FOMBO, MAŁPKA I JA.
(Wspomnienia z Mandżurji).
Przyjazd nasz do Szuan-miao-dzy (co znaczy: mała świątynia pokryta szronem) został powitany bardzo serdecznie przez zamieszkałych tam nielicznie europejczyków, a to tembardziej, że dotąd żaden ze współpracowników ojca, który był inżynierem komunikacji na kolei Wschodnio-Chińskiej, nie sprowadził jeszcze do siebie rodziny. Byłyśmy więc, moja matka i ja, pierwszemi jaskółkami w zapadłej wiosce mandżurskiej
.
Wkrótce po przyjeździe zaprzyjaźniłam się z Fombo (właściwe imię było Fom-Pao, lecz dla skrócenia przezwaliśmy go Fombo), dwunastoletnim Mandżurem, wychowankiem mego ojca. Co nas najbardziej do siebie zbliżyło, to wspólne zamiłowanie do zwierząt. W domu było kilka psów i piękna syberyjska kotka Ma-dżong.
Ale największą nam sprawiło uciechę, kiedy otrzymałam w prezencie małpkę. Przysłał mi ją z Mukdenu (stolica Mandżurji) pewien "dao-taj" (generał), znajomy ojca. Była to przemiła małpeczka, jeszcze bardzo młoda i niezwykle wesoła. Pochodziła ona z rodziny "tcheli", tak zwanych małp chińskich (makaki - grupa małp) bezogonowych, zbliżonych do małp człekokształtnych. Spoglądała na mnie i Fombo tak przyjaźnie, że polubiliśmy ją odrazu.
- Jak myślisz, Fombo, czy zgodzą się rodzice na trzymanie w domu małpki? - pytałam mego przyjaciela.
Ale, zanim Fombo zdążył mi odpowiedzieć, zawołano nas do pokoju matki, gdzie znajdował się i ojciec.
- Słuchajcie, dzieci - zaczęła mama - zostawiamy małpkę, ale pod warunkiem, że sami będziecie się nią opiekowali.
- Macie dbać o jej pożywienie i kąpać ją przynajmniej raz na tydzień - powiedział tatuś.
- Inaczej nie zniosłabym widoku zwierzątka zaniedbanego i źle traktowanego - rzekła mateczka, całując nas pokolei, kiedy uroczyście obiecywaliśmy dbać o nową wychowankę.
Pobiegliśmy do kuchni.
- Wan-li! - wołałam na kucharza - wydostań, proszę, zaraz ze śpiżarni kosz od owoców.
- A to panience na co? - pytał żółty jak cytryna Chińczyk.
Palił ulubioną fajkę i wcale mu się nie śpieszyło.
- To będzie łóżko dla małpki - tłumaczył Fombo, ciągnąc Chińczyka za rękaw.
- Psy... koty... teraz małpa... coraz to więcej roboty... - mamrotał "syn nieba"
, nie porzucając fajki ani wygodnego miejsca przy oknie.
Wieczorem małpka miała już jednak swoje posłanie, zakryte moją starą flanelową kołderką, którą wyprosiłam od matki, gdyż bałam się, by małpka w nocy nie marzła, choć działo się to na początku lata.
Otulona po sam czubek nosa, małpka spała zwykle tak mocno, że ledwie można ją było dobudzić na śniadanie. Jadała zawsze z nami przy stole. Miała swoje krzesełko, wysokie specjalnie dla niej zrobione. Z podwiązaną pod brodą serwetką siedziała grzecznie i cierpliwie czekała na swe dania. Najchętniej piła kawę z sucharkami. Z początku maczała palec i ssała go, później nauczyła się pić z filiżanki. Za owocami przepadała. W czasie jedzenia nigdy się nie naprzykrzała, jak to bywało z Ma-dżong.
Ponieważ małpka często w swoim języku wołała:
- "Hua!" - przezwaliśmy ją "Hua".
To nawet brzmiało po chińsku.
Hua bardzo prędko przyzwyczaiła się do nas, Nie przywiązywano jej, ani też nie trzymano w klatce, była ciągle na swobodzie. Najczęściej spędzała czas w towarzystwie nas, dzieci. Lubiła się bawić w chowanego. Właziła pod krzesła, pod stół, w ogrodzie skakała po drzewach.
Razu jednego, uciekając przede mną, przesadziła mur i wpadła do kurnika.
- Fombo!.. Prędzej!.. Na ratunek! - wołałam rozpaczliwie.
- Co takiego?! - pytał zatrwożony mój przyjaciel, ukazując się jak cień z za krzaka róż.
- Ratuj Hua!..
- Gdzie ona?
- Wpadła do kurnika. Słyszysz, jaki tam harmider!
Chłopiec ze zręcznością lamparta wdrapał się na mur. Ja pobiegłam dookoła.
- Moja kochana małpeczko! - tuliłam po chwili wystraszoną Hua, którą podał mi Fombo.
- Bardzo cię gęsi poszczypały?
- Całe szczęście, że w zagrodzie nie było gąsiora! Ten stary złośnik z pewnością nie darowałby Hua - mówił Fombo, kiedy wracaliśmy do domu.
A Hua, obejmując mnie łapkami za szyję, coś po swojemu mruczała. Była bardzo podniecona.
- Zapewne opowiada o swoich wrażeniach w kurniku - śmiał się chłopiec.
Wtem małpka z moich objęć wskoczyła na ramię mego przyjaciela. Mrucząc znów coś po swojemu, lecz już innym głosem, gładziła chłopca po policzku i zaglądała mu w oczy.
- Dziękuje ci, żeś ją uratował - żartowałam.
- I ja tak myślę - odpowiedział mały Mandżur. - Małpa, a jaki ma rozum! - dodał po chwili.
* * *
Małpka niezmiernie lubiła Pongo, wielkiego brytana. Utrzymywała z nim bardzo przyjazne stosunki, pewnie dlatego, że on jeden z pośród psów nigdy na nią nie warczał ani nie szczekał. A Hua okropnie nie lubiła psich wrzasków. Zatykała sobie uszy i chowała się, gdzie mogła, żeby ich nie słyszeć. Kiedy Pongo był w dobrem usposobieniu, nosił ją na grzbiecie. Małpka przepadała za taką jazdą.
Pongo miał zwyczaj drzemać i wygrzewać się na słońcu. Hua o tem wiedziała. Siadała wtedy koło niego i wybierała pchełki z jego kudłatej szerści, albo drapała go za uchem. Robiła to z iście macierzyńską czułością.
Zato z Ma-dżong małpka była w wielkiej niezgodzie. Gdy się tylko spotkały, zaraz wybuchała między niemi gwałtowna kłótnia i bójka.
- Jak ci nie wstyd - karciłam kotkę, gdyż zgóry wiedziałam, że wina była po jej stronie.
Małpka, żywa jak rtęć, miała bardzo łagodne usposobienie. Pierwsza nigdy nikogo nie zaczepiła.
- Co ci szkodzi - mówiłam - że małpka pobawi się z twojemi kociętami?
Miała ich zaś prześliczną czwórkę.
- Wiem, że bardzo dbasz o dzieci, jesteś dobrą mamusią, ale nie można być tak zazdrosną! - starałam się przekonać kotkę.
Ma-dżong mruczała, tarła się o mnie, spoglądała na mnie, zmrużywszy ślepki, jakby chciała powiedzieć:
- Ty zawsze bronisz Hua. A ja tak nie cierpię tej szkaradnej małpy. Mało, że rusza moje dzieci, ale kiedyś i mnie obraziła. Czy pamiętasz, jak razu jednego - mruczała kotka - złapała mnie, gdy smacznie spałam na oknie. Chciała ze mnie zrobić niemowlę i próbowała mnie zawijać w brudne szmaty. A gdy zlekka dotknęłam pazurkiem jej obrzydliwego nosa, tyle narobiła wrzasku i jeszcze mi dała klapsa. Ja, pochodząca ze szlachetnego rodu kociego, miałabym to małpie wybaczyć!.. Cóżby na to powiedzieli moi przodkowie z lasu!
- Ależ to twoja wina - próbowałam tłumaczyć Ma-dżong.
- Daruj... ale nie zapomnę jej tego do końca życia.
I Ma-dżong odchodziła obrażona już i na mnie za to, że tak uparcie bronię Hua.
Z dorosłych małpka największą sympatją darzyła mego ojca. Bardzo lubiła, kiedy zabierał ją do siebie i pozwalał przyglądać się swej pracy.
Razu jednego ojciec miał pilną robotę. Musiał skończyć na oznaczony termin plan mostu. Ojciec całe dni i noce spędzał nad kreśleniem, a małpka często dotrzymywała mu towarzystwa. Pozostawało już niewiele do skończenia planu, kiedy pewnego ranka nagle zawezwano ojca na kolej. Przechodząc przez dziedziniec, ojciec spotkał służącego Lu i powiedział: