Intro
"Literatura
jest anarchicznym gestem, a więc utopią, i jako taka nieustannie
rozpada się i tworzy na nowo. Jak wszystkie utopie, jest dziecinna,
irytująca, straszna"1.
Giorgio
Manganelli
1
W cokolwiek enigmatycznym opowiadaniu Droga
(1951)
Raya
Bradbury'ego (dopiero za dwa lata autor ogłosi Kroniki
marsjańskie)
jesteśmy świadkami popłochu spowodowanego widmem nuklearnej
katastrofy. Hernando wraz z żoną mieszka na odludziu, eksploruje
swój margines, nie partycypując w niepokojach innych ludzi, którzy
zaglądają tu rzadko. Skupia się na swoim rytmie, na swojej roli.
Dzień jego odmierzają rutynowe zatrudnienia, aż tu nagle pojawiają
się młodzi ludzie i z przerażeniem obwieszczają początek wojny
atomowej i nadejście końca świata. Ich intensyfikujący się
niepokój mistrzowsko zostaje skontrapunktowany z mrukliwością
głównego bohatera zaabsorbowanego swoimi sprawami i krzątającą
się w obejściu żoną. Hernando, bez większego entuzjazmu,
odrywając się od ogródkowych aktywności, niespecjalnie tym
wszystkim przejęty, domyka opowiadanie pytaniem, zastanawiając się
o jakim końcu świata mowa. Na niebie pełga gorące słońce, a on
wzrusza się ostrzem bruzdy ziemi, resztę zbywa półsłówkami. Od
dłuższego czasu to kilkustronicowe opowiadanie nie daje mi spokoju
i każe wciąż podejmować próbę wyartykułowania tego, co stanowi
treść
mojego
świata. Bo czy coś odchodzi i zwalnia miejsce nowemu?
A może
stare
gwarantuje panaceum na trwogi i troski, stale zwlekając, aby się
trochę nowemu posunąć? Michał Januszkiewicz trzeźwo konstatuje:
"Nic nie jest już zrazu zrozumiałe. Stanem normalnym jest nie
rozumienie,
ale nierozumienie.
Nie tylko teksty, ale i świat dookolny, utraciły swą czytelność,
przejrzystość, zasadność. Nie wiadomo już dokąd iść i po
co"2.
Środek
wakacji. W pełnym słońcu bardziej widoczne stają się obniżone
nastroje. Przypominam sobie kartkę na drzwiach sali wykładowej
ostatniego dnia pracy: "W związku z kradzieżami, jakie miały
miejsce na uniwersytecie, uprzejmie prosimy po skończonych zajęciach
o zamykanie okien, gdyż sala stanowi łatwy cel potencjalnych
złodziei oraz przypadkowych osób". Pod tym: "Dziękujemy". I ktoś dopisał flamastrem: "Topsze". I jakby zza mgły wyłonił
się stulatek tegoroczny, Miron Białoszewski. A znają Państwo ten
dowcip, który mu Le. przekazał? "Przychodzi lokaj do starego
hrabiego: - Jaśnie pani skonała. - Topsze, topsze, ale ja się
zesrałem". No to jego zdrowie po raz pierwszy. Za przypadki i potencje. Czy ktoś się tu za bardzo wczuwa? W Listach
znad Jeziora Como
znajdujemy zdania:
"Odnosi
się wrażenie, że ludzki umysł, choć z pewnością nie zgłębił
dostępnej mu sfery rzeczywistości - utrzymywanie, że tak jest,
byłoby równoznaczne z kwestionowaniem jego bezkresnego otoczenia -
to jednak dotarł do pewnej 'granicy', w jakiś sposób zetknął
się z kresem swoich ogólnych możliwości"3.
Żyję
w kraju, w którym w ostatnim czasie najwięcej emocji wzbudził
występ pewnego kabaretu (tylko konserwujący podziały). Jedni, że
dowcip ostry był jak krogulec. Inni, że do potępienia w czambuł.
No tak, znowu wszystko jasne: jesteśmy: ja i ja. My i my. Oni i oni.
Znowu: albo-albo. W jakiej obecnie żyjemy szpalcie? Kapela ma
pogruchotaną szczękę, Staśko chce pogruchotać pani Godek (choć
na hejcie polskim zjadła zęby), a Gonzalez Perea przestała w końcu
udawać, że jej siołem jest Mars. "Nasza" noblistka w niedawnym
wywiadzie: "Zdrowi psychicznie, normalni, wrażliwi ludzie są
feministami". Czy mój przyjaciel, który choruje na schizofrenię,
może w takim razie czuć się feministą? A co, jeśli nie wie, kim
jest? Dlaczego czasami najbardziej wykluczające są opinie osób
empatycznych i otwartych? Co tu jeszcze? Kościół stracił na
wartości. Na kiermaszu monografia pod tytułem Papież
Franciszek
stoi
za dychę. Dobra, zostawmy to. W wakacje trzeba się ruszać (potem
też). Jedna dziewczyna mówi do drugiej dziewczyny: "Chętnie bym
poszła w coś na modzie". Ja też. Pyta mnie ktoś, co sądzę o książkach Andésa Barby. Czytałem obie. Nową, którą poleca
Llosa sobie daruję. Jest jak hiszpańskie kino: nic mu nie
zarzucisz, ale po czasie widzisz zapożyczenia, w końcu myślisz
tylko o nich. Jest jak wzięty chirurg: na początku cieszysz się z zabiegu, ale przy zmianie pogody bolą szwy. W końcu myślisz tylko
o nich. To bardziej ryzykujący Golding, ale w Polsce wystarczy, że
pisarz powołuje się na Schulza i od razu robią z niego Kafkę
przesłań. Wszystko, co u niego zachwyca, to marginesy Sądu
w Canudos
Máraia.
Czy ja staję się malkontentem? Jedziemy dalej! W podręczniku z języka polskiego dla piątej klasy znajdujemy nagłówek: "Jak
napisać opowiadanie odtwórcze"? Rozchwytywany pisarz anonsuje
nową serię wydawniczą i z tłumacza Platona (Władysława
Witwickiego), robi Witkickiego. Znane wydawnictwo anonsuje wznowienie
dzieł Iwaszkiewicza i zmienia mu imię. Na tablicy ogłoszeniowej
skup ślimaka winniczka. 1 kg - 3 zł. Na drzwiach kościoła
(jestem na pogrzebie dziadka Kazimierza) wisi kartka: "Przedłużanie
pokładnego zaległego i bieżącego (zmarli w 2002 roku) można
uiszczać u..." - pisownia oryginalna. Śmiechu było co nie
miara. Pytasz, jak miejscowa berbelucha? Jest szlachetna, pozbawiona
agresywnego finiszu. Bukiet uderza do głowy wonią refleksji.
Syndrom drugiego dnia jest w tym wypadku lenistwem intelektu.
Komponuje się z pełnią i z rozpaczą. Nie wchodzi w konflikt
serologiczny z innymi trunkami. Jednym słowem: można odżałować.
A potem te pytania i zjazdy. Czy brak umiejętności kondensacji
przekazu i selekcji myśli to dziś problem? Chyba potrafię skrócić
tekst do dwóch wersów, zachowując treść wypowiedzi. Czy wtedy
stajemy się wolni, kiedy przestajemy mieć w czymkolwiek oparcie?
Staram się chodzić jakąś drogą, bo - mówią - jest szansa
uzyskać coś w toku. Jesteśmy już w miejscu, w którym im mądrzej,
tym głupiej, czy im głupiej, tym mądrzej? Ściskam duże i małe -
wszystko. Mgły mają nas za nic. Czas materializować energię innej
galaktyki. Jak
Talking Heads!
Poezja
nie jest tym, co uczepiło się kartki, ale tym, co za sprawą jej
bieli odcisnęło się na naszym ciemnym gruncie. Wskazało stronę.
Poezja, podobnie jak ogień, potrafi pogrążyć w samotności,
osadzając człowieka w jego pojedynczości, a jednocześnie wpisuje
w poczucie wspólnoty. Dlatego z tego wszystkiego stawiam na
pojedynczy wiersz. Dalej będę już mówił tylko o nich - o spotkaniach z głosem, tembrem, słowem. O formach odbioru. O poetach
związanych ze szczecińską Fundacją Literatury imienia Henryka
Berezy i szczecińskim wydawnictwem FORMA. I niech oni będą
wspólnym mianownikiem dla pomieszczonych w tej książce szkiców.
Tzvetan Todorov:
"Literatura
potrafi zrobić bardzo wiele. Może wyciągnąć pomocną dłoń, gdy
jesteśmy mocno przygnębieni, poprowadzić nas w stronę innych
istot ludzkich, sprawić, że lepiej rozumiemy świat, a nawet -
pomóc nam żyć. Nie mam przez to na myśli, że jest ona czymś w rodzaju centrum odnowy dla duszy, ale skoro odkrywa przed nami świat,
może także przemienić każdego z nas od środka"4.
2
Zapisać,
zdążyć. Gonić za znaczeniami. Próbować uchwycić sens w momencie jego stawania się, opowiadać się za wierszem, stać po
jego stronie, nawet za cenę wytrącenia z własnej sfery komfortu.
Oddawać wierszom głos. Słuchać co i jak mówią. Pamiętać o ich
wewnętrznym czasie, miejscach z których łączą się z nami,
okolicznościach, w jakich zostały powołane. Dlatego raczej
pojedyncze tomy i wersy, dlatego raczej niepodrabialność
indywidualnego głosu, a nie symfonia przesłań. Moją ambicją jest
czytanie każdego tomu jako pierwszej i ostatniej książki zarazem,
w trybie nieustannego otwierania się na słowa i ich niespodziewane
sensy. Przypadł nam w udziale świat, którego do końca nie
pojmujemy. Tylko słowami możemy oswoić czas i ciemność, tylko w słowach możemy pytać i odpowiadać.
Pomieszczone
tu szkice i notatki nie mają aspiracji syntetycznych, a ich
podstawową przesłanką jest dzielenie się radością czytania,
dzielenie się fascynacjami. Tak, by donosić konteksty pojawiających
się tematów jak najdalej. By pokazać, że czytanie poezji jest
ciągłym zaczynaniem od nowa. Nie wypada się nie zgodzić z Piotrem
Śliwińskim, który zauważa: "Czytanie - jeśli dotyczy poezji
wybitnej - jest zawsze tylko wstępem do kolejnego czytania"5.
Bliska jest mi krytyka empatyczna, bo choć najbardziej narażona na
zarzuty (o nieobiektywizm, o nienaukowość, o impresyjny język
etc.), jest jednak ogromnym wyzwaniem, by nadać kształt i formę
entuzjazmowi, spisać protokoły z zachwytów.
Ta
książka to seria lektur doraźnych, momentalnych, skupionych na
mnogości brzmień polskiej poezji, na jej polifonicznych pogłosach,
doraźnych echach, chybotliwych przesłaniach. To również sekwencja
o klarownych, pogodzonych ze swoimi aporiami, pewnikach, refleksjach,
sposobach bycia w języku i poprzez język. To ćwiczenia w przygodnych koniecznościach czytelnika, starającego się być
blisko słowa. Istotnym wydaje się to, że poezja pozwala nam
bardziej sproblematyzować nasze zrozumienie świata, konfrontując
nas z rozmaitymi jego ujęciami. Poezja rozumiana jako ostatnia
przestrzeń dla rozpadającego się słownika znaczeń, scalanego
przez czytających. Wiersze interpretowane jako skrawki
rzeczywistości uchwyconej nagle w jasnym świetle. W.G. Sebald, w eseju o twórczości Roberta Walsera, nagle wtrąca uwagę: "Zawsze
starałem się we własnej pracy składać hołd tym, którzy mnie
pociągali, poniekąd uchylać przed nimi kapelusza, zapożyczając
sobie od nich jakiś piękny obraz albo kilka szczególnych
słów..."6.
Towarzyszy mi podobne przekonanie. I może jeszcze to, że stawką
czytania w ogóle jest troska o czytelnika w nas, dzięki któremu
nie petryfikujemy się w zmurszałych językach. W myśl zasady, że
"Czytelnik jest przyjacielem, nie jest ani przeciwnikiem, ani
widzem"7.
I słucha, pozwala, by się mówiło, bo "uważna lektura przynosi
podwójną korzyść, poszerza bowiem naszą wrażliwość o nowe
języki i nowe sposoby rozumienia rzeczywistości. Lektura staje się
doświadczeniem stricte
egzystencjalnym:
pogłębiamy nasze rozumienie świata, siebie i innych"8.
Przewracamy kolejną kartkę.