Myślałam, że zniosę jajo (albo co najmniej trzy), zanim ten pochrzaniony Romeo od siedmiu boleści i jego równie popieprzony kumpel wrócą tu z Lee. Nie tylko żaden z nich dwóch - żadne z nich trojga nie odbierało telefonu i nie odpisywało na wiadomości.
"Zostań i czekaj przy telefonie, będziemy się odzywać, okej?" - obiecanki, cacanki. Wystarczyło, że Ash ujął moje ręce w swoje dłonie, a ja już przelałam mu się przez palce jak masa krówkowa. Wyszedł i odjechał, i oczywiście ani razu się nie odezwał. Nie wysłał nawet paru sygnałów dymnych.
Jasne, bo po co? Zostawmy Madson, niech siedzi na chudym tyłku i kwitnie przez trzy dni, nie mając pojęcia, co się dzieje.
Zrobiłam zdjęcie wizytówki Hawkesa, żeby wiedzieć, dokąd dokładnie się wybierają, wyrwałam Ashtonowi kartę magnetyczną do drzwi i postanowiłam czekać u nich w mieszkaniu, aż się pojawią. Jaxowi wcisnęłam kit, że na prośbę chłopaków pilnuję ich mieszkania, więc zabijałam czas, czytając, gotując i modląc się do wszystkich znanych mi wyższych instancji, łącznie z Avengersami, o powodzenie misji Frosta i Chase'a.
Na wypadek, gdyby instancja marvelowska okazała się niewystarczająca, w lewej dłoni co pewien czas ściskałam swój talizman.
Byłam taka zła! I bezsilna!
Gdybym wiedziała, kim był kierowca camaro, własnoręcznie spuściłabym mu powietrze z opon i powybijała szyby. I skopała lusterka.
Martwiłam się.
Umierałam ze zmartwienia.
Znienawidziłam żółte chevrolety camaro i postanowiłam znielubić Bumblebee oraz na wszelki wypadek także wszystkich transformersów.
Już jakiś czas temu doszłam do wniosku, że Maverick i ja jesteśmy tacy sami. Oboje dążymy do ratowania świata, a raczej ludzi, na których nam zależy, choć z różnych pobudek i w odmienny sposób. On walczył oficjalnie, w wojsku, zaciągnął się do armii i zawierzył instytucjom, a ja działałam w partyzantce, nie obnosiłam się ze swoimi zamiarami i robiłam wszystko, żeby szerzyć dobrą energię w sposób nieortodoksyjny.
Chyba od zawsze byłam taka, a rollercoaster zdarzeń ostatnich czterech lat jeszcze to zintensyfikował. Rodzice opowiadali, że od dzieciństwa przynosiłam do domu zbłąkane koty i ptaszki ze złamanym skrzydełkiem, a kiedy jedna z koleżanek w klasie po wypadku samochodowym wylądowała w szpitalu na dwa tygodnie, niemal przeprowadziłam się do niej i przez czternaście dni grałam z nią w planszówki i szyłam ubranka dla lalek.
A potem pieprzony sprawiedliwy los dobrał się do mojego tyłka. A raczej kości. Stop! Nie chciałam wracać do tego myślami.
Jedyny problem polegał na tym, że byłam niecierpliwa, a fakt, że czas nie działał na moją korzyść, tylko dodatkowo mnie wkurzał.
Leżałam na łóżku Ashtona, wymachując gołymi nogami w powietrzu i ciesząc się, że kondycja skóry nóg i ramion tak bardzo się poprawiła. Sterydy pomogły i już niemal bez wstydu mogłabym się komuś pokazać. Mogłabym się pokazać Chase'owi.
Tak bardzo chciałam mu się pokazać i nie zobaczyć w jego oczach tego, co ujrzałam w twarzy Jamesa.
Tymczasem leżałam i rysując w głowie możliwe scenariusze, uruchomiłam odliczanie do powrotu chłopaków. Tylko mnie mógł przyjść do głowy hipotetyczny countdown, ale jego jedyna funkcja sprowadzała się do zabicia czasu i skutecznego zajęcia moich myśli.
Jakby co, countdown to zło.
Zwłaszcza gdy nie masz pewności, do kiedy odliczasz.
W każdym razie miałam świadomość, że to, co robię, jest całkowicie pozbawione sensu i logiki.
Przede wszystkim martwiłam się o Everlee, ale odrobinę martwiłam się też o Ashtona. Na myśl o Chasie po raz kolejny poczułam w żołądku chmarę motylków wielkości pterodaktyli i wcisnęłam twarz w poduszkę. Wiem, powinnam spać na kanapie, ale wyjechali tak szybko, że nie zdążyłam z nimi ustalić żadnych szczegółów. A skoro nie zdążyłam ustalić żadnych szczegółów, to równie dobrze mogłam sobie powciskać twarz w poduszkę, jeśli naszła mnie ochota, prawda?
Poduszka nic złego mi nie zrobiła.
Everlee była dla mnie ptaszkiem z utrąconym skrzydełkiem, a Chase zabłąkanym kotem. Rysiem. No dobra, niech będzie, tygrysem. Tygrysiem? Pewnego dnia poczułam, że chcę mu pomóc odnaleźć drogę do domu i dowiedzieć się, dlaczego błękitne oczy chłopaka większego od wszystkich naszych zmartwień razem wziętych, przesłania dziwny wyraz udręczenia. Tyle że choć na co dzień byłam jak bomba energetyczna i gadałam jak nakręcona, Ashton miał na mnie działanie zwalniająco-rozpraszające. Moje myśli toczyły się pod czaszką zwykłym gwałtownym trybem, ale mózg najczęściej nie był w stanie doprowadzić ich do aparatu gębowego. Milkłam jak publiczność w filharmonii.
To naprawdę cud, że rodzice pozwolili mi podjąć studia, uwalniając mnie spod nałożonego przez lekarzy klosza, a ja postanowiłam ten cud wykorzystać na maksa. A teraz musiałam wrzucić na luz, puszczając wodze fantazji, komu skopię i co, gdy go tylko zobaczę.
Kiedy w końcu usłyszałam upragnione kliknięcie zamka, podskoczyłam razem z ciśnieniem.
Nareszcie! Wrócili!
- Lee? - zawołałam, wybiegając z pokoju. - Ash, Frost, gdzie macie Lee?!
Ich spojrzenia ani trochę mi się nie spodobały.
- Ash... Frost... - warknęłam, powoli cedząc słowa. - Zapytam bardzo grzecznie... Gdzie. Macie. Everlee. Angel. Jones?
Maverick najwyraźniej uznał, że nie jest mi winien żadnych wyjaśnień, bo ze spojrzeniem zbitego psa z zanikiem pamięci odwrócił się, wszedł do swojego pokoju i z hukiem zatrzasnął drzwi.
Skupiłam się więc na drugiej blond ofierze mojego gniewu.
- On jest totalnie nieprzewidywalny, okej? - Ash wsunął palce we włosy i odetchnął głęboko.
Boże, jaki był zmęczony. Gdybym nie była taka spanikowana, podbiegłabym do niego i obsypała jego twarz pocałunkami. Być może. Otrząsnęłam się z dziwnej chwili słabości.
- Zamknął się w sobie, pojechał tam, załatwił temat i wrócił.
- Wrócił - powtórzyłam z niedowierzaniem.
- Przestał się odzywać, a nawet kiedy coś powie, to mam wrażenie, że drugą połowę dopowiada sobie w tym swoim porąbanym łbie. Powiedział jej, że nie przyjechał tam za nią, tylko za Angel. Że przyjechał uratować Angel, rozumiesz?!
- Wow. Chyba muszę usiąść.
Opadłam na kanapę, pospiesznie zakrywając gołe nogi kocem. Na szczęście byłam tak szybka, że Ash niczego nie zauważył. To nie był najlepszy moment, żeby rozmawiać o kondycji mojej skóry.
Westchnął i usiadł obok. Nie zorientował się, że nasze kolana się zetknęły i że nawet taki kontakt z nim mnie przerasta. Nie zwracał uwagi na to, jak na mnie działa, ale ja wciąż miałam w pamięci felerny wieczór, kiedy obdarzaliśmy się wzajemnie pieszczotami, a potem ostatecznie daliśmy sobie... kosza, jak to się ładnie mówi. Postanowiłam jednak, że skoro on nie zauważa tego minimalnego kontaktu, nie będę zwracać jego uwagi, odsuwając się. Byłam zła, ale chłonęłam jego ciepło przez udo. Mój organizm sam najlepiej wiedział, jak zadbać o fizjologiczną termoregulację.
Ashton Chase był głównym sponsorem gospodarki cieplnej mojego głodnego organizmu. Aaaa!
Everlee Jones. Everlee Jones, Everlee Jones. Skup się na utrąconym skrzydełku, egoistyczna babo!
- To się zdarzyło tak szybko, że przestałem nadążać - kontynuował Ash, zupełnie nieświadomy moich rozterek. - Złożyliśmy zeznania, a potem Frost zostawił ją z policją, pożegnał się i wsiadł do samochodu. Musiałem pojechać z nim, Haven, co innego mogłem zrobić? - Popatrzył na mnie pełnym rozpaczy spojrzeniem. - Przeprosiłem ją, ale musiałem pobiec za nim, bo nie miałem pojęcia, dokąd pojedzie i co planuje. Musiałem go uchronić przed nim samym.
- I co? Pomogło? - zapytałam ironicznie, nie wiedząc, czy ogarnia mnie wściekłość, groza czy bezbrzeżne rozczarowanie.
Ashton ponownie przesunął palcami po włosach niczym chłopiec, który nie wie, gdzie pobiegł jego ukochany kotek.
- Nieszczególnie.
- Mam nadzieję, że było warto, Chase - rzuciłam z pogardą, ostatecznie odsuwając się od źródła ciepła. - Mam nadzieję, że było warto.
Po tych słowach ruszyłam do jego pokoju po swoje rzeczy, włożyłam długie spodnie, po czym wróciłam, żeby stanąć naprzeciw błękitnych studni jego udręczonych oczu. Dobrze mu tak. W końcu każdy z nas odpowiada za własne wybory i potem musi się rozprawić z własnymi demonami.
Taką bronią, jaką ma do dyspozycji.
- Haven - westchnął, wstając z kanapy. - Nie patrz tak na mnie.
- Niby jak? - zapytałam trochę z fochem, a trochę z tęsknotą za tamtym wieczorem, który już się nie powtórzył.
- Jak tamtej nocy - powiedział otwarcie, jakby doskonale wiedział, o czym myślę. - Umówiliśmy się, że będziemy przyjaciółmi, i jak dotąd świetnie nam szło. Opowiedziałem ci o sobie wszystko i wiesz, że nie jestem w stanie związać się z nikim i z niczym poza piłką, a i z nią ostatnio nie za dobrze mi idzie. - Uniósł mój podbródek. - Z całych sił nadal chcę być twoim przyjacielem.
Odtrąciłam jego dłoń. Friend zone to specjalny krąg piekła.
- Tyłek skopię ci później, kiedy już tu wrócę z Everlee, przyjacielu - oświadczyłam wojowniczo. - Znasz to powiedzenie? Jeśli chcesz coś zrobić dobrze, zrób to sam? Nie rozumiem, jak mogłeś go nie zatrzymać! - wróciłam do głównego wątku naszej rozmowy.
- On nie myślał trzeźwo, nie dał mi wyboru! - Ashton wyrzucił ramiona w górę.
- Trzeba mu było strzelić z pięści i wyprostować myślenie!
- Wiesz, co myślę o przemo...
Uniosłam dłonie. No tak, Ashton i przemoc, a raczej jej brak.
- Czasem, żeby zaprowadzić pokój, trzeba stoczyć walkę, wiesz? - powiedziałam. - Rzuciłabym w niego kaktusem, gdybym tam była, powiedziałabym policji, że jest pijany, cokolwiek, żeby tylko nie wsiadł za kółko! Lecę do niej, Chase. Mam nadzieję, że masz jej adres - zreflektowałam się w porę.
Pokiwał głową i wyjął z kieszeni smartfon, gdzie pod nazwiskiem Lee na liście kontaktów miał zapisany jej adres.
- Na szczęście byłem na tyle przytomny, żeby podczas policyjnych czynności go sobie zapisać. Myślałem, że z nią tam pojedziemy, ale jak się okazało, Mav inaczej sobie to wszystko zaplanował...
Uciszyłam go gestem dłoni.
- Teraz nie mam czasu na twoje wykręty. Zobaczymy, jak się będziesz tłumaczył później, kiedy przyjdę po ciebie.
Gdy Everlee wreszcie przestała się nad sobą użalać i wynurzyła się na powierzchnię bagna, które zaczynało powoli wsysać nas obie, odetchnęłam. Wyściskałam ją, wyprzytulałam i oddałam trochę ciepła, które zgromadziłam od Ashtona, a potem strzeliłam taką przemowę jak moja mama w najbardziej buntowniczych czasach mojego okresu dorastania. I nie mam tu na myśli znoszenia do domu ptaszków i kotków, tylko tego, co zafundowałam jej potem.
A żeby przypadkiem nie wszystko, co mówię, wpadało jednym ślicznym uchem Everlee, wypadając drugim, wyprowadziłam najcięższe działo:
- Wybacz, że wyciągnę i ten argument, ale, do diabła, Lee, twoi rodzice nie chcieliby cię widzieć w takim stanie. - Proszę bardzo. Po pierwsze, nie zamierzałam przyjąć do wiadomości, że to jest cios poniżej pasa, a po drugie, planowałam powiedzieć cokolwiek, żeby ją otrzeźwić. Podziałało. - Tak naprawdę wcale mnie nie potrzebujesz, Everlee - kontynuowałam łagodniejszym tonem. - Ty już dawno postanowiłaś, żeby zacząć wszystko od nowa. Wtedy, kiedy złożyłaś papiery na studia po drugiej stronie kraju. Wtedy, kiedy się stąd wyrwałaś. Ja po prostu teraz muszę ci tylko o tym przypomnieć.
Siedziałyśmy na kanapie w jadalni, obserwując wiatr popędzający chmury. Mnie kojarzyły się z pianką na cappuccino. Nie piłam kawy już co najmniej dobę, jeśli nie liczyć brei na pokładzie samolotu. Tak w ogóle to jakaś absolutnie porąbana umowa społeczna - obsługa udaje, że serwuje kawę, a pasażerowie udają, że im smakuje. Kusiło mnie, żeby wyskoczyć do jakiegoś baru po coś do zjedzenia, ale bałam się, co podczas mojej nieobecności mogłoby Lee strzelić do głowy, więc byłam twarda i konsekwentnie siedziałam na tyłku. Jadąc z lotniska wynajętym priusem, takim samym jak mój, zatrzymałam się wprawdzie po niewielkie zakupy, ale o kawie nie pomyślałam.
Może to po prostu czas, żeby polubić się z herbatą? Tylu amatorów herbaty nie mogło się mylić... Na półce nad blatem w kuchni widziałam wiśniową melisę. Zdecydowanie przyda mi się coś na ukojenie nerwów, a wiśnia będzie pasować do końcówek moich włosów.
- Jesteś niesamowicie dzielna, kochana - zapewniłam, mocno ją ściskając. - A ja jestem pewna, że już wyczerpałaś całą przysługującą człowiekowi ilość pecha i teraz musisz po prostu zawalczyć o swoje. - Wstałam i zaczęłam przygotowywać składniki na spaghetti bolognese, mając nadzieję, że to, co właśnie powiedziałam o pechu, dotyczy również mnie samej. Nastawiłam też wodę na meliskę. - No i sama pomyśl, zamiast kłamców i morderców teraz otaczają cię same przyjemne egzemplarze. - Uśmiechnęłam się, całkowicie ignorując gromy w jej spojrzeniu. - No co? Ja jestem najbardziej kaloryczną babeczką w twoim jadłospisie, a Chase, Grant i Frost to smaczne ciacha. Frosta już zresztą próbowałaś...
- Madson! - oburzyła się wreszcie.
Uff, bo już się bałam, że złożyła śluby milczenia.
- To, że faceci to idioci, kobiety wiedzą od stuleci - kontynuowałam, krojąc cebulę. - Im trzeba prosto z mostu: albo jesteś zainteresowana, albo nie jesteś. Każdy stan pomiędzy powoduje ich totalne zagubienie i podkopuje męskie ego. A ego Frosta nie zmieściłoby się w tym pokoju. To świetny gość - pospieszyłam z zapewnieniem. - Gdyby mógł, uratowałby pół świata i oddał organy do przeszczepu. I to bez znieczulenia. Ale ty mu całkowicie namieszałaś w głowie. I ślicznie wyglądasz, kiedy nie jesteś już blada jak trup, tylko czerwienisz się jak krewetka... Ale on naprawdę cierpi. - Zapach przysmażonej cebulki przypominał mi o tym, że nie jadłam od wieków. - Miałam ochotę ich obydwu rozszarpać, kiedy wrócili bez ciebie, ale byli rozbici jak moje auto rok temu. - Czy Everlee zachichotała? - Skasowałam je na złom, a sama wyszłam bez szwanku. Patrząc na tych naszych futbolistów, też miałam wrażenie, że mogłabym ich własnoręcznie zezłomować, chociaż na zewnątrz niby tacy przystojni jak bracia Sprouse.
- Błagam cię, Madson, zajmij się smażeniem, bo czuję, że zbliża mi się migrena - jęknęła.
- Nie martw się, migreny są jak ludzie: przychodzą i odchodzą, na to przynajmniej mogę ci odpalić jakieś tabletki. - Mrugnęłam do niej. - A co do Frosta, to potrzebujemy działania. I planu. I planu działania.
- W kółko tylko nawijasz o Mavericku, jakbym była w stanie chociaż na chwilę o nim zapomnieć... - Złapała się za głowę. - A nic nie powiesz o tym twoim ciachu, które zostawiło mnie na chodniku tak samo jak Frost.
- Nie mów mu, ale za karę zjadłabym to ciacho i zlizała okruszki! - oświadczyłam bez zażenowania.
Proszę bardzo, kiedy go tu nie było, mogłam sobie pozwolić na takie smakowite marzenia.
- Zjeść ciastko i mieć ciastko... - mruknęła pod nosem Lee.
- Słucham?
- A jeszcze nie zjadłaś? - zapytała głośniej.
No proszę, najwyraźniej ten manewr taktyczny sprawił, że Jones żywotnie się zainteresowała moim niewielkim problemem.
- Albo go przerażam, albo wcale nie pociągam - przyznałam wbrew sobie. Dziś musiałam uchylić rąbka tajemnicy, żeby Lee nie nurzała się wyłącznie w swoim smutku, tylko trochę potaplała w moim. - Albo jedno i drugie. Poza tym on mnie bardzo... deprymuje.
- Deprymuje?
- Jest taki... wspaniały i łagodny, idealny jak obrazek Matki Boskiej i seksowny jak niski wokal. - Teraz Jones wybuchnęła śmiechem. I dobrze. - Mam ochotę modlić się do niego i nucić jego imię nawet przy smażeniu pomidorów.
- Powinnaś się leczyć.
Odwróciłam się z groźnie wycelowaną w przyjaciółkę drewnianą łopatką.
- Skupmy się raczej na tym, jak roztopić tego twojego Frosta.
- Roztopić Frosta?
- Jezu, Everlee, powtarzasz za mną wszystko jak upierdliwe echo. - Uśmiechnęłam się. - Tak piszą w uniwersyteckim magazynie, który ściągnęłam sobie na telefon, żeby przejrzeć w samolocie. Na twoim miejscu zapoznałabym się z wywiadem w aktualnym numerze.
Z rosnącym uczuciem triumfu skończyłam mieszanie w życiu uczuciowym Lee, a skupiłam się na mieszaniu na patelni. Oddawałam siebie światu komórka po komórce, żywiąc nadzieję, że mój garnek złota też znajduje się gdzieś na skraju jakiejś tęczy.
Mimo wszystko. W końcu nadzieja zdycha ostatnia, no nie?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki