Flota widmo. nr 129 - Ludwik Lutyński

-
Proszę czekać

Doktrynerzy i praktycy

Dzia­ła­nia wojenne na Atlan­tyku trwały 68 mie­sięcy i skła­dały się z dłu­giego sze­regu ope­ra­cji, walk i utar­czek na morzu, pod wodą i w powie­trzu. Jako całość two­rzyły jedną z kam­pa­nii mor­skich dru­giej wojny świa­to­wej, któ­rej teatrem ope­ra­cyj­nym był Ocean Atlan­tycki i morza przy­le­głe.

Nazwa "bitwa o Atlan­tyk" (acz­kol­wiek nie była to jedna bitwa) okre­śla lapi­dar­nie i traf­nie istotę pro­blemu i w tym brzmie­niu weszła do histo­rii.

Roz­go­rzała ona we wrze­śniu 1939 r., kiedy to Niemcy, nie mogąc mie­rzyć się w otwar­tej walce sił mor­skich z połą­czo­nymi flo­tami sojusz­ni­ków, przy­stą­pili do reali­za­cji pla­nów wojny eko­no­micz­nej, wymie­rzo­nej prze­ciwko Impe­rium Bry­tyj­skiemu, a mają­cej na celu odcię­cie Wysp Bry­tyj­skich od baz zaopa­trze­nia. Cho­dziło przede wszyst­kim o spa­ra­li­żo­wa­nie importu mor­skiego, bez któ­rego Wielka Bry­ta­nia, jako wysoko uprze­my­sło­wione pań­stwo wyspiar­skie, nie mogła egzy­sto­wać w cza­sie pokoju, a tym bar­dziej pro­wa­dzić wojny.

Zależ­ność od dowozu była "piętą Achil­lesa" sys­temu obron­nego Wysp Bry­tyj­skich -?przez morze szło zaopa­trze­nie w żyw­ność, paliwo i surowce dla prze­my­słu. Nale­żało zatem ocze­ki­wać, że w dzie­dzi­nie ochrony żeglugi poczy­nione zostaną odpo­wied­nie przy­go­to­wa­nia. Tym­cza­sem, gdy wybu­chła wojna, oka­zało się, że Wielka Bry­ta­nia -?jedna ze świa­to­wych potęg mor­skich -?nie była w sta­nie zabez­pie­czyć dróg wod­nych pro­wa­dzą­cych do Wysp. W sytu­acji, jaka się wytwo­rzyła, siły bry­tyj­skie musiały być roz­pro­szone na bez­kre­snych obsza­rach wod­nych i w efek­cie naj­więk­sza wów­czas na świe­cie flota została zepchnięta do defen­sywy.

Zdu­mie­nie rów­nież budzi fakt, że zapo­mniano cał­ko­wi­cie o doświad­cze­niach I wojny świa­to­wej, w cza­sie któ­rej Wielka Bry­ta­nia wła­śnie na morzach ponio­sła ogromne straty -?tylko w ciągu czte­rech pierw­szych mie­sięcy 1917 roku nie­miec­kie okręty pod­wodne zato­piły 800 okrę­tów alianc­kich o tonażu około 2 milio­nów ton. To nie­zro­zu­miałe zanie­dba­nie spo­wo­do­wane było opty­mi­stycz­nymi prze­wi­dy­wa­niami bry­tyj­skiej Admi­ra­li­cji, która, opie­ra­jąc się na ilu­zo­rycz­nym zało­że­niu, że w przy­szłej woj­nie prze­ciw­nik nie ośmieli się zła­mać prawa mię­dzy­na­ro­do­wego, orze­kła, że okręty pod­wodne nie będą w sta­nie spo­wo­do­wać takiego kry­zysu dostaw, jaki powstał w cza­sie I wojny świa­to­wej. Łudzono się, że Niemcy będą respek­to­wali posta­no­wie­nia kon­wen­cji haskiej, według któ­rej sta­tek han­dlowy mógł być zato­piony przez okręt wojenny dopiero po ostrze­że­niu i opusz­cze­niu go przez załogę, przy czym ten ostatni miał obo­wią­zek dopil­no­wa­nia, aby załoga zato­pio­nego statku dotarła bez­piecz­nie do lądu.

Z powyż­szej oceny poło­że­nia wyni­kało, że w przy­szłej woj­nie żeglu­dze han­dlo­wej mogą zagra­żać tylko okręty nawodne. W kon­se­kwen­cji usta­lono, że zasad­ni­cze zada­nie bry­tyj­skiej mary­narki wojen­nej w cza­sie ewen­tu­al­nej wojny będzie pole­gało na dozo­ro­wa­niu Morza Pół­noc­nego i czu­wa­niu nad tym, aby nie dopu­ścić do przedar­cia się nie­miec­kich okrę­tów wojen­nych na Atlan­tyk, przez który prze­bie­gały główne mor­skie szlaki komu­ni­ka­cyjne Wysp Bry­tyj­skich.

Sto­so­wa­nie błęd­nej tak­tyki zwal­cza­nia okrę­tów pod­wod­nych w pierw­szej fazie wojny spo­wo­do­wane było rów­nież sta­no­wi­skiem Chur­chilla, I Lorda Admi­ra­li­cji, który uwa­żał, że:

"...Naj­waż­niej­szą sprawą w woj­nie prze­ciwko okrę­tom pod­wod­nym jest stwo­rze­nie nie­za­leż­nej flo­tylli, która mogłaby dzia­łać na podo­bień­stwo dywi­zji kawa­le­rii odszu­ku­ją­cej wiel­kie obszary na sze­ro­kich fron­tach. W ten spo­sób obszary te byłyby nie do wyko­rzy­sta­nia dla nie­miec­kich okrę­tów pod­wod­nych...".

Jak wia­domo, bry­tyj­ska mary­narka wojenna prze­wyż­szała znacz­nie, tak ilo­ściowo, jak i jako­ściowo, nie­miecką Krieg­sma­rine. Był to dodat­kowy argu­ment, pozwa­la­jący snuć przy­pusz­cze­nia, że nie­miecka mary­narka wojenna nie będzie w sta­nie w otwar­tych dzia­ła­niach wywal­czyć opa­no­wa­nia atlan­tyc­kich szla­ków mor­skich.

Bio­rąc pod uwagę wymie­nione powy­żej czyn­niki, Admi­ra­li­cja bry­tyj­ska nie poczy­niła odpo­wied­nich przy­go­to­wań i nie zapew­niła środ­ków ochrony ruchu stat­ków han­dlo­wych na wypa­dek poja­wie­nia się nie­miec­kich okrę­tów pod­wod­nych na szla­kach komu­ni­ka­cyj­nych.

Brak prze­wi­dy­wań w tej dzie­dzi­nie jest trudny do uza­sad­nie­nia, gdy się zważy, że bry­tyj­ska mary­narka han­dlowa liczyła w 1939 roku 3 tysiące frach­tow­ców dale­ko­mor­skich oraz ponad tysiąc stat­ków żeglugi przy­brzeż­nej. Łączny tonaż tych jed­no­stek wyno­sił około 21 milio­nów ton. Śred­nio dzien­nie znaj­do­wało się na morzu około 2500 stat­ków.

W chwili wybu­chu wojny sytu­acja oka­zała się odmienna od prze­wi­dy­wa­nej. Nie­miec­kie okręty pod­wodne, wbrew prawu mię­dzy­na­ro­do­wemu, roz­po­częły zata­pia­nie stat­ków han­dlo­wych, nie trosz­cząc się o ich załogi. Już pierw­sze mie­siące wojny wyka­zały, że broń pod­wodna jest nie­zwy­kle sku­teczna i może zade­cy­do­wać o wyniku walki o opa­no­wa­nie mor­skich szla­ków komu­ni­ka­cyj­nych. W ciągu 4 mie­sięcy 1939 r. Bry­tyj­czycy stra­cili 222 statki han­dlowe o tonażu 755 tysięcy ton, z czego okręty pod­wodne zato­piły 114 stat­ków o tonażu 420 tysięcy ton. Pomimo tych suk­ce­sów Niemcy począt­kowo nie doce­nili moż­li­wo­ści broni pod­wodnej.

Dopiero w 1940 roku, po zwy­cię­stwach odnie­sio­nych przez U-booty i słabe lot­nic­two mor­skie, Hitler zwró­cił uwagę na ten pro­blem. W kon­se­kwen­cji wydał decy­zję przy­spie­sze­nia roz­bu­dowy broni pod­wod­nej, zmiany tak­tyki walki oraz ześrod­ko­wa­nia wysił­ków na Atlan­tyku. W ten spo­sób wojna mor­ska zaczęła roz­prze­strze­niać się w kie­runku zachod­nim, zagra­ża­jąc coraz poważ­niej zaopa­trze­niu Wysp Bry­tyj­skich.

Stwo­rzone w myśl dyrek­tywy Chur­chilla spe­cjalne grupy prze­zna­czone do zwal­cza­nia okrę­tów pod­wod­nych -?każda z nich skła­dała się z lot­ni­skowca i kilku ubez­pie­cza­ją­cych go nisz­czy­cieli -?nie były w sta­nie wyeli­mi­no­wać z walki nie­miec­kich U-bootów. Zna­la­zły się one w nie­zwy­kle trud­nej sytu­acji, gdyż przy ówcze­snych moż­li­wo­ściach tech­nicz­nych wykry­wa­nia okrę­tów pod­wod­nych odszu­ka­nie ich na olbrzy­mim obsza­rze Atlan­tyku oka­zało się mrzonką.

Wspo­mniane grupy zato­piły do końca 1939 roku zale­d­wie dwa nie­miec­kie okręty pod­wodne, same nato­miast ponio­sły dotkliwą stratę -?17 wrze­śnia został stor­pe­do­wany i zato­piony lot­ni­sko­wiec "Coura­ge­ous".

Jed­nakże Chur­chill, od 10 maja 1940 roku pre­mier rządu bry­tyj­skiego i mini­ster obrony, wkrótce doce­nił nie­bez­pie­czeń­stwo gro­żące dosta­wom mor­skim. Z jego ini­cja­tywy wydano sze­reg zarzą­dzeń mają­cych na celu uspraw­nie­nie zwal­cza­nia nie­miec­kich okrę­tów pod­wod­nych i lot­nic­twa oraz zapew­nie­nie sku­tecz­nej ochrony kur­su­ją­cym stat­kom han­dlo­wym. Mię­dzy innymi posta­no­wiono wró­cić do sto­so­wa­nego w cza­sie I wojny świa­to­wej sys­temu gru­po­wa­nia stat­ków w kon­woje pły­nące pod eskortą okrę­tów wojen­nych. I wów­czas to oka­zało się, że bry­tyj­ska mary­narka wojenna mogła oddać do służby eskor­to­wej zale­d­wie około 150 nisz­czy­cieli (z któ­rych połowę sta­no­wiły okręty prze­sta­rzałe), kil­ka­dzie­siąt okrę­tów patro­lo­wych i 24 tra­łowce, przy cał­ko­wi­tym pra­wie braku lot­nic­twa mor­skiego dale­kiego zasięgu.

Na szczę­ście dla Angli­ków nie­miecka mary­narka wojenna w chwili wybu­chu wojny nie była dosta­tecz­nie przy­go­to­wana do pro­wa­dze­nia dzia­łań bojo­wych na wiel­kich obsza­rach oce­anicz­nych.

Zasad­ni­czy wysi­łek nie­miec­kiego Sztabu Gene­ral­nego kon­cen­tro­wał się na roz­bu­do­wie wojsk lądo­wych i lot­nic­twa, które prze­wi­dziane było przede wszyst­kim do współ­dzia­ła­nia z woj­skami lądo­wymi. W tym sta­nie rze­czy nie zwró­cono nale­ży­tej uwagi na roz­bu­dowę mary­narki wojen­nej, a tym samym broni pod­wod­nej. Nie opra­co­wano rów­nież w spo­sób zado­wa­la­jący pla­nów dzia­ła­nia prze­ciwko mor­skim liniom komu­ni­ka­cyj­nym oraz nie zor­ga­ni­zo­wano spe­cjal­nego lot­nic­twa mor­skiego, a liczba samo­lo­tów Luft­waffe wydzie­lona do dzia­łań na morzu była nie­do­sta­teczna.

W tej sytu­acji kon­cep­cja wojny mor­skiej spro­wa­dzała się do wysy­ła­nia na Atlan­tyk poje­dyn­czych okrę­tów wojen­nych, zdol­nych do prze­by­wa­nia na morzu przez dłuż­szy czas, bez koniecz­no­ści uzu­peł­nia­nia paliwa. Prze­wi­dy­wano także dzia­ła­nia poje­dyn­czych okrę­tów pod­wod­nych, które otrzy­my­wały pole­ce­nie nie­wda­wa­nia się w walkę z jed­nost­kami bry­tyj­skiej mary­narki wojen­nej, lecz nisz­cze­nia floty han­dlo­wej.

Naczelny dowódca Krieg­sma­rine, Gros­sad­mi­ral Raeder, nie prze­ce­niał moż­li­wo­ści sił, któ­rymi dys­po­no­wał. W memo­ran­dum z dnia 30 wrze­śnia 1939 roku pisał:

"...Co się tyczy mary­narki, stan jej goto­wo­ści nie jest odpo­wiedni wobec ocze­ku­ją­cego ją wiel­kiego wysiłku w walce prze­ciwko Wiel­kiej Bry­ta­nii. Flota pod­wodna jest zbyt słaba, aby wywrzeć decy­du­jący wpływ. Co do sił nawod­nych, to są one do tego stop­nia słab­sze od bry­tyj­skich, że nie będą w sta­nie doko­nać niczego wię­cej, niż wyka­zać, jak umiera się odważ­nie... W każ­dym razie dzia­ła­nia okrę­tów nawod­nych nie będą mogły wpły­nąć decy­du­jąco na wynik kon­fliktu..."

Plany Raedera doty­czące roz­bu­dowy floty, zwłasz­cza zaś jego kon­cep­cja stra­te­gii wojny mor­skiej, stały się przed­mio­tem ostrej kry­tyki dowódcy floty pod­wod­nej, admi­rała Dönitza. Twier­dził on, że w porów­na­niu z silną armią lądową, zdolną do bły­ska­wicz­nej ofen­sywy, siły mor­skie, roz­bu­dowywane według modelu floty bry­tyj­skiej, są słabe i nie­zdolne do pod­ję­cia dzia­łań na więk­szą skalę. W isto­cie przed­wo­jenny plan "Z", prze­wi­du­jący budowę 6 olbrzy­mich pan­cer­ni­ków, 4 lot­ni­skow­ców, 25 krą­żow­ni­ków i zale­d­wie 225 okrę­tów pod­wod­nych (miał być ukoń­czony dopiero w 1947 roku), nie ozna­czał nic innego jak wyścig zbro­jeń mor­skich z Anglią, któ­rego Niemcy wygrać nie mogły.

Dönitz stwier­dził jed­no­cze­śnie, że kon­cep­cja uży­cia sił mor­skich nie odpo­wiada usy­tu­owa­niu geo­gra­ficz­nemu Nie­miec. Flota nawodna -?wiel­kie okręty wojenne -?mia­łaby jego zda­niem zbyt wiele trud­no­ści do prze­zwy­cię­że­nia, aby udało im się prze­nik­nąć na Atlan­tyk i tam się utrzy­mać. Poza tym ogromna odle­głość od baz wyklu­czała moż­li­wość prze­pro­wa­dze­nia remontu, co ozna­czało, że każda poważ­niej­sza awa­ria eli­mi­no­wała kolosa z walki. Duże okręty nawodne nie były rów­nież bez­pieczne we wła­snych por­tach, gro­ziło im bowiem znisz­cze­nie przez lot­nic­two prze­ciw­nika.

W tych warun­kach, zda­niem Dönitza, tylko okręty pod­wodne mogły roz­wi­jać sku­teczne dzia­ła­nia.

1 wrze­śnia 1939 roku na kon­fe­ren­cji w Kwa­te­rze Głów­nej Hitlera admi­rał Dönitz powie­dział:

"...Nawet gdyby nasze siły nawodne były wystar­cza­jące, okręty pod­wodne będą zawsze trzy­mały pry­mat, ponie­waż są w sta­nie pozo­sta­wać samo­dziel­nie w obsza­rach ope­ra­cyj­nych na Atlan­tyku, nie wysta­wia­jąc się na tak wiel­kie nie­bez­pie­czeń­stwa jak flota nawodna. Z tych wzglę­dów jestem zda­nia, że okręty pod­wodne będą zawsze kość­cem walki prze­ciw Anglii i pozo­staną naj­lep­szym czyn­ni­kiem pre­sji poli­tycz­nej..."

Zda­niem Dönitza flota pod­wodna powinna liczyć przy­naj­mniej 300 okrę­tów o wypor­no­ści od 500 do 1000 ton. Dodat­ko­wym argu­men­tem prze­ma­wia­ją­cym za jego racjami było twier­dze­nie, że okręty te można zbu­do­wać sto­sun­kowo szybko, a przy tym są one tań­sze i łatwiej­sze do manew­ro­wa­nia niż pod­wodne "krą­żow­niki" oce­aniczne zale­cane przez Raedera.

Oma­wia­jąc tak­tykę floty pod­wod­nej, Dönitz zale­cał gorąco uży­cie grup lub całych eskadr, kie­ro­wa­nych przez radio z okrę­tów fla­go­wych lub z poste­run­ków dowo­dze­nia zain­sta­lo­wa­nych na lądzie. Eska­dry (zwane sfo­rami) miały ata­ko­wać kon­woje w pozy­cji nawod­nej, wyko­rzy­stu­jąc ciem­no­ści nocne.

Wariackie papiery Karla Dönitza

Pew­nej nocy paź­dzier­ni­ko­wej 1918 roku Leut­nant zur See Karl Dönitz, dowódca U-68, pły­ną­cego w kie­runku Malty z zada­niem zaata­ko­wa­nia jed­nego z licz­nych kon­wo­jów bry­tyj­skich, prze­żył naj­nie­bez­piecz­niej­szą przy­godę swego życia.

U-68 sunął w zanu­rze­niu na głę­bo­ko­ści pery­sko­po­wej, skra­da­jąc się w kie­runku sygna­li­zo­wa­nego i widocz­nego już na hory­zon­cie bry­tyj­skiego kon­woju, gdy nagle stało się coś wręcz nie­praw­do­po­dob­nego, o czym jego dowódca dziw­nym tra­fem wolał ni­gdy nie wspo­mi­nać.

Oto pchnięty nagle nie­wi­dzialną siłą nie­miecki okręt pod­wodny sta­nął dęba, niby koń wsparty ostrogą, a następ­nie dał nurka na głę­bo­kość bli­sko 100 metrów.

Mimo cał­ko­wi­tego zasko­cze­nia Dönitz w ostat­niej chwili wyko­nał zręczny manewr, dzięki któ­remu udało mu się skie­ro­wać okręt ku powierzchni. Po chwili jed­nak ponow­nie stra­cił kon­trolę nad jego ruchami i nie­sforny U-68 wynu­rzył się nie­ocze­ki­wa­nie w samym środku bry­tyj­skiego kon­woju. Rażony maso­wym ogniem Bry­tyj­czy­ków nie­miecki pirat w ciągu kilku minut poszedł na dno. Część załogi, mię­dzy innymi Dönitz, zdo­łała się ura­to­wać i wyło­wiona przez Angli­ków została wzięta do nie­woli.

"...To był koniec mojej służby w broni pod­wod­nej w cza­sie I wojny świa­to­wej... Ta ostat­nia noc służby pozo­stała mi na zawsze w pamięci jako poglą­dowa lek­cja pod­sta­wo­wych zasad uży­cia broni pod­wod­nej..." - napi­sze póź­niej w swo­ich wspo­mnie­niach admi­rał Karl Dönitz, pomi­ja­jąc jed­nak dys­kret­nym mil­cze­niem przy­czynę nie­zwy­kłego zacho­wa­nia się U-boota.

W ciągu dłu­gich mie­sięcy nie­woli Dönitz miał dość czasu, aby te zasady prze­my­śleć i roz­wi­nąć w sys­tem.

Zasad­ni­czym ele­men­tem opra­co­wa­nej przez niego kon­cep­cji uży­cia broni pod­wod­nej było spo­strze­że­nie, że kon­wój bry­tyj­ski, który zato­pił U-68, zdo­łał unik­nąć strat, ponie­waż ata­ko­wał go tylko jeden okręt pod­wodny. Gdyby wów­czas dzia­łała w spo­sób sko­or­dy­no­wany grupa U-bootów, "prze­klęty kon­wój" poszedłby w roz­sypkę.

Dönitz zda­wał sobie sprawę, że w 1918 roku akcja taka nie była moż­liwa. Nie­do­sko­nałe środki łącz­no­ści i inne tech­niczne nie­do­statki zmu­szały okręty pod­wodne do dzia­ła­nia w poje­dynkę (samotne "wilki"). Ale skoro tak "pry­mi­tywne" metody sto­so­wane w woj­nie pod­wodnej przy­nio­sły Cesar­skiej Mary­narce znaczne suk­cesy, nie należy rezy­gno­wać z tak dosko­na­łego środka walki, jakim są okręty pod­wodne -?prze­ciw­nie, trzeba pra­co­wać nad udo­sko­na­le­niem tych metod. I Dönitz, opa­no­wany zupeł­nie swoją idée fixe, opra­co­wał kon­cep­cję "zapew­nia­jącą" woj­nie pod­wod­nej decy­du­jące zna­cze­nie. Jego zda­niem okręty pod­wodne winny ata­ko­wać kon­woje w zespo­łach, nocą i w wynu­rze­niu. Im więk­sza liczba okrę­tów pod­wod­nych zosta­nie jed­no­cze­śnie wpro­wa­dzona do akcji, tym lep­sze warunki walki będzie miał każdy z nich.

W ten spo­sób poja­wiła się kon­cep­cja "stada wil­ków", która ugrun­to­wała w umy­śle Dönitza ślepą wiarę w sze­ro­kie moż­li­wo­ści i decy­du­jące zna­cze­nie wojny pod­wod­nej.

Dönitz był tak zaab­sor­bo­wany i zafa­scy­no­wany wizją przy­szłej wojny pod­wod­nej, że zwró­cił na sie­bie uwagę bry­tyj­skich władz obo­zo­wych. Zauwa­żono, że uni­kał towa­rzy­stwa innych jeń­ców i spę­dzał dłu­gie godziny w samot­no­ści. Wresz­cie jego dzi­waczne zacho­wa­nie skło­niło wła­dze obo­zowe do skie­ro­wa­nia go na bada­nia psy­chia­tryczne. Rezul­tat był taki, że Dönitza uznano za nie­nor­mal­nego. Zaopa­trzony w "wariac­kie papiery" został w lecie 1919 roku zwol­niony przed­ter­mi­nowo z nie­woli i ode­słany do Nie­miec, przy czym podróż odbył w kafta­nie bez­pie­czeń­stwa.

W swo­ich wspo­mnie­niach Dönitz pomija mil­cze­niem ten fakt, nato­miast jego bio­graf okre­śla wspo­mnianą cho­robę jako zręczną symu­la­cję, mającą na celu wcze­śniej­sze wydo­sta­nie się z nie­woli.

Po powro­cie do kraju Dönitz zamel­do­wał się w Kilo­nii, w dowódz­twie zre­du­ko­wa­nej do mini­mum mary­narki wojen­nej.

Przy­był tam opro­mie­niony sławą nie­ustra­szo­nego dowódcy okrętu pod­wod­nego, a "psy­chia­tryczna przy­goda" została uznana za świetny for­tel. Toteż przy­jęto go z otwar­tymi ramio­nami, a jego dawny dowódca, koman­dor Otto Schultze, w owym cza­sie szef per­so­nalny mary­narki wojen­nej Repu­bliki Weimar­skiej, natych­miast zapro­po­no­wał mu wstą­pie­nie do Reich­sma­rine. Dönitz przez pewien czas zasta­na­wiał się nad przy­ję­ciem tej pro­po­zy­cji. Trak­tat wer­sal­ski zabra­niał Niem­com posia­da­nia floty pod­wod­nej, co więc mógł robić on, Dönitz, w dowódz­twie mary­narki wojen­nej?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki