CZĘŚĆ I
1896-1939
ROZDZIAŁ | 1
BRACIA FLECK
Gdy pierwszy raz pojechałyśmy do Ukrainy, wojna tliła się na Donbasie i nie wzbudzała niepokoju na świecie. Wtedy, w 2016 roku, na ulicach Lwowa dało się jeszcze usłyszeć: "A oddajmy im ten Donbas, będzie spokój". Im dalej od linii frontu, tym bardziej wojny nie było. We Lwowie życie toczyło się w zwykłym tempie: praca, uliczny handel, imprezy.
Naszą przewodniczką jest Luda, Ukrainka, która kilka lat wcześniej zamieszkała w Polsce. Dopóki nie wybuchła pełnoskalowa wojna, Luda dzieliła życie między Lwów a Warszawę, oprowadzając wycieczki. Zna topografię miasta i lokalne zwyczaje, dzięki którym otwierają się niejedne drzwi. Luda idzie z nami do niewielkiej synagogi Cori Gilod[3] przy ulicy Braci Michnowskich[4]. Bożnica jakimś cudem przetrwała wszystkie okupacje Lwowa i pozostaje jednym z nielicznych żydowskich artefaktów z czasów sprzed Zagłady.
*
Furtka prowadząca na dziedziniec jest zamknięta. Przez kratę lustrujemy fasadę, zwieńczone półokręgiem okna i mały okrągły świetlik z gwiazdą Dawida we frontonie nad drzwiami. Wzrok przyciąga połowa żydowskiego nagrobka ułamanego po piątej literze nazwiska, leżąca nie wiedzieć czemu na skraju kwietnika, pół na ziemi, pół na bruku, niedaleko wejścia do budynku. Pół macewy i pół nazwiska - Emanuel Harzs... zmarł 23 maja 1939 roku. Spoczywa gdzieś w ziemi nieoznaczonej, zapomniany, jak tysiące innych lwowskich Żydów. Z lewej strony do budynku przyklejona jest mało estetyczna przybudówka, zwieńczona napisem po hebrajsku: "Skrzydło to powstało w 1992 r. Rabin Abraham Elimelech Rozental dla uczczenia pamięci naszych Rabinów i Cadyków ze Stolina-Karlina". Tutejszy rabin to chasyd z dynastii Karlin-Stolin. Z przybudówki wychodzi mężczyzna w roboczym ubraniu, zapewne szames, woźny w synagodze. Za parę groszy dyskretnie wciśniętych w dłoń pozwala nam wejść do środka. Jesteśmy tu, bo szukamy śladów artystycznego dorobku żydowskiego klanu malarzy, braci Flecków: Maurycego, Eisiga i Izydora. Synagogę Cori Gilod udekorował malowidłami jeden z ich najzdolniejszych uczniów, Maksymilian Kugel. Malowidła Maksymiliana to odbicie kunsztu jego nauczycieli, mistrzów fresku. Niewiele brakowało, by i on, i bracia Fleckowie podzielili los Emanuela Harzs... bo z ich imponującego dorobku prawie nic nie przetrwało do dzisiejszych czasów.
Fragmenty sklepienia synagogi Cori Gilod autorstwa Maksymiliana Kugla, ucznia braci Flecków.
Wchodzimy i zadzieramy głowy do doświetlającego salę modlitw witrażowego świetlika w sklepieniu. Lwy, jelenie, orły, skrzydlate gryfy wspierające się o Torę w koronie pokrywają sufit w otoczeniu nasyconych barwami ornamentów. O tych freskach pisał w 1919 roku publicysta syjonistycznego dziennika "Chwila": "Grupa lwowskich obywateli przystąpiła do upiększenia swego Domu Modlitwy - i uczyniła to godnie. Chodzi o znaną synagogę "Cori Gilod". (...) Odpowiedzialną pracę przyznano po rozstrzygnięciu konkursu, Lwowianinowi i znanemu w tej dziedzinie artyście, Maksymiljanowi Kuglowi. Jako uczeń braci Flecków, a następnie mistrza Falkensteina we Wiedniu, któremu asystował przy malowidłach dekoracyjnych w pałacu cesarskim ma Kugel za sobą cały szereg poważnych prac artystyczno-dekoratorskich. (...) Szczytem dotychczasowych prac Kugla jest jednak malowidło wnętrz w synagodze "Cori Gilod"".
Rzeczywiście, odrestaurowane po upadku Związku Sowieckiego polichromie są piękne, tym jednak bardziej kaleczy oczy podłoga wykafelkowana nieciekawą terakotą. Oryginalna posadzka została zniszczona. Po wojnie dom modlitwy zamieniono na kilkadziesiąt lat w magazyn. Synagoga wróciła do prawowitych właścicieli w 1989 roku. Wtedy ją wyremontowano.
Zwiedzanie przerywa tupot wbiegającej do sali dziewczynki. Ma może ze dwa latka. Czerwona sukieneczka, czerwone buciki, czarne loczki do ramion, wielkie czarne oczy. Buzia jak z przedwojennych fotografii pospiesznie pakowanych w ostatnią podróż, potem rozrzuconych na rampie, dziś w muzeach Holocaustu. Świdruje nas inteligentnym, poważnym spojrzeniem. Mała piękność jest córeczką rabina, objaśnia szames, który wciąż nam towarzyszy. Po dłuższej chwili zostałyśmy zaakceptowane - dziewczynka uśmiecha się, prezentuje ściskany w rączce samochodzik, szczebiocząc w języku dwulatków.
*
Historia sukcesu braci Flecków, klanu żydowskich artystów malarzy, przypominała amerykański sen spełniający się w realiach wschodniej Europy, w dawnej stolicy Galicji. Talent łączyli z pracowitością i determinacją. Wypracowali wielki majątek i zaznali społecznego awansu, tego symbolicznego dobra, które Żydów kosztowało dużo wysiłku, więcej niż ich polskich sąsiadów na tych ziemiach.
Rodzina Flecków wywodziła się z niewielkich żydowskich miasteczek, sztetli obwodu lwowskiego. Dziadek Ludwika Flecka, Symcha Luzer, urodził się w Samborze i był "malarzem pokojowym". W taki sposób w różnych źródłach - księgach metrykalnych, książkach telefonicznych i prasowych ogłoszeniach - oznaczano rzemieślników, również wysokiej klasy. Dziś bez wahania nazwalibyśmy ich artystami. Symcha ożenił się z Hindą, również samborzanką. Doczekali się trzech synów: Maurycego (recte Izaaka Mojżesza), Eisiga (Eryka) i Izydora (Izaaka, Jakuba) Flecków. Chłopcy dorastali, ucząc się od ojca malarskiego rzemiosła. Najzdolniejszego z nich, Maurycego[5], rodzina wysłała na studia na artystyczną uczelnię do Wiednia, stolicy austro-węgierskiej monarchii.
Maurycy opanował warsztat austriackich mistrzów i szybko zaczął pracować na własny rachunek. Założył z braćmi firmę, której specjalnością stało się rzemiosło artystyczne, stiuki, freski i obrazy olejne. W wieku 27 lat ożenił się z rok młodszą Simą Herschdörfer[6], rozwódką z Drohobycza. Ślubu udzielił im drohobycki rabin 4 lutego 1886 roku. To był mariaż dzieci z zamożnych rodzin - Sima była córką zegarmistrza, Maurycy młodym przedsiębiorcą. Małżeństwo zamieszkało w Drohobyczu, gdzie dziewięć miesięcy po ślubie urodziło się pierwsze z czworga ich dzieci - dziewczynka Henryeta (Henryetta, Henryka)[7] Fleck.
O braciach Maurycego Flecka, Eisigu i Izydorze[8], pozostało niewiele informacji. Wiadomo, że żonaty był również Eisig, a jego żona miała na imię Amalia. Ponoć mieli synów, ale nie wiemy ilu, nie znamy nawet ich imion. Jedyny ślad po potomkach klanu Flecków to kuzyn Ludwika, inżynier Otto Fleck, który wyemigrował za ocean, do Stanów Zjednoczonych, w 1933 roku[9].
Pewne jest natomiast, że byli ambitni i parli do sukcesu, a ten czekał na nich we Lwowie. Stolica Galicji była w tamtym czasie ziemią obiecaną dla wielu Żydów. Szybko zmieniała się w kosmopolityczną metropolię i rozkwitała kulturowo, gospodarczo, architektonicznie. Galicyjscy Żydzi w drugiej połowie XIX wieku zyskali prawa obywatelskie[10]. Pozwolono im między innymi zasiedlać obszary położone poza dzielnicami żydowskimi i kupować nieruchomości w centrach miast. Choć owe "przywileje" dla Żydów budziły niechęć i opór otoczenia, z mniejszych do większych ośrodków migrowały masy ludzi, by mimo pogromów i bojkotów zacząć nowe życie. Na szali były awans społeczny, lepsze szkoły dla dzieci i możliwość rozwoju wszelkiego rodzaju interesów.
Klan Flecków również zaryzykował. Już nie Sambor, Drohobycz czy Stryj - celem stał się rynek lwowski i jego bogacący się mieszkańcy oraz projekty za pieniądze publiczne i prywatne, żydowskich i nieżydowskich mieszkańców stolicy Galicji. Populacja Lwowa w krótkim czasie się podwoiła i miasto przeżywało budowlaną rewolucję. Na przełomie wieków wznoszono około dwustu budynków rocznie. Rosły kamienice, szkoły, świątynie, urzędy. Budowano drogi, place, fontanny. Zapotrzebowanie na usługi architektów, inżynierów, budowlańców, malarzy, rzeźbiarzy i ceramików było ogromne.
Bracia Fleckowie zdobywali Lwów z prężnie już działającą rodzinną firmą pod szyldem "Bracia Fleck". Ich lwowskie realizacje to projekty prestiżowe, uznawane za architektoniczne wizytówki miasta. Brali udział w dekorowaniu gmachu lwowskiej politechniki[11], ozdobili wnętrza siedziby Galicyjskiej Kasy Oszczędności[12], gdzie oprócz malowideł wykonali stiuki. Wykańczali też jeden z lwowskich teatrów - nie udało nam się odkryć, o który z kilku działających wówczas we Lwowie chodzi, być może o żydowski. Maurycy Fleck, szef tego rodzinnego interesu, był wtedy niewiele po trzydziestce.
Sklepienie westybulu Politechniki Lwowskiej. Malowidła autorstwa firmy "Bracia Fleck".
Jak to możliwe, że rzemieślnicy z Sambora i Drohobycza weszli na lwowski rynek z takim impetem i zdobywali zlecenia na tak prestiżowe realizacje? Przydała się znajomość braci Flecków z rodziną Zachariewiczów - architektami Julianem i jego synem Alfredem. Profesor Julian Zachariewicz, pierwszy rektor Szkoły Politechnicznej[13], nazywany ojcem lwowskiej architektury, projektował najważniejsze budynki w mieście. Wykształcił się w Wiedniu, tam też studiował jego syn. Nie zachowała się informacja o tym, gdzie Maurycy Fleck poznał starszego o pokolenie profesora Juliana Zachariewicza i jego syna, ale najbardziej prawdopodobny wydaje się właśnie trop wiedeński. Maurycy Fleck studiował malarstwo, w czasie gdy Julian Zachariewicz przygotowywał się do rozbudowy gmachu politechniki, przy okazji podróżując po Austrii i Niemczech. Być może w którejś z wiedeńskich pracowni Zachariewicz spotkał młodego żydowskiego artystę? A może Maurycy zaprzyjaźnił się z Alfredem, który również studiował w Wiedniu? Dość, że Zacharewiczowie zaprosili Flecków do współpracy i była to owocna kooperacja dobrze rozumiejących się, utalentowanych twórców. Ich artystyczny sojusz zaczął się w latach 80. XIX wieku i trwał kilka dekad. Po śmierci Juliana Zachariewicza bracia Fleckowie, ich pomocnicy i podwykonawcy pracowali z jego synem Alfredem i nadal były to pierwszorzędne realizacje, jak dekoracje nowego dworca Cesarsko-Królewskich Austriackich Kolei Państwowych[14]. Sztukateria i malowidła na ścianach i sklepieniu budynku to ich dzieło.
*
Ukoronowaniem działalności firmy Flecków we Lwowie, jeszcze w XIX wieku, był udział w Powszechnej Wystawie Krajowej w 1894 roku. Ta wystawa to wydarzenie bez precedensu. Lwów miał się czym chwalić - przemysł naftowy, rolnictwo, architektura, kultura, sztuka - zaprezentował się już nie prowincjonalny, zapuszczony ośrodek, ale "perła Galicji", tętniące życiem i prężnie rozwijające się miasto. Wystawę ulokowano w 129 pawilonach w parku Stryjskim na obrzeżach Lwowa. Pałac Sztuki, pawilon architektury, hala koncertowa, świetlna fontanna, gondolowa kolej linowa - parkowy teren zamienił się w fantastyczną krainę zatopioną w zieleni. To właśnie na tę wystawę grupa artystów namalowała Panoramę Racławicką eksponowaną w okrągłym pawilonie i to podczas tego wydarzenia pokazano największą w historii monograficzną wystawę malarstwa Jana Matejki. Z centrum miasta na teren wystawy pociągnięto nową linię tramwajową, która dowoziła zwiedzających do parku. Bardzo się przydała, bo impreza przyciągnęła tłumy. W cztery i pół miesiąca wystawę zobaczyło milion sto pięćdziesiąt tysięcy gości, w tym cesarz Franciszek Józef I.
Wejście na teren Powszechnej Wystawy Krajowej we Lwowie, 1894 rok.
Koncepcję architektoniczną ekspozycji opracowali Julian Zachariewicz i Franciszek Skowron, a wykonanie powierzyli najlepszym lwowskim architektom i rzemieślnikom, przeważnie polskim, ale udział w przygotowaniach mieli również wykonawcy żydowscy i ukraińscy. Bracia Fleckowie mieli szczęście, bo przy wejściu na teren wystawy to ich prace witały zwiedzających - byli autorami dekoracji bramy głównej i kas biletowych. Ich malowidła zdobiły też Pawilon Orkiestry (pawilon muzyczny) oraz ściany i sufit Sali Koncertowej. Barwna i bogata polichromia ich autorstwa kusiła klientów kawiarni w stylu mauretańskim. Ten budynek uznano zresztą za "najfantastyczniejszy" pawilon Wystawy Krajowej. Dużym wyróżnieniem dla żydowskich rzemieślników było zlecenie im dekoracji fasady i polichromii wewnątrz największego pawilonu na ekspozycji - Pałacu Przemysłu. Wielkością zbliżony do krakowskich Sukiennic, mieścił "wyroby przemysłu krajowego": stolarskie, rzeźbiarskie, tapicerskie, garncarskie oraz ceramikę, tkaniny, szkło.
Prace braci Flecków z wystawy krajowej w parku Stryjskim zdobyły kilka nagród.
Zaczynali we trzech, ale przy takim zapotrzebowaniu i wielkości zamówień rozrost firmy był naturalną koleją rzeczy, jeśli nie koniecznością. W 1910 roku firma działała już pod nazwą "Bracia Fleck i Synowie". Jeżeli "synowie" - to zapewne Eisiga i Izydora Flecków, bo jedyny syn Maurycego, Ludwik, był jeszcze nastolatkiem i marzył o innej przyszłości.
Po I wojnie światowej, która sparaliżowała działalność firmy, wróciła ona na lwowski rynek jako "Bracia Fleck i Spółka".
*
Maurycy Fleck kochał malować, również obrazy olejne. Zdobił nimi własne nieruchomości i zapewne tworzył także na zamówienie prywatnych klientów, ale te prace pozostały nierozpoznane lub zaginęły, tak samo jak realizacje prywatne - dekoracje wnętrz willi i domów zamożnych lwowian. Jego talent i lata wytężonej pracy przyniosły rodzinie bogactwo i upragniony awans społeczny. Maurycy Fleck z malarza z galicyjskiego sztetla zmienił się w powszechnie znanego, zamożnego i szanowanego członka lwowskiej społeczności. Udzielał się w największym w Galicji Stowarzyszeniu Rękodzielników Żydowskich "Jad Charuzim" (Zręczna Dłoń), gdzie jako właściciel tak zwanego warsztatu wzorcowego uczył rzemiosła chłopców, których nie było stać na edukację. Zaangażowanie w dobroczynność stanowiło część etosu tych, którzy odnieśli sukces.
Możemy tylko spekulować, jakie były koszty tego sukcesu i ile przeszkód musiała pokonać rodzina żydowskich rzemieślników, by zdobyć taką pozycję. Lwowskie środowisko architektoniczne było hermetyczną grupą, w której panowała silna rywalizacja. Nacjonalizm przenikał wszystkie korporacje zawodowe, polsko-ukraińsko-żydowskie napięcia rosły z roku na rok, przetrwały Wielką Wojnę, by osiągnąć apogeum w latach 30. Po kilkudziesięciu latach od normatywnego zrównania praw żydowskich Polaków marszałek Piłsudski miał stwierdzić: "Równouprawnienie na papierze macie, chcecie je mieć w rzeczywistości, to je sobie musicie wywalczyć". Zdanie to przytacza w swoim dzienniku Wiktor Chajes, zasymilowany żydowski Polak, wiceprezydent Lwowa.
Marszałek miał rację - nacjonalizmy, zarówno polski, jak i ukraiński, choć sobie wrogie, zgodnie budowały narodową świadomość w nienawiści do żydowskiej konkurencji. A "najgorsi" z tego punktu widzenia byli ci, którzy osiągali sukces, zajmowali wysokie stanowiska: profesorowie, nauczyciele, lekarze, dziennikarze, urzędnicy, artyści, literaci, prawnicy. Tworzyli oni nową klasę średnią spolonizowanej żydowskiej inteligencji. Wybierali polskość jako ojczyznę.
Te nowe elity rodziły się w bólach, bo "Polaków wyznania mojżeszowego" nie akceptowali również nacjonaliści żydowscy, syjoniści, którzy uważali asymilacyjne trendy za zdradę żydowskiej tożsamości: "(...) między naród polski a żydowski wcisnęły się amfibie polityczne pod dziwnym tytułem Żydów-Polaków lub Polaków w. m. [wyznania mojżeszowego] - gorączkował się publicysta syjonistycznej "Chwili". - Niebacząc na istotne różnice zachodzące między narodowościami pod względem pochodzenia, religii, tradycyi historycznej i rozwoju kulturalnego, różnice które bez szkody dla jednej lub drugiej narodowości nie dadzą się zatrzeć znaleźli się Żydzi, którzy zerwawszy wewnętrznie z żydostwem lub rozluźniwszy swe z niem dotychczasowe węzły, jęli głosić teoryę o asymilacji Żydów w Polsce i o zbawiennych jej dla Żydów i Polaków skutkach. (...) i zaczęli Żydzi Polacy prowadzić podwójną buchalteryę przekonań, z jednej strony występując na zewnątrz jako Żydzi - z wyznania - pod względem narodowym zaś jako Polacy, oraz zapewniali, że przy takiej podwójnej buchalteryi bilans narodu polskiego wypadnie korzystnie. (...) Dziwoląg socjologiczny Żyda Polaka lub Żyda w. m. wskutek wewnętrznego kłamstwa nie ma racji bytu. Nie ma Żydów-Polaków, ani Polaków w. m. Są tylko Żydzi albo Polacy - tertium non datur [trzeciej możliwości nie ma]".
*
Maurycy Fleck prenumerował "Chwilę", gdzie niemal każdy numer otwierały wiadomości z Palestyny. Tam też reklamował rodzinną firmę. Ale czy był syjonistą? Czy może próbował godzić dwa światy, w których przyszło mu żyć? Bracia Fleckowie kultywowali żydowską tradycję i religię, angażowali się też społecznie na rzecz gminy żydowskiej. Udekorowali wnętrza nowoczesnego szpitala żydowskiego przy ulicy Rappaporta. Wykonali wiele prac w synagogach i innych budynkach żydowskich we Lwowie. Namalowali polichromie w dziewiętnastowiecznej Synagodze Sykstuskiej ("Ose Tow") i we wnętrzach Wielkiej Synagogi Podmiejskiej. To była szczególna praca, ponieważ tę bożnicę o ponad trzystuletniej historii podpalili Polacy w krwawym pogromie Żydów w listopadzie 1918 roku. Odbudowa zniszczonej synagogi trwała ponad rok i to właśnie Maurycy i Eisig Fleckowie zaprojektowali i wykonali nowe malowidła w jej wnętrzu: menorę, zwoje Tory, Ścianę Płaczu, Grób Racheli. W narożnikach sufitu namalowali nawiązujące do tradycji lwa, orła, jelenia i byka. Pamiątkowa tabliczka w sali modlitewnej głosiła: "Na pamiątkę pożaru, który wynikł podczas pogromu 19 miesiąca kislew 5679" [23.11.1918 r.].
Szpital żydowski M. Lazarusa we Lwowie (zwany dawniej także Szpitalem Izraelskim) przy ul. Jakuba Rappaporta 8.
Jednak Maurycy posłał dzieci do szkół polskich i zagranicznych, nie żydowskich. Nie nosiły też żydowskich imion. Po Henryecie, która urodziła się jeszcze w Drohobyczu, małżeństwo doczekało się trójki - synka Filipa[15], drugiej córeczki Antonii (Antoniny)[16] i najmłodszego, naszego bohatera Ludwika[17]. Według powojennej relacji Maurycy Fleck był socjalistą. Pośrednio potwierdzają to wartości, jakie wpoił dzieciom, i wybór dróg życiowych córek, Antonii i Henryety.
*
Co się stało z dorobkiem żydowskich rzemieślników?
Synagogi, w których można było oglądać ich oryginalne prace, już nie istnieją. "Ose Tow" spłonęła po niemieckim nalocie w 1939 roku. Wielką Synagogę Podmiejską spalili Niemcy w 1941 roku. Nie ma już dekorowanych przez Flecków pawilonów krajowej wystawy. Malowidła w holu cesarskiego dworca kolejowego, symbolu metropolitalnej transformacji miasta, nie przetrwały wojen i sowieckich rządów. Nie dowiemy się też, co stało się z freskami w Galicyjskiej Kasie Oszczędności. Ktoś nam podpowiada, by koniecznie odwiedzić dawny żydowski szpital na Rappaporta, podobno w jednym ze skrzydeł polichromie ocalały.
Gdy docieramy do szpitala, najpierw szukamy po omacku, pokonując kolejne piętra budynku. Wreszcie dowiadujemy się, że kilka lat temu podczas remontu malowidła zostały zamalowane. Powiedziała nam o tym przypadkowo napotkana lekarka, Polka. To była trudna rozmowa, na której zakończenie usłyszałyśmy skargę: nie mamy pojęcia, my, Polacy żyjący za granicą, jak ciężko żyje się Polakom, którzy zostali w niegdyś polskim Lwowie.
Wychodząc z budynku lecznicy, oglądamy zniszczoną, ale oryginalną posadzkę przy drzwiach wyjściowych. W centrum czerwono-białej kompozycji wmurowano płytkę z nazwiskiem wykonawców - "Bracia Mund. Lwów"[18]. To inna żydowska rzemieślnicza rodzina, specjaliści od ceramiki i znajomi Flecków z przełomu stuleci. Taką samą płytkę-sygnaturkę znajdziemy później w jednej z kamienic należących do rodziny Flecków.
Ułamana macewa na tyłach dawnego szpitala żydowskiego przy ulicy Rappaporta, Lwów.
Wychodzimy z dawnego żydowskiego szpitala na spacer po przyszpitalnym parku. Na tyłach budynku, wśród rosłych klonów, natykamy się na lapidarium, porozrzucane bez ładu i składu potrzaskane fragmenty macew ze starego żydowskiego cmentarza, który sąsiadował z lecznicą. Tyle zostało z kirkutu z kilkusetletnią tradycją, z zabytkowymi macewami z XVI wieku. Wrastają w ziemię, deszcz powoli wypłukuje hebrajskie litery, imiona, nazwiska i święte symbole. Ktoś zapobiegliwy podłożył jeden z ułamanych nagrobków pod wylot rynny w rogu budynku. Macewa jest praktyczną podkładką - chroni bruk przed niszczycielską robotą deszczówki.
*
Jedno pokolenie musi wypruwać żyły, by zarobić na wykształcenie dzieci. Dzięki temu następne ma szansę studiować medycynę lub prawo. Trzecie może już sobie pozwolić na studiowanie filozofii. Ta życiowa żydowska mądrość wypełniła się w rodzinie Flecków nieco szybciej, bo Ludwik Fleck, syn Maurycego, równolegle z medycyną uprawiał filozofię. Nie wiadomo, czy wybór takiej życiowej drogi cieszył jego ojca. Tą decyzją Ludwik nie tylko pozbawił go spadkobiercy rodzinnej firmy, lecz także złamał kilkupokoleniową tradycję. Firma musiała znaleźć odpowiedzialnych sukcesorów - gdy kończyła się Wielka Wojna, Maurycy dobiegał sześćdziesiątki, nie mógł i nie musiał już pracować tak ciężko jak wtedy, gdy zaczynał nowe życie we Lwowie.
ROZDZIAŁ | 2
NOWE ŻYCIE WE LWOWIE
Jeszcze przed wybuchem I wojny światowej rodzina Flecków dorobiła się we Lwowie kilku reprezentacyjnych nieruchomości. Pierwsze lata po przenosinach z Drohobycza spędzili jednak w wynajętych apartamentach w domu przy Sykstuskiej 33, eleganckiej ulicy w centralnej części miasta. Klasyczna piętrowa kamienica na parterze mieściła sklepy i salony wystawiennicze, a wyżej mieszkania prywatne. Sykstuska tętniła życiem, jeździł nią tramwaj, eleganccy lwowianie przesiadywali w kawiarniach i cukierniach, różnego typu punkty usług i sklepy roiły się od klientów. Blisko do Pasażu Hausmana, Grand Hotelu, Poczty Głównej.
Tu w 1892 roku żona Maurycego, Sima, urodziła drugie dziecko, synka Filipa Flecka. Dwa lata później znów była w ciąży. Szybko powiększająca się rodzina to mógł być jeden z powodów decyzji o kupnie własnej kamienicy, gdzie wygodnie mógł mieszkać cały klan rzemieślników i gdzie dzieci miałyby lepsze warunki. Udało się to zrobić w 1894 - w roku festiwalu Flecków na Powszechnej Wystawie Krajowej, w czasie prosperity, sukcesów finansowych i artystycznych.
Kamienica przy ulicy Sykstuskiej 33 - pierwszy adres klanu Flecków we Lwowie.
Kamienica przy ulicy Józefa Bema[19] 8 to ich pierwsza hipoteczna własność, zwana realnością. Współwłaścicielkami nieruchomości były żony Maurycego i Eisiga - Sima i Amalia.
Bema dochodziła do jednego z najważniejszych lwowskich traktów, ulicy Gródeckiej, a w tamtym czasie okolica prężnie się rozwijała. Gródek, jak potocznie nazywano tę dzielnicę, zamieszkiwała przeważnie ludność polska i żydowska - na ogół na dorobku. Im bliżej Dworca Podmiejskiego, tym więcej żydowskich warsztatów, fabryczek i magazynów. Blisko do nowych szkół, sporo zieleni, mniej hałasu niż na zatłoczonej Sykstuskiej. Świeżo zakupiony dom Fleckowie postanowili przebudować. Wyrosło drugie piętro i strych[20]. Dzięki tej kosztownej inwestycji przybyło co najmniej kilkaset dodatkowych metrów na potrzeby braci i ich powiększających się rodzin. Później, w 1905 roku, dobudowano jeszcze oficynę[21].
Przeprowadzka z Sykstuskiej na Gródek zbiegła się z narodzinami trzeciego dziecka Maurycego i Simy, dziewczynki Antonii Fleck.
*
Wtedy - nowe budownictwo, dziś - mniej niż ślady dawnej świetności. Lico klasycyzującej trzypiętrowej kamienicy zdobione boniowaniem uzupełnia rodzaj przyczółka z motywami roślinnymi i herbową tarczą nad bramą. Byłoby elegancko, ale jest brudno. Ściany odrapane, umazane sprayem. Wchodzimy, mijamy klatkę schodową prowadzącą na piętra i drugą bramę na podwórko, na którym zapewne bawiły się dzieci lokatorów. Podwórko jest zaniedbane i zaśmiecone. Zawilgocone ściany sprawiają przygnębiające wrażenie, nie pomagają rachityczne krzewy i rozrzucone tu i ówdzie kilka drzewek. Z podwórka widać wewnętrzne galeryjki na kolejnych piętrach i drzwi do mieszkań. Pierwotnie duże lokale podzielono na mniejsze i rozparcelowano pomiędzy nowych lwowian, zwiezionych z różnych zakątków Ukrainy po wojnie - praktyka znana i z polskiej powojennej polityki mieszkaniowej. Na klatce schodowej przetrwały resztki terakoty, misternie kuta poręcz i piękny kandelabr.
Ta niegdyś luksusowa kamienica na Gródku dziś mieści mieszkania komunalne, z możliwością wykupu na własność. "Ale kto ma na to pieniądze? - tłumaczy nasza przewodniczka Luda. - I kogo stać na użeranie się z konserwatorem zabytków? Zgody, pozwolenia i tym podobne, a biurokracja tutaj nie ma sobie równych".
Galeryjka w oficynie kamienicy braci Flecków, ulica Bema 8. W jednym z mieszkań tego domu urodził się Ludwik Fleck.
Pukamy do różnych drzwi, które pozostaną zamknięte. Wreszcie na pierwszym piętrze ktoś otwiera po żarliwych zapewnieniach Ludy, że "niczego nie sprzedajemy i nie jesteśmy z cerkwi". Drzwi uchyla kobieta, siwe włosy do ramion odgarnia za ucho. Luda tłumaczy, co nas sprowadza. Opowiada o synu malarza, który tu kiedyś mieszkał. Ałła, tak ma na imię gospodyni, potwierdza - tak, słyszała, że kiedyś mieszkali tu chudożniki [artyści], to był ich dom. Możemy wejść.
Ałła ma 58 lat i chyba nie pracuje, ale nie dopytujemy. Jej mieszkanie wycięto z innego, większego wnętrza. Rozkład ma dziwaczny, bo po tej operacji niewielką kuchnię i toaletę wciśnięto w dawny przedpokój. Trudno dziś odgadnąć, ile pomieszczeń pierwotnie liczyły poszczególne apartamenty, możemy tylko spekulować, jakim metrażem i iloma pokojami, a może piętrami, dysponowała zamożna rodzina, ale nie ulega wątpliwości, że mieszkali w luksusie. Róg jednego z pokoi zajmuje kaflowy piec ze zdobieniami inspirowanymi antykiem, zwieńczony koroną z klasycznymi ornamentami. Notujemy zachowaną sztukaterię i rozetę wokół lampy sufitowej. Podłogę pokrywa drewniany parkiet z epoki, który wyłania się spod brzegów dywanu. Ciemniejsze i jaśniejsze deseczki precyzyjnie ułożono we wzór zwany pałacową podłogą.
Gospodyni żałuje, że nie przyjechałyśmy tu dwa lata temu. Wtedy żył jeszcze jej mąż, a on o kamienicy i jej właścicielach wiedział bardzo dużo. Wiele lat temu na ścianach klatki schodowej wisiały obrazy. Może Maurycego? Dzieła z czasem poginęły, a ostatnie zniknęło malowidło na suficie.
- Jakieś 15 lat temu - opowiada Ałła - w nocy przyszło tu kilku mężczyzn. Dwóch albo trzech. Zasłonili nasze drzwi, zasłonili okna kocami - wskazuje na okna wychodzące na galeryjkę i oficynę. Dla mieszkańców był to czytelny sygnał, panowie nie chcą publiczności. No i faktycznie nikt nie wyściubił nosa. - Wykuli, ukradli to malowidło - opowiada. Z sufitu? Upewniamy się, bo nie dowierzamy. Wycięli ze ściany jak freski Schulza[22]? Nie zniszczyli? Trudno w to uwierzyć. Ałła nie potrafi powiedzieć nic więcej poza tym, że lokatorzy się bali i że tej ciemnej nocy malowidło zniknęło bezpowrotnie. Czy wie, że ci chudożnicy, dawni właściciele, to byli Żydzi? - pytamy.
- Nie - Ałła ucina rozmowę.
Na klatce schodowej zadzieramy głowy i widzimy okazałą prostokątną ramę, ostatni ślad po wyciętym malowidle, zapaćkaną białą olejną farbą. Zagadka wyjaśni się jeszcze tego samego dnia, bo Ałła na odchodnym podaje nam numer do starszej pani, Łesi, jej dawnej sąsiadki z Bema 8. Pani wyprowadziła się kilka lat temu, ma coś koło siedemdziesiątki, ale ona i jej bliscy wiele lat tu mieszkali. Chętnie rozmawia, opowiada, że po I wojnie światowej dom był bardzo zniszczony, kule tkwiły w ścianach. Nie wiadomo, czy po wojnie polsko-ukraińskiej. Co do kradzieży - szybko wyjaśnia - to był olejny obraz umieszczony w ramie na suficie klatki schodowej. Złodzieje go po prostu wycięli i wynieśli. Rama została.
Co było na obrazie? Nagie nimfy siedzące na brzegu fontanny lub nad jakąś inną wodą w otoczeniu zieleni. Łesia zapamiętała dużo soczystozielonych liści.
Pamięta też, że w latach 80. przyjechał z zagranicy ktoś, kto podawał się za syna dawnych właścicieli. Próbował odzyskać majątek, jakieś rzeczy, które jego przodkowie pozostawili komuś na przechowanie.
- Niczego nie odzyskał, więc może to on zlecił tę kradzież? - głośno myśli Łesia. Czy to mógł być jakiś krewny Flecków? Ci w 1935 roku sprzedali dom. Z nagimi nimfami na suficie.
Klatka schodowa kamienicy należącej do braci Flecków, z widoczną na suficie ramą po skradzionym obrazie. Ulica Bema 8, Lwów.
Zagadka kradzieży malowidła z kamienicy przy Bema jeszcze do nas we Lwowie wróci, w zaskakujący i coraz bardziej intrygujący sposób.
*
Był czwartek, 11 lipca 1896 roku, gdy Sima Fleck urodziła Ludwika. Był ich czwartym i ostatnim dzieckiem. Sima miała już 36 lat, Maurycy skończył 37. Akuszerka Małke Rabner przyjęła poród w nowym domu, a osiem dni później odbyła się uroczystość obrzezania chłopca. Mohelem, czyli rzezakiem, był R.F. Bodek, a sandakiem (sandekiem), czyli osobą trzymającą dziecko na kolanach, dziadek chłopca Simcha Herschdörfer. W kamienicy na Bema, gdzie mieszkał cały klan Flecków, święto uczczono, jak nakazuje tradycja, radosnym wspólnym biesiadowaniem.
Szczęście Maurycego i Simy po narodzinach Ludwika nie trwało długo. Pół roku później rodzinę spotkała tragedia. 20 grudnia 1896 roku zmarł ich starszy synek - czteroletni Filipek. Czy chorował? Czy to był wypadek? - nic nie wiadomo o przyczynie śmierci chłopca.
Ludwik nie zdążył poznać brata. Dorastał z dwiema siostrami, jako jedyny chłopiec i najmłodszy z rodzeństwa.
*
Fleckowie mieszkali na Gródku kilkanaście lat.
Ich córka Henryeta miała 26 lat, a Antonina i Ludwik osiągnęli pełnoletność, gdy rodzice postanowili przenieść się na Łyczaków. Już w 1911 roku kupili dużą, niezabudowaną działkę nieopodal Polikliniki i kościoła Świętego Antoniego, w połowie drogi między cmentarzem Łyczakowskim a Wysokim Zamkiem. Zapłacili fortunę - 43 tysiące koron. Dla porównania w 1911 roku wójt gminy pobierał rocznie 240 koron wynagrodzenia, a mundurowy policjant 670. Litr wódki i kilogram słoniny kosztowały 2 korony, para butów 8-10 koron. Ta lokalizacja - tak samo jak poprzednia - to tereny przy kolejnej dużej arterii Lwowa w szybko rozwijającej się Dzielnicy Łyczakowskiej. Na Łyczakowie dominowała niska zabudowa na dużych, pełnych zieleni działkach. Było kilka szpitali z wydziałami medycznymi uniwersytetu, pałac namiestnika Galicji oraz wille i pałace arystokracji i elity finansowej Lwowa.
Klan Flecków postanowił wybudować tu dwie duże bliźniacze trzypiętrowe kamienice z oddzielnymi wejściowymi bramami i salonem wystawienniczym na parterze[23]. Budowa zajęła dwa lata, a w oczekiwaniu na jej zakończenie bracia zamieszkali nieopodal, na Gliniańskiej 8.
W lwowskich archiwach znajdziemy informację, że od 1913 roku Eisig Fleck był właścicielem realności Gliniańska 8 oraz Łyczakowska 36. Sklejona z nią Łyczakowska 34 przypadła Maurycemu Fleckowi.
*
Fleckowie kupili działkę w dzielnicy zamieszkanej głównie przez Polaków, nie licząc położonych wyżej rogatek miasta, gdzie przeważała ludność ukraińska. Kursował tramwaj, na parterach domów mieściły się punkty usług wszelakich - poligraficznych, architektoniczno-budowlanych, meblarskich, stolarskich, malarskich. Zaplecza domów kryły ogródki lub oficyny.
Ta budowa kosztowała Flecków setki tysięcy koron. Dwie okazałe, złączone ze sobą kilkupiętrowe kamienice z oddzielnymi bramami zbudowano ze znacznie większym rozmachem niż ich pierwszy dom przy Bema 8.
Budynki nie są identyczne, choć niewątpliwie powstały w ramach spójnej koncepcji. Oba są zwieńczone przyczółkami i dekorowane na froncie płaskorzeźbami przedstawiającymi alegorię sztuki. Putta stojące przy sztalugach, trzymające w dłoniach pędzle i inne atrybuty artysty podpowiadały przechodniom profesję właścicieli kamienic. Większość reliefów się zachowała, tak jak wykusze oraz balkony z metalowymi, zdobnymi balustradami.
Z domem na Łyczakowskiej łączył się kolejny okres w życiu klanu Flecków i drugiego pokolenia - dzieci, które urodziły się już we Lwowie. To tu mieściło się centrum rodzinnego życia i interesów. Już po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, w 1920 roku, bracia Fleckowie reklamowali się w "Chwili": "Pierwszy krajowy Zakład malarstwa dekoracyjnego i lakiernictwa budowlanego "Bracia Fleck i sp.", Lwów, Łyczakowska 34. Wykonuje wszystkie roboty wchodzące w zakres malarstwa pokojowego i lakiernictwa budowlanego w miejscu jako też i na prowincji w najkrótszym terminie po cenach umiarkowanych. Bogaty wybór najnowszych wzorów". Salon ze wzorami mieścił się na parterze, z wejściem wprost z ulicy.
Bliźniacze kamienice braci Flecków, ulica Łyczakowska 34 i 36, Lwów.
Klatka schodowa kamienicy braci Flecków, w której urodził się Ludwik. Ulica Bema 8, Lwów.
Kamienica braci Flecków, ulica Łyczakowska 34. Detal architektoniczny symbolizujący profesję właścicieli nieruchomości.
Na wyższych piętrach, w różnych apartamentach, zamieszkali Maurycy z żoną i jego dorosłe już dzieci z rodzinami: córki Antonina i Henryeta z mężami oraz Ludwik z żoną i dzieckiem.
Po śmierci Maurycego, w 1932 roku, właścicielem kamienicy pod numerem 34 został trzeci z braci - Izydor. Wkrótce potem umarł Eisig Fleck. Sima i Amalia też nie dożyły wojny.
W 1938 roku nie było już żadnego z trzech braci Flecków. Majątek odziedziczyły dzieci. Nominalnym właścicielem bliźniaczych kamienic na Łyczakowie został mąż Henryety, doktor Maksymilian Silber.
Część mieszkań wynajęto polskim lokatorom, a ogrzewane sutereny zajmowała służba.
*
W jednej z dwóch bram kamienicy przy Łyczakowskiej, grubo zapaćkanej szarą olejną farbą, natykamy się na wmurowaną w posadzkę płytkę sygnowaną "Bracia Mund", identyczną z tą, którą widziałyśmy na podłodze żydowskiego szpitala na Rappaporta. Widać bracia Mundowie i bracia Fleckowie współpracowali też przy inwestycjach prywatnych.
Klatka schodowa ma ciekawą eliptyczną formę - to konsekwencja projektu budynku. O jej dawnej elegancji świadczą oryginalne detale, wykwintna posadzka, sztukaterie, marmurowe okładziny w holu i otwory po mocowaniach prętów w kamiennych schodach. Mieszkańcy wchodzili na wyższe piętra po dywanie. Kuta żelazna balustrada wykończona drewnianą poręczą odpowiada wzorem balustradom zewnętrznych balkonów. Drzwi do lokali to piękne wzory pałacowe, zwieńczone supraportami z ornamentami w formie liściastych wieńców podwieszonych na girlandach. Zachowały się też mosiężne wloty do skrzynek na korespondencję z polskimi napisami LISTY. Oddzielne skromne wejścia prowadzą do dawnych służbówek.
Ludwik Fleck mieszkał na drugim piętrze, okna jego mieszkania wychodziły na ulicę. Bardzo chcemy je zobaczyć, ale nikt nie otwiera drzwi. Na suficie klatki schodowej rzuca się nam w oczy intrygująca kratownica i ozdobne wzory wokół niej. Wchodzimy, przeczuwając, co to jest.
Kamienica, w której mieszkał Ludwik Fleck, ulica Łyczakowska 34.
Klatka schodowa kamienicy przy ulicy Łyczakowskiej 34. Mieszkanie Ludwika Flecka mieściło się na drugim piętrze.
Sufit ma kształt nieregularnego wielokąta. Architektura budynku wymusiła taką formę, a artyści zrobili, co mogli, by tę przestrzeń sensownie wykorzystać. Kratownica okazuje się prostokątnym drewnianym blejtramem, a wzory to otaczające go freski, które miały rozwiązać problem nieregularnej płaszczyzny. Kiedyś wisiał tu, przymocowany do sufitu, sporej wielkości obraz. Blejtram jest duży, obraz musiał mieć jakieś 3,5 na 2 metry. Płótno wycięto, zachowała się drewniana rama przytwierdzona do sufitu i malowidła wokół niej.
Minęło ponad sto lat, popękany dach przecieka, sufit i freski zżera grzyb. Ciemne wieńce i liściasty ornament okalające obraz zachowały żywe barwy. Gdy się przyjrzeć, widać, jak starannie namalowano detale - na liściastym ornamencie są czerwone żyłki, na każdym inne, niepowtarzalne, choć przecież z dołu nikt nie był w stanie tego zobaczyć. Cieniutkie kreseczki można dostrzec tylko z bliska. Na długim boku obrazu ostał się strzęp płótna, pas szerokości około 10 centymetrów przymocowany do blejtramu. Przypomina się nam opowieść Łesi z ulicy Bema 8. "Dużo zielonych liści" - to właśnie widać na zachowanym pasie płótna.
Już chcemy wychodzić, gdy los zsyła nam Wołodię, mieszkańca z trzeciego piętra. Mężczyzna z dwiema pustymi butelkami w ręku idzie do sklepu, wygląda na niewyspanego, mimo że jest wczesne popołudnie. Wołodia mieszka tu od ponad 20 lat. Opowiada historię, którą już słyszałyśmy. Był luty, początek lat 90. O czwartej nad ranem wszyscy pewnie już spali, ale nie Wołodia. On akurat oglądał telewizję. Usłyszał jakiś hałas, ostrożne uchylił drzwi. Mieszka na trzecim piętrze, wysoko, więc akcję widzi dokładnie. Dwóch mężczyzn w kominiarkach wycina z sufitu obraz. Posługują się nożami przymocowanymi do długich kijów. Spieszyli się, cięli niestarannie, pozostawiając nierówny pas płótna z liśćmi zwisający smętnie po dziś dzień. Obraz spadł na parter, a oni zbiegli, gubiąc kije na schodach. Wołodię doszły słuchy, że obraz trafił na Krym.
Malowidła i blejtram na suficie klatki schodowej kamienicy braci Flecków, ulica Łyczakowska 34. Pozostałość po skradzionym płótnie.
Co było na obrazie? Putta - dzieci aniołki. I liście.
Kradzieże obrazów Maurycego Flecka z domów na Bema i na Łyczakowskiej są do siebie podobne i najpewniej dokonano ich w podobnym czasie. Kto wiedział, że akurat w tych dwóch kamienicach we Lwowie są obrazy na sufitach? Wprawdzie zdobienia klatek schodowych były powszechne we lwowskim budownictwie, ale zwykle stosowano witraże, świetliki, sztukaterie lub freski malowane wprost na sufitach lub ścianach - nie podwieszano płócien na blejtramach. Żaden z naszych lwowskich przewodników nie spotkał się wcześniej z takim przypadkiem.
*
Pierwsza nieruchomość Flecków we Lwowie, kamienica na Bema 8, była ich własnością przez niemal 40 lat. Zachowali ją po wyprowadzce na Łyczaków. Na sprzedaż zdecydowali się dopiero w 1935 roku, w czasach gdy Europę zatruwał nazizm, we Lwowie zaczęto usuwać Żydów z państwowych posad, a lwowska politechnika wprowadzała rasistowską segregację studentów. W tym czasie, w 1933 roku, wyemigrował do USA jeden z krewnych Ludwika, inżynier Otto Fleck. Czy ktoś jeszcze z licznej rodziny żydowskich rzemieślników wybrał emigrację na inny kontynent? Nie wiadomo, ale jest to prawdopodobne.
Eleganckie bliźniacze kamienice na Łyczkowskiej były własnością Flecków do 1941 roku.
O dziejach domu na Gliniańskiej 8 nic nie wiadomo.
Cały wypracowywany latami dorobek i majątek rodzina straciła podczas II wojny światowej. Rabunek zaczęli Sowieci, a skończyli Niemcy i Ukraińcy.
[...]