zza ucha i wbił w tkaninę, żeby sprawdzić, co się stanie, kiedy spróbuje tam wszyć końcową czarną nić śmierci. Ku jego zaskoczeniu gobelin wypluł igłę. Los chwycił ją i zacisnął w garści.
Czymkolwiek były te zwyrodnienia, on ich nie stworzył. Ich widok przyprawiał go o mdłości. Zerwał obie tkaniny ze sznura. Nawet kiedy zarzucił je na ramię, one wciąż rosły, czarne i białe ściegi spływały mu po plecach, zamiatały każdy stopień schodów, po których zbiegał, uważając, żeby się nie potknąć. Spiesznie podszedł do buzującego kominka, rzucającego bursztynową poświatę na następny pusty pokój, gdzie stał tylko pojedynczy skórzany fotel, przodem do ryczących płomieni.
Los wrzucił w ogień pasiastą tkaninę i usiadł w fotelu, żeby popatrzeć, jak się pali. Jednak płomienie natychmiast zgasły z sykiem i do pokoju powrócił aż nazbyt znajomy chłód. Los czuł, że lód przenika do jego kości i skuwa całe ciało, aż dreszcz przeszedł mu po plecach.
Podniósł się chwiejnie i wyciągnął gobelin z paleniska. Zmarszczył brwi, kiedy ogień znowu zapłonął. Z narastającym gniewem wziął tym razem ohydnie siną tkaninę i cisnął w płomienie, które plunęły mu w twarz żarem. Zatoczył się do tyłu, osłaniając oczy. Kiedy znowu spojrzał, ogień nie był już czerwonopomarańczowy, tylko miał barwę, jakiej nigdy więcej nie spodziewał się zobaczyć.
Los zbladł. Zacisnął drżące palce na tkaninie, nie zważając, że żar parzy mu dłonie. Wyciągnął gobelin z kominka i rozłożył na podłodze, odsunąwszy fotel pod ścianę. Padł na kolana, patrzył, szukał - i zobaczył: srebrne nici, błyszczące jak gwiazdy. Idealne, niemożliwe srebrne nici. Mrugnął... i znikły.
Odetchnął z wysiłkiem. Zapewne to, co widział, było tylko wytworem jego samotności. Halucynacją na skutek przepracowania. Ponieważ po tak długich poszukiwaniach... czyżby wreszcie ją znalazł?
Delikatnie jak kochanek Los musnął dłonią nici, żeby sprawdzić, do kogo należy ten gobelin. Dziewczyna, którą stworzył ze złości, żeby skusić Śmierć i doprowadzić go do załamania, kiedy się okaże, że nie mogą dłużej być razem. A jednak nić jej losu wiła się dalej i już nad nią nie panował.
Drugi, podobny gobelin należał do dziewczyny, która pokonała Los nie raz, nie dwa, ale aż trzy razy. Śmierć często go ostrzegał, że zbyt nonszalancko traktuje losy, które tka - że nie ma czegoś takiego jak idealna kreacja, że ktoś kiedyś zmieni przyszłość, jaką mu narzucono, i pobije Los w jego własnej grze. Dotąd nie wierzył, że to możliwe.
Musiał wiedzieć. Musiał zobaczyć na własne oczy tę dziewczynę ze srebrnymi nićmi, tę Signę Farrow. Tak więc Los chwycił kapelusz i rękawiczki, żeby wepchnąć się bez zaproszenia na przyjęcie.
Podobno naparstnica jest najbardziej trująca tuż przedtem, zanim nasiona dojrzeją.
Signa Farrow nie mogła przestać myśleć o tym zabójczo toksycznym kwiatku, od którego nazwano jej rodzinną posiadłość, kiedy patrzyła na zwłoki niegdysiejszego diuka Berness, lorda Juliusa Wakefielda.
Przez całe życie słyszała opowieści, jak to jej rodzice zmarli w swojej posiadłości, otruci. Dawno temu, kiedy była dzieckiem, znalazła na babcinym strychu pogniecione wycinki z gazet, opisujące ten wypadek. Pamiętała, że pomyślała wtedy, jaki to musiał być tragicznie piękny wieczór. Wyobrażała sobie pary tańczące w złocistym blasku lamp, satynowe suknie wirujące nad posadzką sali balowej. Jak cudownie to musiało wyglądać w tych ostatnich chwilach, zanim przybył Śmierć. Pocieszała ją świadomość, że jej matka umarła w sukni balowej, robiąc to, co kochała najbardziej.
Nigdy nie pozwalała sobie myśleć o tragicznym aspekcie takiej śmierci, o rozbitych kieliszkach i rozdzierających krzykach, jak te, które rozlegały się teraz w sali balowej w Thorn Grove. Dopóki kuzynka Blythe nie zatoczyła się do przodu, kiedy ktoś się za nią przepchnął, Signa nawet się nie zorientowała, że powinna uważać, bo ludzie tłumnie rzucili się do wyjścia, omijając martwe ciało i depcząc wszystkim po nogach.
To nie była piękna i spokojna śmierć, jaką wymarzyła dla swoich rodziców.
Ta śmierć była bezlitosna.
Everett Wakefield padł na kolana obok ojca. Skulił się przy zwłokach, nie zważając na narastający chaos, nawet kiedy jego kuzynka Eliza Wakefield chwyciła go za ramię. Twarz miała zieloną. Rzuciła jedno spojrzenie na martwego wuja, przycisnęła rękę do żołądka i zwróciła cały obiad na marmurową posadzkę. Everett nawet nie drgnął, kiedy jej wymiociny ochlapały mu buty.
Zaledwie parę chwil wcześniej diuk Berness rozpływał się w uśmiechach, gotowy zostać wspólnikiem Hawthorne'ów w ich prestiżowym interesie, Klubie Dżentelmenów Grey's. Plotki o tej szacownej umowie krążyły po miasteczku od tygodni, a Elijah Hawthorne, były opiekun Signy, przechwalał się tym jeszcze dłużej. Lecz kiedy stał nad trupem niedoszłego wspólnika z kieliszkiem wody w drżącej dłoni, już się nie chełpił. Zbladł tak bardzo, że jego skóra przypominała marmur, pod oczami wystąpiły błękitne żyły.
- Kto mi to zrobił? - Duch lorda Wakefielda unosił się nad jego ciałem, nie dotykając podłogi przezroczystymi stopami. Obrócił się do Śmierci i Signy, jedynych, którzy go widzieli.
Signa zadawała sobie to samo pytanie, chociaż otoczona wzburzonym tłumem, nie bardzo mogła odpowiedzieć lordowi na głos. Czekała, czy padną jeszcze jakieś trupy, zastanawiając się przez cały czas, czy tak było w Foxglove w wieczór śmierci jej rodziców. Czy wszystko wydawało się zbyt jaskrawe i krzykliwe wobec grozy wiszącej w powietrzu - i czy przepocona suknia matki i upięte włosy ciążyły jej tak samo, jak teraz suknia i włosy ciążyły Signie?
Tak głęboko pogrążyła się w niespokojnych myślach, że drgnęła, kiedy Śmierć szepnął jej do ucha:
- Spokojnie, ptaszynko. Nikt więcej nie umrze tej nocy.
Jeśli chciał dodać jej otuchy, musiał się bardziej postarać.
Everett trzymał bezwładną rękę ojca, łzy kapały mu z oczu w przerażającej ciszy. Duch uklęknął obok niego.
- Czy jest jakiś sposób, żeby to odwrócić? - Lord Wakefield wpatrywał się w Signę z takim natężeniem, z taką nadzieją, że odruchowo się skuliła. Boże, co by dała, żeby móc odpowiedzieć twierdząco.
Tymczasem musiała udawać, że go nie słyszy, bo jej uwagę przykuł mężczyzna stojący naprzeciwko trupa, obserwujący każdy jej ruch. Sama jego obecność sprawiła, że się cofnęła i zjeżyły jej się wszystkie włoski na ciele.
Nigdy jeszcze nie widziała tego mężczyzny, jednak wiedziała, kim jest, od chwili kiedy przygwoździł ją palącym wzrokiem. Pod tym spojrzeniem światła przygasły, paniczne krzyki gości przycichły i zmieniły się w odległy szum. Śmierć mocniej ścisnął ją za ramię, ale odkryła, że nie może się do niego odwrócić. Mężczyzna, który zwał się Losem, przesłonił jej cały świat i sądząc po uśmieszku na jego ustach, wiedział o tym.
- Jakże mi miło, panno Farrow. - Głos miał gęsty jak miód, ale brakowało w nim miodowej słodyczy. - Szukałem pani od bardzo dawna.
Był wyższy niż Śmierć w ludzkiej postaci, ale szczupły, z gładkimi, napiętymi mięśniami. Śmierć miał jasną karnację, ostry zarys szczęki i wystające kości policzkowe, natomiast Los prezentował zwodniczo urocze dołeczki w brązowej skórze. Śmierć cały był mroczną tajemnicą, natomiast Los jaśniał jak latarnia skupiająca całe światło na świecie.
- Dlaczego tu jesteś? - zapytał Śmierć lodowatym tonem, bo Signa nie mogła wykrztusić ani słowa przez zdrętwiałe wargi.
Los przechylił głowę i popatrzył na dłoń Śmierci na ramieniu Signy, oddzieloną od jej ciała tylko skrawkiem tkaniny.
- Chciałem poznać młodą kobietę, która skradła serce memu bratu.
Signa zamarła. Brat. Śmierć nie wspominał, że ma brata, i sądząc po napięciu między nimi, nie wiedziała, czy ma w to wierzyć. Nigdy jeszcze nie wyczuwała takiego zagrożenia w cieniach Śmierci, które się pod nim rozlewały. Pragnęła cofnąć się i schronić pod ich osłoną, lecz daremnie usiłowała zmusić swoje ciało do ruchu, jakby stopy miała przybite do podłogi. Czuła się jak robak pod przenikliwym spojrzeniem Losu i niemal się spodziewała, że podniesie but i ją rozdepcze. Zamiast tego zrobił dwa kroki i ujął twarz Signy w dłoń tak zaskakująco miękką, że drgnęła. Arystokratyczna dłoń, pomyślała. Nachylił się nad nią, jego dotyk palił jej skórę.
- Puść ją. - Cienie Śmierci spiralą pomknęły do przodu i zawisły nad karkiem Losu, który musnął kciukiem gardło Signy.
- Tak nie będziemy się bawić. - Los nawet nie podniósł wzroku, obojętny na groźbę w głosie Śmierci. - Możesz rządzić zmarłymi i umierającymi, ale nie zapominaj, że to ja władam losami żywych. Dopóki ona oddycha, jest moja.
Śmierć zamarł i chłód uleciał z sali. Signa walczyła z uściskiem Losu, ale on trzymał mocno. Niemal dotykał nosem jej nosa, kiedy przyglądał się jej badawczo. I chociaż nie padły żadne słowa, w jego starych oczach kryło się pytanie. Coś tak mrocznego i palącego, że ugryzła się w język i nie ośmieliła się opierać temu mężczyźnie, który pokonał nawet śmierć.
Los zapytał szeptem:
- Panno Farrow, czy pani zdaje sobie sprawę, kim jestem?
Patrzeć na niego to było jak patrzeć w słońce. Im dłużej Signa się w niego wpatrywała, tym bardziej rozmywał się świat. Smugi słonecznego blasku przecinały jej pole widzenia. Jego głos też się rozpływał, miękkie słowa zlepiały się ze sobą. W skroniach Signy pulsował narastający ból.
- Tylko z nazwy - zdołała wykrztusić, niemal dławiąc się słowami. Jego dotyk, głos, wszystko w nim parzyło.
Los mocniej ścisnął jej twarz, domagając się uwagi.
- Zastanów się.
- Nie ma się nad czym zastanawiać, panie. - Jeśli zaraz się od niego nie uwolni, głowa jej pęknie. - Nie widziałam cię nigdy w życiu.
- Czyżby?
Los rozluźnił uścisk. Mimo że zachowywał się grubiańsko, w jego gniewie było coś znajomego. Coś, co przypomniało Signie o bezradnym pisklęciu, które trzymała w dłoniach przed paroma miesiącami, albo rannych zwierzętach, które spotykała w lesie. Los wyprostował ramiona i strzepnął fular, a wtedy Śmierć wpłynął między nich. Otoczył Signę cieniem, oparł ją o swoją pierś i objął w talii.
- Co on ci powiedział?
Cienie Śmierci były zimniejsze niż zwykle, falujące i wzburzone. Signa próbowała mu powiedzieć, uspokoić go, ale za każdym razem, kiedy otwierała usta, żeby wymówić na głos pytanie Losu, jej wargi się zaciskały. Próbowała trzy razy, zanim zrozumiała, że to nie szok ani pulsująca migrena nie pozwalają jej mówić. Odwróciła się i spiorunowała Los wzrokiem.
Śmierć bez słowa prześliznął się obok niej. Ciemność wyciekała z niego przy każdym kroku, gasiła barwy pozłacanych ścian i wpełzała na marmurowe kolumny. Signa odetchnęła swobodniej, bo nie musiała już zezować na boki. Śmierć stał teraz w ludzkiej postaci obok Losu i mówił głosem prosto z najgorszych koszmarów:
- Dotknij jej jeszcze raz i już nigdy więcej niczego nie dotkniesz.
Los posługiwał się swoim rozbawieniem jak bronią, idealnie wyostrzoną i precyzyjnie wycelowaną.
- Popatrz tylko na siebie, jaki się zrobiłeś dorosły. Jaki gorliwy obrońca.
Strzelił palcami i świat ruszył. Stłumione krzyki zadźwięczały przeraźliwie w uszach Signy. Nacisk spanikowanych ciał się nasilił. Zapach gorzkich migdałów, unoszący się ze zwłok, stawał się coraz wyraźniejszy.
- Pogróżki kiepsko ci wychodzą, bracie. Mam ci pokazać, jak to się robi?
Signa nie wiedziała, ile czasu minęło i czy w ogóle minął jakiś czas, ale teraz Elijah spiesznie wprowadzał konstabla do sali balowej, żeby obejrzał ciało. Los nie stał już przed nimi, tylko wtopił się w niewielki tłumek gości, którzy zostali. Chociaż Signa nie słyszała, co szeptał do ucha jakiejś kobiety, nie podobała jej się narastająca zgroza na jej twarzy. Kobieta gorączkowo zaszeptała coś do stojącego obok mężczyzny, który z kolei przekazał te słowa kolejnemu. Wkrótce cała sala trzęsła się od plotek, ukradkowe spojrzenia kierowały się na Elijaha i jego brata Byrona, który stał obok, trzymając w drżącej dłoni laskę z drzewa różanego. Goście omijali również Blythe szerokim łukiem, jakby Hawthorne'owie byli plagą zarażającą wszystkich, którzy ośmielili się zanadto zbliżyć.
Chociaż Elijah przyjmował z podniesioną głową nagłą podejrzliwość tłumu, narastające szepty odebrały Blythe pewność siebie. Zwężonymi oczami rozglądała się po sali - która nagle wydawała się o wiele za jasna i o wiele za duża - ale wszyscy starannie unikali jej wzroku.
Wiedząc z własnego doświadczenia, jak okropnie człowiek się czuje w takich sytuacjach, Signa gwałtownie odwróciła się do gapiów.
- Jak wam nie wstyd? Człowiek właśnie umarł, a wy zachowujecie się jak w teatrze. Wyjdźcie i pozwólcie konstablowi pracować.
Chociaż kilkoro gości odwróciło twarze, nie spieszyli się z wyjściem, zwłaszcza że Los przecisnął się przez tłum i podszedł do konstabla. Signa ruszyła, żeby go powstrzymać przed tym, cokolwiek zamierzał zrobić, ale Śmierć chwycił ją za łokieć i odciągnął.
Jeszcze nie, ostrzegł ją słowami, które dźwięczały jej w głowie. Dopóki się nie dowiemy, czego on chce, lepiej nic nie robić.
Signa zacisnęła pięści po bokach i z najwyższym trudem zwalczyła pokusę.
Odgrywając swoją rolę ze swobodą zawodowego aktora, Los demonstracyjnie wskazał smukłym palcem braci Hawthorne'ów.
- To był on - oznajmił, wyprostowany na całą wysokość wśród okrzyków zdumienia. Signa nawet nie zdążyła zareagować na fakt, że w przeciwieństwie do swojego brata Los był teraz w pełni widoczny dla obecnych. - To Elijah Hawthorne podał kieliszek lordowi Wakefieldowi. Widziałem to na własne oczy!
Rozległy się potwierdzające pomruki. Ciche mamrotania ludzi, którzy przekonywali się nawzajem, że oni też widzieli dokładnie to, o czym mówił ten obcy.
Twarz konstabla stężała. Schylił się i podniósł odłamek z rozbitego kieliszka, leżący obok zwłok. Powąchał osad i zmarszczył nos.
- Cyjanek - stwierdził stanowczo.
Signa musiała sobie przypomnieć, żeby zrobić zdziwioną minę. Natomiast konstabl, w przeciwieństwie do gości, nie okazywał żadnego zdziwienia. Zastanawiała się, czy jego opanowanie ma jakiś związek z artykułami w gazetach, które czytywała od kilku miesięcy.
Trucizny - zwłaszcza cyjanek - stawały się niepokojąco popularne. Niemal niewykrywalne, stanowiły łatwy sposób na popełnienie morderstwa. Ktoś nawet posunął się do tego, żeby nazwać je kobiecą bronią, ponieważ nie wymagały użycia brutalnej siły - chociaż Signa mogła się obyć bez tej etykietki.
Spojrzała na Everetta i Elizę Wakefieldów. Eliza wciąż stała odwrócona tyłem do zwłok i trzymała się za żołądek. Everettem wstrząsały bezgłośne dreszcze.
Los zrobił mały kroczek i położył rękę na ramieniu Everetta. Przykucnął, żeby zniżyć się do jego poziomu, i zapytał:
- Pan widział, jak Elijah Hawthorne podał kieliszek pańskiemu ojcu, prawda?
Everett poderwał głowę. Oczy miał puste, pozbawione blasku.
- Oni obaj! - zawołał głosem pełnym wściekłości, zrywając się na nogi. - Byron też stał obok. Chcę, żeby aresztowano obu Hawthorne'ów!
Signę zakłuło w piersi, kiedy dostrzegła słaby błysk złota na czubkach palców Losu. Poruszał nimi bardzo powoli i kiedy wytężyła wzrok, mogłaby przysiąc, że między nimi błyszczały nici cienkie jak pajęczyna.
- Posłuchaj no, chłopcze - zaczął Byron. Zamilkł dopiero wtedy, kiedy Elijah chwycił go za ramię i powiedział:
- Z chęcią powiemy panu wszystko, co wiemy. Zapewniam, że chcemy wykryć prawdę równie mocno jak pan.
Signa nigdy jeszcze nie była tak wdzięczna za nową trzeźwość Elijaha. Nawet nie chciała sobie wyobrażać, jak mógłby zareagować parę miesięcy wcześniej, kiedy upijał się z rozpaczy po śmierci żony i zamartwiał się chorobą córki Blythe. Pewnie doszukałby się czegoś ironicznie zabawnego w tej sytuacji. Teraz jednak z ulgą zobaczyła, że zacisnął usta w wąską linię.
Nie wiedziała, w co pogrywa Los, ale z pewnością Elijah i Byron nie będą mieli kłopotów z konstablem. Eskortował braci Hawthorne'ów przez salę balową i pozwolił im tylko na moment zatrzymać się obok Signy i Blythe.
Elijah ujął twarz Blythe w obie dłonie i wycisnął pocałunek na jej czole.
- Nie ma się czym martwić, dobrze? Do rana wszystko się wyjaśni.
Potem Elijah objął Signę i zalała ją fala ciepła, kiedy pocałował ją w czoło jak własną córkę. Może dlatego, że obie z Blythe ledwie powstrzymywały się od płaczu, wydawał się taki spokojny. Jakby udawał się na herbatkę zamiast do aresztu, publicznie oskarżony o morderstwo.
- Nie łamcie sobie głów, dziewczyny. - Położył rękę na ich splecionych dłoniach. - Niedługo się zobaczymy.
A potem Elijah i Byron wyszli, eskortowani jak przystało na dżentelmenów. Signa wpatrywała się w korytarz, w którym znikli, mruganiem powstrzymując łzy, żeby nie dać Losowi satysfakcji.
Elijahowi nic nie zrobią. Zadadzą mu parę pytań, a potem domniemany udział braci Hawthorne'ów w tym morderstwie zostanie wykluczony, zanim jeszcze koroner przyjedzie po ciało.
Signa ścisnęła rękę Blythe, żeby jej dodać otuchy, ale kuzynka nie patrzyła na nią ani nawet nie odprowadzała wzrokiem ojca. Zamiast tego wbijała wściekłe spojrzenie w Los. Zanim ktokolwiek zdążył ją powstrzymać, wysunęła dłoń z ręki Signy i przemaszerowała przez salę balową, ściskając suknię tak mocno, jakby chciała rozedrzeć tkaninę.
- Niczego takiego pan nie widział, ani w wykonaniu mojego ojca, ani mojego wuja! - Nawet na obcasach Blythe była dużo niższa od Losu, ale to jej nie przeszkodziło podejść do niego blisko i dźgnąć go w żołądek palcem jak sztyletem. - Nie wiem, czego pan chce od mojej rodziny, ale niech mnie diabli, jeśli pozwolę panu nas zniszczyć.
Przepchnęła się obok niego, nie zważając na to, kto patrzy, i podeszła do kamerdynera, Charlesa Warwicka. Los prychnął drwiąco, ale nie zaszczycił jej następnym spojrzeniem, tylko z powrotem odwrócił się w stronę Signy i Śmierci.
- Twój ruch, bracie - oznajmił. - I tym razem się postaraj.
Równie szybko, jak się pojawił, Los zniknął, pozostawiając po sobie tylko chaos.