Fobia - Sarah Epstein

Reflow text when sidebars are open.
1
TERAZ
Mnóstwo osób odczuwa lęk w ciasnych pomieszczeniach.
W windach, budkach fotograficznych, sklepowych przebieralniach. Labiryntach z żywopłotu, zamkniętych zjeżdżalniach wodnych, wąskich klatkach schodowych, garderobach. Rozumiem to, bo sama unikam takich miejsc. Nawet w wannie miotam się jak ryba w sieci. Ale czasem myślę sobie, że miejscem budzącym mój największy lęk jest wnętrze mojej głowy.
- Świrujesz, co? - pyta moja najlepsza przyjaciółka Sadie.
Towarzyszyła mi już w tylu podobnych sytuacjach, że wie, co znaczą moje drżące ręce i nerwowe przełykanie śliny. Wiele razy widziała, jak przestępuję z nogi na nogę, rozpaczliwie szukając wzrokiem wyjścia. W ciągu ośmiu lat naszej znajomości Sadie co najmniej sto razy uratowała mnie przed napadem paniki. Jest moją osobistą negocjatorką na wypadek ataku klaustrofobii - czy jej się to podoba, czy nie.
- Nie świruję.
Sadie prycha, tłumiąc śmiech.
- Jaaasne. Łapiesz powietrze jak złotka rybka. Oddychaj głęboko. - Wpatruje się w ladę sklepową, pod którą wystawione są lody w dwudziestu różnych smakach. - Wytrzymaj jeszcze trzydzieści sekund, dobrze? - Delikatne pogróżki to najwyraźniej jej nowa technika negocjacyjna.
Zamykam oczy i staram się uspokoić oddech. Ostatnie, czego mi trzeba, to hiperwentylacja w miejscu publicznym takim jak lodziarnia Seaspray. Była prawie pusta, kiedy Sadie uparła się wejść do środka, ale zaraz po nas pojawiła się grupka licealistek.
Powietrze przesiąka wonią ciał i olejku kokosowego.
- Luuz... - cedzę przez zaciśnięte zęby. - Jestem zimna jak twoje ulubione miętowe czekoladki.
Sadie spogląda na mnie z powątpiewaniem, usiłując ustać w miejscu. Osłania mnie przed napierającymi na nas ciałami i broni małego skrawka wolnej przestrzeni, znosząc bolesne kuksańce i wrogie spojrzenia. Nad moją głową muchy z brzęczeniem wpadają do lampy owadobójczej. Staram się nie zwracać uwagi na chłodny powiew wokół kostek, dochodzący od stojącej pod ścianą lodówki z colą.
Po prostu oddychaj, Tash. Weź się w garść. Umysł ponad materią.
Tylko że poleganie na moim umyśle to proszenie się o kłopoty.
- Ty i ta twoja laska - mamroczę i obie zerkamy na rudą dziewczynę za ladą. "Alice" - głosi napis na plakietce. Jest smukła, sprawia wrażenie nieśmiałej, ma wymięty fartuszek i cienkie włosy, przez co stanowi całkowite przeciwieństwo mojej mocno zbudowanej i pewnej siebie przyjaciółki maoryskiego pochodzenia. - Wiesz, że pewnie woli facetów?
Sadie odwraca się do mnie, udając zaskoczenie.
- Natasho Carmody, łamiesz mi serce. Nie psuj mi zabawy.
Naprawdę chcę być dobrą przyjaciółką. Wolałabym tylko, żeby Alice pracowała w dwadzieścia razy większym miejscu. Lodziarnia Seaspray to wysmagana wiatrem i deszczem buda na samym końcu mola, gdzie promenada dociera do falochronu. Niegdyś dobrze utrzymana i przyciągająca turystów, teraz sterczy jak porzucona, przeżarta solą zabawka, która czasy świetności ma już dawno za sobą. Kiedy się nad tym zastanowić, to okazuje się, że jest trafną metaforą naszego miasteczka. Turystyczne serwisy internetowe nazywają Port Bellamy ukrytym klejnotem środkowo-północnego wybrzeża Nowej Południowej Walii, szczycącym się piaszczystymi plażami w pobliżu rozległych parków narodowych. Lecz porównanie do cennego klejnotu jest zbyt łaskawe. To raczej nieoszlifowany diament, którego wady widać już na pierwszy rzut oka.
- Zaraz nasza kolej - zapewnia mnie Sadie, przekrzykując głosy naszych koleżanek, uczennic klasy maturalnej, z którymi prawie nie gadamy, chociaż znamy się od podstawówki. Alice wydaje resztę dziewczynie obok nas i w końcu odwraca się w naszą stronę. Sadie wita ją przesadnie entuzjastycznym "Cześć" i właśnie wtedy Rachel Tan przepycha się łokciami do przodu.
- Sorbet malinowy w kubeczku - mówi, stukając w szybę błyszczącym od brokatu paznokciem. - Tylko tym razem napełnij cały kubek. Chciałabym chociaż raz dostać to, za co płacę.
Sadie odwraca się do Rachel, kręcąc głową z niedowierzaniem.
- Ej! Ziemia do Rachel! Wepchnęłaś się!
Rachel stara się na nas nie patrzeć i trudno sobie wyobrazić, że kiedy przeprowadziła się tutaj z Melbourne, nasza trójka była nierozłączna. Zaprosiłyśmy ją do stolika podczas lunchu, bo uznałyśmy, że musi jej być ciężko w nowej szkole, zwłaszcza że jej brat bliźniak został natychmiast przygarnięty przez członków kółka informatycznego. I choć Rachel od razu zaakceptowała gadatliwą i pewną siebie Sadie, odniosłam wrażenie, że zaledwie tolerowała moje niezręczne próby podtrzymania rozmowy. Pamiętam, że miałam jedenaście lat i byłam taka szczęśliwa, że ta śliczna dziewczyna, ubrana w modne ciuchy, latająca w odwiedziny do dziadków w Korei, wybacza mi toporność i małomiasteczkowość.
- Czekam tu całą wieczność - mówi Rachel, zakładając kosmyk czarnych włosów za ucho. - Teraz moja kolej.
- Yyyy... Nieee. - Sadie krzyżuje ręce na piersi. - Nie było cię tutaj, kiedy weszłyśmy.
Rachel powoli przesuwa po niej wzrokiem, od spłowiałej koszulki z napisem Sex Pistols po nieodłączne fioletowe conversy. Alice obsługuje już kogoś innego, a ja jestem gotowa ograniczyć straty i się ulotnić. Ale Sadie, jak to ona, dopiero się rozgrzewa.
- Sorry, nie dosłyszałam? - mówi, przytykając dłoń do ucha. - Ktoś jest nam chyba winny przeprosiny.
Jęczę, bo wiem, jak to się skończy. Mało jej pyskówek w szkole? Do końca wakacji zostało tylko kilka dni, a ja miałam zamiar rozpocząć ostatni rok szkolny bez większego rozgłosu. Jeśli chcę udowodnić rodzicom, że potrafię o siebie zadbać, to nie mogę w tym roku pozwolić sobie na żadne wpadki. A jednak spędzam cały czas z najbardziej konfliktową osobą na wschodnim wybrzeżu. Chyba tego dobrze nie przemyślałam.
Przyjaciółki Rachel przeciskają się jeszcze bliżej, otaczają nas jak mewy na pikniku i czekają, aż Rachel rzuci im jakieś resztki, na które będą się mogły rzucić ze skrzekiem.
- Och, przepraszam najmocniej - mówi. - Nie wiedziałam, że lesby i szajbuski są obsługiwane poza kolejnością.
No i masz.
- Super - szepczę do Sadie. - Możemy już iść, Dee?
Słowo "szajbuska" dotyka mnie do żywego, pali niczym ogień. Wzdrygam się też w reakcji na "lesbę", chociaż wiem, że Sadie ma to gdzieś. Nauczyła się olewać prowincjonalne żarty ze swojego koloru skóry i tęczowych koszulek. Jest jak pokryta teflonem, zawsze taka była. Ja natomiast chłonę wszystko jak gąbka.
- No co ty, Rachel - odpowiada Sadie, nachylając się i unosząc brew. - Wszyscy wiemy, dlaczego tyle razy zapraszałaś mnie na nocowanie.
Puszcza oko, jak gdyby flirtowała, ale wcale nie jest jej do śmiechu. Odciąga ode mnie uwagę mew, może skuszą się na taki łakomy kąsek. Rachel nie chwyta przynęty. Uśmiecha się chłodno, bębniąc palcami o ladę.
- Skoro mowa o nocowaniu - zerka przez ramię, żeby upewnić się, że ma widownię - to może Tash wyjaśni nam, czemu zsikała się u mnie w śpiwór jak dwulatka.
Koleżanki Rachel chichoczą, wilgotne powietrze oblepia mi szyję. Pani Tan kazała Rachel obiecać, że nie piśnie ani słowa o moim małym wypadku sprzed pięciu lat. Najwyraźniej obietnice mają termin przydatności do użytku, kiedy Rachel brakuje amunicji.
- A jak gadała przez sen. - Rachel zwraca się do Sadie, ale patrzy na mnie. - Wzywała tego swojego wymyślonego przyjaciela.
Stul pysk, Rachel. Stulpysk-stulpysk-stulpysk.
- "Och, Wróblu" - jęczy Rachel. - "Pomóż mi, Wróblu! Tak strasznie boję się ciemności". - Zaciska dłonie w piąstki niczym bezbronne dziecko, a ja mam ochotę złapać je i walnąć ją nimi w twarz.
Nigdy nie mówiłam takich rzeczy przez sen. Jestem tego pewna.
A może mówiłam?
Wróbel jest ostatnią osobą, którą poprosiłabym o pomoc. Nie chciałam, żeby w ogóle istniał.
Na pewno?
Nie chciałam.
Nie chcę.
Nigdy więcej.
- Ale ściemniasz, Rachel - kwituje Sadie. Łapie mnie za rękę i ciągnie w stronę wyjścia, roztrącając ramieniem dziewczyny, które nie zdążą zejść jej z drogi. Wypadamy na dwór przez zasłonę z plastikowych pasków, morska bryza rozwiewa nam włosy. Wyrywam się Sadie i ruszam w stronę plaży.
- Tash! - woła za mną. - Daj spokój. Zaczekaj.
Dźwięk jej głosu i stukot takielunku o stalowe maszty łódek na przystani sprawiają, że cała się zjeżam. Jakiś rybak zbyt głośno słucha radia. Niebo zasnuła brązowa mgiełka, w parku narodowym dwadzieścia kilometrów stąd płonie busz. Dym nadciąga z zachodu jak zły omen.
Przygotuj się. Coś złego wisi w powietrzu.
Sadie dogania mnie w miejscu, gdzie promenada zbliża się do nabrzeża.
- Wszystko gra? - mówi do moich pleców. - Obiecuję, że nigdy więcej cię tam nie zaciągnę.
Myśli, że to przez moją klaustrofobię. Odwracam się gwałtownie.
- Mogłyśmy po prostu pozwolić Rachel zamówić ten cholerny sorbet.
Sadie opada szczęka.
- Nie, nie mogłyśmy. Nie możesz dać sobą pomiatać. Nie możesz siedzieć cicho, kiedy tobą poniewierają. To się w życiu nie sprawdza.
U mnie się sprawdza. Im łatwiej o mnie zapomnieć, tym lepiej. Piętno, które towarzyszyło mi od dzieciństwa, wreszcie się zatarło. Gdy skończyły się ataki paniki i wizyty u psychiatry, stałam się nijaka i niegodna uwagi - po prostu kolejna nieciekawa twarz na zatłoczonym szkolnym korytarzu. Sadie może sobie być arogancka i wyzywająca, ale ja nie mam najmniejszej ochoty, żeby ktoś obgadywał mnie za plecami.
- Nocowanie, Dee. Musiałaś o tym wspominać przy Rachel?
Sadie unosi ręce w geście przeprosin.
- Nie pomyślałam. Mogłam się ugryźć w język.
- Trzeba było. Teraz od samego początku roku będą w szkole plotkować, że moczę się w nocy. - Nie wspominam o Wróblu, a Sadie dobrze wie, że lepiej nie poruszać tego tematu.
- Daj spokój, Tashie. Wiesz, że nie zrobiłam tego specjalnie.
Uderzam czubkiem sandałka w deskę, aż się wygina; turkusowy lakier na paznokciach zdradza, że za bardzo się staram.
- Wiem.
- Carmody... - Sadie mierzy mnie surowym wzrokiem. - Na kogo zawsze możesz liczyć?
Prychając, spoglądam na ciężkie chmury zbierające się na horyzoncie.
- Carmody...?
Wzdycham i odpowiadam niechętnie:
- Na ciebie.
- Co takiego? Mów głośniej. Strzeliłaś takiego focha, że nic nie słychać.
- Mogę zawsze liczyć na ciebie.
- Racja, siostro. - Obejmuje mnie ramieniem i przyciąga do siebie. - Zawsze uratuję ci tyłek, cycki, te dziwne kościste kolana i tę wielką, skomplikowaną łepetynę.
Tym razem to ja się obruszam.
- Wspaniale. Moja najlepsza przyjaciółka uważa, że mam nierówno pod sufitem. Jak mam przekonać kogokolwiek, że jest inaczej?
Sadie macha ręką.
- Niech sobie myślą, co chcą. Te palanty w szkole już dawno wyrobiły sobie zdanie na nasz temat. To twoich rodziców mamy przekonać, prawda?
Zgadza się. Tylko jeśli uda mi się przekonać rodziców, że sama potrafię o siebie zadbać, będę mogła zdawać na fotografię w Sydney albo w Melbourne. Musiałabym wyprowadzić się z domu i zamieszkać w akademiku; moja mama nie będzie zachwycona tym pomysłem. Ta kobieta nie ufa mi, nawet jeśli chodzi o ładowanie zmywarki. Myśli, że nie słyszę, jak przekłada jej zawartość, gdy już położę się spać.
- Posłuchaj - ciągnie Sadie. - Moja mama ma dla nas nową fuchę, jeśli jesteś zainteresowana. Kilka godzin pracy jako kelnerka i pięćdziesiąt dolców do ręki, co ty na to? - Porusza zabawnie brwiami, żeby rozluźnić atmosferę.
Nie zaprzeczę, kasa przydałaby mi się na profesjonalne odbitki, ponieważ powinnam przygotować porządne portfolio na egzaminy wstępne. Poza tym trudno jest odmówić mamie Sadie, Kiri, która ciężko pracowała na sukces swojej firmy cateringowej, jest samotną matką i nie może liczyć na pomoc rodziny mieszkającej w Nowej Zelandii. Opieram się o drewniany pachołek portowy pomalowany tak, żeby przypominał ogorzałego marynarza.
- Gdzie i kiedy?
Sadie rozluźnia z ulgą ramiona. Choć miewa niewyparzony język, wiem, że nie lubi sprawiać mi przykrości.
- W przyszłą sobotę na Banksia Avenue - odpowiada.
Gwiżdżę cicho. Na Banksia Avenue wyburzają właśnie wszystkie stare ceglane rudery i zastępują je nowoczesnymi willami. Większość posesji ma bramy z lśniącego drewna i jest otoczona wysokimi murami, wzdłuż których rosną palmy, nie wspominając o widoku na ocean.
- Francja-elegancja - zgadza się Sadie. - To ma być wielkie przyjęcie powitalne dla jakiejś rodziny, która wraca do miasteczka.
- Chcesz powiedzieć, że udało im się stąd wyrwać, a teraz wracają tu z własnej woli?
- Dziwne, nie? - Sadie związuje falujące ciemnobrązowe włosy w luźny kok na czubku głowy i mocuje go gumką. - Nie wynajęli domu. Kupili ten dwupoziomowy z dziwnym okrągłym oknem. Mama mówi, że zaproszono setkę gości.
- Popularna rodzinka.
Czekamy przed przejściem przez Marine Drive, przepuszczając samochody wyjeżdżające niespiesznie z parkingu przy plaży, jakby niechętnie zostawiały za sobą ciepłe popołudnie. Po drugiej stronie ulicy przed budką z rybą i frytkami stoi pełno przyjezdnych w luźnych koszulkach, mokrych kąpielówkach i japonkach na zapiaszczonych stopach.
- Założę się, że Rachel skołowała zaproszenie - stwierdzam - tylko po to, żeby uprzykrzyć nam robotę.
- Pewnie tak - przyznaje Sadie. Przy kafejce na rogu skręcamy pod górę, oddalając się od sklepów. - Czy w Port Bellamy odbyła się kiedykolwiek impreza, na którą się nie wkręciła? Zresztą to mama Rachel sprzedała dom tym nowym, więc rodzina Tan będzie robić za oficjalny komitet powitalny.
Podchodzimy w górę Banksia Avenue i widzę, że Sadie miała rację: do muru pod numerem ósmym jest przyczepiona tablica agencji nieruchomości z naturalnej wielkości zdjęciem Francine Tan ubranej w niebieski sweterek. Kremowy budynek z eleganckimi drewnianymi żaluzjami w oknach i podjazdem z piaskowca stał pusty przez prawie osiem miesięcy. Teraz na werandzie ustawiono wiklinowe fotele, a po obu stronach drzwi frontowych pojawiły się ozdobne drzewka.
Podążam wzrokiem wzdłuż podjazdu, który kończy się dużym podwójnym garażem na tyłach posesji. Ten widok budzi we mnie niejasne wspomnienie czające się tuż pod powierzchnią pamięci, niczym zapach, który znasz, ale nie wiesz skąd. Na piętrze kremowego budynku w okrągłym oknie przesuwa się jakiś cień. Firanka się unosi, a potem szybko opada z powrotem.
Z powrotem.
Z powrotem?
- Mówiłaś, że kto tu mieszka?
- Nic nie mówiłam - zaprzecza Sadie. - Widziałam tylko wpis w kalendarzu ściennym mamy. - Mruży oczy, wytężając pamięć. - Jakieś morsko brzmiące nazwisko. Waters, Sailor czy coś w tym stylu.
Cały świat gwałtownie przyspiesza, a potem raptownie hamuje. Następne słowo wypowiadam bardzo ostrożnie:
- Fisher...?
- Tak, Fisher! Znasz ich?
Zasycha mi w ustach, boję się odezwać. Wzruszam obojętnie ramionami, ale w głowie mam gonitwę myśli.
- Dobra, będę lecieć - mówi Sadie. - Obiecałam mamie, że pomogę jej przygotować owoce morza w panierce. - Rusza w stronę skrzyżowania, na którym powinnyśmy się rozstać, ale orientuje się, że za nią nie idę. Z wahaniem robi krok do tyłu, bawiąc się nerwowo paskiem nabijanym ćwiekami. - Między nami wszystko gra? Wyglądasz, jakbyś się dalej gniewała.
- Tak - chrypię - wszystko gra.
- Przytulas?
Podchodzi do mnie z pełnym nadziei uśmiechem i otwartymi ramionami, a potem obejmuje mnie ostrożnie, tak jak ja obejmuję mojego młodszego brata, kiedy mi na to pozwoli. Spoglądam na dom numer osiem przy Banksia Avenue. Teraz w oknie nikogo nie widać, ale wiem, że gdzieś tam jest.
Mallory Fisher.
Dziewczynka, którą porwał zamiast mnie.
3
TERAZ
Jeśli poszukać w internecie zdjęć Mallory Fisher, to ciągle wyskakują te same trzy fotografie: zdjęcie z przedszkola, fotka z bratem na kempingu i ucięte, niewyraźne zdjęcie rodzinne zrobione w święta Bożego Narodzenia. Pierwsze dwa zostały udostępnione prasie przez rodziców Mallory i trafiły na krótko na plakaty. Świąteczna fotografia pochodziła zapewne od jakiegoś krewnego, który przekazał ją w dobrej wierze namolnemu dziennikarzowi.
Gdyby nie odnaleziono dziewczynki żywej, pewnie zdjęć byłoby znacznie więcej. Mallory niemowlak. Mallory obchodzi szóste urodziny. Mallory na karuzeli w Greenwillow. Może pojawiłyby się przetworzone komputerowo zdjęcia pokazujące, jak wyglądałaby za kilka lat - jako dziesięciolatka, dwunastolatka, śliczna nastolatka. Jej postarzona podobizna mogłaby właśnie krążyć po Facebooku.
Ale Mallory Fisher odnalazła się na szlaku turystycznym, brudna i odwodniona, z zakrwawionymi plackami na głowie, z której w kilku miejscach wyrwano kępki jasnych włosów. Mallory Fisher zniknęła na siedem dni, a kiedy znów się pojawiła, ta gadatliwa wcześniej sześciolatka już nigdy nie wypowiedziała ani słowa. Plakaty z jej zdjęciem pozrywano, a Fisherowie wyjechali z Port Bellamy, jak się wydawało, na zawsze.
Wśród miejscowych panuje przekonanie, że Mallory została porwana, najprawdopodobniej z Old Meadow Lane - pierwszej drogi, do której dotarła po wyjściu z lunaparku. Ludzie uznali, że ktoś po prostu skorzystał z okazji - porwał Mallory pod wpływem impulsu, a potem wystraszył się, znudził albo dopadły go wyrzuty sumienia, i w końcu porzucił ją w Parku Narodowym Barrington Tops. Gazety donosiły, że przesłuchiwano podejrzanych, ale nikogo nie aresztowano. Sprawdzano i eliminowano różne tropy, a zeznania niewiarygodnych świadków obalono.
W tym także moje.
Wzdrygam się na samą myśl o tym, co powiedziałam policji. To wszystko, co wtedy widziałam, wydawało się takie rzeczywiste.
- Kto to?
Zatrzaskuję laptopa i zdjęcia Mallory Fisher zostają pochłonięte jednym gwałtownym kłapnięciem. Mój braciszek Tim stoi w drzwiach sypialni i wyciąga szyję, usiłując zobaczyć, co przykuło moją uwagę.
- Hej. Jak leci, Timber?
Chłopiec opiera się o framugę drzwi i zaczyna skubać zaciek z farby.
- Mama chce, żebyś jej oddała laptopa. I nie wolno ci tak do mnie mówić.
- Jak mówić, Timber?
- Przestań - odpowiada opryskliwym tonem, jak na dziewięciolatka przystało. - Mama mówi, że już nie wolno ci mnie tak nazywać.
- Według mamy w zasadzie nic mi nie wolno. Może więc chociaż ty mi odpuścisz?
Tim zastanawia się przez chwilę, po czym wzrusza ramionami na znak zgody. On też nie rozumie, dlaczego już nie wolno mi go tak przezywać. Kiedy uczył się chodzić i upadał na pupę, wołałam "Timberrr!", jak gdyby był ścinanym drzewem w lesie[2]. Chichotał za każdym razem, więc przezwisko przylgnęło do niego na dobre. Nikt nie miał nic przeciwko temu aż do chwili, gdy dwa tygodnie temu Tim po raz pierwszy spróbował jeździć na deskorolce.
- Natasho, nie wołaj "Timber" za każdym razem, kiedy się przewraca - skarciła mnie mama. - Skupiasz uwagę na jego niepowodzeniach. To może zostawić trwały ślad w jego psychice.
Z grubsza oznaczało to: "W rodzinie wystarczy jedno dziecko stwarzające problemy".
Nie "problemy", poprawiłaby ją doktor Ingrid. "Wyzwania".
- Co oglądałaś? - pyta Tim, zerkając na laptopa. Gdy przesuwam się z krzesłem, żeby odwrócić jego uwagę, Tim unosi podejrzliwie brwi. - Kto to był?
- Hej, o co się kłócą rodzice? - Wsuwam laptopa pod pachę i wypycham Tima na korytarz. Nasza długowłosa kotka Mysza zeskakuje z mojego łóżka i bezszelestnie rusza za nami.
- Nie wiem - odpowiada Tim, sięgając po komputer. Jestem od niego szybsza i unoszę laptopa nad głowę. - Wszystko było w porządku przed tym telefonem do taty. - Zatrzymujemy się na szczycie schodów.
- Jakim telefonem?
- Ja odebrałem, a ona poprosiła tatę. Powiedziała, że jest ciocią Ally. - Tim unosi ku mnie usianą drobnymi piegami buzię i patrzy niebieskimi oczami. Ma pociągłą twarz o delikatnych rysach jak mama, a nie pulchne policzki z dołeczkami jak ja. - Mamy jakąś ciocię Ally?
- Tak. - Przygryzam wargę od środka. - Mamy.
Tim unosi brwi.
- Jesteś pewna? Nigdy o niej nie słyszałem. Czy ona jest stara? Jak babcia? Albo bogata?
Chichoczę pod nosem, jednym uchem nasłuchując głosów z dołu. Nic dziwnego, że rodzice się kłócą. Zawsze tak jest, ilekroć Ally pojawia się w ich życiu niczym granat wrzucony do ogniska.
Schodzimy na palcach do połowy schodów i siadamy na naszym stopniu. Można stąd oglądać telewizję, podsłuchiwać rozmowy w kuchni i podglądać, co się dzieje w ogródku przed domem, samemu pozostając niewidocznym.
- Ciocia Ally jest cztery lata młodsza od taty - szepczę do Tima. - Nie jest stara. I na pewno nie jest bogata.
- Tata jest już stary.
- Ma czterdzieści dziewięć lat, Tim.
- Ma siwe włosy - szepcze Tim z oburzeniem. - Nikt inny w klasie nie ma taty z siwymi włosami. Nikt nie ma taty, który ma prawie pięćdziesiąt lat. - Kręci głową, jak gdyby nie mógł uwierzyć, że umknęło to mojej uwadze.
- Wiesz przecież, że byłeś niespodzianką. Rodzice myśleli, że etap powiększania rodziny mają już za sobą. Może tata był w takim szoku, że osiwiał. - Robię wielkie oczy, a Tim rozdziawia buzię. Dotyka koniuszkiem palca rozjaśnionej słońcem czupryny.
- Czy to możliwe? Jak bardzo trzeba się wystraszyć? - Łaskocze Myszę za uchem i odpływa gdzieś myślami, a ja chciałabym zajrzeć mu do głowy, żeby zobaczyć rozgrywające się w niej scenariusze. Zepsuty Xbox, zły pies sąsiada, mama smarująca mu włosy preparatem przeciw wszom. Niewinne lęki dziewięciolatka - i właśnie takie powinny być.
Z dołu dolatuje głos mamy:
- Mówiłeś, że ma być w Byron Bay do lutego. Chryste, Richard! To tyle, jeśli chodzi o element zaskoczenia.
- To bez znaczenia - odpowiada tata. - Wycena agencji nieruchomości jej nie przekona. Uparła się.
- Richardzie, wiem, że się uparła. - Mama wypowiada imię taty takim tonem, jak gdyby to było przekleństwo. - Właśnie dlatego wysłaliśmy tam agentkę pod jej nieobecność, żeby w ogóle mogła dostać się do środka. Francine Tan twierdzi, że twoja siostra oblała ją wodą z wiadra!
Tim zasłania usta ręką, tłumiąc śmiech. Pewnie myśli sobie, że ta stara ciotka bez grosza przy duszy jest wystarczająco postrzelona, żeby być fajna. I chyba jest fajna, na swój własny, hipisowsko-artystyczny sposób. Kiedy widziałam ją ostatnim razem, ogoliła głowę na łyso i zamierzała namalować mural w środku swojego domu. Sęk w tym, że dom w Willow Creek nie jest wyłącznie jej własnością - należy do niej i do mojego taty. Babcia zostawiła im ten stary dom w stylu kolonialno-georgiańskim w spadku i od jej śmierci dziesięć lat temu tata chce go sprzedać.
- Właśnie tu jedzie - oznajmia tata. - Spróbujmy usiąść razem i porozmawiać o tym jak poważni ludzie.
- Co takiego? Ally tu jedzie?
- Rano była w Hunter Valley, więc wpadnie do nas w drodze powrotnej.
Tom mruga z niedowierzaniem, a jego usta układają się w literę "o". Wcześniej nie przyszło mi do głowy, że nigdy nie rozmawiamy przy nim o Ally. Kilka razy spędzała z nami święta, ale Tim był jeszcze za mały, żeby cokolwiek zapamiętać. Któregoś roku Ally tak się wstawiła, że kopniakiem przewróciła choinkę i poszła spać w swoim samochodzie. Innym razem nazwała tatę nadętym durniem i chlusnęła mu drinkiem w twarz. Nic dziwnego, że mama przestała ją do nas zapraszać.
Kilka minut później na podjeździe słychać niski pomruk forda F100 należącego do Ally. Stary pick-up zatrzymuje się z piskiem hamulców, po czym strzela z gaźnika. Tata na pewno się wzdrygnął - kocha ten brązowy wóz z chromowaną kratką chłodnicy i karoserią we wzory z lat siedemdziesiątych. Oglądanie go w takim stanie musi być dla niego torturą. Samochód należał do babci, a ponieważ tata woził nim antyki, którymi handlowała, jasne było, że to on go odziedziczy. A potem Ally wróciła z którejś ze swoich wypraw z plecakiem i przywłaszczyła sobie auto.
Kiedy tata otwiera drzwi, jego siostra maszeruje właśnie ścieżką przez ogród i bez wahania wchodzi do środka.
- Richardzie - wita się krótko, poprawiając falujące kasztanowe włosy obiema rękami. Sięgają jej teraz do połowy pleców, co uzmysławia mi, ile lat minęło od naszego ostatniego spotkania. Jest szczupła, ma na sobie sukienkę w kolorach ziemi, a na nadgarstkach całą masę bransoletek z rzemyków i paciorków.
- Przywiozłaś któregoś ze swoich facetów, żeby mnie zastraszyć? - Tata wskazuje ruchem głowy pick-upa. - Tego frajera PJ-a? A może tego niemieckiego palanta Klausa? - Drzwi z siatki zamykają się z trzaskiem, a ja schylam się, żeby wyjrzeć przez okno. W oknie samochodu dostrzegam postać palącą papierosa.
- Jasne, Rich - odparowuje Ally - bo to w moim stylu. Jakbym potrzebowała pomocy jakiegoś faceta. Aż tak przeraża cię wizja niezależnej kobiety?
- Nie wiem. A oblejesz mnie wiadrem wody?
- Nie wiem. A będzie to konieczne?
W tej wymianie zdań da się wyczuć żartobliwą nutę, która przypomina mi, że dorastali w tym samym domu, jedli przy tym samym stole i oglądali te same programy w telewizji. Gdyby nie zadawnione urazy, mogliby ze sobą konie kraść. Jednego zdążyłam się jednak nauczyć: im bliższa jest ci jakaś osoba, tym mocniej rani cię jej krytyka. Jej nieufność wobec ciebie wywołuje panikę, a jej rozczarowanie tobą jest niczym trucizna.
- Witaj, Ally. - W głosie mamy słychać napięcie. - Co możemy dla ciebie zrobić? - Nie proponuje, żeby ciocia usiadła. Nie oferuje kawy.
- Chodzi raczej o to, co możecie przestać robić, Elaine. Na przykład wysyłać mi do domu aroganckie zdziry, które mają czelność same sobie otwierać drzwi.
Siedzący obok mnie Tim z trudem hamuje radosną ekscytację brzydkim słowem. Marszczę ostrzegawczo brwi i przykładam palec do ust.
- Francine Tan jest agentką nieruchomości - mówi mama powoli, jak gdyby tłumaczyła coś dziecku. - Myśleliśmy, że jesteś w Byron i chcieliśmy...
- Dobrze wiem, co chcieliście zrobić - przerywa jej Ally. - Dlatego przyjechałam po mój komplet kluczy.
- Twój komplet kluczy? - pyta mama.
- To moja prywatna przestrzeń - ciągnie Ally. - Nieproszeni goście nie są mile widziani w moim domu.
- Dlaczego? Masz coś do ukrycia? - Wymowna pauza po tym pytaniu jest jak wbicie szpili owiniętej drutem kolczastym. Przypominam sobie lato spędzone u Ally dziewięć lat temu, pokoje z zakazem wstępu i zamknięte na klucz drzwi, wilgotne schody prowadzące do piwnicy przypominającej czarną gardziel bestii gotowej połknąć mnie w całości. Prawie czuję kredowy zapach zmurszałych drewnianych framug, niemal słyszę stukania i trzaski, gdy staremu domowi strzela w stawach. Gdybym sobie na to pozwoliła, pewnie byłabym w stanie przywołać uczucie bycia ciągniętą z jednego pokoju do drugiego i pamięć o skarpetach zaczepiających o gwoździe w deskach podłogi.
- Daj mi klucze, Rich - rozkazuje Ally.
- Nie dostaniesz mojego kompletu. Połowa domu należy do mnie, pamiętasz?
- I postanowiłeś sprzedać ją ze mną w środku.
Tata wzdycha.
- Nie próbujemy cię wykurzyć. Wiesz, że chciałem sprzedać swoją połowę od lat. Nie stać cię, żeby mnie spłacić, więc musimy to omówić.
- A co to za bzdury z wpisaniem domu do rejestru zabytków, skoro po prostu chcesz go sprzedać?
- Odezwała się do mnie rada hrabstwa Gloucester - odpowiada tata. - Chcą go kupić i mają kilka świetnych pomysłów, jak go wykorzystać.
- Ktoś już z niego korzysta. Ja!
- Ten dom zaraz zawali ci się na głowę, a żadnego z nas nie stać na remont - odparowuje tata. - Musimy go sprzedać komuś, kogo na to stać.
- Ten dom stoi od 1820 roku, Rich. Nie zawali się jutro.
- Posłuchaj, dałem ci dziesięć lat...
- Więc skąd ten nagły pośpiech?
- Tash idzie w przyszłym roku na studia - tłumaczy tata. - Trzeba będzie opłacić czesne, pomożemy jej też kupić samochód, kiedy przyjdzie czas.
Brat podnosi na mnie wzrok, a ja wzruszam ramionami. Nie miałam pojęcia, że rodzice chcą mi pomóc opłacić czesne. Myślałam, że popracuję na pół etatu jako kelnerka i jak wszyscy wystąpię o odroczenie opłaty za studia. Zresztą i tak będzie to konieczne, bo rodzice nie biorą pod uwagę kosztów utrzymania w Sydney czy Melbourne. Spodziewają się, że będę dojeżdżać z domu do kampusu w Newcastle. Żeby mieć mnie na oku. Monitorować.
- A co u Tash? - pyta Ally. Ton jej głosu przechodzi z obronnego w zaciekawiony. Cała sztywnieję, a Tim szturcha mnie łokciem w żebra. - Ile ma już lat? Szesnaście?
- Siedemnaście - odpowiada tata.
Znów zapada niezręczna cisza, ale tym razem w powietrzu zawisa to, o czym nikt nie chce mówić.
- Wszystko z nią... w porządku?
- Jak najlepszym - ucina mama. - Twój siostrzeniec też ma się doskonale, jeśli cię to interesuje.
- Oczywiście, że mnie interesuje. To wy nie chcecie go przywieźć do Willow Creek. Spodobałoby mu się tam, busz zaczyna się zaraz za drzwiami, mógłby ganiać po okolicy razem z Bennym.
Tim dotyka mojego ramienia.
- Jej psem - szepczę, a on uśmiecha się radośnie.
- A co z Tash? - dopytuje Ally. - Dalej robi zdjęcia? Może zmiana otoczenia pobudziłaby jej kreatywność. Jest zawsze mile widziana w domu rodzinnym.
- Tu jest jej dom rodzinny - mówi mama z naciskiem. - I nie wydaje mi się, żeby to był dobry pomysł.
- Daj spokój, Elaine. Nadal się z nią cackasz? Jest już prawie kobietą.
- Nie podnoś głosu! - syczy mama. - Zachowaj swoje zdanie dla siebie. Nie masz pojęcia, co się dzieje z tą dziewczyną.
Z "tą dziewczyną". Zwykle jestem "tą dziewczyną", kiedy mama żali się tacie za zamkniętymi drzwiami, że nie wie, co ze mną począć.
- Dlaczego nie zapytasz Tash, czego ona chce? - drąży Ally. - Może przydałoby jej się kilka tygodni przerwy od twojej krytyki i osądzania. Bo mnie na pewno.
Mama aż sapie z oburzenia i mamrocze coś pod nosem. Obok mnie Tim przestał się uśmiechać i usiłuje zrozumieć, o co chodzi.
Słowa Ally wywołują u mnie dziwną mieszaninę wdzięczności i podejrzliwości. Chcę wierzyć, że coś nas łączy - obie wiemy, jakie to uczucie być trzymaną na dystans przez własną rodzinę. Jak gdyby rozumiała, jak się czuję, a przecież... ledwie mnie zna.
- Dobra - odzywa się tata. - Kończymy na dziś. Wyślę ci maila w sprawie domu.
- A co z moimi kluczami?
- To moje klucze - odpowiada tata. - Wciąż ma je agentka nieruchomości.
- Chcę je z powrotem, Rich. I koniec niezapowiedzianych wizyt w celu naprawienia cieknącego prysznica. Wiem, że robisz to wyłącznie po to, żeby mnie szpiegować.
Tata kręci głową i wychodzi do holu. Staje z jedną ręką na biodrze, a drugą wskazuje na drzwi niczym bramkarz wyprowadzający z nocnego klubu awanturującego się gościa. W spłowiałym dresie, z siwymi włosami, którym przydałoby się przycięcie, sprawia wrażenie znużonego.
Ally natomiast przemyka żwawo do drzwi, zamiatając spódnicą i pobrzękując koralikami, a włosy jej falują niczym u furii.
- Chciałabym powiedzieć, że było mi miło, braciszku, ale byłoby to naciągane.
- Serio? - Tata udaje zszokowanego. - Nie mów.
Gdybym zmrużyła oczy, mogłabym ich wziąć za nastolatków.
Mysza uznaje otwarte drzwi za zaproszenie do wyjścia do ogrodu. Zeskakuje Timowi z kolan, drapiąc go przy tym pazurem, a chłopcu wyrywa się okrzyk bólu. Tata i Ally odwracają się i zauważają nas na schodach. Tata zerka ze skruchą w stronę kuchni, jakby uwagi na mój temat wciąż unosiły się tam w powietrzu niczym swąd przypalonych tostów.
Spojrzenia moje i Ally się spotykają. Wyczuwam w jej oczach solidarność. Jak gdyby dokładnie wiedziała...
"To będzie nasz mały sekret, Tash".
...o czym myślę.
Tim próbuje wstać, ale obejmuję go opiekuńczym gestem i przyciągam z powrotem do siebie. Nie wiem dlaczego. Nie wiem, dlaczego wolę, żeby nie miał nic wspólnego z Ally. Ani z Willow Creek. Bądź co bądź, to ja narobiłam tam kłopotów.
Do holu wkracza mama i nić porozumienia między mną a Ally zostaje zerwana. Ally wymyka się z domu, drzwi z moskitiery zamykają się za nią z trzaskiem, a mama zauważa mnie i Tima na schodach. Z pewnością zaraz zbagatelizuje całe to zajście z ciotką albo zbeszta nas za podsłuchiwanie.
Jednak mama nie robi żadnej z tych rzeczy. Wyciąga tylko rękę i mówi:
- Laptop, proszę.
Wychylam się przez balustradę i podaję go jej, uświadamiając sobie zbyt późno, że zapomniałam zamknąć stronę ze zdjęciami Mallory Fisher.