Rozdział 1
Nieprzyjemne wiadomości
Wracam do domu, podrzucając klucze i podśpiewując. W końcu wolna. W końcu, po wielu latach robienia tego samego, znudzona życiem i tą samą pracą, rzuciłam ją z satysfakcją.
Dzisiaj kończy się mój okres wypowiedzenia.
Mamy piękny maj. Wiosna w pełni. Zamierzam wziąć koc i po prostu posiedzieć na łące. Z książką. Planowałam to od dawna, nie mając odwagi, ale jednak ją w sobie znalazłam.
Do końca sierpnia nie kiwnę palcem. Będę odpoczywać i się relaksować, a potem poszukam czegoś lepszego. Albo zwyczajnie innego.
Najpierw zrobię rundkę po biurach podróży. Mój narzeczony obiecał mi dwa tygodnie w jakimś egzotycznym miejscu. I tego właśnie potrzebuję, zwłaszcza że jeszcze nigdzie razem nie byliśmy.
Mam trochę odłożonych pieniędzy, więc z pewnością mogę sobie pozwolić na dłuższe wakacje. Zaharować się to można szybko.
A ja mam zwyczajnie dość.
Z biur podróży biorę ulotki, które mnie interesują, i wracam do domu. Przygotowuję wszystko na kolację, potem robię sobie gorącą kąpiel, do niej kieliszek najtańszego szampana, którego uwielbiam, i po prostu oddycham. W końcu nigdzie nie muszę się spieszyć. Do tej pory nie raz szesnaście godzin byłam w pracy, aby wszystkiego samodzielnie dopilnować. A po pracy... też byłam w pracy, bo musiałam być pod telefonem.
Dobra, Anka, to już za tobą, upominam się po raz kolejny.
Mój narzeczony też jest zapracowany, ale przez czas, który jesteśmy razem, to jednak więcej mnie nie było, niż byłam. Nie mogę powiedzieć, że miał o to pretensje, starał się rozumieć, że zajmuję wysokie stanowisko, ale czasami, kiedy już byłam w domu i zamiast spędzać z nim czas, coś jeszcze robiłam na komputerze, patrzył na mnie z troską i smutkiem.
Teraz to się skończy, raz na zawsze.
Albo i nie, jak się okaże.
Myślę, że dla mojego narzeczonego wiele kobiet straciłoby głowę. Ciepły, troskliwy, pracowity, pomocny, inteligentny. Rozmowny, spokojny, cierpliwy.
Ten spokój w nim pokochałam. Na swój sposób. I jest nam razem naprawdę dobrze. Mamy wspólne plany i marzenia.
Ale nie jest to miłość, jaką opisują w książkach... całkowicie pochłaniająca. Nie taka, przy której odczuwa się ciągle te motyle w brzuchu, zapala się od jednego pocałunku czy... No w każdym razie to, co mi daje, i tak mi wystarcza. Tego potrzebuje mój podły charakterek - spokoju przy boku kogoś tak ułożonego. Przyjaciela, który wysłucha nawet wtedy, kiedy rzucam talerzami. Mężczyzny, który zawsze pomoże i nie będzie oceniał czy wyśmiewał.
To właśnie mój Maciek.
Wraca z pracy po ósmej, uśmiechając się na widok mojego wymownego stroju. Rzadko go tak zaskakuję, wiedząc, że tego nie lubi ani nie potrzebuje. Ale dzisiaj mój mały wielki dzień, więc pozwoliłam sobie na odrobinę ekstrawagancji i kupiłam czarne, koronkowe body, które idealnie pasują do mojej nienagannej figury biegaczki, podkreślając jednocześnie piersi.
Burzę brązowych loków, z którymi przestałam już walczyć, zostawiłam związaną w artystyczny nieład. Nie potrzebuję nawet makijażu. Czekoladowe oczy spoglądają na mojego narzeczonego spod długich i niestety sztucznych rzęs, uśmiechając się szeroko.
- Szampana? - pytam, objąwszy go za szyję.
Mruczy seksownie jak nigdy, dotykając mojego policzka nosem.
- Poproszę. I obiad. I deser. Wszystko na raz, kochanie.
Jak to mówi, ciarki przechodzą przez moje ciało... Umiemy się dogadać w każdej kwestii, tylko nie w łóżku, ale po trzech latach razem przestało to mi przeszkadzać. Jedni są tacy, inni - inni, zwyczajnie. Maciek nie ma takich potrzeb jak ja, co innego go podnieca niż mnie, co innego lubi, gdzie indziej jest jego granica i na szczęście szybko to zrozumiałam, nie mając o to pretensji. Wiele mi daje poza łóżkiem, tak dużo, że wystarczy mi spokojnie na resztę życia.
A namiętne chwile mogę spędzić z wibratorem. Nie mam z tym problemu.
Dziś jednak jest jakoś inaczej. Mój narzeczony, zamiast zajmować się tym, co zwykle po pracy, błądzi dłońmi po moim ciele, aż dociera do pośladków, chwyta mnie za nie i normalne sadza na stole. Noż kurwa, to mój szczęśliwy dzień.
Odchylam głowę, aby pozwolić mu na pieszczenie szyi językiem, sama sięgam do rozporka jego spodni i bez zbędnych ceregieli wkładam mu dłoń w majtki, pocierając gotowy wzwód.
- Chodź do łóżka - mruczy, odsuwając się ode mnie, ale jest za późno.
- Zostańmy na stole, proszę.
Nastrój zaczyna pryskać.
- Kochanie, nie. Wiesz, jakie mam na ten temat zdanie, obiecałaś, że to zaakceptujesz.
- Ale to nie będzie uwłaczać mojej godności, gwarantuję ci - przekonuję, zaczynając zdejmować mu koszulkę, ale Maciek już zdecydował.
Chwyta mnie na ręce i po prostu niesie do sypialni.
I tak jest lepiej, niż było pod tym względem. Rzucił się na mnie od wejścia, nie myśląc o obiedzie. Nie skomentował mojego wulgarnego stroju i posadził mnie na stole. Jeszcze dziesięć lat i będzie naprawdę idealnie.
Muska mnie i kocha jak zawsze subtelnie. Pieści ciało dłońmi i językiem... potem rozbiera nas oboje, wkłada prezerwatywę i wchodzi delikatnie w moje gorące wnętrze, aż zaczynam płonąć.
Płonę tak przez kilka ulotnych chwil, ale to, co dobre, prędko się kończy. I tym razem też tak jest. Mój mężczyzna nie jest długodystansowcem, ale nie ma nic przeciwko, abym dokończyła wibratorem, choć nie lubi na to patrzeć. Ech, to moje dziwne życie z nim, do którego przywykłam i które kocham.
Siadamy do kolacji, rozmawiając o mojej wolności. Pokazuję narzeczonemu błyszczące broszury zdobyte w biurach podróży, które czyta z uwagą.
- Może Seszele? - pyta, zaskakując mnie do nieprzytomności.
Nie sądziłam, że będzie chciał jechać tak daleko. Hiszpania to wszystko, na co liczyłam.
- To może Zanzibar?
Uśmiecha się.
- Może być. Obiecałem i dostaniesz to, o czym marzysz. Ale nie wiem kiedy, kochanie. Nie mam jeszcze urlopu.
Mogłabym mieć pretensje, ale sama do tej pory praktycznie nie miałam wolnego, więc nie mogę.
- Dobrze, ale postaraj się załatwić to jak najszybciej, bo muszę nam wszystko zorganizować. Wpłacić zaliczkę. Wiesz.
- W poniedziałek. Idziesz spać ze mną?
- Nie ma mowy - odpowiadam, rzucając się na kanapę w salonie. - Robię seans serialowy. Jeśli chcesz, dołączaj.
- Nie wiem, czy kiedykolwiek widziałem cię przed telewizorem o tej porze i taką szczęśliwą. Rzucaj pracę częściej - mówi, całując mnie we włosy, i udaje się do sypialni.
- I teraz wszystko się zmieni! - krzyczę za nim, ale już nie odpowiada.
Moje szczęście nie trwa długo, a w zasadzie do następnego dnia.
Budzę się, kiedy Maćka już nie ma w mieszkaniu, ale jak zawsze gdy wstaję po nim, znajduję na poduszce liścik miłosny. Chowam go do mojej szkatułki, w której mam ich już kilkadziesiąt albo kilkaset, zamykam ją na kluczyk i wychodzę z sypialni.
Robię sobie kawę i udaję się na balkon pooddychać ciepłym, majowym powietrzem. Kocham wiosnę i lato, po prostu. Sielanka, jak to bywa z sielankami, nie trwa długo.
Nie mija nawet pół godziny, kiedy rozlega się dźwięk mojego telefonu.
Babcia.
Nie może mi darować, że nie zjawiam się w rodzinnym domu już od siedmiu lat. I pewnie dzwoni mi o tym przypomnieć.
- Ania? - pyta, kiedy dotykam zielonego przycisku na ekranie.
- Ania, Ania. Co tam, babciu?
- Dziecko... tragedia! - straszy mnie do nieprzytomności.
- Co się stało?
- Mama... twoja mama się połamała.
Zapiera mi dech, aż krztuszę się kawą.
- Jak to? Kiedy? Co się stało? - zadaję sto pytań na raz.
- Wczoraj rano. Spadła ze schodów. Nie wiem, jak się czuje, bo wieczorem, jak byłam w szpitalu, leżała jeszcze pod narkozą. Zaraz tam pojadę.
Z nerwów ręce zaczynają mi się trząść.
- Ale żyje, tak? - pytam dość głupawo.
- Oj, żyje, Aniu, no co ty. Jej życiu nie zagraża niebezpieczeństwo, ale złamała nogę prawdopodobnie w trzech miejscach, w tym w biodrze. I trochę się obiła. Będę wiedzieć coś więcej, jak tylko pogadam z lekarzem.
- A jak Ala?
Ala to moja młodsza o siedemnaście lat siostra, o którą moi rodzice starali się... szesnaście lat. Znam ją praktycznie tylko przez telefon, bo odkąd zwyczajnie uciekłam z domu, moja noga przez siedem lat tam więcej nie postała. Mama i Ala przyjeżdżają do mnie często, ale ja nie mogę i nie chcę tam wracać.
- Trochę wczoraj rozpaczała, wystraszyła się jak my wszyscy. Z tych nerwów już nawet do ciebie wczoraj nie dzwoniłam. Aniu... - zaczyna i już wiem, co ten głos znaczy - przyjedziesz?
Choć całe moje ciało, rozum i serce się przed tym bronią, chyba nie mam wyjścia.
I to będzie dobry moment, aby pewne sprawy zakończyć raz na zawsze.
- Przyjadę.