Forget Me Always - Sara Wolf

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Wszystko w porządku, proszę pana?

Podnoszę głowę. Boy hotelowy uśmiecha się pogodnie. Nie ma pojęcia, kim jestem ani przez co przeszedłem, a jednak ma czelność się uśmiechać. Minęło dziewiętnaście dni, odkąd Isis Blake o mnie zapomniała, a on śmie pytać, czy wszystko w porządku.

Zapalam kolejnego papierosa.

- Zejdź mi z oczu.

Mina mu rzednie i wycofuje się.

- J-jasne. Miłego wieczoru.

Parskam i opieram się o kolumnę przed pełnym marmurów wejściem do Hiltona. Obserwuję, jak niedorzecznie wypasione czarne auta podjeżdżają i odjeżdżają, wysadzając równie niedorzecznie nadętych starych i bogatych ludzi. Boye i konsjerże przemykają to tu, to tam, wzywają taksówki i wydają polecenia pokojowym. Obrotowe szklane drzwi ze złotymi elementami nieustannie się kręcą, a ich szum jest tłem dla bezmyślnej paplaniny. Kobiety chichoczą piskliwie, mężczyźni rubasznie rechoczą - nieświadomi niczego, zadowoleni idioci. Po ich ubraniach i postawie widzę, jaka jest prawda: pięciu zdradza żony. Dwóch ze znacznie młodszymi kobietami, jeden z prostytutkami. Niezbyt subtelnie klepie w pupę mijającą go blondynkę w dwurzędowym płaszczu. Blondynka z wystudiowanym uśmiechem ukrywa grymas. Kiedy mnie dostrzega, podchodzi, stukając obcasami, i uśmiecha się o wiele radośniej.

- Jaden! Boże! Milion lat cię nie widziałam.

- Tylko trzy miesiące - poprawiam ją. "Jaden" to pseudonim, jakiego używam w pracy. Nikt w branży nie zna mojego prawdziwego imienia.

- Trzy czy milion, co za różnica. - Śmieje się. Otacza ją chmura perfum, mocnych, drogich. Takich, które się kupuje, żeby zamaskować wszechogarniającą woń seksu.

- Już po pracy? - pytam i wskazuję głową na wciąż lubieżnie się w nią wpatrującego mężczyznę. Niczego nieświadoma żona trzyma go pod ramię.

Lily wzdycha.

- Tak, na dzisiaj. Wracam do domu. A ty?

- Córka burmistrza. - Pokazuję na smoking, w który się ubrałem. - Bal zimowy.

- Na pewno będziesz najseksowniejszym facetem na sali.

- To katolicka szkoła żeńska.

- Czyli także najseksowniejszym facetem, jakiego kiedykolwiek miała.

Lily jest tylko o kilka lat starsza ode mnie, ale w Rose Club pracuje znacznie dłużej. Ona też nie ma na imię Lily, tak jak ja nie nazywam się Jaden. Nie znam jej w prawdziwym życiu ani ona nie zna mnie. Czasem pracujemy w tych samych hotelach i jest jedną z niewielu dziewczyn w klubie, które nie są idiotkami. Więc gadamy.

- Ale tak serio... - Lily trąca mnie łokciem. - Widziałam ją. Jak ma dobry dzień, wygląda jak nierasowy szpic.

- Hola, hola! - wołam i wydmuchuję dym w niebo. - Nie bądźmy złośliwi. Dobrze płaci. A ja szanuję i doceniam pieniądze.

Lily czeka, aż przejedzie sznur taksówek i bacznie mi się przygląda. Ściąga cienkie brwi.

- A co z twoim balem? - pyta.

- Jak to?

- Idziesz? Jesteś z kimś? A przynajmniej masz partnerkę?

Na poprzedni bal zabrałem Sophię, uwięzioną w szpitalu dziewczynę, którą znam od gimnazjum, pierwszą, w której się zakochałem i moją pierwszą prawdziwą przyjaciółkę. Ale to nie Sophia przychodzi mi do głowy. Widzę Isis w jedwabnej sukience. Czerwonej? Niebieskiej? Pewnie purpurowej, żeby pasowała do włosów. Tańczyłaby, piła i wszczęła co najmniej cztery awantury. Byłoby strasznie. I obłędnie. Uśmiecham się do tej myśli, ale ona szybko blednie. Isis też jest w szpitalu. I dzięki temu złamasowi, zwanemu chłopakiem jej matki, nie pamięta mnie. Minęły już trzy tygodnie, odkąd z tym swoim beztroskim uśmiechem spytała, kim jestem, a do mnie dopiero teraz to dociera tak naprawdę.

- Nie. Nie idę na bal. Po co? I tak za pięć miesięcy kończę szkołę. Liceum już nie ma znaczenia.

Wyjmuje mi papierosa z ust i depcze.

- Od kiedy palisz?

- A ty od kiedy bawisz się w moją matkę?

- To niezdrowe.

- Seks dla pieniędzy też.

Robi się zła.

- Dotrzymujemy towarzystwa! I oboje mamy swoje powody. Ale palić nie musisz. Chyba że chcesz umrzeć młodo i w mękach.

- Może i chcę, to nie twoja sprawa.

Krzywi się, jakbym ją uderzył. Zatrzymuje przejeżdżającą taksówkę, ale przystaje w otwartych drzwiach i na chwilę się odwraca.

- Jesteś jednym z nas - mruczy. - Społeczeństwo nami gardzi. Klienci traktują nas jak rzeczy. Mamy tylko siebie. Więc to jest moja sprawa. - Wyjmuje swoją wizytówkę z Rose Club, białą w cienkie złote paski, i mi podaje. - Gdybyś czegoś potrzebował albo zwyczajnie chciał pogadać, zadzwoń.

Znika, zanim zdążę jej oddać kartonik. Zanim ziejąca rana w mojej piersi zacznie krwawić. Nie pozwalam na to. Nazywam się Jack Hunter. Nie krwawię z niczyjego powodu.

Nie licząc pewnej dziewczyny, na imprezie, prawie pięć miesięcy temu.

Zapalam kolejnego papierosa, żeby zamaskować smród słabości, który zaczyna mnie otaczać. Kobiety kręcące się przy wejściu na mnie łypią. Wystarczy, żebym choć mrugnął, a przybędą, żeby flirtować. One i ich wymęczone taktyki, znużona zapalczywość. Są równie marne jak tamci faceci. Pragną ładnych rzeczy. A jeśli nie mogą mieć tego, czego chcą, żrą się i rzucają na siebie w żałosnym przejawie drapieżnego instynktu posiadania.

Wrzucę wizytówkę Lily do kałuży. Nie ma pojęcia, przez co przechodzę. Nawet ja nie mam pojęcia. Nie może mi pomóc. Zaoferowała to tylko dlatego, że na mnie leci. Nawet idiota by zauważył.

"Nie każda istota z pochwą na ciebie leci, idioto".

Obracam się na dźwięk tego głosu. Jest tak czysty, głośny i drażniący, że po prostu musi to być ona. Ale w tłumie nie migoczą purpurowe kosmyki. Nie widzę ciepłych brązowych oczu podszytych złośliwością.

Opieram się z powrotem o kolumnę i śmieję się. Chowam twarz w dłoniach, bo znów dopada mnie rzeczywistość. Weź się w garść, Jack. Za siedem miesięcy idziesz na Harvard. Matka czeka w domu. Sophia na ciebie liczy. Operacja już wkrótce. Nie możesz oszaleć. Jesteś odpowiedzialny za innych. Masz życie do przeżycia i nieważne, ile spadających gwiazd wypatrzysz i co zaoferujesz Bogu albo lekarzom, życie będzie musiało się toczyć bez Isis Blake. Stałeś się dla niej obcym człowiekiem.

Dziura, którą wypaliła w lodzie, będzie musiała się zasklepić.

Nie ma już ciepła. Ledwie go zakosztowałeś, przelotnie poczułeś na skórze. Przemknęło obok ciebie. Coś tak drobnego nie uniesie ciężaru. To by było wbrew logice. I ty też postępujesz wbrew niej, pozwalając, żeby to aż tak na ciebie wpłynęło.

Nie ma ciepła, Jack. W każdym razie dla takich jak ty.

Masz krew na rękach. Masz obowiązki, ciąży na tobie wina, nie ma od tego ucieczki. Nikt ci nie pomoże.

Nawet ona.

- Jaden! - Przenikliwy okrzyk sprawia, że podnoszę wzrok. Cynthia, córka burmistrza, macha do mnie z limuzyny. Ciemne włosy są za mocno skręcone, wygląda idiotycznie. Różowa sukienka jest za ciasna i zbyt jaskrawa. Stadko jej mizdrzących się przyjaciółek poprawia makijaż i jadą na after party. To znaczy my jedziemy. Płacą mi, żebym był jednym z nich.

Gaszę papierosa i przywołuję na twarz mój najlepszy uśmiech.

Aktualnie moje życie wypełniają ludzie pytający, czy już mi lepiej.

Siedzę na szpitalnym łóżku z wielkim bandażem na głowie, w którym wyglądam jak w turbanie. No więc nie, nie jest lepiej.

Ale oni nadal pytają, bo tak się okazuje troskę komuś, na kim nam zależy. Tak mi się przynajmniej zdaje, chociaż przyznam, że wielkie pudło trufli w czekoladzie albo tron w niewielkim królestwie zupełnie by mi wystarczyły.

Nie chodzę do szkoły. Nie wracam do domu. Siedzę całymi dniami w tym łóżku i oglądam gówniane opery mydlane, w których ktoś co chwilę mdleje. Jezu, naprawdę, to jakaś epidemia. Nudzi mi się tak strasznie, że też udaję, że mdleję, ale różnica jest taka, że mnie łapią pielęgniarki i mówią:

- Doznałaś urazu głowy.

Albo:

- Wbrew szerzącym się plotkom, podłoga nadal jest twarda.

Czy też inne bzdury, więc naprawdę nikt nie powinien mieć do mnie pretensji, że przy pierwszej okazji kradnę porzucony wózek inwalidzki, rozpędzam się i mknę korytarzem na łeb, na szyję.

- Dobry wieczór, panowie. - Kłaniam się dwóm stażystom. Patrzą jeden na drugiego, ale zanim zdołają wezwać ochronę, biorę ostry zakręt i znikam za rogiem. - Diablo dobrą pogodę dziś mamy! - Uśmiecham się do faceta w łóżku, gdy mijam jego pokój. Serdecznie odwzajemnia moje powitanie, emitując odbijające się echem od ścian.

- Idź w cholerę!

- Dobry wieczór, skarbie. Może filiżankę herbaty? - proponuję pielęgniarce.

- Nie jesteś Angielką, Isis - odpowiada beznamiętnie Naomi.

- Mogę być, kim chcę! - upieram się.

- Świetnie, ale ja jestem zainteresowana kimś, kto leży w łóżku i dochodzi do zdrowia. A już na pewno nie chcę widzieć nikogo, kto miota się po szpitalu jak szaleniec na kółkach.

- Szaleniec pobiegł tamtędy. - Wskazuję palcem za siebie. Jak na zawołanie rozlega się głośny krzyk: "Niech to jasna cholera!" Naomi mruży oczy i wskazuje na mój pokój.

- Z powrotem do łóżka. Natychmiast.

- Dlaczego tak musi być? - wzdycham. - Na pewno da się coś zrobić. Mogę panią przekupić. Pieniędzmi. Albo czym innym. Lubi pani przygody? Jestem jedną wielką przygodą. Mam do zaoferowania co najmniej dziewięć przygód.

- Zaoferowałaś mi już dość jak na jeden dzień. Jeśli za chwilę nie znajdziesz się w łóżku, nie pozwolę wieczorem przyjść Sophii.

Aż mnie zatyka.

- Nie zrobiłaby pani tego!

- Zrobiłabym!

Wstaję i zabieram się do spektakularnego omdlenia, ale łapie mnie umięśnionymi rękami, pcha z powrotem na wózek i odwodzi do mojego pokoju. Przez całą drogę złorzeczę. W progu zsuwam się na podłogę, czołgam się do łóżka i udaję, że łkam. Potem padam na materac.

- Daj spokój, królowo skandalu - beszta mnie Naomi i wychodzi, zamykając za sobą drzwi.

- Cesarzowo, jeśli już! - wrzeszczę za nią. - Ten tytuł bardziej mi odpowiada!

Zapada cisza. Stanowczo za cicha. Parskam, zaplatam ręce na piersi i zdmuchuję grzywkę z oczu. Muszę obciąć włosy. I opracować plan ucieczki. Ale uciekając, trzeba wyglądać obłędnie, więc lista priorytetów klaruje się sama.

Sięgam po telefon i piszę do Sophii.

"Martwe białko usiłuje wyżreć mi oczy. Przynieś ostry przedmiot".

Odpowiedź przychodzi natychmiast:

"Masz na myśli ten, którym groziłaś jądrom sanitariusza?"

Na wspomnienie własnego geniuszu wzdycham z rozkoszą. Ależ mam szczęście, że jestem mną!

"Tenże sam".

Odpowiada uśmiechniętą buźką.

Sophia i ja jesteśmy najmłodsze w całym szpitalu, jeśli nie liczyć oddziału dziecięcego, ale tam nie wpuszczają nikogo z wyjątkiem lekarzy i rodziców. Można wejść za pozwoleniem, ale trudno je uzyskać. Dlatego wchodzę przez okno. Nie znoszę galaretki, a dostaję ją do każdego posiłku, więc kolekcjonuję je i zanoszę dzieciakom niczym galaretowaty Święty Mikołaj. To absolutny hit. Ale nie dla pielęgniarek. Dla ochrony też nie. Zresztą nieważne. Grunt, że ja i Sophia się dogadujemy. Od kiedy kilka tygodni temu spotkałyśmy się w czasie lunchu, a ja dałam jej jabłko, czuję, że znamy się od zawsze. Przebywanie z nią jest jak gigantyczne galopujące déja vu. Gdy się przedstawiła, wypaliłam:

- Ach, to ty jesteś Sophia! - Jakbym od dawna chciała ją poznać. Spytała, co miałam na myśli, ale chociaż długo i starannie przeszukałam swój - niemały przecież - mózg, nie znalazłam odpowiedzi. Po prostu tak powiedziałam, bez namysłu, nie wiem dlaczego. Wielu rzeczy nie wiem i szlag mnie od tego trafia, a nie tak łatwo radzić sobie z frustracją, kiedy wszyscy każą ci całe dnie siedzieć w łóżku i jeść.

Poza tą jedną kwestią układa nam się genialnie. Wiem to, bo: a) jeszcze nie uciekła z płaczem i b) zawsze na końcu esemesa stawia uśmiechniętą buźkę. Robią tak tylko ludzie, którzy cię lubią. Albo ci, którzy chcieliby cię zamordować, ale naprawdę wątpię, żeby ktoś tak delikatny i śliczny jak Sophia chciał kogokolwiek zamordować. Chyba że chce być delikatna, śliczna i zabójcza, co - nie ukrywam - nadałoby jej osobowości głębszego wymiaru.

- Isis! - woła od drzwi. - Znowu myślałaś na głos.

Odwracam się do niej. Ubrała się w kwiecistą sukienkę, a na wierzch włożyła gruby, miękki sweter. Jej platynowe delikatne włosy są długie i wyglądają jak pasma srebra. Biała jak mleko skóra niemal świeci. Na tle tej całej bladości oczy wydają się głębokie jak morze i granatowe jak ocean. W jednej ręce niesie książkę, a w drugiej...

- Nożyczki! - krzyczę. - Dobra, spokojnie, niech wszyscy oddychają, bo zaraz powiem coś, co odmieni losy świata. - Sophia wciąga powietrze i zatrzymuje je w płucach. Wskazuję na nią palcem. - Obetniesz mi grzywkę!

Wypuszcza powietrze i triumfalnie wymachuje pięścią.

- Tak! Utnę całą!

- Soph, słodka Soph, miękka sofko, jesteśmy razem dopiero od trzech tygodni, kocham cię jak siostrę, jesteśmy jak sarnie siostrzyczki brykające razem po lesie, ale grzywka to wartość kluczowa dla mojego istnienia, więc to tak, jakbym powierzyła ci życie.

- Rozumiem. - Siada na łóżku i ze zrozumieniem kiwa głową. - W grzywce masz wszystkie kluczowe organy?

- Jak również plany na wspólne życie z Tomem Hiddlestonem. Więc chyba rozumiesz, jakie to dla mnie ważne.

- Naturalnie.

- Mówię poważnie.

- Wręcz śmiertelnie.

- Nie sprawisz, że będę wyglądała mniej oszałamiająco, bo to fizycznie niewykonalne, ale mówiąc oględnie... Nie spieprz tego.

Nie wyglądam oszałamiająco, a już na pewno w porównaniu z kimś takim jak ona, ale stawiam na brawurę. Sophia przeczesuje palcami moją zmierzwioną grzywkę.

- Trochę ukośnie?

- Ty tu jesteś ikoną mody. Ja tylko zarzucam na grzbiet jakieś rzeczy, optymalnie bez dziur, i modlę się, żeby jakoś wyglądało. No nie, raz w klopie czytałam "Cosmo". Liczy się?

- Zależy, ile czasu tam spędziłaś. - Sophia na próbę układa mi włosy.

- Całe wieki. Pisali o kształtach twarzy. No wiesz, czy mam kwadratową twarz, czy w kształcie serca...

- Zdecydowanie w kształcie serca.

- Serio? Bo myślałam, że w kształcie pechowego Skittlesa, który leżał na samym dnie.

Sophia wybucha śmiechem.

- Nie ruszaj się i zamknij oczy. Obiecuję, że nie oszpecę cię na resztę życia.

Słyszę cichy odgłos cięcia i czuję delikatne palce Sophii. Potem każe mi otworzyć oczy. Wyskakuję z łóżka i pędzę do łazienki. W poplamionym ze starości szpitalnym lustrze widzę dziewczynę z krótką grzywką. Lekko wyblakłe purpurowe pasma opadają jej na czoło. Pojedynczy bandaż oplata nasadę jej czaszki i biegnie na czubek głowy, wyglądając jak chustka. Reszta głowy jest odsłonięta. Dziewczyna wygląda staro, jest zmęczona. Na brodzie ma ślady po dwóch wybuchach wulkanów, kolejny na nosie, a wory pod oczami mogłaby zgłosić do księgi rekordów. Coś tu jest nie tak. Coś głęboko w niej nie działa, jak powinno.

Jest brzydka.

- Co się stało? Nie podoba ci się? - Sophia pojawia się za mną. W lustrzanym odbiciu niemal promienieje bladością i wymizerowanym pięknem, a ja...

- Nie, jest cudownie! Świetnie ci poszło. Genialnie. Wszystko gra! Nie mam żadnych uwag. Zero! Zero uwag. Zimno tu, co?

Pędzę z powrotem do łóżka i zawijam się w kołdrę jak burrito.

- Jeśli ci się nie podoba, nie musisz kłamać.

- Podoba mi się! Cholera, naprawdę. Przepraszam. Nie w tym rzecz. Chodzi o... Dawniejsze sprawy.

- Ach. - Mości się w nogach mojego łóżka. - O ten ciężki kaliber? Którego nie leczą w szpitalach?

Kiwam głową. Spojrzenie Sophii nie jest przeszywające, ale spoczywa na mnie z takim ciężarem, jakby była o dekady starsza niż jest. Nie mówiłam jej o Bezimiennym, przede wszystkim dlatego, że nie musi wiedzieć takich rzeczy, i tak jest dostatecznie smutna. Bezimienny był moją pierwszą i ostatnią miłością, jeszcze na Florydzie, i skrzywdził mnie tak, że moje serce zostało rozorane na zawsze.

Sophia też mi nie powiedziała nic o swojej przeszłości, i tak jest lepiej. Widzę, że spotkało ją coś gorszego niż mnie. Węszenie ludzkich tragedii jest moją specjalnością.

- Chodzi o chłopaka? - pyta w końcu.

To był chłopak? Czy potwór? Nadal nie wiem, jak odpowiedzieć na to pytanie, więc idę po linii najmniejszego oporu.

- Tak.

Składa ręce na kolanie jak dama i po raz miliardowy przypominam sobie, jaka jest dojrzała w porównaniu do mnie. Pielęgniarki plotkują na jej temat. Że jest w szpitalu od pięciu lat, że nie ma rodziny - rodzice zginęli w jakimś tragicznym "wypadku", a ją wychowała babcia, ale zmarła kilka lat temu i Sophia została na świecie całkiem sama. Ale głównie szepczą o chłopaku, który do niej przychodzi, o Jacku, tym samym, który zobaczył, że drzwi do naszego domu są otwarte i uratował mnie i mamę przed Leo. Nie powstrzymał go od ciśnięcia mną w ścianę i rozpłatania mi czaszki, ale zdążył uratować mamę i tylko to się liczy.

Jest irytująco przystojny i wkurzająco dobrosamarytański. Wygląda na to, że często Sophię odwiedza. Ale zdaje się też, że odkąd trafiłam do szpitala, w ogóle nie przychodzi. Pisze do niej listy (listy! w dzisiejszych czasach!), ale się nie pojawia. O tym pielęgniarki też uwielbiają gadać. Poprawiam je uprzejmie przy każdej okazji: nie znam go! A on prawie mnie nie zna! Oczywiście, jestem jego dłużniczką, ale nic się między nami nie dzieje i nigdy się nie zadzieje, bo hello, faceci, którzy nie są hollywoodzkimi gwiazdorami i nie grają superbohaterów są obrzydliwi!

- Przepraszam - wypalam.

- Za co?

- Za twojego chłopaka. Przestał przychodzić, odkąd tu jestem i jeśli to przeze mnie, to przepraszam. Wiem, że to aroganckie, że tak myślę, ale pielęgniarki paplają i zaczęłam się zastanawiać...

Sophia klepie mnie po ręce i uśmiecha się.

- Cśś. W porządku. One nic nie wiedzą. Jest po prostu zajęty. Dużo pracuje i ma szkołę.

- Ja też mam - mamroczę.

Wtedy Sophia rzuca mi na kolana książkę, którą przyniosła.

- Właśnie! I musisz przeczytać dwa akty Czarownic z Salem, żeby wszystko nadrobić przed powrotem!

Przez moment poważnie rozważam popełnienie seppuku, ale przypominam sobie, ile wyniósł rachunek za leczenie rozbitej głowy, więc rezygnuję. Mama już i tak ma problem z zapłaceniem tego, nie trzeba jej jeszcze rozbryzganych jelit, a do tego totalnej śmierci. Poza tym nie mogę jeszcze umrzeć. Muszę porządnie podziękować Jackowi. Śmierć przed odwdzięczeniem się komuś za uratowanie życia twojej matki jest co najmniej nieuprzejma.

- Nie chcę wracać do szkoły - oznajmiam.

- Oczywiście, że chcesz.

- Oczywiście. Tutaj można się rozchorować z nudów.

- Więc bierzmy się do lektury. - Sophia się uśmiecha. Jęczę i odwracam się tyłem, a ona zaczyna czytać na głos. Uwielbia się nade mną znęcać. Albo po prostu cieszy się z towarzystwa. Nie mogę się zdecydować. Świetnie się dogadujemy, ale wciąż jest dla mnie jedną wielką tajemnicą. Dla mnie! Cesarzowej rozkminiania, jacy są ludzie. Czyta, a ja przyglądam się jej twarzy, dłoniom i sukience. Wszyscy w szpitalu ją znają, ale nikt z wyjątkiem jej lekarza nie wie do końca, co jej jest. Pielęgniarki nie lubią o tym mówić. Pytałam Naomi, ale na mnie nawarczała i powiedziała, że to tajemnica lekarska. Czasem Sophia zostaje w swoim pokoju "na zabiegi", bywa, że na kilka dni. Ale nie kuleje, nie kaszle ani nie wymiotuje. Nie ma bandaży ani szwów. Gdyby nie fakt, że jest taka blada i chuda i czasem narzeka na migreny, wyglądałaby na zupełnie zdrową.

- Soph? - przerywam jej. Podnosi wzrok.

- No?

- Wiem, że to będzie megawielki atak na twoją prywatność, a jak uczy historia, ataki na innych generalnie źle się kończą, ale nie jestem w stanie dłużej powstrzymywać ciekawości. To znaczy mogłabym. Ale wtedy z tego napięcia dokonam implozji.

Wybucha śmiechem.

- W porządku. Pytaj, o co chcesz.

- Czemu jesteś w szpitalu?

Powoli zamyka książkę.

- Ty naprawdę nie pamiętasz?

- Czego?

W jej oczach pojawiają odmęty smutku. Przez dłuższą chwilę patrzy za okno, a potem wzdycha.

- No co? - dopytuję. - O co chodzi?

Spogląda znów na mnie.

- Nie, nic. To po prostu smutne. Żal mi go. Przez jakiś czas był bardzo szczęśliwy. Nawet więcej niż szczęśliwy. Odżył i znów miał ogień w oczach. - Marszczę nos, ale zanim wybuchnę od dalszych pytań, Sophia mówi dalej: - A dolega mi to samo, co tobie. - Stuka się w głowę jednym palcem, a ja otwieram usta.

- Też miałaś czaszkę rozpołowioną jak melon?

Śmieje się, a dźwięk ten przypomina dzwonienie kryształowego dzwoneczka.

- Coś w tym stylu. Mamy w równym stopniu uszkodzone głowy. Może nie w ten sam sposób, ale popsute.

Zerkam do torby, którą przyniosła. Jest tam stos powieściowych romansideł. Z każdej okładki łypią tajemniczo klony Fabia, zerkające ponuro w kierunku skąpo odzianych kobiet mdlejących gdzieś na skałach, a zazwyczaj osuwających w kierunku jego krocza.

- Czemu lubisz te książki? To chyba same księżniczki, całowanie i mizoginia?

Sophia wzrusza ramionami.

- Nie wiem. Lubię księżniczki.

- Mają piękne suknie, cudowne włosy i masę pieniędzy. Trudno ich nie lubić.

- Chyba mi się podoba, że te historie zawsze się dobrze kończą. Zwłaszcza... Zwłaszcza że moja się tak nie skończy.

Serce mi się ściska. Jest o tym przekonana.

- Ej! Nie mów tak. Nigdy nie znałam kogoś, kto byłby w takim stopniu księżniczką jak ty. W sensie, że taką prawdziwą księżniczką. No, bez gruźlicy i ślubu z kuzynem. I bez ścięcia głowy.

Sophia wybucha śmiechem.

- Ty też jesteś księżniczką. Bardzo odważną. I szlachetną.

- Ja? Pff! - parskam, a w powietrzu unosi się mgiełka mojej śliny. - Ja jestem raczej... Gdyby to była baśń, byłabym smokiem.

- Czemu?

- Bo to bardziej pasuje. - Przygładzam włosy. - Lśniące łuski. Oczy jak klejnoty...

- Skrzydła zamiast rąk? - podsuwa ze śmiechem Sophia.

- To by była wiwerna! Skrzydła smoków są niezależne od kończyn. Ale wybaczę ci tę pomyłkę. Miałam dzisiaj zgagę i nie mam najmniejszej ochoty na schrupanie kolejnej białogłowy.

- Co byś robiła jako smok?

Wzruszam ramionami.

- No wiesz. Latałabym. Zbierała skarby. Czkałabym piekielnym ogniem na wieśniaków.

Sophia przez chwilę milczy.

- Ale nie rozumiem - stwierdza w końcu. - Czemu do ciebie pasuje smok?

- Zastanów się. Jestem czarnym charakterem. Smoków nikt nie lubi. Zawsze siedzą same w jakimś zimnym cichym miejscu. Nikt cię nie chce, bo jesteś za głośna i ziejesz ogniem. A jeśli jesteś księżniczką, wszyscy cię kochają i przez cały czas szlajasz się po dusznych salach balowych pełnych spoconych ludzi.

Unosi brwi.

- Sale balowe... Bale... Tańce... Fuj.

Znów rozlega się jej dzwoniący śmiech i nie mogę się powstrzymać, żeby do niej nie dołączyć.

- Poza tym wiesz - dodaję - smoki nie mają się czym przejmować. Chodzi mi o to, że książęta nie zakochują się w smokach...

"Brzydka".

- Zakochują się w księżniczkach.

"Myślałaś, że co to było? Miłość? Nie umawiam się z grubaskami".

- Więc wszystko się zgadza.

Sophia kiwa głową i przez chwilę siedzimy obie w milczeniu.

W końcu się uśmiecha.

- Wydaje mi się, że nie doceniasz księżniczek.

- Tak?

- Tak! Wszyscy udają, że je lubią, bo muszą. Ale księżniczki nie mają prawdziwych przyjaciół i cały czas siedzą zamknięte w zamkach. Każda księżniczka chce być wolna. Pragnie tego ponad wszystko.

W jej słowach brzmi głęboka prawda, jakby myślała o tym od lat, a nie od kilku minut. Ale uśmiecha się i napięcie znika. Sięga do torby i wyjmuje skórzaną kosmetyczkę, a z niej małe buteleczki z alkoholem, jakie dają w samolotach.

- Skąd to masz? - pytam.

Niewinnie wzrusza ramionami.

- Jakiegoś bogatego kolesia z uczelnianego bractwa przyjęli w sąsiednim skrzydle na odwyk. Kazali mu opróżnić kieszenie, gdy go przyjmowali. Wystarczyło świsnąć to z wózka ze skonfiskowanymi rzeczami.

- Nie mówiłaś mi, że dorabiasz jako herszt bandy złodziei.

- Jeśli się całe życie spędza w szpitalu, człowiek uczy się obsługiwać YouTube. Sztuczki magiczne też tam pokazują. - Uśmiecha się ciepło. - A na dodatek... - Pokazuje puszkę farby w sprayu. - Woźny zostawił to w swojej szafce.

- Boże, strach cię gdzieś wypuścić!

- Po prostu dobrze znam ten szpital - przyznaje skromnie.

- Więc jakie mamy plany na wieczór, madame?

- Pomyślałam, że najpierw to wypijemy... - Wskazuje na buteleczki. - A potem ozdobimy tę obrzydliwą budkę strażników rysunkiem środkowego palca.

- Wielkie genitalia będzie znacznie trudniej zmyć.

- I to mi się podoba! Jesteś okropna!

- Wolę określenie "kreatywnie zaangażowana". - Odkręcam buteleczkę i wypijam zawartość, a znajomy zapach wypełnia mi nozdrza.

Rum. Smak rumu i coli na języku. Ciepło rozgrzanych ciał tańczących wokół. Muzyka. Tak głośna, że nie słyszę swoich myśli. Plecami opieram się o czyjąś pierś, miłą i gładką. Podtrzymuje mnie, daje oparcie. Poczucie bezpieczeństwa.

- W porządku?

Głos Sophii przywraca mnie do rzeczywistości. Mrugam raz, cztery razy, pięć, dziesięć i dopiero wtedy przypominam sobie, że jestem w szpitalu. Co to do cholery było? Kto stał za mną, kto sprawiał, że czułam się tak bezpiecznie? Nawet przy mamie się tak nie czuję, odkąd dorosłam. Jest zbyt krucha. Ktokolwiek to był, zapewnił mi wewnętrzny spokój, którego smak wciąż pamiętam.

- Poczuję się lepiej, jak się upiję. - Łapię drugą buteleczkę. Jeśli będę piła, może przypomnę sobie coś więcej.

- Ej, czekaj! Zostaw coś dla mnie! - Łapczywie pije ze swojej flaszeczki. Wymieniamy się alkoholami, a kiedy zaczynamy chichotać bez żadnego powodu, wiem, że jesteśmy pijane.

- Jest mi ciepło i dziwnie. - Sophia się śmieje.

- Czy ty... - Czkam. - Czy ty pijesz pierwszy raz w życiu?

- Nie!

- Tak! - Klepię ją po plecach. - Jestem zaszczycona, że towarzyszę ci w dziewiczej podróży w głąb króliczej nory.

- Niepełnoletni nie powinni pić - szepcze Sophia, a potem zaczyna się śmiać. - Tylko że ja nie mogę czekać, bo wtedy już będę martwa!

Wzdrygam się, a ona przestaje się śmiać. Uśmiech znika jej z twarzy.

- Przepraszam - mówi. - Nie chciałam psuć nastroju.

- Jedyne, co popsułaś, to bilans procentów. - Podaję jej kolejną buteleczkę. - Ty w ogóle możesz pić, co? Nic ci się...

- Nie jestem aż takim mięczakiem. - Marszczy czoło.

- Czasem leki robią z ludzi mięczaków. Tylko się upewniam.

- Co cię to w zasadzie obchodzi? - rzuca Sophia. - Przecież prawie się nie znamy. - Obie zamieramy i widzę, jak szeroko otwiera ciemnoniebieskie oczy. - Przepraszam - mamrocze. - Przepraszam! Czasem tak się zdarza, że mówię coś bez zastanowienia, a potem jest za późno, nie mogę cofnąć słów i tylko się czuję okropnie.

- No już, cicho. - Klepię ją po plecach. - Nic się nie stało.

- Wszyscy tak mówią, że nic się nie stało, chociaż się stało i żal się w nich jątrzy, aż zaczynają mnie nienawidzić.

- Nie wiesz tego. Nie umiesz czytać ludziom w głowach! Byłoby fajnie, gdybyś mogła, na pewno ktoś napisałby o tobie przygodówkę dla młodzieży, ale tak nie jest. Chyba że...? - Zerkam na nią podejrzliwie. - Chyba że umiesz?

- Nie umiem. - Marszczy się. - Ale to nie zmienia faktu, że wszyscy się uczą mnie nienawidzić. Tak to się kończy. Z tobą będzie tak samo.

- Nie. - Zadzieram głowę. - Miałaś rację. Prawie się nie znamy. Święta prawda. Ale to nie znaczy, że mi na tobie nie zależy. Ludzie mówią, że najważniejszy jest czas, ale to nieprawda. Ja się przejmuję ludźmi, bardziej niż powinnam i szybciej niż powinnam... - Wspomnienie czyichś ust. Chciałam, żeby ten ktoś był szczęśliwy. Zależało mi na nim, zaczynało mi na nim zależeć bardziej niż na kimkolwiek od bardzo dawna... Kręcę głową. - Czas nie ma znaczenia. Jesteś moją przyjaciółką. Nie znienawidzę cię.

- Znienawidzisz. - Ze smutkiem wpatruje się w kolejną butelkę. - Słowa ranią. A ja gadam bez zastanowienia.

- Czemu?

Wzrusza ramionami.

- Mam to w pakiecie z chorobą. Łatwo się wkurzam. Mam huśtawki nastrojów. Zmiany behawioralne. Nie jestem taka jak kiedyś i przez to ludzie ode mnie odchodzą. - Milknie na chwilę, a potem wybucha śmiechem pełnym rozpaczy. - Ty się łatwo wywinęłaś. Uraz głowy, ale bez ubytków psychologicznych. No, nie licząc...

- Wspomnień - kończę za nią. Uśmiecha się.

- Czasem niepamięć jest błogosławieństwem. Gdybym mogła o nim zapomnieć tak jak ty, zapomnieć o tym wszystkim, przenieść się gdzieś, zacząć od nowa...

Milknie, a ja nachylam się i łapię ją za ramię.

- Czekaj. Co? O jakim nim? O czym ty mówisz?

Zagryza wargę, a potem podrywa się z łóżka i łapie puszkę z farbą.

- Ostatni przy budce strażnika jest głupi i ma wszy! - krzyczy, nagle ożywiona i pełna zapału. Nie wiem, co myśleć, ale biegnę za nią. Lekarze krzyczą za nami, żebyśmy zwolniły, ale Sophia chichocze tak dźwięcznie i głośno, że prawie ich nie słyszę. Biegnę jak pies tropiący na dół po schodach i na zewnątrz wokół żywopłotu. Wschodnie skrzydło szpitala jest bardzo spokojne, nie ma tu parkingu, tylko ogród, w którym mogą odpoczywać dochodzący do zdrowia. Zwykle strażnik patroluje właśnie parkingi, więc to doskonały moment, żeby popełnić przestępstwo i nie zostać przyłapanym.

- Czekaj! - krzyczę za nią, ale jest szybka. Za szybka, nie powinna być taka, przecież jest chora. A może jest chora tylko w swojej głowie? To jest z nią nie tak? Usiłuję ją dogonić, a przy okazji zastanawiam się nad nową hipotezą. Klęka przy stróżówce i potrząsa puszką. Na próbę psika trochę w powietrze i marszczy nos.

- Ale śmierdzi.

- Masz. - Wyciągam serwetkę, którą zgarnęłam z kolacji i podaję jej. - Zakryj usta i nos, żebyś się nie nawdychała.

- Bawisz się w mamę, jak miło! - Śmieje się, ale bierze serwetkę i zaczyna malować zachwycająco realistyczny środkowy palec na białej ścianie. - Nigdy nie miałam mamy.

Milczę, bo częściowo stoję na czatach, ale częściowo aż płonę z ciekawości.

- No nie, miałam. - Sophia znów potrząsa puszką i kontynuuje rysunek. - Ale postanowiła, że już mnie nie chce. Ani taty. Tak, pani Welles uznała, że ma dość nas obojga.

- Soph...

Kończy graffiti i kiwa głową z uznaniem. Podaje mi puszkę.

- Chcesz coś dodać?

Potrząsam nią raz i podziwiam wyraźny, czarny przejaw obsceniczności, który mam tuż przed nosem. Potem dorysowuję małe, krzywe serduszko, jakby podpis artysty. Sophia się śmieje, a potem ciągnie mnie z powrotem do szpitala. Obie jesteśmy nakręcone od oparów farby i adrenaliny.

Ale to mija, jak wszystko. Ona wraca do siebie, żeby wziąć leki, a ja zasiadam z laptopem. Facebook jest równie interesujący, co worek gnijących pomidorów, tyle że pomidory nie mają rasistowskich ani seksistowskich poglądów.

Nie wiem nawet, kiedy to się dzieje, ale nagle wpatruję się w puste okienko wyszukiwarki, a potem moje palce fruwają po klawiaturze.

"Sophia Welles Ohio"

Dotąd nie wiedziałam, jak ma na nazwisko. Wiedza ta otwiera przede mną nowy świat, mroczny, pokręcony. Tekst za tekstem, szczegóły tragedii, która spotkała jej rodzinę. Jej mama, która przez lata walczyła ze schizofrenią i uzależnieniem od heroiny, pewnego dnia nie wytrzymała i zabiła ojca Sophii, a sama przedawkowała prochy. Sophia miała siedem lat, gdy ich znalazła po powrocie ze szkoły. Babcia zabrała ją z Columbus, wielkiego miasta, i przywiozła do Northplains, żeby Sophia mogła od tego wszystkiego uciec.

Nie znam nikogo, kto by tyle przeszedł.

Zamykam laptopa i wpatruję się przez chwilę w sufit. Jak do cholery się z czegoś takiego otrząsnąć?

Nie da się.

Kończy się w takim miejscu jak to, z psychiką całą w bliznach.

Dopiero po dwóch dniach zbieram się na odwagę i idę ją odwiedzić. Nie tęskniła, bo przez co najmniej połowę tego czasu miała jedną tomografię za drugą, a do tego drobne zabiegi. Otwieram drzwi do jej pokoju; leży w łóżku, pod oczami ma purpurowe sińce, włosy u podstawy czaszki wygolone, a pośrodku zieje brzydka rana strasząca nićmi. Uśmiecha się blado.

- Cześć - skrzeczy.

- Co oni ci zrobili? - Głaszczę grzbiet jej dłoni.

- A, takie tam. Porządki w głowie. Wycięli parę guzów, poskładali czaszkę, to co zwykle.

- Masz w głowie guzy?

Wskazuje na butelkę z wodą, na stoliku nocnym. Podaję jej, a ona odkręca i pije. Potem wzdycha.

- Jestem dzieckiem narkomanki. Masa komplikacji. Prawie całe życie z krótkimi przerwami jestem w szpitalu. Któregoś dnia, jak przyszłam na badanie z babcią, znaleźli nowotwór. - Krzywi się. - Ale nie chciałam odpuścić. Przekonałam babcię, żeby pozwoliła mi chodzić do szkoły przynajmniej do początku liceum. Ale potem...

Spogląda na swoje dłonie. Za oknem gorliwie ćwierka ptak, a jego czerwony brzuszek jaśnieje na tle szarej panoramy Ohio. Razem patrzymy, jak odlatuje.

- Powinnam umrzeć już dawno temu - mówi cicho. - Ale mi nie pozwalają. Wciąż mnie trzymają przy życiu.

- Bo im na tobie zależy - przekonuję. - Skąd wezmą drugą tak piękną i dobrą osobę? Kto połamie setki męskich serc oraz okrętów, bo... Ten... Twoja twarz wysłała je w morze?

Sophia się uśmiecha.

- Chyba trochę pomieszałaś.

- Mieszanie to moja specjalność - wtrącam. - Jak ciasta. Słodkie i pyszne.

Cichy śmiech sprawia, że cała się rozpromienia, a cienie na chwilę znikają z jej twarzy. Wystraszyłam się. Przez moment brzmiała jak mama, na samym początku, gdy zamieszkałyśmy razem po jej zerwaniu z Leo. Jakby straciła nadzieję.

- Isis? - Do drzwi puka Naomi i zagląda do pokoju. - Ach, jesteś. Wiedziałam, że tu cię znajdę. Chodźmy. Doktor Mernich czeka. Cześć, Sophia. Jak się czujesz?

- Lepiej. - Sophia się do mnie uśmiecha. - Idź.

- Mhm, dzięki. Pani Mernich będzie pytać o uczucia, a prawdę mówiąc, wolałabym połknąć stonogę niż o tym mówić. A najlepiej zostać stonogą i uciec. Mogłabym zostać stonogą? Amerykańskie prawo to dopuszcza?

- Isis! - mówi ostro Naomi.

- Można zostać inżynierem konserwującym miecze świetlne, więc powinni też zezwalać na bycie robakiem...

- Stawonogiem - poprawia Sophia.

- Stawonogiem! Auć, Naomi, jakie masz wielkie ręce! Specjalnie cię tu z nimi przysłali, żebyś mogła mnie złapać, tak? Ostrożnie, kobieto! Jestem dobrem narodowym!

Naomi wyprowadza mnie z pokoju, a Sophia radośnie macha na do widzenia.

Doktor Mernich to ten typ kobiety, która zawsze zapomina uczesać zmierzwione rude włosy, ale jakimś cudem ten lekko opętańczy image do niej pasuje, co jest o tyle dziwne, że przecież pracuje ze świrami. Nie, żeby było coś złego w byciu świrem. Poznałam kilkoro i pewnie sama jestem świruską, nie wiem. A może wiem. W każdym razie nie pozwalam, żeby świr zaszkodził mojej domyślnej zjawiskowości w takim stopniu, że będę potrzebowała terapii. Ale nie zmienia to faktu, że Mernich jest moją drogą do wydostania się z tego miejsca. Będzie mnie tu trzymała, aż się upewni, że z moją głową wszystko w porządku. Co jest stratą czasu, bo przecież jestem diamentową fortecą nieprzeniknionego intelektu i powalającego seksapilu.

Odchrząkuje.

- Isis, znów...

- Pewnego dnia przestanę głośno myśleć, i to będzie smutny dzień w dziejach ludzkości. A już na pewno cichszy.

Wzdycha ciężko.

- Jak się dziś czujesz?

- Pewne elementy mojego jestestwa doznają wielu uczuć. Na przykład jelita. Co oznacza, że będę musiała odwiedzić toaletę. Jakoś tak w ciągu najbliższej godziny. Poza tą radosną perspektywą martwię się nieco o nadwątlone finanse mamy oraz jej najnowszą traumę, więc gdyby mogła pani szepnąć komu trzeba, żeby mnie stąd wypuścili, byłabym zobowiązana.

- Co mówiłyśmy o zbaczaniu z tematu za pomocą nonszalanckich żarcików?

Kulę się w fotelu.

- Że to raczej niewskazane. Chyba.

- A czemu tak stwierdziłyśmy? - dopytuje cierpliwie i gryzmoli coś w notesie.

- Bo się z niczym nie konfrontuję, tylko unikam tematu.

- Właśnie.

- Ale, żebyśmy były precyzyjne, uciekam jak gwiazda Słonecznego patrolu, nie klasowy pulpet na WF-ie. Oczywiście jestem pulpetem, ale uwodzicielskim, rozumie pani?

- Naprawdę myślisz, że jesteś otyła?

W tym rzecz. Waga mówi, że już jakiś czas temu schudłam trzydzieści osiem i pół kilo, ale nigdy się do tej świadomości nie przyzwyczaiłam. Wciąż łapię się na obawach, że się nie zmieszczę na krześle, na zamartwianiu się, ile miejsca gdzieś zajmę oraz że ludzie to zobaczą, wyśmieją i osądzą mnie z tego powodu. Nadal dostaję ze stresu pokrzywki, gdy mam włożyć kostium kąpielowy. Nawet śliczna bluzka, którą dostałam od macochy, mnie zestresowała.

"Jesteś piękna".

Te słowa odbijają mi się echem w pamięci, ale nie mogę ich zatrzymać, żeby im się przyjrzeć. Kto to powiedział? I kiedy? Próbuję się skupić na czymś innym.

- Pewnie. Jestem duża - odpowiadam. - I nikt mnie nie kocha. Ale to wiadomo.

Oczy jej rozbłyskują. Oczywiście, że już to wie, od dwóch tygodni rozmawiamy o moim życiu. To znaczy - przez dobry tydzień grałam na zwłokę, zwodziłam ją żartami i kłamstwami, ale potem zdałam sobie sprawę, że to od niej zależy, czy stąd wyjdę. Wtedy musiałam zacząć współpracować jak dorosły człowiek i Zacząć Mówić PrawdęTM. Ech.

- Wie pani już o mnie wszystko, prawda? - Przechylam głowę. - No pliz! Czemu nie może mnie pani wypuścić z tej - pardon my French - gównianej dziury?

Poprawia okulary.

- Obawiam się, że nie mogę. Są kwestie, którym musimy się bliżej przyjrzeć. Jesteś coraz bliżej, ale jeszcze nie u celu.

Jest bardzo zadowolona z siebie. Zdradza to jej usatysfakcjonowany uśmieszek oraz dyplomy na ścianach i nagrody.

- Podoba się to pani, że wie pani o ludziach różne rzeczy. Czuje pani władzę.

Doktor Mernich podnosi wzrok znad notatek i wyczuwam, że w jej aurze pojawił się element szoku.

- Słucham?

- Lubi. Pani. Pożywkę. Dla. Ego. Którą. Daje. Pani. Bycie. Terapeutką - informuję powoli. - I proszę tak na mnie nie patrzeć! Przecież ja pani nie oceniam! Rozumiem to! Ja też widzę w ludziach różne rzeczy i też lubię wiedzieć, że wiem. To dziwne. Głupie. Ale wiedza jest narkotykiem. A poza tym jest fajna i daje przewagę. Może któregoś dnia też zacznę na tym zarabiać. Muszę się zastanowić, w końcu to już pora wybierania college'u i w ogóle.

Mernich nieruchomieje na całe cztery dziesiąte sekundy, ale potem wraca do bazgrolenia, jakby ją ktoś z powrotem podłączył do prądu. Robi to, kiedy powiem coś megainteresującego, co może rozłożyć na czynniki pierwsze. W związku z tym notuje dużo. Gdyż, całkiem obiektywnie, jestem szaleńczo interesującą osobą. I bardzo dobrze. W końcu ciężko nad tym pracuję, do jasnej cholery!

- Ale co to ja mówiłam? - Drapię się w brodę. - Ach, wiem. Że czuję się tu trochę uwięziona. I mam dość szpitali. Oraz żal mi Sophii. Wie pani, że ona nie ma rodziców? I że jej babcia zmarła? Czy to nie masakra? Masakrycznie masakryczna!

Pani Mernich kiwa głową.

- Jestem jej psychologiem. Ale to silna dziewczyna, mimo tragicznego losu.

- Czyżbym słyszała nutę protekcjonalności? Powiedziałam, że mi jej żal, a pani od razu przykleja łatki, że tragiczny los? Wow. To ciekawe. Wow.

Dostrzegam czającą się za jej okularami wściekłość, ale szybko się opamiętuje i przybiera ten co zwykle, obojętny wyraz twarzy. O tak, jest niezła. Ale nie lepsza ode mnie. I od Jacka.

Zamieram, przestaję nawet dyndać nogami pod krzesłem.

- Jack? - mruczę pod nosem. - O co chodzi?

Skąd miałabym wiedzieć, w czym on jest dobry? Spędziłam w jego towarzystwie jakieś trzydzieści sekund, zaraz, gdy się obudziłam, a on na mnie wrzeszczał.

- Co z Jackiem? - ciśnie pani Mernich.

- Ech, nie wiem. Po prostu... Wpadło mi to do głowy. Co jest dziwne. To znaczy większość rzeczy, które mi wpadają do głowy, jest dziwnych, na przykład kiedy pomyślałam o Shreku w bieliźnie Victoria's Secret. Ale to jest nawet lepsze niż Shrek's Secret.

Mernich odchyla się na fotelu.

- Co pamiętasz sprzed wypadku?

- Składałam podania do college'ów. Nuda.

- A wcześniej?

- Byłam w szkole. I... I krzyczałam. Na kogoś. Nie pamiętam, na kogo. Może na Kaylę. Albo na Wrena? Tak, chyba na Wrena.

- Dlaczego krzyczałaś?

Dłoń nagle zaczyna mnie szczypać i przypominam sobie nieprzyjemne doznanie ciała uderzającego o ciało.

- Spoliczkowałam kogoś. Krzyczałam i uderzyłam go. Wren musiał chyba zrobić coś głupiego. Albo nie wiem.

- Przedtem? Jakieś ważniejsze wydarzenia?

- Impreza. Duża. W domu Avery. Na Halloween. Przebrałam się za Batmana. Albo nie. Za Batgirl?

- Kayla też poszła?

- Tak, w przebraniu syreny. Ona i jej chłopak, Jezu, jak on ma na imię? Nie pamiętam, ale wiem, że z deczka nim gardzę.

- Pogarda to bardzo dojmujące uczucie.

- Tak, ale życie też.

- Isis...

- Nie lubiłam go. A może coś w nim źle mi się kojarzyło. Nie wiem.

- Potrafisz przywołać jakieś wydarzenia z tej imprezy?

Nagle odczuwam uderzenie w głowie i z bólu zaczyna mnie ćmić kręgosłup. Zaciskam powieki i trę oczy.

- Isis? Co pamiętasz?

Wraca twarz Leo, łypie na mnie od strony drzwi wejściowych. Czuję w ustach smak paniki. Nie dam rady ocalić mamy.

- Nie wiem! Rzeczy.

- Spróbuj przypomnieć sobie szczegóły. Piłaś coś? Tańczyłaś? Kto się jak przebrał?

- Wren był... Zielony. Link! Tak, był Linkiem z gry o Zeldzie. A ja piłam... Colę. Chyba. Z rumem. Tylko proszę nie mówić mamie. Żartujemy sobie z tego, co piję, ale ona nie wie, że naprawdę piję, bo nie chcę jej martwić. Tańczyłam i był tam ktoś...

Zrobi jej krzywdę. Już kogoś skrzywdził. Sophię. Skrzywdził Sophię? Nie, coś jest nie tak. Leo jej nie zna. W takim razie kto skrzywdził Sophię? Kijem do baseballu. Avery zaatakowała mnie kijem, a czyjaś ręka go złapała. Widzę dużą dłoń o chudych palcach, jak zaciska się na kiju i jej go odbiera. Właściciel głosu mówi coś cicho, bardzo rozbawiony, a Avery jest przerażona, nieruchomieje...

Ból odbija się od ścianek mojej czaszki jak płonąca piłka tenisowa.

- Szlag! - Łapię się za głowę i chowam między kolanami.

- Oddychaj głęboko - podpowiada łagodnie pani Mernich. - Świetnie ci idzie, nie wycofuj się teraz. Co się jeszcze stało?

Łóżko. Miękkie łóżko i czyjeś usta, szepczące moje imię.

Ból powraca, rozkwita w mózgu jak przeklęty kwiat. Nic nie widzę. Świat robi się czarny i dzwoni mi w uszach.

"Tak to jest, jak się komuś zaufa".

"Brzydka".

"Może cię pokocham, jeśli nie będziesz się ruszała".

Mernich coś mówi, ale jej nie słyszę. Wszystko mnie boli.

Boli i chcę, żeby przestało.

"Masz jaja. Lubię to".

"Będzie zajebiście, jak nikomu nie zaufasz do końca życia!"

"Nie umawiam się z brzydkimi dziewczynami".

"Brzydka".

"Brzydka".

- Isis! Spójrz na mnie! - Podnoszę wzrok. Mernich jest blada. - Już dobrze. Nie zmuszaj się. Przepraszam. Oddychaj. Wdech i wydech. Świetnie. Powoli. Usiądź.

Prostuję się i wtedy zdaję sobie sprawę, że ręce mi się trzęsą. Cała dygoczę jak liść na wietrze.

- Dlaczego? - mruczę. - Dlaczego nie pamiętam, co się stało?

Pani Mernich znów sięga po notatnik i długopis.

- Żeby się dowiedzieć, musimy wrócić do początku.

- Jakiego początku, biblijnego? Do Genesis? Bo osobiście kieruję się w życiu trzema zasadami, mającymi mi zapewnić szczęśliwe i spokojne istnienie. "Nigdy nie podróżować w czasie, nigdy!", jest jedną z nich. Sama pani wie. Dinozaury zabijały. I dżuma też. A umówmy się, biorąc pod uwagę gigantyczne pokłady mojego nieziemskiego wdzięku, zostałabym spalona na stosie jako czarownica.

Doktor Mernich chichocze.

- Nie, nie aż tak daleko. Ale chciałabym, żebyś mi opowiedziała swoją historię. Prawdziwą. Tę o Willu.

Wzdrygam się, a skóra mi cierpnie na sam dźwięk jego imienia.

- Wolałabym podpalić sobie język niż o nim mówić.

- Wiem. Ale myślę, że najwyższy czas przestać uciekać. Chyba sama wiesz.

Nienawidzę jej. Nienawidzę jej z całych sił. To przez nią nie mogę stąd wyjść. I z każdym dniem podwyższam rachunek za szpital. Przez nią mama się martwi. Ale wiem, że naprawdę chce się dowiedzieć wszystkiego o Bezimiennym. Jeśli jej opowiem, może mnie wypuści. Jak dotąd nic innego nie zadziałało. Warto spróbować, nawet jeśli ta próba wyrwie mi wnętrzności i porzuci na poboczu, żebym się wykrwawiła.

- Od początku? - pytam cicho.

- Tak. - Kiwa głową.

Wciągam powietrze, a potem powoli wypuszczam. Na zewnątrz ćwierka ptak. O niczym tak nie marzę jak o jego wolności.

- W piątej klasie zabujałam się w jednym chłopaku. To był mój pierwszy błąd. Nie był jakoś wyjątkowo atrakcyjny. Raczej cichy, czasem opryskliwy, ale miał bardzo ładne włosy, ciemne i jedwabiste. Wszystkie nauczycielki się nimi zachwycały. Napisałam do niego miłosny liścik o treści: "Podobają mi się twoje włosy", a on się w niego wysmarkał i oddał mi na przerwie. W tych smarkach powinnam dostrzec widmo kłopotów, ale byłam zbyt zachwycona. Zwrócił na mnie uwagę! Na mnie, tłuściocha z szopą potarganych włosów i wiecznie cuchnącego potem. Nie olał mnie, nie wepchnął w kałużę błota ani nie nazwał wielorybem, po prostu wytarł nos w moją deklarację miłości i oddał mi. Był to najbardziej obiecujący kontakt towarzyski, jaki nawiązałam w ciągu dziesięciu lat życia na tej planecie. Tak się zaczęła matnia, w którą wpadłam. Żeby zwrócić na siebie jego uwagę, robiłam wszystko, z wyjątkiem popełniania przestępstw. Chociaż przestępstwa też popełniałam. Po pasie awaryjnym autostrady jechałam na rowerze pod jego dom, żeby gapić się przez okno, jak grał w gry. Ale potem się dowiedziałam, że tak nie wolno! W ogóle nie można jeździć rowerem po autostradzie. Więc zaczęłam jeździć autobusem, żeby gapić się przez okno, jak grał w gry. Tak wyglądały najlepsze lata mojego dzieciństwa, które w ogóle nie były dobre. Rodzice się rozwodzili, z czym wiązało się mnóstwo krzyków, wydatków i poczucia winy. Ciocia Beth zaproponowała, że weźmie mnie do siebie na kilka miesięcy, żebym nie musiała zmieniać szkoły, i w efekcie zostałam tam na pięć lat, ale ciocia w ogóle nie miała z tym problemu. Prawie co wieczór jadłyśmy na kolację grillowany ser i pozwalała mi oglądać filmy dla dorosłych. Generalnie było tak, jakbym umarła i trafiła do nieba, a żadne z moich rodziców ani trochę się mną nie przejmowało, nie licząc mamy, która, gdy przycisnęło ją poczucie winy, przysyłała mi masę designerskich skarpetek. Kocham ją, ale skarpetki? Jezu... No, ale moi rozkoszni dawcy genów przez sześćdziesiąt miesięcy debatowali, do kogo należy który wazon, a ja żyłam pełnią życia. To znaczy tak naprawdę jeszcze wtedy nie rzucałam się tak w oczy, ale rozumie pani, do czego piję. Zdarzały się sytuacje. Raz jedna panna przejechała mnie skuterem. Pamięta pani skutery? Ja pamiętam. I moja kość piszczelowa też. A inna dziewczynka podarowała mi żabę! Aż tak mnie lubiła. Znalazłam ją w mojej szafce w szatni! Miałam masę przyjaciół, a mówiąc masę, mam na myśli wszystkich, którzy się w bibliotece przeciskali obok mojego gigantycznego cielska, żeby sięgnąć do wybranych książek.

- Co robiłaś w bibliotece?

- Chowałam się. Zaczytywałam się w Jane Austen i płakałam. To było przełomowe doświadczenie. - Mernich kiwa głową, dając znak, żebym mówiła dalej. Robi to. Zmusza mnie do wytoczenia największych dział. Wzdycham. - No dobrze. Koniec czajenia się. Rozmawiałam z... Bezimiennym. Mogę tak mówić, prawda?

- Jeśli to ci pomaga, oczywiście.

Oddycham głęboko.

- Szpiegowałam go przez większość gimnazjum, ale pierwszy raz zamieniliśmy kilka słów na plażowej imprezie Jenny Monroe w siódmej klasie. Dziewczyny były ubrane w pastelowe tankini i pływały, a ja miałam na sobie dwie bluzy od dresu, legginsy i siedziałam z mamą Jenny. Nie rozumiałam, dlaczego Jenna Monroe w ogóle mnie zaprosiła. Składała się wyłącznie z nóg, brązowych kucyków i pisaków z brokatem, całkowite przeciwieństwo moich fałd tłuszczu i nudnych ołówków. Kiedyś się przyjaźniłyśmy, na etapie, gdy jeszcze robiłyśmy kupę w majtki i uczono nas, że mamy jej potem nie zjadać, ale biorąc pod uwagę, z jakim entuzjazmem wołała mnie do siebie jej mama, kiedy przyszłam, zaczęłam podejrzewać, że Jenna nie miała nic wspólnego z tym zaproszeniem. No dobra, więc tkwiłam po pas w żywiole, który w ogóle nie był mój. Dziewczyny chichotały, chlapały sobie wodą na cycki i wszędzie byli chłopcy! I się na nie gapili. Bezimienny też był, więc schowałam się za puszkami z zimnym piciem, które stały na stoliku, i starałam się wyglądać, jakby mnie tam w ogóle nie było. Chociaż jak się waży dziewięćdziesiąt kilo, niewidzialność jest nieco trudniejsza do osiągnięcia niż przeciętnie. Wszyscy mnie widzieli. Bezimienny też. Nasza wymiana spojrzeń trwała jakieś dwie sekundy, a potem odwrócił wzrok. A ja myślałam, że umrę. Wie pani, jak się jest grubym i ludzie na ciebie patrzą, to człowiek myśli, że zaraz umrze. - Podnoszę wzrok i widzę, że oczy pani Mernich się zasnuwają leciutką mgłą. Jest chuda jak patyk. Pewnie była taka przez całe życie. Nie ma pojęcia, o czym mówię. Na żadnych studiach tego człowieka nie nauczą. Wybucham śmiechem. - Wie pani co? Chrzanić to. Po prostu przejdę do części, na której pani zależy. Do tego, co wszyscy chcą wiedzieć. Nie obchodzi ich jak ani dlaczego, ale chcą dostać żywe mięso, żeby móc jak najszybciej powiedzieć: "Ojej, przykro mi" albo zabrać się do szukania rozwiązań.

- Nie o to chodzi...

- Nie, nie ma sprawy. W porządku. Pewnie tak będzie lepiej. Dzięki temu nie będę musiała wywalić przed panią całej tej obrzydliwej historii, żeby się pani musiała w niej babrać. Oszczędzę pani czas! Na pewno jest pani zajęta i ma mnóstwo świrów do obskoczenia, a ja jestem zdeklarowaną orędowniczką zdrowego rozsądku i nietracenia czasu. Właśnie. No więc tak. Tamtego dnia padało. Byłam u niego w domu. Na zewnątrz kumkały żaby, bo mieszkał niedaleko bagien. Taka jest Floryda. Same bagna. Bagna i złamasy. Jego mama uprażyła nam popcorn. Miałam tłuste ręce. I on też. Chodziliśmy z sobą od dwóch miesięcy, ale nie pozwalał mi nikomu o tym mówić, a gdy w szkole próbowałam z nim porozmawiać, olewał mnie, śmiał się ze mnie i kazał mi się odpieprzyć. Ale potem przepraszał. Jak byliśmy sami, robiło się miło. Milej. Poniekąd. Miałam czternaście lat. Czternaście, tak? Miałam czternaście lat i myślałam, że jestem zakochana i zrobiłabym wszystko, żeby mnie nie zostawił... - Czuję, że w gardle rośnie mi klucha, ale przełykam ją i zaciskam dłonie na podłokietnikach. - Wie pani, jak to jest? Nie chcieć stracić następnego kogoś? Wszyscy inni odeszli. Znaczy mama i tata. Nie chciałam, żeby i on odszedł. Gdyby mnie zostawił, nie przeżyłabym. Był jedyną normalną rzeczą w moim życiu. Przy nim czułam się... Jak się do mnie uśmiechał, czułam się ładna. To pani rozumie? Człowiek czuje się spasiony i obrzydliwy, aż tu nagle znajduje kogoś, przy kim czuje się ładny? Wie pani, na co się jest gotowym, żeby tę osobę zatrzymać? Zrobi się wszystko. Wszystko na świecie z wyjątkiem zabicia się. A może nawet i to, gdyby poprosił.

Patrzy teraz łagodniej. Ale już jej nie ufam. Tego chciała. I to dostaje. Długopis szaleńczo miota się po kartce, nawet gdy otwiera usta, żeby się do mnie odezwać.

- Przepraszam cię. Nie chciałam wypaść tak bezdusznie. Ale jest dobrze. Mówisz to wszystko na głos, chociaż mnie nienawidzisz, że to z ciebie wyciągam. Ale jest dobrze. To ci pomoże.

- Jasne. Wszystko jedno.

Trzęsę się. Cała dygoczę ze złości, której nie umiem wyrazić. Ale nie jestem zła jedynie na jej dziką ciekawość. Nie tylko na nią się wściekam. Gniew jest skierowany także gdzie indziej. Na Bezimiennego, że mnie skrzywdził. Na rodziców, że mnie zostawili. I na mnie samą, że pozwoliłam to wszystko sobie zrobić.

Mernich siada prosto.

- Na tym poprzestaniemy.

Wstaje, podchodzi do biurka, rozgląda się i sięga po znajomy żółty bloczek.

- Co pani robi? - dopytuję.

- Daję ci wypiskę.

- Nie będzie mnie już pani dręczyć? Nie każe mi pani tu wrócić i dokończyć? Sama pani mówiła, że muszę się z tym skonfrontować, a nie uciekać.

- To nie jest ucieczka - mówi spokojnie, a potem odrywa kartkę i mi podaje. - Pracuję jako psycholog od piętnastu lat. Są ludzie, którzy mnie potrzebują. Chcą, żeby wysłuchał ich ktoś całkiem obcy. Ale jako twoja lekarka nie mogłabym namawiać cię do dokończenia tej opowieści, nie z czystym sumieniem. To nie ja powinnam tego wysłuchać. To rola kogo innego, twojej mamy, taty, może Kayli albo Sophii. A może kogoś, kogo jeszcze nie poznałaś. Jedno z nich da ci wystarczające poczucie bezpieczeństwa, żebyś mogła to zrobić. Jedno z nich sama wybierzesz. Ale będzie to zależało od ciebie.

Wstaję i niepewnie biorę od niej żółty papierek, jakby to była jakaś pułapka. Ale ona tylko się uśmiecha.

- Nie spytasz o swoją diagnozę?

- Jestem stuknięta.

- Ani trochę. Wiesz, co to jest dysocjacja?

- Coś, co mają stuknięci ludzie.

Uśmiech lekarki jest pełen cierpliwości.

- Zdarza się to, gdy ktoś doznaje traumy. Wyobraź to sobie jako funkcję obronną mózgu. Powiedzmy, że ktoś rzuca śnieżką i wiesz, że trafi cię w oko. Twoje powieki reagują natychmiast, żeby ochronić rogówkę. Dysocjacja to właśnie taka powieka dla mózgu. Traumatyczne wydarzenie sprawia, że mózg się od niego separuje. Czasem manifestuje się to w postaci szoku, który szybko mija. Innym razem pojawiają się intensywniejsze reakcje, takie jak wyparcie, zespół stresu pourazowego lub w twoim przypadku... - Podnosi na mnie wzrok, a ja jestem przerażona, jakie słowa padną z jej ust. - Dziury w pamięci.

- Co? - jęczę. - Ja nie...

- Mierzysz się z chwilowymi, bolesnymi zanikami pamięci, gdy próbujesz przywołać pewną konkretną osobę. Twój mózg uznał ją za źródło zbyt wielkich emocji, a może i bólu. Nazywa się to amnezją wysepkową. Bardzo wyspecjalizowana i rzadka przypadłość.

- Straciłam mózg? Część wspomnień? Całkowicie je zapomniałam?

- Nie zapomniałaś ich, mózg nigdy naprawdę nie zapomina. Według mnie wspomnienia są na miejscu, tylko zagrzebane. Odzyskanie ich może potrwać wiele miesięcy. A możliwe, że już nigdy ich nie odzyskasz.

- Kim jest ta osoba? Ta, którą zapomniałam?

- Zastanów się. Co ci mówili przyjaciele? Zachowują się wobec ciebie inaczej, gdy w grę wchodzi jakaś konkretna postać?

Dociera to do mnie powoli: tygodnie dziwnych spojrzeń Kayli, westchnienia Wrena, Sophia kręcąca głową i mówiąca, że to smutne. A potem nagle zniekształcona twarz Jacka, gdy się obudziłam i powiedziałam, że go nie znam. Szeroko otwartymi oczami wpatruję się w beznamiętną twarz doktor Mernich.

- Jack. Ten chłopak. Wszystko, co o nim mówią, nie ma sensu. Ale czemu mam tę amnezję wysypkową czy jak jej tam? Wiem, że oberwałam w głowę, ale...

- Doznałaś poważnego urazu. Według mnie amnezja jest wypadkową tego oraz dysocjacji związanej z byłym partnerem matki.

- Czy Jack... Skąd go znam?

- Spytaj Sophię. Chociaż... Z tym papierkiem możesz od razu wyjść ze szpitala, prawda? Bardzo ci się spieszyło.

Patrzę na wymiętą żółtą karteczkę i zgniatam ją w dłoni.

- To może zaczekać.

Mernich się uśmiecha.

- Tak. Może zaczekać.

Rozdział 2

3 lata, 25 tygodni, 5 dni

Kompletnie nie wiem, co myśleć. Znałam Jacka. Znam Jacka. Ten wyszczekany koleś z twarzą jak z reklamy bielizny mnie zna.

Jeszcze niedawno, przed tą irytującą konstatacją, był po prostu chłopakiem, któremu wiele zawdzięczałam. Ale teraz stał się chłopakiem, którego znam! Znam jakichś chłopaków! Którzy nie są pociesznymi Wrenami! Czemu nikt mi nie powiedział? Przecież nie znienawidziłabym nikogo za kilka słów prawdy. Przeciwnie, jestem wielką zwolenniczką mówienia prawdy przez wszystkich mieszkańców planety! To by znacząco poprawiło komunikację międzyludzką i sprawiło, że ogólnie będzie mniej kijowo!

Sophię zastaję w świetlicy, czyta romans. Czyjeś wezbrane piersi na okładce wytrącają mnie z misji na jakieś dwie dziesiąte sekundy, ale potem przypominam sobie, że mam lepsze cycki, więc walę obiema pięściami w blat stolika.

- Sophie! Sofko! Sofoklesie!

Spokojnie podnosi na mnie wzrok i wkłada zakładkę między stronice.

- Słucham panią?

- Nie chcę być niegrzeczna ani wchodzić w zbyt gwałtowne konfrontacje, ale czemu, do jasnej cholery, nie powiedziałaś mi, że mam amnezję?!

Aż ją zatyka.

- Ty masz amnezję?

- Sopelku, no! - łkam.

Sophia wstaje, wkłada książkę pod pachę, a mnie oferuje drugie ramię.

- Oj przestań. Żartowałam. Chodź, przejdziemy się.

Rozważam, na ile skuteczny byłby nieprzerwany wrzask, aż zrobi to, o co proszę, ale stwierdzam, że jednak niespecjalnie, więc biorę ją pod rękę. Prowadzi mnie białymi, aż zbyt sterylnymi korytarzami. Lawirujemy wśród lekarzy i noszy. Z wózka inwalidzkiego macha do nas starsza kobieta, a Sophia odwzajemnia powitanie.

- Dzień dobry! Jak się pani czuje?

- Dobrze, kochanie. A ty? Słyszałam, że wkrótce będziesz miała operację? Doktor Fenwall jest jak najlepszej myśli!

- Och, wie pani, jaki on jest. - Sophia uśmiecha się szerzej. - On zawsze jest dobrej myśli. Ja się na nic nie nastawiam.

- Nie mów tak, skarbie! Jestem przekonana, że wszystko się uda, wkrótce wyjdziesz ze szpitala i zaczniesz chodzić na randki z tym twoim czarującym chłopcem.

Sophia się śmieje, ale gdy znikamy za rogiem, uśmiech natychmiast znika jej z twarzy. Wygląda jak kwiat ścięty pierwszym przymrozkiem.

- No co, wydawała się miła - próbuję ją rozchmurzyć. - Umierająca, ale miła.

- Wszyscy umieramy - stwierdza Sophia. - Po prostu niektórzy trochę szybciej.

Czuję się zdyscyplinowana i rozglądam się wokół, byle na nią nie patrzeć.

- Powinni to miejsce jakoś odświeżyć. Nie wiem, może namalować serduszka na ścianach. Albo szczeniaki. Wszędzie szczeniaczki. Szczeniaczkowy raj. W skrócie "szczaj".

Nie odpowiada, tylko wiedzie mnie na schody. Może to już koniec. Przestanie być moją przyjaciółką. Może nienawidzi szczeniaczków. I serduszek na ścianach! Może moja niewyparzona gęba w końcu mnie wpakowała w kłopoty. Nie mam jak stąd uciec, chyba że zeskoczyłabym z poręczy, na sam dół...

- Isis, co ty gadasz!

Patrzę na nią.

- Znów głośno myślałam? Mea culpa.

Sophia otwiera drzwi na szczycie schodów i oślepia mnie słońce. Wskazuje, że mam przez nie przejść. Wypadam na dach, a cierpkie zimowe powietrze szczypie mnie w twarz. Widać stąd prawie całe Northplains, umoszczone w skalistej dolinie poniżej. W koronach drzew szaleją drozdy, a spore ich stadko siedzi na dachu i dziobie coś bez sensu. Są takie spokojne. Takie małe. Takie radosne.

- Łaaaaa! - wrzeszczę i szarżuję na nie. Zrywają się z wściekłym piskiem i na ułamek sekundy ogłusza mnie ich krzyk. - To kara za to, że jesteście tak cholernie rozkoszne!

Obok staje Sophia, a wiatr się zabawia jej platynowymi włosami.

- Tutaj przychodzę, kiedy jestem smutna albo czuję się samotna.

- Super! - wrzeszczę trochę za blisko jej ucha, więc zaraz się poprawiam i szeptem powtarzam: - Super.

- Cieszę się, że ci się podoba. Nigdy tu nikogo nie przyprowadziłam. No, z wyjątkiem Jacka. Jemu pokazałam. I Naomi wie, że tu bywam.

- Bo jest wścibska jest skurczybyk.

- Tak, bo jest wścibska jak skurczybyk - zgadza się Sophia. Siada na krawędzi dachu. Ostrożnie spoglądam w dół - jest wysoko, bardzo. Konkretnie tak wysoko, że jakby co, to śmierć na miejscu. Ale Sophia zupełnie się tym nie przejmuje. Spokojnie kopie piętami w mur.

Nie chcę, żeby się czuła wystawiona, więc siadam obok niej i niepewnie spuszczam nogi. Ona coś nuci. Słońce chyba będzie się zbierać. Wciąż jest jasne i okrągłe, ale wygląda na zmęczone i zaczyna się chylić ku zachodowi. Świat jest spokojny. Albo nie zawraca na nas uwagi. Chorzy żyją w innym świecie. Zwykły świat skupiony jest na życiu, a my na tym, żeby nie umrzeć. A siedzenie tutaj, dosłownie centymetry od śmierci? To trzeci wymiar. Granica, strefa przejściowa. Wszystko jest kruche i może się zmienić pod wpływem najlżejszego wiatru, pojedynczego, lekkiego pchnięcia.

- O czym myślisz? - pyta Sophia.

- To głębokie i intymne myśli. Bardzo głębokie. Jak co najmniej dwie piosenki indie razem wzięte.

Śmieje się i nuci dalej, trochę wyższym głosem. Drozdy ćwierkają do wtóru. A może się z niej śmieją.

- Co masz na ręce? - pyta, a ja odruchowo naciągam rękaw na dłoń.

- Nic.

- Gdyby to było nic, nie nosiłabyś wiecznie długich rękawów.

- Nic, naprawdę.

- Próbowałaś się zabić?

Zapada cisza. Nawet drozdy nie ćwierkają.

- Nie - odpowiadam w końcu. - Jestem stuknięta, nie głupia.

Cisza powraca, chce się zemścić. Na tym dachu spoczywa ciężar wszystkich możliwych światów, wystarczy, że siedzimy tu my.

- Uprawiałaś kiedyś seks? - pyta. Bez specjalnego powodu zaczynam się wiercić. Łapie mnie za rękę, a ja prawie krzyczę.

- Chcesz mnie zabić?!

- To tylko pytanie.

- Właśnie. A nie odpowiedź na moje palące wątpliwości na temat mojej amnezji i Jacka!

- A ja uprawiałam seks. - Skubie sukienkę. - Z Jackiem.

- Super! - Czuję, że ściska mnie w gardle, a gdzieś w głębi brzucha coś zaczyna gulgotać. Jestem zdumiona reakcją mojego ciała na jej słowa, więc zachowuję się przebiegle i udaję, że w ogóle mnie nie poruszyły. - To znaczy, dobrze dla ciebie, naprawdę! O to mi chodziło. Mam nadzieję, że było dobrze! W ogóle oboje jesteście dobrzy! Razem!

- Zazdrość do ciebie nie pasuje. - Sophia się śmieje.

- Zazdrość? Przegapiłaś odcinek, w którym się okazuje, że Jack jest jedną wielką czarną dziurą w moim mózgu, a nie żywym człowiekiem? - A potem pewna myśl uderza mnie z takim łomotem, jakby tuzin Godzilli tańczył break-dance na ruinach Tokio. - Czy ja... Czy...?

- Nie! Nie, nie! - zaprzecza Sophia. - Przepraszam, nie chciałam cię tak wkręcić. Nie sądzę. To znaczy, hm. Nie wiem na pewno, co się między wami wydarzyło, ale z tego, co słyszałam ostatnio, oddawaliście się brutalnej i egoistycznej przepychance. Bez seksu.

- Brzmi prawdopodobnie.

- Mówił, że nazywałaś to wojną. A czasem krucjatą.

- Musiał zrobić coś naprawdę paskudnego, skoro odwołałam się do terminologii średniowiecznej.

- Nie wątpię, że były między wami nieporozumienia - przyznaje. - On potrafi być chłodny. A nawet okrutny. A ty jesteś dokładnym przeciwieństwem jednego i drugiego. Ale nie robi tego specjalnie. Po prostu ignoruje uczucia innych na rzecz logiki i racjonalności.

- Ach. - Wywalam z obrzydzeniem język. - To jeden z tych.

- Szantażował cię.

- To typowe narzędzie wojenne.

- A ty włożyłaś lipną maryśkę do jego szafki i prawie go wyrzucili.

- Ależ mi się udało!

- Pocałował cię.

Krew odpływa mi z twarzy i zbiera się gdzieś w okolicach stóp.

- Ach, nie, raczej nie...

- Ach, tak, raczej tak - poprawia. - Wiem od Avery. Właśnie, zapomniałam ci podziękować. Co prawda, odkąd tu jesteś, Jack nie przychodzi, ale za to Wren i Avery zaczęli mnie odwiedzać. Strasznie miło znów ich widywać. Minęło tyle lat! Mają wielkie poczucie winy.

- Czekaj, czekaj, zatrzymaj się na moment! - Podrywam się z krawędzi dachu. - Twierdzisz, że twój chłopak mnie pocałował?

- No nie wiem. A pocałował cię? - Przekrzywia głowę. - Ufam słowu Avery, nawet jeśli nigdy jej nie wybaczę. Ale twojej pamięci ufam bardziej. Powinnaś spróbować ją odzyskać. Wtedy obydwie poznałybyśmy prawdę.

- Jeśli mnie pocałował, powinnaś... Powinnaś z nim zerwać! To dupek! I nie rozmawiaj ze mną więcej! Ja jestem jeszcze większym dupkiem.

Sophia się śmieje, a potem też wstaje i kładzie mi rękę na ramieniu.

- Nie szkodzi. Skąd miałaś wiedzieć, że on mnie ma? Byłaś nowa, a on o mnie nie mówi.

Nagle zaczyna mi pękać głowa, czuję eksplozję bólu w okolicy czoła. Stękam i masuję skronie, a wspomnienia zaczynają wracać: twarz Jacka łagodnieje, gdy mówi o Sophii. Pudełko po cygarach. List z jej podpisem. Wściekłość, że myszkowałam w jego rzeczach i chciałam dowiedzieć się czegoś o Sophii. Furia tak namacalna i lodowata, że czułam, jak wymraża mi płuca. Coś, co się stało, gdy byli w gimnazjum. Kij do baseballu. Pocałunek. Ktoś mnie całował (Jack?). Przez cały czas dzwoniąca mi w głowie wiedza, że on ma Sophię.

- Wszystko w porządku? - pyta Sophia cicho. Biorę ją za rękę i zaciskam jej kruche palce w dłoni.

- On mówił o tobie - oznajmiam. - Teraz pamiętam. Boże drogi, nie mówił dużo, ale jak już... Był strasznie nadopiekuńczy. Drażliwy. Musiał mieć pewność, że nikt ci nie zrobi krzywdy. Chciał... Koniecznie chciał zadbać o twoje bezpieczeństwo. Raz próbowałam przeczytać list od ciebie. Włamałam się do jego domu, żeby to zrobić, ale miałam dobre intencje, przysięgam. Trzyma te listy w komodzie, w pudełku po cygarach swojego ojca. Równiutko poskładane, widać, że są dla niego ważniejsze niż własne życie. Gdy mnie znalazł, jak jeden czytałam, wściekł się tak strasznie, że autentycznie myślałam, że mnie zabije. Zaatakował mnie pytaniem. A pytanie brzmiało, czy chcę zginąć szybko czy powoli. - Sophia się rumieni i wpatruje się w ziemię. - On cię kocha - stwierdzam powoli. - Nie wątp w to nigdy. Prawie go nie pamiętam, ale jest ułamek, który teraz sobie przypomniałam. I czuję w kościach, że cię kocha, nie mam cienia wątpliwości. Zwłaszcza że moje kości się nie mylą. Chyba że mam grypę, wtedy są zajęte cierpieniem.

Sophia podnosi wzrok, a w jej ciemnoniebieskich oczach wzbierają łzy. To szlocha, to się śmieje.

- Przepraszam. Nie chciałam cię oskarżać. Ani nikogo. Po prostu... Jestem z nim od tak dawna, że już sama nie wiem. A odkąd się przeniosłaś do jego szkoły, te listy... - Przygląda się badawczo mojej twarzy, jakby czegoś w niej szukała. Potem kręci głową. - Wybacz. Już nieważne. Dziękuję.

I zanim udaje mi się dodać coś jeszcze głupszego, podchodzi do drzwi, zalicza po dwa schodki naraz i zostawia mnie samą z wiatrem i ptakami.

Spoglądam na swoje dłonie. Wspomnienia są bardzo wyraźne. Zapach jedzenia, które przygotował Jack. Twarz jego mamy, jej obrazy. Ich pies, Darth Vader. Pokój Jacka, zapach snu, chłopaka, miodu i mięty, tak dobrze znany, że od razu mnie uspokaja.

Uspokaja?

Krzywię się i wyrzucam tę śmieciową myśl do mentalnego kosza. Ten koleś jest złamasem! Całował mnie, mając dziewczynę! Mnie! Ja się przecież nie nadaję do całowania! A na pewno w porównaniu z kimś takim jak Sophia. Ma Sophię, a całował mnie, więc do tego, że jest złamasem, musi być jeszcze ślepym debilem. Dwa minusy, trzeci będzie dyskwalifikujący. Jeśli czegoś naprawdę nie lubię, to kolesi, którzy wykorzystują zaufanie swoich dziewczyn, żeby robić brzydkie rzeczy z innymi.

Ja też schodzę po dwa schodki. Nigdzie nie widzę Sophii, więc ruszam z powrotem do mojego pokoju, a po drodze usiłuję się jakoś uporać z niegodziwością, o której się właśnie dowiedziałam. Ale tuż za rogiem bez żadnego powodu wraca do mnie zapach Jacka. Jestem wściekła i kręcę głową. O nie! Cokolwiek mnie z nim łączyło, już po wszystkim. Jak tylko poznam wszystkie szczegóły, przeszłość trafi do zamkniętej skrytki, z której jej nigdy nie wyjmę. Sophia jest zbyt kochana. To moja przyjaciółka.

Ma już tylko Jacka.

- A poza tym ja go nawet nie lubię. I nie znam! Jak można lubić taką jednokomórkową mechaniczną pchłę?

- Jednokomórkowego kogo?

Podnoszę wzrok i widzę przy łóżku Wrena z jakimiś papierami w objęciach. Zielone oczy lśnią za okularami w rogowych oprawkach, a przyklapnięte zwykle włosy zwisają jeszcze smętniej. Zauważam go i rozkładam ręce, żeby do niego podbiec, ale okazuje się, że te papiery to zadania z matematyki, więc cofam się pod ścianę.

- Co to ma być?! - szepczę oskarżycielsko.

Mruga.

- Brakujące zadania na algebrę.

Syczę i wyginam plecy jak kot. Wren wzdycha i kładzie stos na stoliku nocnym, obok wazonu z przywiędłymi już słonecznikami, które dostałam od mamy.

- Musisz to zrobić, jeśli chcesz skończyć szkołę z nami.

- Hm, cóż, nie wiem, czy zauważyłeś, ale nie jestem typem ślepo idącym za konwencjonalnym tłumem. Poza tym w naszym roczniku jest ze czterysta osób, a ja lubię trzy. Jesteś jedną z nich. Drugą jest Kayla. - Wren z ciekawością czeka, kto będzie trzeci. - No i Nożownik.

Wzdycha.

- Czyli nie doszłaś w pełni do siebie.

- A żebyś wiedział, że doszłam! I teraz mogę cię spytać: czemuś mi nie powiedział o Jacku?

Przez sekundę jego twarz wyraża tylko szok.

- Byłaś w ciężkim stanie. Jak mogłem ci powiedzieć, kiedy leżałaś w łóżku z wielkim, zakrwawionym bandażem na głowie? Cieszyłem się, że żyjesz. Wszyscy się cieszyliśmy.

- Tak, doceniam, że żyję i że mam się dobrze, ale przegapiłeś tę część, w której kocham swój mózg i chcę wiedzieć, co zawierał!

- Słuchaj, przepraszam. - Wren zdejmuje okulary i pociera oczy. - To moja wina. Stresują mnie dziewczyny w stanach psychicznych odbiegających od normy. Nie wiem, jak im pomóc, nigdy nie wiedziałem. Zawsze tylko pogarszam sytuację. A ponieważ w tym szpitalu jest też Sophia, byłem w lekkiej panice. Wybacz. Za bardzo zająłem się sobą i twoje sprawy wyleciały mi głowy. - Uśmiecha się przepraszająco i nie mogę się na niego gniewać. - Ty naprawdę... Nie powiedziałem ci, jak bardzo mi pomogłaś - kontynuuje. - Taka jest prawda. Zanim się tu przeniosłaś, przyjaźniłem się z ludźmi powierzchownie. Czułem się niezręcznie, gdy zaczynałem docierać do ich prawdziwej natury. I pasowało mi, że oni mnie też lubią powierzchownie. Ale ty... Przepraszam. Nie chciałem cię ranić. Więc ci nie powiedziałem. A powinienem był. Przepraszam.

Milknie, a potem lekko ode mnie obrywa. W ucho.

- Chodź tu, gówniarzu! - Łapię go za szyję i pięścią czochram mu włosy. - Myślisz, że jesteś taki super, bo się martwisz o wszystkich wkoło jak jakaś parchata matka kwoka, co? Zaraz ci pokażę...

- Uhm.

Zerkam w stronę drzwi. Stoi tam Sophia. Wren robi się blady jak ściana i wyszarpuje się z mojego uścisku.

- S-Sophia - jąka się.

- Wren! - Uśmiecha się Sophia. - Miło cię widzieć. Tallie za tobą tęskni. I ja też. Ale Tallie bardziej.

Jego biała twarz nabiera zielonkawego odcienia.

- Byłem... zajęty.

- Zbyt zajęty, żeby zajrzeć do mnie i Tallie? - Sophia przekrzywia głowę. - Zbyt zajęty przez cztery długie lata? Jack i Avery ją odwiedzają, ale ty jakoś nie.

Napięcie sięga zenitu i nikt nie zwraca na mnie uwagi, więc muszę wkroczyć do akcji i zadać kilka koniecznych pytań.

- Kto to jest Tallie?

Wren nie patrzy ani na mnie, ani na Sophię, wbił wzrok w podłogę. Sophia nadal się uśmiecha.

- Nasza przyjaciółka. Ale nie przejmuj się. Przepraszam za najście. Zajrzę później.

Po jej wyjściu Wren wypuszcza powietrze, które przez cały ten czas trzymał w płucach.

- Myślałam, że gadaliście, skoro tu przychodzisz - stwierdzam. - Co cię tak przeraziło?

- Raczej nie można tego nazwać gadaniem - szepcze Wren. - Ona tylko patrzy na mnie z drugiego końca korytarza i się uśmiecha. Ale nie rozmawialiśmy. To był pierwszy raz... od lat.

- Ta Tallie to ktoś ważny?

Wren zaciska usta, a ja wiem, że nic z niego nie wycisnę.

- Dobra, nieważne. Spoko. Ty masz swoje tajemnice, ja swoje. Nasze tajemnice powinny wziąć ślub i mieć dzieci.

Jest trochę zszokowany.

- Platonicznie - dodaję. - Całkowicie platoniczne rozmnażanie.

- Tak się nie da

- Wszystko się da!

Odwracam się, wskakuję do lóżka i wygładzam pościel, jak zrobiłaby dama, którą nieudolnie zgrywam. Wren wygląda, jakby toczyła się w nim wewnętrzna bitwa. Usta ma skrzywione, a ramiona mu się trzęsą.

- Hej! Co z tobą?

- Mówiłem ci już, że miałem kamerę - wypala.

- Kamerę?

- Avery dała mi kamerę, tamtego wieczoru, w gimnazjum. Chciała mieć tę akcję nagraną.

Akcja. Pamiętam jak przez mgłę, ale gdy wypowiada to słowo, powraca fala obrazów: Jack z kijem baseballowym. Gimnazjum. Avery. Wren i Sophia tam byli. Dwóch facetów? Trzech? Avery powiedziała, że zatrudniła ich, żeby się odegrać na Sophii, bo była zazdrosna.

- Avery mnie zastraszyła. Nie. Ja się dałem zastraszyć - cedzi. - Schowaliśmy się w krzakach. To było nad jeziorem, nad Galonagah. W rezerwacie przyrody. Jej rodzice mają tam domek. Zaprosiła nas na imprezę, a potem zwabiła Jacka i Sophię do lasu, gdzie ci faceci czekali. - Serce dudni mi w uszach, a Wren zaciska dłoń. - Nagrałem wszystko. To było potworne. Powinienem był przestać. Odłożyć kamerę i ratować Sophię. Ale tego nie zrobiłem. Stchórzyłem. Zamurowało mnie. Mogłem się tylko wpatrywać w wyświetlacz i udawać, że to się nie dzieje naprawdę, że to film, a nie prawdziwe życie. - Cały dygocze. Wyskakuję z łóżka i obejmuję go.

- Hej, no już. Wszystko jest dobrze.

- Nie - odpala zdławionym głosem. - Nie jest dobrze. Jack ją uratował. Ja nie mogłem nic zrobić, ale on ją ocalił.

Masuję go po plecach.

- A co z tymi facetami? Co się z nimi stało?

Patrzy zaczerwienionymi oczami. Strach znów przejmuje kontrolę. Wraca do siebie, widzę to w jego rysach. Zmienia wyraz twarzy i pozycję, staje prosto, znów jest pewny siebie.

- Przepraszam - mówi stanowczo. - Miałem ciężki dzień. Muszę wracać do domu. Spróbuj zajrzeć do tej matmy, dobra? Napisz, jakbyś miała pytania.

- Wren, ja...

- Isis, nie. Ja wciąż... Ty dochodzisz do siebie. I ja też. Nie... Po prostu nie. Nie teraz.

Cofam się.

- Dobrze. Jedź do domu, żebyś dotarł przed zmrokiem. I pamiętaj o kolacji!

Uśmiecha się.

- Będę pamiętał.

Patrzę przez okno, jak odjeżdża ze szpitalnego parkingu. Po półgodzinie wysyłam mu esemesa: "Zjedz coś, ty durnoto". W odpowiedzi przesyła emotikonka z grzanką z serem. To za mało, ale musi wystarczyć.

Po kolacji przychodzi mama. Grzebię właśnie w nasączonym krokodylim mięsie czy też potrawce z zadu Frankensteina zwanym kurczakiem, więc kiedy wkracza z torbą fast foodu, padam jej w ramiona i wyobrażam sobie, jak wokół nas opadają płatki róż.

- Kocham cię - mówię. - Naprawdę moja miłość do ciebie nigdy nie była tak wielka, jak w tej chwili. Nie licząc oczywiście tamtej, kiedy wypchnęłaś mnie na świat, rozdartą i pokrytą mazią.

Mama się śmieje. Płaszcz ma zimny od wieczornego powietrza, ręce też. Rozcieram je, żeby ją rozgrzać. Siada przy łóżku i w milczeniu jemy frytki i burgery, ciesząc się swoim milczeniem. O poważnych sprawach mówimy, gdy się dobrze pośmiejemy. W przestrzeń między nami a mrokiem trzeba upchnąć trochę normalności. W ten sposób zdobywa się moc, żeby mu stawić czoło. Na tym etapie jesteśmy już ekspertkami od żebrania o siłę, żeby jakoś iść naprzód.

Macham świstkiem od doktor Mernich. Mama szeroko otwiera oczy i ociera usta serwetką.

- Jak ci się to udało?

- Zaszantażowałam kilku kongresmenów. Przekupiłam paru mafiosów. No wiesz, to, co zwykle.

- Isis!

- Dostałam od Mernich, jak inaczej? - Śmieję się. - Musisz to podpisać i zostawić pielęgniarkom. Będą mi pewnie musieli zrobić jakąś ostatnią tomografię i zdjąć bandaże.

- Bez tego nie wpuściłabym cię do domu - mówi mama stanowczo. - Dam im, jak będę wychodzić. Ale mnie zaskoczyłaś! Mernich mówiła, że będziesz gotowa dopiero w przyszłym tygodniu.

- Podbiłam jej serce urokiem osobistym oraz pałacami pełnymi pieniędzy i młodych chłopców. Głównie tymi chłopcami.

Ale mama prawie mnie nie słucha, skupia się na żółtej karteczce. Potem podnosi wzrok i z uśmiechem pyta:

- Jesteś gotowa na powrót do domu?

Widzę na jej twarzy ulgę. Kiedy tu przychodzi, rachunki za leczenie sterczą jej z torebki. Raz zajrzałam, kiedy poszła do toalety. Kwota jest absurdalna. Teraz przestanie się już tak martwić. Alleluja.

- Żartujesz? Jestem gotowa wpaść na podjazd ślizgiem brzusznym! Rozsmarować moją żałosną egzystencję po dachu! Zlać się ze ścianami! Przeszczepić sobie okna na pośladek!

Mama taktownie ignoruje moje teatralne występy i skubie pikle. Ale znam ten wyraz jej oczu. Martwi się.

- Coś nie tak? - pytam.

- Proces. - Przełyka ślinę. - W ten piątek rozprawa Leo.

- Mówiłaś. - Kiwam głową. - Będę z tobą, tak? Gdybym mogła zeznawać, gdyby twoja prawniczka mi pozwoliła...

- Pamiętasz, co powiedziała. - Mama kręci głową. - Jego obrońca by twierdził, że z powodu urazu głowy twoje zeznania są niedopuszczalne.

Prycham pogardliwie i zaczynam popijać napój.

- A co z Jackiem?

Mama wygląda na zdziwioną.

- Z Jackiem? Jak to co z nim?

- Będzie zeznawał?

- Nie jestem pewna. Wcześniej o nim nie mówiłaś. Czemu nagle zaczęłaś?

- Pamiętam go. Przypomniałam sobie na sesji.

- Wspaniale! - Mama się uśmiecha.

- Czemu mi nie powiedziałaś, że o nim zapomniałam?

- Chciałam, ale doktor Mernich poradziła, żebym tego nie robiła. Chciała, żebyś sobie sama przypomniała. Powiedziała, że tak będzie zdrowiej.

- Wcale nie! Nie wiedziałam, co myśleć!

- Chciałam ci powiedzieć, naprawdę - przekonuje mama. - Ale bardzo się o ciebie bałam. Robiłam wszystko, co mówili lekarze, żeby nic nie zepsuć. Nie chciałam ryzykować. - Milczę, a mam wzdycha. - To bardzo miły chłopiec, wiesz?

- Nie, nie wiem, mamo.

Mówię to ostrzej niż zamierzałam. Mama się wzdryga. Pożeram frytkę i wzdycham.

- Przepraszam. Ale to był strasznie dziwny dzień.

Wstaje i całuje mnie w głowę.

- Wiem, skarbie. Spróbuj trochę odpocząć. Na stole kładę twoje ubrania...

- Prawdziwe ciuchy! - krzyczę na widok torby. Wystają z niej sznurówki moich trampek i czuję, że nigdy nie byłam tak szczęśliwa na widok sznurowadła.

- Pamiętaj: jutro wracasz, będziesz w domu i zajmę się tobą. Boże, Isis, tak się cieszę, że wracasz.

- Ja też.

Mama wychodzi, za kilka godzin po raz ostatni przed nocą zagląda Naomi. Skubię ostatnią frytkę i włączam jakieś głupie kreskówki, żeby mnie ukołysały do snu.

- Podobno wychodzisz - rzuca Naomi.

- No.

Unosi brew.

- I co, żadnych salt? Żadnych okrzyków radości? - Podchodzi do łóżka i dotyka mojego czoła. - Dobrze się czujesz?

- Wszyscy mnie okłamali.

- Tak? A niby po co?

- Ty też kłamałaś.

- Co to, to nie! - Jest wyraźnie urażona.

- Mogłaś mi powiedzieć, że mam amnezję.

- To jest psychologiczna działka doktora Fenwalla i doktor Mernich. Uprzedzili mnie, ale zabronili mówić tobie. To moi szefowie. Mogliby mnie wyrzucić z pracy, gdybym ci powiedziała.

- Aha. - Marszczę czoło. - Przepraszam.

Przysiada się do mnie na łóżku i zgarnia okruchy hamburgera.

- Jak myślisz, czemu inni to przed tobą ukrywali?

- Bo lubili patrzeć, jak się miotam.

- Bzdura! Chcieli cię chronić. I zależało im, żebyś doszła do siebie.

- Nawet Sophia wiedziała.

- A to nic dziwnego, ta dziewczyna wie wszystko. Czasem mi się wydaje, że umie czytać w duszach. - Naomi przeszywa dreszcz, chociaż w pokoju nie jest zimno. - Obiecaj mi, że nie zakradniesz się dzisiaj na oddział dziecięcy.

- Ale... Muszę się pożegnać.

- Zaprowadzę cię rano. Daj słowo.

- Słowo.

- Konkretniej.

Prycham.

- Daję słowo, że nie będę się dziś wspinać po ścianie i przełazić przez chwiejny parapet, żeby się dostać na oddział dziecięcy.

- Grzeczna dziewczyna!

Poprawia mój wenflon i klika coś na monitorze. Zagląda do mojej karty, a potem zasłania żaluzje i gasi światło.

- Dobranoc, Isis.

- Dobranoc.

Szpitalne łóżko jest dość wygodne, ale na dłuższą metę wygoda robi się upierdliwa. Człowiek czuje się bezużyteczny i rozleniwiony. Ale wychodzę stąd. Jutro mój ostatni dzień. Prawdziwy świat już czeka. I moje wspomnienia też.

Rozdział 3

Ganek przed domem Isis jest ciągle zdezelowany.

Wietrzne dzwonki nucą coś żałośnie. W środku jest jasno, kwadraty ciepłego światła odcinają się na tle mroku. Wyciągam kluczyki ze stacyjki i sięgam na tylne siedzenie po jeszcze ciepłe lasagne. Pani Blake przystroiła drzwi wejściowe wieńcem bożonarodzeniowym i zawiesiła sznurek białych światełek. Przygładzam włosy i dwa razy pukam. Szybki po obu stronach drzwi, które ten złamas potłukł, zostały już wymienione, ale na ich widok znów ściska mnie w gardle.

Otwiera pani Blake, ubrana w sweter i legginsy. Wygląda na znacznie szczęśliwszą niż w czasie moich poprzednich wizyt i ma przytomniejsze oczy.

- Jack! - Otwiera drzwi. - Chodź szybko, bo zamarzniesz.

Wchodzę do ciepłego wnętrza, a ona odwiesza moją kurtkę i zachwyca się moim podarunkiem.

- Sam ją zrobiłeś? Pachnie pysznie! Musiało ci to zająć strasznie dużo czasu!

- To nie takie skomplikowane. Trochę mięsa i sosu.

- A tam! Nigdy w życiu nie zrobiłam dobrego lasagne. Bardzo ci dziękuję.

- Proszę jeść, póki ciepłe.

Śmieje się.

- Pewnie! Chodź do kuchni. Chcesz kawałek?

Ignoruję burczenie w brzuchu.

- Już jadłem.

- No to napij się przynajmniej soku. A może coś gazowanego? Wiem, mogę cię zrobić ajerkoniak na ciepło!

- Wystarczy woda.

Cmoka, a ja dobrze znam ten dźwięk. Isis robi to samo, kiedy jest czymś rozczarowana. Pani Blake nalewa wody do szklanki i podsuwa mi, a sama zabiera się do jedzenia. Siedzimy przy stole, więc patrzę, jak zajada. Nadgarstki ma jeszcze chudsze niż ostatnio.

- Czy pani w ogóle coś je? - pytam cicho.

Wzrusza ramionami.

- Ach, wiesz, jak jest. Ostatnio w muzeum jest mnóstwo pracy. Nie gotuję tak często, jak powinnam.

- Zapomina pani.

Uśmiecha się potulnie.

- No tak. Isis jest w tym świetna, zawsze robi mi lunch i wkłada do samochodu, żebym rano nie zapomniała wziąć.

Wkłada do ust kolejny kęs, a oczy jej się rozpromieniają.

- Jesteś naprawdę świetnym kucharzem. Pyszne! Dziękuję.

- Przynajmniej tyle mogę zrobić.

- O nie, nie. W ogóle nie musisz tego robić. Odwiedziny, jedzenie, wszystko. Jestem... Nawet nie wiesz, jaka ci jestem wdzięczna. Tak bardzo nam pomogłeś.

Pod stołem zaciskam pięści.

- W ogóle nie pomogłem.

- Gdyby nie ty... - Milknie i głęboko wciąga powietrze, jakby to, co zaraz powie, wymagało więcej tlenu, więcej siły. - Bez ciebie Leo by...

- Nic nie zrobiłem. Nie zdążyłem pomóc Isis - rzucam. - Została ranna, bo przyjechałem za późno. Zawaliłem.

Ostatnie słowo odbija się echem w prawie pustej kuchni z przyćmionym światłem.

- Ona nie... Jack, nie! To w ogóle nie tak.

Tak. Właśnie tak. To moja kara. A ja ją przyjmę. Od dawna wiedziałem, że przyjdzie czas pokuty.

Wstaję i idę do sieni po kurtkę. Matka Isis nerwowo rusza za mną

- Nie chciałam... Przepraszam. Nie musisz wychodzisz.

- Idę do pracy.

Nie mówiłem jej, gdzie pracuję. Wie tylko tyle, że muszę wyjść. Oraz, równie dobrze, jak ja, że to tylko wymówka.

- No dobrze. Jedź ostrożnie.

Milczę. Unosi ręce i mnie przytula. Zwalczam odruch odepchnięcia jej. Ma takie delikatne ręce. Przez chwilę wydaje mi się, że to moja mama. Pierwszy się odsuwam. Jak zawsze.

- Muszę iść - powtarzam, a ona kiwa głową.

- Przyjdziesz? Na rozprawę?

- Postaram się. Ale nie wiem, czy będę mógł wejść na salę. Spytam prawnika mamy.

Odprowadza mnie wzrokiem. W jej oczach nie ma strachu, już nie. W każdym razie nie tego, który widziałem. Nie próbowała mnie powstrzymać. Dała mi wolną rękę. Może czuje się winna, że pozwoliła mi prawie zabić Leo. Nie ma po co jej mówić, że i tak by nic nie zdziałała. To coś we mnie, żądne krwi, bólu i sprawiedliwości, co noszę w sobie od tamtej nocy, nie dałoby się zatrzymać. Od dawna było wygłodniałe, a pręty lodowej klatki, która je hamowała, prawie stopniały przez jakąś głupią, wkurzającą dziewczynę.

To się już nie powtórzy.

Wsiadam do samochodu, zapalam silnik i odjeżdżam.

Potwór więcej nade mną nie zapanuje. Następnym razem go okiełznam. Tak sobie mówiłem tamtej nocy. Obiecałem, że to ostatni raz. Ale nie. Straciłem kontrolę. Z tego powodu prawie zabiłem człowieka.

Kręcę głową i wjeżdżam na autostradę. Potwór będzie musiał poczekać. Strach też.

Ale Blanche Morailles nie może.

Koniec wersji demonstracyjnej.