Flowers - Krystyna Mirek

Kup ebooka

35.90 zł
29.07 zł (28,67 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Sta­łem. Było tak pięk­nie i ci­cho. Las tuż przy ho­telu cią­gnął się da­leko. Bez trudu zna­la­złem ustronne miej­sce. Ide­alne. Z dala od lu­dzi.

Do­piero drugi dzień fir­mo­wej in­te­gra­cji, a ma­ski już po­spa­dały.

Je­den cyrk. Prze­chwałki, al­ko­hol, głu­pie ga­da­nie i znowu prze­chwałki... Tro­chę rów­nie głu­piego seksu.

Niby nowe miej­sce pracy, ko­lejny etap ży­cia, a wszystko jakby stare.

Mia­łem dość. Korpo wszę­dzie jest ta­kie samo.

Ale wie­dzia­łem, że wrócę do ho­telu i będę ro­bił, co do mnie na­leży. Tra­fiła mi się ży­ciowa szansa. Ura­to­wała nie tylko mnie. I mia­łem za­miar w pełni to wy­ko­rzy­stać. By­łem moc­niej­szy niż inni. Każ­dego tu wi­dzia­łem jak pod nie­złym mi­kro­sko­pem. Wszel­kie ich skry­wane pod dro­gimi gar­ni­tu­rami za­bu­rze­nia i dys­funk­cje, chore am­bi­cje, ro­manse.

Traumy ko­biet przy­kle­pane pre­cy­zyj­nym ma­ki­ja­żem.

Nikt się nie spo­dziewa ta­kich kom­pe­ten­cji po spo­koj­nym praw­niku w sza­rej ko­szulce polo. Wie­dzieli o in­nych umie­jęt­no­ściach, ale nie od­kryli mo­jej naj­więk­szej ta­jem­nicy. Zna­łem lu­dzi od naj­gor­szej strony, lecz nie sta­łem się taki jak oni.

To mnie jed­nak tro­chę mę­czyło. Odro­bina ci­szy oka­zała się ożyw­cza jak sku­teczna ape­la­cja. To za­wsze po­maga.

Żeby tylko nikt mnie tu nie za­uwa­żył! - Ro­zej­rza­łem się wo­kół. A po­tem zer­k­ną­łem na ze­ga­rek. Druga.

Trwało już ze­bra­nie. Po­wi­nie­nem wró­cić. Dwa spo­tka­nia służ­bowe wpi­sano fik­cyj­nie w plan dnia, żeby wy­ja­śnić fi­sku­sowi, dla­czego wli­cza się w koszty firmy po­byt w luk­su­so­wym ho­telu. Słabo się to jed­nak wpa­so­wy­wało w to­wa­rzy­szący wszyst­kim ogólny na­strój roz­prę­że­nia. Na tych ze­bra­niach roz­ma­wiano o ni­czym, nie pil­no­wano planu. Jed­nak ktoś mógł za­uwa­żyć moją nie­obec­ność. Ko­lor wło­sów spra­wiał, że każdy zwra­cał na mnie uwagę.

By­łem nowy. Po­trze­bo­wa­łem tej pracy. Bar­dzo! Mu­sia­łem się sta­rać.

Nikt mnie tu nie zo­ba­czy - sta­ra­łem się uspo­koić i w tym sa­mym mo­men­cie ktoś gwał­tow­nie wy­biegł z krza­ków, po czym wpadł na mnie z ca­łym im­pe­tem.

- O! Do cho­lery! - tyle tylko zdą­ży­łem krzyk­nąć.

Coś żół­tego mi­gnęło mi przed oczami, a po­tem po­le­cia­łem jak długi w kłu­jące krzaki. Tył­kiem za­ry­łem w mięk­kie ba­gienko. Sam już nie wiem, co gor­sze.

- Noż, cho­lera ja­sna! Leżę w ja­kimś smro­dzie! - po­wie­dzia­łem gło­śno. Szybka i sku­teczna ocena sy­tu­acji za­wsze była moją mocną stroną. Ale w tym przy­padku nie­wiele wy­ja­śniła.

- Prze­pra­szam, bar­dzo prze­pra­szam. - Drobna ko­bieta upa­dła na mnie, ale po­zo­stała w po­zy­cji le­żą­cej tak krótko, że po chwili mia­łem wąt­pli­wo­ści, czy to w ogóle miało miej­sce. Bły­ska­wicz­nie po­zbie­rała się, wstała i wy­pro­sto­wała god­nie, a ja wciąż mo­czy­łem ty­łek w bło­cie, chwi­lowo nie­zdolny do żad­nego ru­chu. Do­dat­kowo uzie­mił mnie fakt, że ona pła­kała. Nie bar­dzo wie­dzia­łem, jak za­re­ago­wać.

Po chwili nie­zna­joma ob­jęła się ra­mio­nami, od­wró­ciła ode mnie i wy­raź­nie pró­bo­wała uspo­koić.

Nie mia­łem naj­lep­szej po­zy­cji do ob­ser­wa­cji. Po­wi­nie­nem na­tych­miast wstać. Ale te trzę­sące się plecy spra­wiły, że tkwi­łem bez ru­chu, jakby mnie spa­ra­li­żo­wało. Po­czu­łem zna­jomy strach roz­le­wa­jący się po ca­łym ciele. Już od tak dawna to nie wra­cało. Są­dzi­łem, że prze­szłość na do­bre ode­szła. A jed­nak!

Czu­łem się, jak­bym znów miał pięć lat. Tak okrop­nie bez­radny. Wtedy było to uczu­cie roz­pacz­liwe. Te­raz jed­nak tro­chę wner­wia­jące!

Ze­rwa­łem się wresz­cie. Otrze­pa­łem z błota, ile mo­głem, klnąc przy tym pod no­sem. A po­tem do niej pod­sze­dłem. Spoj­rza­łem na jej twarz. Wy­glą­dała jak mały za­pła­kany kur­czak, choć nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że jej su­kience i szpil­kom bli­żej było do wy­biegu niż kur­nika. Chcia­łem na­wet coś na ten te­mat za­żar­to­wać, ale szybko mi prze­szło. Ta ko­bieta spra­wiała wra­że­nie przy­tło­czo­nej na­prawdę po­waż­nym zmar­twie­niem.

- Hej! - po­wie­dzia­łem cie­pło. - Na pewno jest ja­kieś wyj­ście. Se­rio, na­prawdę w to wie­rzę.

Nie po­mo­głem. Łzy po­pły­nęły jesz­cze ob­fi­ciej.

- Usiądź - za­pro­po­no­wa­łem, bo chwiała się, jakby za­raz miała upaść.

Ro­zej­rzała się bez­rad­nie wo­kół.

- Su­kienka - po­wie­działa ci­cho. - Nie mogę jej znisz­czyć.

To było dziwne. Ale ja już dawno od­kry­łem, że ży­cie czę­sto sta­wia lu­dzi w róż­nych dziw­nych sy­tu­acjach. Dla­czego su­kienka po­trafi być waż­niej­sza niż czło­wiek, który le­dwo się trzyma na no­gach? Wi­docz­nie ist­nieje ja­kiś po­wód.

Znowu po­czu­łem ten cho­lerny zimny dreszcz. Otrzą­sną­łem się jed­nak, sta­ra­łem się jak naj­mniej pa­trzeć w jej stronę. Po pro­stu po­móc.

Gdyby ta dziew­czyna miała na so­bie dżinsy i bluzę, wska­zał­bym jej pień le­żący nie­opo­dal. Ale szorstka kora i po­kry­wa­jąca go wil­gotna zie­mia spra­wiały, że się nie nada­wał.

To był od­ruch. Szybko zdją­łem swoją ko­szulkę polo, po czym rzu­ci­łem na kępkę mchu. Wy­glą­dała dość miękko i przy­jem­nie. Jak ta dziew­czyna.

- Cza­sem trzeba od­po­cząć - po­wie­dzia­łem. Spoj­rzała na mnie ze zdu­mie­niem, jak­bym wła­śnie za­pro­po­no­wał jej coś nie­spo­ty­ka­nego. Miała ta­kie duże szare oczy.