Rozdział 1
1
Stoję przy białej kaflowej kuchni i niespiesznie mieszam w wielkim żeliwnym garnku dorodne węgierki, które
już pięknie się rozgotowały. Za chwilę dodam do nich: garść cukru, sok z cytryny, odrobinę czerwonego wina i sekret rodzinny - kilka główek
goździków roztartych w wiekowym kamiennym moździerzu. Słodkawy aromat
smażonych owoców unosi się w kuchni i przywołuje miłe wspomnienia.
- Pani da, ja się tym zajmę. - Nieustępliwa, gderająca Klara ponownie
pojawia się za moimi plecami.
- Niech się Klara obiadem zajmie, bo pan w każdej chwili z pola może
zjechać, i jak go znam, głodny będzie. - Patrzę na nią surowo.
- To się nie godzi, żeby pani przy garach stała.
Czego jak czego, ale wtrącania się do jej królestwa kucharka nie znosi i broni pieca jak niepodległości.
- Nic mi nie będzie. Poza tym mam poczucie, że przynajmniej też coś
robię. - Przesuwam pogrzebaczem fajerkę, robiąc Klarze miejsce. -
Proszę, możesz stawiać garnek.
- A ja tam myślę, że pani nie ma do mnie zaufania. - Splatając ręce na
brzuchu, obraża się coraz bardziej, a na jej ogorzałej szyi pojawiają
się nieładne czerwone plamy. - Nie musi mnie pani pilnować.
- Co też Klara opowiada? - Uśmiecham się przymilnie, bo już nieraz
groziła wypowiedzeniem służby. - Oczywiście, że mam zaufanie, inaczej
bym Klary nie najęła, ale smażenie śliwek to w naszym domu tradycja.
- A na diabła takie ceregiele i ta cała trefycja! - sapie niezadowolona,
jednocześnie dorzucając drewna do pieca i stukając fajerkami, a mnie się
chce śmiać z tego, jak przekręca trudne dla niej słowa, a niektóre
stosuje nie tak i nie tam, gdzie trzeba, ale siłą woli powstrzymuję się
przed parsknięciem. - Jeszcze się pani poparzy i nieszczęście gotowe. Ja
tam się dziwię, że pan...
- To niech się Klara nie dziwi, tylko lepiej pójdzie do Wiśniewskiego,
żeby pyrek ukopał. Widziałam ostatnie krzaczki na polu.
- Jak tam pani chce, ale ja na pani miejscu...
- Ale nie jest Klara na moim miejscu i proszę zrobić, co powiedziałam.
Obie będziemy miały zajęcie.
Czterdziestokilkuletnia kobiecina, która mieszka w niewielkim pokoju
przylegającym do kuchni, ostentacyjnie sięga po ciemnobrązowy, wysłużony
wiklinowy kosz, po czym szurając nogami i mamrocząc pod nosem, idzie do
sieni. Po chwili głośne trzaśnięcie drzwi obwieszcza, że właśnie wyszła.
Wzdycham głęboko i mimowolnie uśmiecham się do siebie. Klarę pamiętam od
zawsze, i od zawsze wygląda tak samo. Okrągła twarz otulona blond
lokami, po której nie sposób odgadnąć wieku, za to niezwykle łatwo się
zorientować co do humoru właścicielki; sklejona z przysadzistym ciałem
wciśniętym w szarą, przypominającą pokutny wór sukienkę z wielką czarną
zapaską. Jedyne, co Klara zmienia, to kolorowe chustki na głowie, w znakomitej większości prezenty ode mnie, które ciasno wiąże pod brodą.
Służąca jest niewątpliwie dobrą kobietą, a jej marudzenie, przeplatane z mruczanymi pod nosem dziesiątkami różańca, przydaje jej tylko kolorytu.
Myślę, że dzięki temu czuje się ważniejsza.
Wycieram dłonie o biały, sztywny, płócienny fartuch, który Klara dla
mnie uszyła zeszłej jesieni, i chwytam kubek z wodą właśnie przyniesioną
ze studni przez Wiśniewskiego. Jest chłodna, ma delikatny żelazisty
posmak i, jak zwykle w takich chwilach, przypominam sobie, że miałam
prosić Konstantego o kupno nowego wiadra. Zastanawiam się, czy nie
powinniśmy wrócić do dębowego cebrzyka. Woda niespiesznie spływa po
ściankach gardła i emanuje przyjemnym chłodem.
Środa jest kolejnym upalnym dniem i mimo grubych ścian starego domu i niewielkich kuchennych okien w północnej ścianie jest bardzo gorąco. Nie
ma gdzie się schować i jak ochłodzić. Jestem zmęczona skwarnym latem i miałam nadzieję, że jesień przyniesie z sobą odrobinę wytchnienia, a słoneczne promienie nie będą już tak nachalne. Ale najwyraźniej nic z tego. Jedyną dobrą rzeczą jest to, że owoce i warzywa obrodziły jak
nigdy, i moje spiżarnie pękają w szwach. Czuję się jak zadowolona z siebie wiewiórka siedząca w dziupli na stosie żołędzi i orzechów.
Moją ulubioną podręczną spiżarnią jest ta w kuchni. W zasadzie to
chłodna, całkiem spora piwniczka pod kuchenną podłogą. Żeby się do niej
dostać, trzeba odsunąć jutowy grubo tkany dywanik, chwycić za metalowy
uchwyt i z mozołem unieść ciężką klapę, by ukazało się dziesięć
prowadzących w czarną czeluść schodków. Rachityczny, migotliwy płomień
lampy naftowej z ledwością wydobywa kształty stojących na półkach:
weków, worków z kaszą i mąką, zapasów świec i mydła. Położenie spiżarni
ma niewątpliwe zalety, bo raczej się nie zdarza, by zakradały się do
niej myszy, a ponadto jest w niej też skrytka wybudowana przez mojego
ojca, Wacława. Za jedną z uchylnych drewnianych ścian, dla niepoznaki
zdobną hakami, z których zwisają pęki suchych, aromatycznych ziół,
skrywa się niewielka izba z pryczą. Sprytnie pomyślany schowek, który
nieraz ocalił życie członkom naszej rodziny, gdy Prusacy niespodziewanie
wpadali do domu z rewizją.
Tak jak wielu innych, my także jesteśmy i zawsze byliśmy zaangażowani w walkę z zaborcą, a moi dwaj świętej pamięci bracia z sobie tylko
właściwą zaciekłością przelewali w kolejnych buntach krew za ojczyznę,
by w końcu zginąć ku naszej rozpaczy. Dziesiątego listopada 1911 roku
zostali powieszeni dla przykładu w najbardziej publicznym miejscu naszej
mieściny: na moście prowadzącym w stronę Środy Wielkopolskiej.
Pamiętam rozpacz matki, która jednego dnia straciła dwoje z trojga
swoich dzieci, w dodatku tę dwójkę, co do której snuła najbardziej
ambitne plany. Dziewiętnastoletni, przystojni, pełni wigoru bliźniacy,
podobni do siebie jak dwie krople wody, Jerzy i Antoni, mieli skończyć
szkołę, a może nawet studia, lecz biorąc pod uwagę ich "zapał" do nauki,
była to raczej mrzonka rodzicielki; o realnych możliwościach studiowania
pod zaborem nie wspominając. Bardziej interesowało ich kowalstwo i moim
zdaniem to byłby dla nich bardzo dobry fach. Mogliby kiedyś przejąć po
bezdzietnym stryju Florianie kuźnię na skraju miasteczka i żyć w miarę
dostatnio i spokojnie. I pewnie mogliby też przebierać w pannach, które
pociągały: ciemnobrązowe włosy, śniada cera, niebanalne poczucie humoru
i rysujące się pod skórą mięśnie.
Co do trzeciego dziecka, czyli do mnie, mamcia chyba nie snuła żadnych
wielkich marzeń. Bo przecież wychowując dziewczynkę, miała świadomość,
że jedyne, co może mi się w życiu przydarzyć, to zamążpójście i rodzenie
dzieci. Celowo nie wspominam o miłości, bo większość aranżowanych przez
rodziców małżeństw, które były w zasadzie umowami handlowymi łączącymi
majątki, nie miała szansy nawet otrzeć się o uczucie. Nieszczęśni
małżonkowie, którzy częstokroć zaledwie kilkakrotnie widzieli się przed
ślubem, obiecani sobie już w dzieciństwie przez zaprzyjaźnionych
rodziców, trwali pod wspólnym dachem z przyzwoitości, przymykając oczy
na romanse i ucząc się życia w duchowej i emocjonalnej samotności.
Mężczyźni często uciekali w ramiona młodych, radosnych służących, a niekochane kobiety w humory i globusy. I wydaje mi się, że chyba młodzi
trochę zazdrościli służącym i parobkom, którzy nie bawili się w takie
ceregiele, zwyczajnie zakochując się w sobie i nierzadko konsumując
związek jeszcze przed ślubem.
Michalina wraz z matkami innych dyndających na stryczkach nieszczęśników
i ich bliskimi godzinami klęczała na brukowanej ulicy, na przemian
modląc się i lamentując, pod poruszanymi wiatrem ciałami synów, których
pilnował pruski żandarm, nie pozwalając się nikomu zbliżyć. Na nic się
zdawały: tłumaczenia, błagania, zaklinanie. Jej rozpacz była tak wielka,
że dopiero pod wieczór niemal zemdloną przyniósł do domu na rękach
zdruzgotany, pobladły ojciec. Nie jadła, nocami nie spała, głucha na
wszelkie argumenty, obojętna na wizyty samego proboszcza, schudła i zapadła się w sobie, zapomniawszy, że ma jeszcze jedno dziecko, i tym
samym skazała mnie na nagłe przejęcie obowiązków domowych.
Był rok 1911, miałam szesnaście lat i niewiele wiedziałam o życiu. Ot,
tyle, ile pokazano mi w domu i obejściu. Dobrze, że mogłam liczyć na
pomoc Klary, służącej i kucharki w jednej osobie, służących Ady i Andzi,
naszego pomocnika Wiśniewskiego, ludzi mieszkających w czworakach i dwie
bardzo przyjazne niemieckie rodziny, które dziadek sprowadził do
folwarku jako osadników, dając im dom i kawałek pola.
"Po rozbiorach systematycznie sprowadzano niemieckich kolonistów mieszczańskich i chłopskich i osiedlano ich w majątkach państwowych [...] dla podniesienia poziomu rolnictwa i zwiększenia populacji. [...]
Koloniści [...] otrzymywali zwrot kosztów podróży w wysokości pół talara od mili, strawne, zwolnienie na kilka lat z podatków oraz służby wojskowej. Mieli znać się na roli i posiadać minimum majątku potrzebnego do zasiedlenia. Pracownicy dniówkowi otrzymywali na zagospodarowanie 2-6 mórg ziemi, inwentarz żywy i narzędzia. [...]
Nic dziwnego, że na tle zniewolonych i biednych chłopów polskich prezentowali się okazale i byli obiektem kontrastujących porównań podróżników, urzędników i lekarzy. [...]
Jednak i przed rozbiorami dokładnie to samo robiła na dużą skalę polska szlachta, ściągając do swoich dóbr kolonistów niemieckich z Prus jako lepszą siłę roboczą. Chłopi polscy byli bowiem tak uciemiężeni, że niewiele dało się już z nich wycisnąć"1.
Tatko jak zawsze angażował się we wszystko poza prowadzeniem domu.
Obojętne mu było, co podadzą na stół, byle obiad był o wyznaczonej
porze. Kurzu nie widział, nowych ubrań nie potrzebował, oddał się
polityce i pracy i w obu się zatracił. Ale dbał o to, by nasze zapasy
nie topniały, by mama miała wszystko, czego zapragnie, a mnie chyba w tym tyglu nieszczęść za bardzo nie zauważał. To synowie jeździli z nim
na pola, doglądali bydła i owiec, to oni kurzyli z nim fajeczkę i towarzyszyli mu podczas wizyt u sąsiadów. A gdy ich zabrakło, Wacław
stał się jeszcze większym odludkiem i samotnikiem.
Rozpacz matki nie trwała długo. Była tak ogromna, bezgraniczna i niezabliźnialna, że równo miesiąc po śmierci synów w nocy, podczas
pozornie spokojnego snu, pękło jej serce i nasz rodzinny marmurowy
grobowiec na przytulonym do parafialnego kościoła cmentarzu trzeba było
otworzyć ponownie.
Otrząsam się z ponurych myśli i usiłuję skupić na teraźniejszości.
Drewnianą chochlą przesuwam po dnie garnka błyszczące owoce, odklejając
je od ścianek. Ile będzie z tego weków? Ze dwadzieścia większych? A może
nawet trzydzieści mniejszych? Przez chwilę rozważam, do jakich słojów
powinny trafić powidła, i przed moimi oczami pojawia się wspomnienie
ukochanej babci.
Gdy byłam mała, miałam może siedem-osiem lat, podobny zapach drażnił mój
zadarty nosek, gdy babcia Helena ku uciesze dzieciarni prażyła śliwki w ogrodzie na tyłach domu. Nie mam pojęcia, jakim cudem się nie przypalały
w wielkim czarnym garze zawieszonym nad ogniskiem, do którego tylko jej
wolno było dokładać drobne polana. Było to jak misterium, które z kuzynostwem uwielbialiśmy. Babcia przy okazji smażenia powideł,
najpewniej dla zabicia czasu, opowiadała różne historie o tym, jak to
dawniej bywało i co jej się dziwnego w życiu przydarzyło. A to, jak
któregoś dnia lis zakradł się niepostrzeżenie do kurnika i wydusił
wszystkie kury. Jak od pioruna zapaliło się drzewo w sadzie. Jak
któregoś roku komin się zawalił pod ciężarem bocianiego gniazda. Jak
dziadek z samym dziedzicem polował na jelenie. Wtedy nie miałam pojęcia
ani o polowaniu, ani o jeleniach, których wyobrażenie podsuwały mi
jedynie wiszące w holu spreparowane głowy z martwymi szklanymi oczami i królewskimi porożami, gdzie buszowały pająki, pozostawiając festony
pajęczyn i przydając Klarze pracy.
Ale przede wszystkim, ku uciesze małej gawiedzi, stale trzeba było
kosztować, czy powidła już doszły. Czy są dość słodkie, gęste,
odpowiednio kwaskowate i czy mają właściwy kolor.
I to były magiczne chwile. Babcia brała bochen chleba, robiła na nim
znak krzyża, przykładała go do fartucha na piersi i długim nożem,
cienkim od wielokrotnego ostrzenia o kamień, kroiła skibkę po skibce.
Łamała je na kawałki i każdemu sukcesywnie nakładała odrobinę przysmaku.
Pewnie gdyby dała nam po pajdzie, najedlibyśmy się w mig, i tyle. Ale
przez to, że ceremoniał rozłożony był w czasie i każdy musiał czekać na
swoją małą porcję, trwało to w nieskończoność i dopiero pod koniec dnia
odkrywaliśmy, jak bardzo jesteśmy najedzeni, a raczej przejedzeni.
Ponadto mieliśmy poczucie, że coś od nas zależy. Czuliśmy się ważni.
Babcia nieustannie dopytywała, czy nam smakuje, czy powinna dodać
jeszcze wanilii i czy nie za mało goździków, zupełnie jakby liczyła się
z naszą opinią. To było strasznie miłe, bo w tamtych czasach mało kto
przejmował się tym, co myślą dzieci.
Babciny przepis na powidła
- 10 kilogramów dojrzałych wypestkowanych śliwek węgierek
- pół kilograma cukru
- pół litra wytrawnego czerwonego wina
- sok z dwóch cytryn
- nasionka z 2-3 lasek wanilii
- 30 utartych główek goździków
- pół łyżeczki cynamonu
Wszystko wrzucić do dużego garnka i smażyć na wolnym ogniu kilkanaście godzin. W miarę potrzeby dodawać cukru i przypraw. Szczelnie zamknąć w wekach.
- Pani jeszcze tutaj?
Klara wchodzi niepostrzeżenie i aż podskakuję wystraszona, odruchowo
przykładając dłoń do brzucha. Jestem w siódmym miesiącu ciąży, tak
przynajmniej wynika z moich obliczeń, i coraz trudniej mi chodzić, a nawet oddychać, co jednak nie zmienia faktu, że smażenie powideł sprawia
mi przyjemność. I już wiem, że ulegnę Klarze, i to ona, gdy uznam, że
powidła są gotowe, zamknie je w wekach. Nawet wolę, żeby to zrobiła, bo
przez ten brzuch tracę wyczucie przestrzeni i nie całkiem się orientuję,
gdzie kończy się moje ciało. Wczoraj na przykład boleśnie zahaczyłam o rant stołu, bo byłam pewna, że przecisnę się z konewką w ręku do okna,
aby podlać geranium. A wekowanie wbrew pozorom nie jest takie proste.
Najpierw na wieczko trzeba nalać odrobinę spirytusu, podpalić i szybko
założyć na słój, wcześniej zabezpieczony gumową uszczelką, i na koniec
sprawnie zacisnąć na nim metalową klamrę, która zazwyczaj nie chce się
poddać naszej woli.
- Flora! - Radosny głos mojego małżonka niesie się po domu.
- Tutaj jestem! - wołam, jednocześnie poprawiając niesforny kosmyk i delikatnie szczypiąc policzki, by pojawiły się na nich urocze rumieńce.
- Przecie pani czerwona jak burak od tego stania przy blachach. - Klara
burczy jak zwykle. - Niech się już nie szczypie, bo pan pomyśli...
Nim dowiem się, co według niej pomyśli Konstanty, ponownie rozlega się
wołanie, już jakby bliżej:
- A gdzie jest tutaj?
- W kuchni.
Po chwili wyraźnie słyszę jego zamaszyste kroki i odruchowo się
zastanawiam, czy naniósł do domu piachu. Od czasu, gdy niespełna dwa
lata temu, 2 marca 1916 roku, na świecie pojawiła się nasza słodka
córeczka Wiktoria, porządkowanie domu i pranie wszystkiego, co da się
wyprać, stało się moją obsesją.
- A co moje kochanie tu robi? - Niby spogląda na mnie groźnie, ale oczy
mu się śmieją.
- Zgadnij - drażnię się z nim, zalotnie machając kopystką.
Mimo że jesteśmy małżeństwem od czterech lat, i to w dodatku
zaaranżowanym przez naszych ojców, zakochaliśmy się w sobie na zabój i żyć bez siebie nie potrafimy. Zachowujemy się jak narzeczeni, którzy
płonią się na myśl o pochwyceniu spojrzenia wybranka.
- A nie powinnaś odpoczywać?
- Ja też gadałam, że to niezdrowe, ale jak pani Florentyna się uprze, to
nic do rozumu nie przemówi. Może pana posłucha. - Klara z zadowoleniem
bierze się pod boki i popatruje na mnie z satysfakcją.
Czasem mam wrażenie, jakby naszego związku nie tworzyły dwie osoby,
tylko trzy. Tą trzecią jest oczywiście Klara, na której najwyraźniej nie
robią wrażenia ani różnice społeczne, ani to, że jest o co najmniej
dwadzieścia lat starsza od swojego obiektu westchnień, czyli mojego
męża. I gdy tylko może, staje po stronie Kostka, z satysfakcją
wsłuchując się w jego połajanki mojej skromnej osoby. Brakuje jej
wyczucia, aby pojąć ironię, i po każdym "skarceniu" mnie przez męża
zacietrzewia się, usiłując dołożyć swoje trzy grosze. Bawi nas to
niezmiernie, zwłaszcza Konstantego, który specjalnie ją drażni i prowokuje, żeby potem śmiać się z nieszczęsnej w zaciszu salonu.
- Niegrzeczna jesteś? - Mruga do mnie.
- Jak jaki czort! - syczy kucharka. - Ja żem mówiła, że to się nie
godzi, że niezdrowo tak w tym stanie się zabawiać smażeniem powideł, ale
wszystko jak groch o ścianę! Skaranie boskie!
- Co ja słyszę? - Konstantego aż rozpiera wesołość. - No nic, będę
musiał ci wybić z głowy prace domowe.
- A nie powiem, pani czasem by się należało porządne okrzyczenie, ale
żeby zaraz bić, i to przy takim brzuchu, to ja nie wiem... - Jej oczy
nagle robią się wielkie i przerażona Klara wpatruje się w Kostka.
- Przecież nikt nikogo nie będzie bił. - Śmieję się. - Wybić z głowy
znaczy tyle, co wytłumaczyć, że nie należy czegoś robić.
- Ja tam się nie znam, co znaczy co, ale z laniem to bym poczekała -
sapie rozeźlona - aż pani Flora powije, bo jeszcze małemu księżulkowi
naszemu co się stanie. A jak mały dziedzic...
- Dobrze, dobrze, niech mi tu Klara nie wymyśla i czasem pohamuje język.
A tak na marginesie, jeśli już, to moja małżonka powije niebawem małego
księcia, nie księdza. To, że Flora jest młodsza, taka dobra i wyrozumiała dla Klary, nie oznacza, że można się z nią spoufalać. Lepiej
niech Klara powie, co dziś na obiad, bo głodny jestem jak wilk. -
Konstanty pospiesznie zmienia temat.
- A co ma być? Pyry bryzgane, mleko kwaśne z chołoduchą i do tego pani
kazała jajka podać. Ja to uważam, że...
- Żadnego bryzgania nie będzie, niech się Klara nie waży!
Myślałam, że skonam, kiedy zobaczyłam, na czym polega proces
przygotowywania ziemniaków bryzganych kwaśnym mlekiem czy śmietaną.
Klara po prostu nabrała śmietany w usta i bryzgnęła nią na talerz
Wiśniewskiego. Czegoś równie obrzydliwego nigdy nie widziałam. I choć
jakiś czas temu oświadczyliśmy, że chcielibyśmy jeść prostsze dania,
czegoś takiego się nie spodziewaliśmy. Chołoducha zaś okazała się żabą
włożoną do zsiadłego mleka, żeby utrzymać je w chłodzie. Nie wiem, jakie
jeszcze ludowe receptury ma w zanadrzu nasza kucharka, ale pospiesznie
wróciliśmy do poprzednich zwyczajów, po prostu rezygnując w dużej mierze
z mięsiwa. Nie wynikało to ze zmiany naszego nastawienia czy podążania
za modą zza oceanu, po prostu najzwyczajniej w świecie musieliśmy
ograniczyć wydatki.
Prusacy podatkami, przynajmniej tak tłumaczył mi Konstanty, coraz
bardziej przyginali nas do ziemi i widmo pustych garnków od czasu do
czasu wyrywało mnie ze snu w środku nocy.
Wreszcie po chwili zasiadamy z mężem w stołowym.
Mamy ogromne szczęście. Od czterech lat trwa wojna, a front jakby
przetacza się obok, nie powodując u nas wielkich strat, inaczej niż w nie tak znowu odległym Kaliszu, który niemal zrównano z ziemią. Przez
kilka miesięcy, gdy w naszym niewielkim dworku urządził sobie siedzibę
pruski sztab, byliśmy zmuszeni gnieździć się z ojcem i Wiktorią w pokoju
Wiśniewskiego, który na ten czas przeprowadził się do czworaków.
Nie było tam żadnych wygód. Tylko rozklekotane łóżko, mały stół z podłożonym pod jedną z nóg drewienkiem i krzesło, na którym strach było
zasiąść, bo lepiło się od brudu.
Klara, która nadal rezydowała w swoim pokoju przy kuchni, musiała
wyszorować i pobielić wapnem pomieszczenie, zanim weszliśmy do niego z dzieckiem. Przebywanie w takich warunkach z małą było karkołomnym
przedsięwzięciem. Ale nie powinnam narzekać, bo ludzie wokół tracili
domy i nikt nawet nie zaproponował im noclegu w należącej do niedawna do
nich stodole. Na przykład w majątek wujostwa Marciniaków, którzy od
kilku lat mieszkają pod Kaliszem, trafił pocisk armatni i w miejscu ich
pięknego domu z rozległymi drewnianymi podcieniami pozostały głęboki lej
i kupa gruzu.
Zresztą ta wojna jest okropniejsza od wszystkich poprzednich. Tak mi się
przynajmniej wydaje i tak mówi tata. A wszystko za sprawą
śmiercionośnych wynalazków, które pojawiły się wraz ze szwadronami
żołnierzy. Świat czegoś takiego jeszcze nie widział! I oby nigdy już
oglądać nie musiał.
Konstanty mi tłumaczył, że ta wojna odmieniła sposób walki. Dzięki nowym
technologiom z epoki rewolucji przemysłowej i wynalezieniu silnika
spalinowego działania wojenne stały się zmechanizowane, a producenci
samochodów odegrali kluczową rolę w mobilizacji wojsk, wykorzystując
swoje umiejętności, między innymi do produkcji samolotów.
Plakat ostrzegający przed szkodliwością prądu
Konne szarże na otwartym terenie powoli odchodziły w przeszłość.
Zastąpiły je karabiny maszynowe, czołgi i wielkie armaty, które zbierały
masowe śmiertelne żniwo. Byliśmy przerażeni, jeszcze nigdy nie
widzieliśmy tyle śmierci dookoła. A ten huk? Tego się nie da opisać!
Myślę, że ocaleliśmy głównie dlatego, że nasz dworek znajduje się w bliskim sąsiedztwie cukrowni i Prusacy nie byli tacy głupi, żeby
ryzykować jej uszkodzenie przypadkowym ostrzałem. Pozostałością po ich
krótkim pobycie na przełomie roku 1914 i 1915 w naszym rodzinnym domu
jest okablowanie pomieszczeń i doprowadzenie do części z nich prądu.
Ten cud techniki, powszechny już w wielu miastach, a nadal deficytowy na
wsiach, nieodmiennie mnie fascynuje. Jak to możliwe, że po kablu płynie
coś, co nazywa się prądem, i rozżarza drut w szklanej bańce, która
dzięki temu świeci? Konstanty, od zawsze zainteresowany nowinkami,
wielokrotnie, lecz bezskutecznie, usiłował objaśniać mi zasady
elektrostatyki i działanie prądu.
Zupełnie nie przemawia do mnie to, że para wodna uzyskana na przykład
wskutek spalania węgla napędza jakąś turbinę wodną ani tym bardziej że
woda z rzeki przepływająca przez turbinę może zmienić się w prąd. Co to
w ogóle jest turbina? Owszem, widziałam piękne wielkie drewniane koło na
naszej rzece przy młynie, ale żeby coś takiego mogło odpowiadać za
wynalazek, którego zazdroszczą nam wszyscy dookoła?
Przez pierwsze dni po odejściu Prusaków nie mogliśmy się opędzić od
ciekawskich, którzy koniecznie chcieli zobaczyć żarówki i przekonać się,
jak to jest nie używać lamp naftowych, gdy zapada zmrok. Sąsiedzi
zjeżdżali pod byle pretekstem, wybierając wieczorową porę. A Klara
puchła z dumy, mogąc pokazywać pielgrzymkom kolejnych chłopów z rozdziawionymi ustami, za którymi wędrowały całe rodziny, jak świeci
wisząca pod sufitem lampa. Kucharka niespodziewanie stała się bohaterką
okolicy i z namaszczeniem, wśród achów i ochów, przekręcała czarną
dźwigienkę kontaktu, to gasząc, to zapalając światło. I najwyraźniej ta
rola bardzo jej odpowiadała.
- Kochanie, coś się tak zamyśliła? - Konstanty zaniepokojony wyrywa mnie
z zadumy.
- Ja?
- Tak, ty. Źle się czujesz?
- Nie, ale tak sobie pomyślałam, że mamy sporo szczęścia, że wojna
przetacza się nie przez nasz dom, tylko trochę obok.
- Oczywiście, ale wyobraź sobie, jak mogłoby wyglądać nasze życie, gdyby
nie wojna. Bylibyśmy tacy szczęśliwi. Z drugiej strony to jedyna
nadzieja na odrodzenie Polski.
- Ależ ja jestem szczęśliwa. - Zdumiewa mnie jego refleksja.
- Wiem, wiem, ale czy nie mogłoby być lepiej? Gdybym tylko nie był chory
i mógł walczyć jak inni...
- Wiem, że to źle zabrzmi, ale na szczęście jesteś chory i twoje
słabowite serce i oczy na nic by się nie zdały na polu walki.
- Mam okulary.
- Kochanie! Nie roztrząsaj tego wciąż - fukam oburzona, bo mąż co rusz
wraca do przykrego w jego ocenie tematu, najpewniej wyobrażając sobie,
że wsławiłby się w okopach niczym Wołodyjowski w Kamieńcu. Przecież
wiesz, co ci powiedzieli. Wystarczy, że twoi bracia walczą. Swoją drogą,
już od dawna nie mieliśmy od nich żadnych wiadomości. - Dopada mnie
smutna refleksja. - Zaczynam coraz bardziej się niepokoić. W dodatku
Katarzyna donosiła w liście, że po Eustachym ślad zaginął.
Najstarszy z braci trzydziestopięcioletni Achilles mieszka w Rzymie,
lecz młodszy od niego o trzy lata Eustachy, niezwłocznie, już na
początku sierpnia 1914 roku, wyruszył na wojnę. Oczywiście nie walczył w wojsku polskim, bo takowego nie było, ale został zmobilizowany do
jednego z pruskich oddziałów i teraz z duszą na ramieniu toczy boje z Rosjanami, zapewne się zastanawiając, jak w ich szeregach odróżnić
swoich, Polaków, od wrogów. Współczuję mu ogromnie, a jeszcze bardziej
zamartwiającej się szwagierce, która została w domu z gromadką dzieci.
- Też się martwię, ale trzeba być dobrej myśli.
- Tak. - Wzdycham ciężko, w duchu dziękując Bogu, że to nie ja wyczekuję
listu z frontu od ukochanego. - Nic innego nam nie pozostało.
Przez chwilę siedzimy w ciszy. Słychać tylko nieznośnie głośne tykanie
stojącego w kącie beckera - wysokiego zegara, którego wiszące na
cienkich łańcuszkach obciążniki codziennie rano z namaszczeniem podciąga
ojciec. Połyskujące wahadło natomiast nieodmiennie fascynuje Wiktorię,
która z rozdziawioną buzią wpatruje się w ruchomą połyskliwą tarczę. Nie
lubię tego monotonnego tik-tak, tik-tak, które odbija się echem w głowie, uświadamiając, jak szybko uciekają kolejne minuty zamieniające
się w dni i godziny. W dodatku zegar co godzinę wygrywa kuranty, budząc
niektórych domowników w nocy. Ja już się do niego przyzwyczaiłam, ale
Wiktorię patetyczna melodia potrafi wyrwać z najgłębszego snu, mimo że
jej łóżeczko stoi w pokoju oddalonym od salonu. Gdy mała ma gorsze dni i budzi się kilkakrotnie w środku nocy, z płaczem wołając któreś z nas,
bierzemy ją do naszej sypialni, by unikać nocnych pielgrzymek. Nie
pojmuję, dlaczego dzieci tak się wiercą podczas snu. Śpią w poprzek
łóżka, zawsze rozkopując pościel i w przypadku naszej córki mamrocząc
niezrozumiale przez sen.
- Zawsze może być lepiej - wracam do rozpoczętego wątku, chwytam Kostka
za dłoń i mocno ściskam - ale i tak jest dobrze. Mamy siebie.
- Mój ty króliczku. - Konstanty się pochyla i czule kładzie dłoń na
niepokojąco dużym ciążowym brzuchu.
Dziecko w moim łonie, jakby łaknąc bliskości z ojcem, porusza się
niespokojnie i boleśnie rozpycha.
- Czujesz?
- Nasz mały dzielny chłopczyk. - Głos Konstantego drży ze wzruszenia.
Zdaję sobie sprawę, jak bardzo mój mąż marzy o dziedzicu. O przedłużeniu
rodu, nazwiska, zachowaniu genealogicznej ciągłości Zabierzyńskich. Ale
drażni mnie jego rozradowanie, to nieznośne przekonanie, że tym razem
się uda, i nieuzasadniona pewność co do płci lokatora mojego brzucha.
Boję się rozczarowania, jakie go dopadnie, gdy nie daj Boże, urodzę
dziewczynkę. Dlatego za wszelką cenę usiłuję ostudzić entuzjazm.
- A co, jeśli pod naszym dachem kolejny raz pojawi się maleńka,
rozkoszna dziewczynka?
- Czuję, że to chłopak! - Udaje, że się zacietrzewia, groźnie marszcząc
brwi.
- Nie mów tak, kochanie. Nie mamy pewności, że będziemy mieli syna. -
Usiłuję delikatnie wyciszyć jego zapał.
- A jakże mogłoby być inaczej? Masz taki duży brzuch. - Spogląda na mnie
łobuzersko, jakby chciał się sprzeczać.
- To nie było miłe. Duży brzuch, dobre sobie! Kobiecie przy nadziei nie
powinno się wypominać takich rzeczy. - Udaję, że się obrażam, ale nie
sposób nie przyznać mu racji. Mam jeszcze dobrych kilka tygodni do
rozwiązania i obawiam się, że dziecko przez te dni nie będzie się
ociągać w nabieraniu wagi. To sprawia, że na myśl o porodzie jestem
bliska omdlenia.
Pierwszy poród był koszmarem. Nie wiedziałam nic o rodzeniu dzieci. Mama
od dawna nie żyła i zwyczajnie nie miałam kogo zapytać, jak to jest.
Przecież to niezwykle krępujący temat, na który nie sposób rozmawiać
przy stole, z ciotkami czy dalekimi krewnymi, a Magdalena, moja
przyjaciółka od serca, była w tej materii równie zielona jak ja. Jedyne,
co wiedziałam, to że trzeba nagotować dużo wody i przynieść czyste
szmatki, ale po co? Nie miałam pojęcia!
Gdy nieśmiało, jakby mimochodem poruszałam ten temat przy pracujących na
dworze kobietach z czworaków czy służących, zazwyczaj słyszałam tylko
dramatyczne opowieści, jak to niemal przypłaciły własnym życiem
wydawanie na świat kolejnych potomków. Jak marniały w połogu i jak
wielkie jest to cierpienie. Jakby za punkt honoru postawiły sobie
licytowanie się w trudach macierzyństwa.
To wszystko nie tylko napawało mnie niesmakiem, ale też sprawiło, że gdy
nadszedł wreszcie dzień rozwiązania, byłam tak spanikowana i bezradna,
że nie wiedziałam, co z sobą począć. Zdecydowałam się na poród w Poznaniu, pokonując wstyd i protesty teściowej. Zgodziłam się na
obecność doktora i towarzyszącej mu kobiety, na którą z kolei uparła się
Seweryna. Skupiałam się na poleceniach poważnego doktora, zupełnie nie
słuchając, co mówi do mnie okadzająca szałwią pokój akuszerka.
Wszebora, pomarszczona jak rodzynek, o sękatych silnych dłoniach i ze
śmierdzącą torbą wypchaną różnymi specyfikami, od lat odbiera porody w całej okolicy i wyjazd do Poznania nie był jej w smak. Nawet Niemki
zwracają się do niej po radę. Ale ja uczciwie muszę przyznać, że już
samo jej imię, Wszebora, sprawia, że przebiegają mnie ciarki i kurczę
się w sobie. Nie wiem, co skłoniło małorolnych ubogich chłopów do
nadania córce tak dziwnego imienia. Może wśród Marii, Agat i Katarzyn
chcieli nim wyczarować dla dziecka przepustkę do innego, lepszego
świata?
Wreszcie, po niekończących się godzinach cierpienia, zdziwienia i strachu, Wiktoria przyszła na świat wieczorem w pochmurny tłusty
czwartek 2 marca 1916 roku, i sama wyglądała jak mały rumiany pączuś.
Tego dnia przypadała osiemdziesiąta piąta rocznica zwycięstwa powstańców
listopadowych pod Puławami i ojciec natychmiast dostrzegł w tym palec
boży. Do dziś powtarza, że to znak i jeszcze wspomnimy jego słowa, że
wnuczka będzie dorastać w wolnej, odrodzonej Polsce.
Z jednej strony niczego nie pragniemy tak jak tego, by jego słowa
okazały się prorocze. Z drugiej jednak, po chwilach zrywów i optymizmu,
dopadają mnie marazm i niewiara. Niekiedy przestaję wierzyć, że na mapie
Europy na nowo pojawi się Biało-Czerwona. Za to przekonanie Konstantego,
że wkrótce będziemy sobie panami, jest niezłomne i wiem, choć niechętnie
o tym wspomina, że co rusz angażuje się w różne akcje i snuje
wyzwoleńcze plany. Całe to wojenne zamieszanie też niesie pewną
nadzieję. Liczymy, że nasi wrogowie, którzy niespodziewanie stanęli
przeciwko sobie, osłabną na tyle, że nareszcie nam się uda. Że inne
narody na powrót zaczną nazywać nas Polakami, bo sami tylko tak o sobie
myślimy.
Tymczasem Klara wnosi półmisek z czterema jajkami sadzonymi, które są
tak delikatne, że po dotknięciu końcówką widelca żółtka cudownie
rozlewają się po talerzu. Do tego podaje drobno pokrojone ziemniaki
okraszone smażoną na maśle cebulką i koperkiem. Podejrzewam, że tym
sprytnym sposobem, przygotowując banalnie proste danie, usiłuje
zamaskować opóźnienie w podawaniu posiłku.
- Smacznego. - Uśmiecha się promiennie i wpatruje nachalnie w oczy
Konstantego, po czym sztywno się prostuje, jak żołnierz podczas musztry
czekający na kolejny rozkaz, z tą różnicą, że nasza poczciwa kucharka
czeka na uznanie.
Klara zawsze się rozpogadza, gdy raczy nas przygotowanym przez siebie
posiłkiem, jednocześnie łaknąc pochwał, których jej nie szczędzimy, bo
mimo braku wykształcenia ma doskonałe wyczucie smaku i z niczego potrafi
wyczarować przepyszny obiad.
- Dziękujemy, wszystko wygląda znakomicie i apetycznie. - Konstanty
mruga okiem, a jej twarz jak zwykle oblewa rumieniec. - Częstuj się,
kochanie. - Podsuwa mi ozdobioną wianuszkiem biało-niebieskich
esów-floresów salaterkę, która jest częścią serwisu z mojej panieńskiej
wyprawy.
Bardzo jestem z niego dumna i z pieczołowitością przechowuję go na
widoku w dębowym kredensie, by mógł stale cieszyć oko. Nie dość, że
pochodzi z manufaktury porcelany w Miśni, gdzie każdy talerzyk i filiżanka są unikatowe, bo ręcznie robione i malowane, to w dodatku jest
niezwykle delikatny i elegancki, ozdobiony wzorem cebulowym nawiązującym
do tradycji wschodnioazjatyckiej. W rzeczywistości niewiele ma wspólnego
z cebulami. Projekt malunku wyszedł spod ręki Johanna Davida
Kretzschmara i przedstawia owoce granatu, które błędnie zostały uznane
za cebule. Nieodmiennie bawił mnie, gdy sobie pomyślę, do jakich
głupich, a jednocześnie brzemiennych w skutki dochodzi niekiedy pomyłek.
I jak nie sposób ich odkręcić. Serwis zastąpił stare, wysłużone, byle
jakie białe talerze, które pamiętały jeszcze babcię Janinę, a których
bardzo nie lubiła matka.
Niespiesznie nakładam sobie trzy niezbyt duże ziemniaki i sięgam po
jajka.
- O czym to rozmawialiśmy?
- O tym, jak bardzo pragniesz syna. - Dźgam jajko nożem i z zadowoleniem
przyglądam się, jak żółtko rozlewa się wśród ziemniaków.
- Właśnie. Chyba sama przyznasz, że dziecko jest duże, a na logikę
chłopcy z reguły są więksi od dziewczynek, więc to oczywiste, że nosisz
pod sercem małego Hipolita Konstantego Zabierzyńskiego herbu...
- Dlaczego akurat Hipolit? - Przerywam pospiesznie, ponownie udając
wzburzenie. Ale tak naprawdę myślę zupełnie inaczej. Nawet jeśli nie
urodzi nam się syn, niech Kostek ma przynajmniej przyjemność w fantazjowaniu na ten temat. I choć nie mam zamiaru mu psuć zabawy, to
lubię się z nim droczyć i nie mogę odmówić sobie tej przyjemności.
- Po moim ojcu, to chyba oczywiste! - Pospiesznie przełyka kęs, a jego
grdyka unosi się, by po chwili opaść, i mój mąż poważnieje. Wkłada do
ust kolejną porcję ziemniaków i przymykając oczy, najwyraźniej
rozkoszuje się ich smakiem, przy okazji najpewniej zatapiając się w marzeniach o małym Zabierzyńskim, którego nauczy strzelać, łowić ryby i jeździć konno.
- A może lepiej po moim...
- Daj spokój, przecież imię Hipolit jest ładniejsze niż Wacław.
- A mnie się wydaje, że powinniśmy się wstrzymać z planami i zobaczyć,
co przyniesie los. - Wzdycham teatralnie. - Może trzeba będzie
zdecydować się na Rozalię albo Różę? - prowokuję, bo Rozalia i Róża były
pełnymi pretensji, znienawidzonymi przez Kostka w dzieciństwie
służącymi, z których jedna wdała się w romans z panem domu, czyli
"nieskazitelnym" Hipolitem.
Zresztą sądząc po błękitnych, głęboko osadzonych oczach, ciemnych lokach
i dołeczku w brodzie u wielu okolicznych dzieciaków, nie była ona ani
pierwszą, ani ostatnią, którą udało mu się zbałamucić.
- Nawet nie wypowiadaj przy mnie tych imion! - Śmieje się, nic sobie nie
robiąc z moich docinków.
- Ale jeśli będzie dziewczynka, pokochasz ją tak... - Postanawiam po raz
kolejny się upewnić, że płeć dziecka nie będzie przyczyną rodzinnych
niesnasek.
- Co za niemądre pytanie! Oczywiście! Będę kochał nasze dziecko jak
szalony i nie ma znaczenia, czy będzie to syn, czy druga córka. Ufam, że
się tym nie kłopoczesz. Wiesz, że ja tylko tak sobie rozprawiam. Ale coś
mi się zdaje, że nasza Klara ma rację, i czy ty się aby, moja droga, nie
przemęczasz? - nagle zmienia temat, a jego głos tężeje.
Boże, jak ja nie lubię, kiedy mówi do mnie tak protekcjonalnie. Ale
przełykam tę gorzką gulę, uznając, że ważniejsze w tej sytuacji jest
odparcie zarzutów, bo a nuż mój nadopiekuńczy mąż będzie skłonny położyć
mnie do łóżka i tym samym pozbawi jakiejkolwiek rozrywki.
- A co mam robić?
- Nie wiem. Zajmować się Wiktorią?
- No to akurat by mnie zmęczyło. - Uśmiecham się promiennie, słysząc tę
niedorzeczną propozycję. - Jakoś nie wyobrażam sobie chodzenia za nią
zgięta wpół i czuwania, żeby nie zrobiła sobie krzywdy.
- Rzeczywiście, to dość niefortunny pomysł, ale z pewnością znajdzie
się... - Zamyśla się na chwilę. - A czytanie?
- Czytam, kochany, całymi dniami. Czytam! Ale, ile można?
Zdjęcie z Albumu jubileuszowego Henryka
Sienkiewicza, Warszawa 1897
- A co, jeśli to nie tajemnica?
- Jak się zapewne domyślasz, głównie Sienkiewicza. Orzeszkowa mnie
znudziła, Prus jakoś do mnie mniej przemawia, a Przybyszewskiego, z tym
całym manifestem nowej sztuki, nie trawię. Zresztą ciągle powtarzam, że
powinieneś do niego ponownie zajrzeć. Gwarantuję, że byś odpoczął przy
Trylogii.
- Jakoś teraz nie ciągnie mnie do lektury, mam tyle spraw na głowie. A jak rano przejrzę gazety, jestem zbyt zestresowany.
- Wiem, kochanie, wiem, ale przy nim byś się rozerwał. Te jego zapiski z podróży... - Rozmarzam się. - Wartki wątek, cięty język, dowcip...
Kostek się prostuje i przybiera surową minę.
- Czy ty przypadkiem się nie zadurzyłaś w tym całym Sienkiewiczu? - mówi
żartobliwie.
- Nawet jeśli, to nie musisz się martwić, bo o ile się orientuję, to
niestety zeszło mu się z tego świata dwa lata temu. Piętnastego
listopada, jeśli chcesz wiedzieć dokładnie.
Oczywiście nie tylko ja i mój mąż, ale cały naród szlochał po śmierci
naszej narodowej literackiej sławy. Nikt tak pięknie nie pisał o tym, co
ważne, ale też o zwykłej codzienności czy dawnych wiekach, nie wlewał w serca Polaków dumy, otuchy i nadziei, co w tych czasach wszystkim tak
bardzo było i jest potrzebne.
Żywiliśmy się wspomnieniem wielkiej, dumnej ojczyzny i wizjami silnych
ramion, które unoszą się w jej obronie. A choć byli i tacy, którzy
zarzucali mu mijanie się z faktami i historyczną mitomanię, to nic tak
nie podnosiło na duchu jak czytanie kolejnych odcinków Quo vadis,
Pana Wołodyjowskiego czy Rodziny Połanieckich w prasie, a potem
ustawianie kolejnych książek na półkach.
Zresztą nie tylko my, rodacy, doceniliśmy kunszt pióra Litwosa, którego
powieści tłumaczone są na dziesiątki języków, ale również Akademia
Szwedzka, gdy na posiedzeniu 9 listopada 1905 roku przyznała mu Nagrodę
Nobla. Huczało o tym w towarzystwie i w gazetach, a ojciec sięgnął po
najstarszy likwor ukryty w kącie spiżarni i wzniósł nim toast za tak
wielki sukces. Oczywiście uznaliśmy go za sukces ogólnopolski, który
sprawi, że świat o nas nie zapomni. Tym samym Sienkiewicz stał się
szóstym laureatem Nagrody Nobla i pierwszym Polakiem, który dostąpił
tego zaszczytu, a przy okazji został moją największą książkową miłością.
"Kurier Warszawski" z 17 listopada 1916 roku, s. 1
Już wcześniej wdzięczny naród w 1900 roku z okazji jubileuszu
dwudziestopięciolecia pracy twórczej podarował pisarzowi majątek w Oblęgorku, jak się później okazało, obciążony długiem hipotecznym, gdzie
obiecał zabrać mnie Konstanty, gdy wreszcie wojna się skończy. Tak
bardzo jestem podekscytowana tym, że zobaczę miejsca i te wszystkie
drobiazgi, których dotykał sławny pisarz i na które patrzył. Mam tylko
nadzieję, że dworek nie ucierpi podczas działań wojennych i pamiątki po
wielkim pisarzu nie przepadną na dobre.
Od ukochanego męża, który doskonale zdaje sobie sprawę z mojej
literackiej fascynacji, dostałam trzy lata temu na urodziny wielki
Album jubileuszowy Henryka Sienkiewicza, Głowniejsze sceny i postacie z powieści i nowel Sienkiewicza w dwudziestu illustracyach ze wstępem
krytycznym Stanisława hrabiego Tarnowskiego. Książka jest prześliczna z niesamowitymi, eterycznymi portretami bohaterów powieści i stosownymi
opracowaniami, nie mogłam się od niej oderwać przez długie tygodnie, a teraz zajmuje poczesne miejsce w mojej biblioteczce.
W Sienkiewiczu zaczytują się: ja, moja cioteczna siostra, przyjaciółka,
a nawet Klara, która do tej pory gardziła słowem pisanym. Niby
potrzebuje starych gazet na podpałkę w piecu, ale przyuważyłam, że nim
pochłoną je płomienie, nasza kucharka, z wypiekami wodząc palcem po
tekście, z mozołem składa litery i... czyta.
- No, bardzo ci dziękuję, inaczej nie miałabyś nic przeciwko temu, żeby
mnie porzucić?
- Kochanie - dźwigam się z trudem i pochylam, by pocałować go w usta -
wiesz, że kocham cię najbardziej na świecie.
- Mam nadzieję. - Oddaje słodki pocałunek, głaszcząc mnie po plecach.
Przyjemne ciepło rozchodzi się po moim ciele i czuję się rozkosznie. -
Też cię kocham, głuptasie. Najbardziej i na zawsze! Ale usiądź jeszcze
na chwilę.
- Coś się stało?
Oblęgorek
- W zasadzie nie. Tylko się nie denerwuj. - Ucieka wzrokiem, a mnie
dopada najgorszy z lęków.
- Już zaczynam się denerwować. - Opadam ciężko na krzesło i szeroko
otwartymi oczami wpatruję się w napięciu w Konstantego. Robi mi się
gorąco i zaczynam się pocić. W ustach zasycha, a serce zaczyna
galopować.
- A propos podróży. - Chwyta mnie za dłonie, zupełnie jakby miało mnie
to uspokoić. - Nie mówiłem ci wcześniej, bo nie chciałem cię martwić i przedsięwzięcie nie było pewne, ale na kilka dni chciałbym ponownie
wyjechać do Poznania.
- Do Poznania? - Aż podskakuję. - Ale po co? Odwiedzić ojca?
Tata od miesiąca przebywa w Poznaniu u ciotki Leokadii Kaczkiewiczowej,
niezwykle pomarszczonej, niedosłyszącej i moim zdaniem nudnej dalekiej
krewnej ze strony matki, która nie wyszła za mąż i, podobnie jak mój
owdowiały przed laty ojciec, poszukuje towarzystwa do gry w wista i snucia wspomnień.
- To też, ma się rozumieć, ale niebawem wydarzy się...
- Błagam, tylko nie mów, że znowu się w coś zaangażowałeś. - Czuję, jak
krew spływa mi do pięt.
- Kochanie, ktoś musi. - Jego głos staje się szorstki i wiem, że decyzja
już zapadła i nie ma nawet o czym dyskutować. - Tylko w masie jest siła.
To doskonały moment, żeby zawalczyć o sprawę. Jest szansa, że tym razem
nam się uda.
- Ja to wszystko wiem, tylko panicznie się boję, że coś ci się stanie.
Nie chcę, żebyś ryzykował. - Łzy cisną mi się do oczu.
- Nawet w domu może się człowiekowi przydarzyć coś złego.
- Przestań, to nie to samo. I wiesz o tym doskonale.
- Wiem, ale tak trzeba.
Plan Poznania i twierdzy Poznań z 1841 roku, uzupełniony w roku 1871
(kolorowa kopia ze zbiorów Muzeum Narodowego w Poznaniu)
Atmosfera przy stole gwałtownie się zmienia. Jajka i ziemniaki przestają
mi smakować. Mam wrażenie, jakbym przed chwilą przeżuwała tekturę. Świat
nie jest już tak pogodny i nagle we znaki daje mi się zmęczenie, choć do
tej pory nie chciałam sama przed sobą tego przyznać. Czuję się jak
ciężkie, nieporadne stworzenie, które nie ma siły wykonać choćby kroku.
W dodatku dopiero teraz odkrywam, że spuchły mi nogi.
Jestem załamana.
- Kochanie. - Zaniepokojony małżonek kładzie mi dłoń na ramieniu i lekko
je ściska. - Dobrze się czujesz?
Nie jestem w stanie wykrztusić słowa. Zamiast tego moim ciałem
wstrząsają dreszcze i zaczynam szlochać.
- Kochanie?!
Konstanty jak zwykle wobec mojej rozpaczy staje się bezradny. Usiłuje
mnie przytulić, dodać otuchy, ale ja jestem nieczuła na te wszystkie
drobne gesty. Wobec strachu, który się we mnie rozgościł, nic do mnie
nie przemawia. Zresztą mąż nie może, bo nikt nie może, zagwarantować, że
i tym razem nic mu nie będzie, że wróci do domu cały i zdrowy. Bez
względu na to, co ma się tam stać.
- Powiedziałeś, że coś ma się wydarzyć. Możesz powiedzieć, co?
Przygotowujecie kolejny zamach? Zbliża się...
- Sam dokładnie nie wiem. - Milknie, jakby nad czymś się zastanawiał. -
Mówi się, że w Poznaniu ma wybuchnąć powstanie.
- Ale ja jestem w ciąży, a Wiktoria jest taka malutka! - Panika zaciska
mi gardło. - Nie mogę zostać z tym wszystkim sama, nie mogę! Nie chcę!
- I nie zostaniesz. Wrócę, najszybciej jak się da.
- Ale co to znaczy? Kiedy?
- Tego nie wiem, ale na pewno niebawem.
- Tak się tylko mówi.
Konstanty, gdy tylko usłyszał, że w naszej okolicy tworzy się oddział
sokolstwa, który teoretycznie miał skupiać miłośników broni palnej, a w rzeczywistości był organizacją paramilitarną, natychmiast się do niego
zapisał, mydląc mi oczy, że ćwiczy przed polowaniami. Nie pomogły
perswazje, że ma kiepski wzrok i na niewiele się przyda.
Sztandar
Naiwnie liczyłam na to, że mój drogi mąż na tym zakończy swoją militarną
przygodę z wyzwalaniem ojczyzny. Wiem, że to bardzo egoistyczne, ale
miałam nadzieję, że zwyczajnie zrobią to za niego inni, a on zostanie
oddelegowany za biurko i do machania piórem. Nie mam pojęcia, czym niby
miałby się zajmować, bo przecież nie jest żadnym generałem, który z bezpiecznego miejsca wydaje polecenia i rozkazy.
Gdy dowiedziałam się nieco więcej, o co w tym wszystkim chodzi, i że
panowie przygotowują się na coś wielkiego, co, jak wszyscy mieliśmy
nadzieję, niebawem nadejdzie, dostałam histerii i pewnie to spowodowało,
że mój ukochany chce mnie chronić i mówi mi tak niewiele. Lecz
niepewność i niewiedza okazują się zdecydowanie gorsze od świadomości, w co się zaangażował. Jak zwykle złośliwa wyobraźnia podsuwa najgorsze
wizje i sprawia, że myślę o samych okropnych rzeczach. Każde wyjście
Kostka z domu odbiera mi spokój i pobudza imaginację, a każdy jego
powrót witam z oddechem wielkiej ulgi, chybocząc się na huśtawce
skrajnych emocji.