Fotografia - P.M. Wilk
22.21 zł
18.43 zł
(18,88 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Fotografując staraj się pokazać to, czego bez ciebie nikt by nie zobaczył
Robert Bresson
You know what's inside that bank, man? There's 16 million dollars worth of gold in the bank, sweetheart.
Oddball, Kelly's Heroes
Wał usypano z betonowych płyt.
Pomiędzy całymi kwadratami płyt chodnikowych wciśnięte są ich połamane fragmenty, jakieś pomniejsze odłamki, do tego gruz, cegły, kamienie. Towarzyszą im kawałki mebli, połamane krzesła, stoły, gdzieś z tyłu potężne ozdobnie rzeźbione drzwi szafy. Z prawej strony drewniany trzepak z jedną nogą pochłoniętą przez betonowy stos, drugą wystawia na gładko zamiecione przedpole. Na jego górnej poziomej belce opierają się litery J.FRA, fragment szyldu umieszczonego na narożniku budynku w tle. Po drugiej stronie przeszkody, częściowo zasłonięty stalowy szkielet wagonu tramwajowego. Kiedyś pewnie czerwony, ale teraz szary jak wszystko wokół. Biała tabliczka umieszczona w połowie długości dachu oznajmia, że jest to "osiemnastka", kursująca z Placu Żelaznej Bramy przez Królewską, Marszałkowską, Śniadeckich, Nowowiejską i Filtrową na plac Narutowicza. Drugi wagon, przewrócony na bok, bezwstydnie odsłania swoje brudne podbrzusze. W jeszcze całych szybach okien kamienicy na trzecim planie odbijają się jasne plamy nieba, tylko narożne okno balkonowe pierwszego piętra straszy ostrymi odłamkami sterczącymi z drewnianej framugi. Budynki po prawej stronie są w większym skrócie i ich okna są tylko ciemnymi, pionowymi kreskami. Okna, przynajmniej te widoczne są wysokie, ich kamienne ozdoby, wsporniki i balustrady balkonów są eleganckie. Stojące wzdłuż niknącej w oddali ulicy drzewa nadal jeszcze mają szare liście.
Stoją na tle betonowej przeszkody. Ubrani w ciemne marynarki, szare wełniane kamizelki narzucone na białe koszule, grube spodnie, często wpuszczone w wysokie buty, lub kończące się niewiele nad cholewkami spódnice. Na szyjach szare chusty, apaszki. Dwóch chłopaków wyciągnęło skądś oryginalne bluzy mundurowe, jeszcze z września i teraz z dumą wypinają piersi mogąc zaprezentować się choć w namiastce prawdziwego munduru. Mimo, że to przecież sierpień praktycznie każdy ma czapkę. Tych charakterystycznych, wojskowych jest więcej, tak niewielki element umundurowania łatwiej przecież było ukryć, bezpiecznie przechować. Są też jednak i berety i furażerki, a także zwykłe, cywilne kaszkiety. Jedna z dziewczyn obwiązała głowę chustką w kolorowe, ale teraz szare, kwiaty. Każde nakrycie głowy, niezależnie od rodzaju noszone jest z fasonem, zawadiacko przekrzywione, zsunięte do tyłu czy naciągnięte na czoło. Atmosfera jest beztroska, na twarzach uśmiechy, w postawach siła i pewność siebie. Nieliczni z bronią, ci uśmiechnięci najszerzej, ustawiają się tak, by jak najlepiej ją zaprezentować.
Stoją.
Czekają.
Myślą, że patrzą w przyszłość, nieświadomi tego, że to jednak przyszłość patrzy na nich, trzymając w swoich niemłodych już rękach ramkę czarno-białej fotografii. Wypielęgnowane, ale zdecydowanie męskie palce delikatnie pocierają pozłacaną ramkę, palec wskazujący powoli przesuwa się po niewyraźnych młodych twarzach, zatrzymując na stojącym w drugim rzędzie po lewej stronie chłopaku w berecie. Biała plama na jego ciemnym materiale pozwala się domyśleć obecności orzełka. Ciemne, zdaje się, że kręcone włosy wystają spod przekrzywionego beretu, w szerokim uśmiechu świecą białe, nierówne zęby. Trzymany w dłoniach automat uniesiony jest wysoko, tak by był widoczny nawet z drugiego rzędu. Chwilę później zdjęcie wraca na swoje miejsce na wypełnionym książkami regale.
Wtorek, 1 lipca 2014
Prezydent Ukrainy Petro Poroszenko pogratulował we wtorek ukraińskim żołnierzom i pogranicznikom przywrócenia kontroli nad przejściem granicznym Dowżanskyj w obwodzie ługańskim, które wcześniej znajdowało się w rękach prorosyjskich separatystów. (źródło: onet.pl).
Imieniny obchodzą Halina, Marian i Otton.
Wschód słońca: 04:17, zachód: 21:02.
Do końca zmiany zostało jeszcze ponad dwie godziny, ale Sławek był już myślami gdzie indziej. Machinalnie przesuwał dźwignie, nabierał pełne łyżki ziemi i przekładał je na czekającą ciężarówkę. W słuchawkach iPoda wciśniętych pod ochraniacze słuchu wokalista Vadera ryczał w "The Calling", skutecznie zagłuszając huk pracującej maszyny. Jak chcesz słuchać tego rzęchu, to rób to w robocie, powtarzała mu do znudzenia Magda, w domu nie chcę tego słyszeć. Zrzędząca ździra, pomyślał spluwając na podłogę kabiny. Nawet dobrze, że go zostawiła, teraz mógł sobie słuchać czego i kiedy tylko chciał, co też praktykował usilnie przez pierwszy tydzień od burzliwego rozstania, rozwalając się po robocie w butach na kanapie z piwem w ręku i jedną z ulubionych płyt grającą na pełny regulator. Ostatnio co prawda trochę już mu się to znudziło i niechętnie przyznawał (ale tylko przed sobą), że jest to faktycznie trochę męczące. W robocie jednak to było co innego, tutaj ostra muza dawała mu dobrego kopa i pozwalała na sprawne wykonywanie monotonnej w sumie pracy.
Nagły ruch za szybą kabiny wyrwał go z rozmyślań. Kudelski, blady jak ściana, w żółtym kasku zsuniętym na tył głowy stał na szeroko rozstawionych nogach przed koparką i rozpaczliwie machał rękoma krzyżując je nad głową. W wykrzywionej twarzy grubasa bezgłośnie poruszały się mięsiste usta.
- Co kurwa? - mruknął do siebie Sławek i przerzucił dźwignię zatrzymując łyżkę w powietrzu. Zerwał z głowy ochraniacze, słuchawki iPoda wypadły z uszu zawisając na swoich białych kabelkach i ciężki, brutalny death metal zamienił się w cieniutki, żałosny skrzek.
- Co jest? - wrzasnął wychylając się z kabiny.
- Wyłącz i złaź tutaj! - odkrzyknął Kudelski poprawiając kask, który ciągle wędrował po jego potężnej głowie jak mały, żółty skorupiak. Tłusta twarz kierownika z powrotem nabrała zwykłej dla nadciśnieniowców, czerwonawej barwy, ale zaraz potem zaczęła znowu zmieniać kolor i stała się ciemno-buraczana.
- Pojebało cię? Gdzie ty masz oczy? - wydarł się na Sławka.
Wokół koparki zebrało się już kilku pracujących w pobliżu robotników, a od strony baraku biurowego nadbiegało dwóch urzędujących tam inżynierów.
Sławek wyskoczył z kabiny czując jak rośnie mu gula w gardle. Nie będzie go żaden, kurwa, Kudelski, kierownik czy nie, obsobaczał tak przy wszystkich. Już miał powiedzieć grubasowi coś, czego później z pewnością by żałował, kiedy jego wzrok padł na ciało.
Zębata, stalowa łyżka zwisała nad nim jak najeżona pazurami łapa wielkiego dinozaura zatrzymana w locie. Do celu brakowało jej może metra. Sławkowi zrobiło się niedobrze, oczyma wyobraźni widział stalowe zęby wbijające się w ciało i rozrywające je na krwawe kawałki. Krew skapywała gęstymi, ciemnymi kroplami z łyżki koparki, a wyrwane kawałki ciała zsuwały się i opadały na ziemię z cichym mlaśnięciem...
Oparł się o gąsienice i głęboko oddychał, jego długie, jasne włosy, zwykle spinane w kitkę teraz w nieładzie opadły mu na twarz. Nie docierało do niego powstałe wokół zamieszanie ani krzyki. Najgłośniej krzyczał oczywiście Kudelski, ochlapując kropelkami śliny najbliżej stojących.
- Co on kurwa chciał zrobić? - rozglądał się po zebranych jakby ktoś z nich mógł mu udzielić konkretnej odpowiedzi, a potem nachylił się do Sławka i zionął mu w twarz czosnkiem i papierosami.
- Oślepłeś? Chciałeś gościa poszatkować? - opryskał go śliną.
- Co się dzieje? - wtrącił zdyszany Leśniak, jeden z inżynierów, którzy akurat jeszcze byli w biurze tego popołudnia.
- Facet pojawił się normalnie znikąd. O tak po prostu się sturlał w dół i Sławek o mało co go nie nadział na ten swój widelec - kierowca wywrotki oczekującej na załadunek wyciągnął paczkę LM-ów, wprawnym ruchem puknął w nią wysuwając jeden papieros i wetknął go sobie do ust. - Jak go zobaczyłem to już leciał w dół wykopu.
- Ale jak... - słabym głosem odezwał się Sławek.
Ciągle nie mógł dojść do siebie, myśl, że o mały włos nie zabił człowieka przyprawiała go o mdłości.
Tylko czy on to w ogóle żyje?
Nikt ze stojących nie kwapił się jakoś żeby to sprawdzić. Napędzany wyrzutami sumienia Sławek odepchnął na bok Kudelskiego i kierowcę ciężarówki i przyklęknął przy leżącym na wznak młodym mężczyźnie. Z bliska wyglądał on jeszcze młodziej, Sławek nie dawał mu więcej niż dwadzieścia lat. Był niemiłosiernie brudny, mokre ubranie oblepione było ziemią z wykopu oraz jakimś szlamem, a twarz wysmarowana ciemną mazią pomieszaną z zaschniętą krwią. Brzydka rana na lewym policzku ukrywała się niezdarnie pod tym kamuflażem. Wyglądał trochę jak górnik po pracy na przodku. Sławek w pierwszym odruchu chciał sprawdzić czy chłopak żyje, ale nagle zupełnie nie wiedział jak się do tego zabrać. Nachylił się nad leżącym i zaraz odsunął z obrzydzeniem. Kloaczny smród otaczał chłopaka niewidzialną, ale gęstą chmurą.
- Oż kurwa, ale cuchnie - wyrwało się Sławkowi. Zaraz też zrobiło mu się głupio. Chłopak leżał bez życia otoczony zgrają dorosłych facetów i nikt nawet nie ruszył się sprawdzić co z nim nie tak, a on się przejmował zapachem. Zasłonił sobie usta i nos rękawem i nachylił się próbując zorientować się czy tamten oddycha, ale bezskutecznie. Trzeba było poszukać pulsu. Na filmach wyglądało to raczej nieskomplikowanie, przykładało się palce do szyi delikwenta i już. Sławek przyłożył niezdarnie dwa palce do śliskiej i lepkiej szyi leżącego.
- I jak? Żyje? - zapytał Leśniak. Winnicki, drugi z inżynierów, niewysoki, młody chłopak o ciemnej, nieomalże śniadej cerze, przyglądał mu się jakby widział go po raz pierwszy. Z na wpół otwartymi ustami przenosił wzrok ze Sławka na leżącego i z powrotem. Kudelski na szczęście ucichł. Obecność Leśniaka zdecydowanie powodowała u niego deficyt pewności siebie i nie był już skłonny do rzucania kurwami na lewo i prawo.
- Chyba żyje - odparł Sławek niepewnie - Skąd on tutaj... - urwał spoglądając na pozostałych. Kierowca rozejrzał się i papierosem wskazał miejsce na zboczu wykopu.
- Po mojemu to wypadł stamtąd.
Na ścianie wykopu, mniej więcej w połowie jego wysokości widniał na wpół zasypany otwór. Kawałki cegieł wysypywały się z niego i leżały rozrzucone po stromym zboczu.
- Co to za nora? Na planach nic tu nie ma - Kudelski walczył machinalnie z kaskiem, który przewędrował z powrotem na tył głowy.
- Może bezdomni tam się urządzili. Nieważne. Co z tym tu robimy? - odezwał się milczący dotychczas drugi inżynier.
- Karetkę trzeba by wezwać - Sławek klęczał cały czas jeszcze przy leżącym chłopaku. Skoro udało mu się stwierdzić, że ten żyje, poczuł się zdecydowanie lepiej i zaczynał odzyskiwać rezon.
- Zaraz, moment. Może mu nic nie jest. Nachlał się i tyle - zaoponował trzeźwo Kudelski. - Karetka przyjedzie i od razu mamy wypadek na budowie. Inspekcja, przestój. Tylko czas stracimy, panie inżynierze - zwrócił się bezpośrednio do Leśniaka.
- Racja - przytaknął inżynier - Panie Sławku, zobaczy pan czy oddycha. Alkohol czuć?
Wyraźnie nikt z zebranych nie miał zamiaru zbliżać się do ciała bardziej niż było to konieczne, zostawiając Sławkowi tę wątpliwą przyjemność skoro sam tak się ochoczo rzucił do pomocy. Sławek ponownie, już z mniejszym entuzjazmem, nachylił się nad leżącym, tym razem przyglądając mu się dokładniej. Ciemna plama, która wypełzła niepostrzeżenie spod chłopaka powiększała się powoli, ale systematycznie.
- Panowie, gość krwawi! - wykrzyknął zdumiony - Dawajcie tę karetkę! Cały lewy bok ma we krwi.
Środa, 2 lipca 2014
Skończyła się hegemonia USA, Rosja podniosła się z kolan - takie oświadczenie przekazał dziennikarzom agencji Ria Novosti zastępca sekretarza Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej Jewgienij Łukianow. W jego opinii konieczne jest uzgodnienie "nowego porządku świata". (źródło: onet.pl).
Imieniny obchodzą Jagoda, Urban i Maria.
Wschód słońca: 04:18, zachód: 21:01
Światło?
Jestem?
Leżę. Lecę.
Gdzie. Jestem.
Idę?
Dokąd?
Dlaczego. Nie mogę. Się ruszyć?
Pić.
Bezwład. Bezsilność. Niemoc.
Spróbował otworzyć oczy. Ciężkie powieki jedna po drugiej niechętnie odkleiły się od siebie wpuszczając mgliste, nieprzyjemne światło. Zebrał wszystkie siły i szarpnął całym ciałem. Tak mu się wydawało, bo w efekcie tylko się lekko poruszył. Wyczuł to jednak i poczuł jak paraliżujący go strach powoli odpuszcza.
Mogę się ruszać!
Otworzył szerzej oczy. Wokół widział jednak tylko rozmyte światło i jakieś rozmazany kształt zawieszony nad nim w przestrzeni. To wystarczyło, żeby upewnił się, że nie jest już w kanale. Pamiętał, że dotarł do zasypanego tunelu, pamiętał strach i ogarniające go zwątpienie, wysysające całą resztkę nadziei otępienie.
Co stało się potem?
Na chwilę przed oczami pojawił się nie wiadomo skąd widok olbrzymich pazurów.
Jakich znowu pazurów?
Próbował sobie usilnie przypomnieć cokolwiek, ale jego umysł jakby się uparł i serwował mu wspomnienia tylko i wyłącznie z przeprawy kanałami. Te z kolei nie były chyba kompletne, a już na pewno musiały być mocno pomieszane. Jedyne co wiedział na pewno to, że możliwości były tylko dwie.
Albo znalazł się jakimś cudem wśród swoich, albo...
Na samą myśl zrobiło mu się zimno, a przed oczami stanęła zapuchnięta od ciosów i umęczona twarz Ryśka, odbitego z rąk Gestapo, tylko po to, żeby mógł umrzeć w cierpieniach wśród swoich.
Spróbował poruszyć się ponownie. Tym razem udało mu się obrócić głowę. Kątem oka zobaczył coś, co...
Świat nagle gwałtownie zawirował. Żołądek, którego istnienia do tej pory nawet się nie domyślał, podskoczył do gardła. Puste torsje targnęły nim, potrząsnęły i rzuciły z powrotem na...
...łóżko?
Leżał ciężko dysząc i próbował bezskutecznie powstrzymać zwariowaną karuzelę jaka odbywała się w jego głowie. Czuł się jak pijany, ale nie pamiętał, żeby coś pił, zresztą tak naprawdę w ogóle nie przepadał za alkoholem. Owszem, próbował kilkakrotnie, w lecie, na zgrupowaniu i przy okazji imienin Waldka, ale głównie dla towarzystwa. Przyjemny zawrót głowy i uczucie, że jest się panem świata przegrywało zdecydowanie z późniejszym złym samopoczuciem. To co czuł wtedy i co skutecznie zniechęcało go do picia było niczym wobec tego z czym musiał się zmierzyć teraz.
Zacisnął powieki i starał się nie oddychać. Miał wrażenie, że każdy, nawet najdrobniejszy ruch, zostanie zwielokrotniony i posłuży do jeszcze większego rozbujania. Powoli, bardzo powoli, huśtanie zaczęło się uspokajać. Teraz zaczęły docierać do niego różne dźwięki, wśród których wyróżniało się miarowe pikanie. Ten dźwięk był zlokalizowany gdzieś bardzo blisko, ale Oskar, mimo sporego wysiłku nie był w stanie go do niczego przypisać. Zrezygnował więc i ostrożnie otworzył oczy. Tym razem obraz był wyraźniejszy i kształt nad głową okazał się zwisającą z sufitu lampą. Powoli, żeby nie sprowokować ponownych zawrotów głowy, obrócił się w kierunku dźwięku i zamarł zdumiony.
Kilka różnej wielkości... pudeł czy skrzynek stało w pobliżu łóżka. Różnokolorowe, zmieniające się obrazki, czy może raczej ruchome wykresy przesuwały się na jednym z nich. Od skrzynek biegły kolorowe przewody, prosto do... piersi Oskara.
On sam był podłączony do tych dziwnych urządzeń!
Poczuł jednocześnie strach i dziwną, obezwładniającą ulgę. Sytuacja się wyjaśniła i z pewnością znajdował się w rękach Niemców. Mimo to, z ciekawością przyglądał się pudełkom. Jedno z nich było ewidentnie źródłem tego piszczącego i powtarzającego się uparcie dźwięku, a reszta...? Jego wzrok padł na zawieszoną na stojącym obok wieszaku butelkę. Biegnąca od niej przezroczysta rureczka kończyła się w jego lewej ręce.
Szpital... Ale jak?
Bujna wyobraźnia podsunęła mu naprędce sklecone wyobrażenia o tajemniczych i okrutnych eksperymentach niemieckich, których z pewnością stał się właśnie ofiarą. Zagryzł spieczone wargi i zacisnął powieki.
Nie będę płakał, nie będę...
Ból wkradł się niepostrzeżenie. Wysyłał co prawda już od jakiegoś czasu niewielkie sygnały, które Oskar w swoim zaaferowaniu zignorował. Teraz nagle miał wrażenie jakby jego cały lewy bok płonął. Chociaż nie, nie płonął. Rozpalał się, rozgrzewał, wciąż bardziej i bardziej, promieniując na brzuch, klatkę piersiową.
Właściwie ból był wszędzie.
Chłopak zacisnął zęby aż zgrzytnęło, ale nie zdążył powstrzymać jęku.
- Już, już, spokojnie - odezwał się głos. - Punktualny, co do minuty - mruknął bardziej do siebie niż do Oskara. - Już zaraz będzie dobrze.
Mimo skręcającego go bólu, Oskar otworzył szeroko oczy ze zdumienia. Niewyraźna, biała postać pochylała się nad nim i coś majstrowała przy stojących obok urządzeniach. Obraz zaczął się niechętnie wyostrzać i Oskar zrozumiał, że musi to być pielęgniarka. Ładna dziewczyna, w różowym a nie białym fartuchu, uśmiechnęła się do niego. Chciał coś powiedzieć, zapytać, ale przyjemny widok zaczął tracić ostrość, rozmywać się, tak że pozostały tylko smugi kolorów i światła. Jednocześnie poczuł, że ból gdzieś zniknął, a on sam zapada się głębiej i głębiej w otchłań, gdzie...
Poniedziałek, 14 lipca 2014
Makabra pod Dobrym Miastem na Warmii. W Piotraszewie pies zagryzł swojego właściciela i częściowo zjadł. Makabryczną sprawę wyjaśniają prokuratorzy, policja z inspektorami weterynarii. Pies został zabrany z gospodarstwa i poddany obserwacji. Po badaniach zostanie uśpiony (źródło: fakt.pl).
Imieniny obchodzą: Kamil, Marcel i Angelina.
Wschód słońca: 04:30, zachód: 20:53.
Kilka drobnych kamyków z ledwie słyszalnym szelestem posypało się w dół wykopu. Siedzący na jego krawędzi szczur równie błyskawicznie jak i bezgłośnie zniknął. Zaraz też jednak pojawił się po drugiej stronie wykopu i przysiadł, strzygąc wąsikami. Z natury ciekawy, obserwował wylot tunelu z bezpiecznej odległości.
Z ciemności wyczołgał się ostrożnie człowiek.
Zamarł na moment obserwując opustoszały wykop. Był ubrany kompletnie na czarno, od butów do cienkich rękawiczek. Na głowie miał czarną kominiarkę, a pod nią twarz kryła dodatkowo warstwa pasty kamuflażowej. Mimo późnej, albo jak kto woli wczesnej już pory, plac budowy bynajmniej nie tonął w mroku. Pomarańczowe światło z dwóch wielkich lamp budowlanych starało się zapewnić namiastkę widoczności i odstraszyć ewentualnych chętnych na przejażdżkę koparką czy innych amatorów ciężkiego sprzętu. Na szczęście ustawione bezmyślnie lampy tworzyły więcej stref półmroku, a oświetlone maszyny rzucały długie, nakładające się cienie na ściany i dno wykopu. Ogrodzenie placu budowy zapewniało jako taką osłonę przed wścibskimi oczyma włóczących się o tej nieludzkiej porze po mieście. Osłaniało również plac budowy przed światłem lamp ulicznych.
Worszyc zaczerpnął łapczywie upragnionego, warszawskiego powietrza. Po zatęchłej, gęstej atmosferze kanału wydawało się orzeźwiająco świeże. Uważnie obserwował otoczenie, dbając o to, by nie poruszać przy tym głową. W budce ochrony usytuowanej w narożniku placu, tuż przy ogrodzeniu, ciemność rozpraszana była drgającą, niebieskawą poświatą telewizora. Jedynym obserwatorem tego co działo się w wykopie był szczur po przeciwnej stronie, którego zdradził jego wielki, ruchomy cień, przez moment widoczny gdy biegł krawędzią. Wprawne oko pułkownika wyłapało ruch i automatycznie zarejestrowało pozycję celu.
Po dłuższej chwili Worszyc powoli zsunął się w dół, zapadając w uprzednio wypatrzoną sferę cienia rzuconego przez koparkę. Oparty plecami o gąsienice oddychał głęboko, chcąc jak najszybciej wyrzucić z siebie obrzydliwy zapach tunelu. Odsunął elastyczny mankiet rękawicy i spojrzał na zegarek.
4:10.
Do wschodu pozostało jeszcze dwadzieścia minut, ale już teraz niebo nad miastem nabierało koloru. Ręka z zegarkiem drżała lekko. Przyglądał się jej przez chwilę jakby z niedowierzaniem, potem zdecydowanym ruchem opuścił mankiet. Sięgnął za masywne gąsienice maszyny i zamarł.
O kurwa...
Dopiero co wyrównany i uspokojony rytm serca znowu rozpoczął szaleńczą jazdę. Worszyc zaczął na oślep, rozpaczliwie macać ręką coraz głębiej pod maszyną.
Obserwujący go szczur poruszył nerwowo nosem. Emanujący z ruchów człowieka lęk był dla niego jasno czytelny i sygnalizował nieznane niebezpieczeństwo. Gryzoń pisnął cichutko i zniknął pod ogrodzeniem.
Worszyc zagryzł wargi i starał się opanować szalejące myśli. Przecież wszystko dookoła wyglądało tak jak powinno. Wszystko było na swoim miejscu. Nic nie wskazywało na to, że trafił nie tam gdzie zamierzał. Właściwie to, nie WTEDY kiedy zamierzał, poprawił się w myślach.
Nie chodziło o miejsce przecież. Miejsce ewidentnie się zgadzało.
Chodziło o czas.
Dla doświadczonego żołnierza, z kilkoma poważnymi misjami na karku, żołnierza, który nie raz i nie dwa wykazał się zimną krwią w obliczu ołowianego deszczu takie uczucie przerażenia było czymś niezrozumiały i zarazem trudnym do opanowania. Sytuacja w jakiej się znalazł była zgoła czymś z fantastyki, którą czytywał w młodości niż z realnego życia. Dlatego też, tak ciężko było mu się z nią zmierzyć. Pomyśleć, że wchodząc do kanału podśmiewał się z Winnickiego, mając jednocześnie gdzieś tam w tyle głowy cichą nadzieję, że jednak możliwość zdobycia złota istnieje. Teraz, po tym co widział po TAMTEJ stronie był zupełnie odmienionym człowiekiem. Nagle, to co było tylko domeną filmów i powieści fantastycznych stało się rzeczywistością, z którą musiał sobie poradzić. Skoro to co widział jest możliwe to co jeszcze?
No i gdzie ta pieprzona...
Jego ręka natrafiła na szeroki, twardy pas torby.
Jest!
Odetchnął z ulgą.
Przez moment miał wizję siebie zagubionego w otchłani czasów, niemogącego wrócić do tego jedynego, swojego czasu. Ściągnął z głowy kominiarkę i przeciągnął dłonią po gładko ogolonej czaszce. Otworzył torbę. Wilgotnymi chusteczkami starł z twarzy pastę kamuflażową. Schował do torby kominiarkę, rękawice, latarkę i nóż, który wziął bardziej z przyzwyczajenia niż poczucia zagrożenia. Upewnił się czy nikogo nadal nie ma w pobliżu i ruszył w stronę dobrze zamaskowanego wyłomu w ogrodzeniu placu budowy.
Wyszedłszy na ulicę szybkim krokiem udał się w kierunku Mazowieckiej i wsiadł do swojego Audi Q5 zaparkowanego na wysokości restauracji Du-za Mi-ha. Przez chwilę siedział w ciszy z rękoma na kierownicy. Pogładził deskę rozdzielczą, palcami przejechał po kontrolkach radia i klimatyzacji jakby upewniając się, że są prawdziwe. Nie dalej jak godzinę temu był przecież w okupowanej Warszawie, a teraz siedział bezpiecznie we wnętrzu luksusowego samochodu.
Można naprawdę zwariować...
Włączył radio.
Dowolne.
Z sześciu głośników BOSE popłynęła muzyka.
"Sale el Sol" nie był co prawda przebojem Worszyca, który gustował raczej w mocniejszych kawałkach typu "Trzy zapałki" czy "Kawaleria Szatana", ale w tym momencie nie pogardziłby nawet Tercetem Egzotycznym.
Piątek, 18 lipca 2014
Napad na bank w Szanghaju mógł się skończyć tragicznie. Napastnik nie spodziewał się jednak, że trafi na bohaterskich pracowników placówki. Napad został udaremniony przez pracowników i osoby spoza obiektu w ciągu zaledwie kilku minut. Najbardziej bohaterskim obrońcą pieniędzy obywateli okazała się pewna sprzątaczka, uzbrojona w gigantycznego mopa. (źródło: onet.pl).
Imieniny obchodzą: Emilian, Szymon i Kamil.
Wschód słońca: 04:35, zachód: 20:48.
Doktor Marek Kowal siedział przy biurku w pokoju lekarskim wpatrując się niewidzącym wzrokiem w kartę swojego nietypowego pacjenta.
Oskar Janowski, rocznik dwudziesty trzeci.
Młody, silny organizm. Chłopak szybko dochodził do siebie po operacji i teoretycznie Marek za kilka dni mógłby normalnie wypisać go ze szpitala.
A teraz miał umrzeć.
Kowal potrząsną głową i odłożył kartę na biurko. W pokoju lekarskim nie było poza nim o tej porze nikogo. Kowal schylił się i wyciągnął z szafki pod blatem ukrytą tam butelkę. Wiedział, że dwaj pozostali lekarze z oddziału mają tam swój nieoficjalny barek. Szybko odkręcił zakrętkę i nalał sobie trochę wódki do szklanki z resztką zimnej herbaty. Nigdy dotąd nie pił w pracy, w ogóle nie nadużywał mocnych trunków, teraz wydawało mu się to jednak w jakiś sposób na miejscu. Może był to wpływ filmów, gdzie w krytycznych momentach bohater wspomaga się kieliszkiem czegoś mocniejszego przy podejmowaniu trudnych decyzji?
Wychylił szklankę duszkiem.
Nie pomogło.
Skrzywił się i ponownie wziął do ręki kartę Oskara. Od wczorajszego wieczora, kiedy to przyszły teść zaprosił, a właściwie zawezwał go, na rozmowę, nie mógł dojść do siebie. Opowiadając Winnickiemu o Oskarze nie podejrzewał nawet, że sprawy przyjmą taki obrót. Kiedy senator przedstawił mu swój plan, Marek pomyślał w pierwszej chwili, że facet oszalał. Wyprawa w przeszłość, sfałszowanie aktu zgonu, zniknięcie ciała...
Psychiatryk i kryminał jednocześnie.
Powstrzymał się jednak od komentowania, w końcu sprawa była delikatna. Jakoś nie wypadało powiedzieć ojcu narzeczonej tak wprost, że ma się go za wariata. Zresztą, biorąc pod uwagę całą tę nietypową historię Oskara...
Nie, przecież to totalna bzdura...
Z drugiej strony jeśli jednak miałoby to być prawdziwe, w grę wchodziły naprawdę konkretne pieniądze.
Marek odłożył kartę, odchylił się na krześle i zaczął masować skronie. Tępy ból, który zrodził się gdzieś w tyle głowy powoli rozlewał się po całej czaszce.
- Doktorze?
Marek wzdrygnął się. Krzesło z hukiem opadło na przednie nogi. Obejrzał się za siebie. W drzwiach stała pielęgniarka. Nowa na oddziale, młoda, drobna dziewczyna nerwowo przygryzała dolną wargę.
- Przepraszam... Czy mógłby doktor zajrzeć do czwórki? Pacjentka narzeka, że ją boli...
Marek przetarł dłońmi twarz i wstał. Zdał sobie sprawę, że chyba musi dziwnie wyglądać kiedy siostra odruchowo cofnęła się pół kroku. Spróbował się uśmiechnąć, ale efekt chyba nie był zbytnio zadowalający.
- Do czwórki? Tam są przecież pacjenci Twarowskiego.
- No tak, ale nie mogę go nigdzie znaleźć - siostra mówiła coraz ciszej - A ta pani płacze...
- Jest po operacji. Musi ją boleć - odparł sucho. - Kiedy miała podawany środek przeciwbólowy? Pewnie ze trzy godziny temu, co?
- Nie wiem - pielęgniarka wbiła wzrok w podłogę.
- To proszę najpierw sprawdzić w karcie! - warknął zdenerwowany i zaraz zrobiło mu się głupio.
- Przepraszam - powiedział już łagodniej - mam ciężki dzień. Zaraz tam podejdę.
Dziewczyna cofnęła się bez słowa i zniknęła tak samo cicho jak się pojawiła zostawiając Marka na środku pokoju, znowu sam na sam ze swoimi myślami. Podszedł do okna i oparł głowę o szybę. Dotyk chłodnego szkła przyniósł chwilową ulgę. Nagle zdał sobie sprawę, że mimo tych wszystkich rozterek, to tak naprawdę w głębi duszy już się zdecydował. Jakaś cząstka jego, której widać bliżej było do żądnego przygód chłopca niż dorosłego mężczyzny, wkrótce mającego założyć rodzinę, wzięła górę. Ryzyko było spore, ale potencjalne korzyści ogromne. Oczywiście zakładając, że wierzymy w podróże w czasie, Marek uśmiechnął się do swojego odbicia w oknie. Podjąwszy decyzję poczuł się zdecydowanie lepiej. Nie znaczyło to, że wiedział jak się do sprawy zabrać, ale wolał już planować i rozwiązywać konkretne problemy logistyczne niż roztrząsać kwestie moralne.
Kwestia moralna "czy" została właśnie rozwiązana. Pozostały teraz "jak" i "kiedy".
Marek przeczesał ręką jasne włosy i wyszedł na korytarz.
[1] "Die Fahne hoch! (...)" - "Horst-Wessel-Lied", były hymn nazistów niemieckich, wykonywany ku czci Horsta Wessela. Obecnie publiczne wykonywanie, również samej melodii, jest w Niemczech zakazane.
[2] Od 1 kwietnia 1944 roku godzina policyjna od 21.00 do 5.00.
[3] Scheisse - niem. "Gówno".
[4] Parabellum - pistolet P08 Parabellum, samopowtarzalny pistolet niemiecki z okresu przed I Wojną Światową, od nazwiska konstruktora nazywany również Luger.
[5] "Bitte" - niem. "Proszę".
[6] "Halt" - niem. "Stać".
[7] "Papiere" - niem. "papiery, dokumenty".
[8] "Und deine Kennkarte? Schneller!" - niem. "A twoja karta rozpoznawcza? Szybciej!".
[9] "Gib sie doch schon her!" - niem. "Dawaj ją tu!"
[10] "Was ist denn das?" - niem. "Co to takiego?"
[11] "Wo ist deine Kennkarte?" - niem. "Gdzie jest twoja karta rozpoznawcza?"
[12] "Was gibt's?" - niem. "Co jest?"
[13] "Schau doch mal was der Kerl mir gegeben hat." - niem. "Zobacz co mi ten gość dał."
[14] "Wo sind deine Papiere? Deine Kennkarte! Verstehst du?" - niem. "Gdzie twoje dokumenty? Twoja karta rozpoznawcza! Rozumiesz?"
[15] "Halt! Stehen bleiben! Halt!" - niem. "Stać! Zatrzymać się!"
[16] "Reichstraße" - niem. "Ulica Rzeszy"
[17] "Ostlandstraße" - niem. "Ulica Ziem Wschodnich"
[18] "Was ist hier los? Aussteigen!" - niem. "Co się tu dzieje? Wysiadać!"
[19] "Los!" - niem. "Dalej!"
[20] "Jetzt bin ich dran!" - niem. "Teraz moja kolej!"
[1] Vis - polski pistolet samopowtarzalny konstrukcji Piotra Wilniewczyca i Jana Skrzypińskiego. Nazwa pierwotna WiS, utworzona od pierwszych liter nazwisk konstruktorów, została na żądanie Departamentu Uzbrojenia zmieniona na Vis (łac. - siła)
[2] "nur für Deutsche" - niem. "Tylko dla Niemców".
[3] Adolf Hitler Platz - obecnie Plac Piłsudskiego
[4] "Was ist denn hier los?" - niem. "Co się tu dzieje?"
[5] "Was ist denn jetzt los?" - niem. "Co znowu?"
[6] "Verdammte Scheisse" - niem. "Przeklęte gówno"
[7] "Wer ist da?" - niem. "Kto tam?"
[8] Karabin maszynowy MG 42 (Maschinengewehr 42) - niemiecki karabin maszynowy z okresu II Wojny Światowej.
[9] Karabin maszynowy Bren - brytyjski ręczny karabin maszynowy, produkowana na licencji odmiana rozwojowa czechosłowackiego ZB vz. 26.
[10] "Aussteigen!" - niem. "Wysiadać!"
[11] Referat III Wydziału Wywiadowczego Oddziału II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego odpowiadał za kontrwywiad.
[12] "Don't worry. I'm fine." - ang. "Nie martw się. Nic mi nie jest."
[13] Karabin Mosin - rosyjski karabin powtarzalny.
[14] Błyskawica - polski pistolet maszynowy produkowany w konspiracji podczas okupacji niemieckiej.
[15] MG34 - Maschinengewehr 34, niemiecki, uniwersalny karabin maszynowy z okresu II Wojny Światowej.
[1] Wygląd opaski regulował rozkaz Komendanta Warszawskiego Okręgu Armii Krajowej płk. dypl. Antoniego Chruściela ps. "Monter" z 11 sierpnia 1944 roku: "Wobec stwierdzenia wśród żołnierzy AK różnorodności w oznakach zewnętrznych na nakryciach głowy i ubiorze, polecam wszystkim d-com bezzwłocznie przystąpić do uregulowania tej sprawy w myśl poniższych wytycznych: Każdy żołnierz AK występuje w opasce biało-czerwonej, na białej części opaski - litery WP, między literami pośrodku - godło państwowe (orzeł), pod orłem - nr oddziału. Opaska [ma być noszona] na prawym przedramieniu ponad łokciem."
[2] "Pantera" - Panzerkampfwagen V Panther, niemiecki czołg średni.
[3] Kalat (Qalat) - miasto w północno-wschodnim Afganistanie.
[4] Sylwester Braun "Kris". Urodził się 1 stycznia 1909 roku w Warszawie. Z zawodu był geodetą, pracował w Biurze Planowania Miasta nad projektami Warszawy Przyszłości. Od początku wojny dokumentował zniszczenia Warszawy i przejawy terroru okupanta. W konspiracji od 1940 roku. W Powstaniu był fotoreporterem Biura Informacji i Propagandy Komendy Głównej Armii Krajowej jako PSW "Kris"; fotografował aparatem Leica. Po kapitulacji wyszedł z ludnością cywilną, z transportu do Niemiec uciekł. W 1945 roku wrócił do Warszawy i odnalazł swoje negatywy - z wykonanych podczas Powstania ok. trzech tysięcy zdjęć ocalała połowa. Na emigracji mieszkał w Szwecji i Stanach Zjednoczonych. W latach osiemdziesiątych powrócił do kraju. Był autorem albumu "Reportaże z Powstania Warszawskiego". Zmarł 9 lutego 1996 roku w Warszawie.
[5] Młynarki - popularna nazwa banknotów emitowanych w czasie okupacji niemieckiej w Polsce w Generalnym Gubernatorstwie przez podporządkowany niemieckim władzom okupacyjnym Bank Emisyjny w Polsce. Nazwa pochodzi od nazwiska dyrektora Banku Feliksa Młynarskiego. Młynarki znajdowały się w obiegu wyłącznie na terenie Generalnego Gubernatorstwa i zostały wycofane z obiegu w latach 1944-1945. Od nazwy banknotu o nominale 500 zł z podobizną głowy górala (tzw. góral) pochodzi nazwa jednej z najgłośniejszych akcji zbrojnych polskiego podziemia - Akcji Góral podczas której żołnierze Kedywu uprowadzili w centrum Warszawy niemiecki samochód przewożący pieniądze. Ponadto "góral" był tzw. minimalną jednostką korupcyjną wobec okupanta, uwiecznioną w słowach piosenki pt. Siekiera, motyka o treści: Siekiera, motyka, piłka, gwóźdź - masz górala i mnie puść. (źródło: Wikipedia)
[6] "Strasse der SA" - niem. "Ulica SA"
[7] Te czołgi pojawiły się tam dopiero 3.08. Ok. godz. 8 trzy czołgi niemieckie przedarły się do "Małej PAST-y". Niemcy pewni siebie, ukryci pod stalowymi pancerzami czołgów zostali zaskoczeni przez powstańców. Drużyna pchor. Kpr. Jerzego Szustera "Jura" obrzuciła ich granatami i butelkami z benzyną. Wszystkie trzy czołgi stanęły w płomieniach na jezdni ulicy Piusa XI.
[8] "Mała PAST-a" stanowiła nieustanne zagrożenie dla powstańców i ludności cywilnej. Załoga niemiecka miała w zasięgu broni maszynowej pod obstrzałem ulicę Piusa XI, a także częściowe ulice: Kruczą, Mokotowska i Aleje Ujazdowskie.