Flu Game - Wojciech Klęczar

-
Proszę czekać

[Pamiętnikz okresu dojrzewania]

Siedzieliśmyz Jarkiem w parku i patrzyliśmy na ulicę oddaloną o jakieś stometrów. W dzień wiecznie tonęła w korku. Teraz jedynie od czasu doczasu przemykała nią blaszana puszka. O tym, że jednak nie da sięcałkiem uciec od rzeczywistości, przypominała hałaśliwa dyskoteka wpobliżu. Na lewo od nas. Kończyło się wino, ja powoli kończyłemstudia, Jarek niedawno zakończył półroczny związek. Dobrze, że towszystko nie skończyło się dzieckiem, powiedział, choć mogło, kurwa,niewiele brakowało. Miałbym owoc miłości. Jebać to. Załyczyliśmy poraz ostatni z tej butelki i ruszyliśmy w noc. Od najbliższegomonopola dzieliło nas dziesięć minut szybkiego marszu. Ale szybko iśćnie umieliśmy, więc dotarliśmy po kwadransie. Sprzedawczyni niechciała sprzedać, ale ubłagaliśmy ją. Ruszyliśmy dalej. Ciekawe, żemiasto wyglądało na wymarłe, przecież była noc z soboty na niedzielę.Usiedliśmy na placu i rozmawialiśmy o głupotach, nie chciało nam sięjuż poruszać tematów ważnych. Flaszka szybko się skończyła, Jarekposzedł na nocny, ja zostałem, nie wiadomo po co. Poszedłem zalatarniami, do knajpy, w której wszystkich znałem, pomyliły mi sięjednak godziny i okazało się, że już jest zamknięta. Musiałemprzeczekać kilka godzin, do pierwszego pociągu albo autobusu.Wróciłem do sklepu i kupiłem wino. Siedziałem w parku, innym niżwcześniej z Jarkiem, bliżej dworca. Wzmagał się wiatr, zbierało sięna burzę. Trzeba było się ruszyć. Po chwili znowu szedłem. Plecakciążył, jakbym niósł w nim wszystkie problemy świata, a nie tylkokilka książek i trochę jedzenia. Dwa razy zatoczyłem się i wyjebałemw krzaki. Dotarłem wreszcie na dworzec. Nigdy nie byłem na nim o tejporze. Śmierdziało jedną wielką żulernią. Jeden z bardziej trzeźwychbezdomnych przysiadł się do mnie. Młody, zaczął, jak sądzisz, jak sięto wszystko skończy? Ale co? Spytałem. No to, wszystko wokół. Bo jamyślę, że jednak tego wielkiego wybuchu nie będzie. Że wszechświatsię nie rozpadnie. Tak mi kiedyś powiedział Bóg, pojawił się nagleprzede mną, a, mówię ci, byłem wtedy trzeźwiuteńki. Stanął Bóg Ojciecprzede mną i rzekł: idź, powiedz wszystkim, że wasi uczeni się mylą.Żadnego końca świata nie będzie. E, daj spokój, pojawił się drugi.Młody zapewne nie chce słuchać tych bzdur. Co nie, młody? Mężczyznamiał około pięćdziesięciu lat. Słyszałeś o napadzie w Wołowie wlatach sześćdziesiątych? Wołów to koło Wrocławia, stamtąd jestem,znaczy z Wołowa właśnie. To jest ciekawe, a nie takie tam,metafizyki. Zwinęli dwanaście i pół miliona, czujesz? A ja pamiętam,ile się zarabiało wtedy miesięcznie, jakieś tysiąc sześćset, dwa.Dwanaście i pół miliona! Ale ich złapali. Wyszli z paki pewnie mniejwięcej wtedy, kiedy się urodziłeś, co? Zachciało mi się spać.Łyknąłem wina, bezdomny podstawił kubeczek(!), nalałem mu. Iposzedłem w inny kąt. Nie pamiętam, kiedy zasnąłem. Kiedy sięobudziłem, zobaczyłem, że jestem w pomieszczeniu bez wyjścia.Widziałem dobrze, bo było całkiem jasno. Same ściany. Kurwa! Tenprzerażający strach. Miotałem się od ściany do ściany, parę metrów wjedną stronę, parę w drugą. Pikawa zapierdalała szybciej niż AyrtonSenna. Jak młot pneumatyczny napierdalała. Zeszczałem się w spodnie.Z godzinę chyba chodziłem, potem biegałem od ściany do ściany.Waliłem, dosłownie, głową w mur, ścianę. Szukałem wyjścia, na próżno.A potem kolejna przebitka - i już normalnie, na dworcu. Czy tobył sen? Czy co, do chuja wafla? Jasny chuj, nie wiem do tej pory,minął tydzień, a nadal nie mogę zapomnieć tego strachu,paraliżującego, wielkiego jak Czomolungma. Nigdy w życiu się tak niebałem. Obym nigdy więcej tego nie doświadczył. Przestaję pić.

Wdawnej fabryce papierosów otwarto niedawno kolejne imprezowezagłębie, które, jak donosiły portale z wiadomościami o Krakowie,przyciągało tłumy. Teraz na leżakach i krzesłach na wielkimdziedzińcu siedzieli nieliczni miłośnicy słońca, pijąc głównie jakieśdziwne hipsterskie napoje. Przy barze pustki. Zamówiłem podwójny sokpomidorowy, żeby uzupełnić potas w organizmie.

Czułemsię jak John McClane w trzeciej części Szklanejpułapki.Co mnie podkusiło, aby po ponad dekadzie przerwy napić się piwa?Dlaczego musiałem być takim idiotą, debilem skończonym, żeby na tympiwie nie poprzestać - które zresztą zarówno niegdyś, tak iwczoraj niespecjalnie mi smakowało - i kupić jeszcze wódkę?Mimo że alkoholu wypiłem najpewniej dużo mniej niż postać odtwarzanaprzez Bruce'a Willisa w noc poprzedzającą początkowe scenyfilmu, być może nawet dużo mniej niż McClane pił, kiedy uważał, żenie pije w ogóle - mój kac miał rozmiary Sahary i wagę tysiącanieprzespanych nocy.

Wyszedłemna zewnątrz, udało mi się znaleźć wolny stolik w cieniu. Mimo topociłem się straszliwie. Piłem powoli, przy każdym łyku z trudempowstrzymując odruch wymiotny.

- ...noi ta laska przez pół wieczoru do mnie cipiła. - opowiadałablondynka swojej koleżance. Siedziały dwa stoliki dalej, wyglądały nastudentki. Miały na sobie bluzeczki na ramiączkach i spódniczki. Piłyjakieś kolorowe drinki. - No więc, kurwa mać, ile można znosićcoś takiego? Wiesz, że ja jej nigdy nie lubiłam, zawsze mniewkurwiała. Ale starałam się być spokojna, Bartek siedział obok, nowięc wiesz, trzeba było zachować klasę. Ale ileż, do chuja, można? Nowięc nie wytrzymałam w końcu - i jak nie jebnę z otwartej w tęjej świńską mordę, no mówię ci stara, dawno tak nikomu nieprzypierdoliłam... A ona: co robisz, co robisz? To ja jej jeszczechlusnęłam browarem w twarz, i mówię: masz za swoje, cały czas domnie cipisz, suko, to masz za swoje. Co ty myślisz, że życie tobajka? Nie, kurwa, życie to walka jest.

- Aco na to Bartek?

- Anic. Brechtał na pół knajpy. Nawet nie sądziłam, że jest taki spoko.A ona - prawie w płacz. Jak możesz? Jak możesz? Myślałam, żejesteśmy kumpelami. Haha, kumpelami, pewnie. Bez kurwa jaj. No aleteraz może być lipa ze studiami.

- Czemu?

- Onazawsze miała najlepsze notatki. Dawała mi kserować za friko.

Jakieśtrzydzieści metrów ode mnie stanęli trzej wysocy i chudzi, i głębokosię nad czymś zastanawiali, obficie gestykulując. Kiedyś pewniezostaliby gotami albo emo, ale że czasy już inne, każdy z nich miałzarost, każdy ubrany był w obcisły biały T-shirt z dziwnymi znapisami po angielsku, na dupach mieli szorty, a na stopach klapki.Stali i stali, nie mogli się zdecydować, gdzie iść. Słyszałempojedyncze frazy: "nie, tam nie", "tam lamusy","ale lampa, kurwa".

Chciałemdowiedzieć się, co studiują obie dziewczyny, ale niestetyinteresująca mnie rozmowa zeszła na inny temat. Tym razem mówiłabrunetka. Prawie nastolatka, ale już kobieta, o dość ładnej twarzy;siedzieliśmy prawie dokładnie na wprost siebie. Szkoda, że byłem dlaniej zupełnie przezroczysty.

- Ej,a słyszałaś o tym barmanie z Kazimierza, który niedawno zaginął?Dziwna sprawa.

- Nojak mogłam nie słyszeć? Przecież wszędzie wiszą jego zdjęcia. Iwszędzie o tym pierdolą. Znałaś go?

- Znałam,ale słabo. Kilka razy byłam w tej knajpie, raz postawił szota, razobstawił szluga. Trochę pogadaliśmy, ale raczej nudny był. Próbowałmnie rwać, słabo mu szło. Ciekawe, co się z nim stało.

- Słyszałam,że spierdolił z miasta, bo miał dość swojej dupy. Denerwowała go jakciepłe piwo, tak podobno gadał. Że się nie może od niej uwolnić.Ciągle go nachodziła.

- E,wiem, że to może być irytujące, ale żeby aż tak? Zostawił podobnorzeczy w mieszkaniu. Może coś mu się stało? Ktoś mu coś zrobił albowpadł do Wisły. W nocy zaginął, pewnie nawalony wyszedł z knajpy...

- Ej,stara, mówię ci, że po prostu spierdolił od dupy. Wierz mi, znam sięna tym.

Zapragnąłemdobrej herbaty. Zazwyczaj pijałem oolongi, najczęściej, przynajmniejdwa razy w tygodniu, pochodzącą z Tajwanu Ali Shan Jin Xuan.Orzeźwiający smak, mocny aromat, który zawsze mnie uspokajał. Piłem iwydawało mi się, że znów jestem dzieckiem i razem z dziadkiemspaceruję po lesie. Dziadek mówi, że las najlepiej pachnie podeszczu, czyli tak jak teraz. Potem spacerujemy w milczeniu, pochwili ja zaczynam biegać, w tę i z powrotem, a dziadek kroczydostojnie i tylko lekko się uśmiecha. Często wybierałem też Mi LanXiang Dan Cong, zbieraną w górach Fenghuan Shang, na południowymwschodzie Chin właściwych. Jej smak, sam nie wiem dlaczego, kojarzyłmi się z kwiatami, ale z jakimi konkretnie - tego niepotrafiłbym powiedzieć. Ale teraz, w samym środku tej skwarnejniedzieli, pomyślałem o białej herbacie paklum. Była to myśl zupełniedla mnie zaskakująca, śmietankowy posmak paklum mógłby przecieżwprowadzić spory chaos w moim żołądku. Choć istniała też takamożliwość, było to dosyć prawdopodobne, że w stanie, w jakim byłem,mógłbym go w ogóle nie wyczuć. W stanie, w jakim się znajdowałem,większość herbat mogłaby smakować jak zwyczajne dilmahy.

Doherbaciarni było jednak daleko, a dodatkowo miałem za sobą ciężkąnoc, skoncentrowałem się więc na tym, co bezpośrednio przede mną.Soku pomidorowego nie piłem od lat, obawiałem się, czy mi niezaszkodzi, ale po pierwszych trudnościach wchodził nadzwyczaj gładko.Zadziwiające, pomyślałem, jak to zmieniają się smaki, niegdyśnienawidziłem pomidorów, a od jakiegoś czasu jadłem je prawiecodziennie. Kiedyś za nic w świecie nie wziąłbym do ust soku zpomidorów, a teraz piłem go bez poczucia odrazy. Dziewczyny znowurozmawiały o wczorajszej nocy.

- Noi wiesz - mówiła brunetka - poszliśmy tam, gdzie nielubię chodzić. Do tej studenciarni. Nie wiem, czemu moja grupa chcetam ciągle łazić. Nie byłaś? No i dobrze. Tam strasznie brudno jest,wiesz, syf na stołach, lepisz się do baru, do podłogi też czasem. Noale reszta chciała tam iść, debile zasrani, to poszłam z nimi. Resztaakurat na parkiecie, ja rocka, tym bardziej starego polskiego,zazwyczaj nie tańczę, chyba że mocno zanietrzeźwiona, więc siedziałamsama przy stoliku. Przez chyba pół godziny. No i siedzę przy tymstoliku, a tu podchodzi koleś, taki jakiś mały, z brzuchem, w koszulijak z Lidla, może naprawdę z Lidla, pijany już dosyć, i zaczynanawijać. Że ja piękna jestem, dawno nie widział takiej piękności,takie bzdety, stary był, po studiach. Że on pracuje w jakiejś korpo ito jest impreza ich teamu, siedzą i gadają o pracy, jego to jużznudziło, czy się może przysiąść. I, stara, patrzy mi w oczy. Haha.Mówię mu, że jestem ze znajomymi, oni zaraz wrócą, poszli tylko naparkiet. A ty nie tańczysz? Może zatańczymy? No pewnie, nie mam z kimtańczyć, jak z takimi. No więc staram się być miła, wiesz, kurwa, żeja zazwyczaj jestem grzeczna. Z domu to mam, ten brak asertywności,wiesz przecież, już rozmawiałyśmy o tym wiele razy. No to mówię mu,że innym razem bardzo chętnie, ale dzisiaj miałam kiepski dzień i niejestem w humorze. On na to, że może chociaż postawiłby mi drinka, coja na to.

- Hehe.I co?

- Myślę:dobrze, niech postawi, może gdzieś w drodze do baru się zagubi,zapomni, znajomi zdążą wrócić. Ale - nie. Wrócił szybko, zrozdziawioną gębą, w jednej ręce trzymając coś kolorowego w longu, aw drugiej piwo. Pewnie ten sikacz z promocji. Mówi, że barman to jegokumpel i przyrządził to specjalnie dla mnie, będzie mi smakować.Piję, faktycznie było dobre, nic nie mówię, on też nic nie mówi,tylko się na mnie gapi, czekam, aż ci kretyni wrócą z parkietu.Wypiłam szybko i mówię: Dziękuję, było bardzo dobre.

- Ico?

- Ech,jak to "co?". On znowu o tym tańczeniu. Facet, mówię, nietańczę, ok? Ale mówiłaś, ze jak postawię... Nic takiego nie mówiłam.I on wtedy do mnie: ty głupia suko, myślisz, że jesteś taką gwiazdą?Księżniczka jebana, na ziarnku grochu, nie tańczy... ale drogiegodrina to wypije. Ty kurwo!

- Ocholera. Jakiś świr czy co?

- Nonie wiem właśnie. O co mu chodziło? Ale najgorzej, że wrócił Marcin.I usłyszał. I już do niego. Nie będziesz obrażać mojej koleżanki, tyćwoku. Trochę cipowato, ale jednak, muszę przyznać, że stanął w mojejobronie.

- Ico? I co?

- Noprawie się pobili, ale tamten uciekł do swoich ziomków. Nie dość, żemiejsce do dupy, to jeszcze tacy frajerzy.

Amoże jednak zielona? W moich myślach - taka scena: wchodzę doulubionego lokalu, siadam przy tym stoliku co zawsze, kelnerkaoczywiście mnie rozpoznaje, nieudolnie próbuje ukryć zdziwienie,wszak nigdy nie zjawiam się w niedzielę. Zamawiam Huang Shan MaoFeng, oficjalnie uznawaną za jedną z dziesięciu najlepszych chińskichherbat. Chłonę jej krystalicznie czysty napar, jej orzeźwiająca moc zkażdym kolejnym łykiem wprowadza mnie w coraz większy spokój,wypłukuje z organizmu wszystkie toksyny i konserwanty, czyści, równieskutecznie jak coca-cola rdzę, moją wątrobę i żołądek ze stosowanegow dżemach i sosach E 211, usuwa z nich nagminnie dodawany do soków E220, ruguje z E 414 i E 440, których używa się powszechnie przyprodukcji jogurtów, uwalnia od E 621, znanego także jako glutaminiansodu. Czuję się lekki i swobodny, nic mnie nie gniecie, nie boli, niepiecze.

Tymczasemskończył się sok. Kończyły się też papierosy, których tego dniapaliłem wyjątkowo dużo, zazwyczaj ograniczałem się do czterechdziennie, jakoś nie potrafiłem przestać palić całkowicie. Trzejmuszkieterowie w koszulkach zdążyli usiąść w lokalu obok, pili cośkolorowego z butelek. Z tej odległości nie mogłem usłyszeć, o czymrozmawiają. Jeden z nich w każdym razie czymś bardzo się emocjonował,machał żywiołowo rękami, nie podejrzewałbym go o taką energię.Studentki siedziały w ciszy. Brunetce, kiedy nie mówiła, kąciki ustopadały w dół, i gdy teraz na nią patrzyłem, już nie wydawała mi siętaka ładna jak wcześniej. Ani, przede wszystkim, taka świeża.

Wstać,ruszyć się, wizję przemienić w rzeczywistość, do herbaciarni w końcuniedaleko. Nic innego nie przyszło mi do głowy.

Naulicy było już trochę więcej ludzi, którzy nigdzie się nie spieszyli,pojawiły się pierwsze pary i pierwsze rodziny z wózkami. Jamnik sikałna słup, obok niego stał emeryt, który mi się ukłonił, choć widziałemgo pierwszy raz w życiu. Z trzeciego piętra nad monopolowym dobiegałabardzo głośna muzyka, któraś z odmian techno, dwóch kolesi wrozpiętych koszulach siedziało na parapecie i jarało. Jeden z nichmachał prawą ręką w rytm muzyki, drugi tylko patrzył na przechodniów.W tle dostrzegłem wijącą się, niemal szaleńczo, dziewczynę, tańczyłasama. Pomyślałem, że tę scenę jakiś początkujący reżyser mógłbyumieścić w filmie o młodych ludziach, bezskutecznie poszukującychbliskości. Do monopolowego wszedł mężczyzna ubrany w marynarkę sprzeddwudziestu lat i takież spodnie, cały strój w różnych odcieniachbrązu.

Wkrótcewejdę w rejon dominacji turystów, zdałem sobie sprawę, i z tegopowodu nieco posmutniałem. Wiedziałem, że będzie gwar, będzie ścisk,będą pytania o drogę. A pewnie też pijani cudzoziemcy, choć - ztego, co czytałem - jest ich w okolicach Rynku coraz mniej, bood jakiegoś czasu od Krakowa wolą Pragę.

Nasłupie ogłoszeniowym niedaleko Bagateli zobaczyłem podobiznę tego, októrym mówiły studentki. Pociągła twarz, dredy, dosyć widoczne śladyłysiny, ogólnie wyglądał na artystę. Muzyka na przykład, gitarzystęalbo bębniarza. Pod fotografią napisano: Poznajesz? Pewnie nierazpolewał ci drinki, a poza tym - że nazywa się Marek, madwadzieścia osiem lat, zaginął bez wieści, szukają go mama,dziewczyna i przyjaciele. Gdzie ojciec?, pomyślałem bez sensu. Tomógłby zamieścić jakiś pisarz w książce o kimś, komu bardzo brakujeojcowskiej miłości.

NaPlantach życie toczyło się już w pełni, na co drugiej ławce siedziałyzakochane pary, niektóre się całowały, inne rozmawiały, jeszcze innegapiły się na siebie lub, każde z pary z osobna, przed siebie. Znowuemeryt z pieskiem, i znowu z jamnikiem, tym razem w absurdalnymkubraczku, pstrokatym jak strój klauna. Znalazłem szczęśliwie wolnąławkę, akurat taką bez tabliczki z nazwiskiem znanego twórcyzwiązanego z Krakowem, i patrzyłem bez specjalnej ciekawości na całyten rejwach; zdałem sobie sprawę, że bardzo dawno nie siedziałem naławce na Plantach, w ogóle dawno nie byłem z tej strony Plant i z tejstrony Rynku, Szewskiej nie widziałem ze trzy, cztery lata.

Chciałomi się spać, przecież nie piłem jeszcze dzisiaj kawy. Wstałemociężale, jak ktoś otyły albo w głębokiej depresji, i ruszyłem wstronę McDonalda. Na wprost wejścia do Kulturalnego zaatakował mnielicealista albo młodszy student z ulotkami z promocją, wziąłem dwie,potem było jeszcze kilkoro z innymi ulotkami do innych knajp irestauracji, dobrze że już nie ma tych meneli żebrzących o złotówkę,dwa, pięć, pomyślałem. Krucjata lokalnych mediów przeciwko nimprzyniosła spodziewany efekt. Szyldy znajome i nowe, jakieś gorącepączki, lokal z dobrym piwem, nie przyglądałem się, starałem się iśćw miarę szybko. Pod McDonaldem siedział koleś, grał na gitarze iśpiewał, Niepłacz Ewkaakurat, fałszował straszliwie. Schyliłem się, żeby do miski wrzucićmu dwa złote, wtedy on popatrzył na mnie spod kapelusza i spytał:

- Kamil?Kamil Wojtas? O ja cię pierdolę, to ty.

Próbowałemsobie przypomnieć: może kiedyś za coś go skazałem? Jeszcze mnie tupotnie albo przynajmniej spuści wpierdol, mało to psychicznychzdarzało mi się sądzić?

- Kamil- nie poznajesz? To ja, Marcin.

- JakiMarcin?

- Notwój dawny kumpel. Marcin. Marcin Wojewódzki. Co u ciebie?

Dopieroteraz mu się przyjrzałem.

Trochęprzytył, ale w normie. Kiedyś miał krótkie włosy, teraz do ramion,proste, blond. No i ta bródka, to ona mnie zmyliła. Ale faktycznie -to musiał być on. Marcin Wojewódzki, ksywa Głupi.