Focus Love - A.P. Mist
49.90 zł
39.92 zł
(49,90 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Prolog
Hazel
Krytycznym wzrokiem spoglądałam na swoje odbicie w lustrze. Przytknęłam dłonie do brzucha, który nie był tak płaski jak u moich rówieśniczek, i uniosłam obszerną koszulkę. Później powiodłam rękami do szerokich bioder, cudem wciśniętych w spodnie dżinsowe. Mieli rację - byłam obrzydliwa...
Westchnęłam ciężko i odwróciłam się do walizek, które czekały na rozpoczęcie nowego etapu w moim życiu. Rodzice nie mogli pogodzić się z tym, że wybrałam studia na drugim końcu kontynentu. Nie rozumieli, że pragnę uciec od tego, co przez całe dotychczasowe życie stanowiło moje piekło. Nawet nie wiedziałam, czy kiedykolwiek wrócę. Czy będę chciała wracać do przeszłości, którą właśnie dziś miałam zostawić za sobą.
Każde złe słowo, docinki, śmiechy i spojrzenia. To wszystko miało zostać w tyle. Pragnęłam upchnąć krzywdy w ciemny kąt i już przenigdy do niego nie zaglądać.
Do moich uszu docierały odgłosy rozmów, które toczyły się na dole. To oznaczało, że jak niemal każdego dnia zjawiła się zgraja kumpli mojego brata. Wszyscy skończyli już studia i pracowali, ale nie przeszkadzało im to w bezustannym spotykaniu się. Nasz dom od zawsze stanowił ich centrum.
Brett lubił otaczać się ludźmi, hałasem, a nasi rodzice, nawet teraz, kiedy miał już dwadzieścia cztery lata, pozwalali mu na sprowadzanie tego całego chaosu do naszego domu. Na próżno było szukać tu prywatności, od lat nie odważyłam się wyjść z pokoju w piżamie albo zbyt kusym ubraniu. Nie chciałam prowokować jego kolegów do kolejnych docinków.
Już jako mała dziewczynka próbowałam się z nimi zakumplować, ale mój brat skutecznie mnie do tego zniechęcił, pokazując, że jestem balastem. Nigdy nie byliśmy w dobrych relacjach. On był typowym, rozpieszczonym dupkiem, ja zaś najpierw upierdliwym dzieciakiem, a później, kiedy zaczęłam tyć - wyrzutkiem.
Myślałam, że jak dorosną i się ustatkują, to dadzą mi spokój, ale oni, pomimo rozpiętości wiekowej od dwudziestu trzech do dwudziestu pięciu lat, wciąż zachowywali się tak samo - jak wredne dzieciaki z dobrych domów. Jakby zatrzymali się w rozwoju i jedyną umiejętnością, którą zdobyli przez lata, było posługiwanie się padami od konsoli.
Złapałam za uchwyty walizek, żeby znieść je na dół. Tata obiecał zawieźć mnie na lotnisko, a mama była jeszcze w pracy, dlatego pożegnałyśmy się już rano. Ustaliliśmy, że będę przylatywać na najważniejsze święta, choć tak naprawdę w duchu nie obchodziłam żadnych. Miałam dość uśmiechania się na siłę, podczas kiedy mój brat prezentował mi kolejne proszki na odchudzanie, a mama dawała następny T-shirt z wzorem, który miał mnie wyszczuplić.
Tyle mówi się o ciałopozytywności, tymczasem ja miałam przez lata wbijane szpile przez najbliższych. Na początku liceum próbowałam wmówić sobie, że przecież nie jest ze mną tak źle, że rozmiar czternaście nie stanowi tragedii. Niestety, każdego dnia przekonywałam się, w jakim błędzie jestem.
Brett, żeby mi dopiec, nazywał mnie pączkiem albo oponą. Czasem dogryzał mi, że na pewno jestem adoptowana, bo to niemożliwe, żebym była tak brzydka, mając tak przystojnego brata i urodnych rodziców. Kiedyś wpędził mnie w takie wątpliwości, że zaczęłam przeszukiwać dokumenty w biurze rodziców, żeby znaleźć potwierdzenie jego słów.
Mama moje problemy zbywała stwierdzeniem, że dramatyzuję i że okres dojrzewania rządzi się swoimi prawami, a tata... On próbował mnie chociaż zrozumieć, ale tak naprawdę był tylko słuchaczem i służył ramieniem do wypłakania się. Im starsza byłam, tym rzadziej mówiłam o swoich bolączkach, aż w końcu zamilkłam i mierzyłam się z tym w ciszy.
Do mojego wyjazdu została jeszcze godzina, dlatego leniwym krokiem opuściłam sypialnię, do której nie wiedziałam, czy jeszcze kiedykolwiek wrócę. Gdy wyszłam na korytarz, poczułam, jak coś wielkiego wpada na moje plecy.
- Uważaj! - warknęłam i odwróciłam się, żeby zobaczyć, który z tępaków kręci się na piętrze.
Spodziewałam się jakichś docinków, że zderzenie ze mną to jak wpadnięcie na ogromną ciężarówkę, lecz kiedy zobaczyłam twarz mężczyzny, wiedziałam, że nic takiego nie wypłynie z jego ust. Że nie odezwie się nawet słowem. Caleb był absolutnym przeciwieństwem wszystkich, z którymi zadawał się mój brat. Miał wiecznie gniewnie ściągnięte brwi, a jeśli już się odzywał, to mrukliwym tonem i używał absolutnego minimum słów. Czasem zastanawiałam się, co taki gbur robi w towarzystwie rozwrzeszczanych, chamskich niedorozwojów.
Tak jak myślałam, zlustrował mnie od góry do dołu, po czym wyminął i zbiegł po schodach. Bez słowa.
Było w nim coś niepokojącego. Jakby skrywał jakąś mroczną, przerażającą tajemnicę.
Otrząsnęłam się i wzięłam walizki w ręce, po czym powoli i w miarę bezszelestnie, żeby nie zwrócić na siebie uwagi tych kąsających potworów, zaczęłam schodzić po schodach. Wtedy usłyszałam wyraźny głos mojego brata.
- Kobieta kończy się na pięćdziesięciu kilogramach.
Na to stwierdzenie przewróciłam oczami. To było chyba najczęściej wypowiadane przez niego zdanie. Był jednak na tyle wyrachowany, że przed rodzicami zawsze zgrywał idealnego i przenigdy nie pokazywał swojego prawdziwego oblicza.
- A mężczyzna zaczyna się wtedy, kiedy jest w stanie unieść znacznie więcej - odburknął mu Caleb.
- Lubisz grubaski? Właściwie można znaleźć zalety umawiania się z jakąś wielką beczką. Zimą ogrzeje, a latem daje cień - zarechotał Brett, kiedy byłam już na dole.
Postawiłam walizki w kącie i chciałam umknąć do kuchni po wodę, ale mnie zauważył.
- Zamknij mordę - syknął Cal.
- Cześć, pączku! Mamy pizzę! Chcesz? Chodź, przecież lubisz jedzenie!
- Pierdol się! - krzyknęłam i natychmiast się oddaliłam.
Miałam dość, a moje granice zostały wielokrotnie przekroczone.
- Co ją ugryzło?
- Pewnie osa, przez to jest taka spuchnięta! - Usłyszałam jeszcze z salonu, a wszyscy zaczęli się śmiać.
Czasem odnosiłam wrażenie, że przychodzą tu tylko po to, by razem z moim durnym bratem pastwić się nade mną.
Zaraz potem do moich uszu dobiegło głośne plaśnięcie.
- Cal! - ryknął Brett. - Co ty, kurwa, robisz?!
Powstrzymałam napływające do moich oczu łzy i zacisnęłam mocno usta. Otworzyłam lodówkę, by wyjąć z niej butelkę wody, a wtedy usłyszałam kroki i poczułam za plecami czyjąś obecność. Jeszcze było im mało... Wszyscy byli moimi oprawcami.
- Daruj sobie kolejne przytyki - wycedziłam, nie odwracając się.
Na moich ramionach spoczęły ciężkie, twarde dłonie, co wprawiło mnie w niezrozumiałe drżenie. Odwrócił mnie przodem do siebie i niespodziewanie ukląkł, po czym jakby nigdy nic zawiązał mi sznurówkę.
Ponownie stanął ze mną twarzą w twarz i pochylił się tak, że poczułam na ustach jego oddech.
- Uważaj na siebie, maleństwo - wychrypiał i odszedł, pozostawiając mnie w osłupieniu.
Rozdział 1
Hazel
Pięć lat później...
Stanęłam na parkingu lotniska Pensacola i czekałam, aż podjedzie taksówka, którą zamówiłam. Nie chciałam nikogo angażować w odbieranie mnie, bo nikt nie wiedział, że postanowiłam wrócić do Ferry Pass.
Tak naprawdę mogłam uznać, że nie jest to powrót, ponieważ nie było już dawnej Hazel.
Nie było...
Nie wiedziałam, co mnie czeka, nie miałam żadnego planu. Miałam za to zapał do pracy i sporo oszczędności, które zgromadziłam przez ostatnie trzy lata.
Pierwszym punktem z pewnością będzie znalezienie mieszkania, ponieważ nie wyobrażałam sobie, by mieszkać pod jednym dachem z Brettem.
Tak, ten idiota był wiecznym kawalerem i wygodnie mu było w rodzinnym domu. Nie martwił się niczym, a pieniądze, które zarabiał, roztrwaniał na swoje kaprysy. Rodzice z kolei się nie sprzeciwiali, a kiedy zwróciłam im na to uwagę podczas ostatnich świąt, które zdecydowałam się spędzić u nich, mama zbyła mnie tylko machnięciem ręki.
Nie widziałam ich trzy lata, bo nie byłam w stanie znieść sztucznej atmosfery, która panowała podczas moich przyjazdów na święta. Dlatego zwyczajnie zrezygnowałam z odwiedzania ich i ograniczyłam się do kontaktu telefonicznego. Dopiero odcięcie się i niewystawianie na kolejne ciosy, pozwoliło mi na uzdrowienie pogruchotanej duszy. I ciała.
Tak naprawdę utrzymywałam kontakt tylko z tatą. To z nim rozmawiałam i tylko on wiedział, jaką podjęłam walkę. Jako jedyny widział moją przemianę i zdawał sobie sprawę, ile ciężkiej pracy mnie to kosztowało. Kiedy jeszcze nie miałam pracy, wysyłał mi pieniądze, dzięki którym mogłam podjąć leczenie i zapisać się na siłownię, ale również zadbać o odpowiednią dietę.
Chyba odczuwał wyrzuty sumienia, że nie pomogli mi z mamą, gdy jeszcze z nimi mieszkałam. Wielokrotnie prosiłam, żeby poszli ze mną do odpowiednich specjalistów, ale po zrobieniu podstawowych badań zawsze kończyło się na tym, że moje wyniki mieszczą się w normie i nie szukano dalej przyczyny mojego wyglądu.
Również od taty dowiedziałam się, że kilku kolegów Bretta założyło rodziny albo przynajmniej znalazło sobie dziewczyny na stałe. W ten sposób została ich tylko piątka. Przeklęta piątka potworów.
Wsunęłam w uszy AirPodsy i naciągnęłam na głowę kaptur bluzy, bo niebo zasnuły ciemne chmury. Na szczęście zanim lunął deszcz, tuż przed moim nosem zatrzymała się taksówka i wysiadł z niej kierowca. Kiwnął na moje walizki i posłał mi uśmiech.
- Dzień dobry - przywitał się i wpakował mój bagaż do auta.
- Mam nadzieję - odparłam i zajęłam miejsce w wozie.
Po chwili mężczyzna wsiadł za kierownicę i odwrócił się do mnie.
- Dokąd?
- Centrum Ferry Pass.
- Będzie pani studiować na tutejszym uniwersytecie? - zapytał i ruszył z piskiem.
Był mniej więcej w wieku taty i miał dobrotliwą twarz. Od razu wzbudził zaufanie, choć starałam się podchodzić do ludzi z dystansem. Wielokrotnie przekonałam się, że nie należy ufać nikomu, nawet, a może zwłaszcza tym, którzy wyglądają na dobrych.
- Nie, skończyłam już studia - odpowiedziałam uprzejmie i wyjęłam z uszu słuchawki, bo już wiedziałam, że nie włączę nawet Spotify.
- Nie wygląda pani - stwierdził. - Dałbym maksymalnie dwadzieścia lat.
- Mam dwadzieścia trzy. - Zaśmiałam się. - Studiowałam w Bostonie, teraz wracam... To znaczy... przyjechałam do rodzinnego miasteczka.
- Harvard? - dopytał się.
- Emmerson. - Pokręciłam głową. - Dziennikarstwo.
- To co będziesz robić tutaj, dziecko? - zdziwił się. - Powinnaś być na stadionach, wielkich galach, pisać artykuły o gwiazdach. Sama mogłabyś być gwiazdą. Modelką! - mówił z przejęciem, a ja miałam ochotę parsknąć.
- Pracuję zdalnie - odparłam. Nie wiedzieć dlaczego, ten człowiek wzbudzał we mnie ochotę do rozmowy. - Dla "The Boston Globe" - dodałam i w lusterku wstecznym zauważyłam, że mężczyzna uniósł brwi.
- Ambitnie.
- Nie robię tam nic szczególnego. - Wzruszyłam ramionami.
Moja praca polegała na redagowaniu już napisanych artykułów w dziale sportowym. Nie było to ani ciekawe, ani tym bardziej ambitne.
Było za to dochodowe.
- Mówiłaś, że ile masz lat? Dwadzieścia trzy? Twierdzisz, że nie robisz nic szczególnego? Niektórzy w twoim wieku nie potrafią przygotować samodzielnie kanapki. Nie umniejszaj sobie, dziecko, znaj swoją wartość i nigdy, przenigdy nie mów o sobie inaczej niż z dumą - wygłosił poważnie, a mnie autentycznie zatkało.
Jeszcze nigdy od nikogo nie usłyszałam, że powinnam być z siebie dumna. Nie licząc mojej trenerki, która wspierała mnie przez ostatnie trzy lata i z dumą patrzyła na efekty, jakie udało nam się osiągnąć.
Nawet nie zauważyłam, kiedy dojechaliśmy na miejsce. Co jednak było najdziwniejsze, zatrzymał się przed moim domem, choć nie podałam mu adresu. Odwrócił się do mnie i uśmiechnął.
- Mieszkam na końcu ulicy - wyjaśnił. - Od razu cię poznałem, mała Bryant.
- C-co? - wydusiłam.
- Już nie jesteś tą zahukaną nastolatką, ale poznałem cię - powtórzył.
- Przepraszam, ale ja kompletnie pana nie kojarzę - przyznałam ze skruchą.
- Masz prawo. - Kolejny raz posłał mi uśmiech. - Kiedyś nie patrzyłaś na ludzi, bo oni patrzyli na ciebie.
- Bo byłam dwa razy większa - mruknęłam pod nosem.
- A to ma jakieś znaczenie? Piękno wcale nie odbija się w lustrze ani tym bardziej w oczach ludzi, którzy na ciebie spoglądają. Najważniejsze to pozostać pięknym tutaj. - Położył dłoń na swojej piersi i się odwrócił.
Zgasił silnik i wysiadł, po czym otworzył tylne drzwi i wyciągnął do mnie rękę.
- Zapraszam, pomogę ci wnieść bagaże - zaproponował.
Po niedługim czasie stałam przed drzwiami domu, który nosił ślady większości złych wspomnień, i żegnałam się z przemiłym sąsiadem. Odmówił przyjęcia pieniędzy za kurs i prędko odjechał.
Nie miałam kluczy, więc byłam zmuszona nacisnąć na dzwonek. Moja dłoń zawisła nad przyciskiem, a ja nagle zaczęłam się zastanawiać, po co w ogóle przyjechałam. Co chciałam tym zyskać? Udowodnić im, że nie jestem już tą grubaską, którą gnębili przez lata?
Wsunęłam na nos ciemne okulary i w końcu wcisnęłam przycisk. W środku rozległy się głośny gong i męskie głosy. Było późne popołudnie, więc mogłam się spodziewać, że zgraja idiotów będzie przesiadywać na kanapie.
Odwróciłam się i wzięłam głęboki oddech, a już po chwili drzwi się otworzyły.
- Ooo - odezwał się mój brat. - Chłopaki! Ktoś zamawiał panienkę?! - krzyknął, na co zwróciłam się w jego stronę i zdjęłam okulary. Wciąż mnie nie rozpoznał.
- Choćby twoi kumple byli ostatnimi samcami na ziemi, żaden z nich by...
- O, kurwa! - jęknął. - H-Hazel?
- A co? Spodziewaliście się dziwki? - prychnęłam i energicznie złapałam za uchwyty moich walizek.
W tej samej chwili obok Bretta zmaterializowali się jego przygłupi koledzy. Trzech kolegów... Brakowało jednego. Nie było Caleba.
- Kto to? Nie mówiłeś, że umówiłeś się z jakąś laską - odezwał się Jeff.
- Niezła jesteś, laleczko - dodał Tom.
Uniosłam brew i zrobiłam pogardliwą minę.
- Zejdźcie mi z drogi, półgłówki - wycedziłam.
- T-to Hazel - wyjąkał mój brat, który był blady jak kreda. Dla tego wyrazu twarzy i wyraźnego szoku warto było przyjechać.
- Co ty pierdolisz? Cysterna? - Max się zaśmiał.
Puściłam walizki i wycelowałam w niego palec wskazujący. Już miałam się odezwać, kiedy ktoś stanął za moimi plecami i mnie uprzedził.
- Nazwij ją tak jeszcze raz, a nie poskładają cię w szpitalu do końca życia - zawarczał mężczyzna.
Spojrzał na mnie przelotnie i odepchnął swoich kumpli oraz mojego zdębiałego brata.
- Wchodzisz? - zwrócił się do mnie i się uśmiechnął.
Caleb Vanzo się uśmiechał!
- T-tak - wydusiłam, ponieważ teraz również ja byłam zaskoczona tym, co się dzieje.
Chciałam ponownie złapać walizki, ale te już spoczywały w rękach Caleba. Nie zamierzałam się z nim szarpać, dlatego przekroczyłam próg domu. Mężczyzna wszedł zaraz za mną, a po chwili dołączyli pozostali.
- Dzięki - bąknęłam, kiedy Cal postawił mój bagaż pod ścianą.
- Witaj z powrotem, maleństwo - wyszeptał, teraz już tym swoim ponurym, mrukliwym tonem i z beznamiętnym wyrazem twarzy.
Rodziców nie było, więc postanowiłam od razu zaszyć się w swojej dawnej sypialni. Miałam nadzieję, że nie przerobili jej na żaden schowek, bo to oznaczałoby, że na mnie nie czekali. Co prawda nie spodziewałam się jakiegoś wyjątkowo ciepłego przyjęcia, ale mimo wszystko liczyłam na to, że nie będę niemile widziana.
Najgorszą konfrontację miałam tak naprawdę już za sobą.
W akompaniamencie niewybrednych komentarzy tych jaskiniowców i niezadowolonych pomruków Caleba, wzięłam walizki i wtaszczyłam je na górę. Na miękkich nogach zbliżyłam się do drzwi sypialni i wstrzymując oddech, bardzo powoli je otworzyłam.
Odetchnęłam z ulgą, kiedy zobaczyłam, że nic się nie zmieniło. Pod oknem wciąż stało moje biurko, a przy ścianie to samo łóżko, nakryte puszystą narzutą.
Zbliżyłam się do szafy i ją otworzyłam. Na półkach i wieszakach nadal znajdowały się moje stare ubrania. Te, których już nigdy nie włożę.
Uśmiechnęłam się z satysfakcją i zaczęłam wyrzucać je na podłogę. W międzyczasie zdjęłam buty, które po wielu godzinach zaczynały już mnie uwierać.
Nagle na parterze zapanowało jakieś głośne zamieszanie, jakby pomiędzy zgromadzonymi tam idiotami wybuchła wojna. Po chwili drzwi mojej sypialni otworzyły się z hukiem i stanęli w nich rodzice. W moich oczach automatycznie pojawiły się łzy.
- Cześć - wydusiłam, na co tata bez słowa wziął mnie w ramiona i ucałował czubek mojej głowy.
Mama stała z szokiem wypisanym na twarzy i nawet nie drgnęła.