Teatr miejski im. Słowackiego: Tartuffe (Świętoszek),
komedya w 5 aktach, wierszem, Moliera, przekład Boy'a.
Komedye Moliera wierszem a prozą, to dwa odrębne światy
kunsztu aktorskiego. W sztukach prozą, dyalog krótki, żywy, daje
swobodne pole dla realizmu szczegółów, śmiałej szarży i pantomimy.
Natomiast, w sztukach wierszem, zewnętrznej akcyi, ruchu jest
bardzo mało; wszystko obraca się w szermierce słownej, i to
przeważnie nie ucinkowej, ale toczącej się w szerokich tyradach.
Sztuki prozą wyrosły z tradycyjnej średniowiecznej farsy, sztuki
wierszem mają tok pokrewny z klasyczną tragedyą XVII w. Wszystko
prawie trzeba tu wydobyć rzeźbieniem słowa, inteligentnem
odważeniem ich wartości, nieskazitelną dykcyą i nasileniem wibracyi
wewnętrznej. Raczej przerysować, niż niedociągnąć lub zamazać. Pierwszym, nieodzownym tego warunkiem jest doskonałe
opanowanie tekstu. Otóż, zważywszy, iż sztuki wierszem grywa się u nas nie częściej niż dwa
lub trzy razy do roku; iż są to, prawie zawsze, arcydzieła literatury polskiej
lub światowej; iż obsada ich znaną jest zazwyczaj artystom na kilka
miesięcy przed terminem wystawienia; iż aktor, nie posiadający pamięciowo wiersza, udaremnia
najlepsze intencye i starania reżyseryi; zmienia narzędzie rytmu i
harmonii w element niepokoju i zniecierpliwienia, wywołując u
słuchacza myślowy wykrzyknik: "A powiedzże, u diabła, prozą, co
masz na wątrobie!; zważywszy tedy to wszystko, należy stwierdzić: iż nieopanowanie pamięciowe sztuki wierszem jest nie do
darowania i stanowi najwyższy stopień lekceważenia sztuki,
publiczności, reżyserii, dyrekcji, administracji, magistratu i
prezydium miasta (wymieniam te instancje crescendo, wedle stopnia
winnego im uszanowania), do jakiego aktor lub aktorka posunąć się
może. Po tej uwadze, która, na szczęście, nie odnosi się
bynajmniej do wszystkich wykonawców, przejdźmy do sobotniego
Tartuffe'a. "Wujaszek" Sarcey w przystępie paradoksalnej weny
przeprowadził raz tezę - a to na podstawie setek razy, które, jak
twierdzi, oglądał Tartuffe'a na wszelakiego rodzaju scenach - iż ze
wszystkich sztuk Moliera jest to najbardziej "biorąca" i że "gra
się po prostu sama". Trafne może to być w tym zrozumieniu, iż akcja
Świętoszka jest tak żywotna, a środki, jakimi operuje autor, tak
proste i silne, że same przez się, prawie bez współdziałania
aktora, przykuwają widza. W istocie jednak dla prawdziwego
odtworzenia jest to sztuka bardzo trudna, przedstawia niezmiernie
szeroką skalę dla kunsztu gry aktorskiej, czego dowodem cała
literatura, jaka spiętrzyła się we Francji koło każdego niemal
słowa, każdej intonacji w tej komedii. Stokroć jeszcze, oczywiście,
trudniejszym jest granie jej u nas, gdzie praca reżyserii i
artystów nie jest przyczynkiem osobistej inwencji do dawnych, we
krwi każdego francuskiego aktora będących tradycji, ale gdzie
wszystko, od początku do końca, trzeba stworzyć. Wczorajszy rezultat tej pracy był - pospieszam to
zaznaczyć - wysoce dodatni. Całość nosiła cechy inteligentnej i
bacznej reżyserii, z którą poszczególni artyści współdziałali wedle
sił i warunków, na ogół szczęśliwie. Przede wszystkim tedy p. Bończa. Tartuffe jest to rola
niezmiernie trudna. Linia jej poczęta jest tak śmiało, poprowadzona
tak ryzykownie wciąż po samej krawędzi prawdopodobieństwa, iż
zagrać ją dobrze, przekonywająco, jest patentem wysokiej sztuki.
Już sam początek: Tartuffe zjawia się na scenie w akcie trzecim,
będąc od pierwszej sceny pierwszego aktu niewidzialnym bohaterem
sztuki; w kilku słowach powiedzianych za kulisami daje świetną
ekspozycję swego charakteru, uzupełnia ją w króciutkiej rozmowie z
Doryną, aby natychmiast rzucić się w karkołomną scenę oświadczyn, w
której żar pulsującej krwi zmysłowca przepala maskę obłudnika. W tym akcie z początku p. Bończa, nierozgrzany jeszcze,
jak gdyby szukał tonu, odnajdował go jednakże coraz więcej. W
końcowej scenie aktu trzeciego był doskonały, z zupełną już brawurą
odegrał drugą scenę miłosną w akcie czwartym, w momencie zaś, gdy
jak nadeptana żmija wypręża się nagle z sykiem i podnosi głowę, aby
ukąsić śmiertelnie swą ofiarę, znalazł w sobie akcent wibrującej
siły, który objawił w jego Świętoszku głęboką i dobrze przemyślaną
kreację. Maska i mimiczna gra twarzy były arcydziełem. Bodaj czy nie trudniejszą jeszcze jest rola Orgona, figury
niezmiernie ważnej przez to, że na jego bezmiernym, niewiarygodnym
wprost zaślepieniu obraca się jak na osi akcja sztuki. Jest to w
galerii Molierowskich "staruchów" postać bardzo odrębna i
skomplikowana. Orgon to nie prosty cymbał ani safanduła;
przeciwnie, aby uwydatnić całą potęgę obłudy, autor wyposażył jej
ofiarę wszystkimi dodatnimi cechami: to człowiek mający znaczenie w
świecie, posłuch w domu, człowiek, który w ważnych potrzebach
"oddał usługi królowi". Nie jest to nawet, poza paroma momentami,
figura komiczna; komizm tym głębszy płynie tutaj z kontrastu między
rzeczywistością a światem urojeń, w jakim Orgon żyje; jest to tępy,
uparty fanatyk, człowiek jakby urzeczony, opętany swoją monomanią
wyrosłą na gruncie szczerych wierzeń religijnych wyzyskiwanych
niecnie przez szalbierza. P. Feldman jest zbyt wytrawnym i cennym artystą, aby mógł
grać źle; ale grał częścią co innego, a częścią nie wychodził z
aktorskiego ogólnika: jego Orgon mógłby bez zająknienia (nie,
raczej z zająknieniami) ciągnąć dalej jakąś tyradę Chryzala w
Uczonych Białogłowach lub nawet Sganarela w Rogaczu z urojenia.
Słowa, jakie padały z ust Orgona, nie były organicznie zrośnięte z
postacią, nie miały akcentu wewnętrznego przekonania. Może i same
warunki artysty popychające go raczej w kierunku dobrodusznego
uśmiechu utrudniały mu pochwycenie właściwego tonu. Mimo tych
zastrzeżeń kapitalna końcowa scena trzeciego aktu miała momenty
bardzo dobre. Najgorętsze słowa uznania należą się pani
Łuszczkiewicz-Gallowej za kreację Doryny. Arcyważną tę postać,
która prowadzi akcję sztuki niby kapelmistrz orkiestrę i która
werwą swoją i pogodą przyczynia się do rozjaśnienia kolorytu tej
komedii tyle mającej w sobie pierwiastków okrutnego dramatu,
odegrała pani Łuszczkiewicz-Gallowa z zacięciem, brawurą, swadą,
możliwą jedynie przy tak starannym opracowaniu roli, jak to, które
było podłożem jej kreacji. Pojęcie roli Doryny ma we Francji swoją
literaturę i różne linie tradycji wahające się pomiędzy żywością
młodej subretki a pewnością siebie i wygadaniem zaufanej (nie
starej zresztą) piastunki, która wyniańczyła te dzieci na ręku i
zastępowała im matkę. Pani Łuszczkiewicz-Galllowa przychyliła się
do pierwszej wersji, bardziej zgodnej z jej warunkami, i
przeprowadziła ją doskonale. Wyborną w swym ciepłym zasuszeniu była
Pani Pernelle, doskonale opracowana przez panią Kosmowską: taką
właśnie mogła być matka prawdziwego Orgona. Pełną wdzięku, mimo iż
nie dość wygraną, nie dość wydobytą z tekstu, była Elmira p.
Bednarzewskiej. Z drobniejszych ról zaznaczył się doskonałą maską
oraz pierwszorzędną siłą komiczną pan Orwid (Pan Zgoda) oraz panna
Malicka jako milutka Marianna. Reszta wykonawców walczyła mężnie w
swoich mniej lub więcej wdzięcznych rolach. A sztuka? Czyż potrzebuję przypominać, że komedia o
Świętoszku jest szczytem twórczości komicznej Moliera, a tym samym
najwyższym punktem, do jakiego dane było wznieść się komedii w
ogóle? Tajemnicą geniuszu Moliera jest, w jaki sposób zdołał on w
ciągu kilku lat pisarskiej kariery przebiec drogę od wpół
średniowiecznej farsy (Latający lekarz etc.), operującej
tradycyjnymi maskami poruszającymi się w równie tradycyjnych grach
scenicznych, aż do tej sztuki, która stała się niedoścignionym
wzorem komedii obyczajowej, komedii charakterów, a zarazem satyry
tak głębokiej, tak zuchwałej, można powiedzieć, iż obecność jej na
scenie do dziś dnia przejmuje zdumieniem. Jakoż niełatwo przyszło
jej zdobyć prawo do sceny. Nie będę kreślił znanych dziejów
zaciętej walki toczącej się koło Świętoszka, który mimo życzenia
wszechwładnego króla przez pięć lat (1664 do 1669) skazany był na
pogrzebanie; przypomnę jedynie, iż sztuka ta była jedną z walnych
bitew kampanii, która wypełnia pierwsze lata twórczości Moliera.
Rozpętawszy przeciwko sobie salony i koterie literackie, wysmagane
nielitościwie w Pociesznych Wykwintnisiach, Molier doznał niebawem
skutków ich nieprzyjaźni po wystawieniu Szkoły żon. Wytoczono
przeciw niemu przede wszystkim tę broń, jakiej zazwyczaj się używa
dla pognębienia świeżych objawów twórczości: oskarżono go o
niemoralność. Zdaje się, iż geniusz musi być zasadniczo
"niemoralny", ponieważ pojawieniu się jego zawsze towarzyszy ta
orkiestra. Rabelais, Molier, Balzac, Flaubert, te cztery triumfalne
nazwiska literatury francuskiej, to tyleż etapów rzekomej
"niemoralności". Odpowiedzią Moliera - po paru lżejszych ripostach
- był Tartuffe walący jak maczugą w obłudę i świętoszkostwo. Sztuki
zabroniono. Molier pozornie ulega; ale wciąż kołacząc do króla o
interwencję, zadaje równocześnie w Don Juanie uboczny sztych
triumfującej klice; wreszcie, zwątpiwszy o zwycięstwie, daje wyraz
zniechęceniu i goryczy w Mizantropie. Nadchodzi dzień odwetu;
Tartuffe wystawiony w pełnej postaci w r. 1669 staje się triumfem
pisarza; ale w walce tej stargały się jego siły. Daje za wygraną;
odtąd Molier będzie bawił współczesnych, nie pogłębiając ostrza
satyry, lub za jej cel biorąc mniej niebezpiecznych wrogów:
próżność mieszczucha lub nieuctwo lekarzy. I dopiero po śmierci
pisarza pokazało się, jak bardzo proroczą była jego komedia: na
schyłku rządów Ludwika XIV i pani de Maintenon typ
unieśmiertelniony w Świętoszku zapanował wszechwładnie na dworze i
zaciążył nad całą Francją.