Florenckie memento - Piotr Sleboda

Kup ebooka

40.38 zł
33.52 zł (33,11 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Warszawa

Silnik pracował na wolnych obrotach. Stali tak już od dłuższego czasu, nie zwracając niczyjej uwagi, pośród dziesiątków innych aut na parkingu. Przez ledwie uchylone okna wypływały obłoki papierosowego dymu natychmiast zabierane i rozpraszane przez wiatr. Samochód był jeszcze "gorący". Zorganizowanie tak rzadkiego egzemplarza ponad dwutonowego dodge 'a pick-up'a nie było łatwe. Nikt jednak nie zamierzał go przewozić, rozbierać na części, czy sprzedawać. Potrzebny był tylko tu i teraz.

Dwaj siedzący w samochodzie mężczyźni bardzo się od siebie różnili. Ten za kierownicą nie pasował też do auta. Menela przetrawiony przez życie na wskroś i z powrotem nie przystawał w istocie do żadnego pojazdu poza starym wózkiem dziecięcym wypełnionym złomem i makulaturą. Sina od brudu twarz, obsypana kilkudniowym zarostem, postarzała go o trzydzieści lat. Mimo, że na zewnątrz było dość ciepło, trząsł się, sapał i wzdrygał.

- Błagam cię, daj mi to - płaczliwie skamlał i wpatrywał się w zaciśniętą dłoń typa siedzącego obok.

- Zamknij się! - warknął wygolony mięśniak w koszulce opinającej napakowany tors. Wytatuowana od nadgarstka po rękawek lewa ręka uniosła się w powstrzymanym ciosie. - Wystarczy, kurwa, że muszę wąchać ten twój smród! Jak zrobisz swoje, to dostaniesz swoją działę i coś na górkę. A teraz przestań jęczeć i patrz tam, bo ją przegapimy.

- A kim ona w ogóle jest i czym wam tak się naraziła? Oklep nie wystarczy? - menel wydukał z zaciśniętymi na kierownicy dłońmi.

- Nie interesuj się. Za dużo chciałbyś wiedzieć! - Miał zamiar chwycić go za gardło, żeby przywołać do porządku, ale cofnął się z obrzydzeniem. - Masz ją załatwić tak, żeby nie trzeba było po tobie poprawiać! Jeśli się nie postarasz, to cię znajdę na tym twoim dworcu i utopię w kiblu, jasne?

- Co ma nie być jasne? Rozumiem. W końcu mam dyplom. Ty nie? - Ugryzł się w język, bo poczuł, że przeholował, a sarkazm zaraz obróci się przeciw niemu.

Przez moment wydawało mu się, że mięśniak wybuchnie, bo się zapowietrzył, ale widocznie zadziałał jakiś wentyl bezpieczeństwa, bo tylko zasyczał, jak przedziurawiony materac i splunął przez szparę w oknie. Nie minęło kilka sekund, gdy ciekawość zwyciężyła. Uznał, że powinien wiedzieć, jak zareagować.

- Jaki, kurwa, dyplom?!

- No, zwykły, magisterski.

- Pierdolisz. - Nie potrafił skleić kilku faktów i uwierzyć, że taki obdartus nie był nim przez całe życie.

- A co lub na jaki temat, jeśli mogę wiedzieć? - Menel poczuł się odrobinę pewniej, a i głód jakby zelżał.

- No, o tym dyplomie.

- Nie. Jak najbardziej poważnie. Akademia Ekonomiczna. Handel Zagraniczny...

- To coś ci w tym handlu nie poszło. - Łysy zarżał, klepiąc się po udach.

- To nie w handlu, a w życiu mi nie poszło. Za dużo kasy, za mało wyobraźni i... z górki... na samo dno.

- Widzę. Za działkę zrobisz nawet to. I na co ci te magistry, frajerze?

Choć ta refleksja nie przypadła mu do gustu, musiał mu przyznać rację. Patrząc półprzytomnie przez przednią szybę auta, wpadł w nostalgiczne rozważania na temat swojego losu, jak to miał w zwyczaju robić każdego wieczora przed zaśnięciem, na swoim podpisanym, podwójnym kartonie ze styropianową podpinką. Stłumiony okrzyk mięśniaka wyrwał go z błogiego, bo pozbawionego głodu otępienia.

- To ona. Widzisz ją? - Palcem dłoni, która skrywała jego "przyszłość", wskazywał przed siebie.

Magister-menel nie potrafił przenieść wzroku na cel. Kawałek plastikowego woreczka, jaki wystawał spomiędzy kciuka i zaciśniętych palców, był widokiem magnetycznym i potężniejszym od wszelkich innych bodźców. Głód i drżenie powróciły ze zdwojoną siłą.

Ta sama pięść, która go zahipnotyzowała, w następnej chwili wylądowała na jego nosie. Cienka strużka krwi pociekła po brodzie, a wrzask "dobroczyńcy" przywrócił go do rzeczywistości.

- Patrz, gnoju! Patrz, to ona! - Wyciągnął z tylnej kieszeni spodni pogniecione zdjęcie i podsunął mu pod nos. - Widzisz!?

- Tak, rzeczywiście - przyznał, ocierając brudnym rękawem twarz. W rzeczywistości nie widział zbyt dobrze kobiety idącej w kierunku parkingu, żeby z całą pewnością to stwierdzić.

- Wiesz, co masz robić?

- Wiem, wiem.

- Na pewno?

- Tak! - Nie wytrzymywał. - Dawaj mi to! - Brudna łapa w wełnianej rękawiczce bez palców sterczała przed twarzą mięśniaka.

- Masz i nie spierdol roboty, bo drugiej szansy nie dostaniesz. - Włożył w dłoń woreczek z białym proszkiem i wysiadł, trzaskając drzwiami.

Odszedł szybkim krokiem na drugą stronę ulicy i przysiadł na ławce przystanku pomiędzy ludźmi oczekującymi na autobus. Nie mógł sobie odmówić przyjemności, żeby obejrzeć taki spektakl. Od efektów zależało, czy zasłuży sobie na zaufanie szefa, czy już na lata zostanie "żołnierzem" od brudnej roboty. To był egzamin, który musiał zdać, dlatego wybrał do tej roboty desperata. Kogoś, kto nie cofnie się w ostatniej chwili.

Przyglądał się młodej kobiecie wsiadającej do opla. Była wysoka, smukła. Długie, proste włosy przerzucone na jedną stronę. Elegancko ubrana w żakiet ze spódnicą przed kolana. W dłoni kopertówka. Otworzyła samochód i wsiadła za kierownicę. Przez chwilę coś majstrowała przy desce rozdzielczej. Włączyła silnik i zerkała we wsteczne lusterka - to środkowe, to boczne. Jakby na coś czekała.

Pięćdziesiąt metrów dalej, na przejeździe między rzędami samochodów stał czerwony dodge z włączonymi światłami. Wyjechał ze swojego miejsca i zablokował cały przejazd. Za nim podjechały już dwa inne samochody, a kierowcy zaczęli się niecierpliwić i nawoływać klaksonami.

Kobieta nie zamierzała wyjeżdżać. Wciąż spoglądała w lusterka.

Ona na kogoś czeka - pomyślał mięśniak. - Tego nie przewidziałem. Kurwa! Wyjeżdżaj! - Emocje brały górę, bo dwa ostatnie słowa padły na głos, co wystraszyło siedząca obok starszą kobietę, która poderwała się na równe nogi i złorzecząc odeszła na drugi koniec przystanku.

Za dodgem zebrała się już spora kolejka tych, którzy chcieli wydostać się z parkingu. Jeden z bardziej niecierpliwych kierowców stanął przy przednich drzwiach i wymachiwał pięścią przez szybę magistrowi-menelowi, który właśnie raczył się zachłannie proszkiem i nic sobie nie robił z zamieszania na zewnątrz.

Kobieta w oplu postanowiła dłużej nie czekać. Zaczęła się powoli wysuwać z miejsca parkingowego. Dodge ruszył z piskiem opon i, mimo sporej masy, bardzo szybko nabierał prędkości. Dzieliło ich kilka sekund i kilkadziesiąt metrów...

Rozdział 1

Igora dopadały majaki na jawie. Podróż w samotności ma tę niewątpliwą wadę, że nie ma do kogo otworzyć gęby. Śpiewanie nie wchodziło w grę, a rozmawianie ze sobą na głos mogłoby obudzić zalążki schizofrenii, a wtedy już naprawdę nie wiedziałby, który z nich potrzebuje pomocy. Pozostawało mu karcić się, gdy któryś z symptomów przybierał na sile i zaczynał dominować. Porządny policzek i łyk mocnej, smołowatej kawy czynił cuda.

Od jedenastu godzin był w podróży. Minął obwodnicę Zagrzebia i jechał dalej autostradą na zachód. Uświadomił sobie, że nie pamiętał przejechanej drogi od czasu, kiedy opuścił Wiedeń. Jedynie kilka pojedynczych przebłysków z unijnej granicy i zmiana płyt w odtwarzaczu, gdy cisza wybrzmiewała zbyt długo. Zacisnął mocniej dłonie na kierownicy. Nabrzmiałe żyły naprężyły się i skrzyżowały z bliznami, długimi liniami znaczącymi przedramiona, przelewającymi się strużkami po dłoniach na palce. Zbladły i zastygły przez kilka miesięcy, a jednak wciąż niespokojne i żywe, podsycane przez niepokorne obrazy. "Zostaną z tobą... pozwól im być... i, na Boga, nie rozmawiaj z nimi..." - Psycholog, kurwa mać, i te jego zasrane mądrości - przeklinał w myślach. - Powiedz mi coś, czego nie wiem.

Pozostało mu do przejechania jeszcze kilkaset kilometrów. Świtało. Pomarańczowa poświata wschodzącego słońca odbijała się we wstecznych lusterkach. Ciepłe barwy świecące Igorowi prosto w twarz były kontrastem dla ciemności na zachodzie rozświetlanych lampami samochodu. Poczuł nagły przypływ zmęczenia. Wiedział, że powinien jak najszybciej zjechać na jakiś parking. Ściągnięte lejce nie pozwalają funkcjonować na wysokich obrotach zbyt długo. Każdy koń, a szczególnie taki, którego myśli błądziły zbyt daleko... dużo dalej niż wokół stajni, musi kiedyś stanąć na popas, bo potknie się o własne nogi i wyrżnie zębami w asfalt.

Usiadł przy kawiarnianym stoliku na autostradowym parkingu i obserwował ruch turystów, w ich zapakowanych po dachy samochodach. Po tej stronie drogi parkingi zdominowane były, siłą rzeczy, pędzącymi na wakacje bladymi twarzami z wypchanymi portfelami. Po przeciwnej stronie... nie było gorzej, bo wracające z wypoczynku czerwone twarze zostawiały ostatnie pieniądze, kupując najgłupsze i najbardziej niepotrzebne pamiątki.

Rozpoczynał wakacje..., na które nie miał najmniejszej ochoty.

Kiedy obrywał ustnik kolejnego camela i sięgał po leżącą na stoliku zapalniczkę, na parking podjechał Range Rover Sport na krakowskich rejestracjach. To jedno z tych marzeń, które wymaga pochowania bogatej ciotki w Ameryce ze szczodrym testamentem. Jak dotąd jednak nie zanosiło się na żadną ciotkę, a tym bardziej na jej wyimaginowane pieniądze.

Range zatrzymał się nieopodal, a z auta wysypała się rodzinka. Wyglądali całkiem rześko, jak na przebycie takiego dystansu. Młoda kobieta wysiadła i podeszła do tylnych drzwi. Wyniosła na rękach dwu, może trzyletnie dziecko. Z przeciwnej strony, zeskakując z wysokiego progu, wysiadł trochę starszy chłopiec. Na końcu, z pewnym ociąganiem, wygramolił się kierowca. Przeciągnął się, odsłaniając owłosiony, lekko zaokrąglony brzuch. Tak jak pozostali turyści po tej stronie autostrady, i ci byli bladzi i spragnieni słońca. Najwyraźniej przyciągnięci wzrokiem Igora, w poszukiwaniu wolnych miejsc przy stolikach, skierowali się w jego stronę. - Ja pierdolę, tylko towarzystwa mi brakowało - zżymał się w duchu, zachowując kamienną twarz.

On podszedł pierwszy, prowadząc za rękę starszego chłopca.

- Frei? - zapytał i wskazał na wolne miejsca.

W odruchu nieżyczliwości Igor miał ochotę spławić rodaków chamskim rymem, ale odrobinę wbrew temu, wiedziony niezrozumiałym instynktem, wskazał uprzejmie na puste krzesła. Kobieta usiadła najbliżej i usadziła półprzytomnego malucha na kolanach, tuląc go czule do piersi. Igor od dłuższego czasu miętolił w dłoni papierosa. Robił to trochę podświadomie. Odsuwał moment przypalenia i błogiego zaciągnięcia się dymem, w nadziei, że usłyszy reprymendę, przywołującą go do porządku. Wsłuchiwał się tak za każdym razem, od kiedy kilka miesięcy temu powrócił do nałogu. Włożył papierosa do ust i zapalił.

Kobieta z wyrzutem zmierzyła go wzrokiem i przesadziła synka na drugie kolano.

- Przepraszam - powiedział po polsku. Zreflektował się i zgasił papierosa w popielniczce, którą natychmiast zabrał ze stolika. - Nabieram zwyczajów od początku, bo palę znów po trzech latach przerwy. - Przyłapał się na tym, że zupełnie niepotrzebnie zaczął się tłumaczyć.

- Nie szkoda panu tych trzech lat? - zapytała raczej z grzeczności, niż w oczekiwaniu na odpowiedź.

- Czasami tak się zdarza, że inaczej nie można - odparł na tyle cicho, żeby nie podtrzymywać konwersacji.

Odszedł na bok, żeby w spokoju dopełnić rytuału. Wrzucił do stojącej na trójnogu popielniczki oderwany ustnik. Włożył do ust papierosa odwrotną stroną i przypalił ze swojej odkurzonej zapalniczki zippo - prezentu, z którym łączyło się wiele wspomnień. Zaciągnął się głęboko z największym namaszczeniem, na jakie może sobie pozwolić palacz, któremu palenie jeszcze... albo, jak w tym przypadku, znowu sprawiało frajdę. To jedna z tych przyjemności, których doznawanie ma szczególny sens, gdy się ją celebruje. Tak smakuje pierwszy głęboki łyk zimnego piwa, pierwszy pocałunek, pierwszy seks. Tak słyszymy, smakujemy, czujemy za pierwszym razem, dlatego warto poświęcić im więcej niż zwykle uwagi i napawać się ich pełnią i wyjątkowością, nim nam spowszednieją, znieczulimy i uodpornimy się na nie. Ten pierwszy raz jest niepowtarzalny... do następnego pierwszego razu.

Stał, opierając się o ścianę sklepu i obserwował okolicę. Chłonął rześkie powietrze poranka w słabym jeszcze słońcu, które nie zdążyło wzejść na tyle wysoko nad horyzont, żeby zamienić chłodne powiewy wiatru, w smagający ciało żar. Przyglądał się swoim nowym "znajomym", którzy krzywiąc się, raczyli się lurowatą kawą z automatu. Była między nimi znaczna różnica wieku. Ona, dwudziestoparoletnia, ładna, błękitnooka, naturalna blondynka o brzoskwiniowej cerze, wielu piegach na policzkach i wydatnych ustach, skrywających szereg białych zębów. Smacznie pulchna o proporcjonalnej i atrakcyjnej sylwetce opiętej bawełnianą koszulką, skrywającą nieduże piersi. On, dawno czterdziestoletni, z rzadkimi włosami przyprószonymi siwizną, twarzą, która kiedyś należała do przystojnego faceta i brzuszkiem w środkowym stadium "lustrzycy". Złoty łańcuch na szyi, tej samej próby zegarek na grubej bransolecie, oprawa okularów przeciwsłonecznych i drogi samochód, zdradzały majętnego faceta, który lubił obnosić się ze swoim statusem.

Igor zauważył, że od chwili, kiedy się dosiedli, nie zamienili ze sobą słowa. Początkowo wyglądało to na efekt zwykłego zmęczenia, ale po paru chwilach wyczuł, że nie w tym rzecz. Unikali swojego wzroku, pilnując, by nie dać partnerowi powodu do nawiązania kontaktu w jakiejkolwiek formie. Ona nie wytrzymała pierwsza i z na wpół przymkniętych ust wysyczała, starając się zachować resztki pozorów w miejscu publicznym.

- Po jaką cholerę wyjeżdżałeś z tę kasą!? - Była wyraźnie wściekła.

- Zamknij się kobieto! Nie rób znów awantury. Nic się takiego nie stało - zasyczał pochylając się do niej i uderzając niezbyt mocno dłonią w stół.

- Nic się nie stało!? Czy ty kiedykolwiek przyznałeś się do błędu? Przypomnij mi, bo nie pamiętam - ironicznie zripostowała blondynka.

- Jeśli zaraz się nie zamkniesz, to...

- To co? Uderzysz mnie? - Nie dawała za wygraną.

- Po prostu daj spokój. Odpuść - odpowiedział nieco ciszej, jakby powoli spuszczał z tonu. - Skąd miałem wiedzieć, że ci gliniarze są tacy odporni na "argumenty". - Westchnął głęboko, gdy rozglądał się nerwowo, chcąc się upewnić, czy ktoś mógł tę rozmowę usłyszeć.

- Ty się ciesz, że ci prawa jazdy nie zabrali. Ciekawe jak bym się dalej dostała z chłopcami - skwitowała męża.

Igor przyglądał się tej scence z pewnego oddalenia, ale wciąż z zasięgu pozwalającego im się przysłuchiwać. Poczuł się chyba przez nich pominięty i zlekceważony, bo nawet nie rozejrzeli się wokół w poszukiwaniu możliwych świadków kłótni. Te kilkanaście lat, jakie ich różniło, nie było tak wielką przeszkodą, jak to, że najprościej w świecie ich dobór nie był naturalny, a opierał się pewnie na jakiejś zależności, w której nie było miejsca na uczucia. Poczuł się przez moment jak małżeński psycholog, ale myśli idące tym tropem, szybko, na zasadzie skojarzeń i przeniesień pobłądziły w kierunku, którego starał się za wszelką cenę uniknąć i przed którym naiwnie uciekał tak daleko. Lawinowo zaczęły się pojawiać przed jego oczami obrazy i wspomnienia, które tak bardzo chciał stępić, zdusić, sprawić, by przestały boleć. Siła nachalności myśli była tak duża, że zdawało się, niemożliwa do powstrzymania... pierwsze spotkanie, pierwszy taniec, pierwszy dotyk, pocałunek, niebiański seks, łechcące żołądek motyle... wyrok i ból w piersiach wypełnionych bezsilnością. Schował twarz w rękach, jakby mógł w ten sposób uciec i ukryć się przed natręctwem myśli. Ścisnął skronie zaciśniętymi pięściami, przeciągnął dłońmi po krótkich, na wpół posrebrzałych włosach z taką siłą, że mało ich nie wyrwał. Wyciągnął przewieszone pod szyją na koszulce słoneczne okulary i nałożył na nos ukrywając oczy przed słońcem... i ludźmi. Wiele czasu jeszcze musi upłynąć. Nie potrafił przed tym uciec. Nie potrafił znaleźć miejsca, gdzie udałoby mu się odkopnąć ciężar wspomnień. Dopadały go wszędzie.

- Po co przyjechałem aż tutaj? - cedził przez zęby, idąc w stronę samochodu i potrącając mijane osoby. Wsiadł do wozu, odpalił silnik i z piskiem opon wyjechał z parkingu na autostradę. Przejechał kilka kilometrów, co przy prędkości, z jaką pędził, nie zajęło zbyt wiele czasu... kiedy wróciło opanowanie. Zwolnił do stu czterdziestu, rozluźnił zaciśnięte na kierownicy dłonie, zbielałe palce zaczęły znów nabierać krwi, a blizny zamilkły i znieruchomiały. Wygodnie rozparł się w fotelu opierając się o zagłówek, a wyprostowane ramiona na kierownicy. Wyrównał oddech i sięgnął po kolejnego papierosa. Uchylił okno. Ze schowka przed siedzeniem pasażera wyciągnął zapas płyt i zerkając to na drogę, to na kolejne tytuły i okładki, odnalazł składankę spokojnej celtyckiej muzyki, która od pierwszych taktów wyciszyła emocje i przywróciła Igora do stanu, dającego szansę na ukończenie podróży.

Opanował nerwy na tyle wcześnie, żeby nie przeoczyć zjazdu na nitkę autostrady wiodącej na południe w kierunku Zadaru, Splitu i Dubrovnika. Jechał tam za namową przyjaciół, a wręcz przez nich podstępnie wysłany, w poszukiwaniu spokoju i równowagi, w które zwątpił już dawno temu. Nie był przekonany, czy samotność jest dobrym pomysłem na uzdrowienie duszy.

Przed Zadarem zjechał z autostrady, przejechał autostradowe bramki i skręcił na drogę wiodącą na wyspę Pag. Przejechał przez Most Pażański, wiszący wysoko nad wąskim przesmykiem. Tuż za nim krajobraz zmienił się. Dominowały gołe, jasne skały. Nie rosło tu samodzielnie nic, co byłoby wyższe od sterczących kamieni. Kręta i wąska droga prowadziła wzdłuż morza. Przez otwarte okno wpadał do samochodu przyjemny zapach wszechobecnej lawendy. Prażące słońce powodowało, że aromaty schnących ziół, z których słynął Pag, nadawały mu urok i niepowtarzalny charakter. Wdychając je można było uwierzyć, że tu naprawdę da się wypocząć. Odprężył się i celowo zwolnił. Zachłannie pragnął chłonąć tę atmosferę. Zapomniał o zmęczeniu i przejechanych kilometrach. Zrelaksował się, czując bliskość celu. Po raz pierwszy od wyjazdu z Polski był przekonany, że dobrze zrobił. Było coś magnetycznego w tym miejscu.

Dojechał do miejscowości Pag, gdzie wynajął... a właściwie zrobili to jego przyjaciele, mały apartament. Na miejsce musiał dotaszczyć swój bagaż pieszo, a samochód zostawić na parkingu na obrzeżach starej, zabytkowej części miasta. Zarzucił torbę z najpotrzebniejszymi rzeczami na ramię i ruszył wąskimi uliczkami z planem w ręce. Upał był u szczytu swoich możliwości tego dnia. Słońce parzyło każdą odkrytą część ciała. Białe i jasnokremowe ściany kamienic odbijały promienie słoneczne, co przypomniało mu o praktycznym przeznaczeniu zawieszonych na koszulce okularów przeciwsłonecznych. Odrobinę chłodu zapewniały te z najwęższych uliczek, które dzięki swojemu położeniu względem stron świata, przez większą część dnia były ukryte w cieniu. Szedł, nie spiesząc się. Wszystko, co widział było dla niego czymś nowym. Na progach drzwi wychodzących na uliczki, stało to, czym chcieli z turystami podzielić się mieszkańcy miasta. Było tam co zjeść, wypić, a nawet w co się ubrać. A pażańskie cipki, mimo przesympatycznej nazwy, były tylko ręcznie wykonanymi koronkami. Przyrzekł sobie, że znajdzie czas, żeby wrócić na degustację tych wspaniałości.

Dotarł pod wskazany adres. Przywitali go bardzo mili gospodarze. Starsi ludzie, którzy posługiwali się, nad wyraz komunikatywną mieszaniną serbsko-chorwackiego, niemieckiego i angielskiego. Uszanowali zdrożenie gościa i bez zbędnych ceregieli wskazali apartament, a przed zamknięciem drzwi wręczyli schłodzoną butelkę białego wina.

Rozdział 2

Świnoujście

Do odpłynięcia promu zostało jeszcze czterdzieści pięć minut, kiedy wszyscy karnie zamustrowali się na statku, zabezpieczyli swoje pojazdy na dolnym pokładzie i przenieśli się na pokłady pasażerskie. Ci szczęśliwsi do kajut, a reszta gdzie znalazła miejsce. Port w Świnoujściu żegnał statki wychodzące w morze przestrogą o kiepskiej kondycji Neptuna tego dnia. Był wyjątkowo niełaskawy dla ludzi i ich małych łupinek, którymi starali się przedostać na drugi brzeg. Musiał mieć tęgą migrenę, skoro każda z łajb mijająca ostrogi nadziewała się nagle na fale, które zdawało się, chciały wepchnąć je na powrót do portu. Nawet tak duży statek jak ten prom, był niepomiernie słabym przeciwnikiem dla harcującego morza. Po kilku minutach od wyjścia w morze, pasażerowie początkowo tłumnie zalegający zewnętrzne pokłady, z których mogli obserwować oddalający się ląd, szybko odnaleźli ciepłe i gościnne wnętrza promu, gdzie przy akompaniamencie złowrogo wyjącego na zewnątrz wiatru, okupowali co lepsze miejsca siedzące w oczekiwaniu na otwarcie sklepów wolnocłowych.

Cała, czteroosobowa rodzina państwa Muchów zajęła miejsca w przeszklonym pomieszczeniu na jednym z górnych pokładów rufowych, skąd mogli podziwiać rozszalały żywioł Bałtyku. Początkowo sytuacja wyglądała dość ciekawie i wzbudzała szczery podziw wszystkich, poza panią Muchą, która w dość dosadnych słowach wyrażała się na temat tego, co działo się na zewnątrz i jeszcze dosadniej na temat tego, co sądziła o pomyśle na ten rejs swojego męża. Dzieci osiągnęły już wiek, w którym znajomość "prozy" szkolnej dawno wyrosła poza lektury obowiązkowe, a ich obycie z wulgaryzmami nie ustępowało językowi literackiemu, dlatego specjalnie się nie krępowała. Miała ku temu uzasadnione powody. Można było odnieść wrażenie, że w jednej chwili prom przewracał się na burtę, a już za chwilę nurkował dziobem w wyrastające z przodu fale wielkości kilkupiętrowego bloku, by po chwili wystrzelić tym dziobem w niebo i położyć się na przeciwnej burcie. Rzadko która karuzela w lunaparku potrafi zapewnić podobne atrakcje.

Dariusz Mucha, ojciec rodziny siedział rozparty w swoim fotelu, jak znudzony monarcha na tronie. Wynikało to z tego, że była to najbardziej stabilna z możliwych do przyjęcia pozycji, która nie wymagała wspomagania się rękoma, ani nie pozwalała zsunąć się z siedziska. W ręku trzymał piwo, które na tę okazję ze sobą zabrał. Przezornie, nauczony poprzednimi razami w swoim życiu, w których był zmuszony podróżować promem po Bałtyku, zaopatrzył się w niskoprocentowy alkohol, który w niewielkich ilościach niwelował skutki monotonnych przechyłów. Znając wcześniej warunki pogodowe, jakie prawdopodobnie zastaną na morzu, zaproponował żonie, żeby postąpiła podobnie, ale bezskutecznie. Dorota, córka kapitana Żeglugi Wielkiej i znakomitego żeglarza morskiego w jednej osobie, twierdziła, że nie potrzebuje "wzmacniaczy" i "pomagaczy". Kołysanie zniesie bez zarzutu, bo wyssała to z mlekiem matki. Nie wspomniała jedynie, że jej matka, w najmniejszym stopniu nie podzielała pasji męża i była zaciekłym wrogiem wszystkiego, co unosiło się na wodzie. Zdecydowanie była córką swojej mamy, co okazało się wkrótce, kiedy w ciągu kilkunastu minut zużyła wszystkie dostępne w okolicy woreczki. Zabrakło ich bardzo szybko na całym promie, dlatego kolejki do toalet nie kończyły się, a stewardzi mieli mnóstwo pracy z bieżącym utrzymaniem porządku na pokładach. Klęli przy tym niemiłosiernie. I tak w atmosferze wzajemnie serwowanych uprzejmości i grzeczności wymienianych między załogą i pasażerami upływały kolejne minuty... bardzo długie minuty.

W czwartej godzinie rejsu morze się uspokoiło na tyle, że dało się poruszać po promie bez wielkiego wysiłku. Co odważniejsi wyszli na odkryte pokłady, by zaczerpnąć świeżego powietrza. Muchowie siedzieli w środku gapiąc się w telewizor, gdzie MTV produkowało się ze swoimi "rozwijającymi" programami. Darek zdrętwiał od podtrzymywania śpiącej, opartej na jego kolanach żony. Delikatnie uniósł się i wysuwając podłożył jej pod głowę złożony polar. Dzieciakom, czternastoletnim bliźniakom Jackowi i Agacie, dał znać, że idzie się przejść na zewnątrz i nakazał pilnowanie mamy. Wciąż silny wiatr, który uderzył go w twarz i na moment odebrał dech, przywrócił go do pełnej trzeźwości z zaspania. Postanowił przemierzyć pokład dla rozruszania kości. Kiedy znalazł się na dziobie przystanął przy relingu i wychylając się wpatrywał w rozcinane i odrzucane skibami na boki fale. Taka kupa żelastwa, a nie tonie - pomyślał. Wprawił się w refleksyjny nastrój, a to nie zdarzało mu się zbyt często. Sytuacja, jaką zostawił za sobą w pracy spowodowała, że jego nerwy były zszargane do granic wytrzymałości, choć jak sam się wielokrotnie przekonał, przekraczanie tych granic stało się jego specjalnością. Przyglądał się mewom, które towarzyszyły promowi w oczekiwaniu na darmową wyżerkę serwowaną przez pasażerów, rzucających drobiny chleba i ciastek oraz członków załogi, którzy trochę się kryjąc, opróżniali kubły z resztkami jedzenia wprost do morza. Darek przyglądał się temu ptasiemu tańcowi żałując, że aparat zostawił w bagażu w samochodzie pod pokładem. Mogłyby wyjść fantastyczne ujęcia - pomyślał, kiedy koło niego o reling oparł się tyłem jakiś mężczyzna. Darek nie odwrócił się, ale wyraźnie czuł i kątem oka dostrzegał jego obecność. Zdziwiło go to, że stanął tak blisko, mając do dyspozycji bardzo dużo miejsca po obydwu stronach.

- Cześć Darek! - odezwał się mężczyzna na tyle głośno, by przedrzeć się przez szum wiatru i rozbijającej się o burty wody.

Mucha wyprostował się zaskoczony i wtedy dopiero zauważył twarz ukrytą pod daszkiem czarnej baseballówki.

- Ben? - Oczy mało nie wyskoczyły mu z orbit z niedowierzania. - Co ty tu robisz do kurwy nędzy? - Był zły, że Amerykanin znów wymyślił coś, czego nie można było przewidzieć. Zawsze wszystkim powtarzał, że któregoś dnia Ben wyskoczy mu ze spływu w wannie, żeby oświadczyć coś bardzo ważnego, co nie może czekać ani minuty dłużej.

Ben był Amerykaninem polskiego pochodzenia. Urodził się w Seattle, i każdy, kto miał sposobność go poznać, powiedziałby, że kilkaset, ale tak naprawdę pięćdziesiąt kilka lat temu. Duża ilość whiskey z lodem wypita w młodości i zadymiona zielskiem, sprawiły, że ten typ urody można było śmiało określić mianem mieszaniny kubistyczno-impresjonistycznej z domieszką prymitywnej sztuki ludowej Podkarpacia. Domieszka z tego regionu wzięła się stąd, że przez dłuższy czas ich znajomości nie mogli dojść do porozumienia w kwestii nazwy miejscowości, w której urodził się ojciec Bena przed wojną. Utrzymywał przez cały czas, że jest to miejscowość rozpoczynająca się na "dż". Więc przez parę tygodni, z pomocą atlasów i map Darek z kolegami przeczesywali całą Polskę w poszukiwaniu miejsca skąd pochodził ich przyjaciel, aż do momentu, gdy podczas jakiegoś suto zakrapianego przyjęcia Ben poderwał się z krzesła i krzyknął "Wiem - Dżasło!"... Nie uszło mu to na sucho.

- Też się cieszę, że cię widzę - odparł sarkastycznie. - Długo musiałem czekać, żebyś zechciał się samotnie przejść na spacer. - Zabrzmiało to jak zarzut.

- Obserwowałeś mnie? A co byś zrobił, gdybym w ogóle nie miał ochoty się przejść?

- A ty ciągle nie wierzysz mi, że jak ja coś zaplanuję, to tak będzie? - zaśmiał się Ben zadowolony, że po raz kolejny wyszło na jego. - Posłuchaj Darek. Sprawa jest poważna...

- Powoli, powoli - przerwał mu Darek. - Najpierw powolutku i bez pośpiechu wyjaśnisz mi, co tutaj robisz i prawdopodobnie również wyjaśnisz mi, co ja tutaj robię, bo teraz już nie jestem pewien. Rozumiem, że nasze spotkanie nie jest przypadkowe, o czym świadczy twój wyśmienity humor. Czy to, że teraz rozmawiamy zawdzięczam jakiemuś planowi, który się zalągł w twoim jankeskim łbie?

- Oszczędzę ci wymyślania dalszych miłych słów pod moim adresem i już ci wszystko tłumaczę. - Mina Bena już nie wyrażała szczerego rozbawienia, którym mało nie doprowadził Darka do szewskiej pasji.

- Przecież Dorota mnie zabije. - Poczuł, że jego wakacje znów będą iluzją.

Rozdział 3

Chorwacja, wyspa Pag

Apartament był bardziej przestronny, niż wskazywały na to zdjęcia, odnalezione w Internecie i nowocześniejszy, niż mógłby na to wskazywać wiek kamienicy i jej zewnętrzny wygląd. Wygodnie urządzony salon z aneksem kuchennym, taras z widokiem na port oraz sypialnia z dużym małżeńskim łożem i łazienka, dopełniały zachwytu Igora. Rozpakował się, otworzył butelkę białego wina sprezentowaną przez gospodarzy, rozcieńczył ją chorwackim zwyczajem, zimną, lekko i naturalnie gazowaną wodą Jamnicą. Wyszedł na taras, by podelektować się bajecznym widokiem. Z lewej strony, ponad dachami innych kamienic i domów krytych czerwoną i brązową dachówką, rozciągał się widok na najstarszą część miasta ze średniowiecznymi zabytkami i pozostałościami antyku. Na wprost i po prawej stronie na panoramę dwóch, wcinających się w głąb lądu od północy i południa zatok, rozdzielonych przesmykiem i drogą wiodącą na północ wyspy. U szczytu południowej zatoki był mały port z zacumowanymi dziesiątkami łódek i jachtów w całej gamie rozmiarów i przepychu. Nad nim, po drugiej stronie zatoki, unosiło się pasmo górskie, które odgradzało miasto od otwartego morza. Po jego zboczach wiła się kręta i stroma droga zwieńczona punktem widokowym w najwyższym miejscu podjazdu.

To, że znalazł się w tak wyjątkowo pięknym miejscu uznał za cud. Chłonąc niezwykłe widoki, rozsiadł się na wygodnym leżaku, przyciskając chłodny kielich z winem do czoła. Pogrążył się zmęczony w rozmyślaniu nad powodem... a może nad celem swojej podróży. Nie mógł tego uniknąć. Świadomość nieuchronności refleksji kazała mu zachować spokój. Chciał się rozprawić z ciężarem przeżyć, jaki spadł na niego w ostatnim czasie. Musiał stanąć z nimi twarzą w twarz.

Julia. Julka. Była zjawiskiem, które wymykało się znanym regułom rządzącym naturą. Z każdą chwilą, w której ją poznawał, był coraz bardziej zaskakiwany własnymi reakcjami i myślami. Był po prostu coraz bardziej zakochany...

Jej zapach stanowił o jego nastroju i uniesieniu. Nie potrafił go nazwać. Był jednością z wszystkim, co się z nią wiązało. Pasował tylko do niej. Kiedy go wyczuł w jakimkolwiek innym miejscu, snujący się wokół innej kobiety, wzbudzał dezaprobatę. Nie pasował do żadnej innej, choćby najpiękniejszej z nich. Ona była tym zapachem... i tak już miało pozostać.

Jej ciało było tym cudem, które prześladowało Igora całą młodość, kiedy to wzrokiem wyłapywał z tłumu dziewczęta tego właśnie wzoru. Wysoka, a przynajmniej niezbyt niska. Szczupła, ale niezbyt chuda. Dumnie nosząca swoje duże, ale nie wielkie, piersi, które stanowiły istotny kontrast dla drobnej budowy ciała. Niezwykle kobieca... co by to nie znaczyło. I co chyba najistotniejsze, poruszająca się tak, jakby to nie grawitacja stanowiła o stąpaniu po ziemi, a ona sama... jej kaprys i świadomość tego, że ruszając się w ten sposób, pomnaża swój urok. To umiejętność przypisana niewielu, nawet najpiękniejszym.

Nie było na jej drodze faceta, który by się za nią nie obejrzał. Nie przeszkadzało to Igorowi, kiedy szedł obok... był nawet z tego dumny. Lubił nawet iść parę kroków z tyłu i obserwować reakcje potykających się o czubki własnych butów, przyjmujących lądujące na głowie torebki wściekłych partnerek i tych, przydeptujących sobie języki na środku ulicy. Nie rozumiała tego. Wolałaby, żeby kipiał zazdrością i obruszał się na każdy przejaw kokieterii, ale Igor pojmował ją na swój, całkiem inny, zakochany sposób. Nie doświadczył tego wcześniej, z innymi kobietami, o które bywał zwykle zazdrosny i którym, zdarzało się, urządzał sceny. Po raz pierwszy chciał... pragnął, żeby cały świat mu jej zazdrościł.

Gdyby jego uczucie do niej opierało się na czystym phisis, byłby najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, nawet bez wielkich pretensji do przymiotów intelektu. Było jednak zgoła inaczej. Ewolucja wyobrażenia o jej inteligencji i mądrości przechodziła błyskawiczne zmiany. Zawstydzała go na każdym kroku elokwencją i oczytaniem. Błyskotliwością i celnością ripost. Znajomością literatury i sztuki. I co było dla Igora najbardziej krępujące, siłą i konsekwencją w dążeniu do udowadniania własnych tez. Często pozostawał w dyskusji ogołocony z argumentów i bywał zmuszany do przyznania jej racji. W każdym innym przypadku byłby zdruzgotany i wściekły, że jego, zodiakalnego skorpiona, można tak bezkarnie załatwić. Ale nie wobec niej. Ją obowiązywały nieco inne prawa. Prawa, które dopiero poznawał. Z przebiegłością godną Machiavella, od pierwszego spotkania, sukcesywnie, bez pośpiechu i rozmyślnie wyciągała kolejne jokery. Dawkowała je umiejętnie, jakby wiedziała, że to potężna broń i użycie jej w tak niekontrolowany sposób mogłoby narobić więcej szkód niż pożytku. Nie wiedział też, czy nie zdawała sobie sprawy, że z każdym krokiem... z każdym wypowiadanym słowem, powodowała, że pogrążał się w coraz większym uwielbieniu i miłości. Stał się bezwolny i uzależniony od niej. Był to jednak ten rodzaj nałogu, z którym się nie walczy... a pielęgnuje go. Nie miał jednak świadomości, że wpadł w pułapkę, z której nie ma wyjścia. Nie zostawił sobie żadnej alternatywy... nie chciał nawet o niej myśleć. Nie potrafił podejść do tego z wyrachowaniem. A co najtrudniej zrozumieć i wytłumaczyć... nie żałował tego. Kiedy na oświadczyny, zaaranżowane przy Narodzinach Wenus Botticellego we florenckiej galerii Uffizi, przecierając błyszczące oczy odpowiedziała "tak", poczuł się człowiekiem spełnionym.

Igora obudził odgłos syreny małego statku wycieczkowego, który właśnie wpływał do portu. Musiała minąć krótka chwila, w której dotarło do niego, gdzie jest i co tu robi. Spojrzał na zegarek. Było już kilka minut po ósmej. Przespał parę godzin, jak niemowlę. Na kamiennej posadzce tarasu, tuż obok leżał pusty kielich po winie. Na szczęście się nie rozbił, gdy wypadł mu z ręki. Chciał się podnieść, kiedy poczuł piekący ból oparzeń na nogach. Nie planował zasypiać na słońcu, a to, ukradkiem, znad rozciągniętej markizy, polizało boleśnie golenie i stopy. Całe szczęście w tym nieszczęściu, że cień uratował resztę ciała. Musiał natychmiast odnaleźć jedno z kilku cudownych wynalazków, w jakie został wyposażony przez przyjaciół, do walki z oparzeniami. - Nie ma to jak pięknie i z przytupem rozpocząć spotkanie z Chorwacją - pomyślał.

Następnego ranka wstał już całkowicie wypoczęty i zregenerowany po trudach podróży. Zjadł jeszcze pozostałości przywiezionych kanapek i po ogólnym ogarnięciu się przystąpił do planowania tego, co mógłby dziś robić. Obiecał sobie, a raczej został zmuszony do obiecania, że będzie aktywnie wypoczywał i nie będzie okupował miejscowych knajp... przynajmniej nie samotnie. Póki co, wydawało mu się, że nie będzie miał z tym większych problemów. Odzyskał werwę. Chciało mu się działać. Ten klimat czynił cuda.

Wychodząc na rekonesans po Pagu, przywitał się z gospodarzami i wymienił zwyczajowe grzeczności. Miał wrażenie, że ich gościnność i serdeczność była naturalna. Nauczony wczorajszym poparzeniem wysmarował się kremem z jakimś kosmicznym numerem filtra, a na głowę nasunął czapkę z daszkiem. Na pierwszy ogień wybrał port. Wąska uliczka, prowadząca lekko w dół była o tej porze niemal całkowicie nasłoneczniona. Szedł wolno, przyglądając się ludziom krzątającym się przy otwieraniu swoich sklepików, barów i knajp. Kiedy doszedł do końca ulicy i wydostał się na otwartą przestrzeń, poczuł ciepłą bryzę wiejącą od strony zatoki. Pozornie przynosiła ulgę w skwarze, ale w rzeczywistości obniżała temperaturę może o jeden, dwa stopnie. Poszedł wzdłuż nabrzeża, oglądając kolejne jachty przycumowane bez ładu i składu, jak popadnie. Jedne rufą, drugie dziobem, inne burtą, jeszcze inne do bojek zakotwiczonych z dala od brzegu. Można było odnieść wrażenie, że panował tam chaos. Pozostawało mu mieć nadzieję, że w tym bałaganie jest jakaś myśl, której przecież nie musiał rozumieć.

Kupił butelkę wody i usiadł na ławce ukrytej w cieniu wielkiej palmy. Przypatrując się coraz liczniej pojawiającym się turystom, starał się odgadywać skąd pochodzą. Zazwyczaj się nie mylił. To, co go degustowało, to fakt, że niemal każdy facet ubrany w podkoszulkę na naramkach, w krótkich spodenkach wprost z piłkarskiego boiska, w sandałach i skarpetkach na nogach, w dziewięciu na dziesięć przypadków był Polakiem. Cóż. Mimo to, nie czuł się w obowiązku brania sobie na barki odpowiedzialności za wszystkich, którzy przynoszą wstyd sobie i swojej nacji, i to nie tylko w związku z tym jak się ubierają. Zrozumiał jedynie, w jaki sposób tworzą się stereotypy przypisywane rodakom poza granicami kraju. Mijało go mnóstwo ludzi, którzy nie pozostawiali po sobie żadnego wrażenia, żadnego śladu. Byli bardzo kolorowi, a jednocześnie bezbarwni.

Quasi-filozoficzne rozważania Igora nad ludzką naturą przerwał widok podpływającego do kei dwumasztowego, drewnianego, luksusowego jachtu. Nie znał się na żeglarstwie, ale nie trzeba filozofa-marynisty, żeby ocenić, że to cudo musiało kosztować fortunę. Na burcie i rufie, złotymi literami mienił się odbijając blask wody napis Barracuda. Pływał pod włoską banderą, która dostojnie zwisała na rufie, reagując tylko na ruchy jachtu, który na silniku wykonywał manewry dobijania do kei. Na pokładzie krzątało się kilku opalonych mężczyzn, którzy wykonywali w szybkim tempie każde polecenie kapitana stojącego za kołem sterowym. Można było odnieść wrażenie, że ta załoga pracuje ze sobą od dłuższego czasu i rozumieją się bez słów, a każdy z nich wie, czego od niego oczekuje kapitan. Przy nabrzeżu, do którego przycumowała Barracuda zebrał się spory tłum ciekawskich turystów z aparatami i kamerami w dłoniach. Załoga w międzyczasie opuściła z burty trap na betonowe nabrzeże. Po kilku minutach na pokładzie rufowym pojawił się starszy mężczyzna, który wyłonił się z wysiłkiem wdrapując się z dolnego pokładu. Miał około sześćdziesięciu kilku lat. Siwiutkie długie włosy spięte w kucyk, wystawały spod biało-granatowej marynarskiej czapki, podobnej do tych, które kiedyś kupowano dzieciom nad Bałtykiem. Ubrany w kolorową hawajską koszulę i szorty sięgające połowy łydki. W ręku trzymał niedopalone cygaro, które to wkładał, to wyjmował z ust, jednocześnie wyglądając niecierpliwie czegoś lub kogoś na lądzie. Z wnętrza jachtu wynurzyły się również dwie zabójczo śliczne, bliźniaczo do siebie podobne dziewczyny w strojach bikini, przepasane pareo, w kapeluszach z wielkimi rondami. Na ich widok towarzystwo zebrane na nabrzeżu i wciąż się fotografujące, nagle jeszcze bardziej się ożywiło. Mężczyźni przenieśli obiektywy swoich aparatów z pozujących żon na efektowne dziewczęta, co spotkało się z dezaprobatą tych pierwszych. - Przynajmniej się trochę rozluźniło - pomyślał Igor. Siedział kilkanaście metrów od burty jachtu i sam jego widok wzbogacony niecodzienną urodą pięknych kobiet na pokładzie, robił wrażenie. Starszy pan w kolorowej koszuli, widząc ile uwagi i niezdrowego zainteresowania wzbudzały pokazujące się na pokładzie, o głowę od niego wyższe bliźniaczki, zapędził je z powrotem do kajut, ku niezadowoleniu zebranej męskiej części gawiedzi.

Z kieszeni spodni wyciągnął paczkę swoich ulubionych fajek i zapalniczkę. Odruchowo już urwał ustnik i przypalił papierosa. Minęło kilka minut i pół długości papierosa, spędzonych na marzeniach o roli właściciela takiego jachtu, kiedy nieopodal kei podjechał od strony drogi wiodącej z przesmyku, samochód. - My się chyba znamy - zauważył Igor z niemałym zdziwieniem. Nie mógł się mylić. - Ile w tej chwili w Chorwacji mogło się znajdować Range Rover'ów Sport, w złotym kolorze i na krakowskich rejestracjach? - pytał sam siebie. - Co za zbieg okoliczności.

Z samochodu, z niemałym trudem wygramoliła się w komplecie rodzinka, którą spotkał poprzedniego dnia na parkingu przy autostradzie kilkaset kilometrów stąd. - Jaki ten świat mały - pomyślał. Młoda mama, niosąc na jednej ręce synka, w drugą wzięła sporej wielkości torbę i zarzuciła ją sobie na ramię. Mężczyzna z łańcuchem na szyi i złotym zegarkiem na ręce zamknął samochód pilotem i dźwignął wypakowany wcześniej z samochodu bagaż. Poprowadził trzymającego się torby starszego chłopca i resztę rodziny w stronę nabrzeża. Chłopiec jedną ręką trzymał się ojca, w drugiej niósł worek z płetwami, rurką i maską, i wymachując nim wesoło podskakiwał. Z całej czwórki tylko po nim widać było ekscytację i radość. Z pokładu Barracudy, na wyraźne polecenie starszego mężczyzny, po trapie wyskoczyło dwóch członków załogi, którzy podbiegli do nich, uwolnili od bagaży i zaprowadzili do wejścia na pokład jachtu. Pierwszy wszedł krakowianin, prowadząc syna za rękę. Na pokładzie z szerokim uśmiechem na twarzy i równie szeroko rozłożonymi ramionami, czekał z powitaniem gospodarz. Igor był na tyle blisko, że mógł usłyszeć jak Włoch woła - Benvenuti Marco, Benvenuti Maria! A więc przypadek musiał sprawić, żeby poznał ich imiona. Trochę im zazdrościł, a to już drugi raz w ciągu dwóch dni, pomyślał i z rozrzewnieniem spojrzał na zaparkowany nieopodal samochód marzeń Igora. Mężczyzna z kucykiem wraz z przybyłymi zniknął we wnętrzu jachtu, schodząc z oczu ciekawskim gapiom. Na pokładzie pozostała wciąż pracującą załoga i kilka innych osób okupujących fotele i kanapy na rufie.

Igor postanowił, że czas najwyższy zmienić punkt widokowy i wstał, nasuwając czapkę na głowę. Chciał jeszcze na odchodnym zrobić zdjęcie Barracudzie, ale przypomniał sobie, że aparat zostawił w apartamencie. Wyjął więc z kieszeni telefon komórkowy i mając nadzieję, że dotrze tu jeszcze ze swoją lustrzanką zanim odpłyną, na wszelki wypadek pstryknął kilka ujęć telefonem. Schował go do kieszeni i podszedł do śmietnika stojącego kilka metrów dalej, żeby zgasić papierosa, kiedy ogłuszył go potężny huk, a niewidzialna fala uderzeniowa, niosąca ze sobą wszystko, co po drodze napotka, rzuciła nim, jak szmacianą lalką przez jakąś ławkę i poniosła przez trawnik. Stracił przytomność, uderzając w pień palmy i rozbijając plecy o dolne, zdrewniałe kikuty gałęzi.

Nie był w stanie oszacować ile czasu upłynęło zanim się ocknął. Dotarł do Igora z potwornym natężeniem ból obitych pleców, a dźwięki bijących dzwonów dopadły go z wszystkich kościołów Europy jednocześnie. Szok powoli mijał i świadomość niezbyt nachalnie upominała się o swoje miejsce w kolejce. Chciał uzmysłowić sobie, co takiego mogło się wydarzyć, ale istotniejszym w tej chwili był rozmiar obrażeń. Powoli poruszył każdą kończyną z osobna. - Mogę się ruszać - pomyślał - więc kręgosłup powinien być cały. Po ogólnej autoobdukcji i płynących stąd całkiem przyzwoitych wnioskach, skupił się na powrocie do realiów i koniecznej oceny sytuacji. Podniósł się bardzo powoli. Plecy zaprotestowały rwącym bólem na wysokości klatki piersiowej. Przeraził się, gdy chcąc obmacać obolałe ramiona natrafił na fragmenty ludzkich wnętrzności. W odruchowym obrzydzeniu zrzucił je sobie pod nogi i z przerażeniem upewniał się, czy aby nie były jego własnością. Odetchnął, nie napotykając nieplanowanych ubytków i przerw we własnym ciele.

Z wysiłkiem skupił wzrok na kierunku, gdzie jeszcze przed chwilą stała zacumowana Barracuda. Resztki kurzu wzbitego w powietrze siłą wybuchu już opadały. Eksplozja musiała nastąpić na pokładzie, bo jacht praktycznie przestał istnieć. Resztki kadłuba unosiły się na wodzie bądź spoczęły na dnie, które w tym miejscu nie było głębiej niż trzy metry. Mrużąc oczy spojrzał w niebo. Chmura powstała po wybuchu przesłoniła słońce i szybko się oddalała. Jacht miał chyba z dwadzieścia metrów długości, a teraz oszacowanie jego poprzedniego wyglądu graniczyłoby z cudem. Nie zostało niemal nic w całości. Moc eksplozji musiała być ogromna. Na nabrzeżu leżały ludzkie szczątki rozszarpane przez falę uderzeniową, lecące fragmenty jachtu i kamienie ze skruszonej kei. Zrobił dwa kroki w stronę nabrzeża i trącił nogą jakiś przedmiot. Długie blond włosy, sklejone krwią i ziemią, skręcały się w upiorny warkocz za toczącą się po nabrzeżu głową.

- Prze... pra... szam..., prze... praszam - wydukał przerażony w odruchowym zachowaniu.

Uświadomił sobie ile miał szczęścia... i jak blisko był spotkania z Julką. Uklęknął przy zwłokach jakiejś kobiety leżącej w karykaturalnej pozie, której wybuch roztrzaskał głowę i urwał lewe przedramię. Wokół było mnóstwo krwi. W powietrzu unosił się swąd palonego ciała. Usiadł na piętach. Ból stawał się nieznośny. Zrobiło mu się niedobrze. Opadł na ziemię i stracił kontakt z rzeczywistością. Kto to zrobił? Dlaczego zginęli ci niewinni ludzie? Dlaczego nie ja? Co się stało? Mózg płatał mu figle. Odgłosy krzyków i nawoływań na nabrzeżu mieszały się z odtwarzanymi przez pamięć odgłosami sprzed wybuchu... śmiechem dzieci. Stracił przytomność.

Rozdział 4

Bornholm

Prom dobijał do nabrzeża w R?nne na Bornholmie. Blade i wycieńczone twarze pasażerów, którzy najboleśniej odczuli w swoich żołądkach sztorm, z utęsknieniem wypatrywali końca podróży i kibicowali manewrom cumowania. Dorota wspierała się na Jacku, który przerósł już matkę o pół głowy i zanosiło się, że na tym się nie skończy. Po jej minie można było odczytać, że jedyną rzeczą, której teraz pragnie, jest wygodne łóżko, byle nie wodne oczywiście. Wraz z innymi właścicielami pojazdów zeszli kilka pięter w dół na pokład samochodowy. Zamykając pochód rodziny po schodach promu, Darek zastanawiał się, czy zdoła gdzieś w tłumie wypatrzeć Bena, ale zniknął równie szybko, jak się pojawił.

Okoliczności tego, czego dowiedział się od Bena, były na tyle nierzeczywiste, że jeszcze nie docierał do niego fakt, że zgodził się wziąć w tym udział, a jednocześnie prawdopodobne, biorąc pod uwagę szaleństwo i brawurę Amerykanów, a w szczególności Bena, który wymykał się nawet jankeskim standardom. Słowa szaleństwo i brawura nie powinny być jednak tłumaczone na angielski dosłownie, bo nie oddawałyby sensu stwierdzeń. To, co oficerom ABW[1] wydaje się szaleńcze i brawurowe, to dla agentów służb amerykańskich bywa normą. Nie wynika to z mitu ich niespotykanej dzielności i fantazji, a jedynie z nieskrępowania milionami kretyńskich przepisów, jakie paraliżują na co dzień robotę polskich służb. Darek na samą myśl o tym, jak wyglądałyby oficjalnie prowadzone działania i ile w związku z tym musiałby spłodzić niczemu i nikomu niesłużących dokumentów, ile uzyskać podpisów i zgód, skrzywił się i ze zniechęceniem pokręcił głową. Podstawowa zasada wszystkich przełożonych to nie podpisywać niczego, co ewentualnie mogłoby go wysadzić z fotela - najpierw dupochron w postaci kilku tomów akt, a kiedy jest już pewne, że nic z tego nie wyjdzie i niczym się nie ryzykuje, można ewentualnie złożyć podpis.

Wyjechali z promu wprost na rozpaloną słońcem wyspę. Może z tym rozpaleniem to drobna przesada, ale widok bezchmurnego, słonecznego błękitu nieba, pozostawał w tak wielkiej rozbieżności z tym, co jeszcze dwie godziny temu działo się na Bałtyku, że taki widok można było porównać jedynie ze słoneczną Majorką. Jacek z głową utkwioną w atlasie pełnił rolę pilota wycieczki. Dorota z Agatą dogorywały tymczasem na tylnej kanapie samochodu.

- Poszukaj, Jacek, drogi do Boderne. Tam musimy dojechać. - Darek chcąc zyskać kilka minut na zastanowienie, zlecił zadanie synowi.

Aakirkeby jest chyba kilka kilometrów stamtąd, pomyślał. Musiał jak najszybciej wymyśleć jakiś pretekst, żeby się wyrwać ze szponów rodziny i tam pojechać. Ben wyraźnie wspomniał o niedzieli, a to już jutro. Nie wiedział, czego bardziej się obawiać. Tego, że Dorota zorientuje się, że odrabia jakieś służbowe robótki podczas urlopu, czy tego, że dowie się o tym ktoś w robocie. W jednym i drugim przypadku będzie kiepsko. Z pracy mogą go tylko dyscyplinarnie zwolnić, a w przypadku żony nie będzie już przy tym tyle frajdy. Jedynym rozsądnym wyjściem będzie, jeśli wymyśli jakieś problemy z samochodem i właściwie uzasadni potrzebę poszukania jakiejś większej stacji benzynowej ze sklepem albo jakiegoś warsztatu. To nie powinno się wydać podejrzane.

- Mam, tato. To nad samym morzem. Niedaleko. - Jacek, pokazując palcem na mapie miejscowość, podsunął Darkowi atlas pod nos.

- Świetnie. To czas zacząć wakacje, rodzinka! - Niezbyt przekonująco to zabrzmiało, ale udał, że coś go zadrapało w gardle i uniknął w ten sposób kilku trudnych pytań. Dorota miała niesamowitą intuicję. Musiał uważać.

Szybko dojechali do Boderne. Odebrali w umówionym miejscu klucze do wynajętego domku i z lekko nadwątlonymi siłami wzięli się do rozpakowywania samochodu. Darek, w rzeczywistości jedynie nadzorujący i dyrygujący rozładunkiem, zastanawiał się, do czego zdolni są posunąć się Amerykanie, żeby uknuć taką intrygę, bo nie miał najmniejszych wątpliwości, że była dawno zaplanowana. Skąd mieli pewność, że się zgodzi. Znając Bena, mógł się domyślić, że proponowane odstąpienie po okazyjnej cenie domku nad morzem, z którego on sam, niestety, nie może skorzystać, było jednym wielkim picem, na który Darek miał się dać nabrać. I się nabrał. Obiecał sobie, że po powrocie do kraju przeprowadzi sobie z Benem poważną rozmowę, choć i tak był przekonany, że nic to nie da. Musi jednak wyłuszczyć, że taki sposób postępowania bardzo mu się nie podoba. Choćby dla zasady.

Dorota i dzieciaki były na Bornholmie po raz pierwszy i to, że ich ta wyspa zauroczyła, musieli przyznać już po paru pierwszych chwilach. Nie wspominali, co prawda, wyrzutów, jakie wystosowali pod adresem męża i ojca, kiedy oświadczył im o tej wspaniałej okazji na spędzenie wakacji i zgrzytania zębami na samą myśl o ciepłych plażach Morza Śródziemnego. Specyficzny klimat wyspy sprawiał, że latem jest niezwykle słonecznym miejscem. W krajobrazie południa dominuje płaski teren z wybrzeżem o szerokich, piaszczystych plażach. Północ to w przewadze pagórki przechodzące w skaliste, kilkudziesięciometrowe nadmorskie klify stromo opadające do morza. Gdzieniegdzie wyrastają malutkie, senne miasteczka z zabudową co najwyżej dwupiętrową, które często sprawiają wrażenie wymarłych. Życie biegnie tam dużo wolniej, bo nie ma się tu w gruncie rzeczy do czego spieszyć. Polaka zakłuje w oczy niesamowita czystość, która na każdym kroku wydaje się być wizytówką i znakiem firmowym Bornholmczyków. Rejon południowych plaż wyspy stał się ulubionym miejscem dla windsurferów i kitesurferów z całej Europy. Festiwal kolorowych żagli i skrzydeł na wyjątkowo czystych wodach Bałtyku jest na tyle zachwycającym widokiem, że przyciąga tłumy kibiców... tłumy w rozumieniu bornholmskim - kilkanaście osób na stu metrach plaży.

Muchowie, począwszy od niedzielnego poranka, po lekkim śniadaniu złożonym głównie z miejscowego nabiału, wylegli na plażę. Darek wyczekiwał odpowiedniego momentu, żeby się wymknąć. Sprawdził wcześniej, że do Aakirkeby jest niecałe sześć kilometrów, dlatego najlepiej będzie, jeśli pojedzie tam jednak na rowerze. Nie będzie się rzucał w oczy, bo żadnego innego środka lokomocji nie jest tak dużo na wyspie jak właśnie rowerów. Pod pretekstem wyjazdu do sklepu wybrał się w drogę. Dorota się nawet ucieszyła i wyposażyła go w listę niezbędnych zakupów.

W Aakirkeby na centralnie położonym placyku jest lodziarnia, gdzie do dużych wafli wypieczonych na kształt muszli lody są nakładane łopatką. Można się przeliczyć z możliwościami, zamawiając zbyt dużo smaków, o czym Darek się właśnie przekonał. Potrójna porcja zajęła największy z muszli-rożków. Usiadł na ławce pod ścianą, gdzie wcześniej zaparkował swój rower. Spojrzał na wieżę kościelną, którą miał przed sobą. Miał jeszcze dwadzieścia minut do wyznaczonej godziny. Zajął na tyle dobre strategicznie miejsce, że widział wszystko, co dzieje się na placu, a sam nie zwracał na siebie uwagi. Oprócz niego, pracowników pobliskich kilku sklepów, informacji turystycznej i lodziarni, w polu obserwacji miał siedmiu turystów na rowerach i trzy osoby kupujące lody. Miał wrażenie, że tutaj nic nie może się odbyć bez wiedzy każdego z mieszkańców tego miasteczka. Dwoma ulicami wpadającymi na plac samochody wjeżdżały raz na kilka minut i chyba się nie zdarzyło, odkąd tam siedział, żeby widział dwa jednocześnie. Jak w takich warunkach spokojnie z kimś się spotkać i nie zostać zauważonym? Zdecydował, że po nawiązaniu kontaktu zmieni miejsce spotkania na parking, który minął przed wjazdem do miasteczka.

Było już dziesięć minut po wyznaczonym czasie. Z trudem kończył olbrzymią porcję lodów. Zaczął się zastanawiać, co się mogło stać. Może to on coś poknocił i źle zapamiętał. Rozglądał się dyskretnie i przyglądał każdej mijającej go osobie jak potencjalnemu przeciwnikowi. Ulicą wiodącą od strony R?nne wjechał, a raczej bezszelestnie wtoczył się prędkością patrolową ciemnozielony jaguar na polskich numerach. Za kierownicą siedział młody, około trzydziestoletni, krótko ostrzyżony blondyn w przeciwsłonecznych okularach. Był w samochodzie sam. - Albo jest głupi, albo bardzo pewny siebie - pomyślał Darek. - Kłuje w oczy i drze się w niebogłosy tym swoim autem "Patrzcie! Oto jestem!".

Toczył się po ulicy i jednocześnie rozglądał, nie patrząc przed siebie, jakby czegoś lub kogoś szukał. O mało nie rozjechał jedynego staruszka w promieniu kilkuset metrów, który akurat zechciał przejść na drugą stronę ulicy tuż przed maską auta. Byłby to kuriozalny przypadek, porównywalny do prawdopodobieństwa trafienia szóstki w lotka. Zatrzymał się na ulicy po zacienionej stronie placu i wyłączył silnik. Darek przekonany, że to jest właśnie jego kontakt, wstał, żeby znaleźć się w polu widzenia, kiedy tą samą drogą wjechało na plac bordowe audi Q7 z trzema szeroko karczystymi osiłkami w środku. Zatrzymał się pod pretekstem zasznurowania buta. Kucnął w odległości trzydziestu metrów od jaguara i kątem oka obserwował, co się wydarzy. Nie był to dobry znak, bo jeśli ktoś szuka tego faceta, to go właśnie znalazł, a to oznacza, że tu zaraz może się zrobić nieprzyjemnie. Mucha sprawdził, spoglądając za siebie, jak bardzo oddalił się od roweru, który zostawił przy ławce. Zmienił nogę i zaczął rozsznurowywać i z powrotem wiązać drugi but. Audi zatrzymało się po tej samej stronie placu, co jaguar, ale około pięćdziesiąt metrów za nim. Blondyn z pierwszego samochodu wyciągnął telefon komórkowy i wybrał jakiś numer. W samochodzie z tyłu rozległa się jakaś koszmarna melodyjka disco polo, na dźwięk której obejrzał się każdy w promieniu stu metrów. Łysy, siedzący obok kierowcy odebrał i po kilku słowach obydwaj się rozłączyli. - Więc nie będzie strzelaniny i wybuchów - odetchnął z ulgą Darek. - Skończony dureń z tego faceta. Ściąga na siebie uwagę i paraduje w obstawie karków, jakby właśnie zajechał do Mielna.

Darek podniósł się i cofnął po rower stojący przy ławce. Intensywnie myślał nad tym, jak rozegrać tę partię. Jeśli po prostu podjedzie do niego na rowerze, nie wiadomo, jak zachowają się ci kretyni z tyłu. Nie ma pewności, że się nie spłoszą i nie rzucą swojemu panu na ratunek. Wsiadł na rower, rozejrzał się po placu, lustrując i oceniając możliwości, jakie przychodziły mu do głowy. Blondyn właśnie go spostrzegł i zaczął się przyglądać. Darek nie mógł już dłużej zwlekać. Podjechał bliżej jaguara i stając po przeciwnej stronie ulicy, zatrzymał się na wysokości kierowcy. Spojrzał na niego, nie zsiadając z siodełka.

- Przysyła mnie Ben - Darek odezwał się pierwszy. - Jeśli chcesz gadać, to najpierw pozbądź się tego Zoo. - Wskazał głową w stronę audi. - A potem, dokładnie za dziesięć minut przyjedź na parking tuż za miasteczkiem na drodze, którą pojadę. Jeśli nie przyjedziesz, zrozumiem, że temat jest nieaktualny. - Nadepnął na pedały i nie oczekując odpowiedzi, zniknął za najbliższym zakrętem.

Kierowca jaguara nie odezwał się ani słowem, zsunął okulary na czubek nosa i odprowadził Darka wzrokiem.

Parking był pusty. Nie minęło więcej niż pięć minut, od kiedy Mucha przechadzał się wzdłuż wymalowanych na asfalcie linii miejsc parkingowych i wyczekiwał pojawienia się swojego kontaktu. - Jakim trzeba być bufonem, żeby ukrywając się, tak manifestować swoją obecność - pomyślał. Podjechał równie cicho jak chwilę wcześniej Darek na swoim rowerze. Zatrzymał się tuż obok i wysiadł, domykając delikatnie drzwi. To był fantastycznie utrzymany i wymuskany model kabrioletu Jaguara E-Type V12 w wersji dwuosobowej z początku lat siedemdziesiątych. - Marzenie ściętej głowy - podsumował w myślach Darek. - Nikt za nim nie jechał, ale można było być pewnym, że tamci są na tyle blisko, żeby móc w każdej chwili przyjechać z pomocą.

- To pan jest od Bena? - zapytał blondyn z niedowierzaniem, zbliżając się do Darka - Mówiąc szczerze, nie spodziewałem się... - Spojrzał na rower oparty o ławkę.

- Nie spodziewał się pan faceta na rowerze i w krótkich spodenkach? - uprzedził Darek. - Widzi pan, mnie w odróżnieniu od pana nikt w tym miasteczku nie zauważył, a co dopiero zapamiętał. A to zdaje się pan chce się tutaj ukryć, a nie ja.

- Wezmę to pod uwagę następnym razem. - Zdjął okulary i wyciągnął rękę. - Daniel... Kowalski - przedstawił się.

- Panie Bejnar. Niech pan nie sądzi, że rozmawia z idiotą. Jeszcze dobrze pan nie zaczął, a mnie już się nie chce gadać. Umówmy się, że nie będzie mnie pan lekceważył, a ja w zamian mogę panu obiecać, że uważnie pana wysłucham. Ostrzegam jednak, że jeden fałszywy gest, na którym pana przyłapię i tyle się widzieliśmy. - Wyciągnął rękę i uścisnął dłoń Bejnara - Darek. Tak wystarczy. A w ogóle mówmy sobie po imieniu, to ułatwi i przyspieszy sprawę.

- Chcę być pewien, że nie będziesz tego nagrywał.

- Jak to chcesz sprawdzić? Mam się rozebrać? - wkurzył się Darek. - Po pierwsze, jeśli chciałbym cię nagrać, zrobiłbym to, stojąc przed tobą nawet nago - zablefował - a po drugie, to nie ty stawiasz tu warunki. Ja tu jestem, bo to ty czegoś ode mnie potrzebujesz, a nie odwrotnie. Jeśli masz inne zdanie na ten temat, to ja chętnie się oddalę do swoich prywatnych obowiązków.

- Ok. Nie denerwuj się! Po co tyle złości? Wszystko jasne. Widzę, że możemy mówić o konkretach.

- Po to tu jestem - podsumował pewnym siebie głosem Darek.

Rozdział 5

Chorwacja, port w Pagu

Igor oprzytomniał, kiedy ktoś szarpał go za rękę.

- Treba li vam pomoć?[1] - usłyszał po chorwacku. To policjant. Jeden z pierwszych, jacy pojawili się na miejscu.

- Tak. Nic mi nie jest - odparł po angielsku, nieudolnie starając się uśmiechnąć i przypomnieć sobie, jak się tu znalazł. - Trzeba pomóc rannym - dodał, ale policjant zdecydowanym gestem ręki przytrzymał go w pozycji leżącej i zabronił się ruszać.

- Proszę zostać na miejscu, zaraz ktoś się panem zaopiekuje - przeszedł na łamany angielski. Wstał i na odgłos zbliżających się służb ratunkowych oddalił się w ich kierunku.

W ciągu kolejnych kilku minut cały teren zaroił się od sanitariuszy, lekarzy, policjantów, strażaków i mnóstwa innych ludzi, którzy starali się opanować sytuację. Igor siedział na ławce otulony kocem termicznym z butelką wody w ręce i przyglądał się całemu zamieszaniu. Nie czuł się na siłach brać udziału w tej akcji, a poza tym nikt by mu na to nie pozwolił. Wciąż przyjeżdżały kolejne sekcje wszystkich możliwych służb ratowniczych i policji. Cały teren, łącznie z ławką, na której siedział, został odgrodzony, a tłum gapiów, który zdążył się do tego czasu zebrać, został odsunięty na dużą odległość.

Rozejrzał się po oczyszczonym z gapiów pobojowisku i spostrzegł, że był jedyną osobą, która była w promieniu rażenia wybuchu i przeżyła. Wokół leżały tylko zmasakrowane strzępy ludzkich ciał. Pourywane kończyny, fragmenty tułowia i wnętrzności rozwieszone na przybrzeżnych palmach niczym bożonarodzeniowe ozdoby. Nie zauważył nikogo z pokrzywdzonych, kto tak jak on byłby w jednym kawałku. - Jak to możliwe, że nie ucierpiałem tak jak ci, których ciała przykrywano teraz płachtami folii. Stałem, co prawda, najdalej od jachtu, ale na tyle blisko, żeby nie móc liczyć na zbyt wiele. Gdybym nie podniósł tyłka z tej ławki, oglądałbym tę sytuację z nieco wyższej perspektywy - rozmyślał, kurczowo ściskając butelkę z wodą.

Minęła pierwsza godzina od wybuchu, a Igor dalej tkwił na tej samej ławce i wpatrywał się tępo w miejsce, gdzie jeszcze niedawno kipiało życie i słychać było śmiech dzieci. Teraz panowała tu dziwna, niezwykła cisza przerywana tylko krótkimi i rzeczowymi komendami policjantów. Ucichły odgłosy syren służb ratowniczych. Już było wiadomo, że nikogo nie można uratować. Została tylko robota dla ekip technicznych i śledczych, które zapewne starały się zabezpieczyć jak najwięcej śladów i wszystko udokumentować.

Wypił parę łyków wody i znów pogrążył się w metafizycznych rozważaniach nad sensem i znaczeniem tego, co się tu wydarzyło, kiedy wybudził go z zamyślenia kobiecy głos.

- Czy czuje się pan na tyle dobrze, żeby ze mną porozmawiać?

Uniósł głowę. Ze zdjęcia policyjnej legitymacji uśmiechała się do niego śliczna brunetka w mundurze. Legitymacja wylądowała w tylnej kieszeni dżinsów jej właścicielki. Zdjęcie, zapewne za sprawą nieestetycznego munduru, poważnie nadwyrężyło rzeczywistość. Była o wiele ładniejsza. Kontrast jej urody z tłem wydarzeń, dla których musiała się tu pojawić, był szokujący. Igor przez moment zwątpił w realizm sytuacji i szukał jakiegoś punktu odniesienia, który pozwoli mu uwierzyć, że wciąż stąpa po ziemi. Wystarczył nagły powrót bólu pleców.

Długie, ciemne włosy spięte były w kucyk. Czarne brwi i długie rzęsy asystowały dużym, błyszczącym, piwnym oczom. Śniada, gładka cera zdradzała południowe pochodzenie. Miała mały, cienki nos, wąskie usta i lekko szpiczasty podbródek. Kiedy się uśmiechała na lewym policzku pojawiała się mała dziurka. Tylko na lewym. Pachniała lekkim, kwiatowym aromatem. Obcisłe, wytarte dżinsy i biała koszulka z krótkim rękawem, opinająca krągłe piersi prezentowały się znacznie lepiej niż mundur ze zdjęcia. U pasa, w kaburze Glock 19 i kajdanki. Nie miała więcej niż trzydzieści lat.

Zreflektował się, że postrzegał ją w sposób, który go krępował. To nie był najlepszy moment, żeby szukać tego typu emocji, choć zwykły facet w sile wieku ma prawo do naturalnych reakcji na piękno - pomyślał.

Zorientował się, że zbyt bezczelnie ją lustruje, ale szybko usprawiedliwił się swoim stanem "pourazowym" i odparł, a raczej bąknął pod nosem, wskazując wolną część ławki.

- Proszszsz...

Usiadła obok.

- Milana Cosić. Policja z Zadaru - przedstawiła się. - Czy może mi pan opowiedzieć, co tu się wydarzyło? Od mojego kolegi - głową skinęła w stronę stojącego nieopodal policjanta, który jako pierwszy się nim zainteresował - dowiedziałam się, że jest pan jedyną osobą, która mogłaby pomóc w wyjaśnieniu okoliczności tego wydarzenia. Był pan najbliżej miejsca wybuchu i...

- ... i przeżyłem. Proszę mnie nie pytać, jak to się stało. Nie mam bladego pojęcia. Poleciałem jak szmaciana lalka rzucony falą wybuchu dobrych kilka metrów - wskazał kciukiem za siebie - i zatrzymałem się na tamtej palmie.

Mówienie sprawiało mu trudność. Czuł ból w plecach przy każdym wypowiadanym zdaniu. Wydawało mu się, że cedzi każde słowo.

- To znaczy, że naprawdę poza mną nikt tego nie przeżył?

- Z tego, co wiemy w tej chwili, to niestety tak wygląda. Proszę opowiedzieć, co pan pamięta - powtórzyła prośbę i wyciągnęła z kieszeni mały notesik i długopis.

Otrząsnął się i postarał skupić na wydarzeniach w taki sposób, żeby nie przeoczyć niczego istotnego. Opowiedział jej wszystko od momentu, kiedy przyszedł do portu, do momentu, kiedy nastąpił wybuch. Wskazał miejsce postoju range rover'a Polaków, opisał całą scenę związaną z przypłynięciem Barracudy i scharakteryzował każdą z osób, które zauważył na jachcie. Kiedy kończył, nie omieszkał wspomnieć, że byli kolegami po fachu, a znalazł się tutaj, bo właśnie rozpoczął urlop... jakby miało to jakieś znaczenie dla sprawy.

- Tak właśnie sobie pomyślałam, słuchając tego, co i jak pan opowiada - skomentowała z delikatnym uśmiechem. - Nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że jest pan kimś, kto ma lub miał związek z pracą w policji. Mogłabym jeszcze tylko poznać pańskie dane i, jeśli to możliwe, zobaczyć paszport?

- Przepraszam. Pani się przedstawiła, a ja...

Sięgnął z wysiłkiem do bocznej kieszeni zamykanej na suwak, wyciągnął trochę wymięty paszport i podał jej z wykrzywioną z bólu miną.

- Proszę nie przepraszać. To moim obowiązkiem jest zapytać - odpowiedziała, otwierając dokument. - Polak? - zapytała ze zdziwieniem.

- Tak. Igor Barski. Warszawska policja. Dlaczego panią to dziwi? - nieco się zirytował.

- Nie chciałam pana urazić. Po prostu nie znałam dotąd żadnego Polaka. Stąd to zainteresowanie - grzecznie skłamała. - Gdzie się pan zatrzymał i na jak długo tu przyjechał? Z pewnością będę jeszcze musiała z panem porozmawiać.

- Tu, niedaleko. - Wskazał głową kierunek i podał nazwisko właścicieli kwatery. - Przyjechałem na dwa tygodnie. Nigdzie się właściwie nie planowałem wybierać, a teraz, jak rozumiem, nawet mi nie będzie wolno.

- Mogę pana o to tylko prosić, ale skoro już pan postanowił nigdzie nie wyjeżdżać, to nie ma problemu. - Postawiła Igora przed faktem i wstała, wyciągając rękę na pożegnanie. - Do szybkiego zobaczenia, kolego. - Podkreśliła przy tym słowo "kolego", co zabrzmiało na wpół ironicznie i na wpół po kumotersku.

Został znów sam na sam z myślami, które siłą rzeczy kręciły się wokół tego dramatycznego wydarzenia. Chcąc nie chcąc, był jego częścią. Nie potrafił sobie przypomnieć, czy wcześniej w Chorwacji miały miejsce takie przypadki. Nie ma jeszcze żadnych ekspertyz, nie zostały na dobrą sprawę zabezpieczone wszystkie ślady na miejscu zdarzenia, ale nie przychodziło mu nic innego do głowy jak słowo "zamach". Polityka czy kryminał? Celem był stary Włoch, czy może Polak? A może jeszcze ktoś inny?

Chorwacka policja już uporała się z otwarciem range rover'a, co nie było łatwą sprawą, zważywszy, że kluczyki, jak można przypuszczać, leżały gdzieś na dnie zatoki. Właśnie robili przeszukanie, ale z tej odległości niczego nie mógł dojrzeć ani usłyszeć.

W głowie Igora panował chaos spotęgowany jeszcze odczuwalnym ogłuszeniem i niedającym się stłumić bólem pleców. Galopada nieskoordynowanych i nieuporządkowanych myśli, powodowała, że kłębiły się w nim dziesiątki pytań, na które nie potrafił odpowiedzieć. A nade wszystko jedno, wciąż powracające i wwiercające się w najgłębsze pokłady świadomości - dlaczego żyję!? Blizny na rękach naprężyły się, pulsowały i wiły, próbując się uwolnić. Spojrzał w górę i zmrużył oczy oślepione blaskiem rozświetlonego słońcem nieba. - To Twoja robota?

Pomimo protestów i zapewnień, że nic się nie stało, sanitariusze przybyli na miejsce zamachu, chwytając Polaka delikatnie pod pachy, zaprowadzili do karetki i zawieźli do szpitala w Zadarze. Sposób, w jaki się nim zaopiekowano mógłby wzbudzić zazdrość najszczęśliwszego z klientów polskiej służby zdrowia. Na każdym kroku czuł, że jest pod specjalnym nadzorem i w specjalny sposób traktowany. Nie pozwolono mu nawet wstać z wózka, na którym wożono go od lekarza do lekarza. Nigdy wcześniej nie był tak szczegółowo i dokładnie zbadany. Skończyło się na poobijanych żebrach i ogólnych potłuczeniach. Kręgosłup, co najważniejsze, był cały. Obandażowali go tak mocno, że miał trudności z oddychaniem. Ani przez moment nie przyszło mu do głowy, że mogłaby mu się przydać polisa ubezpieczeniowa, bo ta pozostała w bagażu w apartamencie, ale nikt o nią nie pytał. Upierali się jedynie, żeby zatrzymać go na obserwacji, ale trafili na wyjątkowo trudny w tej kwestii przypadek, który nie miał zamiaru spędzać urlopu w szpitalu.

Udało się Igorowi dostać do apartamentu bez alarmowania gospodarzy i innych gości, bo ostatnią rzeczą, o której w tej chwili marzył, było odpowiadanie na jakiekolwiek pytania. W domu panowała cisza. Całe miasteczko wyległo do portu. Wyszedł na taras i spojrzał w tamtym kierunku. Fragment nabrzeża, przy którym była zacumowana Barracuda, był z tego miejsca niewidoczny. W każdej uliczce wiodącej do portu stały tłumy ludzi, którzy wylegli zwabieni odgłosem wybuchu, bądź szybko rozchodzącymi się wieściami. W miejscach umożliwiających pokazanie miejsca zamachu choćby z daleka, usadowiły się ekipy telewizyjne ze swoimi wozami satelitarnymi i dziesiątkami reporterów z całego świata. Zastanawiające jak to się dzieje, że pojawiają się niemal znikąd i w pierwszej kolejności - pomyślał.

Rozdział 8

Przewodniczka z GPS-a prowadziła najkrótszą drogą do celu. Miasto, jak wiele innych, niczym specjalnie się nie wyróżniało. Nie poznał jeszcze najstarszej części miasta, która znajdowała się na wyłączonym z ruchu kołowego półwyspie. Zaparkował nieopodal posterunku policji w nowej części miasta. Kiedy wysiadł z samochodu, spostrzegł stojącą na schodach wejściowych Milanę. Krążyła jak lew w klatce od barierki do barierki schodów i paliła papierosa.

- Nie do twarzy ci z papierosem. - Podszedł niezauważony i dotknął jej ramienia. Podskoczyła przestraszona. Odwróciła się. Wyraz jej twarzy nie zwiastował niczego dobrego. Przeraziła go tym bardziej, że nie miał najmniejszych podejrzeń tego, co zaraz mógł usłyszeć. W jej oczach nie było strachu. To było spojrzenie pełne niepewności i zmieszania. Ale z jakiego powodu?

- Chodź ze mną. - Wrzuciła papierosa do popielniczki, nie gasząc go. - Ja nie palę - rzuciła przez ramię.

Widocznie mi się zdawało - pomyślał. Prowadziła Igora korytarzami, idąc dwa kroki przed nim. Nie odzywała się. Zatrzymała się przed szerokimi szklanymi drzwiami i przeciągnęła kartą magnetyczną po czytniku na ścianie. Drzwi się rozsunęły i weszli do środka. W dużym, jasnym pomieszczeniu, na złączonych ze sobą stołach leżały dziesiątki, setki przedmiotów, z których każdy miał przytwierdzoną kartkę z jakimś opisem. Domyślił się, że wszystkie pochodzą z Barracudy, ale co było powodem zaproszenia i tak dziwnego zachowania Milany? Stała oparta o parapet z założonymi rękami na piersiach i pochyloną głową.

- Jak długo będziesz mnie jeszcze trzymać w niepewności? - zapytał już lekko rozdrażniony.

Milana podniosła głowę i spojrzała na Igora.

- Nurkowie wydobyli w porcie bagaż twoich rodaków. - Zaczęła tym samym spokojnym głosem, który słyszał przez telefon.

- No i... - ponaglał, nie wytrzymując przydługiej pauzy.

- W torbie należącej do Marka Kopańskiego odnaleziono notes, który jakimś cudem udało się uratować na tyle, by można było odtworzyć zapiski - mówiła już trochę szybciej i głośniej. - Czy mieszkasz w Warszawie przy... - Spojrzała do swojego notesu - ...ulicy Słodowej 17?

- Tak, ale dlaczego pytasz? Co to ma wspólnego z tą sprawą? - Był już mocno zagotowany. Ugięły się pod nim nogi i szukał wzrokiem miejsca, gdzie mógłby usiąść.

- Już tłumaczę. Usiądź sobie. Chcesz coś do picia? - Podeszła do automatu z wodą i kawą stojącego w rogu pomieszczenia.

- Najwyraźniej chcesz, żebym oszalał albo do reszty osiwiał. - Usiadł na najbliżej stojącym krześle. - Mów wreszcie, co masz do powiedzenia.

- W notesie Kopańskiego jest zapisany ten adres i słowo "Bar.". Tuż obok jest dopisek... - znów zerknęła do swoich notatek - ..."priorytet". Pomogłam sobie translatorem i sprawdziłam. W Warszawie pod tym adresem nie ma żadnego baru, ani restauracji. Znaliśmy już ten adres wcześniej, bo był zapisany na kartce odnalezionej podczas przeszukania jego samochodu, ale nie było podstaw, żeby go skojarzyć z tobą. Była wśród sterty różnych innych papierów i śmieci, wrzucona w schowek w desce rozdzielczej przed pasażerem. Czy Julia Barska to ktoś z twojej rodziny?

- To moja żona. To była moja żona! - poprawił się. - Zginęła prawie rok temu w wypadku! Co ona może mieć z tym wspólnego?! Skąd znasz imię mojej żony?! O co tu chodzi?! - Tracił panowanie nad sobą.

Milana podeszła do Igora, położyła rękę na ramieniu i próbowała go uspokoić. Kiedy odzyskał równowagę, wręczyła mu kserokopię odnalezionej kartki z odręcznym zapisem. Wziął ją do ręki, ale tak drżała, że musiał sobie pomóc drugą. Oprócz adresu był tam też odręczny szkic, który zaznaczonym krzyżykiem w kółku wskazywał miejsce parkingowe samochodu Barskich.

- A to kopia jednej ze stron jego notesu. - Podała mu drugą kartkę, na której również odręcznie zapisany był ich adres i skrót "Bar.", a obok, innym charakterem pisma - "Julia" i dopisek "priorytet", który równie dobrze mógł odnosić się do całości zapisu albo tylko do Julii.

- To znaczy, że, tak jak sądziłem, z przypadkiem miało to niewiele wspólnego. Nikt mi nie wierzył. Ona nie zginęła w wypadku, tylko została zamordowana. Co Julka takiego zrobiła? Czym tak się naraziła tym skurwielom? Czym?! - Nie mógł powstrzymać łez. Wróciły jak żywe sceny z tamtych wydarzeń. Wrócił ból i rozpacz ze zdwojoną siłą. Milana nie próbowała zapobiec tej eksplozji emocji. Zdawała sobie sprawę, że pocieszanie nic nie da, a współczucie jest ostatnią rzeczą, jakiej potrzebuje. Pozwoliła mu się wyszlochać i wyrwać tyle włosów ile zdołał. Zauważyła, że bezwiednie rozciera blizny na przedramionach i dłoniach. Nie spostrzegła ich wcześniej. Bez pytania położyła obok Igora na stoliku paczkę papierosów i popielniczkę. Natychmiast zapalił, odruchowo urywając ustnik drżącymi palcami. W drugą rękę wetknęła mu szklankę do połowy wypełnioną lodem i whiskey. Nie protestował. To były odruchy, które ledwie kontrolował. Usunęła się na bok i dyskretnie go obserwowała. Mijały długie minuty w ciszy przerywanej wydmuchiwanym dymem i dzwoniącym w szklance lodem.

Gdy nikotyna i alkohol spełniły swoje zadanie, odezwała się.

- Zanim tu przyjechałeś odszukałam w Internecie informacje o wypadku, w którym zginęła twoja żona. Chciałam się upewnić. Na tyle, na ile potrafiłam zrozumieć po polsku, oczywiście. Tylko kojarząc wydarzenia i uzyskane informacje doszłam do przekonania, że tu, w istocie, nie może być mowy o przypadku. Opowiedz mi o tym, co się zdarzyło tego dnia, kiedy zginęła twoja żona. - Zabrzmiało to jak polecenie służbowe.

- Przeczuwałem coś, ale nie chciałem do siebie dopuścić myśli, że to może być prawda. To, co się stało naprawdę wyglądało na wypadek, ale teraz... kiedy znów to wszystko analizuję... Nie! To byłoby zbyt nieprawdopodobne. A poza tym ja nigdy nie zajmowałem się Kopańskim, ani jego brudnymi sprawkami. Czego on mógłby chcieć ode mnie... i mojej żony. - Skrył twarz w dłoniach. Nie potrafił trzeźwo myśleć. Emocje odbierały mu możliwość racjonalnego analizowania faktów. To były zbyt świeże wspomnienia i wciąż krwawiące rany.

- Spróbuj - ponagliła spokojnym głosem.

Po chwili, której potrzebował na zebranie myśli i złapanie równowagi, zaczął odtwarzać tamte sceny.

- Wybieraliśmy się tego wieczoru do teatru... Już dawno obiecałem Julce, że zabiorę ją na jakąś dobrą sztukę i wynagrodzę te wszystkie samotne wieczory. Kilka razy bilety przepadły, bo w ostatniej chwili, albo nie mogłem wrócić na czas do domu, albo mnie z tego domu wyciągał niespodziewany telefon. Możesz sobie wyobrazić szczęśliwą Julię, która bez słowa sprzeciwu i zbędnych pytań przebierała się z wyjściowej kreacji w domowe ciuszki i zmywała świeży makijaż. - Uśmiechnął się na wspomnienie tej kiepsko skrywanej złości. - Tego dnia znów miałem problemy, żeby wrócić na czas z pracy. Wpadłem w ostatniej chwili zdyszany i w pośpiechu zacząłem się przygotowywać do wyjścia. Julka była już gotowa od pół godziny i w oczekiwaniu na mnie bawiła się pilotem, przełączając kanały telewizora i spoglądając ukradkiem na zegar. Była bardziej niż zwykle zamyślona. To nie było jej naturalne zachowanie. Nie zwróciło to jednak wtedy mojej uwagi, bo bardziej zestresowany byłem pośpiechem i nasłuchiwaniem telefonu, który jeszcze nie zadzwonił, a mógł w każdej chwili. Gdybym wiedział, że wtedy widzę ją po raz ostatni... - Ile oddałbym za moc cofania czasu - pomyślał, starając się nie rozpaść. - Kiedy brałem prysznic, Julka przez drzwi łazienki zawołała, że musi mi coś powiedzieć, ale porozmawiamy o tym w samochodzie, a teraz zejdzie już na dół i wyjedzie z parkingu. Po paru minutach byłem już gotowy i wychodziłem z bloku. Wtedy usłyszałem jakiś huk, hałas, a po chwili czyjeś krzyki i wzywanie pomocy. Wybiegłem przed blok... - Obrazy, które znów się wyostrzyły, spowodowały, że w gardle uwięzły słowa. Musiał na chwilę przerwać. - Kiedy wybiegłem... nasz samochód był zmiażdżony przez duży terenowy wóz... chyba to był jakiś amerykański pick-up. Julka musiała wyjechać z naszego miejsca i pewnie chciała podjechać bliżej naszej klatki schodowej... - Co parę słów przerywał, żeby opanować drżenie i ścisk gardła - ...kiedy ten skurwysyn uderzył w nią z boku od strony kierowcy. Musiał szybko jechać, bo zmiażdżył naszego opla, wjeżdżając na niego kołami... - Wziął głęboki wdech - ...starałem się tam dostać... próbowałem odginać karoserię rękoma... chciałem zepchnąć tamten samochód z miejsca, gdzie pod spodem była Julka... nawet nie zauważyłem, że moje ręce spływały krwią porozcinane przez porwaną blachę karoserii... - Łzy kapały na podłogę, ale patrzył w oczy Milanie bez wstydu - ... potem pamiętam już tylko urywki, jakieś nieskładne fragmenty. Wiem, że ktoś starał się mnie odciągnąć i uspokoić. Pamiętam, że klęczałem na ziemi, głaszcząc z czułością wystającą ze zwojów pogiętej blachy dłoń Julii. Była blada i wiotka. Nie chciałem jej puścić. Powtarzałem w kółko, że przecież musimy iść, bo się spóźnimy..., że obiecuję wyłączyć telefon... Wtedy dotykałem jej po raz ostatni. Pamiętam, że próbowałem dostać się do kabiny, w której siedział ten nieprzytomny gnój, ale drzwi się zakleszczyły i nie mogłem ich otworzyć. Może i dobrze, bo prawdopodobnie zabiłbym go gołymi rękami. Później dowiedziałem się, że to jakiś menel. Miał jakieś promile we krwi i w dodatku był pod wpływem narkotyków. Podobno zmarł w szpitalu od tego syfu, który wciągnął, ale zupełnie mnie to nie interesowało. Przez dłuższy czas kontakt ze mną był poważnie utrudniony. Tak przynajmniej mówią moi przyjaciele.

Nie przerwała mu ani razu, wpatrując się w niego wciąż w ten sam sposób. Ze smutkiem, zatroskaniem, współczuciem, ale też z rezerwą i dystansem, jaki przystoi gliniarzowi na służbie..., ale też tak... na wszelki wypadek.

- Czy potrafisz wyjaśnić, co wspólnego może mieć zabójstwo twojej żony z twoją pracą, z Kopańskim, a może z zamachem w Pagu, albo z twoim pobytem tutaj? Sam przyznasz, że zbyt dużo tu zbiegów okoliczności i przypadków. Najpierw ginie żona policjanta, który zajmuje się ściganiem handlarzy narkotyków. Zgadza się? Tym się zajmujesz? - Brak odpowiedzi uznała za potwierdzenie. - Potem spotykasz człowieka, który prawdopodobnie zlecił to zabójstwo, tysiąc kilometrów od domu? Przypadek? Może się wydarzyć. - Sama sobie odpowiadała na pytania. - Dzień później znów go spotykasz kolejne kilkaset kilometrów dalej? Kolejny przypadek? Chwilę później ginie z całą rodziną... z żoną i dziećmi. To też jest przypadek, że byłeś bardzo blisko? I na koniec... - zniżyła i przyciszyła głos - ...tylko ty przeżyłeś, Igor.

Podniósł głowę i przyjrzał się Milanie, by upewnić się, że dobrze zrozumiał jej intencje. Stała znów pod oknem, opierając się o parapet. W ręce trzymała kubek z kawą. Przyglądała mu się i prześwietlała wzrokiem na wylot. Była wyraźnie zmieszana i zdezorientowana.

- Czy ty mnie o coś podejrzewasz? Coś sugerujesz? - zapytał zdumiony i otrzeźwiony nagłym obrotem sprawy.

- Igor, ja tylko kojarzę fakty. Chcę tylko powiedzieć, że mógłbyś mieć motyw. Sam przyznasz, że to, co mówię, ma ręce i nogi, prawda? - Nie odrywała od niego wzroku.

- Muszę zapalić - mówiąc to, sięgnął do kieszeni w koszuli tym razem po własną paczkę cameli. Urwał jak zwykle ustnik i zapalił, głęboko się zaciągając. - Zakładając, że to, co mówisz, jest logiczne - mówił już nieco spokojniej. - Czy sądzisz, że chcąc się zemścić na jednym człowieku, mógłbym zabić tyle niewinnych osób? Tyle dzieci? Za kogo ty mnie masz?! O co mnie oskarżasz?! - znów podniósł głos.

- Ja cię nie oskarżam. Wyjaśnijmy sobie, żeby nie było między nami nieporozumień. Znam cię ledwie kilka dni, ale coś mi mówi, że nie byłbyś w stanie tego zrobić i mam nadzieję się nie zawieść na swojej intuicji. Co ciekawsze, nie jest mi żal tych dwóch skurwieli. Gdybym miała sposobność, sama bym ich wysłała w diabły. Muszę się jednak trzymać faktów, a te stawiają cię w pierwszym rzędzie klientów do sprawdzenia. Kto lepiej to może zrozumieć niż gliniarz. - Starała się trochę rozluźnić atmosferę delikatnym uśmiechem, którym obdarzyła Igora. - Umówmy się, że ta rozmowa zostanie między nami, a ty kowboju nie opuścisz miasta, ok?

- Jak każesz - stwierdził nieco ironicznie, ale udawała, że tego nie zauważyła.

- Twoje kłopoty... prawdziwe kłopoty mogą się dopiero zacząć, kiedy o tych wszystkich przypadkach, z którymi jesteś związany, dowiedzą się przyjaciele Balliniego, albo tego twojego Kopańskiego. Nie znam kumpli Polaka, ale tych włoskich koleżków kalabryjskiego pochodzenia powinieneś się wystrzegać. Do tego chyba nie muszę cię przekonywać. Póki co nic ci nie grozi. - Podeszła bliżej, odłożyła kubek po kawie i usiadła na stole tuż przed nim. - W coś ty się wpakował? - mówiąc to, pochyliła się i jej twarz znalazła się tuż przed jego twarzą.

Wstał i trzymając się za obolałe plecy, podszedł do okna.

- Muszę się dowiedzieć, dlaczego zginęła Julka - powiedział, patrząc na panoramę Zadaru. - Czy będziesz po mojej stronie, czy nie, ja muszę się tego dowiedzieć, rozumiesz? - Odwrócił się do Milany.

Siedziała na stole z zapadniętą między barkami, spuszczoną głową.

- Pomogę ci - odpowiedziała, nie odwracając się. - Dostałeś MMS-a? - Trochę się ożywiła.

- Jakiego MMS-a? - Nie powrócił wystarczająco szybko na ziemię.

- Ze zdjęciem Balliniego, oczywiście.

Zeskoczyła ze stołu i podeszła do Igora. Wyciągnął telefon i wyświetlił przesłany obraz. Na wyświetlaczu ukazała się twarz tej samej osoby, którą widział na pokładzie Barracudy. Nie miał najmniejszych wątpliwości.

- Tak, to bez wątpienia jest ten sam facet, który witał Kopańskich na jachcie. Zdjęcie jest chyba dosyć świeże, bo gość wygląda identycznie.

- To coś na dobry początek. Mam jednak wrażenie, że dalej już nie będzie tak łatwo. - Kierując się do wyjścia, kiwnęła ręką, dając znak, żeby poszedł za nią.

- Mogę to zabrać? - Wskazał dwie kopie, które wcześniej mu pokazała.

- Nie wiem, o czy mówisz. - Wychodząc, odwróciła się, żeby zobaczył jej porozumiewawczy wyraz twarzy okraszony uśmiechem.

Rozdział 11

Milana pomogła Igorowi znaleźć lokum w Zadarze. Musiał zrezygnować z apartamentu, który tak mu przypadł do gustu, a przemili gospodarze zgodzili się wziąć należność jedynie za wykorzystane dni. Trafił do całkiem przyzwoitej, jak na tak szybkie poszukiwania, kwatery w starej części Zadaru, na zabytkowym półwyspie. Nie był tak przestronny jak ten pażański, ale na jego potrzeby zupełnie wystarczający. Miał z okna widok na morze. W oddali widnokrąg przesłaniały wyspy, które w kliku rzędach zagradzały drogę na pełne morze. Szlaki, którymi pływały statki, promy i jachty lawirowały, często wąskimi przesmykami, wskazując najkrótszą drogę do celu. Widok znacznie różnił się od tego, do którego każdy Polak jest przyzwyczajony i który kojarzy mu się ze słowem "morze". Nawet fale, jeśli w ogóle były, to tłumione przez liczne wyspy, w skąpej posturze docierały do lądu. Nie miały nawet najmniejszej białej grzywki.

Z niecierpliwością oczekiwał na telefon od Adama. Miał się dowiedzieć czegoś o powiązaniach Kopańskiego z Włochami. Zasiadł do swojego laptopa, żeby przejrzeć w Internecie najnowsze wiadomości z branży. Wszystkie większe serwisy informacyjne podawały niemal identyczny zakres newsów. Tym razem brać dziennikarska było nieco z tyłu z aktualnością swoich danych. Igora rozczarował zakres wiedzy mediów o tak spektakularnej tragedii, jaka nie zdarza się w Chorwacji co dzień. Miał wrażenie, że blokada informacji nałożona przez chorwacką policję jest wyjątkowo szczelna. Tylko pozazdrościć... chyba, że nie jest to efekt szczelności, a wyjątkowego oporu materii w postaci nieskończenie długich poszukiwań szczątków, badań i ekspertyz.

Oczekiwał medialnego potwierdzenia śmierci Balliniego na jachcie. A to, jak sądził, za sprawą weryfikacji zdjęcia, które przesłała mu Milana. Miał jednak świadomość, że chorwacka policja mogła uznać za zasadne wstrzymanie publikacji tej wiadomości z jakichś, tylko sobie znanych powodów. Słuchając wiadomości telewizyjnych i analizując informacje z Internetu, doszedł do wniosku, że śledztwo utknęło w miejscu i nie ma najmniejszych poszlak wskazujących na sprawców zamachu albo powodów, jakimi mogli się kierować.

Zadzwonił telefon. Numer się nie wyświetlił.

- Igor? - odezwał się głos w słuchawce.

- Cześć Adam. Co tam u ciebie? Skąd dzwonisz?

- To telefon żony. Muszę uważać. Nie jest dobrze przyjacielu. - Był niezwykle poważny. W jego przypadku mogło to oznaczać tylko kłopoty. - Stary zaczął węszyć. Po tym jak w systemie sprawdzałem Kopańskiego przyleciał do mnie zasapany i czerwony, jakby miał zaraz eksplodować i z mordą na mnie. - "O co mi chodzi z tym Kopańskim i dlaczego go sprawdzam?". Nie widziałem go jeszcze takiego. On mi mówi, że mam natychmiast sporządzić notatkę, bo nie ma zamiaru się za mnie tłumaczyć. Mówię ci, mało się nie posrałem ze strachu. Chłopie! W coś ty tam wdepnął? Oni tu wszyscy najedli się czegoś niezdrowego, bo latają jak wściekli - emocjonował się Adam, nie dając dojść do głosu Igorowi. - Póki co, dałem sobie radę, bo napisałem, że znalazłem w Internecie informację o tym, że prawdopodobnie zginął w tym zamachu na Pagu, bo na brzegu stał jego samochód, który zabrała później policja. Ty sobie wyobraź i lepiej się przygotuj na to, co się stanie, jak oni się dowiedzą, że ty tam byłeś. Nie chciałbym być w twojej skórze. - Wziął krótki oddech, czego nie omieszkał wykorzystać Igor.

- Uspokój się, Adam. Postaraj się jak najdłużej utrzymać w tajemnicy to, że jestem z tym jakoś związany. Poznałem policjantkę, która prowadzi to śledztwo...

- No, no, nie poznaję kolegi... - Adam uwielbiał cytować teksty z "Seksmisji".

- To nie to, co myślisz...

- A czy ja coś mówiłem... - dalej naśladował Stuhra.

- Adam. - Igor nie miał ochoty na żarty. - Zapomniałeś chyba, że...

- Nie, nie zapomniałem. Mam jednak nadzieję, że ty nie zapomniałeś, że jesteś normalnym facetem, który ma swoje potrzeby. Rozmawiasz ze swoim przyjacielem, a nie z teściową. Wyluzuj.

- Dobra już. Powiedz, czego się dowiedziałeś. - Wrócił do tematu.

- Kopańskiego ma w zainteresowaniu nasz koleżka z Krakowa Jarek Miętus. Znasz go. Byliśmy razem na kursie z Amerykanami w Legionowie parę lat temu.

- Pamiętam. Taki mały niewywrotny. Sympatyczny koleś. Masz jakieś namiary na niego?

- Już do niego dzwoniłem, ale wiesz, jak się gada przez telefon. Strasznie się zasmucił, że... cytuję: ktoś mu chleb odbiera i tak bezboleśnie skurwiela do piekła zsyła. I jeszcze coś w stylu, że powinien dłużej pocierpieć. Powiedziałem mu, bez podawania nazwisk, że w najbliższym czasie ktoś się do niego odezwie w tej sprawie i może oczekiwać, że się podzieli wiedzą o denacie. - Adam podyktował numer telefonu Miętusa.

- Jesteś wielki, Adaś. Gdybym mógł, to bym cię ucałował w to twoje obleśne czoło, ale na szczęście nie mogę. Przełożeni docenią twój wysiłek i wkład... i tak dalej.

- Daruj sobie te pieszczoty i lepiej zachowaj je dla tej policjantki - zarechotał lubieżnie. - Pewnie ładna, co?

- Wiesz, że ja z innymi nie pracuję. - Obydwaj się zaśmiali. - Ładna. Rzeczywiście. Niestety ładna - westchnął.

- Dlaczego niestety - oburzył się Adam. - Ja jakoś zawsze trafiam tak, że szkoda gadać, a co dopiero działać. Szczęściarz jesteś, i tyle.

- Może w innych okolicznościach... Dzięki ci, stary. Odezwij się jeszcze, gdybyś coś ciekawego znalazł.

Zakończył rozmowę z lekkim uśmiechem na twarzy. Przy Adamie trudno było się nie śmiać. Choćby przez chwilę starał się być poważny, wiadomo było, że zaraz coś palnie i całą powagę szlag trafi. Zastanowiło go zachowanie ich naczelnika. Wynika z niego, że musiał zostać przez kogoś na górze mocno potrząśnięty po sprawdzeniu, którego dokonał Adam. Każde wejście w system jest odnotowywane i policjant zainteresowany konkretną osobą ma wiedzę na temat tego, kto i kiedy się interesował jego "podopiecznym". Kopański był prawdopodobnie pod nadzorem kogoś ważnego. Ale czy jest prawdopodobne, że ktoś taki mógłby popełnić błąd? Wiedząc o tym, jak funkcjonuje system i zakładając, że dodatkowy nadzór nad czyimś nazwiskiem jest czymś nienaturalnym, można logicznie przyjąć, że powinno się dbać o zachowanie w tym względzie jak największej dyskrecji, a nie wzywać bezpośredniego przełożonego sprawdzającego, żeby ten wyjaśnił sytuację. Toż to ewidentne przyznanie się do opieki nad bandytą. Tak przynajmniej zrozumie to większość policjantów. Żadnemu też nie przyjdzie do głowy zapytać jakiejś grubej szychy, dlaczego to robi.

Był już wieczór. Igor siedział przy laptopie, analizując wszystkie dane, jakie zebrał do tej pory na temat tej sprawy. Zaczęło go nosić i odczuwał to tym mocniej, im więcej czasu upływało i pojawiało się więcej znaków zapytania. Powracający falami ból pleców działał destrukcyjnie przy każdej próbie podjęcia głębszej analizy.

Ktoś zapukał do drzwi. Spojrzał na zegarek, było po siódmej. Kogo diabli niosą o tej porze - pomyślał. Otworzył, zakładając wcześniej coś na siebie, bo swoim zwyczajem latem, w takiej temperaturze, nie nosił na sobie nic, co mogłoby się do przykleić do ciała. W drzwiach stała Milana. Uśmiechnięta i zadowolona z osiągniętego efektu zaskoczenia.

- Co za niespodzianka - powiedział zgodnie z prawdą, bo kogo mógł się spodziewać taki kawał drogi od domu.

- Mogę wejść, czy będziesz się na mnie tak gapił w drzwiach?

Igor zorientował się w drobnej niestosowności sytuacji i swojego zachowania.

- Zapraszam. - Usunął się z drogi. - Gdzie podziały się moje maniery.

Zaśmiała się w reakcji na niski ukłon i syk bólu, jaki wydał z siebie, kiedy rwący ból pleców dotarł do mózgu.

- Tak się kończy pajacowanie - podsumowała gospodarza.

Weszła do środka, lustrując pokój. Albo Igorowi zaczynał już niebezpiecznie doskwierać głód testosteronowych emocji, albo ona była z dnia na dzień piękniejszą kobietą. Służbowy wizerunek Milany znacznie się różnił od tego, co teraz zobaczył. Nie widział jej wcześniej "zrobionej", dlatego był lekko oszołomiony. Miał świadomość tego, jak kobieta potrafi się zmieniać i dostosowywać do sytuacji i otoczenia tylko po to, żeby osiągnąć zamierzony cel, ale Milana osiągnęła w tym mistrzostwo. Inną rzeczą jest, że dla kobiety takiej urody, zmiana ubarwienia i przystosowanie mowy ciała do odpowiedniej sytuacji, nie jest niczym skomplikowanym. Podręcznikowy przykład mimikry.

- Zrobisz mi drinka? - zapytała, wciąż rozglądając się po pokoju.

Miała na sobie "małą czarną". Naprawdę małą, bo miał wrażenie, że kończy się w tym samym miejscu, w którym kończą się jej smukłe, opalone nogi. - Jeśli można ociekać seksem, to ona właśnie to robiła i to w obfitości - rozmarzył się. Wyobraźnia zaczęła igrać z rozumem. Milana przechadzała się po salonie, z rękoma splecionymi za plecami. Krocząc dostojnie i powoli, stawiała stopę przed stopą, pozwalając biodrom falować w hipnotycznym rytmie. Miała bardzo małe, a raczej drobne, wypielęgnowane stopy, w czarnych sandałkach na wysokim obcasie. Dopiero spostrzegł, że jest wyższa, a obcasy jeszcze bardziej wysmukliły jej sylwetkę. Kruczoczarne włosy, rozpuszczone, proste, sięgające połowy pleców, zakładała odruchowo za ucho i odrzucała na kark.

Krew uderzyła w skronie i zapulsowała dudniąc w nagłym przypływie podniecenia. Był przekonany, że zdążył już stłumić w sobie tego typu emocje i zakopać je gdzieś w odmętach żałoby.

- Czy stało się coś, co spowodowało, że zaniemówiłeś czy ogłuchłeś? - Stanęła podpierając się pod boki i przyglądała się, śledząc spojrzenia Igora błądzące po niej od stóp do głowy i z powrotem. Przywołany na jawę zorientował się, że wciąż trzyma klamkę otwartych drzwi i gapi się na jej krągłe piersi, odznaczające się wyraźnie pod obcisłą sukienką. Odnotowując swój komiczny stan pozostał w nadziei, że nie robił tego z otwartą gębą, a ślina nie ciekła mu po brodzie.

- Przepraszam cię. Trochę się zamyśliłem. A co do drinka, to będzie problem, bo poza kawą i herbatą nie dysponuję żadnymi innymi napojami.

- Jakoś nie mam ochoty na nic ciepłego...

- Wiem. Daj mi pięć minut. Przebiorę się i zapraszam cię na drinka gdzieś do jakiejś przytulnej knajpy. Na pewno znasz tu każdy kąt i pomożesz coś dla nas znaleźć. - Ożywił się swoim pomysłem.

- Czas start. - Spojrzała na swój zegarek i usiadła na kanapie.

Chciała go złapać za słowo i rzeczywiście zaczęła odmierzać czas. Była przekonana o swojej wygranej, ale przecież to nic dziwnego, zważywszy, że pięć minut dla szykującej się na bóstwo kobiety, stanowi jedynie wstęp do przygrywki o podjęciu decyzji. Igor zdążył w tym czasie się wykąpać i ubrać, co przyjęła z ogromnym zdziwieniem i zdobyła się nawet na wyrażenie uznania.

- Brawo. Nie sądziłam, że ci się to uda.

Sposób, w jakim mówiła, był zgoła inny od tego, do którego zdążył już przywyknąć. Stała się zalotna i, przyznał to, bardzo seksowna. Niczym młokos, trochę się gotował. Było dla niego jasne, że Milana próbuje go poderwać, a każdy jej ruch, gest, słowo, było czymś w rodzaju rytualnych zalotów. Było jednak w jej zachowaniu coś, czego nie potrafił rozgryźć. Nie wiedział, czy z powodu panującej temperatury, czy z emocji, po plecach płynęły mu strużki potu. Uświadomił sobie, że od blisko roku nie był z kobietą, ale aż do tej pory nie dawało mu się to tak mocno we znaki... w ogóle praktycznie o tym nie myślał, bo każda z takich myśli była tłumiona obrazem i wspomnieniem Julki. Teraz odżyły w nim instynkty, które w sobie tłumił. W dalszym ciągu tylko nie był pewien, czy jest gotowy... czy potrafi. Na wszelki wypadek, zanim zrobi się zbyt gorąco i będzie za późno na odwrót, zaproponował, żeby już poszli.

Rozdział 17

Warszawa, siedziba ABW przy Rakowieckiej

Od samego rana telefon Darka nie przestawał dzwonić. Poszukiwali go wszyscy święci z wielkich gabinetów. Gorączka rozlewała się coraz szerszym strumieniem po korytarzach Rakowieckiej. Spodziewał się nerwowej reakcji, ale nie do tego stopnia. Z każdą chwilą coraz poważniej zastanawiał się, czy dobrze zrobił, że w ogóle dał się wpakować w tę historię. Po półtorej godzinie nerwowych konsultacji i narad na wysokich szczeblach, wezwał go do siebie naczelnik.

Darek szedł korytarzem do swojego przełożonego z duszą na ramieniu. Zastanawiał się, w jakim jest dzisiaj nastroju. Jeśli zebrał cięgi od dyrektorów, to nie wróży mu nic dobrego. A jeśli do tego wstał dzisiaj lewą nogą, to krótko mówiąc... ma przesrane. W sekretariacie spotkał kilku kolegów, którzy czekali na swoją kolej na "widzenie". Najwyraźniej im się nie spieszyło, bo rozstąpili się i poklepując go po plecach, przepuścili przed siebie. Wziął głęboki wdech i zapukał do drzwi.

- Proszę. - Głos naczelnika nie brzmiał zbyt groźnie.

- Wzywałeś mnie. - Na tym poziomie nie obowiązywały rygory dyscypliny wojskowej.

- Siadaj Darek. Nie wiem, co się stało, ale najważniejsza rzecz, którą mam niezwłocznie wyjaśnić i przedstawić dyrekcji naszego cyrku, to kwestia tego, dlaczego DEA w osobie Bena Kowola, zjawia się bez zapowiedzi w naszych progach i jednym tchem recytuje potrzebę podjęcia natychmiastowej współpracy w przejęciu olbrzymiego przemytu kokainy i koniecznym udziale twojej skromnej osoby w tym przedsięwzięciu. Czy coś ci o tym wiadomo? Bo jeśli nie, to wymyśl jakąś miłą opowieść, którą łyknie nasze kierownictwo. W przeciwnym przypadku para pójdzie w niewłaściwy gwizdek i obydwaj możemy się spodziewać kłopotów.

- Jarek, przecież...

- Nie skończyłem jeszcze. - Naczelnik siedział bokiem do swojego biurka. Nogi wyciągnął przed siebie i zsunął się, opierając głowę o wysoki podgłówek. - Sam widzisz, że od jakiegoś czasu jesteśmy traktowani jak wrzody na dupie. Wciąż są z nami jakieś kłopoty. Nic, tylko bandyci, broń i narkotyki. Ciągle stawiamy naszych pryncypałów w sytuacji, w której zmuszeni są podejmować decyzje. - Wyciągnął z kieszeni pudełko z landrynkami, odkręcił je i poczęstował się. Odzwyczajał się od palenia, a to w połączeniu z kłopotami, jakie się kroiły, podpowiadało Darkowi, żeby wyhamował z komentarzem. - Naszym podstawowym zadaniem, bez znaczenia jest teraz to, co na ten temat obydwaj sądzimy, jest wykazywać się pilną, rzetelną pracą, przynoszącą wymierne korzyści w postaci odpowiedniej liczby sporządzonych meldunków, przeprowadzonych rozmów, wszczętych i zakończonych procedur itd., jednym słowem - STATYSTYKA. Parafrazując znane powiedzenie: naszym zadaniem jest gonić króliczka, a nie go łapać. - Obrócił się na fotelu przodem do Darka, oparł łokciami o biurko i ściszył konfidencjonalnie głos. - Tak między nami. Jakby tego było mało, teraz najistotniejszą kwestią nie jest to, jak się dobrać do tego ładunku, tylko to, co takiego cię łączy z Kowolem, że ośmielił się wskazać cię, jako osobę, z którą chciałby w tej sprawie współpracować. Rozumiesz, co to znaczy?

- Ale Jarek...

- To znaczy, że musieli przystać na jego prośbę, bo głupio im było odmówić, bo niby dlaczego? Bądź jednak gotów na wiele pytań, jakie ktoś kiedyś będzie chciał ci zadać. W tych murach wciąż pokutuje duch nieboszczki "esbecji". Tego nie da się wywietrzyć jeszcze przez kilka pokoleń. - Wstał i podszedł do okna. - Wiesz, co masz robić. Sprawdzenia, raporty, procedura... Póki co, biorę ten cały syf z tamtych pięter na siebie, ale nie wiem, jak długo dam radę cię izolować. - Odwrócił się i oparł o parapet. - Weź się za konkrety, a do papierkowej roboty dobierz sobie któregoś z młodych.

- W takim razie znikam... - Darek wstał i otworzył drzwi.

- Zaczekaj. Jeszcze jedno. Nie wolno ci kontaktować się z Benem bez mojej wiedzy. Jeśli kiedykolwiek ktoś zapyta cię, czy rozmawiałeś lub widziałeś się z Kowolem, to ja też tam byłem. - Znów odwrócił się do okna. - Chcę w związku z tym wiedzieć, o czym rozmawialiśmy, jasne?

- Jasne. - Sytuacja nie wymagała komentarza. Współpracowali ze sobą już kilkanaście lat i przerobili wielokrotnie te tematy we wszystkie możliwe strony. Mogli sobie ufać. - Muszę natychmiast zobaczyć się z Benem. Jest mnóstwo rzeczy do obgadania.

- Jasne. Chcę być na bieżąco informowany.

Umówili się mniej więcej w połowie drogi, w Łazienkach. Darek czekał na Bena na ławce pod pomnikiem Chopina. Ten oczywiście nie mógł się pojawić jak człowiek, idąc z naprzeciwka, ale musiał wyskoczyć zza pleców z jakimś głupim okrzykiem.

- Ben ja ci wciąż tylko obiecuję, ale kiedyś naprawdę miarka się przebierze i zrobię ci krzywdę, albo krew mnie zaleje i dostanę zawału.

- Nie jesteś czujny jak ważka? Tak to się mówi? Myślałem, że wy oficerowie służb specjalnych...

- Błagam cię, nie zaczynaj znów... A tak w ogóle to serdecznie dziękuję za imienne zaproszenie do współpracy. - Darek postarał się, żeby zabrzmiało to sarkastycznie. - Wiesz, ile mam w związku z tym nieprzyjemności?

- Przecież tak się umówiliśmy. - Ben wyraził szczere zdziwienie.

- Dobra. Już nie ma sprawy. I tak byś tego nie zrozumiał.

- To prawda. Już się przyzwyczaiłem, że nie rozumiem wielu rzeczy. Ani was Polaków...

- Jak coś złego to WAS Polaków, a jak jest się czym pochwalić, to nagle ci się przypomina, ile to w tobie płynie polskiej krwi i wtedy mówisz o NAS Polakach. - Darek się trochę zirytował. - Muszę przyznać, że też nie rozumiem tego WASZEGO jankeskiego poczucia humoru.

- Och, już ok. Nie denerwuj się. Mamy teraz ważniejsze sprawy, co?

Darek wstał z ławki i kiwnął głową, dając znak Benowi, że lepiej będzie, jeśli się przejdą. Poza praktycznym zastosowaniem spaceru ze względów choćby zdrowotnych, Darek chciał za wszelką cenę uniknąć zwracania na siebie uwagi, a w przypadku Bena nie było to tak oczywiste. Nie dość, że tak żywiołowa postać przyciąga uwagę swoją nadprzyrodzoną ruchliwością, to jeszcze ma w zwyczaju ubierać się w dość krzykliwe barwy. Niech za dowód posłuży fakt, że w parku żadna z wszędobylskich i oswojonych wiewiórek nie odważyła się podejść bliżej niż na pięć metrów, podczas gdy w zwykłych okolicznościach jedzą ludziom z ręki.

- Co udało ci się ustalić? - Darek przeszedł do meritum.

- Sprawdziłem przez naszych w Ekwadorze i rzeczywiście statek o nazwie Don Jose wypłynął z Puerto de Turbo prawie dwa tygodnie temu. Potwierdza się też, że portem docelowym dla niego jest Gdynia. Na pokładzie są cytrusy i drewno. Całość towaru ma być wyładowana tutaj. Nie oznacza to jednak, że gdzieś po drodze nie zawinie do jakiegoś afrykańskiego albo europejskiego portu. Adresatem całej przesyłki owoców jest firma o nazwie... - Ben wyjął z kieszeni notes - ...Batex Export-Import spółka z ograniczoną odpowiedzialnością z miejscowości Górka.

Darek zanotował dokładnie informacje.

- Sprawdzę to, ale nie łudź się, że to jakiś trop. Dam sobie głowę uciąć, że to firma "krzak"...

- Jaka firma?

- "Krzak". Bush po angielsku.

- No, ja wiem, jak jest "krzak" po angielsku i tego właśnie nie mogę zrozumieć. Czy wy naprawdę tak nie lubicie naszego Prezydenta, że jego imieniem nazwaliście taki przekręt. Dlaczego nie powiecie na przykład, że to firma "kaczka". - Ben uśmiechnął się i mrugnął porozumiewawczo do Darka.

- Masz szczęście, że Pan Prezydent przeniósł się stąd na Stare Miasto jakiś czas temu, - Darek wskazał na Belweder - bo mógłby cię jeszcze usłyszeć i skandal międzynarodowy gotowy. - Tak czy inaczej nie przykładałbym zbyt wielkiej wagi do wyników ustaleń. Musimy się lepiej przyjrzeć Bejnarowi i zastanowić, czy nie wywinie nam jakiejś niespodzianki.

- Ja bym na jego miejscu przynajmniej próbował. Wiemy, że może próbować przejąć interes po Kopańskim, a to jest chyba niezły moment. Zastanawiam się, na ile czuje się mocny, żeby to zrobić, a na ile kieruje nim złość i rozpacz po tym, jak dowiedział się o śmierci Kopańskiej. Musimy go odnaleźć, zanim będzie za późno i dla nas, i dla niego. - Kowol się zamyślił.

- Pamiętasz, kiedy opowiadałem ci o tym, jak Bejnar pochwalił się przede mną, że ma polisę na swoje życie, i gadał coś o Tożsamości Bourne'a?

- Tak. Myślisz, że to nie był blef?

- Mógł być, oczywiście. A jeśli nie? Nie wiemy, co to za polisa, ale możemy założyć, że jest to coś na tyle mocnego, że ułatwi mu przejęcie interesów. Dlatego uważam, że nie jest to takie nierealne. - Darek poprowadził w stronę Pomarańczarni. - Obawiam się też, że będzie próbował przejąć kokainę ze statku.

- Jak miałby to zrobić?

- Nie sądzę, żeby próbował ją nam odbić na lądzie, chociaż cholera wie, jak mocno go teraz walnęło w dekiel. Myślę raczej o zmianie kursu statku albo przemalowaniu nazwy na pełnym morzu i wyposażeniu w drugi komplet dokumentów... o ile już tego nie zrobił.

- Z tym przemalowywaniem to chyba przesadziłeś, co? - Ben wyraził swoją wątpliwość.

- Żebyśmy się tylko nie zdziwili. Nie możemy go lekceważyć. - Darek obawiał się, że Bejnar nie będzie zbyt finezyjnym graczem, jakim był Kopański. Obawiał się również, że wiedziony chęcią odwetu albo zwykłej złości, będzie nieobliczalny. - Ben. Musimy go jak najszybciej odnaleźć.

Rozdział 20

Chorwacja, mieszkanie Milany w Zadarze

Nie chciał zostawiać jej samej, a marsz z tą kulawą istotką trwałby zbyt długo. W krótkich żołnierskich słowach wyjaśnił jej, że czas, który zajmie mu dojście do swojego apartamentu, spakowanie się i przyjazd tu samochodem, ma wykorzystać na przygotowanie się do podróży, a na wyjaśnienia będzie lepszy moment. Kazał jej zamknąć dokładnie drzwi, wszystkie okna i spuścić rolety. Kiedy wróci, zapuka w umówiony sposób, tak jak od wieków robili to ich przodkowie w potrzebie konspiracji. Wyszedł, nie oczekując na odpowiedź. Nie usłyszał też słowa protestu, co znacznie ułatwiało sprawę i nie wprowadzało dodatkowego zamętu. Mimo, że nic nie mówiła, cały czas nie schodził z jej twarzy uśmiech, który był najlepszym komentarzem za wszystkie niewypowiedziane słowa. Widział w nim poczucie bezpieczeństwa i oparcia, którego chyba bardzo potrzebowała, a którego miał być źródłem. Może zbytnio na wyrost, ale uznał, że to miłe uczucie móc dawać taką siłę.

Wychodząc z domu Milany, zabrał ze sobą płócienną torbę, którą wypełnił małą poduszką z kanapy w salonie. Jak można się było spodziewać, na ulicy oczekiwali tajemniczy ludzie w dwóch samochodach. Nawet specjalnie nie starali się kryć. Miał pomysł, jak mu się wydawało, całkiem prosty, na odzyskanie foliowej torby z pistoletem. Przechodząc koło szczytu bloku, skręcił w lewo, żeby znaleźć się na tyłach w pobliżu miejsca, gdzie ją wyrzucił. Gdy już zlokalizował zarośla na stoku, w których powinienem jej szukać, na potrzeby obserwujących go osobników, zaczął panicznie rozglądać się i przytupywać nerwowo, jak tylko może przytupywać facet ogarnięty nagłą potrzebą fizjologiczną. Podreptał w poprzek stoku w stronę ustalonego miejsca. Jasna torba foliowa od razu przykuła jego wzrok. Leżała w wysokiej do pół łydki trawie u stóp wysokich chaszczy, które zamortyzowały jej upadek. Torbę, którą niósł na ramieniu położył na ziemi tuż obok. Celowo jej wcześniej nie zapinał, żeby nie utrudniać sobie życia. Starał się ocenić odległość, jaka mogła dzielić go od ulicy i ewentualnych ciekawskich, którzy pewnie teraz mu się przyglądali. Nie było chyba więcej niż 20-30 metrów.

Cały plan wziął w łeb, kiedy z sąsiedniego balkonu, wygrażając pięścią pomstowała w kierunku Igora jakaś starsza kobieta. Wykorzystał ten moment i schylając się po torbę, błyskawicznie zamienił poduszkę na pakunek. Zarzucił ją sobie na ramię i ostentacyjnie zapinając suwak w spodniach, odmachnął jej z dezaprobatą. - Jeszcze teraz brakuje mi policji na głowie i mandatu za szczanie po trawnikach - pomyślał.

Czym prędzej postanowił się oddalić. Teraz nawet bardzo pośpieszny krok był jak najbardziej usprawiedliwiony. Nie starał się zgubić obserwacji i tak naprawdę nie był pewien, czy za nim poszli. Nie chciał się obcinać, żeby nie wzbudzać niepotrzebnie dodatkowych podejrzeń i nerwowości. I tak nie miał większych szans, żeby ich zgubić w obcym dla siebie mieście. Nie było zresztą na razie powodów, żeby to robić.

Spakowanie się nie zajęło mu dużo czasu. Szybko też odnalazł właściciela i uregulował należność za pobyt. Nie był zbyt szczęśliwy z tego powodu. Miał nadzieję na większe zyski. Przyprowadził w pobliże samochód z parkingu i pięć minut później wyruszył w stronę domu Milany.

Chciał po drodze zidentyfikować swoich "pilnowaczy", ale niczego i nikogo podejrzanego nie dostrzegł. - Albo są tak dobrzy, albo mnie odpuścili - pomyślał. W kilka minut był pod blokiem, z którego niedawno wychodził. Okna mieszkania były zasłonięte żaluzjami, jak prosił. Zaparkował samochód na ulicy ustawiony tak, by móc jak najszybciej odjechać.

Stanął przed drzwiami do mieszkania i zastukał w umówiony sposób. Cisza. Zastukał jeszcze raz. Znów bez odzewu. Serce zaczęło mu walić tak, jakby chciało się wyrwać na zewnątrz.

- Milana! - zawołał i uderzył otwartą dłonią w drzwi.

Niedomknięty zamek puścił i drzwi bezszelestnie otworzyły się na oścież. Wszedł bardzo ostrożnie do mieszkania. W progu holu stała granatowa walizka na kółkach. Była otwarta i rozbebeszona. Rzeczy Milany walały się po podłodze. Poduchy foteli i sofy były porozrzucane. Całe mieszkanie wyglądało jakby przeszło przez nie tornado. Z wszystkich możliwych szafek powyrzucano na ziemię całą ich zawartość.

- Milana! - wołał, mając nadzieję, że usłyszy jej głos.

Coraz szybciej i bardziej nerwowo biegał po mieszkaniu, szukając jej. Zdyszany z emocji i wysiłku stanął bezradny na środku salonu. Myśli jak szalone pędziły pośród najgorszych przeczuć. Nie potrafił zebrać ich do kupy. Poczuł namiastkę tego uczucia, które towarzyszyło mu, gdy stracił Julkę. Walczył z nim, bo wiedział, że jest obezwładniające. Nie potrafił jednak uciec od poczucia winy. Znów zostawił bez opieki kogoś... Właśnie zdał sobie sprawę z tego, że Milana nie była mu obojętna... Nie był pewien, czy dobrze się z tym czuje... Natłok i nasilenie chaotycznych myśli spowodowały paraliż. Nie potrafił racjonalnie sklecić sensownej myśli. Pocieszał się faktem, że zdawał sobie jeszcze sprawę ze stanu swoich emocji. Musiał tylko znaleźć sposób na ich opanowanie.

Pewnym było w tej chwili jedynie to, że Milany nie było w mieszkaniu. Niemal pewnym było to, że nie wyszła z niego dobrowolnie... Zaczynał wracać do przytomności umysłu... - Zdążyła uciec? Porwali ją? - pomyślał. Podskoczył na nagły odgłos alarmu samochodowego. Wybiegł z mieszkania i zatrzasnął za sobą drzwi.

Był już na ulicy, kiedy młody mężczyzna siłujący się z drzwiami samochodu Igora zauważył, że się zbliżał i zaczął uciekać. Mógł się domyślić, kim był albo dla kogo pracował, ale nie miał też najmniejszej ochoty, żeby go ścigać. Poza porysowaną szybą na wysokości zamka w przednich drzwiach nie zauważył innych zniszczeń. - Mało finezyjne - pomyślał, wsiadł do wozu i włączył silnik.

Musiał zacząć reagować i analizować odrobinę szybciej. Ruszył przed siebie. - Zgłoszenie zaginięcia Milany mijało się z celem. Byłoby to marnotrawstwo czasu, a zarazem kpina, gdyby sądził, że policja o tym nie wie. Wie lepiej niż ktokolwiek inny. Co robić? Co robić? Przecież tak jej nie zostawię - gorączkowo rozmyślał.

Ani przez moment nie dopuścił do siebie myśli o tym, że mogła już nie żyć. Tłumaczył sobie to tym, że jej śmierć nie jest głównym celem dla tych ludzi... o ile w ogóle nim jest. Gdyby chcieli ją zabić, leżałaby tam w mieszkaniu martwa, na plecach Igora wpadliby tam policjanci i zostałby pierwszym podejrzanym. Nic prostszego. Po drugie, jak przeanalizował to, co stało się przed jej domem, był niemal przekonany, że Milana w tym zamachu nie miała zginąć. To miało być ostrzeżenie. Jak inaczej wytłumaczyć fakt, że facet ładuje pół magazynka w samochód z odległości dwóch metrów, a nie w Milanę stojącą metr obok. Po trzecie nie znaleźli w jej mieszkaniu tego, czego szukali. Pistolet w porę... - O, kurwa! - zaskoczył z opóźnieniem i sięgnął pod fotel pasażera. Foliowa torba z zawartością była na miejscu. Odetchnął z wielką ulgą. - Ty skończony idioto - skomentował własne odbicie we wstecznym lusterku.

Jechał ulicami Zadaru w kierunku wyjazdu z miasta, kiedy zadzwonił telefon. Zjechał na chodnik. Na wyświetlaczu, przy pulsującej słuchawce napisane było MILANA. Przez moment naiwnie pomyślał, że rzeczywiście, kiedy odbierze, usłyszy ją po drugiej stronie. Nacisnął zieloną słuchawkę i nie odzywając się, przyłożył telefon do ucha. Przez chwilę po obu stronach była cisza. Wydawało mu się, że słyszy szum jadącego samochodu.

- Jesteś tam, Polaczku? - odezwał się męski głos po angielsku z bałkańskim zaśpiewem.

- Jestem. - Zachowywał spokój. - Z kim rozmawiam? - zapytał bez wiary w uzyskanie odpowiedzi.

- Chyba nie sądzisz, że ci się przedstawię..., ale nazywaj mnie Marko. - Zdecydował się.

- Gdzie jest Milana?

- Spokojnie. Jest ze mną. Chciała ci coś powiedzieć. - Z telefonu dochodziły głuche odgłosy szamotaniny, a w tle głos tego Marko, który starał się uspokoić Milanę i namówić do rozmowy. Po dłuższej chwili w słuchawce usłyszał jej głos. - Igor! Na nic się nie zgadzaj... - Znów odgłosy szamotaniny i ponownie głos Marko... - Poznajesz swoją ukochaną? - zarechotał obleśnie. - Zaopiekuję się nią. Nie musisz się obawiać. - Cały czas się śmiał. - Nic się jej nie stanie, jeśli będziesz mądry.

- Tego jestem pewien. - Wielkim wysiłkiem starał się zachować spokój. Przy tak ściśniętym gardle, zaciśniętych zębach i wściekłości na własną bezradność... to był wyczyn.

- Czego jesteś taki pewien? Że się nią zaopiekuję, czy że będziesz mądry? - Porywacz świetnie się bawił.

- Tego, że nie muszę się obawiać o Milanę. Po pierwsze dlatego, że bardzo chcesz coś ode mnie dostać i nie zaryzykujesz swojej głowy. A twój pan obetnie ci ją, jeśli mu tego nie przywieziesz, prawda? I po drugie dlatego, a to już całkiem prywatnie, że nie jesteś sobie nawet w stanie wyobrazić, jak to będzie cię bolało, kiedy się wreszcie spotkamy. Uwierz mi. Ja nie mam nic do stracenia.

Po drugiej stronie zapadła cisza wróżąca albo niezbyt wielką lotność porywacza, który dostał zbyt dużą dawkę informacji i potrzebuje czasu, żeby je przetrawić, albo Igor przesadził i facet całkowicie stracił poczucie humoru.

- Czekaj pod telefonem na dalsze instrukcje, jeśli miłe ci życie tej dziewczyny! - całkiem poważnym głosem oznajmił i się rozłączył.

Igor pozostał sam na sam z bezsilnością.

Rozdział 21

Warszawa

Mucha nie miał złudzeń, co do tego, w której drużynie grał Bejnar. Nie łudził się również, że pozostawi mu transport koki w prezencie. Przeanalizował wszystkie dotychczas zdobyte informacje na jego temat i te, które zdążył od niego wyciągnąć na Bornholmie. Nie wyglądało to zbyt obiecująco. Nie docenił go. Pozory, jakim dał się zwieść podczas spotkania na wyspie, powiodły go w złą stronę.

Bejnar był cwańszy i bardziej przebiegły niż mogło wskazywać jego zachowanie. Błyskawicznie wykorzystał sytuację. Ból po stracie ukochanej osoby szybko przekuł w niezwykle korzystną sytuację. Nikt lepiej od niego nie znał specyfiki kontaktów z Kolumbijczykami. Poznał ich wystarczająco wielu osobiście, żeby kilka z tych znajomości zaowocowało wzajemnym zaufaniem i pewnego rodzaju sympatią. Nie było przy tym, co prawda, mowy o zadzierzgnięciu wielkich przyjaźni, ale spędził tam wystarczająco dużo czasu, żeby zrozumieć, gdzie są granice poufałości i biznesu, który nie zna litości. Aż nadto zdążył poznać, jak niewielką wartość ma życie człowieka w południowoamerykańskiej dżungli. Był parokrotnie świadkiem, celowej demonstracji, zadawania śmierci tym, którzy okazali się nielojalni i popełnili grzech współpracy z policją albo konkurencją. Ci potomkowie konkwistadorów i Indian z uśmiechem na twarzach demonstrowali, do jakiej maestrii w niesieniu powolnej śmierci doszli latami praktyki i z jakim smakiem delektują się sprawiając ból. Szybko zrozumiał, że jego życie jest warte jedynie tyle, ile wart jest kontrakt i dostawa kokainy do celu w Europie. Nie odnalazł wśród poznanych Kolumbijczyków takich, dla których istniały inne wartości niż pieniądze, dające poczucie względnego bezpieczeństwa i władza, która wynikała z ich posiadania. Zasada była bardzo prosta. Rządzi ten, kto jest najsilniejszy, a najsilniejszym jest ten, kto ma wystarczającą ilość pieniędzy, aby kupić sobie policję, wojsko, partyzantów i święty spokój... aż do momentu, kiedy ktoś nie postanowi go zabić i zająć jego miejsce.

Danielowi Bejnarowi bardzo trudno było uwierzyć, że tak jak na tym skrawku lasu tropikalnego, dającego wyśmienite schronienie, może być w całej Kolumbii i pozostałych krajach tej części świata, żyjącej w cieniu krzaków koki. O tym, że nie jest to do końca prawdziwe oblicze tego kraju, przekonał się, gdy poznał na tyle język hiszpański, by móc porozumiewać się z biegłością pozwalającą na swobodną wymianę myśli. Wielu spośród tych, których poznał bliżej, pochodziło z różnych zakątków tego kraju i dzięki nim dowiedział się o istnieniu innego życia, które można porównać, choć w niewielkim stopniu, do standardów europejskich. Duże miasta tętniące cywilizacyjnym rozwojem stały w wielkim kontraście do obiegowej opinii o Kolumbii wstrząsanej wojną domową. Ale jak każdy rozwój i ten miał swoją cenę. Koszty są olbrzymie, bo opłacone w dużej mierze zyskami z handlu "Białą Damą". Czy to wojsko, policja, lewicowa partyzantka czy prawicowa milicja, wszyscy oni istnieją, są w całości lub części, oficjalnie bądź po kryjomu finansowani z tych źródeł i dla zachowania z nich zysków funkcjonują i walczą między sobą. Błędne koło, którego nikt nie potrafi, albo nie chce przerwać. Jeszcze nikt w tym rejonie świata nie wymyślił bardziej intratnego biznesu. Koszt wyprodukowania kilograma kokainy to około czterdzieści dolarów, a ten sam kilogram, na ulicach europejskich i północnoamerykańskich miast kosztuje już około czterdziestu tysięcy dolarów. Rachunek jest prosty.

Teraz każda grupa przestępcza w Polsce, która chciała się zaopatrzyć w kokę, musiała prędzej czy później wpaść na Daniela Bejnara. Wyglądało na to, że silna ręka nowego numeru pierwszego w tej branży, bardzo szybko opanowała sytuację i nie doprowadziła do chaosu spowodowanego brakami na rynku. Musiał zareagować błyskawicznie, skoro tak szybko został zaakceptowany przez środowisko i namaszczony prawowitym następcą Kopańskiego. Poza nielicznymi śmiałkami, którym "żołnierze" Bejnara błyskawicznie wyjaśnili sporne kwestie, nie było wystarczająco silnych, aby mu się przeciwstawić.

Mucha zastanawiał się długo nad intencjami Bejnara i jego determinacją w odzyskaniu ładunku koki. Doszedł do wniosku, nie lekceważąc przeciwnika, że powód musi być bardziej istotny niż pierwotnie mogłoby się wydawać. Tu z pewnością nie chodzi tylko o finansowe zyski z tego olbrzymiego transportu, ale o coś więcej. Ma przecież świadomość tego, że sprzedał wystarczającą ilość informacji na ten temat ABW i DEA, żeby oczekiwać wielkich kłopotów. Mimo to jednak podjął ryzyko, choć najspokojniej w świecie mógł odpuścić i zorganizować sobie kolejny transport po odczekaniu paru nerwowych chwil. Tym bardziej wydawałoby się to mądrym posunięciem, że osoba odpowiedzialna za organizację transportu i dostarczenie ładunku na miejsce leży w tej chwili w którejś z chorwackich kostnic i przyzwyczaja się do piekielnych ciemności. Niczym nie ryzykował. Powód musiał być zaiste istotny.

Darek miał teraz na głowie skoordynowanie działań BKA i ABW. Nie było to proste, zważywszy na ilość dokumentów, jakie należało przy tym wytworzyć. Dzięki Bogu, Jarek, jego przełożony, potrafił tak wszystko zorganizować, że większość pisaniny zlecił młodym adeptom sztuki, którzy coraz częściej zachodzili w głowę, czy po to przyszli do tej roboty. Póki co, traktowali to, jako konieczne przystosowanie, które trzeba po prostu przetrwać. O naiwni!

Do przejęcia pod obserwację ładunku na terenie Polski zaprzęgnięto chyba całą dostępną w firmie moc i wszelkie możliwe środki. Śmiano się, że od 1945 roku nad Odrą nie zgrupowano tyle siły zbrojnej, co teraz. Darek utrzymywał kontakt bezpośrednio z Franzem, co nie było do końca po myśli kierownictwa, które stało na stanowisku, że jedynie forma pisemna przekazywanych informacji ma istotne, bo przeliczalne na strony i tomy znaczenie. Bezpośredni i nienadzorowany kontakt oficera z przedstawicielami obcych służb nie był mile widziany. Brak zaufania do własnych podwładnych to coś, czym przesiąkły kolejne pokolenia w tej służbie.