Fluff - Natalia Osińska

-
Proszę czekać
 
 
CZĘŚĆ I
 
 
rozdział 1
poniedziałek, 3 kwietnia 2017
1.

Matylda uczyła się do matury.

Na całej powierzchni biurka piętrzyły się dowody rzeczowe. Wieża podręczników i leksykonów. Kserówki. Zbiory testów. Kubki po kawie. Fiszki. Pomazane zakreślaczem notatki. Na ekranie laptopa - okienko z programem do wkuwania idiomów. Matylda poświęcała się nauce już od dobrych paru godzin.

W tej chwili na przykład kolorowała zielonym flamastrem kolejny słupek grafu, który wykreśliła od linijki w swoim schludnym notatniku BuJo. Wykres przedstawiał dane dotyczące stanu jej wiedzy na przestrzeni ostatnich miesięcy. Można się było z niego dowiedzieć, że od października do kwietnia jej znajomość listy angielskich czasowników nieregularnych poprawiła się z trzydziestu pięciu do czterdziestu dziewięciu procent.

Była bardzo dumna z tego wykresu. Z własnych postępów w nauce nieco mniej.

Zrobi potem zdjęcie całej strony i wrzuci na Insta. Złapie kilka dodatkowych punktów lansu. Wykres kołowy przedstawiający rozkład godzin przeznaczanych na naukę poszczególnych przedmiotów zebrał w zeszłym tygodniu prawie pół setki polubień. Gdyby to jeszcze były polubienia od osób, na których zależało jej najbardziej!

Lub przynajmniej od tej jednej, najważniejszej osoby.

Zielony flamaster zawisł nad kartką, jakby Matylda nagle straciła serce do precyzyjnej roboty. Notatnik, w którym kaligrafowała złote myśli, podsumowania i listy to-do, wydał jej się naraz jeszcze jednym dowodem na to, że w jej życiu nigdy się nie przytrafia nic naprawdę ekscytującego. Odsunęła go na bok i przyciągnęła bliżej laptopa. Put up with, przeczytał jej niechętny nauce mózg, gdy dłoń, jakby sterowana odrębnym zasilaniem, wysunęła się w stronę myszki i od niechcenia zmieniła okienko.

Na ekranie wyświetliła się ilustracja przedstawiająca dwóch obsypanych brokatem łyżwiarzy figurowych splecionych w piruecie. Matylda spędziła nad tym fanartem kilkanaście godzin. Jako podkładu użyła zdjęcia z Google Images, a potem smarowała w Photoshopie kolejne warstwy i cierpliwie poprawiała własne błędy. Zaledwie przed godziną doszła do wniosku, że jest zadowolona z efektu, a przynajmniej - że dotarła do granic własnych możliwości. Podekscytowana opublikowała plik w sieci i czekała na reakcję fandomu - na razie bez powodzenia. Teraz z gasnącym entuzjazmem wodziła wzrokiem po rysunku. Już nie wydawał jej się tak dobry. Anatomia tu i ówdzie leżała. Postacie były sztywne i bez życia, światłocień na poziomie pięciolatka. Obok obrazka wyświetlał się link do profilu autora, czyli jej własna twarz w miniaturce: dziewczyna, która nie wyróżnia się absolutnie niczym. Proste brązowe włosy do łopatek. Brunatne oczy, dyskretnie powiększone odpowiednim filtrem. Nienachalny makijaż, rysy twarzy na tyle regularne, by nie zapaść nikomu w pamięć. Stock. Klon. Obok jej jakże kreatywny pseudonim: Matylda99. Już kilka razy przymierzała się do odświeżenia swojego wizerunku w sieci, ale fatalnie się czuła z fikcyjną postacią w awatarze. Jakoś tak... infantylnie. Niepoważnie. U innych jej to nie przeszkadzało, ale od siebie zawsze wymagała więcej.

 

Bez specjalnej nadziei kliknęła w zakładkę z powiadomieniami i serce zabiło jej mocniej. Komentarz! Ktoś gdzieś na świecie zadał sobie trud, by zostawić pod jej fanartem komentarz. Nikt dotąd tego nie robił.

Are these goats?

Pytanie zbiło ją z tropu. Powinna wiedzieć, co to znaczy goats, na sto procent miała to słówko na którejś ze swoich starannie wykaligrafowanych list, ale teraz oczywiście za nic nie potrafiła sobie go przypomnieć. Sprawdziła w translatorze. "Kozy". O co temu człowiekowi chodziło, czy to znowu jakiś amerykański slang? Przebiegła wzrokiem po ilustracji, szukając odpowiedzi. W tle za łyżwiarzami widać było bandę opasującą lodowisko. Na niej, wśród esów-floresów markujących reklamy, wrysowała rozmyte kontury poznańskich koziołków. To był jej wirtualny znak rozpoznawczy. Nie żeby ktoś ją w internecie rozpoznawał, nic z tych rzeczy.

Yes - odpisała elokwentnie. Oby tylko spostrzegawczy komentator nie domagał się szczegółowych wyjaśnień, na samą myśl o tym spociła się jak przed egzaminem. Już kiedyś musiała w swoim kulawym angielskim opowiadać legendę o tych parszywych koziołkach, przed całą klasą, na ocenę.

Nowy komentarz!

Jesteś z Poznania? - pytał dociekliwy fan.

Odetchnęła z ulgą. Rodak!

Zanim odpowiedziała, weszła na jego profil, ponieważ była rozsądna i nie podałaby żadnych prywatnych danych komuś z lewym kontem. Komentator miał ksywę "Victory" i, jak się okazało, był cosplayerką. Konto założone dwa lata temu, w archiwum prawie pięćdziesiąt fotografii, wszystkie przedstawiały tę samą osobę poprzebieraną za postaci z filmów i mang. Większość tytułów nic Matyldzie nie mówiła. Nie miała pojęcia, kim są Harley Quinn, Elena Alvarez ani Clarke Griffin. Na szczęście znalazła też zdjęcie z Yurio, postacią z ulubionego anime o łyżwiarzach. Wyglądał jak żywy. Twarz cosplayerki, trójkątna, z niedużym spiczastym nosem i wąskimi ustami, wydawała się idealna do wcielania się w mangowe postacie.

Pod każdą fotografią wyświetlało się co najmniej kilkadziesiąt komentarzy. Matylda sprawdziła statystyki i trochę ją wbiło w oparcie krzesła. Dotarło do niej, że wymienia uwagi z autentyczną celebrytką.

Zrepostowała zdjęcie z Yurio i wróciła na stronę z własnym fanartem.

Jestem z Poznania - wystukała w prywatnej wiadomości, bo była przecież rozsądna i nie zostawiłaby takich informacji w ogólnodostępnym komentarzu. - Bardzo mi się podoba twój cosplay z Yurio.

A mnie twój fanart - nadeszła odpowiedź. - Wyglądają na nim tak pogodnie, bez tej całej dramy i angstu.

Pogodnie? Nie takiego epitetu Matylda się spodziewała. Nie w ten sposób opisuje się pełen pasji, dynamiczny piruet.

Nie lubisz angstu? - zapytała.

Wolę fluff.

Matylda parsknęła w ekran, choć wcale nie było jej do śmiechu. To samo napisała niedawno w komentarzu pod którymś z fanfików Tośka. Trochę ją wtedy wyśmiał. Cały ten fanart narysowała głównie po to, by przekonać siebie - i jego też, gdyby raczył choć rzucić okiem - że pasja i namiętność to niemalże rdzeń jej osobowości.

No, to już wie, jak bardzo przestrzeliła.

Namyślała się, co odpisać, gdy usłyszała ciche kroki za drzwiami pokoju. Plątały jej się palce, gdy w pośpiechu przełączała się z powrotem na program z idiomami.

- Przyjdziesz jeść? Już ósma.

- Zaraz! - krzyknęła przez ramię i poczekała, aż kroki oddalą się w stronę kuchni.

Mama woła mnie na kolację - wpisała szybko w okienku i wysłała wiadomość, nim zdążyła to przemyśleć. Co za infantylny tekst. Jej rozmówczyni pewnie pomyśli, że jest jakąś nieletnią smarkulą, i wyloguje się z konwersacji. Odetchnęła z ulgą, gdy jednak nadeszła odpowiedź:

Moja jeszcze nie przyszła z pracy, a brat poszedł na próbę. Twoi też tak późno wracają?

Mam tylko mamę - wysłała wiadomość Matylda, ale zaraz się zreflektowała. - Moi rodzice się rozwiedli - wystukała z pośpiechem.

Ja też - w międzyczasie nadeszła odpowiedź. - Mój tata zniknął, przeze mnie.

Jak to?

'Cause I'm a freak, baby.

Aha - odpisała Matylda, nie drążąc tematu. W internecie, a w fandomach to już szczególnie, prawie każdy kreował się na ciężki przypadek psychiatryczny. W pierwszym odruchu zamierzała pochwalić się Victory, że też ma za sobą terapię, ale po namyśle z niesmakiem wykasowała gotowy tekst. Mama przeprowadziła projekt "Rozwód" z taką samą skrupulatnością, z jaką prowadziła projekty w swojej korpo. Kupiła poradnik z procedurą i ściśle trzymała się harmonogramu. Wizyta u specjalisty została załatwiona z kilkutygodniowym wyprzedzeniem, tak by zaraz po ogłoszeniu wielkiej nowiny zaciągnąć oszołomioną Matyldę na kozetkę. Matylda pamiętała, że cały czas chciało jej się śmiać, choć pewnie nie była to najbardziej adekwatna reakcja. Dostała głupawki, kiedy psycholog obwieścił, że jest nad wiek poważna i rozwinięta. Więcej tam nie poszła, nie chciała się znowu wygłupić.

Będę za dziesięć minut - odpisała.

Szybko jesz!

Muszę kuć do matury.

Tak jak ja. Ale i tak na pewno nie zdam.

Każdy to mówi - odpisała Matylda i niechętnie poderwała się z krzesła, bo znów usłyszała kroki za drzwiami. Mama oczywiście nie wejdzie do pokoju, to by było staroświeckie i niewychowawcze, mama stawia na samodzielne myślenie i wewnątrzsterowność. To czyniło szuranie jej pantofli jeszcze bardziej irytującym. Matylda miała ochotę zapytać ją wprost, w którym z modnych ostatnio poradników polecono jej tę odkrywczą metodę.

- Idę przecież! - krzyknęła z wyrzutem i włączyła telefon, żeby uaktywnić sobie powiadomienia w apce, na wypadek gdyby Victory znów coś do niej napisała.

2.

Matylda i jej mama mieszkały od dwóch lat w nowym apartamentowcu na Winogradach i Matylda wciąż jeszcze nie przyzwyczaiła się do sufitu zawieszonego na wysokości dwustu pięćdziesięciu centymetrów. Deweloper zapewniał, że normy taką wysokość dopuszczają, ale Matylda, wychowana w obszernym domu na przedmieściach, czuła się tu trochę jak w norce Hobbita. Dopiero niedawno przestała rosnąć i choć wbrew własnym obawom nie wybujała aż na tyle, by tłuc czołem o futrynę, nadal odruchowo pochylała głowę, gdy przechodziła z pomieszczenia do pomieszczenia.

A tych było niewiele - duży, widny salon z aneksem kuchennym i balkonem, wydzielona parawanem sypialnia mamy i pokój Matyldy, jedyne poza łazienką pomieszczenie z drzwiami, z czego Matylda często skwapliwie korzystała. Mamie otwarte przestrzenie nie przeszkadzały, ją wychowały korporacyjne open space'y, ale Matylda potrzebowała chwil prywatności, by choć przez chwilę być sobą. Mama była sobą bez względu na okoliczności i publikę, ale Matylda tak nie potrafiła. Uważała, że ma za mało do zaoferowania światu, by tak po prostu narzucać mu się w wersji no-filter.

Poza przytłaczającym sufitem lokalizacja miała wyłącznie plusy, takie jak dostęp do w miarę czystego powietrza zimą, pozbawionego aromatu śmieci palonych w piecu przez sąsiada. No i Pestka. Nie zapominajmy o Pestce. Na przedmieściach Matylda była uzależniona od rodziców, teraz wystarczyło wyjść z domu i po pięciu minutach znaleźć się na przystanku Poznańskiego Szybkiego Tramwaju, by dojechać praktycznie wszędzie.

Mama zalewała w kubku swoją ulubioną białą herbatę z hibiskusem.

- Wreszcie cię widzę, córuś - powiedziała znad czajnika. - Kolacje to ostatnio nasz najważniejszy posiłek. Wreszcie mamy czas, by porozmawiać.

W jej narzeczu oznaczało to tyle co "schowaj w tej chwili ten telefon i usiądź jak człowiek".

Matylda usiadła. Na półmisku piętrzyło się pieczywo, wędliny i szeroki wybór pociętych w plasterki warzyw. W zamierzchłych czasach mama nigdy nie przygotowywała kolacji, bo nie miała na to czasu. Oboje z tatą dużo pracowali, mama tu, w korpo, tata na kontrakcie w Warszawie. Matylda wychowywała się sama i odpowiadało jej to. Dopiero po rozwodzie mama uznała, że musi nadrobić stracony czas i za wszelką cenę przekonać Matyldę, siebie i cały świat, że jej córka wciąż ma dom. Zabrała się do tego z charakterystyczną dla siebie skrupulatnością. Matylda trochę tęskniła za czasami, kiedy dom po prostu był i jego istnienie nie zależało od tego, ile witamin znajdzie się na jej talerzu.

Mama usiadła po drugiej stronie stołu. Była zachęcająco uśmiechnięta, miała ciemne włosy niedbale związane w koński ogon i czarną bluzkę z dekoltem w łódkę. Należała do osób, które mogą ubrać się w byle co, a i tak zakasują wszystkich klasą. Matylda była z niej bardzo dumna i na swój sposób ją podziwiała, ale najbardziej lubiła ją podziwiać z bezpiecznej odległości.

- Dużo się dzisiaj uczyłaś - powiedziała mama.

- Uhm.

- Jak oceniasz swoją wiedzę?

Zaczyna się.

- Minus nieskończoność, w skali jeden do dziesięciu - odparła Matylda.

- A bez żartów?

- Tak samo.

- Pomniejszanie swoich osiągnięć może wydawać się cool, ale na dłuższą metę stawia cię na przegranej pozycji - przemówiła mama głosem mentora. - Nawet jeśli robisz to tylko dla zabawy, prędzej czy później zaczynasz w to wierzyć.

- Nikt już nie mówi "cool", mamo - odparła Matylda. - Zapdejtuj swój risercz. - Nie potrafiła się powstrzymać, motywacyjne gadki matki zawsze tak na nią działały. Kiedy mama dała się sprowokować, wytrącić z równowagi, kiedy rzuciła jakąś gniewną, nieprzewidzianą w poradniku uwagę, wtedy dopiero Matylda czuła, że przebiła się przez mur i mogą porozmawiać naprawdę. Ale to się zdarzało bardzo rzadko.

- Wybrałaś już kierunek studiów?

- Najlepszy. - Matylda z zaangażowaniem rozsmarowywała masło na kawałku bagietki. - W stu procentach zgodny z waszymi oczekiwaniami.

Mama oczywiście przyjęła to jak herezję.

- To ma być twoja decyzja. Nie możesz jej uzależniać od naszych własnych doświadczeń! Uzależnianie się od zewnętrznych przejawów akceptacji czyni cię podatną na wpływy, które nie mają nic wspólnego z twoim osobistym dobrem.

- Mhm. - Matylda obłożyła bagietkę wędzonym serem i zerknęła ukradkiem na zegar na kuchence. Tego się chyba nie da zakończyć w dziesięć minut, mama zaczynała się rozkręcać. A tymczasem w pokoju Matyldy, po drugiej stronie ekranu czeka Victory, królowa repostów, dziewczyna, która wiedziała, jak zapewnić sobie popularność. Matylda miała do niej tyle pytań.

- Postaraj się podjąć tę decyzję, opierając się na własnych zasobach psychicznych - ciągnęła mama z troską, komponując sobie kanapkę fit z tapenadą i kiełkami słonecznika.

- Ja nie mam żadnych zasobów psychicznych.

- Rozum, wola - wyliczała mama. - Uczucia.

- Nie mam żadnych uczuć - mruknęła nerwowo Matylda i okrasiła swoją kanapkę grubą warstwą majonezu. Jeśli znowu przytyje kilogram, to będzie wyłącznie wina mamy. By ukoić sumienie, dorzuciła kilka słupków papryki. - Może pójdę na ASP?

Mamie nie drgnęła nawet powieka.

- Nie jest już trochę za późno na taką decyzję?

- Jest. Ale jak pół roku temu chciałam iść na kurs rysunku, to mi powiedziałaś, że czas na hobby przyjdzie po maturze.

- Na pewno tak nie powiedziałam.

- Okej, ja to powiedziałam. Przetłumaczyłam na ludzki język to, co wyrażała twoja mina.

- Nie możesz zrzucać na innych odpowiedzialności za własne decyzje, Matyldo - upomniała ją mama ze smutkiem.

Matylda tylko pokręciła głową, przeżuwając kanapkę. Szkoda słów. Wyłączyła się, odpływając myślami w bezpieczne rejony. Musi czymś zaimponować tej dziewczynie z sieci. Koniecznie. Rzadko kiedy ktoś zwracał na nią uwagę, więc skoro już się to wydarzyło, trzeba łapać okazję i zaprzyjaźnić się z tą celebrytką. Zainteresować ją czymś. To nie będzie łatwe. Matylda przekonała się już dawno, że nie posiada żadnych wartych wzmianki talentów. Próbowała różnych rzeczy - na YouTubie można znaleźć tutorial na dosłownie każdy temat. Sumiennie i cierpliwie uczyła się rysunku, modelarstwa, renowacji starych lalek Barbie, makijażu i zumby, ale za każdym razem przychodził ten frustrujący moment, w którym nie potrafiła przeskoczyć własnych możliwości. Była wiecznym przeciętniakiem i zużywała mnóstwo energii na ukrywanie tego przed znajomymi.

Westchnęła ciężko nad talerzem. Mama oczywiście to wychwyciła i zinterpretowała po swojemu.

- Ten twój kolega ze studniówki - powiedziała z łagodnym uśmiechem. - Co będzie zdawał?

- Kto, Darek? - Wyrwana z zamyślenia Matylda spojrzała na nią ze zdziwieniem. - Nie mam pojęcia.

Darek był kumplem z kółka teatralnego. Zaprosił ją na studniówkę, to z nim poszła, z kimś w końcu iść musiała. Znaczył dla niej tyle co nic. Ale wytłumacz to mamie. Mama i tak zrozumie po swojemu i będzie robić aluzje. Te aluzje bardzo Matyldę irytowały. Mama nic nie rozumiała. Wielki menedżer projektu. Specjalistka od zarządzania kryzysami. Wszystko przewidziała, zaadresowała każdy problem i tylko jeden mały szczegół umknął jej zupełnie, a mianowicie ten, że przez bite dwa lata Matylda była sekretnie, nieszczęśliwie i absolutnie beznadziejnie zakochana. Tak beznadziejnie, że żaden mamy poradnik nie byłby w stanie jej pomóc. Tak beznadziejnie, że nie mogła się zwierzyć nikomu, nawet swojej najlepszej przyjaciółce Emilii.

Telefon w jej kieszeni zawibrował. Odruchowo sięgnęła ręką. Mama patrzyła na nią z niemym wyrzutem.

- To może być tata - skontrowała to spojrzenie Matylda. Celnie. Mama zacięła usta i posypała swoją kanapkę chipsami z jarmużu.

Ale nie był to tata i nie była to Victory, tylko ten wysysający z niej całą radość życia upiór, którego najwyraźniej wywołała z niebytu siłą swoich zasobów psychicznych.

- Tosiek - powiedziała Matylda i rumieniec wypłynął jej na twarz. - Zaprasza mnie na imieniny. Dziesiątego kwietnia - przeczytała ze zdziwieniem. Imieniny? Nikt z jej znajomych nie wyprawiał imienin. Urodziny to co innego, dopiero co przez klasę przetoczyła się fala hucznych osiemnastek. Tosiek obchodził swoją jako ostatni i chyba mu się spodobało, skoro tak bardzo tęsknił za kolejną imprezą na własną cześć.

- Małgorzaty, Antoniego, Daniela - przeczytała mama, wychylając się w stronę lodówki, na której wisiał jej zabazgrany notatkami planer rodzinny. - Ma to sens, oczywiście, zważywszy, że, hm. Hm.

- Tak? - spytała Matylda tonem ostrzegawczym.

Mama wykonała dłonią barokowy gest, który bardzo czytelnie wyraził, co chce przekazać i jak bardzo nie umie ubrać tego w słowa.

- To w końcu jego imię, więc dlaczego nie miałby obchodzić imienin - oświadczyła Matylda z pasją. Mama wciąż jeszcze była na etapie "tej twojej koleżanki Tosi, która udaje chłopca". W Matyldzie wywoływało to falę gniewu wymieszanego z niepokojem, jakby to ją osobiście obrażano. Tosiek był chłopcem, do cholery! Chłopcem. Mama niby taka nowoczesna, taka postępowa, a jednak nadal dwa kroki za rzeczywistością. Dorośli. Czasem po prostu szkoda na nich sił.

Przełknęła końcówkę bagietki i podniosła się z krzesła.

- Muszę iść - powiedziała. - Idiomy się same nie wkują. I nie martw się, ja naprawdę chcę studiować to zarządzanie. Jak się nie ma kompletnie żadnego talentu, najlepiej nauczyć się sterować cudzymi. No nie?

3.

Dopiero przy biurku zdała sobie sprawę, że mama musiała to odebrać jako przytyk, i zrobiło jej się trochę głupio, jednak nie na tyle, by wrócić do kuchni i załagodzić sytuację. Mama sobie poradzi. Ma w końcu tyle zasobów psychicznych. Matylda odpisała Tośkowi, że na pewno przyjdzie, tak, pamięta adres. W zeszłym roku bywała u niego często, pomagał jej w angielskim, ale potem przestała przychodzić, bo nie mogła znieść tych rzucających się w oczy dowodów, że Tosiek prowadzi bujne życie towarzyskie, z którego jest zupełnie wyłączona. Nie było tygodnia bez imprezy, o której opowiadał jej po fakcie, bez jakiegoś spotkania na mieście, o którym dowiadywała się ze Snapa. Tosiek miał wielu przyjaciół o barwnych osobowościach, lubił się otaczać ludźmi, którzy coś znaczyli w świecie, a ona do nich ewidentnie nie należała. Rozważała nawet możliwość, że zaproszenie na imieniny dotarło do niej przez pomyłkę.

Otworzyła laptopa i nawet nie próbowała zagłębiać się w idiomy. Sprawdziła wiadomości.

Słuchasz k-popu? - pytała Victory.

To mogło być podstępne pytanie. Ludzie różnie reagowali na odpowiedź twierdzącą. Czasem kpiną. Victory oczywiście musiała przejrzeć jej fanarty i znalazła ten z Sehunem z EXO. Jak Matylda miała jej wyjaśnić, że rysuje z reguły to, co właśnie staje się modne i popularne, w tym cudzych idoli, którzy czasem, owszem, stawali się także jej idolami, bo pociągało ją poczucie wspólnoty, jakie zapewniał fandom. W pierwszej klasie szkicowała namiętnie profile Brendona Urie, w drugiej przerzuciła się na Troye Sivana, ostatnio, to fakt, coraz częściej odrysowywała ze zdjęć buzie chłopców z koreańskich boysbandów. Na korkowej tablicy zawieszonej nad jej biurkiem widniał cały zastęp wygładzonych Photoshopem i pozbawionych wszelkich wad pięknych chłopców, z którymi czasem randkowała w marzeniach, kiedy sny na jawie z Tośkiem w roli głównej zaczynały ją nużyć. Kilka tygodni temu, pod wpływem kolejnej przemowy motywacyjnej mamy, odpięła wszystkie zdjęcia i postanowiła patrzeć wyłącznie w przyszłość, ale brakowało jej tych oddanych, wielbiących ją bezkrytycznie spojrzeń. Po dwóch dniach przypięła wszystko z powrotem, nawet spłowiałego już trochę Brendona.

A czego ty słuchasz? - odpisała chytrze.

Mój brat ma zespół metalowy. Gram u niego na perkusji.

Victory gra w zespole metalowym. Na perkusji. Matylda nienawidziła swojego życia.

Gracie koncerty?

Rzadko. Najczęściej gramy na weselach.

Gracie metal na weselach?

Nie bardzo. Ludzie nie lubią. Gramy im te wszystkie skoczne piosenki. Ale ironicznie.

To już nie brzmiało tak romantycznie i buntowniczo, wręcz przeciwnie, trochę zalatywało chałturą. Matylda odprężyła się odrobinę. To był dobry moment, żeby pochwalić się jakimś własnym osiągnięciem, szkoda tylko, że nic wystarczająco atrakcyjnego nie przychodziło jej do głowy.

Ja gram w zespole teatralnym - napisała. Nie dodała, że tego nienawidzi i że zapisała się do kółka wyłącznie po to, by trochę więcej czasu spędzać z Tośkiem, jego główną gwiazdą. W szkolnych przedstawieniach powiedziała w sumie ze trzy kwestie, w tym dwa razy się pomyliła, a za trzecim dostała nerwowej czkawki. Jednym z niewielu plusów zbliżającego się końca roku szkolnego była pewność, że już nigdy więcej nie będzie musiała wychodzić na scenę w pełnej ludzi auli.

Skąd bierzecie kostiumy? - pytała Victory.

Coś tam klecimy. Trochę pożyczamy. Czasem kupujemy. Oczywiście nie są takie dopracowane jak twoje.

Ja też kiedyś kupowałam, ale potem nauczyłam się szyć.

Szyjesz te wszystkie rzeczy sama?

Większość.

Matylda znów była pod wrażeniem. Korespondowała z dziewczyną, która grała na perkusji i szyła sobie wymyślne kostiumy, a ona nie mogła się doprosić nawet głupiego kursu rysunku.

Jak nauczyłaś się tego wszystkiego? Chodzisz do technikum? A może do szkoły muzycznej? - pytała z zawiścią.

Z YouTube'a - przyszła odpowiedź. - Tam są tutoriale do wszystkiego. Kostiumy wyprzedaję potem na konwentach. Na Pyrkonie też będę. A ty?

Emilia twierdziła, że Pyrkon to zabawa dla no-lajfów i że chodzenie na konwenty to obciach. Z drugiej strony Tosiek już kilka razy zapowiadał, że wybiera się tam w tym roku. W oczach Matyldy oboje cieszyli się porównywalnym autorytetem, więc nie wyrobiła sobie jeszcze własnego zdania.

Nie wiem, czy znajdę czas - odpisała wymijająco. - To chyba tuż przed maturami? Mam dużo zajęć. Prowadzę kanał booktubowy. - To już było oczywiste kłamstwo, bo opublikowała raptem jedną recenzję, którą obejrzało trzynaście osób, a skomentował tylko reklamowy spambot. - Planuję też założenie fanpejdża z moimi zdjęciami - szarżowała dalej. Tata dał jej na Gwiazdkę aparat fotograficzny, więc oczywiście obejrzała wszystkie dostępne instruktaże i zrobiła z pobliskiego wiaduktu kilka artystycznych fotografii zasnutej porannymi zorzami galerii handlowej Plaza, ale wątpiła w swoje umiejętności do tego stopnia, że trzymała zdjęcia na dysku w laptopie i nie wspomniała o nich dotąd nikomu.

Nie mogę się doczekać, żeby je zobaczyć - odpisała Victory. - Jesteś taka utalentowana! Bardzo mi się podobają twoje fanarty. Są takie ciche.

Ciche? Matylda wystukała pytanie, co Victory ma na myśli, ale po chwili skasowała wiadomość. Komplement to komplement, po co drążyć temat. Jeszcze dowiedziałaby się czegoś, co by mu odebrało wartość. Doczekała się wreszcie pierwszej fanki! Była zdeterminowana utrzymać ją przy sobie jak najdłużej. Niech Tosiek wreszcie zobaczy, że ona też ma potencjał.

Dziękuję - napisała. - Masz Facebooka? Albo Snapa? Dodasz mnie do znajomych?

 
 
rozdział 2
poniedziałek, 10 kwietnia 2017
1.

Minął tydzień. Matylda przeżyła go w dwóch płaszczyznach czasowych, jakby część jej umysłu utknęła w innym wymiarze. Na pozór dni mijały szybko, zbyt szybko. Ile razy myślała o maturze, czas zaczynał pędzić jak spóźniony ekspres. Ledwo zdążyła spojrzeć w notatki, nadchodziła północ i musiała wykreślać kolejny dzień w nieco zaniedbanym ostatnio notatniku.

Ale na drugim planie była zawsze Victory, czyli po prostu Wiktoria, dla znajomych Wika. Matylda prowadziła z nią długie dyskusje. Właściwie to była wciąż ta sama, niekończąca się rozmowa na messengerze. Wika zawsze była online. Kontrolka przy jej koncie cały czas pulsowała na zielono, jak bijące szybko serce. Można było do niej napisać nawet o trzeciej nad ranem, a i tak odpisywała w ciągu pięciu minut. Wydawało się, że od czasu jej pierwszej wiadomości minęły wieki. Wiedziały o sobie coraz więcej. Wika od września nie chodziła do szkoły, bo na własną prośbę została objęta edukacją domową, co w jej przypadku oznaczało, że uczy się całkiem sama. Twierdziła, że nauka pozbawiona presji sprawdzianów i odpytywania przychodzi jej znacznie łatwiej. Matylda bardzo jej tego zazdrościła, a z drugiej strony powątpiewała czasem w skuteczność metody, bo Wika bez przerwy zarzekała się, że na pewno nie zda matury. Matylda nigdy nie wytknęła tej sprzeczności. Istniał między nimi niepisany pakt, który zakładał, że wierzą sobie nawzajem bez zastrzeżeń. Bez tego cichego porozumienia więź między nimi nigdy nie mogłaby powstać. Wika podziwiała Matyldę i wszystkie jej domniemane osiągnięcia, a Matylda wolała nie pamiętać, że zdobyła jej zainteresowanie serią małych kłamstw. Nadal wyolbrzymiała swoje zalety i talenty, ale bez wyrzutów sumienia, bo coś jej mówiło, że Wika robi dokładnie to samo.

Pododawały się nawzajem do znajomych na wszystkich możliwych serwisach. Oglądały symultanicznie te same filmy na Netfliksie, wymieniając na bieżąco uwagi przez messengera. Czasem Matylda wyobrażała sobie, że to nie Wika, lecz Tosiek mieszka w jej telefonie, taka lepsza, milsza wersja Tośka, która zawsze ma dla niej czas i adoruje ją bez zastrzeżeń. Że to z nim ogląda te wszystkie filmy i że to on zostawia komentarze pod jej fanartami. Zdarzyło się jej tak zapomnieć w tej fantazji, że raz wystukała przed zaśnięciem: Dobranoc, kochanie - i zmartwiała w pościeli, przekonana, że wygłupiła się strasznie i nieodwracalnie. Ale nawet wtedy Wika zachowała się z wyczuciem. Dobranoc, kochanie - odpisała po prostu i natychmiast stało się to ich małym wieczornym rytuałem.

Wika w ogóle niczemu się nie dziwiła. Wiedziała wszystko o popkulturze i fandomach, ale gdy chodziło o świat poza internetem, można jej było wmówić cokolwiek. I czasem Matylda zmyślała. Cytowała zaangażowane społecznie artykuły Emilii z gazetki szkolnej jako swoje własne. Utwierdzała Wikę w przekonaniu, że to ona, Matylda, jest szefem kółka teatralnego i że praktycznie sama pisze wszystkie scenariusze. Barwnie opisywała imprezy, które u siebie urządzała, a które łudząco przypominały migawki z publikowanych przez Tośka snapów. To nie było całkiem w porządku, ale cóż mogłoby się stać? Matylda była przekonana, że nigdy nie pozna Wiki osobiście, po co?

W dniu imienin Tośka, kiedy z nosem w telefonie wlokła się chodnikiem w kierunku jego bloku, zaczynała właśnie dochodzić do wniosku, że wirtualne znajomości są o wiele bardziej satysfakcjonujące niż męcząca obecność jej szkolnych kolegów i koleżanek. Prawie żałowała, że musi tam iść. Wolałaby usiąść na ławce i wymieniać uwagi z Wiką. Napisała jej to w wiadomości.

Żartujesz - odpisała Wika. - Ja się bardzo cieszę, że masz prawdziwych przyjaciół i spotykasz się z nimi naprawdę. To takie rzadkie.

Też masz przyjaciół - przypomniała jej Matylda. W wiadomościach od Wiki bez przerwy przewijały się jakieś ksywki i przydomki. Był Majk, który rysował webkomiksy, jakieś cosplayerki, jacyś gitarzyści publikujący covery na swoich kanałach.

Ale się z nimi nie spotykam. Majka widziałam tylko raz, na Coperniconie. I to wszystko. Co kupiłaś w prezencie?

Doładowanie do telefonu.

Komórka prawie wypadła jej z ręki, kiedy Matylda, zagapiona w ekran, się z kimś zderzyła. Podniosła nieprzytomny wzrok.

- Wołam cię i wołam - powiedziała z urazą Emilia, spoglądając na nią z góry. Obie były dość wysokie, ale Emilia miała te kluczowe kilka centymetrów przewagi.

- Co? - Matylda zdała sobie sprawę, że ma wypieki na policzkach.

- Minęłaś jego bramę. - Emilia przyglądała się jej z uwagą. - Zawracamy. Z kim piszesz?

- Z nikim.

Przyjaciółka mrugnęła okiem.

- Jego Tosiek też zaprosił. Mogliście przyjść razem, naprawdę.

Matylda zamruczała coś wymijająco pod nosem i rozgrzeszona znów zerknęła w telefon, drepcząc za Emilią.

Chciałabym umieć się tak łatwo zaprzyjaźniać - pisała Wika. - Mam tyle rzeczy, które mogłabym dawać w prezencie.

Częściej wychodź z domu - wystukała niefrasobliwie Matylda. - Ty chyba siedzisz w tym swoim pokoju przez cały czas?

W soboty czasem gramy - przypomniała Wika.

- Zakuwałam jak wściekła cały weekend - mówiła tymczasem Emilia, odgarniając rozwiane włosy na plecy. - Chciałam pojechać na flashmob na Półwiejskiej, ale nie dałam rady. Ty byłaś?

- Co?... Nie, kułam. Kułam cały czas.

- Aha, widzę - mruknęła Emilia z sarkazmem. Coś w jej głosie kazało Matyldzie schować wreszcie telefon i wejść w swoją rolę potakującej przybocznej. Była to rola, którą grała z powodzeniem od pierwszej klasy i która przynosiła jej wymierne profity - Emilia zawsze wiedziała, jak się ubierać, jak się czesać, co oglądać i z kim nie rozmawiać, a Matylda naśladowała ją wiernie. Klony, tak o nich mówiono. Nie szkodzi. Przy boku Emilii człowiek był bezpieczny, bo Emilii nikt nie ważył się podskoczyć.

Szkoda tylko, że Emilia ostatnio tak się zmieniła. Zaangażowała się społecznie, zbierała podpisy pod ustawami o prawach kobiet, a na jej Facebooku wciąż pojawiały się wrzutki z artykułami o wybitnych sportsmenkach, badaczkach i aktywistkach, artykuły, które w założeniu miały krzepić, a tylko Matyldę przygnębiały, bo w żadnym z nich nie napisano, co ma ze sobą zrobić przeciętna, niezbyt uzdolniona dziewczyna bez wielkich ambicji. Niektórzy w szkole trochę naśmiewali się z Emilii. Nazywali ją feministką. Matylda lojalnie przekazywała jej wszystko, co usłyszała, ale Emilia tylko wzruszała ramionami.

- No i? Nie będę się całe życie przejmować tym, że ktoś mnie nie lubi!

Ta deklaracja ostatecznie utwierdziła Matyldę w przekonaniu, że ich drogi się rozchodzą. Ona czuła się chora na samą myśl, że ktoś mógłby jej nie lubić albo się z niej śmiać.

Jakby to było fajnie, rozmarzyła się, kiedy Emilia witała się z Tośkiem przez zachrypnięty domofon i szarpała z opornymi drzwiami, jakby to było fajnie mieć przyjaciółkę, która łączyłaby w sobie cechy Emilii i Wiki - przyjaciółkę, przy której człowiek czułby się tak bezbrzeżnie wyjątkowy, wyróżniony i akceptowany, ale z którą można by się spotkać bez obaw o wypracowany w sieci wizerunek. Przyjaciółkę w jakimś alternatywnym uniwersum, w którym wszystkie kłamstwa Matyldy na swój temat byłyby najszczerszą prawdą.

2.

Tosiek otworzył drzwi mieszkania i wyszczerzył się w uśmiechu.

- Dziewczyny przyszły! - wrzasnął przez ramię i wpuścił je do środka. Miał na sobie skórzane portki i vansy, do tego białą koszulę z kołnierzykiem i połyskujący błękitnym kamieniem rzemienny krawacik typu bolo. Blond czub wichrzył mu się nad czołem, pod ustami pobłyskiwały srebrne kulki kolczyków. Nikt w szkole nie nosił się z równą ekstrawagancją. Emilia wręczyła mu torebkę z prezentem i życzyła spełnienia wszystkich marzeń, poklepując go po ramieniu jak niesfornego szczeniaka. Matylda czekała na swoją kolej i wzbierała w niej trema, jakby znowu stała za kulisami szkolnego teatru, a nie pod ścianą ciemnawego przedpokoju. Żeby tylko nie wygłupiła się jakąś bezsensowną uwagą. Żeby tylko dała radę się wstrzelić w ten wąski zakres akceptowalnej serdeczności, pomiędzy milczeniem zahipnotyzowanego jelonka a hałaśliwym narzucaniem się.

Tosiek odwrócił się w jej stronę. Zmusiła się do uśmiechu.

- Wszystkiego najlepszego - wydukała życzliwie. Tosiek podziękował jej burzliwie za prezent. Jego głos wydawał się nieco inny niż ostatnio, jakby zachrypnięty, i kiedy znienacka wyciągnął szyję, żeby cmoknąć ją w policzek, coś jej kazało się odsunąć. Prawie odskoczyła.

Tosiek pachniał mężczyzną. Nie był to nawet przykry zapach, ledwo wyczuwała go pod nutą wody kolońskiej. Ale był to obcy zapach, a Matylda nie miała w zwyczaju pozwalać, żeby całowali ją obcy ludzie.

Spojrzał na nią ze zdziwieniem. Nad ich głowami znów zabrzęczał dzwonek do drzwi.

- Właźcie do pokoju, nie róbcie tłoku. - Tosiek przepędził je z korytarzyka.

Posłusznie poszła za Emilią. Nie rozumiała, co się stało. Znowu sobie coś uroiła. W normalnych okolicznościach taki objaw przychylności ze strony Tośka doprowadziłby ją do kołatania serca, więc czemu była na niego zła? Nie mogła się nad tym dłużej zastanawiać, goście Tośka przywitali dziewczyny radosnymi okrzykami, trzeba było trzymać fason i odpowiedzieć łaskawym uśmiechem.

Pokój był niewielki i zastawiony przytarganym z kuchni stołem, na którym stała przykryta kloszem kryształowa patera, stos talerzyków czy koszyk widelczyków i łyżeczek. Wokół różnego rodzaju siedziska zajmowała przekrzykująca się młodzież rozmaitych płci. Część gości Matylda znała ze szkoły i z kółka teatralnego, innych kojarzyła z osiemnastki Tośka.

- Darek siedzi pod oknem - mruknęła jej do ucha Emilia. - Przepychasz się tam?

- Nie ma takiej potrzeby - wyburczała Matylda i usiadła na pierwszym wolnym miejscu, wyliniałym podnóżku upchniętym pod ścianą. Co oni wszyscy z tym Darkiem?

Drzwi znów się uchyliły i w tłum wpadł kolejny gość, Leon z biol-chemu, znany szkolny kujon i, wszystko na to wskazywało, również chłopak Tośka, choć Matylda uparcie nie przyjmowała tego do wiadomości. Leon przecisnął się w okolice biurka i odsunął na bok stos notatek. Usiadł na blacie, odgarnął z czoła ciemny kosmyk i niby od niechcenia wziął do ręki arkusz matur próbnych.

- Szesnasta wybiła, kochani. - Tosiek uroczyście zajął miejsce u szczytu stołu i by dodać sobie powagi, stanął na palcach. - Dziękuję za tak liczne przybycie, szczególnie tym, którzy zakuwają do matury.

- Ty nie zakuwasz? - spytała kąśliwie Emilia.

- W granicach rozsądku. - Tosiek beztrosko machnął ręką. - Nieustannie udoskonalam moje ściągi.

- Da się ściągać na maturze? - spytało Zło, pyzate stworzenie w wieku gimnazjalnym, z lewej strony wygolone, a z prawej kędzierzawe jak klasyczny cherubinek. Siedziało na kanapie wciśnięte między znajomych Tośka i siorbało colę przez metalową słomkę.

- Nie prościej wykuć te kilka definicji? - wymądrzyła się ruda Dagny, która siedziała obok. Była o parę lat starsza niż reszta towarzystwa. - Na studiach każdy jeden egzamin jest trudniejszy niż cała ta wasza matura...

- A kto powiedział, że ja chcę... - Tosiek zamilkł na chwilę, bo za ścianą, w kuchni, zaszurały kapcie pana Marcina, jego ojca - ...w ogóle iść na studia - dokończył półgłosem. - Jeden geniusz w rodzinie wystarczy. - Zerknął na Leona, który ukradkiem zaznaczał ołówkiem odpowiedzi w testach. - Dobra, koniec tematu, czas na coś przyjemniejszego. Mam ważne ogłoszenie.

Założył ręce za plecami i potoczył wzrokiem po zebranych, jakby chciał się upewnić, czy wszyscy słuchają go z wystarczająco napiętą uwagą. Tosiek był urodzonym liderem. Lecz choć wszystko zdawało się układać zgodnie z jego zamierzeniami, nagle jakby się zawahał. Zmarszczył jasne brwi, otworzył usta i zaraz zagryzł wargę, jak aktor, który zapomniał tekstu. A potem, zamiast powiedzieć cokolwiek, po prostu pochylił się nad stołem i podniósł szklany klosz.

Wszyscy wyciągnęli szyje, żeby lepiej widzieć, tylko Matylda z napięciem wpatrywała się w Tośka. Coś się nie zgadzało. Tosiek się zmienił. Starała się uchwycić różnicę. Cera mu się popsuła. Dałaby głowę, że te ledwo dostrzegalne zgrubienia na policzku to zapaćkany korektorem trądzik. I jeszcze coś, czego nie potrafiła zdefiniować. Coś, coś, coś... Zrozumiała w przebłysku olśnienia, że zmiana zaszła nie tylko w nim, w niej także.

Nim wybrzmiał dźwięk klosza odkładanego na stół, Matylda była wolnym człowiekiem.

- Daniel - Emilia przeczytała koślawy napis biegnący w poprzek ozdobionego kremem tortu.

- Daniel? - zdziwił się Darek, który nie śledził Tośka w sieci zbyt intensywnie i mógł nie wiedzieć, jakiej ksywy Tosiek używa tam na co dzień.

- Daniel - potwierdził Tosiek i poprawił krawacik. - To od dziś moje imię. Wiem, że niektórzy z was mogą nie być do niego przyzwyczajeni, ale chciałbym prosić, żebyście wysilili się odrobinkę i pamiętali o tym.

Goście w milczeniu przetrawiali wiadomość. Matylda też usiłowała skupić się na nowinie, ale szło jej to opornie, bo w głowie miała tylko jedno: nie kocham go już, nie kocham, nie kocham... Tak się przyzwyczaiła do tej wewnętrznej dramy toczącej ją od środka, że teraz czuła, jakby jej ktoś wyrwał dziurę we wnętrznościach. O czym będzie myśleć podczas bezsennych nocy? O kim fantazjować? Naprawdę już nigdy więcej nie zrobi z siebie kretynki, zalewając się łzami tylko dlatego, że Tosiek znów ją zrugał za złe użycie past perfect? Już zapomniała, jak to jest należeć tylko do siebie, i nie była pewna, czy jeszcze potrafi.

Tymczasem goście wokół stołu zaczęli formułować pierwsze opinie.

- Nie ma problemu - powiedziała Dagny.

- Pasuje do ciebie - zawtórowała jej kumpelka Julia, koścista blondynka w bawełnianej sukience w stokrotki.

- Nie wiem, czy się przyzwyczaję - wyznał Darek z rezerwą.

- Czy to znaczy to, co myślę? - dopytywało się Zło, bardzo podekscytowane.

- Co ci się w Tośku nie podoba? - chciała wiedzieć Zuza, koleżanka Leona z biol-chemu.

Solenizant czekał cierpliwie, aż znów zapadnie względna cisza.

- Uznajmy, że Tosiek był formą przejściową - wyjaśnił. - Nigdy jej nie lubiłem, ale jakoś się przyczepiła. Tacie... niektórym osobom było łatwiej nazywać mnie w ten sposób. Ale ile można to znosić! Ludzie tak nazywają swoje koty! I tak, to znaczy to, co myślisz - zwrócił się do Zła. - To jest druga część mojej nowiny. Zdecydowałem się. Robię to. Postanowione. I... nie chwaliłem się jeszcze, ale pierwsze trzy szoty mam już za sobą.

- Robisz co? - Emilia lubiła nadążać za sytuacją.

- Jesteś pewien na sto procent? - martwiła się Julia.

- Szoty? - powtórzył zdezorientowany Darek.

- Chcę mieć wreszcie tego cholernego Daniela w dowodzie osobistym, czarno na białym, na zawsze - oświadczył Tosiek z przejęciem.

- Dostał wreszcie receptę na testosteron - wyjaśnił Leon, nie podnosząc głowy znad testów.

- Od tego się rośnie? - zainteresował się Darek.

- Mogę tak do ciebie mówić - zgodziła się Zuza. - Ale na pewno za dwa miesiące nie zmienisz znowu zdania?

- Za twoimi plecami i tak nazywamy cię dzbanem albo łosiem, więc nawet nie zauważymy różnicy - zapewniła uprzejmie Emilia.

Matylda doznała interesującego wrażenia, że widzi więcej niż dotychczas, jakby dotąd poruszała się we mgle. Widziała wyczekiwanie w oczach Tośka, niespokojne zaplatanie palców, niepewność za tą butną miną. Dotąd miała go za półboga, czy miłość naprawdę może być aż tak ślepa? Coś jej mówiło, że to dzisiejsze wystąpienie kosztuje go więcej, niż kiedykolwiek byłby w stanie przyznać. I choć nie kochała go już, to zdała sobie sprawę, że polubiła go trochę bardziej - bo do tej pory nie lubiła go właściwie wcale.

- Jemy ten tort czy nie? - spytała podniesionym głosem, przekrzykując gwar. - Sam piekłeś, Daniel? Wegański?

Uśmiechnął się do niej szeroko przez cały stół, jakby właśnie ofiarowała mu najpiękniejszy prezent na świecie.

- Sam zrobiłem napis - wyjaśnił. - Resztę ogarnęła ciocia. Nad moimi tortami muszę jeszcze... hm... popracować.

3.

Mimo obaw wygłaszanych na stronie przez fanów jajek i mleka tort okazał się jadalny i nawet smaczny. Rozmowa przy stole zeszła znowu na tematy maturalne i solenizant trochę się odprężył. Przytaszczył z kuchni tacę z miseczkami drobniejszych przekąsek, a potem ruszył w tournée wokół stołu, pstrykając sobie selfiki ze wszystkimi gośćmi po kolei. Matylda z pewną obawą czekała na swoją kolej. Telefon w jej kieszeni wibrował co chwila. Wika. Na pewno Wika. Ręka ją świerzbiła, żeby sięgnąć po komórkę, ale coś jej mówiło, że jeśli teraz odpisze, już się nie oderwie od ekranu i do końca imprezy będzie siedziała z nosem w telefonie jak jakiś mruk. Kiedy Tosiek... to znaczy Daniel przesiadł się między nią a Emilię i wykrzywił się w zblazowanym grymasie, uśmiechnęła się posłusznie, ale telefonu nie wyjęła. Co oznaczało, że nie będzie miała żadnego własnego zdjęcia, którym mogłaby się pochwalić przed Wiką na Insta. Trudno. Zrepostuje od kogoś.

- Dokładki?! - wrzasnął Daniel gościnnie. Skinęła głową, przypatrując mu się ukradkiem spod opuszczonych powiek. Czy to siła sugestii, czy linia żuchwy trochę mu zmężniała? Na pewno zniknął ten dziewczyński blond puszek na policzkach. Czy to możliwe, by Daniel się golił?

- Widziałem twój ostatni fanart - pochwalił się tonem gospodarza, który dla każdego gościa znajdzie kilka miłych słów.

- Z Yurim? Podobał ci się? Oglądałeś już pierwszy sezon?

- Matyldo. Nie oglądam babskich kreskówek. - Uśmiechnął się z politowaniem. Nagle miała ochotę trzepnąć go w ucho. Nadąsała się.

- Ta jest bardzo popularna - wymamrotała. - Widziałeś, ile fanfików do niej powstało?

- Widziałem, ile ich pododawałaś do ulubionych. Wciągasz sam fluff, że też ci się jeszcze nie znudziło. - Daniel śmiał się serdecznie, a jego ojciec, którego kapcie szurały akurat w przedpokoju, wytknął głowę zza uchylonych drzwi i huknął surowym tonem:

- Co wciągasz?!

Daniel przestał się śmiać.

- Fluff, tato - powtórzył z rozdrażnieniem. - Literatura. Opowiadania, w których autor tak baaardzo kocha swoich bohaterów, że nic złego im się nigdy nie przytrafia. Nudne jak nie wiem. Jezu, tato, to, że nie znasz jakiegoś słowa, nie oznacza od razu, że chodzi o kokainę.

- Tylko pytałem - odparł potulnie pan Marcin i poczłapał do swojego pokoju.

- Przepraszam za niego. - Daniel skrzywił się z ubolewaniem i poszedł robić sobie selfiki z Zuzą i Darkiem.

Matylda skorzystała z tego, że centrum zainteresowania przeniosło się gdzie indziej, i sięgnęła dyskretnie do kieszeni. Odruchowo cofnęła rękę, gdy niespodziewanie tuż obok rozdzwonił się czyjś telefon.

- Halo - powiedział Leon z roztargnieniem. - Aha? - Odłożył testy na biurko i zaczął słuchać uważniej. - Co takiego?!

Gwar przy stole przycichł.

- Rozumiem - cedził Leon przez zęby. - Mhm. Mhm. Dobrze, będę czekał. - Rozłączył się, wcisnął komórkę w kieszeń i jęknął.

- Co tam? - przynaglił go Daniel.

Leon przeciągnął ręką po włosach.

- Zespół weselny nas wystawił - wyjaśnił. - Cholera jasna, czemu w ostatniej chwili zawsze coś musi się sypnąć!

- Jak to nas wystawił? - zdenerwował się Daniel. - Wzięli zaliczkę!

- A teraz zwracają zaliczkę, bo wokalistka jest w ciąży i rzyga. Mają szukać kogoś na zastępstwo, niby dadzą znać, ale coś im nie wierzę.

- Baby! - zdegustowany Daniel wywrócił oczami. - I co teraz? Będziemy tańczyć do playlisty z laptopa? Nie tak to sobie wyobrażałem.

- Przede wszystkim nie będziemy tańczyć.

- Obiecałeś!

- Ja?!

- Na mojej osiemnastce!

- Byłeś pijany i chciałeś wyjść na mróz na bosaka - wycedził Leon. - To był szantaż.

Zdezorientowani goście w milczeniu przysłuchiwali się tej wymianie zdań. Załamany Leon potoczył błędnym wzrokiem po zebranych i zdał sobie sprawę z ciszy, która zapadła w pokoju.

- No co?

- Dziubeczki moje - przemówiła łagodnie Emilia. - O czym wy w ogóle rozmawiacie?

- O weselu mojej siostry - burknął Leon. - To już za chwilę. Końcówka maja. Obiecałem Sandrze, że znajdę jej zespół na poziomie, trzy miesiące jeździłem po knajpach na przesłuchania, i co, i dupa, bo wokalistka... - Leon zająknął się, gdy lodowate spojrzenie Emilii przeszyło go na wylot - ...musi na siebie trochę bardziej uważać. A ludzie i tak powiedzą, że to ja spieprzyłem Sandrze wesele.

- Sandra taka nie jest! - zaprotestował Daniel.

- Moi starzy tacy są - mruknął Leon.

Ciszę, która zapadła po jego słowach, przerwał dopiero dzwonek do drzwi. Daniel przez chwilę się nie ruszał. Kontemplował nieszczęścia, których nie szczędził mu los, w końcu jednak się ocknął i przypomniał sobie o powinnościach gospodarza.

- Potem o tym pogadamy - mruknął i wyszedł z pokoju.

Matylda zbierała się na odwagę. Rozwiązanie narzucało się samo, ale myśl o tym, że jej dwa światy, ten szkolny i ten w telefonie, miałyby się zderzyć, przejmowała ją lękiem. Nie ruszyłaby się z miejsca, gdyby nie wizja zrujnowanego wesela. Emilia zawsze powtarzała, że kobiety powinny się wspierać. Poza tym... wesele to wesele. Najważniejszy dzień życia i tak dalej. Dekady programowania umysłu bajkami Disneya nie da się zresetować ot tak.

Zło, zdegustowane faktem, że Zuza odmawia dokładki ciasta i czyni cierpkie uwagi na temat wegańskich wypieków, wdało się w burzliwą pyskówkę na temat praw zwierząt. Matylda wykorzystała rozgardiasz, by przepchnąć się w okolice biurka.

- Leon - powiedziała. - Moja znajoma gra w zespole weselnym. Mogłabym zapytać...

- Dobry zespół nie będzie miał terminu na maj - przerwał Leon, nawet na nią nie patrząc. - Nie w sobotę. Kiepskie zespoły weselne mnie nie interesują.

- W tym roku nie grają w maju, bo Wika zdaje maturę - ciągnęła Matylda, rumieniąc się z wrażenia, bo po raz pierwszy wypowiedziała to imię na głos. - Kiedy dokładnie jest ta impreza?

Leon podniósł głowę znad komórki.

- Dwudziestego siódmego. To już po maturach.

- Mogą mieć termin. Zapytać?

Nie zdążył odpowiedzieć, bo do pokoju wpadli spóźnieni goście - Roksanna z klasy Matyldy i uszasty dryblas z mat-fizu, którego Roksanna przedstawiła wszystkim jako swojego nowego chłopaka. Matylda złapała ironiczne spojrzenie Emilii, uśmiechnęły się do siebie złośliwie, ale ten przejaw kobiecej jednomyślności nie przyniósł jej spodziewanej satysfakcji. Roksanna, niegdyś klasowa brzydula, miała już trzeciego chłopaka w tym semestrze. Czy świat stanął na głowie? Biedak wydawał się nieludzko skrępowany, nie wiedział, gdzie podziać długie ręce, i najwyraźniej wciąż jeszcze przechodził mutację, ale jakie to miało znaczenie wobec faktu, że gdy Roksanna dla dodania mu otuchy ścisnęła jego dłoń, uśmiechnął się do niej i z niezdarną czułością odgarnął jej pasmo włosów za ucho.

Matylda nigdy nie miała nikogo, kogo mogłaby ściskać za rękę. Nikt nie patrzył na nią w ten sposób. Wokół niej ludzie schodzili się i rozchodzili, przeżywali kolejne dramy, Daniel z Leonem to już w ogóle sprawiali wrażenie starego, kłótliwego małżeństwa, a ona całe życie zwyczajnie przespała, śniąc na jawie randki z ludźmi, którzy albo ledwo ją dostrzegali, albo nie mieli o jej istnieniu zielonego pojęcia.

To się musi skończyć. Musi wreszcie zejść na ziemię. W jej wieku taki brak jakiejkolwiek przeszłości to już poważny defekt. Roksanna pękłaby ze śmiechu. Matylda zmusiła się, żeby zerknąć na Darka, a on natychmiast uśmiechnął się porozumiewawczo i poznała po napięciu wszystkich jego mięśni, że wystarczy najmniejszy cień zachęty, a zerwie się z krzesła i podejdzie bliżej. Odruchowo uciekła wzrokiem i udała, że go nie widzi. Nie. Nie. To nie to. Jakim cudem ludzie byli w stanie łączyć się w udane pary? Jakim cudem dochodzili w ogóle do porozumienia?

- Zapytaj tę Wikę - odezwał się Leon.

- O co? - spłoszyła się Matylda.

- O ten termin. Najwyżej nic z tego nie będzie.

- Już... już pytam. - Wyjęła z kieszeni telefon. Ile powiadomień! Wszystkie nowe wiadomości pochodziły od Wiki.

16:20. Posłuchałam cię i wyszłam do parku. Nie poznałam nikogo, ale widziałam wiewiórki. Prześlę ci zdjęcie.

16:43. Chodzę z telefonem w ręce, więc właściwie też tutaj jesteś.

16:50. Ale trochę jestem też u ciebie, bo cały czas myślę o tym, jak się bawisz. Jakie to uczucie mieć tylu przyjaciół?

16:55. Oglądałaś Sense8? Musisz obejrzeć Sense8. To o ludziach, którzy potrafią być w dwóch miejscach jednocześnie.

17:00. Chciałabym umieć być w całości chociaż w jednym miejscu.

Matylda zdała sobie sprawę, że się do siebie uśmiecha.

Bawię się świetnie - odpisała. Przy stole Zuza właśnie wyzwała Zło od faszystów, a ono ją od sadystek. - Chciałabym, żebyś tu była. Właśnie o tobie opowiadam.

- Spytałaś? - mruknął Leon.

- Uhm. Dam znać, gdy odpisze. - Matylda szybko schowała telefon, jakby to było narzędzie zbrodni, i dotknęła dłońmi policzków. Paliły jak w gorączce. - Tosiek - powiedziała do gospodarza imprezy, który pod biurkiem wygrzebywał ze zgrzewki kolejną butelkę coli.

- Daniel - usłyszała spod blatu.

- Daniel. Ty idziesz na Pyrkon, prawda?

- Obaj idziemy. - Daniel się wyprostował. - Kupić ci coś? Kubek z Yurim? Przypinki?

- Mogę iść z wami?

- Jasne! - ucieszył się. - Wszystko ci pokażemy. Wszystko. Padniesz trupem, jak zobaczysz, jaki mam zarąbisty kostium. 

[...]

Redakcja: Paweł Sajewicz, Jacek Świąder

Korekta: Marta Śliwińska

Okładka: Krzysztof Rychter

Ilustracje: Mariusz Andryszczyk

Opracowanie graficzne: Elżbieta Wastkowska

 

WYDAWCA

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

 

Dyrektor wydawniczy: Małgorzata Skowrońska

Redaktor naczelny: Paweł Goźliński

Koordynacja projektu: Magdalena Kosińska

 

? by Agora SA, 2019

? by Natalia Osińska, 2019

? by Mariusz Andryszczyk, 2019

 

Obserwujcie autorkę na Facebooku: facebook.com/realnataliaosinska

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2019

 

ISBN 978-83-268-2867-6 (epub), 978-83-268-2868-3 (mobi)

 

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

 

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej