COLBY
Rok temu
Wchodzę po schodkach prowadzących na dużą werandę nowego domku nad jeziorem w Minnesocie należącego do mojego przyjaciela - i kolegi z drużyny - i rozglądam się z podziwem. Razem ze mną wchodzą dwaj inni kumple, rzuca mi się w oczy, jak wielka jest ta weranda, z mnóstwem miejsca dla trzech potężnych, zawodowych hokeistów. A to nie byle co.
- Fajna miejscówka - mówię do Bruce'a i Remy'ego.
Ford Remington, kapitan drużyny D.C. Eagles, ale dla mnie i pozostałych chłopaków z drużyny po prostu Remy, kiwa potakująco głową. Wieczorny wietrzyk delikatnie porusza jego krótkimi ciemnymi włosami.
Mój drugi kolega z drużyny - i według mnie najlepszy bramkarz w całej NHL - Bruce McBride z szerokim uśmiechem zaczyna tańczyć do dźwięków dochodzącej ze środka muzyki. W przeciwieństwie do naszego kapitana włosy ma jasne i niesforne.
Słyszę sygnał nadejścia wiadomości i wyjmuję telefon z kieszeni dżinsów, aby ją odczytać.
Numer nieznany: Hej, Colby! Z tej strony Laci. Masz ochotę spotkać się później?
Nucąc pod nosem, odpisuję olśniewającej rudowłosej dziewczynie, obok której siedziałem w samolocie. A ja się martwiłem, że w Minnesocie będzie nudno.
Colby: Pewnie, w którym hotelu się zatrzymałaś? Moglibyśmy skoczyć na drinka.
Laci: Świetny pomysł.
Szczerze? To jest za proste. Kobiety nie stanowią dla mnie żadnego wyzwania.
Kiedy podnoszę wzrok znad telefonu, dostrzegam, że Bruce i Remy się we mnie wpatrują. Na twarzy tego drugiego maluje się irytacja. Uśmiecham się przepraszająco, po czym robię krok do przodu i kładę dłoń na klamce.
Remy szturcha mnie mocno łokciem, na co ja zabieram rękę z klamki.
- Auć! Za co to było?
Stojący po mojej drugiej stronie Bruce chichocze.
- Myślę, że to jego sposób na przekazanie ci, abyś zadzwonił, a nie bezceremonialnie wparował do środka.
- Kto cię wychowywał, Knight? Wilki? - pyta mnie Remy z rękami skrzyżowanymi na piersiach.
Mam mu ochotę przypomnieć, że zostałem wychowany przez surową włoską matkę, lecz zamiast tego w teatralny sposób wyrzucam w górę ręce.
- Kurde. West napisał, że przyjęła oświadczyny i że możemy teraz wszyscy świętować. - Zza drzwi dobiega śmiech potwierdzający, że impreza toczy się bez nas. Unoszę brwi. - Widzisz?
Ignorując mnie, Remy robi krok do przodu i wciska dzwonek, po czym cofa się i czeka w jednym szeregu ze mną i Bruce'em. Sądząc po muzyce i hałasie, nikt nawet nie usłyszał dzwonka. Powoli odwracam głowę i posyłam Remy'emu spojrzenie pełne irytacji.
Z jękiem ponownie wciska dzwonek. Czekamy, nikt jednak nie podchodzi do drzwi.
Kątem oka widzę, że Bruce drapie się po głowie.
- Nie wydaje mi się, aby ktoś miał nam otworzyć, kapitanie.
Remy bierze się pod boki.
- Dziwnie się czuję na myśl o wtargnięciu do czyjegoś domu.
Wzdycham, po czym nachylam się i pukam mocno do drzwi. Tym razem się otwierają.
Na dworze jest ciemno i dopiero po chwili mój wzrok przyzwyczaja się do intensywnego, wylewającego się za próg światła. I kiedy tak się dzieje, w mojej głowie pojawia się myśl, że umarłem i trafiłem do nieba. Przede mną stoi prawdziwy anioł. Najpiękniejsza kobieta, jaką w życiu widziałem. A jestem zawodowym hokeistą, więc możecie mi wierzyć, że spotykam całe mnóstwo pięknych kobiet. Jej delikatną twarz okalają krótkie złote pukle, a światło dochodzące zza niej spowija jej głowę i całą postać anielską poświatą.
Do końca życia będę pamiętał chwilę, w której po raz pierwszy ją ujrzałem. Chwilę, w której uświadomiłem sobie, że istnieje miłość od pierwszego wejrzenia.
Uśmiecha się, a ja o mały włos się nie przewracam. Idealne usta odsłaniają idealne białe zęby. Jako że w czasie swojej kariery miałem okazję widzieć całkiem sporo wybitych zębów, jest to coś, na co zawsze zwracam uwagę. Gdyby nie współczesna dentystyka, mój uśmiech byłby szczerbaty. Ale jestem płytki i od razu dałem sobie wstawić implanty. Dzięki tej twarzy zarabiam kasę.
Z miejsca zapominam o pozostałych osobach na naszej orbicie. Puszczam do nieznajomej oko i obdarzam ją szerokim uśmiechem... tym, który wiem, że prezentuje moje dołeczki.
- Hej, aniele. Możemy wejść?
Jedna z jej jasnobrązowych brwi lekko się unosi. Ale to wystarczy, aby mi pokazać, że ta laska ma charakterek.
Nawet lepiej.
- Możesz mi powiedzieć, do kogo należy ten dom? - pyta, w niesamowicie seksowny sposób odgrywając rolę strażniczki.
- Do Westona Kershawa i Melanie - odpowiadam.
Opiera się o futrynę, nie odrywając ode mnie brązowych oczu.
- A jak brzmi nazwisko Mel?
Wzruszam ramionami.
- Potrzebujesz także ich dat urodzenia?
Śmieje się, po czym odkleja się od futryny i robi krok w bok, abyśmy mogli wejść. Jak na tak drobną kobietkę jest z niej wyśmienity bramkarz.
Patrząc jej w oczy, pozwalam, aby moi koledzy weszli do domu, po czym powoli także przekraczam próg. Otwarcie lustruję wzrokiem sylwetkę nieznajomej, ona zaś oblewa się rumieńcem. Zadziorna i jednocześnie nieśmiała? To kobieta moich marzeń.
Zatrzymuję się przed nią i wyciągam rękę.
- Colby Knight.
Niechętnie podaje mi dłoń.
- Noel Woodcock.
Krztuszę się śliną.
- Przepraszam, Noel Wood... co?
Prostuje się i puszcza moją rękę.
- Powiedziałam - teatralnie odchrząkuje - Noel Woodcock. Doktor Woodcock.
Ponownie się krztuszę.
- Doktor Woodcock...?
Przyszpila mnie spojrzeniem, które jest jednocześnie zjadliwe i absurdalnie seksowne.
- Widać, że jesteś wyjątkowo dojrzały.
Po tych słowach odwraca się na pięcie i zaczyna oddalać.
Udaję się za nią jak podekscytowany szczeniak, domagający się jej uwagi.
- Skąd znasz Westa i Mel?
- Jestem najlepszą przyjaciółką Mel, poznałyśmy się na studiach. A teraz razem mieszkamy.
Mówi to, nie zatrzymując się, i nie zaszczyca mnie nawet jednym, rzuconym przez ramię spojrzeniem.
Nagle przystaje, odwraca się w moją stronę... i jej klatka piersiowa zderza się z moją. Jest wysoka, choć nie tak jak ja. Wyższa jednak od większości kobiet. Idealny wzrost do całowania bez konieczności zbytniego pochylania się z mojej strony.
Przygląda mi się uważnie.
- A skąd ty znasz Westa i Mel?
- Gramy z Westem w jednej drużynie - odpowiadam z szerokim uśmiechem.
Mina od razu jej rzednie.
- Jesteś hokeistą?
- Tak, aniele. Do twoich usług. - I wykonuję ukłon.
- Och - bąka.
Raz jeszcze lustruje mnie wzrokiem, po czym się odwraca.
Patrzę za nią osłupiały. Co ja takiego zrobiłem? Kobiety rzadko mnie odrzucają... a już na pewno nie spotkałem się jeszcze z taką reakcją po tym, jak przyznałem, że jestem zawodowym sportowcem. Na kobiety działa to zazwyczaj jak lep na muchy.
Ale coś mi mówi, że Noel - przepraszam, doktor Woodcock - nie jest typową kobietą.
Moją uwagę zwraca głos przyjaciela dobiegający z przeciwnego końca pomieszczenia. Zerkam w jego stronę i widzę, że rozpromieniony West obejmuje w talii swoją świeżo upieczoną narzeczoną. Obok nich stoją Bruce i Remy. Bruce mówi o czymś z ożywieniem, Remy zaś życzliwie się uśmiecha. Zakładam, że składają gratulacje dopiero co zaręczonej parze. Dociera do mnie, że znajduję się pośrodku otwartej przestrzeni jadalniano-kuchenno-salonowej i że wszyscy się we mnie wpatrują, za bardzo byłem jednak wcześniej skupiony na jasnowłosej Noel, aby zauważyć inne osoby.
Robię trzy długie kroki, mijając tuzin ludzi, przypuszczalnie członków rodziny Westa i Mel, podchodzę do narzeczonych i zatapiam ich oboje w niedźwiedzim uścisku.
- Gratulacje!
- Colby - krztusi się Mel z twarzą gdzieś pod moją pachą.
W przeciwieństwie do Noel Mel jest filigranowa. Odsuwam się, pozwalając jej zaczerpnąć powietrza.
- Sorki, Mel.
Śmieje się, a West raczy mnie kuksańcem.
- Przestań próbować dusić moją żonę.
- Stary, ona nie jest nawet jeszcze twoją żoną.
Mel znowu się śmieje, a West troskliwie ją obejmuje. Coś na końcu pomieszczenia zwraca jej uwagę i Mel woła:
- Noel! Chodź poznać chłopaków!
Odwracam głowę, aby na nią spojrzeć. Rozmawia właśnie w kuchni z mamą Westa. Przez chwilę się waha, po czym rusza w naszą stronę. Jej ruchom towarzyszy gracja i przypomina mi to elegancki sposób poruszania się łyżwiarzy figurowych. Kiedy byłem mały, obserwowałem ich przed treningami hokeja.
Gdy Noel dołącza do naszego kręgu i staje między mną a Mel, posyła mi spięty uśmiech.
- Panowie, to moja najlepsza przyjaciółka, Noel - przedstawia ją Mel i wskazuje na Bruce'a. - To jest Bruce, bramkarz D.C. Eagles i znawca muzyki z lat osiemdziesiątych.
Bruce z szerokim uśmiechem wyciąga wielką rękę i ściska dłoń Noel. Cały się spinam, kiedy obserwuję, jak jej dotyka. Zaskakuje mnie to, ponieważ nie należę do osób zazdrosnych ani zaborczych. Ale widok czyjejś ręki obejmującej jej dłoń sprawia, że ściska mnie w żołądku.
Noel się uśmiecha.
- Wiele o tobie słyszałam!
Następny zostaje przedstawiony Remy.
- Remy jest kapitanem drużyny i dba, aby ci wszyscy faceci trzymali się z dala od kłopotów.
Remy kiwa głową, następnie wymienia z Noel szybki uścisk dłoni.
Niech mu będzie.
- A to jest Colby! - Mel puszcza do mnie oko. - Niech cię nie zwiedzie jego psotny uśmiech. Ten facet rzuciłby wszystko, gdyby któryś z jego przyjaciół znalazł się w potrzebie.
Jestem wzruszony jej słowami i tym, że w krótkim czasie tak dobrze mnie poznała. Kobiety zazwyczaj dostrzegają jedynie moją twarz albo zarobki. Z dziwnym skrępowaniem tym, że moja przysłowiowa maska na chwilę opadła, zbywam śmiechem słowa Mel i zarzucam rękę na ramiona Noel.
- Hej, aniele.
Przewraca oczami i odsuwa się ode mnie. Kieruje swoją uwagę w stronę Bruce'a i Remy'ego i obdarza ich przyjaznym, megawatowym uśmiechem.
- Miło oficjalnie was poznać! - Kątem oka zerka na mnie. - Większość z was.
Co facet musi zrobić, aby zasłużyć na jeden z tych megawatowych uśmiechów?
Podczas gdy Noel skupia się na moich kolegach z drużyny, korzystam z okazji i porządnie lustruję ją wzrokiem. Wcześniej za bardzo się skoncentrowałem na jej wzroście i twarzy i umknął mi pełen efekt. Jest boso, co mnie zaskakuje. Jestem przyzwyczajony do kobiet w szpilkach, które i tak są ode mnie niższe o co najmniej dwadzieścia centymetrów. Noel ma na sobie krótkie dżinsowe spodenki ze złotymi guzikami, co nadaje jej wygląd seksownej żeglarki. W szorty wsunięty jest top w granatowo-białe paski i całość tworzy prosty, lecz pełen klasy, letni strój. Moje spojrzenie ześlizguje się na jej niemożliwie długie, szczupłe nogi i wpatruję się w nie o kilka sekund za długo, ponieważ słyszę chrząknięcie. Podnoszę wzrok i widzę, że przygląda mi się sama doktor Woodcock. Ręce zdążyła skrzyżować na piersiach.
Kurde, możliwe, że wytrzymałbym na studiach nieco dłużej, gdybym miał wykładowczynię równie oszałamiającą jak ta kobieta - i gdybym na trzecim roku nie został zwerbowany przez Eagles.
Usta wyginają mi się w uśmiechu, który, mam nadzieję, ukrywa moją konsternację. Noel jest zupełnie inna od kobiet, które zazwyczaj zwracają moją uwagę. Zastanawiam się, co ona ma w sobie takiego, co przyciąga moją uwagę - oprócz seksownego jak diabli vibe'u z Wyspy Gilligana, który zapewnia jej ten strój.
Włosy ma krótkie, pewnie nawet krótsze niż Bruce, dzięki czemu jej długa, smukła szyja pozostaje odsłonięta. Do tego są kręcone, co nadaje jej wygląd niewiniątka. Jej oczy mają barwę złotego brązu... barwę miodu.
Noel sprawia wrażenie niewinnej, inteligentnej i wyrafinowanej... a mimo to kryje się w niej także osoba twardo stąpająca po ziemi. Coś mi mówi, że można ją zabrać zarówno do restauracji z gwiazdką Michelina, jak i na rolki, a jej spodoba się i jedno, i drugie.
Mój pociąg do niej jest zagadką. Przypuszczalnie wszystko rozbija się o fakt, że ta kobieta stanowi wyzwanie. Nie jestem przyzwyczajony do tego, że muszę się za kimś uganiać - zawsze wygląda to odwrotnie. Ale nie w przypadku Noel.
Do naszej grupy dołączają rodziny Melanie i Westa. West na chwilę znika, po czym wraca ze spersonalizowanymi czerwonymi bluzami hokejowymi dla nas wszystkich. Na ich plecach widnieje napis Wesanie, stanowiący połączenie ich imion.
Zakładamy bluzy, a w tym czasie zjawia się dostawca z pizzami. Gdy jemy, rodziny Westa i Mel opowiadają historie z czasu ich dorastania. Zastanawiam się, jak by to było poślubić swoją sympatię ze szczenięcych lat. Brat Mel, Harrison, który tak się składa, że jest także najlepszym przyjacielem Westa, wygląda na skrępowanego, kiedy West milion razy podczas tego wieczoru całuje jego małą siostrzyczkę. Sam mam młodszą siostrę i jestem przekonany, że kiedy dorośnie, będę się zachowywał tak samo. Ale i tak nie potrafię powstrzymać chichotu.
Staram się ignorować Noel. Jest dla mnie stanowczo zbyt anielska. Ale moje spojrzenie odruchowo śledzi każdy jej krok, a moje ciało jest dojmująco świadome jej obecności. Kiedy wychodzi z pokoju, od razu to wiem. Kiedy wstaje - to samo. Kiedy ziewa i przeciąga się niczym zaspana kotka... ja to wiem. Od kiedy patrzenie, jak dziewczyna ziewa, sprawia, że mam ochotę ją pocałować? Albo wziąć ją śpiącą na ręce i zanieść do łóżka?
Kręcę głową, odsuwając od siebie te myśli. Wmawiam sobie, że to tylko crush. Że za godzinę, albo i szybciej, on minie.
Ale tamtego wieczoru nie wyskoczyłem z Laci na drinka.
ROZDZIAŁ 1
COLBY
Trzy miesiące temu
Wieczór kawalerski Westa. Nasz chłopak chciał czegoś stonowanego i to właśnie dostał. Tylko dlatego, że zamiast mnie na świadka wybrał najlepszego przyjaciela z dzieciństwa, Harrisona.
Pływamy na dmuchanych kołach. West i Mel wyprawiają ślub w swoim domu nad jeziorem w Minnesocie, ale my, faceci, mamy go dzisiaj tylko dla siebie. Wszyscy trzymamy w rękach puszki z piwem, z wyjątkiem Mitcha, głównego obrońcy Eagles. On nie pije alkoholu i zamiast piwa ma butelkę z wodą. Z głośników przestrzennych, które West zainstalował w zeszłym roku krótko po zakupie tego domu, gra muzyka country.
To zdecydowanie najbardziej przyzwoity wieczór kawalerski, w jakim kiedykolwiek brałem udział. Nie będę kłamał, jest to odświeżające. West nie czuje potrzeby, aby spędzić ostatni szalony wieczór przed związaniem się z kimś na zawsze. On tak tego nie postrzega. Nie może się doczekać, aż poślubi Mel, która jest dla niego wszystkim. Nie interesują go tańce z innymi kobietami ani wijące się wokół niego laski.
Łączy ich coś prawdziwego. Coś, czego nie uważałem za możliwe, dopóki nie zobaczyłem, jak mama zakochała się i ponownie wyszła w zeszłym roku za mąż, no i póki nie miałem okazji obserwować, jak rozwija się związek Westa i Mel.
Koło Mitcha zderza się z moim. Wyciągam rękę i stukam puszką jego butelkę z wodą.
- Nadal nie mogę uwierzyć, że jesteś jednym z drużbów Westa - mówię, pamiętając o tym, jak przez cały zeszły rok się nie znosili.
- Nie ty jeden. - Zerka na zegarek. - Czy naprawdę muszę zostać tu na noc? - pyta szeptem. - Mamy po osiem lat?
- Wieczory kawalerskie to zazwyczaj imprezy na całą noc, Mitch.
Słyszy mnie Bruce i podpływa bliżej nas.
- Stary, wieki całe minęły, odkąd brałem udział w piżama party! Powinniśmy częściej to robić.
Remy'ego dzieli od nas kilka metrów. Nie wykonuje żadnego ruchu, aby do nas podpłynąć; zamiast tego przewraca oczami.
West przekręca się na brzuch i młócąc w wodzie nogami, zbliża się do nas. Puszkę z piwem trzyma wysoko, tak by nie dostała się do niej woda.
- To nie żadne piżama party! Jesteśmy mężczyznami!
Bruce nadyma się i jeszcze głębszym basem dudni:
- Sorry, męskie piżama party.
Wszyscy się śmiejemy, nawet usta wiecznie naburmuszonego Mitcha wyginają się w uśmiechu.
West uderza się pięściami w klatkę piersiową niczym Tarzan.
- Zgadza się! Przypomnijcie mi, o której godzinie odbywa się bitwa na poduszki?
Harrison, którego koło unosi się na wodzie blisko Remy'ego, posyła Westowi ponure spojrzenie.
- Zapomnij o bitwie na poduszki, West.
Bruce chichocze.
- Możesz ją sobie urządzić jutro w nocy.
W mocno przesadzony sposób puszcza oko, otwierając przy tym usta.
- O tak! - Wyszczerzam zęby w uśmiechu. - Może nawet w bieliźnie, jeśli ci się poszczęści.
Bruce porusza sugestywnie brwiami.
- Albo i bez.
Harrison krztusi się piwem. Kilka razy uderza się pięścią w mostek.
- Przestańcie! To moja siostra!
Bruce się wzdryga.
- No tak, zapomniałem. Sorki, stary.
Mitch odpływa z jękiem w stronę Harrisona i Remy'ego. Oczywiście jest zbyt dorosły i poważny, aby być w tej chwili z nami.
- Wy, staruszkowie, delektujcie się chwilą spokoju. Impreza odbywa się jednak tutaj! - wołam.
Odpowiadają mi rozdrażnione spojrzenia.
- Przez cały wieczór będziemy grali na xboksie w NHL, prawda? - pyta West, sprawiając wrażenie nieco zbyt podekscytowanego perspektywą siedzenia i grania.
- Och. - Wysuwam dolną wargę. - Nie jestem pewny. Twoim świadkiem jest Harrison, jego musisz o to zapytać.
West parska śmiechem, po czym wyciąga rękę i mierzwi mi wilgotne włosy.
- Ale z ciebie dzieciuch. Zachowuj się tak dalej, a zamiast drużbą będziesz moim chłopcem sypiącym kwiatki.
Unoszę wyzywająco podbródek.
- Jeśli chcesz wiedzieć, to świetnie bym sobie poradził w tej roli.
Bruce i West się śmieją, a moje udawane dąsy także zamieniają się w śmiech.
- No dobra, to jak się jutro ubierają druhny? - pytam, próbując sobie wyobrazić, jak może wyglądać Noel.
Odkąd poznałem ją w zeszłym roku, wielokrotnie miałem okazję się z nią widzieć, jako że zawsze orbituje blisko Mel. Jednak mimo podejmowanych przeze mnie prób flirtowania nadal zachowuje się tak, jakby była mną zdegustowana.
West spogląda na niebo, które powoli zasnuwa zmierzch.
- Szczerze? Nie jestem pewny. Wiem, że kolory to morska zieleń i koralowy.
- Co to, u licha, jest morska zieleń? - Bruce krzywi się z odrazą. - Od razu widzę zieleń wymiocin.
West parska śmiechem.
- Nie mam pojęcia. Mnie obchodziło tylko to, aby Mel szła między rzędami krzeseł w moją stronę. Reszta to była jej broszka. I całą sobą oddaje się planowaniu i organizowaniu tej imprezy. Ja się nie wtrącam i na wszystko jej pozwalam.
- Mądrze robisz - odzywa się za mną Harrison.
Jego koło zderza się z moim. Szybko lustruję go wzrokiem: ciemne włosy, brązowe oczy, długie kończyny. Stanowi totalne przeciwieństwo swojej siostry. Z wyjątkiem może ostrego podbródka i okrągłych oczu szczeniaczka.
- Jesteś fizjoterapeutą, prawda? - pytam, on zaś odwraca głowę w moją stronę.
- Tak, uwielbiam tę pracę - mówi z uśmiechem.
- Powinieneś pracować dla Eagles. Dobrzy fizjoterapeuci zawsze są nam potrzebni.
- West też mi to powtarza. Może kiedy będę miał siostrzeńców do rozpieszczenia, to przeniosę się bliżej. - Jego słowom towarzyszy znaczące spojrzenie wymierzone w Westa.
West odrzuca ze śmiechem głowę.
- Najpierw miejmy za sobą ten ślub.
Też chichoczę.
- Tylko się pospiesz, West. Mam ochotę spędzać więcej czasu z Harrisonem.
Bruce popycha moje koło.
- Stary, może on mieszka w innym mieście dlatego, że nie chce się przyglądać, jak jego młodsza siostra obściskuje się z jego najlepszym przyjacielem.
Harrison się wzdryga, po chwili jednak wyraźnie się rozluźnia, jakby Bruce zapewnił mu idealną wymówkę.
- Właśnie tak. Bruce to rozumie.
West chichocze.
- Jakoś nie jest mi przykro - mówi. Unosi puszkę do ust i dopija piwo. - No dobra, panowie, umieram z głodu.
Harrison zerka na zegarek.
- Doskonale, ponieważ dostawca z Chipotle właśnie przywiózł jedzenie.
Wszyscy, nawet Mitch i Remy, zaczynają szybko płynąć do brzegu.
Następnego ranka wszyscy prezentujemy się diabelnie elegancko. Drużbowie mają na sobie granatowe spodnie, skórzane półbuty i białe koszule z krawatami w kolorze morskiej zieleni. To strój formalny, aczkolwiek niezobowiązujący, idealny na ślub nad jeziorem.
Zajmujemy duży pokój gościnny na parterze, dziewczynom pozostawiając główną sypialnię. Jest tu tylko jedno duże lustro i okupuje je właśnie Bruce. Przygląda się krawatowi i ostrożnie go dotyka.
- A więc to jest morska zieleń. - Kiwa z aprobatą głową. - Znacznie ładniejsza, niż się spodziewałem.
West odsuwa go na bok i przygładza dłonią jasne włosy, które na ogół są potargane, dziś jednak zostały perfekcyjnie ujarzmione za pomocą żelu.
- Moja dziewczyna nigdy by nie wybrała zieleni wymiocin. Ma nienaganny gust.
Do pokoju wpada ojciec Westa. Na widok syna szykującego się do poślubienia kobiety swoich marzeń jego oczy, tak jak i u Westa szaroniebieskie, natychmiast wypełniają się łzami.
- Wow. Ależ jesteś przystojny, synu! Mama i dziewczyny pytają, czy mogą tu wejść. Wszyscy są ubrani?
- Tak - odpowiada ze śmiechem West.
Do pokoju wchodzą jego mama i siostry i zatapiają Westa w grupowym uścisku. Zerkam na Remy'ego, Bruce'a i Mitcha, którzy wyglądają na skrępowanych. Myślę, że wszyscy czujemy się tak, jakbyśmy byli intruzami podczas tej prywatnej rodzinnej chwili. Chrząkam cicho, żeby przyciągnąć ich uwagę, i wskazuję brodą na drzwi, po czym cicho wychodzimy z pokoju.
Na korytarzu Remy oddycha z ulgą.
- Wow, to było wzruszające.
Mitch opiera się o ścianę.
- Kurde, czy cały ten dzień będzie taki emocjonalny?
- To przecież ślub - odpowiadam szeptem.
Mitch wzrusza ramionami.
- I co z tego? Oby na moim nikt nie płakał. - Wzdryga się, jakby to był okropny pomysł.
Bruce cicho prycha.
- To ty będziesz płakał na swoim ślubie. Zobaczysz.
Mitch piorunuje go wzrokiem, a ja i Remy parskamy śmiechem.
Bruce z kieszeni spodni wyjmuje piankę do golenia i opakowanie prezerwatyw.
- Kto chce mi pomoc udekorować samochód Westa?
Mitch i Remy się śmieją, ewidentnie popierając ten pomysł.
Macham ręką.
- Idźcie beze mnie. Ja pójdę zobaczyć, czy dziewczyny czegoś nie potrzebują - mówię, przybierając nonszalancki ton.
Wszyscy trzej unoszą brwi i bez słowa kierują się w stronę drzwi prowadzących do garażu.
Odwracam się i udaję w kierunku kuchni. Gdy wyłaniam się zza rogu, wpada na mnie jakaś kobieta. Chwytam ją delikatnie za ramiona i w chwili, kiedy moje zmysły zostają owładnięte zapachem wanilii i słodkich ciasteczek, dociera do mnie, że to Noel.
Wow, przez nią nabieram niesamowitej ochoty na coś słodkiego.
- Och, przepraszam!
Odruchowo zaciska dłonie na moich ramionach. Podnosi wzrok, a kiedy dostrzega, kto ją podtrzymuje, jej policzki momentalnie robią się czerwone. Została wzięta z zaskoczenia i zastanawiam się, czy to jej pierwsza autentyczna reakcja, jakiej jestem świadkiem. Być może wcale jednak nie jest tak niewzruszona moją obecnością.
Moje usta wyginają się w powolnym, pełnym satysfakcji uśmiechu.
- Nic się nie stało, aniele. Wszystko w porządku?
Odsuwa się ode mnie i robi kilka kroków w tył.
- Tak.
Dystans między nami pozwala mi zobaczyć ją po raz pierwszy w sukni druhny. Muszę zamknąć usta, aby na podłogę nie kapała ślina. Co za seksowna kobieta! Jej różowoczerwona suknia jest idealnie dopasowana na górze, z jednym cienkim, biegnącym w poprzek ramiączkiem. Gorset podkreśla szczupłą figurę, a od pasa w dół delikatny materiał jest rozkloszowany, co dodaje sukni zwiewności. Noel świetnie wygląda w kolorze koralowym, doskonale współgrającym z jej jasną cerą. Podoba mi się to, że nie potraktowała swojej gładkiej skóry samoopalaczem. Ogarnia mnie przemożne pragnienie objęcia jej i pocałowania jednego z tych nagich ramion.
Mrugam kilka razy, próbując odsunąć od siebie tę wizję.
- Wyglądasz... - Dosłownie brakuje mi słów.
- Jak druhna?
Sprawia wrażenie niepewnej, może nawet skrępowanej. Kolejny przykład tego, jaka naprawdę jest ta kobieta.
- Twój widok zapiera dech w piersiach.
Otwiera szeroko oczy. Jest zaskoczona, przypuszczalnie dlatego, że obdarzyłem ją szczerym komplementem. Jej spojrzenie ześlizguje się na moje stopy, po czym szybko wraca do góry.
- Ty też dobrze się prezentujesz. - Jej ton jest pełen napięcia, jakby powiedzenie mi czegoś miłego sprawiało jej fizyczny ból.
- Dziękuję.
Przez chwilę wpatrujemy się w siebie i żadne z nas nie wie, co powiedzieć. Jeszcze nigdy nie prowadziliśmy prawdziwej, pozbawionej sarkazmu rozmowy.
Noel mruga kilka razy, po czym wchodzi do aneksu kuchennego. Wyjmuje z lodówki kilka pudełek i kładzie na blacie.
- Co robisz? - pytam i opieram się o blat.
- Panna młoda musi coś zjeść - odpowiada, szukając czegoś w lodówce. - A jako jej świadkowa zamierzam dopilnować, aby dostawała dzisiaj dokładnie to, czego pragnie.
Nachyla się, żeby wyjąć coś z jednej z niższych półek, a suknia lekko się unosi, odsłaniając szczupłe uda. Zaciskam powieki i liczę od dziesięciu do jednego, próbując odsunąć od siebie ten widok.
- Dlaczego robisz taką minę?
Do teraźniejszości przywołuje mnie głos Noel. Otwieram oczy.
- Eee, nieważne. Pomogę ci.
Wzdycha, po czym się odwraca i otwiera szafkę. Talerze znajdują się na górnej półce i próbuje ich dosięgnąć.
- Niepotrzebna mi twoja pomoc - oświadcza.
Noel jest kilka centymetrów za niska, aby wyjąć talerze. Staję za nią i kładę dłoń na jej talii, żeby jej nie wystraszyć. Unoszę drugą rękę i zdejmuję z półki naczynia, po czym się cofam i kładę je na blacie obok wyjętych przez nią pudełek.
Jej twarz i dekolt pokrywa uroczy rumieniec, a ja zmuszam się do powstrzymania uśmiechu. Budzi to moją wielką ciekawość - skoro ją pociągam, to dlaczego z tym walczy?
Odchrząka i przybiera neutralny wyraz twarzy. Zaczyna otwierać pojemniki z absurdalnie zdrowo wyglądającym jedzeniem i przyrządza z niego sałatkę.
- Czy to są nasiona? - pytam, przyglądając się małym brązowym kuleczkom.
- To komosa ryżowa.
- A to? - Wskazuję na pojemnik wypełniony gęstym zielonkawym płynem.
- Domowej roboty dressing.
- No a to? - Szturcham palcem pojemnik z pokrojoną sałatą, po to tylko, aby poirytować Noel. Poza tym mam nadzieję, że w końcu na mnie spojrzy.
- To sałata, Colby - odpowiada z jękiem.
Nasze spojrzenia się spotykają i Noel sznuruje usta.
- Och! - Szczerzę zęby w uśmiechu. - Zawsze odżywiasz się tak zdrowo?
- To nie dla mnie. Mel ma specjalną dietę ze względu na zaburzenia lękowe.
Kiedy nabiera na łyżkę dressing, aby polać nim sałatkę, niechcący go rozlewa.
Podchodzę do zlewu, odrywam z rolki kilka kawałków papierowego ręcznika i podaję Noel. Bierze je szybko ode mnie i nasze palce stykają się ze sobą. Przez ułamek sekundy jej miodowe oczy spoglądają w moje, następnie bierze głęboki wdech, szybko się ode mnie odwraca i wyciera blat.
Lustruję jej sukienkę i szpilki i uderza mnie myśl, że kuchnia to nie jest dzisiaj miejsce dla Noel. Przecież na pewno ktoś inny może przygotować lunch. Czy nie powinna być teraz na górze z pozostałymi dziewczynami, robić zdjęcia i poświęcać zbyt wiele uwagi eye-linerowi czy też temu, czym, u licha, zajmują się kobiety?
- Dlaczego nie zamówiłaś czegoś w mieście?
- Zadajesz dużo pytań.
Milczę, czekając na odpowiedź.
- W najbliższym miasteczku nie znalazłam niczego, co byłoby bez glutenu i laktozy. Dlatego wczoraj wieczorem przygotowałam to wszystko. Mel nie chce, żebym robiła sobie kłopot, i nie wie, że to nie jest z restauracji. I się nie dowie. - Jej słowom towarzyszy znaczące spojrzenie.
Moja twarz z miejsca łagodnieje. Kolejna godna podziwu cecha Noel: innych stawia na pierwszym miejscu i troszczy się o bliskich. Jeśli dodać do tego inteligencję i wdzięk, czyni to z niej kobietę niemal nieznośnie idealną.
Kuca i szuka czegoś w dolnej szafce. W końcu wyjmuje styropianowy pojemnik do dań na wynos, który musiała tu wcześniej schować. Nadal widnieje na nim naklejka kawiarni, w której coś kupiła, lecz pojemnik został umyty. Noel przekłada do niego przygotowaną sałatkę i zamyka pojemnik.
Następnie rusza w stronę schodów. Gdy do nich dociera, odwraca się do mnie i wykonuje dłonią gest, jakby zapinała usta na zamek. Prośba, abym dochował tajemnicy.
Kiwam głową i robię krzyżyk na sercu.
Dochowałbym wszystkich jej tajemnic, gdyby tylko mi na to pozwoliła.
ROZDZIAŁ 2
NOEL
Obecnie
- I to był właśnie upadek Cesarstwa Rzymskiego.
Jak zwykle kończę wykład z przytupem. Trzeba jakoś utrzymać zainteresowanie studentów. Aczkolwiek połowa z nich i tak sprawia wrażenie potwornie znudzonych. Dwaj studenci z hokejowym stypendium śpią w ostatnim rzędzie.
Nigdy nie zrozumiem ludzi, którzy nie są zafascynowani historią, ma ona przecież ogromny wpływ na cały współczesny świat.
Nawet sala wykładowa, w której odbywają się moje zajęcia, przypomina rzymskie Koloseum. Ja znajduję się na dole, a miejsca przeznaczone dla studentów wznoszą się w półokręgu. Na szczęście ja w przeciwieństwie do bohatera filmu Gladiator robię jedynie wykład i pokazuję na ekranie slajdy.
Kiedy zajęcia dobiegają końca, studenci wysypują się na korytarz. Niektórzy przed wyjściem się uśmiechają, inni kompletnie mnie ignorują, a kilka osób próbuje ze mną flirtować, uważając się za niezmiernie czarujących. Hokejowi stypendyści zdążyli się obudzić i proszą mnie teraz o wydłużenie terminu oddania prac semestralnych. Twierdzą, że obecny termin koliduje z ich sportowym grafikiem. Posuwają się nawet do tego, że wkładają dłonie pod pachy, jakby próbowali w ten sposób sprawić, że ich bicepsy będą wyglądały na większe. Jakby coś takiego miało mnie skłonić do wyświadczenia im przysługi.
Gdyby tylko do zajęć z historii przykładali się tak samo, jak do treningów na siłowni.
Obdarzam ich bladym, profesjonalnym uśmiechem.
- Ten termin nie podlega dyskusji, chłopcy. Gdybyście jednak potrzebowali dodatkowej pomocy, w bibliotece odbywają się spotkania miłośników historii. - Odwracam się, biorę z biurka ulotkę z informacjami na temat tej grupy i podaję ją brunetowi. - Miłego weekendu.
Nadąsani opuszczają bez słowa salę wykładową.
Wszyscy sportowcy są tacy sami: egoistyczni, niewierni i narcystyczni. I masz jak w banku, że złamią ci serce. I jest to jeden z powodów, dla których dekadę temu postawiłam na nich krzyżyk.
Mąż mojej najlepszej przyjaciółki, Weston Kershaw, to chlubny wyjątek. Ale West i Mel znają się od dzieciństwa, a on nie pozwolił, aby do głowy uderzyły mu sława i pieniądze.
W telefonie uruchamia mi się budzik i zza dużego biurka wyjmuję skórzaną teczkę. Stukam w ekran, aby wyłączyć alarm, po czym pakuję się na spotkanie z panią dziekan wydziału historii.
Szybko przechodzę przez rozciągnięty kampus, kierując się do głównego budynku, w którym znajduje się gabinet pani dziekan. W Arlington w stanie Wirginia jest dziś piękny jesienny dzień. Choć jest na tyle ciepło, że nie trzeba zakładać okryć wierzchnich, to jednak długi rękaw jest konieczny. Delektuję się widokiem kolorowych liści opadających ze starych drzew, a otaczające mnie budynki z cegły prezentują się uroczo w otoczeniu jesiennych barw. Na nagiej szyi czuję chłodny wietrzyk. Przez moje ciało przebiega lekki dreszcz i obejmuję się ramionami. Kiedy na dworze panuje chłód - tylko wtedy - rozważam zapuszczenie włosów. Ale moje loki są mocno niesforne i wiem, że gdyby były dłuższe, doprowadzałyby mnie do szału.
Wchodzę do głównego budynku Uniwersytetu Arlington i moim krokom towarzyszy stukot obcasów na zabytkowych płytkach. Dotarłszy do gabinetu, pukam lekko do lakierowanych, dębowych drzwi.
- Proszę - dobiega zza nich jej głos.
Z uśmiechem wchodzę do znajomego pomieszczenia. Dziekan Morris pisze coś na komputerze, podnosi jednak wzrok, kiedy zamykam za sobą drzwi. Kąciki jej ust się unoszą i zdejmuje okulary w srebrnych oprawkach. Ma czarne włosy przyprószone siwizną, spięte w elegancki kok. W jej życzliwych brązowych oczach zawsze widać błysk, który każe się zastanawiać, czy nie wie przypadkiem o czymś, co dla wszystkich innych pozostaje tajemnicą. Być może właśnie dlatego na jej twarzy widnieje zawsze znaczący uśmiech. Kiedy trzeba, bywa onieśmielająca, na co dzień jest jednak przesympatyczną osobą.
- Doktor Woodcock, wygląda pani jak zawsze uroczo.
Zerkam na swoje spodnie z brązowego tweedu, skórzane szelki i białą koszulę. Jeden z moich ulubionych strojów. Wiem, że mój styl ubierania się nie wszystkim odpowiada, ja jednak uwielbiam łączyć stare elementy ze współczesnymi. A czarne czółenka ze spiczastymi noskami dodają mojemu wyglądowi nowoczesnego sznytu.
- Dziękuję bardzo. - Uśmiecham się i siadam na jednym z foteli uszaków obitych tkaniną w kolorze leśnej zieleni, stojących naprzeciwko dębowego biurka z lakierowanym blatem. - Jaki jest powód tego, że chciała się pani ze mną widzieć?
Przechodzę od razu do sedna, ponieważ za półtorej godziny mam kolejny wykład, a muszę jeszcze coś zjeść.
Składa dłonie w piramidkę.
- Wie pani, że w sobotę odbywa się gala dobroczynna Waszyngtońskiego Szpitala Dziecięcego?
Kiwam potakująco głową.
- Planowałam osobiście wziąć w niej udział, ale mój mąż zaplanował dla nas na ten weekend wyjazd-niespodziankę. - Jej spojrzenie biegnie do stojącego na biurku zdjęcia przedstawiającego ją i jej męża. Nadal szaleńczo w sobie zakochanych, choć od ich ślubu minęło ponad trzydzieści lat. - I tak sobie pomyślałam, że może wybierze się tam pani za mnie. Wiem, jak bardzo uwielbia się pani stroić na takie okazje. - I puszcza do mnie oko.
- Z wielką chęcią. Już planuję strój - odpowiadam, śmiejąc się.
- Mam dwa bilety. Powinna pani zabrać osobę towarzyszącą - mówi pani dziekan i unosi lekko brwi.
Unoszę wzrok do sufitu i udaję, że się intensywnie zastanawiam.
- Och, wybór będzie naprawdę trudny. Mam zaprosić Brada, Dereka czy Chada? W moim obecnym repertuarze jest tak wielu kandydatów do romantycznych relacji.
Chichocze.
- Jestem pewna, że jakoś to pani ogarnie. Weźmie pani także udział w licytacji. Uczelnia przeznaczyła na ten cel dwadzieścia tysięcy dolarów, proszę więc wygrać dla nas coś ciekawego.
- Tak jest.
- Doskonale, zaraz prześlę mailem bilety i wszystkie szczegóły. Dziękuję, że się pani zgodziła. - Ponownie zakłada okulary. - Wiem, że pani czas jest cenny, a Brad, Chad i Derek czekają. Nie będę tu pani dłużej trzymać.
Wybucham szczerym śmiechem.
- W porządku. - Wstaję. - Udanego weekendu.
Żegnamy się, potem zaś udaję się do sąsiedniego budynku, w którym mieszczą się kawiarnia i restauracja serwująca niedrogie dania.
Otwieram drzwi kawiarni, robię kilka kroków i zderzam się z odzianym w pulower torsem Dextera Hawthorne'a, wykładowcy, w którym się durzę.
Na widok jego ciemnych oczu robi mi się gorąco w policzki. I zapewne jestem w tej chwili czerwona jak burak. Kurde.
Dexter chwyta mnie za łokieć, pomagając mi odzyskać równowagę. Uśmiecha się lekko, jak zawsze opanowany. Odpowiadam uśmiechem; gdy czuję na sobie jego dotyk, z głowy wylatują mi wszystkie słowa.
Zeszłej jesieni przeniósł się tutaj z uniwersytetu w Anglii. Jest przystojny i wykształcony, a do tego ma brytyjski akcent. Próbowałam z nim flirtować - w czym, szczerze mówiąc, nie jestem jakoś szczególnie dobra - on jednak nadal nie zwraca na mnie uwagi.
Gdybym była odważniejsza, zaprosiłabym go na tę sobotnią galę. Ale nie jestem. I pragnę, aby to do mnie się zalecano... a nie odwrotnie. Jestem kobietą silną i niezależną, jasne. Ale jestem także starą duszą, która uwielbia wszystko, co wyszło spod pióra sióstr Brontë.
Mówcie, co chcecie, o Heathcliffie, ale Cathy nie miała powodu, aby wątpić w jego miłość do niej. Heathcliff wiedział, jak się zalecać do kobiety. Aczkolwiek lepiej by było, aby przestał to robić po tym, jak Cathy poślubiła innego.
- Eee, wszystko w porządku, doktor Woodcock? - Jego głos z brytyjskim akcentem brzmi wyjątkowo wytwornie.
Kiedy dociera do mnie, że się w niego wpatruję, kilka razy mrugam.
- Och, tak! Dziękuję, doktorze Heathcliff. - Oczy o mało nie wyskakują mi z orbit, kiedy uświadamiam sobie swoją pomyłkę. - To znaczy doktorze Hawthorne!
Posyła mi zmieszany uśmiech.
- Cóż, muszę już iść na zajęcia. Życzę pani smacznej kawy, może pomoże się pani dobudzić.
- I wzajemnie! - odpowiadam.
Jego wyjściu z kawiarni towarzyszy dźwięk wiszącego na drzwiach dzwonka. Dociera do mnie, że on nawet nie miał w ręce kawy, i z miejsca czuję się jak kretynka.
Oto ja, inteligentna, całkiem atrakcyjna kobieta, która w towarzystwie mężczyzny, którego uważa za przystojnego, głupieje. Wszystkie feministki i ikony praw kobiet, o których się uczyłam, z pewnością przewracają się teraz w grobach.
Od czasu, kiedy mój chłopak ze studiów złamał mi serce, z nikim się nie spotykałam. Jedyni faceci, jacy stają mi na drodze, to albo koledzy z pracy, którzy są ode mnie dużo starsi, albo znacznie młodsi studenci.
Stanowię uosobienie Charlotte Lucas z filmowej adaptacji Dumy i uprzedzenia. Tyle że mam dwadzieścia dziewięć lat... i stabilną sytuację finansową. I nie jestem ciężarem dla rodziców... ale za to przepełnia mnie strach i nie mam żadnych perspektyw.
- Proszę pani... proszę pani!
Mrugam kilka razy i rejestruję, że poirytowany student za ladą czeka, aż złożę zamówienie.
- Och! Przepraszam! Poproszę chai latte... z odrobiną śmietanki - mówię pewnym siebie głosem.
Szkoda, że Dexter mnie teraz nie słyszy, bo wtedy przekonałby się, że ja także jestem praktycznie Brytyjką i że stanowilibyśmy idealną parę. I zobaczyłby, że nie zawsze zachowuję się jak idiotka.
Czy są jakieś kursy uczące bycia czarującą i pewną siebie? Czegoś takiego mi potrzeba. I może jeszcze kursu flirtowania, ponieważ jestem w tym beznadziejna.
Dlaczego mężczyznom nie imponuje moja wiedza na temat osiemnastowiecznej literatury?