Fortuna sprzyja umarłym - Stephen Spotswood

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Kiedy po raz pierw­szy spo­tka­łam na swej dro­dze Lil­lian Pen­te­cost, omal nie zmiaż­dży­łam jej czaszki oło­wianą rurką.

Mia­łam już za sobą kilka dy­żu­rów jako cieć na bu­do­wie przy Czter­dzie­stej Dru­giej. Za­wsze kiedy nasz ob­jaz­dowy cyrk Hart & Hal­lo­way's Tra­ve­ling Cir­cus and Si­de­show przy­jeż­dżał do du­żego mia­sta, bra­li­śmy ta­kie fu­chy. W ten spo­sób można było do­ro­bić po go­dzi­nach albo w dni wolne i do­stać kasę od ręki.

W tam­tych cza­sach było dużo ta­kiej ro­boty do wzię­cia. Wielu fa­ce­tów, któ­rzy zwy­kle ją wy­ko­ny­wali, po­je­chało na wojnę z Hi­tle­rem. Kiedy bra­kuje rąk do pracy, na­wet dwu­dzie­sto­latka z cyrku może się nadać.

Tym bar­dziej że nie była to ro­bota, która wy­ma­gała spe­cjal­nych kwa­li­fi­ka­cji. Po­wiedzmy szcze­rze: fu­cha dla tę­pa­ków. Trzeba było krą­żyć wo­kół ogro­dze­nia od je­de­na­stej wie­czo­rem do świtu i pil­no­wać, żeby nikt nie wszedł na te­ren bu­dowy. Gdyby ktoś wlazł, mia­łam ha­ła­so­wać dzwon­kiem, krzy­czeć i ge­ne­ral­nie na­ro­bić ra­banu, żeby go spło­szyć. Je­śliby to nie po­mo­gło, trzeba le­cieć po gli­nia­rza.

W każ­dym ra­zie tak mia­łam się za­cho­wać w teo­rii. McC­lo­skey - kie­row­nik bu­dowy, który mi pła­cił - uwa­żał jed­nak ina­czej.

- Jak zła­piesz ta­kiego de­li­kwenta, przy­wal mu tym - oświad­czył, sku­biąc pal­cami swój za­tłusz­czony wąs.

Tym czymś była po­nad­pół­me­trowa oło­wiana rurka.

- Zrób tak, a do­sta­niesz do­lara pre­mii. Trzeba dać przy­kład.

Komu mia­łam dać ten przy­kład, nie wie­dzia­łam. Nie wie­dzia­łam też, co ta­kiego można było ukraść z tego placu. Bu­dowa do­piero się za­częła i w za­sa­dzie była tu tylko ol­brzy­mia dziura w ziemi, wielka na pół kwar­tału. Tro­chę drewna i rur, nieco na­rzę­dzi, ale tak na­prawdę nic cen­nego. Je­śli wziąć pod uwagę są­siedz­two Ti­mes Squ­are, na­le­żało ra­czej spo­dzie­wać się pi­ja­ków szu­ka­ją­cych miej­sca, żeby się prze­spać.

My­śla­łam więc, że mam przed sobą kilka spo­koj­nych nocy, zgarnę parę do­lców i zdążę wró­cić na Bro­oklyn, by po­móc przy po­po­łu­dnio­wym show na­szego cyrku. Mia­łam też na­dzieję, że w prze­rwie po­chłonę kry­mi­nał, który ku­pi­łam w po­bli­skim kio­sku, a może na­wet ode­śpię parę go­dzin w ja­kimś za­cisz­nym za­kątku placu. Kiedy by­li­śmy w tra­sie, spo­kojny sen - bez ło­skotu cię­ża­ró­wek na wy­bo­jach i po­ry­ki­wa­nia ty­gry­sów w klatce - na­le­żał do rzad­ko­ści.

Pierw­sze dwie noce mi­nęły do­kład­nie tak, jak to so­bie wy­obra­ża­łam. W isto­cie czu­łam się dość sa­mot­nie. Nowy Jork może i jest mia­stem, które ni­gdy nie za­sy­pia, ale na­wet tych kilka kwar­ta­łów w ści­słym cen­trum mię­dzy drugą w nocy a piątą rano ucina so­bie drzemkę. Nie ma wtedy pra­wie żad­nego ru­chu pie­szego - w każ­dym ra­zie ni­czego ta­kiego nie sły­sza­łam zza wy­so­kiego na dwa me­try drew­nia­nego par­kanu ota­cza­ją­cego plac bu­dowy. A w tym gi­gan­tycz­nym wy­ko­pie było upior­nie ci­cho.

Kiedy więc trze­ciej nocy za­skrzy­piała de­ska, którą ktoś wła­śnie wy­ła­my­wał z ogro­dze­nia, zmro­ziło mnie do szpiku ko­ści.

Z ło­mo­czą­cym ser­cem zła­pa­łam oło­wianą rurkę i po­spie­szy­łam do­okoła kra­wę­dzi wy­kopu. By­łam ubrana w ciu­chy z mięk­kich ma­te­ria­łów - dre­li­chy i dżin­sową ko­szulę - dla­tego po­ru­sza­łam się bez­sze­lest­nie. Moje buty miały wy­tarte po­de­szwy, co nie słu­żyło sto­pom, ale te­raz przy­naj­mniej mo­głam su­nąć w nich ni­czym cień. Pod­kra­dłam się do po­staci, która przy­kuc­nęła na skraju wy­kopu.

Kim­kol­wiek był ten ktoś, wziął do ręki garść ziemi i prze­sy­pał ją przez palce. Po­my­śla­łam, że po­win­nam krzyk­nąć, żeby go prze­pło­szyć, ale był ro­ślej­szy ode mnie. W dru­giej ręce trzy­mał coś, co wy­glą­dało jak kij albo pałka - w każ­dym ra­zie coś po­kaź­niej­szego niż moja rurka. Gdy­bym wrza­snęła i obe­rwała tym przed­mio­tem, ra­czej nie usta­ła­bym na no­gach na tyle długo, by się od­wza­jem­nić.

Po­de­szłam jesz­cze bli­żej, ostroż­nie sta­wia­jąc krok za kro­kiem. Gdy by­łam już na wy­cią­gnię­cie ręki, unio­słam rurkę wy­soko. Za­sta­na­wia­łam się, jak to bę­dzie, kiedy nią walnę. Czy po­tra­fię ude­rzyć z ta­kim wy­czu­ciem, żeby tylko zno­kau­to­wać tamtą osobę? De­tek­tywi z bru­ko­wych po­wie­ści za­wsze ro­bili to bez trudu. Oba­wia­łam się jed­nak, że czaszka, w którą ce­lo­wa­łam, roz­łu­pie się ni­czym sko­rupka jajka. Mój żo­łą­dek zro­bił coś w ro­dzaju po­wol­nego salta, zu­peł­nie jak wtedy, gdy oglą­da­łam po­pisy akro­ba­tów na tra­pe­zie.

Wciąż trzy­ma­łam rurkę unie­sioną nad głową, gdy po­stać od­wró­ciła się i spoj­rzała na mnie.

- Wo­la­ła­bym nie za­koń­czyć dzi­siej­szego dnia ze wstrzą­sem mó­zgu - oświad­czyła z opa­no­wa­niem god­nym li­no­skoczka.

Osi­łek, któ­rego tak się oba­wia­łam, oka­zał się ko­bietą. Była mniej wię­cej w wieku, w ja­kim by­łaby moja matka. Włosy miała upięte w mi­sterny kok.

- Nie wolno pani tu prze­by­wać - po­wie­dzia­łam, sta­ra­jąc się ze wszyst­kich sił, żeby w moim gło­sie nie było sły­chać pal­pi­ta­cji serca.

- To się jesz­cze okaże - od­parła. - Od dawna tu pra­cu­jesz?

- Od kilku nocy.

- Hmmm... - mruk­nęła, a w jej to­nie dało się sły­szeć pewne roz­cza­ro­wa­nie.

Mia­łam pełne prawo na­ka­zać jej, żeby się wy­no­siła. Jed­nak z ja­kie­goś po­wodu - może to było prze­zna­cze­nie, a może nuda albo mój wro­dzony zgubny na­wyk - za­czę­łam ga­dać jak na­jęta:

- My­ślę, że McC­lo­skey, to zna­czy kie­row­nik bu­dowy, do­piero co za­czął za­trud­niać noc­nych stró­żów. Wy­daje mi się, że wcze­śniej prze­sy­piał noce w swo­jej szo­pie, żeby do­ro­bić na boku. W każ­dym ra­zie tak mi po­wie­dzieli fa­ceci z po­ran­nej zmiany.

- Już le­piej - skwi­to­wała.

Po­woli wstała, pod­pie­ra­jąc się la­ską, którą trzy­mała w le­wej ręce. Była wy­soka i so­lid­nie zbu­do­wana. No­siła szyty na miarę i wy­glą­da­jący na drogi ko­stium w pe­pitkę oraz płaszcz do ko­stek, po­dobny do tego, który wkła­dał Blac­khe­art Bart, kiedy ro­bił swój show "so­ko­lego oka".

- Czy to jest ta jego szopa? - za­py­tała, spo­glą­da­jąc w stronę ma­łej drew­nia­nej kon­struk­cji sto­ją­cej ka­wa­łek da­lej.

Ski­nę­łam głową.

- Po­każ mi ją, pro­szę.

Do tego czasu stało się ja­sne dla nas obu, że nikt ni­kogo nie bę­dzie bił, po­my­śla­łam więc so­bie, że czemu by nie. Być może dla­tego, że w in­nym wy­padku mu­sia­ła­bym za­dzwo­nić na po­li­cję, a zdą­ży­łam roz­wi­nąć w so­bie nie­chęć do lu­dzi z od­zna­kami.

Ru­szy­łam w kie­runku szopy w rogu placu. Ko­bieta po­dą­żyła za mną, trzy­ma­jąc się nieco z tyłu i po­ma­ga­jąc so­bie la­ską. Nie tyle ku­lała, co tro­chę się chwiała. Nie by­łam pewna, co jej do­lega, la­ska jed­nak z pew­no­ścią nie była tylko na po­kaz.

McC­lo­skey na­zy­wał tę budę swoim biu­rem, ale wi­dzia­łam w ży­ciu kur­niki o so­lid­niej­szej kon­struk­cji. Nie wolno nam było wcho­dzić do środka. Poza tym drzwi były za­mknięte na kłódkę. Ta­jem­ni­cza ko­bieta wy­jęła coś z we­wnętrz­nej kie­szeni płasz­cza - wą­ski, za­krzy­wiony ka­wa­łek drutu, któ­rym za­częła dłu­bać przy kłódce.

- Trzeba to zro­bić od spodu - wtrą­ci­łam, gdy po mi­nu­cie gme­ra­nia nic się nie wy­da­rzyło.

- To zna­czy?

Wzię­łam od niej ten za­krzy­wiony drut i za­ła­twi­łam sprawę w dzie­sięć se­kund. Otwie­ra­łam już bar­dziej skom­pli­ko­wane za­mknię­cia, i to z za­wią­za­nymi oczami. Do­słow­nie.

- Po­winna pani spra­wić so­bie praw­dziwy wy­trych, je­śli robi pani re­gu­lar­nie ta­kie rze­czy - stwier­dzi­łam.

Przez wszyst­kie póź­niej­sze lata wi­dzia­łam jej uśmiech naj­wy­żej kil­ka­dzie­siąt razy. Wtedy ob­da­rzyła mnie jed­nym z nich.

- Za­pa­mię­tam to so­bie - od­po­wie­działa.

Wnę­trze szopy od­po­wia­dało wy­glą­dowi ze­wnętrz­nemu: brudne i tan­detne. Stało tam coś w ro­dzaju biurka, zmon­to­wa­nego z kilku de­sek opar­tych na ko­złach do pi­ło­wa­nia drewna. Na bla­cie wa­lały się ja­kieś pa­piery. Poza tym były tam lampa i woj­skowy te­le­fon po­lowy, który McC­lo­skey do­stał od ko­goś, żeby nie mu­siał szu­kać budki z apa­ra­tem na mo­nety. Resztę po­miesz­cze­nia wy­peł­niały wą­ska pry­cza i sterta brud­nych szmat, które po bliż­szym przyj­rze­niu się mo­gły ucho­dzić za ubra­nia.

Moja to­wa­rzyszka za­pa­liła lampę. Do­da­nie świa­tła nie po­pra­wiło w żad­nej mie­rze wy­stroju. Wi­dzia­łam klatki dla małp, gdzie pa­no­wał więk­szy po­rzą­dek.

- Opisz mi pana McC­lo­skeya - po­le­ciła, mie­rząc mnie spoj­rze­niem nie­bie­sko­sza­rych oczu o ko­lo­rze zi­mo­wego nieba.

- Sama nie wiem... Około czter­dziestki. Taki prze­ciętny.

Po­pa­trzyła na mnie w spo­sób, który z cza­sem za­czę­łam na­zy­wać "wzro­kiem za­wie­dzio­nej bel­ferki".

- Prze­cięt­ność nie ist­nieje. W każ­dym ra­zie nie w od­nie­sie­niu do lu­dzi. I nie zga­duj, do­póki nie zmu­szą cię do tego oko­licz­no­ści.

Za­czy­na­łam ża­ło­wać, że nie uży­łam oło­wia­nej rurki.

- Okej - rzu­ci­łam, pry­cha­jąc nieco po­gar­dli­wie. - Ja­kieś trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów wyż­szy ode mnie, więc pew­nie ma mniej wię­cej metr osiem­dzie­siąt wzro­stu. Około dzie­więć­dzie­się­ciu ki­lo­gra­mów masy, w tym dużo sa­dła, ale jest pod tym tro­chę mię­śni. Jak u ro­bola, który za­czął za­glą­dać do bu­telki. Je­śli są­dzić po ła­tach na jego spodniach, ma dwa ze­stawy ubrań, które w su­mie są warte nie wię­cej niż trzy do­lary. Jest skąpy, ale chciałby, żeby o nim my­śleć, że ma gest.

- Z czego to wnio­sku­jesz? - za­py­tała rze­czowo.

- Z tego, ile mi płaci. Poza tym to fa­cet, który nie wy­dałby ćwierć do­lara na go­le­nie, ale ku­pił so­bie lipny ze­ga­rek za co naj­mniej pią­taka.

- Lipny?

- Pod­róbkę.

- Skąd wiesz, że to pod­róbka?

- To nie jest czło­wiek, który ku­piłby so­bie ory­gi­nalny złoty ze­ga­rek.

Wtedy zo­ba­czy­łam ten błysk w jej oku. To samo spoj­rze­nie co u My­ste­ria tuż przed tym, jak prze­pi­ło­wał swoją śliczną asy­stentkę na pół.

- Masz do niego nu­mer, na wy­pa­dek gdyby coś się działo? - za­py­tała.

- No pew­nie. Ale po­wie­dział, żeby dzwo­nić do niego tylko wów­czas, je­śli na­prawdę zrobi się ja­kiś baj­zel.

- Cóż, baj­zel na­prawdę się zro­bił, panno...

- Żadna tam ze mnie panna. Po pro­stu Par­ker - od­par­łam. - Wil­low­jean Par­ker. Wszy­scy mó­wią na mnie Will.

- Za­dzwoń do pana McC­lo­skeya, Will. Prze­każ mu, że na plac wtar­gnęła ko­bieta, która nie chce wyjść. I do­daj, że wy­py­tuje cię o złoty ze­ga­rek.

Po­szło ła­two, po­nie­waż na­prawdę było tak, jak mó­wi­łam. Gdy odło­ży­łam słu­chawkę, ko­bieta - która wciąż się nie przed­sta­wiła, i nie my­śl­cie so­bie, że nie by­łam lekko po­iry­to­wana tym ewi­dent­nym nie­tak­tem z jej strony - za­py­tała mnie, jaki głos miał McC­lo­skey.

Od­po­wie­dzia­łam, że na po­czątku brzmiał nor­mal­nie - jak za­spany i po­iry­to­wany fa­cet. Kiedy jed­nak wspo­mnia­łam o ze­garku, w jego gło­sie za­brzmiała nutka pa­niki. Po­wie­dział, że za­raz się zjawi i że­bym do tego czasu nie po­zwo­liła tej ko­bie­cie ni­g­dzie cho­dzić.

Sły­sząc to, moja to­wa­rzyszka z sa­tys­fak­cją ski­nęła głową, po czym usia­dła na pry­czy - wy­pro­sto­wane plecy, ob­le­czone w rę­ka­wiczki dło­nie, w któ­rych trzy­mała la­skę, wsparte na ko­la­nach. Za­mknęła oczy, spo­kojna ni­czym moja cio­teczna bab­cia Ida mo­dląca się w ko­ściele. Przy­po­mi­nała mi ko­biety z Okla­homy, któ­rych zdję­cia wi­dzia­łam w ma­ga­zy­nie "Life", o wy­sma­ga­nych wia­trem twa­rzach, cier­pli­wie ocze­ku­jące ko­lej­nej nad­cho­dzą­cej bu­rzy.

Po­my­śla­łam, żeby ją za­py­tać, o co w tym w ogóle cho­dzi. Albo przy­naj­mniej o to, jak się na­zywa. Osta­tecz­nie ja się przed­sta­wi­łam. Po­sta­no­wi­łam jed­nak, że nie dam jej tej sa­tys­fak­cji. Sta­nę­łam więc obok i cze­ka­łam.

Po dzie­się­ciu mi­nu­tach na­gle otwo­rzyła oczy i prze­mó­wiła:

- Will, bę­dzie le­piej, je­śli te­raz so­bie pój­dziesz. Idź Ósmą Aleją. Około dwu­na­stu prze­cznic na po­łu­dnie stąd jest ko­mi­sa­riat.

- Mam we­zwać gliny?

- Po­wiedz im, żeby za­dzwo­nili do po­rucz­nika Na­thana La­zenby'ego. Prze­każ, że do­szło do mor­der­stwa i że Lil­lian Pen­te­cost prosi, by się tu na­tych­miast po­fa­ty­go­wali. Chyba że wolą o tym prze­czy­tać na pierw­szej stro­nie "Ti­mesa".

Otwo­rzy­łam usta, ale rzu­ciła mi spoj­rze­nie, które mó­wiło, że dal­sza dys­ku­sja nie ma sensu. Po­spie­szy­łam więc w kie­runku Ósmej Alei, lecz za­nim do­szłam do bramy, przy­sta­nę­łam.

Jak już wspo­mnia­łam, nie da­rzę stró­żów prawa wielką sym­pa­tią, szcze­gól­nie tych, któ­rzy no­szą spluwy i pałki nie od pa­rady. Poza tym co ta ko­bieta so­bie wy­obra­żała? Że rzucę jej na­zwi­skiem i cały od­dział przy­bie­gnie tu na od­siecz?

Lil­lian Pen­te­cost. Za kogo ona się ma?

Ukrad­kiem wró­ci­łam do­okoła wy­kopu w po­bliże szopy. Za­nim tam do­tar­łam, na Czter­dzie­stej Dru­giej roz­legł się pisk sta­rych ha­mul­ców, oznaj­mia­jący, że zja­wił się McC­lo­skey. Szybko scho­wa­łam się za tylną ścianą szopy i przy­kuc­nę­łam - ściana była li­cha i mo­głam wszystko przez nią usły­szeć. Po­my­śla­łam, że to działa w obie strony, więc za­mar­łam w bez­ru­chu. Na od­głos szyb­kich, ner­wo­wych kro­ków, stą­pa­ją­cych ciężko po ubi­tej ziemi, sku­li­łam się jesz­cze bar­dziej. Po­tem skrzyp­nęły otwie­rane drzwi.

- Ej, ty! Coś ty za jedna? Gdzie jest ta mała ku­glarka?

- Ode­sła­łam Will, pa­nie McC­lo­skey. Uzna­łam, że bę­dzie le­piej, je­śli od­bę­dziemy tę roz­mowę w cztery oczy.

- Jaką roz­mowę? O co się roz­cho­dzi? Kim pani jest?

- Lil­lian Pen­te­cost - od­parła.

McC­lo­skey stęk­nął. Naj­wy­raź­niej sko­ja­rzył to na­zwi­sko i nie był z tego po­wodu zbyt szczę­śliwy.

- A roz­cho­dzi się o to - do­dała - że ma pan na ręce ze­ga­rek, który na­le­żał do za­mor­do­wa­nego męż­czy­zny.

- O czym pani mówi? To kłam­stwo. Ku­pi­łem ten ze­ga­rek. Od go­ścia w ba­rze. Za dwa­dzie­ścia do­lców.

Po­krę­ci­łam głową. Naj­wy­raź­niej nikt go nie na­uczył, że upięk­sza­nie swo­jego alibi zbyt wie­loma szcze­gó­łami bar­dziej szko­dzi, niż po­maga.

- Po­li­cja oczy­wi­ście za­pyta, który to był bar, jak na­zy­wał się męż­czy­zna, który rze­komo sprze­dał ze­ga­rek, i tak da­lej - po­wie­działa pani Pen­te­cost - ale my­ślę, że mo­żemy to so­bie da­ro­wać. Choćby dla­tego, że ze­ga­rek Pa­tek Phi­lippe to nie jest coś, co sprze­daje się za dwa­dzie­ścia do­la­rów.

- Nic nie wiem o żad­nym Pat­tym Phil­li­pie. Fa­cet po­wie­dział, że po­trze­buje szybko kasy. - Ję­kliwy ton, który wkradł się do jego głosu, anon­so­wał winę le­piej, niżby to zro­bił afisz na Broad­wayu.

- Jo­na­than Mar­kel rze­czy­wi­ście po­trze­bo­wał pie­nię­dzy, pa­nie McC­lo­skey. Ale nie aż tak bar­dzo, żeby go prze­han­dlo­wać za bez­cen.

- Jaki Jo­na­than Mar­kel? Kto to jest?

- Męż­czy­zna, któ­rego za­tłukł pan na śmierć. Po­tem z jego nad­garstka ścią­gnął pan ten ze­ga­rek.

- Pani jest sza­lona.

- Po­le­mi­zo­wa­ła­bym z tą opi­nią. Oskar­żano mnie już o nie­po­ha­mo­wany nar­cyzm, ner­wicę hi­ste­ryczną, de­wia­cje i roz­ma­ite psy­chozy uro­je­niowe. Ale zie­mia z tyłu ma­ry­narki pana Mar­kela nie była uro­je­niem. Z pew­no­ścią nie po­cho­dziła z alejki, w któ­rej zna­le­ziono jego ciało. Bruzdy w jego czaszce też były praw­dziwe. Je­stem prze­ko­nana, że owe ślady pa­sują do oło­wia­nej rurki, którą Will do­stała od pana, żeby prze­ga­niać stąd in­tru­zów.

Na­wet przez ścianę szopy sły­sza­łam od­dech McC­lo­skeya. Ciężki i spa­ni­ko­wany.

Pani Pen­te­cost mó­wiła da­lej, ale już nie tak swo­bod­nie. Jakby słowa grzę­zły jej w gar­dle. Za­czę­łam się za­sta­na­wiać, na ile au­ten­tyczny jest ten jej nie­wzru­szony spo­kój.

- Przy­szła­bym tu wcze­śniej, ale... Do­piero wczo­raj mia­łam oka­zję obej­rzeć ubra­nie, które pan Mar­kel... miał na so­bie tam­tej nocy. Ta bu­dowa jest jed­nym z nie­wielu... miejsc mię­dzy jego klu­bem a aleją, gdzie go zna­le­ziono. Może po­cząt­kowo nie było w tym złych in­ten­cji. Może... pan Mar­kel sporo wy­pił tam­tego wie­czoru, szu­kał ustron­nego miej­sca, żeby ulżyć pę­che­rzowi, i wszedł przez dziurę w ogro­dze­niu. A pan wziął go za zło­dzieja i... ude­rzył. Być może... odro­binę za mocno? Wy­pa­dek?

- No... tak... wy­pa­dek - wy­du­sił z sie­bie McC­lo­skey chra­pli­wym szep­tem.

Ale wy­du­szaczka prawdy jesz­cze z nim nie skoń­czyła.

- Jed­nak drugi i... trzeci cios z pew­no­ścią już nie były wy­pad­kiem. Ani to, że ukradł pan port­fel i... ze­ga­rek ofiary. Po­dob­nie jak to, że za­cie­rał pan ślady swo­jej zbrodni. To już nie był wy­pa­dek, prawda?

Aku­rat w tym mo­men­cie zła­pał mnie skurcz w no­dze. Za­czę­łam się wier­cić, uwa­ża­jąc przy tym, żeby nie za­szu­rać żwi­rem pod sto­pami. Kiedy już się uło­ży­łam, we­wnątrz szopy pa­no­wała gro­bowa ci­sza. Na­gle usły­sza­łam me­ta­liczne klik­nię­cie od­bez­pie­cza­nej broni.

- Nie ru­szaj się, pa­niu­siu. - Ton pa­niki w gło­sie McC­lo­skeya przy­brał na sile. Pra­wie sły­sza­łam, jak dy­go­cze pi­sto­let w jego ręce.

- Pa­nie McC­lo­skey, pro­szę się nie... po­grą­żać jesz­cze bar­dziej. Nie tędy droga. Po­li­cja już zo­stała po­wia­do­miona... i wła­śnie tu zmie­rza.

Po­wie­działa to nieco oschłym to­nem, jakby upo­mi­nała kel­nerkę, że za­mó­wiła zupę po­mi­do­rową, a nie ja­rzy­nową. Tyle że nie do końca miała ra­cję. Ka­wa­le­ria nie zo­stała we­zwana na od­siecz.

Nie wiem, co zo­stało po­wie­dziane w na­stęp­nej chwili, po­nie­waż by­łam za­jęta skra­da­niem się wo­kół szopy do drzwi wej­ścio­wych, bez­wied­nie na­pi­na­jąc mię­śnie w ocze­ki­wa­niu na huk wy­strzału. Drzwi były otwarte. Zer­k­nę­łam do środka.

McC­lo­skey stał ty­łem do mnie. Trzy­mał broń - wred­nie wy­glą­da­ją­cego gnata z krótką lufą - wy­ce­lo­waną pro­sto w jej głowę. Uchwy­ci­łam, co mówi, w pół zda­nia:

- ...po­winna tu być. Wcho­dzę, za­staję dziwną ko­bietę grze­biącą w mo­ich rze­czach. Może sko­czyła na mnie z rurką w ręce. Tą samą, którą po­dobno za­bito ja­kie­goś fa­ceta.

Pani Pen­te­cost na­dal sie­działa w iden­tycz­nej po­zie, z dłońmi, w któ­rych trzy­mała la­skę, zło­żo­nymi skrom­nie na udach. Ja na jej miej­scu by­ła­bym cała zlana po­tem, ale po niej nie było wi­dać ani odro­biny stra­chu. W isto­cie jej oczy błysz­czały czymś, co mo­głoby ucho­dzić za ra­dość. Sta­now­czo po­krę­ciła głową.

- Oba­wiam się, że po­li­cja nie uwie­rzy w tę hi­sto­ryjkę, pa­nie McC­lo­skey. Mun­du­rowi by­wają... mało ela­styczni, ale rzadko kiedy są... głupi.

La­ska, którą dzier­żyła w dło­niach, wy­glą­dała na so­lidną - gład­kie czarne drewno za­koń­czone ciężką mo­siężną rączką. Po­my­śla­łam, że może spró­buje go za­sko­czyć i zdzie­lić tą la­ską przez łeb. Wtedy jed­nak przy­po­mniała mi się moja ku­zynka, która też się ją­kała i ku­lała po­dob­nie jak ta ko­bieta, cho­ciaż znacz­nie bar­dziej. Przy­pusz­cza­łam więc, że ty­grysi skok i cios la­ską nie na­leżą do re­per­tu­aru Lil­lian Pen­te­cost.

- No to bę­dzie słowo prze­ciwko słowu, pa­niu­siu - par­sk­nął po­gar­dli­wie McC­lo­skey. - A ty już nic wię­cej nie po­wiesz.

Kiedy póź­niej mnie prze­słu­chi­wano - a ma­glo­wali mnie jak cho­lera - ze­zna­łam, że nie my­śla­łam, co ro­bię. Po pro­stu za­re­ago­wa­łam.

Tak na­prawdę po­my­śla­łam. Za­trud­niali mnie w cyrku, po­nie­waż by­łam szybka w rę­kach i jesz­cze szyb­sza w gło­wie. W ułamku se­kundy od­by­łam więc bły­ska­wiczną we­wnętrzną de­batę.

Głos w mo­jej gło­wie ar­gu­men­tu­jący za tym, żeby uciec i zo­sta­wić sprawy ich wła­snemu bie­gowi, brzmiał zu­peł­nie jak Darla De­li­ght. Dee-Dee, jak ją na­zy­wano, kie­dyś sama wy­stę­po­wała w cyrku, a te­raz pra­co­wała w nim jako księ­gowa. Bar­dzo prak­tyczna ko­bieta. Kiedy Duży Bob Hal­lo­way, wła­ści­ciel, co parę dni wpa­dał na ge­nialny po­mysł i wy­my­ślał nowy nu­mer do pro­gramu, to wła­śnie Darla kal­ku­lo­wała koszty i w dzie­wię­ciu przy­pad­kach na dzie­sięć wy­bi­jała mu to z głowy. "Mu­sisz my­śleć o kosz­tach", po­wie­dzia­łaby. "Zwłasz­cza o tych ukry­tych. O wszyst­kich rze­czach, któ­rych te­raz nie ma na ra­chunku, ale za które i tak trzeba bę­dzie za­pła­cić prę­dzej czy póź­niej. Wrócą do cie­bie i ugryzą cię w ty­łek".

Głos po dru­giej stro­nie we­wnętrz­nej de­baty brzmiał cał­kiem jak mój oj­ciec. On ni­gdy nie li­czył się z kosz­tami. Po pro­stu ro­bił, co chciał, i nie przej­mo­wał się, kto przy tym ucierpi. To po­kusa, któ­rej czę­ściej ule­gam, niż którą od­rzu­cam, cho­ciaż nie­ła­two mi się z tym po­go­dzić.

McC­lo­skey mruk­nął coś, czego nie do­sły­sza­łam. Co­kol­wiek to było, spra­wiło, że pani Pen­te­cost, sie­dząc na pry­czy, po­chy­liła się do przodu ni­czym pies na­prę­ża­jący smycz.

- Kto? - za­py­tała. - Kto ci o tym mó­wił?

- No cóż - wy­mam­ro­tał bar­dziej do sie­bie niż do niej. - Jak się po­wie­działo A i tak da­lej... - Wy­pro­sto­wał rękę ze spluwą, za­ci­ska­jąc pa­lec na cyn­glu.

Ko­niec de­baty. Do­ko­na­łam wy­boru. By­łam już w przy­klęku, pod­cią­ga­jąc no­gawkę spodni i ła­piąc rę­ko­jeść noża, który no­si­łam w skó­rza­nej po­chewce przy­wią­za­nej do łydki.

Dłu­gie go­dziny spę­dzone z Ka­li­szenką w dzie­siąt­kach miast i mia­ste­czek na tra­sie mię­dzy Bo­ise a Bro­okly­nem spra­wiły, że to, co wy­da­rzyło się w na­stęp­nej chwili, przy­szło mi ba­nal­nie ła­two. Wy­pro­sto­wa­łam się, uno­sząc za­ma­szy­stym łu­kiem nóż po­nad głową.

Pa­mię­ta­łam, co mó­wił Ka­li­szenko swoim cięż­kim ro­syj­skim ak­cen­tem: "Nie rzu­casz no­żem. Nie rzu­casz ra­mie­niem. Rzu­casz ca­łym cia­łem. Sztuka po­lega na tym, żeby wie­dzieć, kiedy pu­ścić".

Sko­czy­łam na­przód i wy­pu­ści­łam nóż z dłoni we wła­ści­wym mo­men­cie. Do­cią­żone ostrze ude­rzyło z głu­chym, przy­pra­wia­ją­cym o mdło­ści od­gło­sem - lecz nie w drew­nianą, po­dziu­ra­wioną tar­czę, tylko w plecy McC­lo­skeya. We­szło w głąb na nie­całe osiem cen­ty­me­trów. Do­wie­dzia­łam się póź­niej, że tylko sam ko­niec ostrza prze­bił jego serce. Nie­wiele, ale wy­star­czyło.

Broń wy­pa­dła mu z ręki. Pani Pen­te­cost od­trą­ciła ją la­ską w kąt. McC­lo­skey za­chwiał się, pró­bu­jąc się­gnąć do ster­czą­cej z jego ple­ców rę­ko­je­ści. Po­tem ru­nął jak długi na twarz, ude­rza­jąc głową o kra­wędź pry­czy. Wy­dał z sie­bie ostatni, char­czący dźwięk i znie­ru­cho­miał.

Pani Pen­te­cost przy­klę­kła obok jego ciała. Spo­dzie­wa­łam się, że spraw­dzi puls. Tym­cza­sem ona się­gnęła do ze­garka. Po­krę­ciła kilka razy jego tar­czą, aż ta otwo­rzyła się jak wieczko puz­derka, od­sła­nia­jąc małą skrytkę - co­kol­wiek było w środku, znik­nęło w dłoni, a na­stęp­nie w we­wnętrz­nej kie­szeni płasz­cza pani Pen­te­cost. Po­tem do­ci­snęła tar­czę ze­garka na miej­sce.

- Jak się czu­jesz? - za­py­tała, wsta­jąc.

- Nie wiem... - od­par­łam.

Trzę­sły mi się ręce, a mój od­dech był szybki i płytki. Mia­łam spore szanse, by za­raz ze­mdleć.

- Mo­żesz iść?

Ski­nę­łam głową.

- To do­brze. Oba­wiam się, że te­raz obie... mu­simy się udać na po­ste­ru­nek.

- Mu­simy? - spy­ta­łam. - Nie prze­pa­dam za gli­nia­rzami.

Nie­malże uśmiech­nęła się znowu.

- By­wają przy­datni. I de­ner­wują się, kiedy znaj­dują trupa, do któ­rego nikt się nie przy­znaje. Ale nic się nie martw, będę przy to­bie.

Ru­szy­ły­śmy więc we dwie, ma­sze­ru­jąc w środku nocy uli­cami No­wego Jorku, do od­le­głego o tu­zin prze­cznic po­ste­runku. Szłam po­woli, by moja to­wa­rzyszka mo­gła na­dą­żyć, ale też dla­tego, że mia­łam tro­chę mięk­kie ko­lana. Mi­jane bu­dynki wy­da­wały mi się wyż­sze, a ulice węż­sze. Wszystko wo­kół na­gle stało się jakby bar­dziej mroczne i zło­wro­gie.

Pani Pen­te­cost po­ło­żyła mi dłoń na ra­mie­niu. Trzy­mała ją tam przez więk­szość drogi do ko­mi­sa­riatu. Z ja­kie­goś nie­zro­zu­mia­łego dla mnie po­wodu czu­łam się przez to le­piej i bez­piecz­niej. Jakby prze­ka­zy­wała mi w ten spo­sób odro­binę tego, co spra­wiło, że wcze­śniej z ta­kim opa­no­wa­niem pa­trzyła pro­sto w lufę wy­mie­rzo­nego w nią pi­sto­letu.

Nie po­dzię­ko­wała mi za oca­le­nie jej ży­cia. W isto­cie, kiedy te­raz o tym my­ślę, ni­gdy tego nie zro­biła. Cho­ciaż można po­wie­dzieć, że od­wdzię­czyła mi się po sto­kroć. Do­piero lata póź­niej, kiedy ktoś za­su­ge­ro­wał, bym wszystko to spi­sała, przy­po­mniała mi się kwe­stia ukry­tych kosz­tów. Oka­zały się wyż­sze, niż kie­dy­kol­wiek bym przy­pusz­czała, cho­ciaż ni­gdy ich nie zsu­mo­wa­łam. Po­dej­rze­wam, że te­raz, pi­sząc to, będę mu­siała zro­bić taki ra­chu­nek. Jesz­cze nie wiem, jak wy­pad­nie ten bi­lans. Na mi­nu­sie? Czy może jed­nak na plu­sie?

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Wy­stę­pują:

LIL­LIAN PEN­TE­COST - wy­bitna de­tek­tyw z No­wego Jorku. Już nie stąpa tak pew­nym kro­kiem, jak nie­gdyś, ale ma prze­ni­kliwy umysł, z któ­rym le­piej nie za­dzie­rać.

WIL­LOW­JEAN PAR­KER - asy­stentka i prawa ręka Lil­lian Pen­te­cost, na­by­tek z cyrku. Po­znaje bla­ski i cie­nie za­wodu de­tek­tywa.

ALI­STAIR COL­LINS - ma­gnat prze­my­słu sta­lo­wego i bez­duszny pa­triar­cha. Nieco po­nad rok temu się­gnął po broń i po­sta­wił ostat­nią kropkę w swoim ży­ciu.

ABI­GAIL COL­LINS - ma­trona rodu Col­lin­sów. Ktoś ze­psuł jej przy­ję­cie z oka­zji Hal­lo­ween, gdy za­tłukł ją na śmierć krysz­ta­łową kulą.

REBECCA COL­LINS - córka Ali­sta­ira i Abi­gail. Śmiała i uro­dziwa, jest kimś wię­cej niż prze­ciętną ce­le­brytką lan­su­jącą się na for­tu­nie ro­dzi­ców.

RAN­DOLPH COL­LINS - brat bliź­niak Re­bekki. Ma na­dzieję prze­jąć schedę po ojcu, co w jego prze­ko­na­niu ozna­cza, że musi pod­po­rząd­ko­wać so­bie sio­strę.

HAR­RI­SON WAL­LACE - oj­ciec chrzestny Re­bekki i Ran­dol­pha oraz pre­zes kon­cernu Col­lins Ste­el­works & Ma­nu­fac­tu­ring. Twier­dzi, że chce tylko spra­wie­dli­wo­ści dla Abi­gail, ale mogą to być go­ło­słowne de­kla­ra­cje.

ARIEL BELE­STRADE - spi­ry­tystka i do­rad­czyni du­chowa bo­ga­czy z Man­hat­tanu. Utrzy­muje, że po­trafi ko­mu­ni­ko­wać się ze zmar­łymi, ale czy aby sama nie wy­syła in­nych na tam­ten świat?

NEAL WAT­KINS - nie­gdyś wy­bitny stu­dent, obec­nie asy­stent Ariel Be­le­strade. Jak bar­dzo po­dą­żył w ślady swo­jej pra­co­daw­czyni?

OLI­VIA WATER­HO­USE - no­bliwa pro­fe­sor, któ­rej pa­sją jest okul­tyzm. Jej ob­se­sja na punk­cie Ariel Be­le­strade może wy­kra­czać poza sprawy czy­sto aka­de­mic­kie.

JOHN MERE­DITH - wie­lo­letni kie­row­nik pro­duk­cji w fa­bryce. Draż­liwy i kon­flik­towy awan­tur­nik, chowa w sercu urazę do klanu Col­lin­sów.

DORA SAN­FORD - wie­lo­let­nia ku­charka Col­lin­sów. Nie po­trafi utrzy­mać ję­zyka za zę­bami.

JEREMY SAN­FORD - ka­mer­dy­ner Col­lin­sów. Czło­wiek o po­ke­ro­wej twa­rzy, stoi na straży se­kre­tów ro­dziny.

ELE­ANOR CAMP­BELL - ku­charka i go­spo­dyni Lil­lian Pen­te­cost. Lo­jalna i od­dana, ale zna swoją war­tość.

PORUCZ­NIK NATHAN LAZENBY - je­den z asów Wy­działu Po­li­cji No­wego Jorku. Lek­ce­wa­żysz go na wła­sne ry­zyko. Po­zwala dzia­łać Pen­te­cost i Par­ker, żeby do­pro­wa­dzić za­bójcę na stry­czek, choć jest dla nich ty­leż so­jusz­ni­kiem, co ry­wa­lem.