Fjolnmara. Tom I - Utara - Emilia Rejner

-
Proszę czekać

Prolog

Miasto, choć od wielu stuleci wymarłe, sprawiało wrażenie zaskakująco żywego. Stojąc na szczycie jednego ze wzniesień otaczających kotlinę, w której położone były ruiny, Thekkir odnosił wrażenie, jakby ktoś wodził za nim wygłodniałym wzrokiem. Teraz, będąc już przed jedną z masywnych bram, niemal poczuł gorący, ciężki oddech na swej twarzy.

Zabudowania prezentowały się całkiem nieźle, znacznie lepiej, niż się spodziewał. Mury, gdzieniegdzie tylko ukruszone, wciąż wyglądały solidnie, a w jednym z okien dostrzegł grubą, wzorzystą zasłonę, sprowadzoną przez handlarzy z Hadharu. Jej barwy nieco wyblakły, niknęły pod warstwą kurzu i pyłu, jaki osadzał się na materiale przez kolejne lata, poza tym jednak ozdoba nie była w złym stanie. Nie nosiła śladów, jakie powinny się na niej pojawić przez niezliczone dekady, które upłynęły, odkąd ktoś zasunął ją po raz ostatni. Tak naprawdę wyglądała świeżo. Świeżo i zupełnie nie na miejscu.

Thekkir wszedł do miasta powoli, do ostatniej chwili wahając się, czy powinien. Labirynt ciemnych zaułków był nienaturalnie cichy, niewątpliwie opuszczony, jednak mężczyzna wiedział, że nie jest sam. Miał pewność, że mijając bramę, otwartą niemal na oścież (jedno jej skrzydło zaklinowało się w pobliskim gruzowisku), staje się gościem.

Nie, nie gościem, poprawił się. Intruzem.

Odetchnął powoli. Na początku liczył kroki, kolejne metry w głąb miasta. Przestał jednak, nim dotarł do pierwszego skrzyżowania. Nie wiedział, którą z ulic należy wybrać. Wszystkie drogi wyglądały tak samo - szerokie, utwardzone wciśniętymi w ziemię kawałkami płaskich kamieni, przykryte dywanem suchego pyłu wzbijającego się przy każdym kroku. Wzdłuż każdej ciągnął się też rząd prostych lamp, od dawna niedziałających. Nie było ich tylko w najwęższych, ciasnych uliczkach, odchodzących czasem z lewej, czasem z prawej strony, w te jednak Thekkir zerkał tylko przelotnie, instynktownie unikając dłuższych oględzin. Wylewający się z nich półmrok zdawał się czymś materialnym, jakąś chmurą czy lepką mazią, czekającą tylko, by go pochwycić i pożreć. Mężczyzna nie zamierzał stawiać mu czoła.

Gdy po policzkach spłynęły mu karmazynowe łzy, otarł je odruchowo, jak czynił wielokrotnie w ciągu ostatnich dni. Bał się ich tylko na początku, gdy nie wiedział, co się z nim dzieje. Teraz już się przyzwyczaił. Gdy czerwień zaczynała przesłaniać mu wzrok, rozmazywał ją na policzkach właściwie bez udziału woli, tak, jak ścierałby też zwykłe, słone łzy.

Podobnie nie zastanawiał się nad słodkim smakiem miejskiej ciszy ani nad intensywnym, przypominającym jaśmin zapachem dominującej w ruinach szarości. Nie próbował też w żaden sposób wyjaśnić obecności Uni, jego małej, ryżowłosej Uni, znikającej w podskokach za jednym z zakrętów. Zmysły zawodziły go, nie widział już jednak powodu, by z tym walczyć.

I tak miał stąd nie wrócić. Wiedział to od pierwszej chwili, gdy stanął twarzą w twarz z miastem, i gdy tak nagle zabrakło mu tchu.

Przed trzema dniami odprawił svadunar. Nie chcieli go słuchać, gdy mówił, że zwalnia ich z przysięgi. Uparta Vinniret przez dłuższą chwilę próbowała mu udowodnić, że nie ma racji, Regwald zaś tylko patrzył na niego tym ciężkim, niezmiennie spokojnym wzrokiem. Gdy uświadomił sobie, że ich nie przekona, skorzystał z prawa, które mu przysługiwało. On zawiązał svadunar i on też mógł go rozwiązać, nakazując im - już nie prosząc, ale polecając im, jako wyższy rangą - odejść. Byli jego rodziną, tą, którą sam sobie wybrał. Dlatego chcieli z nim zostać i dlatego też nie mogli tego zrobić.

Miał tu umrzeć. Jego podróż kończyła się na ulicach miasta - był tego pewien, czuł to w sposób, którego nie dało się ująć w słowa. Nie bał się tej śmierci, zamierzał przyjąć ją godnie. Oni jednak nie musieli. Na nich wciąż czekał dom.

W którymś momencie zaczął biec. Nie wiedział, po co i przed kim ucieka, gdy jednak ruszył, nie mógł się zatrzymać. Początkowo truchtał, jednak każdy kolejny krok był coraz dłuższy. Gdyby mógł, pojedynczymi susami pokonywałby odległości między kolejnymi skrzyżowaniami, placami, zaułkami. Nie był pewien, dlaczego biegnie, ale wiedział, że musi. Tak jakby coś pchało go, wciąż i wciąż przed siebie. Tak jakby coś wołało go, a on musiał na to wołanie odpowiedzieć.

Zdziwił się, gdy zaczęło brakować mu tchu. Nadal nie mógł stanąć. Nie był w stanie zwolnić, ale znalazł chwilę, by zwrócić uwagę na swą niedoskonałość. Zmęczył się, choć nie powinien - czy raczej nie powinien tak szybko. Z tego, co pamiętał, był Insorv, Pierwszym. Nie wydawało mu się, by ktoś pozbawił go tego miana. Wprawdzie opuszczał Yrkazaan dawno, ale to...

Nie. Był Insorv. Nadal.

- Oczywiście, że nim jesteś. - Mała Uni znalazła się u jego boku, bez trudu dotrzymując mu kroku. - Oczywiście, że nadal jesteś Pierwszym, tato. Bohaterem.

Zareagował cichym chrząknięciem, które mogło być zarówno krótkim przyjęciem słów do wiadomości, jak i urwanym szybko, zduszonym w zarodku śmiechem.

Bohaterem. Nigdy się nim nie czuł, choć żył z tą metką już... Zmarszczył brwi, gdyż nie mógł policzyć lat. Cóż, właściwie nieważne, ile. Długo.

- Wyrobiłeś się. - Suchy, zgrzytliwy głos starego Garuna rozbrzmiał w jego prawym, tylko prawym uchu. Thekkir widział go przed paroma chwilami - minął starego woja dwa, trzy zakręty wcześniej, jednak dopiero teraz go usłyszał - a słyszał tak wyraźnie, jakby siwowłosy wciąż stał obok. Dopiero teraz też poczuł ostry zapach emulsji, którą mężczyzna natłuszczał noszone skóry. - Złamanego grosza bym za ciebie nie dał, ale... Może i coś z ciebie będzie. Może.

- Stary jest okropny. - Melodyjny, cieniutki głosik Uni był jakby zwielokrotniony, jak gdyby nie jedna, a trzy dziewczynki postanowiły ocenić Garuna. - Nadal go nie lubię.

Biegł dalej tak długo, aż kolana ugięły się pod nim, a on sam wyrżnął szczęką w szerokie schody. W jakiś sposób dokładnie wiedział, że to na trzecim stopniu zostawił kawałek ukruszonego zęba i kilka kropli krwi. Ostry skalny odłamek wbił mu się w dłoń, gdy Thekkir zbierał się, by wstać.

Uni zatańczyła wokół niego, zachichotała na widok jego niezdarności i zniknęła. Przez chwilę słyszał jeszcze chrapliwy śmiech Garuna, przechodzący w spazmatyczny, mokry kaszel, ale i on ucichł w końcu.

Uniósł głowę, spoglądając na wznoszący się przed nim budynek. Patrzył, wyodrębniając z masywu budowli tworzące go bryły, kolejne prostopadłościany i walce. Rozkładał go jak konstrukcję z drewnianych klocków, którymi uwielbiał bawić się w dzieciństwie, odkładając kolejne elementy obok na starannie tworzony stosik.

Mrugnął i budynek znów był cały, cichy, górujący nad nim jak szczyt Gollavy nad euxanirskimi ścieżkami.

Zapłakał wtedy po raz ostatni. Klęcząc u podnóża milczącej budowli, szlochał cicho, potem głośniej, słysząc echo własnych łez spływających na surowe stopnie. Krople rozpryskiwały się na nich donośnie, znacząc je karmazynowymi plamami, układającymi się w abstrakcyjne wzory.

Thekkir zaskowyczał, kuląc się i zwieszając głowę na piersi. Myślał, przez kilka chwil analizował, co czuje i skąd ten krzyk. Z ulgą uzmysłowił sobie, że tak naprawdę wcale nie cierpi i nie z tego powodu wyje.

Był spokojny. Spokojny, szczęśliwy, a przede wszystkim - pochylił się nad tym słowem, smakował je przez chwilę - wolny.

Potem miasto znowu umilkło, pogrążając się w półśnie towarzyszącym mu przez wiele minionych stuleci.

Rozdział 1

- Będziemy mieli gościa - obwieścił Eyran Thynler, heidr Klanu Gharra, spoglądając uważnie na Eyjagrani. - Przyprowadzisz ją.

- Ją - powtórzyła dziewczyna, marszcząc brwi. - Ją? - Spojrzała na przywódcę pytająco. Była tylko jedna "ona", która mogła potrzebować towarzystwa w drodze do Yrkazaanu.

Mężczyzna rozparł się wygodniej w solidnym, okrytym futrami siedzisku klanowego przewodnika. Mebel sprawiał wrażenie zbyt małego dla postawnego woja i czasem skrzypiał ostrzegawczo, jakby protestując przeciwko dźwiganiu dumnej postaci heidra.

- Silje postanowiła nas odwiedzić - potwierdził przypuszczenia młodej wojowniczki i z rozbawieniem obserwował, jak na drobnej twarzyczce pojawia się z trudem skrywany uśmiech.

Eyjagrani, jak przystało na kobietę z jej rodu, starała się pokazywać po sobie jak najmniej emocji, nie miała w tym jednak wprawy. Najmłodsza z cór Atalii Heidveurr, pierwszej spośród klanowych rytualistów, była otwarta, impulsywna i nie po drodze było jej z poważną maską, jaką na co dzień nosiła jej matka. Ogień płonący w sercu Eyji był zbyt gorący, by mogła zatrzymać go tylko dla siebie. Niewysoka jak na bjortari, ludzi gór, i może nieco wychudzona, szarowłosa Heidveurr przypominała iskrę skaczącą to tu, to tam w poszukiwaniu własnego miejsca. Jej język był tak samo ostry jak rysy twarzy, za to chłód jasnoniebieskich, przejrzystych tęczówek w żaden sposób nie pasował do nieokiełznanego charakteru. Eyjagrani okazywała radość tak samo gwałtownie jak złość, a jej lojalność wobec przyjaciół była równie silna, co nienawiść żywiona wobec wrogów.

Spoglądając na nią teraz, Eyran nie potrafił ukryć sympatii. Dziewczyna mogła się starać, nie była jednak Atalią.

- Tak myślałem, że się ucieszysz - roześmiał się Thynler, a Eyjagrani chrząknęła cicho. Kąciki ust zadrżały lekko, zdradzając jej faktyczne uczucia.

- Tylko... - Gdy odezwała się, w jej głosie pojawiło się jednak wahanie. - Nigdy nie byłam w Falhasie.

Nie była to do końca prawda, Eyran rozumiał jednak, co miała na myśli. Pojedyncze wycieczki w towarzystwie ojca i sióstr nie liczyły się, bo wtedy ktoś ją pilnował i prowadził. Teraz, gdy miała udać się tam sama, w dzikim sercu wojowniczki pojawił się lęk.

- Nie wysyłam cię do Falhasu - uciął krótko, rozwiewając obawy szarowłosej dziewczyny. - Tym razem Silje... - chrząknął cicho, wyraźnie markotniejąc. - Powiedzmy, że zależy jej na dyskrecji.

Eyjagrani uniosła brwi, w lot pojmując, co kryje się za słowami przewodnika.

- Nie wiedzą - stwierdziła ze zdumieniem. - Aranmuk nie prosił o zgodę. Przysyłają swoją haaim, tropicielkę, bo taką mają zachciankę i tyle?

- Nigdy nie prosi, ale tak, tym razem postanowili nawet nie informować nas o odwiedzinach.

Dziewczyna zamyśliła się. Hadharska Kapituła - Aranmuk - była jedną z najbardziej znaczących instytucji politycznych na kontynencie. Składająca się z dziewięciu jafratów - radców wskazywanych przez możnowładców południa w powtarzających się co dekadę wyborach - oficjalnie sprawowała władzę jedynie w granicach własnego państwa, Konfederacji Med'Hadhar, w rzeczywistości jednak obejmując swymi wpływami obszar znacznie rozleglejszy. Przez stulecia swego istnienia wyewoluowała od nieporadnego, eksperymentalnego organu do jednostki, przed którą prędzej czy później ukorzyć musiał się nawet najbardziej uparty z władców. Szaleńczy pomysł Mulkinata Trzeciego stał się zaskakująco sprawnie funkcjonującym organizmem i choć wiele śniegów stopniało, nim Aranmuk osiągnął aktualną pozycję, nikt już tego nie wypominał - zarówno z szacunku, jak też przez wzgląd na niebezpieczeństwo, z jakim wiązało się bardziej donośne krytykowanie radców z Dziewięciu Wież.

Kapituła rzeczywiście rzadko kiedy o cokolwiek prosiła, zwykle jednak zachowywała przynajmniej pozory dyplomacji.

- Ty jednak wiesz - zauważyła Eyjagrani po chwili, spoglądając na Eyrana uważnie.

- Ja wiem. Najwyraźniej uznali, że będę najmniej się burzył. - Mężczyzna parsknął cicho, by po chwili spoważnieć. - To gra, Eyja. Silje i tak by się pojawiła, jafraci i tak by ją przysłali. Mój wybór sprowadzał się tylko do tego, czy zrobią to zupełnie poza mną, czy będę miał coś do powiedzenia. - Thynler odetchnął cicho. - Mieć do powiedzenia niewiele to zawsze więcej niż nic.

Heidveurr pokiwała głową powoli, potem uśmiechnęła się szeroko.

- Loddreg będzie zachwycony.

Loddreg Gjall, heidr północnego Klanu Atyra z Urkari był mężczyzną dumnym, stanowczym i niesamowicie przebiegłym. Mówiło się, że jego nieustępliwość nawet górskie szczyty zmusza do uległości i że spory wygrywa przez przeczekanie. Tym razem jednak Eyjagrani dałaby sobie rękę uciąć, że Loddreg wybuchnie - i że będzie to popis wspominany przez kolejne lata. Gdy ktoś wchodził na jego teren - a Heimareld było krajem każdego bjortari, niezależnie od przynależności klanowej - Loddreg stawał się zajadły niczym jego totem, bojowy dog atyrski.

Tymczasem Eyran wstał z siedziska, rozprostowując się na całą swą imponującą wysokość. Choć grzywę kruczych włosów splótł w staranny, gruby warkocz, a bujną brodę rozczesał i przyozdobił kościanymi koralikami, wciąż bardziej przypominał dzikie zwierzę niż cywilizowanego przywódcę największego z klanów Heimareldu.

Jest jak niedźwiedź, pomyślała Eyja przelotnie. Wielki i futrzasty.

- Silje dotrze do Heimareldu za jakieś dwa tygodnie. Zamierzają trzymać się jak najdalej od brzegów, aż do ujścia Andmary. Tam się spotkacie. Jeśli chcesz, możesz wyruszyć już teraz. - Heidr uśmiechnął się przelotnie. Zbliżając się do dziewczyny, wsparł ciężką dłoń na jej ramieniu i uścisnął lekko. - Naciesz się tą wycieczką, dziewczyno. Nie miałaś ich ostatnio zbyt wiele.

***

Okręt zdawał się tkwić w miejscu, choć w rzeczywistości z każdą chwilą oddalał się coraz bardziej w kierunku Hadharu. Eyjagrani znała ten lekki trójmasztowiec - zdobiony rzeźbą yanni, pół-kobiety o smukłym, pokrytym stalowymi łuskami podwójnym ogonie. Allasal był jednym z sześciu żaglowców Aranmuku. Ostatnim razem, kiedy go widziała, stanowił jednak główną atrakcję gwarnych doków Falhasu - teraz, bez bandery Kapituły i z dala od największego heimareldzkiego portu, wyglądał dziwnie, zupełnie przeciętnie i szaro.

- Co ty właściwie tu robisz? - spytała w końcu bez ogródek, gdy rozsiadły się już na jednej z przybrzeżnych skał.

Rozłożyły futro na wilgotnym kamieniu, tuż przy korycie Andmary. Rwąca rzeka, klucząc pomiędzy wysokimi górami po opuszczeniu skalnego labiryntu, zwalniała znacznie i wpadała do morza jakby od niechcenia.

Eyjagrani zwiesiła nogi nad wolno płynącą wodę i zakołysała stopami w powietrzu, spoglądając na hadharkę wyczekująco.

Silje Maral westchnęła cicho.

- Jeśli powiem, że przybyłam na Vilmeti, z pewnością mi nie uwierzysz. - W jej słowach nie było pytania, w rzeczywistości znała bowiem odpowiedź.

- Oczywiście, że nie - odparła bez wahania Heidveurr, tym samym potwierdzając domysły przybyłej. - Vilmeti odbywa się co cztery lata, a ty nie byłaś dotąd na żadnym z nich. Ostatni raz odwiedziłaś Yrkazaan, gdy byłam jeszcze dzieckiem, a Diqna wciąż uganiała się za lyfjalli. - Uśmiechnęła się przelotnie na wspomnienie dziecięcych polowań na niewielkie, wrzaskliwe gryzonie, którym z zapamiętaniem oddawała się niegdyś jej starsza siostra. - Nie, Silje, nie uwierzę. Trzeba czegoś więcej, by ruszyć twój tyłek z Ahl'Tahal.

Maral sapnęła cicho, a śniade policzki pociemniały dodatkowo od rumieńca. Ze swą burzą czarnych loków, karmelową cerą i uważnym spojrzeniem złotych, ciemno oprawionych oczu, filigranowa tropicielka nie pasowała tutaj. Była zbyt egzotyczna i wydawało się, że zbyt delikatna. W rzeczywistości jednak drobna Hadharka sama warta była tyle, co sześciu najmężniejszych wojów - i złościła się również za sześciu.

- Czyżby? - fuknęła.

Eyjagrani roześmiała się.

- Właściwie wcale nie musisz mówić - stwierdziła lekko. - Doskonale wiem, dlaczego tu jesteś, jossi.

Hadharska tropicielka westchnęła cicho. Jossi, wiedząca. Zwrot grzecznościowy, choć w ustach Eyjagrani nie wydawał się takim. Nie pamiętała, kiedy młoda córa gór nazwała ją tak ostatnio.

- Thekkir Aheidvahl - rzuciła Silje krótko, potwierdzając to, czego Heidveurr się domyślała. Surowe imię, wypowiedziane ze słodkim, melodyjnym zaśpiewem południa, dziwnie brzmiało. - Podobno wrócił.

- Wrócił. Przed trzema tygodniami Arkvali znalazł jego svadunar, sam Thekkir stanął przed Sigai trzy dni później - przytaknęła Eyja, zamyślonym spojrzeniem śledząc lot krążącej nieopodal malali. Nieduży, białopióry ptak to wznosił się, to opadał na podmuchach nadmorskiego wiatru, w pewnej chwili składając gwałtownie skrzydła i spadając do wody jak kamień. Gdy wyłonił się ponownie na powierzchnię, wiosłując płetwiastymi nogami w zimnej wodzie, w jego ciemnopomarańczowym dziobie szamotała się już srebrzysta ryba.

- I...? - Silje nie skrywała już zniecierpliwienia.

- I od tamtej pory nie opuścił Kręgu. - Eyjagrani wzruszyła lekko ramionami, Maral wiedziała jednak, że beztroska postawa jest jedynie grą, w dodatku dosyć nieudolną.

- Nie chciał czy nie mógł? - Hadharka zmrużyła oczy, do reszty poważniejąc. W Kręgu nie pozostawało się dla przyjemności.

- Nie chciał i nie mógł. - Dziewczyna westchnęła cicho, odruchowo poprawiając kosmyk mysioszarych włosów, który wysunął się jej zza ucha. - Coś się z nim stało, Silje. Coś, co skłoniło Sigai do zatrzymania jednego z naszych Insorv za piątym alhi. Zresztą, on sam... - Zawahała się, szukając odpowiednich słów.

Coś takiego nie zdarzyło się wcześniej. Wśród Pierwszych nie było dotąd spętanych, nikogo też nie prowadzono dalej niż do czwartej bramy. Przy ogniskach opowiadało się wprawdzie o Vilmie, Insorv przetrzymywanej za jedenastym, ostatnim alhi, to jednak zawsze była tylko legenda, historia z morałem mająca przypominać o pokorze. Tym razem było inaczej. Teraz każdy na własne oczy mógł zobaczyć, jak Thekkir został złamany i padł na kolana za piątymi z wrót kipiącego od utary Kręgu.

- On sam - odetchnąwszy głębiej, Eyjagrani uspokoiła narastające rozdrażnienie - poprosił o to. Chciał, by Sigai zaprowadziła go za ósme alhi.

Tahalka milczała przez dłuższą chwilę. Znała strukturę i oddziaływanie Kręgu. Za pierwszym alhi nie czuło się większej różnicy, drugie i trzecie budziły niepokój, czwarte i piąte - lęk, narastający stopniowo do panicznego. Szósty stopień pozbawiał zmysłów, siódmy - podstaw człowieczeństwa, pozostawiając jedynie proste, zwierzęce instynkty. Nikt nie był w stanie powiedzieć, co było za ósmym alhi i dalej - i co działo się z odesłanymi tam.

- Widziałaś go? Widziałaś go, gdy wrócił? - spytała wreszcie Silje, przygryzając lekko dolną wargę i skubiąc ją.

- Tylko przez chwilę, jak wszyscy. Poszedł prosto do Sigai. - Eyjagrani zaśmiała się krótko, gorzko rozbawiona. - Nie był naznaczony, jeśli o to pytasz. Nie nosił skażenia. Wiesz przecież, że to tak nie działa. Krąg tego nie wymaga.

Powszechne było przekonanie, że Krąg przyjmuje tylko tych, których utara najpierw naznaczy. Wiele historii bjortari wspominało o brzydkich, szarych znamionach, które miały sprawiać, że spaczenie kotłujące się między kamiennymi monolitami rozpoznawało ofiary jako swoje i pożerało je, wzbraniając się przed przyjęciem kogokolwiek, kto skażenia nie nosił. Sine przebarwienia miały wskazywać tych, którzy już przedtem zbyt długo przebywali w pobliżu utary. Mówiono, że naznaczeni stawali się nowymi źródłami tchnienia, chorymi i niebezpiecznymi. Każdy z ludzi gór znał te opowieści, ale każdy wiedział też, że nie są one prawdą.

Tropicielka skrzywiła się przelotnie.

- Wiem. Myślałam po prostu... - Wzruszyła lekko ramionami. - Nie wiecie, co się z nim stało. Sigai tego nie wie. - Choć wypowiedź brzmiała jak pytanie, Silje nie pytała.

- Nie wiemy - przytaknęła Eyja, spoglądając poważnie na łowczynię. - Nie jestem przekonana, czy on sam wie. Tam, w Var Arrod... - Dziewczyna pokręciła lekko głową. - To nie jest takie proste. Heidrowie będą szukać odpowiedzi podczas Vilmeti. Mają przesłuchać svadunar. - Uśmiechnęła się przelotnie. - Dlatego tu jesteś.

Maral milczała przez dłuższą chwilę.

- Eyran pozwolił ci wyjść? - zapytała wreszcie, nagle zmieniając temat. - Sam z siebie wypuścił cię z Yrkazaanu?

Eyjagrani parsknęła cicho.

- Tak jakby. Nie prosiłam go, jeśli o to ci chodzi.

- A mogłabyś. Jeśli nie będziesz się starać, będę skłonna pomyśleć, że jestem ci obojętna. - Hadharka uśmiechnęła się przelotnie.

Heidveurr pokręciła głową z rozbawieniem.

- Przez ostatnie osiem lat poza miasto wypuszczano mnie jedynie w szczególnych przypadkach. Jesteś moją haaim, Maral. Lubię cię, ale jeśli miałabym prosić o wyjście za mury, znalazłabym setki innych powodów niż eskorta rozkapryszonego szpiega jafratów. - Dziewczyna wyszczerzyła zęby szeroko, gdy Silje szturchnęła ją w ramię, prychając. Po chwili spoważniała jednak i ucałowała śniady policzek. - Przecież wiesz, że się stęskniłam.

Hadharka westchnęła cicho i pieszczotliwe zmierzwiła włosy Eyji. Mogły mieć za sobą ledwie kilka spotkań i nie widzieć się od czasu unaroku, rytuału dojrzałości młodej bjortari, to jednak nic nie zmieniało. Więź, która połączyła je przy pierwszym spotkaniu, była silna w sposób, który trudno było wytłumaczyć.

- Co teraz zrobisz? - zapytała Eyjagrani po chwili. - Omijając Falhas i główne trakty, ominiemy komitety powitalne, których tak bardzo chcesz uniknąć, ale co potem? Wieści szybko się rozchodzą, klany będą o tobie wiedziały jeszcze przed Vilmeti, a Eyran...

- Eyran zapewni mi gościnę, którą obiecał i to wystarczy. - Silje przerwała dziewczynie w pół zdania. - Nie potrzebuję dużo czasu. Chcę tylko... - Maral zawahała się, po czym potrząsnęła lekko głową, jakby odpędzając niepotrzebne wątpliwości. - Gdy oswoicie się już z myślą, że Eyran postanowił zrobić coś za plecami pozostałych klanów, zabierzesz mnie do Sigai.

- Co... - zaczęła Eyja, a gdy zrozumiała, do czego zmierza hadharka, pokręciła głową z niedowierzaniem. - Chyba żartujesz.

- Muszę wejść do Kręgu, anan - rzuciła Silje krótko, a Heidveurr skrzywiła się przelotnie. Ojczysty dialekt ahl'tahalki był lingwistycznym labiryntem, pełnym sprzeczności i wieloznaczności. Anan w większości przypadków była rozumiana jako młoda, w tej chwili jednak Eyjagrani skłaniała się raczej ku interpretacji jako głupia czy naiwna.

- Sigai cię nie zaprowadzi. Eyran ci nie pozwoli. To nie... - Bjortari sapnęła cicho. - Nie możesz, Silje.

- Mogę. Muszę - powtórzyła Hadharka z uporem, gwałtownie podnosząc się z futra i otrzepując. Zakładając ręce na piersi, spojrzała z góry na podopieczną. - Zrobię to, Eyja, niezależnie od tego, co o tym myślicie. Po to tu jestem. Muszę... - Na jedną krótką chwilę kobieta zawahała się. - Muszę się dostać do Thekkira, po to tu jestem - ucięła. - A teraz, czy możemy już iść? Jest cholernie zimno, a ja marzę już o normalnym łóżku.

Rozdział 2

Dotarły do miasta o zmierzchu, gdy słońce skryło się już za otaczającymi Yrkazaan masywami górskimi. Rześkie za dnia powietrze zaczęło szczypać nieosłonięte policzki, a spadające z wyższych partii Euxaniru wiatry uderzyły w otaczające twierdzę mury z podwójną siłą. Gwardziści w lekkich zbrojach, otuleni grubymi płaszczami z futer, uchylili furtę tylko na krótką chwilę, wpuszczając przybyłe do środka. Gdy na powrót zamknęli przejście, potępieńcze wycie wichru, jęki szarpanych podmuchami drzew i trzask pękającego lodu przycichły znacząco.

W ciągu kilkunastu dni, których Eyjagrani i Silje potrzebowały na przebycie szlaku od ujścia Andmary do Yrkazaanu, pogoda w Heimareldzie drastycznie się zmieniła. Mroźne, pogodne dni towarzyszące im przy pokonywaniu Stopni powoli ustępowały miejsca niepokojącym masom szarych, ciężkich chmur, by wreszcie, dziewiątej nocy, przeistoczyć się w gwałtowną nawałnicę. Skryte w jednej z grot, którymi Pasma Euxanirskie usiane były jak dziecięca skóra wysypką mroźnicy, kobiety mogły tylko czekać i liczyć na to, że tak nagle, jak się pojawiła, tak szybko też szalejąca aura uspokoi się, pozwalając kontynuować podróż. Nawet wtedy, gdy huraganowe porywy straciły na sile, a niebo przejaśniło się nieco, nie było już mowy o pogodzie tak ładnej, jak jeszcze przed tygodniem. Słońce przebłyskiwało tylko przez grubą warstwę szarych chmur, a wiatr zawodził płaczliwie. Gdy pięć dni później nadal nic się nie zmieniło, młoda bjortari westchnęła cicho.

- Wcześnie. - Skrzywiła się nieznacznie, spoglądając w niebo. Przez cały czas spędzony na szlaku kierowała wzrok ku górze zdecydowanie częściej niż przed siebie.

- Wcześnie co? - Odprowadzając wzrokiem znikających w stróżówce gwardzistów, Silje dopiero po chwili zwróciła się ku towarzyszce. Rozcierając przemarznięte mimo rękawiczek dłonie, tropicielka odetchnęła powoli. Teraz, za murami, poczuła się lepiej. Yrkazaan był bezpieczny. Skalne odłamki nie osuwały się przed lub za podróżującym, ścieżka nie uciekała spod stóp, podmuchy wichru nie spychały ku przepaściom.

- Pogoda. - Napotykając pytające spojrzenie tropicielki, Eyja parsknęła cicho. - Za długo cię u nas nie było. Pogoda, Maral - powtórzyła. - Nie powinna już się zmienić, nie na stałe. Podobne wiatry nie są tu niczym dziwnym, o tej porze jednak mijają zwykle tak szybko, jak się zaczynają. Teraz niebo wygląda inaczej, góry brzmią inaczej... - Westchnęła cicho i wzruszyła ramionami. - Lód w tym roku przyjdzie szybciej. Nasi myrkin, myśliwi, mogą nie wrócić w porę. - Zamyśliwszy się, milczała przez chwilę, by ostatecznie potrząsnąć lekko głową. Wiele mogło się jeszcze zdarzyć, a najbardziej srogie mrozy, niezależnie od tego, kiedy przyjdą, przez najbliższy miesiąc czy dwa nie powinny się jeszcze pojawić.

- Chodźmy. - Cofając się kilka kroków, Heidveurr w końcu obróciła się na pięcie i ruszyła szybciej we wskazanym kierunku, nie oglądając się na tropicielkę. - Skoro już wie, że jesteś... - Lekkim ruchem głowy wskazała drobnego, płowowłosego chłopaczka. Młody bjortari przyglądał im się przez chwilę, by teraz biegiem ruszyć ku widocznej na końcu drogi Chacie, domostwu lokalnego heidra. - ... Eyran nie powinien czekać.

- To Arkvali? - Zrównując krok z bjortari, tahalka odprowadziła nastolatka wzrokiem i uśmiechnęła się szerzej. - Wyrósł. Ile już ma? Czternaście lat?

- Piętnaście - poprawiła szarowłosa łowczyni. - Przed miesiącem heidr wziął go do siebie na służbę i nauki. - Zaśmiała się krótko. - Nieszczególnie miał wyjście, przez ostatnie kilka ćwiczeń młody nie dawał najmniejszych szans Helnirowi. Niedługo trzeba będzie zmienić im partnerów, jeśli Vali ma się dalej rozwijać... a pierworodny Eyrana zachować jakąś godność.

Silje parsknęła cicho. Była przekonana, że nikt nie spodziewał się po Arkvalim podobnej wojowniczości, a już z pewnością nie starszy od niego o cztery lata Helnir. Jasnowłosy podrostek na pierwszy rzut oka nie miał w sobie nic z heimareldzkich berserków czy myśliwych. Nawet teraz, gdy hormony wzięły się wreszcie do roboty, powoli przeistaczając jego ciało w bardziej surowe i męskie, nastolatek był drobny i raczej wątły. Jego posturze brakowało symetrii i wyważonych proporcji, jakich oczekiwałoby się po wojowniku, zaś w każdym ruchu można było wyłapać wahanie kogoś, kto nie do końca dobrze czuje się we własnym ciele. Pierwszym określeniem, jakie nasuwało się Maral, gdy myślała o Arkvalim, było rozczulający, a to nie miało przecież nic wspólnego z wyobrażeniami heimareldzkiego mężczyzny. Tahalka pamiętała piętnastolatka jako bystrego i szalenie kreatywnego, pełnego wrodzonego uroku i uśmiechniętego od ucha do ucha, w żadnym razie jednak nie potrafiła dopasować go do wizerunku mężnego, pełnego siły i swoistej arogancji woja.

A teraz okazało się, że Vali - jak lubiła zdrabniać jego imię Eyjagrani - postanowił ich wszystkich zaskoczyć i stać się przykładem nie tylko tego, że pozory potrafią mylić, ale też tego, jak wiele możliwości daje kerlarva. Wbrew powszechnie panującemu przekonaniu, praktykowana i dopracowana przez heimareldczyków do perfekcji sztuka walki nie była wyłącznie zestawem powtarzanych do znudzenia ćwiczeń i nie opierała się na prostej, surowej sile, która tak bardzo pasowała do wyobrażenia zbrojnego z gór. Przez stulecia swojej ewolucji kerlarva stała się złożoną filozofią walki, a praca nad ciałem stanowiła zaledwie jeden z jej aspektów. Obok wymagających, wycieńczających ćwiczeń równy nacisk kładła na poznanie historii i niemal niekończące się analizy minionych już potyczek i starć. Popołudnia spędzone przy masywnym stole, od brzegu do brzegu zakrytym mapami taktycznymi, odbywały się tak samo często, jak wspólne wędrówki górskimi szlakami. Z tej perspektywy wyobrażanie sobie woja bjortari jako prostego osiłka, bezwolne narzędzie w rękach pana, stawało się jednym z większych błędów, jakie można było popełnić przy ocenie przeciwnika lub też sojusznika.

- Myślisz, że dołączy do Insorv? - Silje śledziła nastolatka wzrokiem aż do chwili, gdy znikł w tłumie kłębiącym się bliżej Chaty i miejskiej świątyni, Illinu.

- Jest zbyt wcześnie, by wyrokować. - Eyjagrani wzruszyła lekko ramionami. Arkvali mógł być najbardziej obiecujący spośród swych rówieśników, czy nawet w ogóle spośród całej aktualnie uczącej się młodzieży, przynależność do Pierwszych była jednak czymś zupełnie innym, niż wykazywanie się w sparingach czy podczas teoretycznych rozważań. Wielu z tych, którzy na pierwszy rzut oka doskonale się nadawali, nigdy na miano Insorv nie zasłużyło. Liczni, z którymi nie wiązano żadnych oczekiwań, na wieki wpisali się w historię Heimareldu. - Ma pewnie jakieś szanse. Jest dobry, Maral. Szybki z ostrzem w dłoni i błyskotliwy, gdy przychodzi do strategii. Wielu przygląda mu się z uwagą, a cały klan jest ciekawy, czego dokona.

- Udźwignie taką presję? - Hadharka spojrzała pytająco na towarzyszkę.

- Nie wiem. - Dziewczyna westchnęła cicho. - Nie sądzę, żeby ktokolwiek to wiedział, łącznie z samym Arkvalim. Kiedy przyjdzie pora, życie go sprawdzi.

- Tak jak ciebie.

- Tak jak mnie - przytaknęła bjortari, nie podejmując jednak tematu.

Tymczasem zbliżyły się już do miejskiego centrum na tyle, by odczuć uciążliwość poruszania się w okupującym go tłumie. Choć wyłożona masywnymi kamieniami ulica stawała się tu szerszym placem, trudno było faktycznie dostrzec tę większą przestrzeń. Niezbyt duży kwadrat, od wschodu zamknięty imponującym frontem świątyni, od zachodu zaś ścianą domostw rzemieślniczych, pełnił funkcję gwarnego targowiska. Kramy ustawiono w mniej więcej równe rzędy, między którymi pozostawiono przejścia tak wąskie, że minięcie się w nich stanowiło nie lada wyczyn. Wybudowana przed laty przez Siggripa Szalonego studnia, choć masywna i zajmująca sporo miejsca w centrum bazaru, nikła zupełnie za parawanem przesłaniających stoiska skórzanych płacht, daszków i rozwieszonych gdzieniegdzie sztuk wielobarwnych materiałów sprowadzonych z gorącego Hadharu lub dalekowschodnich rubieży Cesarstwa Devaali.

- Handlarze wyglądają na bogatszych niż ostatnim razem. - Silje, rozglądając się z zaciekawieniem po mijanych stoiskach, podniosła głos, by przekrzyczeć gwarny tłum. Choć zmierzchało, kupcy dopiero zaczynali pakować dobytek, ludziom zaś nie spieszyło się do domów. W jasnym, ciepłym świetle licznych lamp targowisko mogło żyć jeszcze przez co najmniej godzinę.

Schodząc w ostatniej chwili z drogi rozpędzonemu podrostkowi kluczącemu między nogami spacerujących, Eyjagrani skinęła głową.

- Przybyli wraz z ostatnią hadharską zmianą i rzeczywiście przywieźli ze sobą więcej. - Heidveurr wzruszyła lekko ramionami. - Nasze oddziały to najpewniej najskuteczniejsza ochrona, jaką mogą zapewnić swoim karawanom, a że przy okazji darmowa... - Dziewczyna parsknęła cicho. - Tylko głupi by nie skorzystał. Mieli okazję przewieźć towary na handel przez całe zlodowacenie i najwyraźniej to właśnie uczynili.

Maral pokiwała głową w zamyśleniu. Każdy kolejny stragan potwierdzał słowa bjortari - wyłożone na stolikach i ladach dobra zdawały się nie mieć końca, a tahalka była przekonana, że to i tak zaledwie ułamek tego, co skrywają kufry w kupieckich wozach, namiotach czy wynajętych magazynach. Heidveurr miała rację - żaden z przewodników nie zdecydowałby się poprowadzić tak bogatej karawany, gdyby nie miał dla niej odpowiedniej ochrony, a najęcie oddziału wystarczającego do obrony tylu cennych towarów kosztowało małą fortunę. I nawet jeśli handlarzy w rzeczywistości było stać na takie wydatki - a przynajmniej jedna trzecia z przybyłych do Heimareldu kupców mogłaby bez większego trudu pokryć wszelkie koszta związane z zabezpieczeniem całości swych towarów - znalezienie takiego, który faktycznie zdecydowałby się to zrobić, było prawie niemożliwe. Wyprawy handlowe między Hadharem a Heimareldem były zawsze wypadkową chęci sprzedania jak największej części swego asortymentu i skąpstwa, oszczędności czy, jak zwykli nazywać to sami zainteresowani, racjonalnego podejścia do biznesu. W efekcie karawany przybywające do klanowych miast były znacznie mniejsze i uboższe, niż mogłyby być. Do miast położonych w labiryncie euxanirskich gór przybywały, mniejsze jednak i uboższe niż by mogły - chyba że opuszczały Hadhar w towarzystwie powracających do domów wojów bjortari.

Najmowane przez Kapitułę, cyklicznie zmieniające się heimareldzkie oddziały nie miały sobie równych w ochronie podróżujących. Mało kto zdecydowałby się wystąpić przeciw liczącej kilkudziesięciu wojów grupie, a opłacane przez Aranmuk idav, łapy, jak swoje formacje określali sami bjortari, posiadały zwykle także panujących nad utarą rytualistów i półzwierzęce varty. Gdy więc zbliżał się termin kolejnej zmiany, wielu kupców celowo odwlekało wyruszenie karawan, by wypuścić je dopiero u boku ludzi gór. Tygodniowe opóźnienie było niczym w porównaniu z perspektywą przynajmniej dwukrotnie większego zarobku, jaki mogli wynieść z Heimareldu, zabierając ze sobą towar na cały okres zlodowacenia, a nie tylko na jego część.

Tymczasem ponad gwarem ludzkich głosów poniósł się niski pomruk, podkreślany regularnymi, głuchymi uderzeniami w rytualne bębny.

- Nawet o tym nie myśl - zaśmiała się Eyjagrani, gdy Silje zwolniła nagle, niby przypadkowo, próbując zerknąć przez uchylone wrota Illinu, miejskiej świątyni. Obcych nie dopuszczano do celebracji żadnego z rytuałów i Heidveurr nie zamierzała robić dla Hadharki wyjątku.

Maral sapnęła cicho, poirytowana.

- Macie taką świątynię. - Machnęła ręką, gwałtownym gestem próbując objąć całą imponującą budowlę. - Taką! To, że nie dajecie jej zwiedzić, jest czystym marnotrawstwem.

Illin rzeczywiście był wspaniały. Choć pozbawiony ozdób tak na zewnątrz, jak i w środku, tchnął surowym majestatem. Rzędy prostych ław ciągnęły się aż do skalnego ołtarza na samym końcu głównej, tonącej w półmroku nawy. Ognie nielicznych lamp tylko częściowo rozjaśniały gęstą ciemność, ledwie muskając kamienne posągi skryte we wnękach po obu stronach świątyni. Nagie, zimne ściany odstręczały, podobnie odpychające wrażenie czynił też atrablik, wykuty w najzwyklejszej stali masywny, święty symbol wiszący na ścianie za rytualnym stołem. Domy euxanirskich bogów nigdy nie ociekały złotem, wciąż jednak były piękne.

Bjortari rozumiała fascynację Silje, ale dobrze wiedziała, że tym razem tropicielce wcale nie chodzi o świątynię.

- Ależ dajemy - zaprotestowała Heidveurr z rozbawieniem. Monotonny, jękliwy zaśpiew rozpoczynających rytuał akolitów wzniósł się ponad mrukliwym rytmem wybijanym na świątynnych bębnach, a Maral jeszcze bardziej wyciągnęła się na palcach, próbując dostrzec, co się dzieje. - Możesz zwiedzać, kiedy chcesz, tylko nie podczas obrzędów. Nie moja wina, że twoja fascynacja Illinem jest chwiejna i dziwnym trafem zbiega się zawsze z czasem rytuałów.

Tropicielka spojrzała na dziewczynę spod oka, prychając cicho, po czym szybkim krokiem minęła wrota, przepychając się przez gromadzący się pod świątynią tłum.

Kilka chwil później, gdy ciężkie drzwi Chaty zamknęły się za nimi z głuchym szczękiem, uliczny gwar nagle ucichł.

Eyran Thynler już na nie czekał.

- Haaim Maral. - Oficjalny tytuł tahalki, przysposobiony z jej ojczystego dialektu, w ustach rosłego mężczyzny brzmiał nienaturalnie twardo. - Chyba naiwnie liczyłem, że jednak zmienicie zdanie - westchnął cicho, spoglądając na tropicielkę z wysokości podwyższenia na końcu głównej sali.

Uśmiechając się przelotnie, Silje minęła centralne palenisko i zatrzymała się przed przywódcą, za sobą pozostawiając długie, ciągnące się wzdłuż ścian stoły.

- Rzeczywiście, naiwnie - przyznała uprzejmie, na co Eyjagrani prychnęła cicho, a Thynler się roześmiał. - Dobrze cię widzieć, Eyranie. - Maral skłoniła się przed mężczyzną z wdziękiem, pochylając się nisko i rozkładając ramiona szeroko, teatralnie. Opuszkami palców musnęła chropowatą podłogę, odczekując krótką chwilę przed ponownym wyprostowaniem się. Choć zwyczaj ten nie wywodził się stąd - był towarzyskim rytuałem typowym dla ahl'tahalskich salonów Heimareldu - mężczyzna od początku go polubił, tropicielka witała go więc w ten sposób przy każdej kolejnej wizycie.

Jeszcze w skłonie czuła na sobie świdrujące spojrzenie ciemnych oczu rosłego bjortari. Spoglądając na mężczyznę, dostrzegła dodatkowe pasma siwizny w grzywie kruczych włosów. Czoło wojownika przecinały też dwie czy trzy zmarszczki, których nie pamiętała z poprzednich wizyt - poza tym jednak Eyran był dokładnie takim, jakim miała go w pamięci.

- Vilmeti, co? - zapytał teraz bez ogródek, z cichym sapnięciem rozsiadając się na klanowym tronie. - Vilmeti i Thekkir Aheidvahl.

Silje uśmiechnęła się łagodnie, nic nie mówiąc.

- Thekkir, na thynów - mruknął Eyran, najwyraźniej nie obawiając się, że wezwani bogowie rzeczywiście się tu pojawią. - Czegokolwiek twoi panowie od niego oczekują, z pewnością im tego nie da. - Thynler skrzywił się z niechęcią. - Aheidvahl się zmienił, Maral. Nie wiem, co zdążyła powiedzieć ci twoja pupilka... - Eyjagrani fuknęła cicho, na co mężczyzna mrugnął do niej łobuzersko - ...ale nawet jeśli wszystko, to i tak jest gorzej. On jest...

Cokolwiek zamierzał jeszcze powiedzieć, musiało to zaczekać. Żadne ze słów nie mogłoby przedrzeć się przez pisk, który nagle rozszedł się po pomieszczeniu, świdrując boleśnie uszy.

- Silje! - Prędki tupot drobnych stóp obutych w skórzane, podszyte futrem botki urwał się gwałtownie, gdy ich właścicielka skoczyła prosto w ramiona przygotowanej już na to Hadharki. - Ciocia Silje!

Tropicielka zaśmiała się melodyjnie, obracając się tanecznie z sześcioletnią dziewczynką na rękach.

- Ciebie też dobrze widzieć, księżniczko. - Młodziutka Iralti nie nosiła oficjalnie takiego tytułu - żadne z dzieci heidra nie zyskiwało specjalnej pozycji tylko ze względu na swe pochodzenie - Maral nie widziała jednak powodu, dla którego nie miałaby jej tak nazywać. - Wyrosłaś, moja śliczna!

Pyzate policzki dziewczynki pokryły się rumieńcem zawstydzenia, ale też samozadowolenia.

- Mam już... już... - Marszcząc brwi w skupieniu, blondyneczka przyglądała się przez chwilę jednej z własnych dłoni, powoli rozprostowując kolejne paluszki. - Tyle! - wykrzyknęła w końcu, entuzjastycznie wyciągając ku łowczyni rozcapierzoną rączkę. - Tyle i jeszcze... - Zastanawiała się przez chwilę, w namyśle zerkając na drugą dłoń. - Tyle? - Wyprostowała jeszcze jeden paluszek, tym razem jednak niepewnie zerkając ku Eyranowi.

Ten zaś roześmiał się gromko, spoglądając na swą pociechę. W jednej chwili aura surowego wojownika i przywódcy ustąpiła ojcowskiej czułości. Iralti, choć zupełnie do niego niepodobna, była jego oczkiem w głowie i nikt nie śmiał wątpić, czy rzeczywiście jest córką jego ogniska. Nikt też nie odważyłby się wytknąć jej zbyt dziecięcego zachowania, odstającego od faktycznego wieku. Wśród bjortari zdarzały się dzieci, które rozwijały się wolniej, dorastały jakby z większym trudem. Wszyscy wiedzieli, że córka Thynlera jest jedną z nich, nikt jednak nigdy nie mówił o tym głośno.

Odpowiedź na pytanie dziewczynki rozbrzmiała zza pleców Eyrana:

- Tyle, tyle, mała. - Głos był cichy, melodyjny, zmysłowy i doskonale tropicielce znajomy.

- Marrylf. - Odstawiając drobną blondyneczkę na ziemię, Silje uśmiechnęła się ciepło. Podobny wyraz sympatii zagościł też na twarzy Eyjagrani. - Dobrze cię widzieć. I ciebie, Helnirze.

Smukła i jasnowłosa żona Eyrana ucieleśniała wszystkie cechy, jakich dopatrywano się w kobietach z gór. Ostro zarysowane kości policzkowe bjortari zdobiły liczne piegi, a platynowe włosy splecione były w staranny, ciasny warkocz. Choć z pozoru filigranowa, pod luźną koszulą, ciepłymi spodniami i futrzaną kurtą skrywała ciało heimareldzkiej wojowniczki.

Stojący u boku matki Helnir w dużym stopniu był jej odbiciem. Choć kruczowłosy i smagły jak ojciec, postawą i zachowaniem znacznie bardziej przypominał Marrylf. Tak samo dumny i oszczędny w kontaktach z innymi, nierzadko sprawiał wrażenie aroganckiego i wyniosłego. Potrzeba było czasu, by dostrzec, że pod powierzchowną oschłością i chłodem kryje się wielkie serce i szczera dobroć.

- Was również. - Podczas gdy dziewiętnastolatek skinął tylko głową na powitanie, Marrylf uśmiechnęła się łagodnie i podchodząc do Silje, przytuliła ją. W odpowiedzi całując policzek kobiety, tahalka wyszeptała coś, na co blondynka roześmiała się cicho, jednocześnie przyjmując z rąk tropicielki niewielką, starannie zapakowaną paczuszkę. Obserwująca powitanie Eyjagrani nie wiedziała, co znajduje się w środku, ale niewielkie rozmiary mogły wskazywać na biżuterię lub jedno z tych drobnych, misternych urządzeń powstających w hadharskich warsztatach, które nie miały innego celu, jak tylko bawić ludzki umysł swą zagadkowością.

Wobec samej Eyji Marrylf nie pozwoliła sobie na podobną poufałość, skłaniając się tylko nieznacznie. Heidveurr uśmiechnęła się szerzej i odpowiedziała formalnym, głębszym skłonem, należnym kobiecie jako żonie heidra i gospodyni Chaty.

- Przybyłaś z powodu Thekkira?

Eyjagrani uśmiechnęła się przelotnie. Marrylf zawsze była bezpośrednia i rzadko kiedy przejmowała się tym, co jej wypada.

Silje skinęła głową.

- Tak. - Zerknęła przelotnie na Iralti, która zdążyła już pokręcić się chwilę wokół nóg zebranych i w podskokach oddalić się ponownie w głąb Chaty. Po chwili znów spojrzała na heidra. - Na pewno zdawałeś sobie sprawę, że Aranmuk się zainteresuje.

- Zdawałem - przytaknął Eyran, splatając ręce na szerokiej piersi. - Spodziewałem się też, że wparujecie na nasze ziemie czy nam się to spodoba, czy nie. Może i śpimy na futrach zamiast atłasów i wolimy bawić się przy ogniskach na świeżym powietrzu niż w zamkniętych salach balowych, ale nie jesteśmy głupi. - Mężczyzna parsknął cicho. - Tylko że Thekkir nic wam nie da - powtórzył Thynler, wzruszając ramionami. - A ja z pewnością nie dam wam Var Arrod, jeśli o tym myślisz.

Maral skrzywiła się lekko, jednak i tym razem nie próbowała zaprzeczać. Zamiast tego skierowała swą uwagę ku Helnirowi.

- Doskonale wyglądasz - stwierdziła spokojnie.

Młody bjortari uśmiechnął się nieznacznie i skłonił lekko w podziękowaniu.

- To dzięki Arkvaliemu - odparł z rozbawieniem. - Jest jak młody gharra. Trudno mu dorównać.

Przyglądając się Helnirowi z uwagą, Eyjagrani uśmiechnęła się z uznaniem. Porównanie do jednego z najniebezpieczniejszych euxanirskich drapieżników z pewnością by się Arkvaliemu spodobało. Kotowate gharra były szybkie, nieprzewidywalne i szalenie niebezpieczne dla nieostrożnego myśliwego. Bezszelestnie poruszając się po niepewnych, górskich ścieżkach, potrafiły zaskoczyć nawet najbardziej doświadczonych łowczych. Człowiek, który znalazł się w zasięgu ich wydłużonych kłów, potrzebował naprawdę wiele szczęścia, by wyjść z takiego spotkania cało.

- Nawet na gharra da się jednak zapolować - stwierdziła Heidveurr. - Jestem przekonana, że i na tego znajdzie się myśliwy.

Helnir skinął lekko głową. Pochwała, choć niewypowiedziana wprost, nie pozostała niezauważona. Dziewczyna uśmiechnęła się przelotnie.

- Jeśli pozwolisz, dołączę do was na najbliższych ćwiczeniach - dodała.

Nastolatek uśmiechnął się nieco szerzej.

- To będzie dla nas zaszczyt, vartahel - odparł, w kolejnej chwili spoglądając pytająco na Eyrana. Gdy heidr skinął lekko głową, Helnir raz jeszcze uśmiechnął się przelotnie do Silje i odwrócił się na pięcie, szybkim krokiem wracając do prywatnych pomieszczeń Chaty.

Eyjagrani odprowadzała go wzrokiem, wzdychając cicho. Vartahel. Rzadko kiedy używano wobec niej tego tytułu, choć należał jej się już od sześciu lat. Pierwsze symptomy Zewu były tak słabe i trudno dostrzegalne, że rytualiści długo zwlekali, nim uznali je za znaczące. Gdy wreszcie nadali jej należne miano, oczekiwano, że będzie nosić je przez rok, może dwa, potem stając się pełnoprawną vartą, zmiennokształtną. Podobnie jak jej pobratymcy, miała spędzić lata, oswajając szalejące wewnątrz niej zwierzęce tchnienie i naginając je do swej woli. Choć upłynęło tyle czasu, przebudzenie wciąż jednak nie nadchodziło. Zew był silny, manifestował się coraz trudniejszą do opanowania agresją i coraz większym głodem. Zmysły przekształcały się i uwrażliwiały w sposób, do którego ludzki umysł nie był przystosowany. Jej ciało zrobiło wszystko, co mogło - poza ostateczną, bolesną transformacją uwalniającą drapieżnego ducha.

Minęło sześć lat, tytuł vartahel, zmieniającej się, wciąż jednak jej się należał.

- ...podczas Vilmeti.

Gdy otrząsnęła się z zamyślenia, Eyran musiał mówić już od pewnego czasu. Heidveurr odetchnęła cicho. Początek rozmowy jej umknął, nie zamierzała jednak stracić niczego więcej.

- Mimo tego, chciałabym zobaczyć go wcześniej. - Głos Silje stwardniał. Po początkowych uprzejmościach łowczyni ponownie stała się przede wszystkim przedstawicielką Aranmuku, a dopiero potem gościem, znajomą czy przyjaciółką.

Heidr zmarszczył czoło, przez długą chwilę przyglądając się tahalce. Ciszę przerywał jedynie szczęk rozkładanych naczyń, gdy Marrylf zaczęła przygotowywać stoły na wspólną, klanową kolację.

- Po co? - zapytał wreszcie wprost Thynler. - Thekkir jest spętany za piątym alhi. Chcesz ryzykować wejście do Kręgu, choć Aheidvahl jest, powiedziałbym, niespecjalnie rozmowny. Po co?

Gdy Silje milczała, spoglądając tylko na rozpartego w siedzisku heidra, mężczyzna niecierpliwie zastukał palcami w podłokietnik.

- Var Arrod to plotka - odezwał się po chwili. - A jednak uważacie, że warto położyć na niej rękę. Jafratowie liczą, że zaginione miasto okaże się... - Eyran zawahał się, szukając odpowiedniego słowa - ...historycznym odkryciem? Zapomnianym skarbem? - Przywódca pokręcił głową. - Nie było dnia, by Aranmuk czegoś nie knuł. Skoro zainteresowali się Var Arrod, z pewnością widzą jakiś potencjalny zysk.

Maral skrzywiła się.

- Uwierz lub nie, ale naprawdę nie wiem, dlaczego mnie tu przysłali. Pewnie rzeczywiście na coś liczą. - Kobieta wzruszyła ramionami. - Moje wytyczne są jednak proste i niespecjalnie podniecające. Mam popatrzeć, posłuchać i zobaczyć, co wyniknie z tej małej przygody Aheidvahla. - Silje zawahała się. - Wejście do Kręgu to moja własna inicjatywa - powiedziała wreszcie.

Thynler przyglądał jej się uważnie, ważąc jej słowa.

- Do Vilmeti nie zostało wiele czasu. Weźmiesz w nim udział, skoro Kapituła tego właśnie sobie życzy. Szczerze mówiąc, sam jestem ciekaw, do czego to doprowadzi. - Wzruszył lekko ramionami. - Thekkir... - Zaśmiał się krótko. - Próbuj, jeśli chcesz. Porozmawiaj z Sigai. Nawet ty nie wejdziesz do Kręgu sama, ale jeśli Sigai cię wpuści, nie będę się opierał. Jeśli jednak czegokolwiek się dowiesz - zaznaczył z naciskiem - muszę o tym wiedzieć. To wciąż jest nasz człowiek, Maral, a Var Arrod to nasza plotka. Jeśli jakimś cudem tobie uda się osiągnąć z nim więcej, prędziutko do mnie przybiegniesz i opowiesz słowo w słowo wszystko, co usłyszałaś.

Silje zmrużyła oczy. Przez chwilę wydawało się, że tahalka zamierza się opierać, ostatecznie jednak odetchnęła cicho.

- W porządku - rzuciła krótko i skłoniła się lekko w podziękowaniu.

Eyran uśmiechnął się przelotnie, po czym machnął nonszalancko ręką w kierunku drzwi.

- Możecie odejść - odprawił je. - Eyja! - zawołał, jeszcze zanim opuściły Chatę. Heidveurr obejrzała się. - Dopilnuj, by nie nadwyrężała mojej cierpliwości.

Maral drgnęła wyraźnie. Powstrzymała wszystkie typowo ludzkie odruchy złości, jak zaciśnięcie pięści, zębów czy zmarszczenie czoła, mimo tego napięcie wyzierało z jej postawy aż nadto wyraźne. Nie spodziewała się ostrzeżenia. Była haaim i nie była przyzwyczajona do stawiania jej warunków.

Szarowłosa bjortari skinęła głową.

- Zrobię, co w mojej mocy. Ostatecznie... - Uśmiechnęła się szerzej. - Najwyżej ją wyrzucimy, nie?

Silje fuknęła cicho, szybkim krokiem opuszczając Chatę, a Eyran roześmiał się gromko.

***

Chata Sigai mieściła się przy północno-wschodniej bramie. Niemal przyklejona do otaczających miasto kamiennych murów tonęła w nierozjaśnianej blaskiem lamp ciemności. Główny trakt przecinający miasto zwężał się stopniowo, by wreszcie ustąpić miejsca wąskim, nieutwardzanym i nieoświetlonym ścieżkom. Zabudowa ograniczona do pojedynczych, coraz bardziej oddalonych od siebie domostw, przypominała raczej nieduże osady, jakie można było napotkać, wędrując euxanirskimi szlakami. Złudzenie wyrwania się poza bezpieczne rejony było tu niezmiernie silne i nawet ciągnące się w obie strony surowe mury wcale nie poprawiały tego wrażenia. Yrkaazan nie był wolny od występku. W ścisłym centrum miasta, w okolicach Illinu, ulic rzemieślniczych czy Lokityru, domu ćwiczebnego, największe zagrożenie stanowili drobni złodziejaszkowie, tu jednak, na obrzeżach, trudno było liczyć na podobną taryfę ulgową.

Mimo tego Eyjagrani nie wahała się, wkraczając na ciemne ścieżki. Podążająca za nią Silje dotrzymywała jej kroku, rozglądała się jednak czujnie, próbując dostrzec coś przez coraz głębszy mrok wieczora. Na otwartych przestrzeniach rozciągających się między domami łagodne podmuchy wiatru kołysały suchymi, twardolistnymi chaszczami. Wśród kęp wysokiej, ostrej trawy błyskały czasem jasno ślepia drobnych, wyjątkowo cichych teraz lyfjalli. Wrzaskliwe za dnia pulchne, pasiaste gryzonie o zmierzchu przemykały się niczym cienie, polując na mniejsze od siebie myszy i szukając ptasich gniazd, z których mogłyby wykraść jaja. Świadectwem udanych łowów był słyszalny czasem trzask rozgryzanych skorupek lub trwająca ledwie chwilę, kończąca się cichym piskiem, szamotanina w zaroślach.

Mijane kolejno chaty dopełniały niepokojącego obrazu. Z niektórych okien wylewało się wprawdzie ciepłe światło płonącego wewnątrz paleniska, większość była jednak ciemna i cicha. Opuszczonych budynków nikt nie burzył, czasem ktoś do nich wracał - pierwotny właściciel, ktoś z jego potomstwa lub dalszego kuzynostwa. W większości jednak domy niszczały powoli, stopniowo przegrywając walkę z upominającą się o swoje naturą. Wiele z nich niemal zupełnie się rozsypało, pozostawiając po sobie tylko fragmenty ścian i zarwanych częściowo dachów. Nie ulegało wątpliwości, że kiedyś to się zmieni. Yrkazaan rozrośnie się aż pod mury tak, jak uczyniło to od południowej i zachodniej strony, stopniowo wchłaniając ponure tereny, zniszczone budynki zastępując nową zabudową. Nierówne, wąskie ścieżki zostaną poszerzone i utwardzone, światło zawieszonych wzdłuż nich lamp odpędzi nieprzeniknione ciemności. Miejski gwar sięgnie masywnych, zimnych obwarowań i, być może, rozleje się także częściowo poza nie. Taki jest naturalny porządek rzeczy. Teraz jednak, wsłuchując się w trzeszczące na wietrze zarośla i patrząc na porzucone chaty, trudno było dać temu wiarę.

Silje nie odwiedzała wiedzącej po raz pierwszy i pamiętała nieprzystępność tej okolicy, nie potrafiła się jednak do niej przyzwyczaić. Północne obrzeża Yrkazaanu odpychały ją teraz tak samo, jak czyniły to za pierwszym razem. Tereny te w niczym nie przypominały innych części miasta, które lubiła, a z barwnymi uliczkami jej ojczystego Ahl'Tahal nie sposób było ich porównywać. Jak za każdym razem, tak i teraz Hadharka nie mogła pozbyć się wrażenia, że u nich, na południu, nawet dzielnice biedoty wyglądają lepiej. Że nawet na ziemiach opuszczonych i zapomnianych jest ładniej, a przede wszystkim - bezpieczniej. Kiedyś któryś z berserków z hadharskiej zmiany porównał ten skraj Yrkazaanu do Maswary, upadłej osady oddalonej o tydzień drogi od Ahl'Tahal, ale Silje trudno było się z tym zgodzić. Być może oba miejsca miały ze sobą coś wspólnego, ale w Maswarze nigdy nie czuła się tak, jakby ktoś miał jej wbić nóż w plecy. Długi, myśliwski nóż. Aż po rękojeść.

- To przez utarę - rzuciła Eyjagrani, wyczuwając niepokój Hadharki.

- Krąg jest przecież poza miastem. To silne źródło, ale przecież nie aż tak. - Silje zmarszczyła lekko brwi. Nigdy przedtem nie słyszała, by ktoś w ten sposób uzasadniał specyficzną atmosferę północnych krańców miasta, teraz musiała jednak przyznać, że podobne wyjaśnienie nie było zupełnie bezpodstawne. Utara - rodzaj spaczonej energii, której źródła, gejzery znajdowały się w obrębie pasm euxanirskich - wpływała nie tylko na ludzi, ale też na wszelkie żyjące stworzenia. Budziła niepokoje i lęki, mieszała zmysły. Nikt nie wiedział, skąd się wzięła, wśród bjortari nie było jednak takich, którzy nie odczuliby jej działania na sobie. Jeden z etapów unaroku, ceremonii dojrzałości, przez którą przechodził każdy nastolatek, wymagał wystawienia się na jej prądy. Bjortari musieli poczuć drażniący smak na języku, oswoić się ze złudnymi obrazami, które niejednego już zwiodły z bezpiecznych ścieżek, by potem umieć je rozpoznać - i unikać. Utara, choć w wielu przypadkach częściowo okiełznana i zamknięta w Kręgach, wciąż sączyła się przez skalne szczeliny i snuła na przełęczach. Była jak chwast, który można wyplenić na jakiś czas, który jednak zawsze wróci. Rytualiści twierdzili, że jej dostrzegalne czasem na granicy pola widzenia, ulotne smugi są niczym krew krążąca w ludzkich naczyniach - w przeciwieństwie do niej jednak zimna i bardzo gęsta. Utara była niebezpieczna, ale skyrmowie rzekli kiedyś, że to tchnienie gór, że bez niej Euxanir - a wraz z nim cały Heimareld - pogrążyłby się w długiej, bolesnej agonii.

- To nie ma większego znaczenia - odpowiedziała tymczasem Eyjagrani, wzruszając lekko ramionami. - Utara jest dziwna, a naturalne zasady niekoniecznie mają w niej zastosowanie. Poza tym każdy Krąg kiedyś się rozszczelnia - dodała, kątem oka zerkając na tropicielkę. - Nasz, nawet pilnowany przez Sigai, też kiedyś musiał zostać tym dotknięty. Spaczenie ciągle przybiera na sile, tak było od samego początku. Jest jak wzburzone morze, ma przypływy i odpływy, każdy cykl jest jednak coraz gwałtowniejszy i trudniejszy do opanowania. W którymś momencie... - Dziewczyna parsknęła cicho. - W którymś momencie najpewniej nas zaleje, a my nie będziemy mogli zrobić nic innego, jak tylko popaść w szaleństwo.

- Jeszcze większe niż dotąd? - mruknęła Maral pod nosem. - Bogowie, brońcie. Nie starczy nam dla was wszystkich smyczy.

Szarowłosa bjortari roześmiała się, nie kontynuując już tematu i nie podejmując nowego.

Do chaty Sigai dotarły w chwili, gdy pierwsze smugi schodzących z gór mgieł wpełzły pomiędzy opuszczone domostwa. Eyjagrani zastukała silnie do drzwi. Stanowcze uderzenia pięści o surowe drewno w ciszy coraz głębszego wieczora brzmiały nienaturalnie głośno.

- Silje. - Stając na progu, Sigai nie skrywała zdumienia. Wbrew powszechnym przekonaniom wiedzący nie byli jasnowidzami i niezapowiedziana wizyta zaskakiwała ich tak samo, jak wszystkich pozostałych. - Nie wiedziałam, że zamierzałaś nas odwiedzić.

Spoglądając na wiedzącą, Silje musiała ponownie, jak za każdym razem, zrewidować swoje wyobrażenia, Sigai była bowiem znacznie młodsza, niż można było spodziewać się po skyrmie. Upięte w luźny kucyk włosy były wprawdzie barwy śniegu, a drobną twarz przecinały bruzdy zmarszczek, jednak ani jedno, ani drugie nie było oznaką wieku. Smukła, dumna Sigai miała dopiero osiemdziesiąt cztery lata, co jak na standardy bjortari czyniło ją jeszcze całkiem młodą.

Łapiąc się na podobnych myślach, Maral uśmiechnęła się przelotnie. Była ostatnią, która powinna oceniać przeżyte lata po aparycji.

- Dobrze cię widzieć, Sigai. - Tahalka uśmiechnęła się, wchodząc do chaty, gdy wiedząca cofnęła się o krok i zaprosiła je gestem do środka. - Jafraci długo zwlekali z decyzją, nie miałam kiedy się zapowiedzieć - odpowiedziała wymijająco.

Wewnątrz było przyjemnie ciepło i cicho. Sigai mieszkała sama, błogiego spokoju nie zakłócały żadne głosy czy kroki innych domowników. Dla Silje to było coś nowego. Wciąż jeszcze nie przyzwyczaiła się do braku towarzystwa i gwaru rozmów. Sama mieszkała w jednej z tahalskich willi razem ze swym ojcem, matką, dwiema siostrami oraz bratem i jego rodziną, ponadto w domu obecna była także liczna służba. O podobnym spokoju, jak ten panujący w chacie wiedzącej, nigdy nie było mowy.

Zapraszającym gestem, wskazując jedną z dwóch stojących przy palenisku ław, Sigai zebrała rozłożone na drewnianym siedzisku pęczki suszonych ziół. Ostrożnie odwiesiła je na wolne haczyki w rzędzie podobnych na jednej ze ścian, potem siadając obok przybyłych.

- Zjecie coś? Napijecie się? - zapytała z łagodnym uśmiechem, na dłużej zatrzymując wzrok na Eyjagrani. Jako vartahel, dziewczyna już teraz miała znacznie przyspieszony metabolizm i szybciej odczuwała głód. Po transformacji, zostając pełnoprawną vartą, praktycznie zawsze musiałaby mieć pod ręką kawałek suszonego mięsa.

Gdy młoda bjortari skinęła głową, wiedząca, nie wstając z ławy, wychyliła się w kierunku pobliskiego stołu, by zabrać z niego misę z parującym gulaszem. Swą wizytą musiały oderwać ją od kolacji, którą teraz odstąpiła Heidveurr. Uzmysławiając to sobie, dziewczyna zawahała się przez moment, Sigai jednak roześmiała się, łagodnie wciskając posiłek w jej dłonie.

- Jedz, dzieciaku. Dla mnie też starczy. - Lekkim ruchem głowy wskazała stojący na uboczu kociołek, w którym musiała znajdować się reszta potrawy.

Eyja uśmiechnęła się z wdzięcznością. Czując, jak oblewa ją przyjemne ciepło, wiedziała, że to zasługa nie tylko pierwszych kęsów kolacji. U Sigai zawsze czuła się dobrze, chata wiedzącej bardziej niż inne zasługiwała dla niej na miano domu.

Silje odmówiła własnej porcji posiłku, wiedząca wręczyła jej więc tylko ciężki kubek z parującym, ziołowym naparem.

- Od kiedy jesteś w Yrkazaanie? - Spoglądając na Maral, Sigai lekko przekrzywiła głowę, zaciekawiona.

- Przed dwoma tygodniami dopłynęliśmy do brzegu - odpowiedziała tahalka, potem upijając ostrożnie łyk aromatycznego, gorącego napoju. - Do miasta dotarłam dopiero dziś.

Wiedząca zmarszczyła lekko brwi, spoglądając pytająco na Eyjagrani. Ta wzruszyła lekko ramionami.

- Spieszyło jej się - rzuciła z rozbawieniem, odpowiadając na niezadane pytanie.

Sigai zmrużyła lekko powieki, ponownie spoglądając na tahalkę.

- Chodzi o Thekkira.

Grzejąc dłonie o ciepły kubek, Silje westchnęła z rezygnacją.

- Na Irunę, to naprawdę aż tak oczywiste? - rzuciła cicho, spoglądając przez chwilę w unoszące się nad naparem obłoki pary. Dopiero po chwili uniosła wzrok na wiedzącą. - Chodzi o Thekkira - przytaknęła. - Chciałabym go zobaczyć.

Mina wiedzącej stężała, a w fiołkowych oczach pojawiło się ostrzeżenie.

- Nie - rzuciła krótko. - Nie wprowadzę cię do Kręgu, Silje. Thekkir weźmie udział w Vilmeti, wtedy go zobaczysz.

Hadharka ze spokojem zniosła nagły chłód wiedzącej.

- Już raz to zrobiłaś - przypomniała, nie spuszczając z wiedzącej oka.

- Zrobiłam - przyznała Sigai. - To było jednak co innego. Chodziło o dziecko, spętane zresztą tylko za drugim alhi. Poza tym wtedy... Wtedy nie wiedziałam, co robić. - Wiedząca zacisnęła usta.

- A teraz wiesz? - spytała ostro tahalka, jakby zupełnie nie przywiązując wagi do drażliwości tematu. - Powiedz mi więc, z czym mamy do czynienia?

- My? My nie mamy z niczym - odparła z rozdrażnieniem.

- Sigai. - W porównaniu do pozostałych kobiet głos milczącej dotąd Eyjagrani był wyjątkowo spokojny i kojący. Kończąc gulasz i wylizując misę w zwierzęcym odruchu, wtrąciła się wreszcie do rozmowy. To dlatego tu była. Silje nie zawsze potrafiła porozumieć się z wiedzącą i zdawała sobie sprawę, że tym razem bez wsparcia niczego nie osiągnie. Jeśli chciały uniknąć awantury, o której plotkowałoby potem pół Yrkazaanu, interwencja Heidveurr była niezbędna.

I rzeczywiście, na dźwięk swego imienia skyrma uspokoiła się nieco. Biorąc głęboki oddech, powoli przeniosła uwagę na vartahel.

- Sądzę, że powinnaś przeprowadzić Silje. - Dziewczyna mówiła powoli, starannie dobierając słowa. - Thekkir jest... trudny. Nie miałaś - nikt z nas nie miał - do czynienia z czymś takim, a przynajmniej nikt z dotychczas żyjących. Nie wiemy, co zrobić, jak się do niego zbliżyć, a przecież nie ulega wątpliwości, że jest teraz kluczem. Var Arrod, Sigai. - Choć mówiła cicho, w głosie Eyjagrani zapłonął żar.

- Wiem - syknęła gwałtownie wiedząca, po chwili krzywiąc się lekko. Zwieszając głowę, potrząsnęła nią lekko. - Wiem - powtórzyła spokojniej, przecierając twarz dłonią. W tym jednym geście niespodziewanie dało się dostrzec zmęczenie, które przedtem doskonale ukrywała. - Ale, na miłość Atyrny, to piąte alhi. - Choć Thekkir chciał, by zaprowadziła go jeszcze dalej, Sigai się nie zgodziła. Piąty poziom Kręgu był wystarczająco trudnym i niebezpiecznym, nie chciała wchodzić głębiej - i nie chciała zostawiać tam Aheidvahla.

Eyjagrani zmarszczyła lekko brwi. Dotąd nie spoglądała na to w ten sposób, ale teraz, w tej jednej chwili, nie mogła oprzeć się wrażeniu, że Sigai zwyczajnie się boi i nie chce tam wracać. Była silną skyrmą, jedną z silniejszych, trzecie alhi odwiedzała regularnie, z czwartego wracała bez widocznych oznak zmęczenia. Odwiedzała też piąte i szóste, a wraz ze swym bratem, mieszkającym teraz w nadrzecznym Niddkari, przeszła również za siódmą i ósmą z bram. Dalsze wędrówki w naturalny sposób ją wyczerpywały, nigdy jednak nie rzucało się to w oczy tak bardzo.

- Sigai, jossi. - Głos Eyjagrani złagodniał, gdy pochyliła się, bez wahania sięgając po jedną z dłoni wiedzącej. Smukłe palce kobiety sprawiały wrażenie niezwykle delikatnych, gotowych połamać się przy najlżejszym dotyku. Sigai nie była słaba, to określenie do niej nie pasowało. Mimo wszystko coś było nie tak. Nad wiedzącą zawisł jakiś ulotny cień, którego przedtem nie było. - Wiesz to tak samo dobrze, jak ja, prawda?

Vartahel czuła na sobie nierozumiejące, pytające spojrzenie Silje, lecz nie zwracała na nią uwagi. Nie odwracając wzroku od Sigai, ostrożnie, czule potarła kciukiem wierzch dłoni skyrmy. Czekała.

Wiedząca powoli skinęła głową.

Eyjagrani trzymała jej dłoń jeszcze przez chwilę. Potem odchyliła się, spoglądając na tahalkę. Tropicielka marszczyła się w konsternacji w sposób, który zwykle niezmiernie Heidveurr bawił, teraz jednak nie było jej do śmiechu.

- Powinnaś już iść, Silje - powiedziała spokojnie.

- Ale...

Bjortari warknęła cicho.

Nie, Maral. Nawet nie próbuj.

- Wróć przed świtem. Krąg jest wtedy najsłabszy.

Rozdział 3

Nadchodzący ranek zapowiadał dzień zimniejszy niż wszystkie poprzednie. Przez noc wiatr wzmógł się jeszcze i teraz nacierał gwałtownie na otaczające miasto mury, niosąc ze sobą okruchy szczypiącego lodu i chmury zwiewanego z górskich szczytów śniegu. Leniwie wstające słońce wciąż było ciepłe, ale nie mogło już konkurować z ostrym mrozem, który od świtu skrzył się na oknach. Wczesny trel budzącego się ptactwa rozlegał się sporadycznie i nieśmiało, by dopiero za kilka godzin przerodzić się w codzienny, napastliwy jazgot.

Zgodnie z umową - czy raczej nakazem Eyjagrani - Silje wróciła właśnie o tej porze, nim jeszcze dzień zdążył wstać na dobre. Szarowłosa dziewczyna czekała na nią przed chatą Sigai, skulona na pierwszym z prowadzących do domostwa stopni.

- O co chodziło? - spytała haaim krótko, mierząc vartahel podejrzliwym spojrzeniem.

- O nic. - Eyja wzruszyła lekko ramionami, spoglądając na pokonującą ostatnie metry tropicielkę. Mimo wczesnej godziny tahalka jak zwykle wyglądała świeżo, jej krok był sprężysty i pełen energii. Dziewczyna westchnęła cicho, poprawiając gruby, ciepły płaszcz z cętkowanego futra gharra, chroniący ją przed zimnem poranka. Sama się nie wyspała i była przekonana, że widać to aż za bardzo.

- Przestań, anan. - Hadharka prychnęła cicho, zatrzymując się tuż przed młodą bjortari. Zakładając ręce na piersi, spojrzała na dziewczynę z góry tak dosłownie, jak i w przenośni. - Co wiesz? Co Sigai miała wiedzieć? - zapytała dociekliwie. Wczorajsze niezrozumiałe dla niej zakończenie rozmowy wyraźnie nie dawało jej spokoju.

Eyjagrani przetarła twarz dłonią z nadzieją, że zmaże w ten sposób choćby część pozostałego po nocy zmęczenia. Nie spieszyła się z odpowiedzią. Górująca nad nią teraz - i tylko teraz, Heidveurr była bowiem od Hadharki sporo wyższa - Maral nie robiła na niej wystarczającego wrażenia, by wymusić większy posłuch. Przynajmniej nie w tej chwili.

- Thekkir chciałby z tobą porozmawiać. Chciałby, żebyś do niego przyszła.

Silje milczała przez dłuższą chwilę, nie rozumiejąc.

- Skąd wiesz? - zapytała wreszcie, świdrując Heidveurr uważnym spojrzeniem.

Bjortari zaśmiała się tylko krótko.

- Intuicja.

Tropicielka skrzywiła się. Vartahel potrafiła być niesamowicie męcząca i irytująca. Aura haaim niezbyt do niej przemawiała - jak zresztą do większości vart czy vartahel. Eyjagrani nie bała się tahalki, a, zdaniem Silje, to właśnie lęk przed haaim i Kapitułą był najskuteczniejszym środkiem do uzyskania satysfakcjonujących odpowiedzi.

- Arkvali coś ci znalazł? - spytała tymczasem zmiennokształtna, nie dając Maral okazji na drążenie tematu.

- Znalazł. Irskjold zgodził się dać mi pokój Vitta na kilka nocy - przytaknęła hadharka, niechętnie odchodząc od znacznie bardziej interesującego ją tematu. Przestępując z nogi na nogę, objęła się ciaśniej ramionami i poprawiła ciepłe futro. Mimo stosownej do pogody ilości nałożonych ubrań Silje wciąż wyraźnie marzła.

Eyjagrani skinęła lekko głową. Odkąd pierworodny i jak dotąd jedyny syn klanowego zbrojmistrza opuścił Yrkazaan, by idąc wzdłuż Andmary dotrzeć do jej źródeł, jego sypialnia stała pusta. Pokój był zadbany i stale gotowy na powrót właściciela, Vitt nie wzbraniał się jednak przed użyczaniem go, jeśli pojawiała się taka potrzeba. Wśród bjortari przywiązanie do własnego łóżka nie było tak silne jak na południu czy dalszej jeszcze północy - ludzie gór często sypiali na nieswoich posłaniach, często też je ze sobą dzielili. Vitt z pewnością nie miałby nic przeciw wpuszczeniu Silje do własnego łóżka. Niewątpliwie jeszcze mniej protestowałby, gdyby sam w nim na nią czekał.

- A ty? - zapytała nagle tahalka, znacząco unosząc brwi. Lekkim ruchem wskazała na drzwi za plecami dziewczyny. - Wczoraj wypędziłaś mnie co najmniej tak, jakby...

- Nie sypiamy ze sobą, Maral. - Bjortari parsknęła śmiechem.

Hadharka sapnęła cicho. Tak naprawdę wcale nie liczyła na potwierdzenie, ale zupełny brak oburzenia czy zawstydzenia ze strony vartahel nie był tym, do czego się przyzwyczaiła. Na południu wszyscy byli bardziej pruderyjni, przynajmniej pozornie. Bezceremonialne poruszenie takiego tematu w towarzystwie niemal zawsze kończyło się karmazynowym rumieńcem na twarzy eleganckich, wypielęgnowanych dam i zabawnym zaniemówieniem zaskoczonych kawalerów. Bjortari byli jednak zupełnie inni. Dzicy i nieokrzesani, niewiele mieli tematów tabu. Pod tym względem bardzo przypominali hadharskie plemię Zarriha, do którego Silje miała jednak jeszcze mniej okazji się przyzwyczaić niż do heimareldzkich klanów.

- Rzeczywiście, nie robimy tego. - Ciche skrzypnięcie otwieranych drzwi uprzedziło pojawienie się wiedzącej. Stając na progu, Sigai nie kryła rozbawienia słowami tahalki, które musiała słyszeć jeszcze z wnętrza domu. - Chociaż podobna sugestia niezwykle mi schlebia. Bycie wybraną przez vartę to marzenie wielu.

Eyjagrani parsknęła cicho, wstając z drapieżnym wdziękiem. Podobna płynność ruchów była typowa dla wszystkich, którzy słyszeli Zew, niezależnie od tego, czy byli jeszcze przed, czy już po transformacji.

- Nie jestem vartą - zaznaczyła, spoglądając z rozbawieniem na zamykającą chatę skyrmę.

Wiedząca zdawała się tonąć w warstwach ciepłych ubrań i długim, grubym futrze. Obszerność stroju w żaden sposób nie krępowała jednak jej ruchów. Nie czynił tego też skórzany worek przerzucony przez jedno ramię, choć napięcie służących za uchwyty sznurów pozwalało podejrzewać, że bagaż nie należy do najlżejszych.

- Ale będziesz. - Zatrzaskując skobel, Sigai odwróciła się i dołączyła na stopniu do Eyji. - Poza tym, wcale nie musisz nią być, by zwracać uwagę. Nadrabiasz charakterem i ciałem, chociaż nie wiem, czym bardziej. Trzeba by było zapytać Signira. Albo Vilmarra. Albo bliźniaczki Fjalsi i Fini.

- Możemy już iść? - wcięła się Silje.

Heidveurr wyszczerzyła zęby w szerokim uśmiechu. Uwagę poirytowanej Maral na krótką chwilę przykuły nieco ostrzejsze niż ludzkie kły dziewczyny, nie skomentowała ich jednak w żaden sposób. Podobne zmiany były często zapowiedzią zbliżającej się transformacji, jednak z tego co wiedziała, Eyjagrani mogła się nimi pochwalić już dosyć dawno.

- Nie rumień się tak, Maral. - Vartahel zeskoczyła lekko ze schodka, by w kilku krokach dogonić Hadharkę, która zdążyła ruszyć już ścieżką w kierunku głównego, prowadzącego do północno-wschodniej bramy traktu. - Jeszcze ktoś pomyśli, że jesteś wstydliwa.

Dalszą drogę spędziły w milczeniu. Towarzyszące im rozbawienie rozpływało się powoli, za miejskimi murami pryskając jak mydlana bańka. Do Kręgu nie było daleko i po zaledwie pół godzinie marszu - najpierw po szerokim, utwardzonym trakcie, potem zaś nieco węższą, prostą drogą wiodącą przez suche zarośla i wysokie trawy - monolity wyznaczające jego granice znalazły się już w zasięgu wzroku. Masywne, kamienne figury górowały nad nizinnymi terenami kotliny, przytłaczając swymi rozmiarami. Kilkumetrowe, surowe bryły ustawione w pierścień o niespełna stumetrowej średnicy czyniły tutejszy Krąg największym spośród sześciu, które wzniesiono w Euxanirze. Był on też najsilniejszym z nich, choć tego akurat nie dało się zauważyć gołym okiem.

Sigai zatrzymała się parę kroków przed granicą wytyczaną przez monolity. W oddali, bliżej środka Kręgu, można było dostrzec skuloną postać ciasno zawiniętego w płaszcz mężczyzny. Znajdował się zbyt daleko, by go rozpoznać, zwieszoną głowę dodatkowo przesłaniał szeroki kaptur. W ostatnim czasie utarą spętano jednak tylko jednego bjortari.

- Nadzieje, że się rozmyśliłaś, zapewne będą złudne? - Spoglądając przez chwilę na nieruchomą sylwetkę za skalnym pierścieniem, wiedząca obejrzała się na Silje. Tropicielka nie odpowiedziała, bo i pytanie było z rodzaju retorycznych.

Zsuwając worek z ramienia i odkładając go na zmarzniętą ziemię, skyrma kucnęła przed pakunkiem i szarpnięciem rozsznurowała wiązania torby. W milczeniu wyciągając mniejsze zawiniątka i woreczki, białowłosa układała je równo, w sobie tylko znanej kolejności, nie bacząc na uważne, świdrujące ją spojrzenie tahalki. Dopiero w chwili, gdy odłożyła na bok niemal pusty worek, a sama usiadła po turecku na zimnej ziemi, przeniosła swą uwagę na Maral.

- Siadaj - nakazała Hadharce. - Muszę cię uwrażliwić, inaczej nic nie zobaczysz. Tym razem to nie drugie alhi, nie poprowadzę cię na ślepo.

Silje posłusznie zajęła miejsce naprzeciwko wiedzącej, wyjątkowo nie narzekając na niewygody związane z przesiadywaniem na zimnie.

Eyjagrani przyglądała się przez chwilę kobietom. Proces uwrażliwienia stanowił niezbędny etap przed wkroczeniem do Kręgu, ten bowiem nie był tak spokojny, na jaki wyglądał, gdy postrzegało się go ograniczonymi ludzkimi zmysłami. Pierścień kamiennych figur, jedyny element, jaki widziało się gołym okiem, wyznaczał zaledwie zewnętrzną granicę znacznie bardziej skomplikowanej struktury. By móc się po niej poruszać, trzeba było ją widzieć, a to umożliwiało jedynie wcześniejsze przygotowanie się. Dziewczyna nie wiedziała, na czym dokładnie ono polega. Ostro pachnące, gorzkie zioła, powszechnie znane jako trujące, w odpowiednim zestawieniu i starannie odmierzonej dawce w jakiś sposób poszerzały spektrum postrzegania ograniczonych na co dzień ludzkich zmysłów. Wiedzący nazywali to czasem otwarciem oczu, Heidveurr nie była jednak przekonana, czy i oni potrafią wytłumaczyć, co tak naprawdę dzieje się wtedy z ludzkim ciałem. Uwrażliwiacz rezonował z utarą i uczulał na nią - to jedyne, co można było stwierdzić na pewno.

Pozostawiając kobiety za sobą, vartahel powoli podeszła do najbliższego z monolitów. Zatrzymując się tuż przed wytyczaną przez nie linią, ostrożnie ułożyła dłoń na surowej skale. Kamień drżał ledwo wyczuwalnie. Dziewczyna cofnęła rękę, jeszcze chwilę po tym czując w dłoni nieprzyjemne mrowienie. To był jedynie ułamek tego, co zaczęłoby się z nią dziać po dłuższym przebywaniu w pobliżu Kręgu - i nic w porównaniu z tym, czego doświadczało się wewnątrz.

Thekkir Aheidvahl.

Mrużąc oczy, odnalazła skuloną postać. Mężczyzna nie poruszył się, tkwiąc stale w takiej samej pozycji. Siedząc niewzruszenie na zmarzniętej ziemi, zgarbiony, ze skrzyżowanymi nogami i dłońmi złożonymi na kolanach, przypominał posąg. Gęste, czarne włosy, splątane teraz i brudne, opadały mu luźno na ramiona i plecy. Eyjagrani nie mogła dostrzec twarzy mężczyzny, domyślała się jednak, że była ona wymizerowana, wychudzona i poszarzała z wyczerpania. Cienie pod oczami miały już zapewne odcień grafitu, a drobne ranki i otarcia, jakie mężczyzna mógł przywieźć z podróży, nie mogły się zagoić.

Thekkir Aheidvahl. Nie dane jej było znać go inaczej jak tylko z opowieści rodziców i starszych. Mogła sobie jedynie wyobrażać, jak dumnym musiał być Insorv kiedyś i jaki respekt musiał budzić.

Poruszenie za plecami wyrwało dziewczynę z zamyślenia. Sigai podniosła się z ziemi, a w ślad za nią to samo uczyniła Silje. Rozdęte nozdrza Hadharki i czujne spojrzenie, jakim strzelała na wszystkie strony, były typowymi objawami działania uwrażliwiacza. To, co pomagało w Kręgu, poza nim bombardowało zmysły trudną do zniesienia ilością bodźców. Świat postrzegany w ten sposób bardzo się zmieniał i zachłannie wgryzał się w nieprzygotowany na taki atak ludzki umysł.

- Dalej. - Głos Sigai stwardniał, gdy zwróciła się do Maral. Ta, choć niewątpliwie bardziej odporna od przeciętnego człowieka, działaniu uwrażliwiacza poddawała się w ten sam wymykający się spod kontroli sposób. Przypominała teraz zaszczute zwierzę, jednocześnie przerażone i gotowe do walki. Pozostawanie w obecnym stanie poza utarą było niebezpieczne i komuś, kto nie poddawał się mu regularnie, nieodmiennie groziło szaleństwem.

Tahalka jednak walczyła, pozostając bardziej przytomną, niż można było się spodziewać. Skupienie się przychodziło jej z trudem, ale spojrzenie kobiety pozostawało świadome. Choć własne ciało nie chciało z nią współpracować, Silje wiedziała przynajmniej, gdzie jest i co robi.

- Daj mi rękę. - Skyrma wyciągnęła dłoń ku tropicielce i czekała, aż smukłe palce Hadharki splotą się ciasno z jej własnymi.

Razem z tahalką podeszła do linii Kręgu i zatrzymała się, oglądając na Eyjagrani.

W oczach wiedzącej gościł cień, tym razem jednak zrozumiały, wywołany przez nią samą, nieodłączny przy obcowaniu z tchnieniem gór. Rytualiści, szczególnie ci silniejsi, nie potrzebowali się uwrażliwiać. W rwące prądy utary mogli wejść tak, jak wchodziliby w morskie fale.

- Rozpal ognisko. To chwilę potrwa. - Głos Sigai był teraz niższy i zachrypnięty. Sączące się między monolitami spaczenie niczym świadome, żyjące stworzenie wyczuło bliskość skyrmy i, słysząc zaproszenie, przepływało teraz przez nią leniwym strumieniem.

Eyjagrani nie odpowiedziała. Cofając się o krok, patrzyła, jak kobiety wchodzą do Kręgu. Nic się nie zmieniło, wciąż szły przed siebie, powoli, krok za krokiem zbliżając się ku nieruchomemu Thekkirowi. Heidveurr wiedziała jednak, że tak wygląda to tylko dla niej. Tam, wewnątrz, wszystko było inaczej.

***

Silje zadrżała, gdy ze wszystkich stron natarły na nią gwałtownie fale utary. Przekraczając linię monolitów, nieświadomie zamknęła oczy. Otworzyła je dopiero za nimi, gdy dłoń Sigai zacisnęła się mocniej na jej własnej.

Kotłującej się w Kręgu energii było więcej, niż tropicielka pamiętała z poprzedniej wizyty. Szare pasma były zimniejsze, gęstsze i bardziej lepkie, metaliczny smak intensywniejszy, a przesycone spaczeniem powietrze bardziej drażniło drogi oddechowe. Prądy utary splatały się w skomplikowane wzory i wiry, w jednej chwili wznosząc się wysoko ponad ziemię, by w kolejnej ponownie opaść i zlać się ze snującą się nad zmarzniętym gruntem masą. Gdzieniegdzie silniej skondensowana, dymnoszara substancja tworzyła niemal materialne formy - zalążki dziwacznych posągów i budowli, które nigdy nie wyszłyby spod ludzkiej ręki, masywy przypominające naturalne skalne formacje czy nieostre, rozmywające się zarośla. Pośród tego najtrwalsze były alhi, Bramy - utkane przez wiedzących łuki wyznaczały granice kolejnych głębokości Kręgu. Oddalone od siebie mniej więcej w równych odległościach wraz z biegnącą pod nimi ścieżką - wyłożoną tchnieniem ukształtowanym w formy podobne do kamiennych płyt - wiodły w linii prostej do samego środka wyznaczanego przez pierścień monolitów koła.

Za piątą z Bram siedział skulony Thekkir Aheidvahl.

- Chodźmy. - Sigai ponownie ścisnęła mocniej dłoń Silje, jednocześnie ciągnąc ją lekko w kierunku najbliższego alhi. - W ciągu nadchodzących godzin Krąg będzie przybierał na sile. Nie mamy dużo czasu.

Hadharka posłusznie ruszyła za skyrmą. Pływy utary już teraz były gwałtowne i napastliwe, poruszanie się między nimi przypominało stawianie czoła wzburzonemu, sztormowemu morzu. Jeśli miało być gorzej - a nie widziała powodu, by nie wierzyć rytualistce - nie chciała stać się tego świadkiem.

Szły w milczeniu. Sigai prowadziła, starannie wybierając drogę między pasmami spaczenia. Nim dotarły do drugiego alhi, zatrzymała się tylko raz, spod zmrużonych powiek przyglądając się jednemu z rodzących się wirów utary. Tchnienie kotłowało się, rozchodząc po okolicy coraz liczniejszymi, większymi kręgami. Zjawisku towarzyszył niski, głuchy pomruk, który nie mógł zwiastować niczego dobrego.

Za trzecią Bramę dotarły zaskakująco szybko i bez większych trudności. Do tej pory główna ścieżka była szeroka i stabilna, omywające i przelewające się przez nią ciemnoszare smugi nie naruszyły szczególnie mocno splecionej przed laty przez wiedzących konstrukcji. Droga była prosta i wygodna na tyle, że za drugim alhi Silje wysunęła dłoń z dłoni skyrmy, dalej idąc sama. Sigai zerknęła tylko na tropicielkę, nic nie mówiąc.

Z każdym kolejnym krokiem było jednak trudniej. Po przejściu przez trzecie wrota Hadharka nie słyszała już nic poza szumem własnej krwi w skroniach. Niespokojne kołatanie serca przeszyło kobietę delikatną jeszcze, pierwszą falą bólu. Czyżby się przeliczyła? Była pewna siebie i pewna swych umiejętności, ale od czasu jej ostatnich odwiedzin Krąg znacząco przybrał na sile. Silje nie pamiętała, by poprzednim razem oddychało jej się tak trudno, by metaliczny, ostry smak na języku odczuwała tak intensywnie, a napór fal utary tak silnie. Może więc popełniła błąd? Może mimo wszystko warto było zaufać wiedzącej?

Pomimo wątpliwości brnęła dalej, wciąż o krok za skyrmą. Sama Sigai szła prosto i pewnie, może tylko odrobinę wolniej niż na początku. Za trzecią Bramą stawiała kroki jeszcze staranniej, częściej też przeczekiwała gwałtowne przypływy utary, zamiast przedzierać się przez nie na siłę.

Tuż za czwartym alhi wiedząca zatrzymała się na dłużej. Oddychała spokojnie, przez rozdęte nozdrza wciągając drażniące, przesycone spaczeniem powietrze i tylko lekkie drżenie dłoni zdradzało, że i dla niej przebywanie w coraz głębszych warstwach Kręgu było wysiłkiem.

- Nie wyjdziesz stąd o własnych siłach - odezwała się Sigai nieoczekiwanie.

Silje odetchnęła bardzo powoli, na chwilę zrównując się z wiedzącą. Z trudem powstrzymywała się od kurczowego zaciśnięcia dłoni na skroniach. Czuła pulsowanie krwi w naczyniach, pulsowanie silne, napastliwe, bolesne. Nacisk utary dusił, zgniatał, podobnie jak woda tonącego.

- A ty? - zapytała cicho.

Skyrma zaśmiała się krótko, urywanie.

- Nie wiem.

Tropicielka spojrzała na białowłosą ukradkiem. Cień spowijający wiedzącą był głęboki i zimny. Tęczówki niknęły już niemal zupełnie w rozlewającej się w oczach kobiety matowej czerni.

- Chodźmy - rzuciła krótko Maral, spoglądając za widniejącą dalej piątą Bramę. Dało się już rozróżnić ubiór skulonej za nią postaci - spod luźnego płaszcza wyglądały łuski lekkiej zbroi Insorv, do prawego buta dopięta była spora pochwa na nóż, silne dłonie wojownika niknęły częściowo w skórzanych rękawicach bez palców. Silje zauważyła też zaburzenia utary, splecionej w przypominające łańcuch, żyjące zwoje, lgnące do mężczyzny zachłannie i oplatające go ciasno. - Chodźmy - powtórzyła uparcie. - Jesteśmy zbyt blisko, by zrezygnować.

Sigai nie odpowiedziała, w milczeniu wyprzedzając tropicielkę i znów ruszyła przodem, wyszukując ścieżki między gęstymi pasmami ciemnego, klejącego dymu.

Za piątym alhi Silje zachwiała się, krztusząc się i spazmatycznie wciągając powietrze.

Thekkir powoli uniósł głowę i spojrzał na tahalkę uważnie. Podobnie jak wszyscy spętani utarą nie reagował na nią tak, jak inni bjortari. Był pustym naczyniem, przez które spaczenie przelewało się tak samo, jak przez otwartą przestrzeń wokół. Tchnienie nie dusiło go i nie drażniło, bo w tej chwili, po rytualnym uwięzieniu, nie stanowiło dla niego żadnej przeszkody.

- Teraz rozumiesz? - Głos Sigai był stłumiony i zachrypnięty. Rzut oka na wiedzącą wystarczył, by dostrzec, że białowłosa radzi sobie niewiele lepiej od Hadharki. Tym razem jednak problemów obu kobiet nie wywołała utara. Ta, choć dławiąca, nie mogła się równać z siłą wyciekającą z samego Thekkira.

- Nie. - Maral zmusiła się do jednego, dwóch, trzech kroków naprzód. Spokojne spojrzenie Insorv było niepokojące tak samo, jak jego milczenie. Spętanie utarą nie pozbawiało świadomości i nie ograniczało możliwości kontaktowania się uwięzionych ze swymi pobratymcami. Taka a nie inna postawa Aheidvahla była jego własną decyzją. - Teraz tym bardziej nie rozumiem. Jest tak... tak silny.

- Taki wrócił do miasta.

W przeciwieństwie do łowczyni skyrma nie próbowała zbliżyć się do mężczyzny. Pozostając tuż za piątą Bramą, śledziła chwiejne kroki Silje i powoli, lecz stale zmniejszający się dystans między nią a Pierwszym. Na każdy pokonany przez tahalkę metr utara burzyła się, coraz gwałtowniej przelewając się wokół Thekkira i zmierzającej ku niemu kobiety.

- Bez znamienia, za to pełen... czegoś - kontynuowała Sigai. W jej słowach rozdrażnienie przeplatało się z nieskrywaną fascynacją. - Nie umiem określić natury tej siły. Nie mam pojęcia, czym jest. To...

- Ja wiem.

Wiedząca zmarszczyła brwi, świdrując plecy tropicielki czujnym spojrzeniem. Po pokonaniu odległości dzielącej ją od Aheidvahla Maral oddychała szybko i płytko. Wypowiadanie słów wyraźnie sprawiało jej ból, dodatkowo raniąc podrażnione już utarą gardło.

- Powiedziałaś, że nie rozumiesz. - Rytualistka zacisnęła dłonie w pięści. W Kręgu zerwał się wiatr, najpierw w pojedynczych, potem w coraz liczniejszych i silniejszych porywach. Silje nie czuła go. Uwrażliwiacz nie otwierał na wszystko.

- Bo nie rozumiem. Nie do końca. Nie wiem, skąd się wzięła. Nie wiem, w jaki sposób dała się związać w tak słabym, ludzkim ciele. Nie wiem, dlaczego jeszcze całkiem go nie wypaliła, nie wyżarła od środka. Ale jedno...

Hadharka odetchnęła cicho, powoli wyciągając dłoń i opuszkami palców muskając pobrużdżone, skryte pod szerokim kapturem czoło Thekkira. Mężczyzna uśmiechnął się leniwie.

- Jednego jestem pewna. To już nie jest Thekkir Aheidvahl. To nie jest wasz Insorv.

***

Pilnując, by tlące się ognisko nie wygasło zupełnie, Eyjagrani odetchnęła cicho i rozprostowała zesztywniałe plecy. Od chwili, w której wiedząca wprowadziła Maral do Kręgu, minęło już dość czasu, by dzień wstał na dobre. Tu, poza miastem, vartahel mogła tylko domyślać się, że surowe wnętrze Illinu rozbrzmiało już pierwszymi pieśniami akolitów, a stłoczone przed świątynią kramy ponownie zapełniły się bogactwami, na noce chowanymi do masywnych kufrów. Młodzi uczniowie z Lokityru musieli już wyruszyć na poranną przebieżkę górskimi szlakami, a pilnujący bram gwardziści z pewnością zdjęli skoble z furt, wypatrując ostatnich wędrowców, którzy mogliby jeszcze dotrzeć do miasta przed zbliżającym się wielkimi krokami zlodowaceniem.

Bjortari westchnęła cicho, mimowolnie spoglądając w kierunku monolitów. Tak naprawdę nikt nie kazał jej tu przychodzić ani też czekać na powrót kobiet. Miała pomóc w przekonaniu Sigai i to też uczyniła. Gdyby na tym skończył się jej udział w sprawie, nikt nie miałby do niej żalu. Mimo to została, bo uważała, że tak trzeba. Sigai i Silje mogły potrzebować jej pomocy. Niewygody, które musiała znieść, były niczym w porównaniu z tym, z czym mierzyły się kobiety w Kręgu.

Ten bowiem przez ostatnie lata znacznie urósł w siłę, jednocześnie stopniowo coraz bardziej wyrywając się spod kontroli. Skyrmowie robili, co mogli, stale wzmacniając i uszczelniając pierścień otaczający gejzer utary, nie byli jednak w stanie zapobiec zmianom, które zachodziły w samym spaczeniu. Mówiło się wprawdzie o sposobie na rozpraszanie tchnienia i oczyszczaniu go, jak dotąd jednak nikomu nie udało się tego dokonać. Utara kondensowała się, stawała bardziej lepka, ciężka, a jej pływy gwałtowniejsze - aż do chwili, w której nie istniały już bariery mogące ją zatrzymać. Przesycone prostą, pierwotną siłą fale rozrywały więżące je dotąd mury i przelewały się przez nie tak, jak wezbrana po zlodowaceniu, rwąca rzeka mogła przedrzeć się przez zbyt słabe tamy. Trudno było stwierdzić, ile czasu ma jeszcze yrkazaański Krąg, nim ulegnie pod naporem spaczenia, ta chwila nie mogła być jednak zbyt odległa. Tchnienie coraz łapczywiej sięgało ku wszelkim okruchom życia - czy to ludzkiego, czy zwierzęcego - jakie pojawiało się w jego pobliżu i coraz gwałtowniej napierało na rozpostartą między monolitami barierę. Przecieki, początkowo drobne, przypominające wodę skraplającą się na murach, teraz wyglądały raczej jak górskie potoki, zimne, prędkie i coraz łatwiej radzące sobie z łatami, którymi wiedzący próbowali zasklepiać powstające w Kręgu szczeliny.

Utara dojrzewała. Nabierała świadomości, inteligencji, której nikt nie potrafił wytłumaczyć. Schematy, które dotąd pozwalały przewidywać zmiany jej prądów i trzymać ją w ryzach, stawały się coraz bardziej bezużyteczne.

Silje i Sigai weszły w sam środek tej burzy. Wskoczyły do wzburzonego oceanu, który bardzo szybko mógł wyssać z nich siły.

Na tę myśl Eyjagrani skrzywiła się. Nie miała złudzeń - jeśli kobiety same nie opuszczą Kręgu, ona nie będzie w stanie ich stamtąd wyciągnąć. Oczywiście, mogłaby zaryzykować i, opierając się na naukach, które pobierała u skyrmy, podjąć próbę odważenia sobie odpowiedniej porcji uwrażliwiacza. Mogłaby przekroczyć wytyczaną przez monolity granicę i przedrzeć się przez pierwsze alhi. Być może dotarłaby za piątą Bramę, tam, gdzie białowłosa miała zaprowadzić Maral. Jeśli jednak wiedząca nie potrafiłaby stamtąd wrócić, Heidveurr tym bardziej nie starczyłoby na to sił.

Mogła im pomóc dopiero poza Kręgiem.

Pozbywanie się utary i uwrażliwiacza przypominało detoks, który każdy przechodził inaczej. Zależnie od czasu spędzonego pod wpływem spaczenia i jego siły, dawki przyjętych ziół oraz indywidualnej podatności, odchorowywanie mogło ograniczyć się do łagodnych, krótkotrwałych mdłości lub też przyjąć postać uciążliwego zatrucia. Jeśli przedtem nie przechodziło się takiego odtruwania, nie sposób było przewidzieć, ile przyjdzie zapłacić za uczulenie się na utarę. Wcześniejsze doświadczenia w tej dziedzinie też nie dawały gwarancji, że za kolejnym razem będzie podobnie. Tchnienie było zmienne, tak samo, jak ludzka wrażliwość na nie.

Eyjagrani została, bo nikt nie wiedział, jak zareaguje Maral. Była silna i stosunkowo odporna - z pewnością bardziej, niż się po niej, przyjezdnej, spodziewano. Wtedy, za pierwszym razem, wróciła do miasta o własnych siłach. Krąg jednak się zmienił, stał się bardziej złośliwy i wygłodniały. Zamknięta w nim utara wgryzała się łapczywie nawet w wiedzących. Tym razem nikt nie mógł obiecać, że uda się wrócić.

Silje jednak wróciła.

Jej przybycie obwieścił gwałtowny kaszel i głuchy odgłos osuwającego się na ziemię ciała. Hadharka nie przedarła się przez Krąg sama. Jak się później okazało, władzę nad własnym ciałem straciła tuż przed trzecią z Bram. Dalej wlokła ją Sigai. Utara wyczuwała słabość i tym silniej wpijała się w ofiary, im więcej sił straciły. Pasma splatały się w lepkie macki, które ciasno oplatały każdego, kto zachwiał się i złamał. Łatwo było się poddać i zostać w Kręgu, stając się pożywką dla wiecznie głodnego spaczenia. By pomóc tahalce, wiedząca oddała wiele z własnych sił. To był swego rodzaju handel, kaucja wpłacona po to, by tchnienie rozluźniło na chwilę swe objęcia.

Gdy Maral spazmatycznie walczyła o oddech, krztusząc się i wymiotując intensywnie podbiegłą krwią żółcią, skyrma skuliła się tuż za linią skalnych figur, drżąc na całym ciele.

- Musisz ją zabrać.

Eyjagrani, kucająca przy Hadharce od chwili, gdy ta znalazła się poza Kręgiem, teraz uniosła na wiedzącą czujne spojrzenie. Głos Sigai był cichy, zmęczony, mimo tego jednak spokojny.

- Gdy... - Rytualistka zaniosła się suchym kaszlem i skrzywiła się. - Gdy przestanie, musisz ją zabrać do Nires.

- Nie do bliźniaczek? - Vartahel mimowolnie zmarszczyła brwi. Trzydziestodwuletnie Fjalsi i Fini, mimo młodego wieku, już teraz uchodziły za jedne z najzdolniejszych szeptuch Yrkazaanu. Mieszkając razem z matką, nauczyły się od niej wszystkiego, co mogły. Teraz wspólnie służyły pomocą cierpiącym bjortari.

- Nie poradzą sobie. - Spoglądając na tropicielkę, wiedząca odetchnęła bardzo powoli. - Nires wezwie je, jeśli będzie potrzebowała pomocy.

Eyjagrani powoli skinęła głową. Szwagierka Eyrana jedynie przez nieszczęśliwy splot okoliczności nie dołączyła do grona skyrmów. Jeśli chodziło o zmagania z utarą, rzeczywiście mogła poradzić sobie lepiej.

Heidveurr znów spojrzała na tahalkę. Kobieta była wycieńczona. Karmelowa skóra przybrała teraz nienaturalnie zimny, siny odcień. Drobne dłonie kurczowo chwytały zmarzniętą ziemię, gdy ciało przeszywały kolejne fale silnych, bolesnych konwulsji. Na policzkach kobiety wilgotne smugi znaczyły ścieżki pojedynczych łez, których dumna haaim nie była w stanie powstrzymać.

Gdy skurcze wreszcie ustały, Eyjagrani wzięła ją na ręce. Jako vartahel dziewczyna była silniejsza nie tylko od swych rówieśnic, ale także od wielu mężczyzn.

- A ty? - Heidveurr obejrzała się na skyrmę.

Rytualistka wciąż nie zdecydowała się wstać, nie drżała już jednak tak bardzo. Na czworakach zbliżyła się do ogniska, które, wcześniej tląc się tylko, teraz trzaskało żywym ogniem. Wiedząca mogła być wyczerpana, ale proste żywioły i tak jej słuchały.

- Poradzę sobie. - Widząc malujące się na twarzy bjortari wątpliwości, Sigai zdobyła się na przelotny, wymuszony uśmiech. - Naprawdę, Eyja. Gdybym cię potrzebowała, wiedziałabyś o tym. Nie przedkładałabym jej ponad siebie - stwierdziła bezpośrednio.

Heidveurr odetchnęła powoli, silniej przytulając tropicielkę do piersi.

- Przyjdę do ciebie wieczorem. Mogę?

Tym razem uśmiech Sigai był cieplejszy.

- Tak. Idź już.

Vartahel skinęła głową na zgodę i na pożegnanie. Cofając się o parę kroków, odwróciła się wreszcie w kierunku Yrkazaanu.

- Eyja.

Heidveurr zatrzymała się na chwilę, oglądając przez ramię. Grzejąca się przy ognisku Sigai świdrowała ją uważnym spojrzeniem.

- Nie pytaj jej o to, co widziała. Nie przed Vilmeti.

Rozdział 4

Minęły trzy dni, nim Silje wreszcie otworzyła oczy. Straciła przytomność tuż za murami miasta, niemal przelewając się przez ręce Eyjagrani. Skóra tropicielki stopniowo stawała się coraz cieplejsza i w momencie, gdy vartahel ostrożnie układała tahalkę na wskazanym przez Nires łóżku, dosłownie parzyła dłonie. W ślad za wzrastającą temperaturą pojawiły się też drgawki - gwałtowne, w ciągu pierwszych kilku godzin ustające tylko po to, by za chwilę pojawić się na nowo. Kobieta wybudzała się rzadko, chwile przytomności przypłacając zwykle nawracającymi wymiotami. Czasami mówiła też przez sen. Rzucając się w malignie, mamrotała o duchach i gorącej krwi, o upadłej Gwieździe Ahiela i obcych głosach wydających rozkazy. Mówiła dużo, przeplatając znajome frazy bjortari z oficjalnym językiem Hadharu, ojczystym dialektem klanowym i innymi jeszcze, których ani czuwająca przy chorej Nires, ani nikt inny nie potrafił rozpoznać.

Teraz gdy wróciła jej świadomość, Maral zdawała się nie pamiętać niczego, co działo się od chwili wyjścia z Kręgu.

- Przywiozłam dla ciebie zioła - wychrypiała tropicielka spod półprzymkniętych powiek spoglądając na kręcącą się w pobliżu kobietę.

- Słucham?

Odkąd podjęła się opieki nad Silje, Nires niemal nie opuszczała pokoju chorej, przez większość czasu przesiadując w masywnym, głębokim siedzisku ustawionym nieopodal łóżka bądź przy stoliku, w całości zajętym teraz przez przeróżne zioła, wywary, miski, moździerze i pasy miękkiej tkaniny. Spała niewiele, a gdy już zasnęła, często wybudzała się, wyczulona na wszelkie zmiany w zachowaniu Silje. Teraz, słysząc cichy głos Hadharki, krzątająca się przy zielarskim stanowisku uzdrowicielka nie od razu pojęła, co on oznacza.

- Zioła - powtórzyła Maral powoli. Mówienie wyraźnie sprawiało jej trudność, jednak po raz pierwszy od ponad siedemdziesięciu godzin wypowiedziane przez nią słowa były zrozumiałe i logiczne. - Przywiozłam zioła od tahalskich aptekarzy. Dla Hamarra.

Nires drgnęła. Odkładając ostrożnie tłuczek, którym rozcierała właśnie szorstkie liście, odwróciła się powoli.

- To jest dla ciebie najważniejsze? - zapytała, świdrując leżącą uważnym spojrzeniem. - Po ponad siedemdziesięciu godzinach nieświadomości za najbardziej istotne uważasz powiedzenie mi o ziołach?

Silje poruszyła się nieznacznie i gdyby dobrze się przyjrzeć, dałoby się dostrzec w tym próbę wzruszenia ramionami.

- To ważne - wychrypiała cicho z przelotnym, nikłym uśmiechem. - Chociaż chętnie bym się też czegoś napiła.

Nires odetchnęła głęboko. Nalewając do kubka przygotowany wcześniej ziołowy, aromatyczny napar, w dwóch krokach pokonała dystans dzielący ją od łóżka i usiadła na brzegu materaca obok chorej. Pomagając jej ostrożnie unieść głowę, przytknęła naczynie do warg tropicielki. Hadharka powoli upiła łyk, potem drugi, nim ponownie opadła na poduszki.

- Mięta? - zapytała, zlizując z warg pozostałe krople chłodnego, orzeźwiającego napoju.

- Też. - Uzdrowicielka uśmiechnęła się łagodnie. - Poza tym arknyr i kwiaty ingrippy.

Przyglądając się Maral przez chwilę, Nires sięgnęła po jedną z dłoni tahalki i opuszkami palców ucisnęła lekko uwypuklenia naczyń krwionośnych pod delikatną skórą nadgarstka.

Po krótkiej chwili skinęła lekko głową w wyrazie niemej akceptacji.

- Nieźle się trzymasz, jak na trzy dni w prądach veurr - rzuciła z rozbawieniem, tylko częściowo maskującym ulgę, jaką przyniosło jej przebudzenie Silje. Tropicielka była tu lubiana i szanowana, przede wszystkim jednak była przedstawicielką Aranmuku. Jej śmierć na ziemiach Heimareldu, szczególnie w takich okolicznościach, byłaby niezwykle trudna do wyjaśnienia i dyplomatycznie niewygodna.

Tahalka uśmiechnęła się blado.

- Czasem coś mi wychodzi.

Uzdrowicielka parsknęła cicho, odruchowo poprawiając okrywającą Silje, wypchaną lekkim pierzem kołdrę.

- Jak się czujesz?

- Zmęczona. - Maral westchnęła cicho, ostrożnie przecierając nienaturalnie pobladłą twarz dłonią. - I niewiele pamiętam. Właściwie... - Zmarszczyła lekko brwi. - Nie jestem do końca pewna, jak wyszłam z Kręgu. Sigai?

Nires skinęła głową.

- Wyprowadziła cię, a Eyjagrani przyniosła tutaj.

Hadharka milczała przez chwilę, uciekając spojrzeniem ku pobliskiemu oknu. Promienie ostrego, zimowego słońca wlewały się między częściowo rozsuniętymi zasłonami. Choć okiennice były zamknięte, Silje była pewna, że na zewnątrz jest zimno, prawdopodobnie zimniej niż w dniu jej przybycia. Tak jasne, rażące nieprzyzwyczajone oczy słońce było typowe dla heimareldzkich zlodowaceń.

Uwagę kobiety zwróciło nagłe zamieszanie za ścianą. Po szybkich, ciężkich krokach rozbrzmiał znajomy, niski głos Eyrana i odpowiadające mu nieco bardziej gardłowe pomruki.

- Jak ona się czuje? - Heidr nie czekał na zaproszenie, otwierając na oścież drzwi do pokoju. Przelotnie zerknął na chorą, uniósł lekko brwi, ostatecznie całą uwagę skupiając na szwagierce.

- Obudziła się - odpowiedziała zdawkowo Nires. Spoglądając ponad ramieniem mężczyzny, zmrużyła lekko oczy. Towarzyszący heidrowi varta wytrzymał świdrujące spojrzenie uzdrowicielki ze stoickim spokojem.

- To widzę. - Eyran parsknął cicho. - Będzie w stanie pokazać się na Vilmeti?

- Ona tu jest. - Od momentu pojawienia się mężczyzn na progu Silje przyglądała im się tylko, teraz jednak jej głos rozbrzmiał pewnie, choć cicho. - Będzie - odpowiedziała, uprzedzając Nires.

- Rada zaczyna się pojutrze, nie jestem pewna, czy... - Uzdrowicielka przyjrzała się hadharce krytycznie. - Może i wyglądasz lepiej, niż powinnaś po ostatnich przejściach, nie jesteś jednak zdrowa, Maral. Zareagowałaś dziwnie, nietypowo silnie, a ja nie wiem, dlaczego. Udział w szarpaninie heidrów to nie rodzaj rehabilitacji, którą bym zalecała.

Eyran prychnął cicho, w słowach Nires kryło się jednak trochę prawdy. Vilmeti, okresowe zgromadzenia klanów, rzadko kiedy przebiegały spokojnie.

Silje dźwignęła się na łokciach, po kilku chwilach powoli podciągając się do siadu i wspierając plecy o masywną ramę łóżka.

- Wezmę udział w Vilmeti, bo muszę, Nires. - Wzruszyła ramionami, po czasie krzywiąc się lekko, gdy zbyt gwałtowny gest poskutkował falą bólu w karku i nieprzyjemnymi zawrotami głowy. - Co więcej, Eyran najpewniej chciałby, bym jeszcze wcześniej wszystko mu opowiedziała...

Thynler rozłożył ręce w teatralnie bezradnym geście.

- Za dobrze mnie znasz, moja droga - rzucił.

- ...ale chyba jednak nie przybiegnę tak prędziutko - dokończyła Silje.

Heidr westchnął ciężko. Doskonale pamiętał, jakich słów użył przed kilkoma dniami, witając Maral w Yrkazaanie.

- Mając obrończynię w postaci Nires, chyba jesteś bezpieczna - skwitował, posyłając szwagierce znaczące spojrzenie. - Zaczekam, aż przestaniesz rzygać jak kot i trochę... - Machnął ręką w bliżej niesprecyzowanym geście. - Trochę się ogarniesz. To z pewnością przysłuży się opowieści.

Hadharka prychnęła, zdegustowana, na co mężczyzna roześmiał się krótko.

Heidr skinął głową, usatysfakcjonowany taką odpowiedzią Silje.

- Dobrze widzieć cię całą, Maral - dodał, uśmiechając się cieplej.

Tropicielka odetchnęła cicho i skinęła głową.

Eyran tymczasem skierował swą uwagę na Nires, zerkając przelotnie na towarzyszącego mu vartę.

- Przyjdź do mnie, gdy będziesz mogła. Musimy...

- Mówiłam. - Rozbawiony, lekko zachrypnięty głos Eyjagrani oraz towarzyszący mu śmiech Arkvaliego przerwał heidrowi w pół słowa. - Mówiłam, że się wyliże. Nie wypłacisz się, hiva.

- Jawna niesprawiedliwość. To w ogóle nie powinno być możliwe, żeby...

Gdy stanęli naprzeciw Eyrana, młodzi bjortari skłonili głowy w wyrazie szacunku. Zamilkli jednak jedynie na moment, zaraz wracając do przerwanej rozmowy.

- Nie powinno być możliwe, żeby z tego wyszła, a na pewno nie tak szybko - dokończył Arkvali.

- Mało wiesz o życiu, hiva. - Vartahel zaśmiała się cicho i przecisnęła się między stojącymi w progu mężczyznami, podchodząc do łóżka chorej. - Maral trudno zedrzeć, nie? - Zwracając się bezpośrednio do Silje, Eyjagrani spoglądała na nią z jawną satysfakcją towarzyszącą komuś, kto właśnie wzbogacił się na wygranym zakładzie.

- Najwyraźniej - przytaknęła Hadharka z uśmiechem. Nagły tłum, jaki zgromadził się w pokoju, zupełnie jej nie przeszkadzał, czego nie można było powiedzieć o Nires, skrzywionej teraz w grymasie nieskrywanej irytacji.

- Czy już? - spytała krótko, unosząc brwi. - Obrady zakończone? To może sprawdzicie, czy nie ma was gdzieś indziej?

Eyran roześmiał się.

- Może sprawdzimy. - Skapitulował z rozbawieniem. - Ale my - dodał, ponownie zwracając się ku Nires - musimy jeszcze porozmawiać - dokończył myśl przerwaną kilka chwil wcześniej. Spoglądając na towarzyszącego mu mężczyznę, odprawił go lekkim ruchem głowy. Varta zniknął szybko i cicho.

Nires odetchnęła ledwie słyszalnie, jeszcze przez krótką chwilę spoglądając za odchodzącym.

- Zostanie na jakiś czas - rzucił Thynler na odchodnym, spoglądając uważnie na uzdrowicielkę. - Będziesz musiała pokazać mu Hamarra.

Nie czekając na odpowiedź, heidr odwrócił się na pięcie i odszedł. Gdy drzwi zamknęły się ponownie za szerokimi plecami, w pokoju znów zrobiło się względnie spokojnie.

- A wy? - Nawet jeśli słowa odchodzącego Eyrana zrobiły na niej jakieś wrażenie, Nires niczego po sobie nie pokazała. Przeniosła ostre spojrzenie na Eyjagrani i Arkvaliego i zmarszczyła lekko brwi.

- Ja zostanę - rzuciła jednak vartahel, nie zamierzając podporządkować się życzeniom Nires. Widząc jednak pogłębiające się zmarszczki na czole uzdrowicielki, dziewczyna westchnęła cicho.

- Idź, Vali. - Zerkając na chłopaka, uśmiechnęła się półgębkiem. - W obecnym nastroju Nires gotowa cię jeszcze otruć przy kolacji, jeśli jej się narazisz...

- Ciebie też, Heidveurr - fuknęła kobieta.

- ...a ja nie chciałabym stracić okazji oglądania cię na unaroku - dokończyła niezrażona Eyjagrani, kątem oka spoglądając z rozbawieniem na uzdrowicielkę. - Znajdź Helnira. Powiedz mu, że za godzinę spotkamy się w Lokityrze.

Spoglądając to na Nires, to na vartahel, Arkvali wzruszył ramionami, nie opierał się jednak. Siedzenie w pokoju z trzema kobietami wciąż jeszcze nie było dla niego szczególną atrakcją.

Gdy wyszedł, milcząca dotąd Silje westchnęła teatralnie głośno.

- Już? - Spojrzała na pozostałe kobiety, unosząc brwi wysoko.

Uzdrowicielka parsknęła cicho.

- Nie, ale teraz nie mam już chyba nic do powiedzenia.

Eyjagrani wyszczerzyła zęby szeroko.

- Nieprawda - zaprotestowała radośnie, jednocześnie sadowiąc się wygodnie na brzegu zajmowanego przez Silje materaca. - Masz dużo do powiedzenia. Ja po prostu zrobię po swojemu.

- Nic nowego - podsumowała Nires, kręcąc lekko głową. Nie była jednak zła. Do zachowania Eyjagrani wszyscy się już przyzwyczaili. I nawet nie chodziło o to, że vartom pozwalało się na więcej. Najmłodsza z sióstr Heidveurr po prostu zawsze taka była. Czasem zadzierająca nosa, często nieposłuszna, ale oprócz tego także szalenie lojalna i rozsądna. Wśród bjortari takich jak ona określało się jako fjallogete, ludzie o sercu fjalloga.

- Nie męcz jej za bardzo - rzuciła w końcu Nires z westchnieniem, wstając z łóżka chorej i wygładzając wygniecioną pościel. - Próbuje wyglądać lepiej, niż się czuje, nie daj się zwieść.

Eyjagrani skinęła lekko głową.

Po raz ostatni spojrzawszy na półleżącą tahalkę, uzdrowicielka wyszła z sypialni, ostrożnie zamykając za sobą drzwi.

- Nires przesadza, wcale nie...

- Przestań. - Eyjagrani przerwała jej. Spojrzenie, jakim obrzuciła Silje, było niespodziewanie ostre, choć szybko złagodniało. - Nie musisz udawać. Wręcz nie powinnaś. Czuję. - Dziewczyna uniosła brwi znacząco.

Maral odetchnęła cicho. Moment poddania się tropicielki był dostrzegalny gołym okiem. Potrząsnąwszy głową z rezygnacją, Hadharka ponownie zsunęła się niżej na łóżku, do w pełni leżącej pozycji, nie protestując też, gdy Heidveurr pomagała jej ułożyć poduszkę pod głową.

- Już dawno powinnam była zabrać cię ze sobą - mruknęła cicho Silje, spod półprzymkniętych powiek spoglądając na siedzącą obok. - Zaraz po twoim unaroku. Z tą wrażliwością...

Eyja zaśmiała się cicho.

- Jesteś tropicielem, Maral. Polujesz na...

- Nie poluję - poprawiła krótko Silje. - Szukam. Nie poluję.

- W porządku, szukasz vart. Przyprowadzasz Aranmukowi varty. Ja nie jestem vartą.

- Jeszcze nie.

Jasnowłosa pokręciła lekko głową. Choć wciąż się uśmiechała, spojrzenie dziewczyny nie było już wcale radosne.

- Mogę już teraz czuć wahania temperatury w twoim ciele. Wyłapuję ten twój dziwny zapach, którego nie umiem nazwać, coś ostrego, niepokojącego, coś przypominającego woń utary, ale jednak inne, obce. Słyszę szum krwi w naczyniach wyraźniej niż inni, a na języku czuję smak twojego potu, choć nie lizałam ci skóry. Na dłuższą metę nie ma to jednak żadnego znaczenia - stwierdziła Eyjagrani z rozbrajającą szczerością, a Silje wiedziała, że dziewczyna ma rację. Teraz, w jej wieku, opóźnienie transformacji wciąż jeszcze można było brać za naturalne. Wraz z upływem kolejnych lat będzie to jednak coraz trudniejsze. Im dłużej będzie czekać na przemianę, tym częściej będą nazywać ją odmieńcem.

- Jak się czuje Sigai? - zapytała tymczasem tropicielka, zmieniając temat. Nie chciała dręczyć Eyjagrani problemem, którym dziewczyna z powodzeniem dręczyła się sama.

- Dawno nie widziałam jej tak zmęczonej - przyznała Heidveurr, gładko podejmując nowy wątek. - Radzi sobie, ale jest... - Szukając przez moment odpowiedniego słowa, bjortari zmarszczyła lekko brwi. - Inna. Jakby bardziej obca. Była taka już wcześniej, jeszcze przed twoim przybyciem, ale teraz, po ostatnich odwiedzinach Kręgu, jest jeszcze gorzej.

Maral milczała w zamyśleniu. Jeszcze przez chwilę spoglądała na Eyjagrani, w końcu uciekła spojrzeniem ku oknu. Ze swojego miejsca nie mogła dostrzec zbyt wiele, jedynie fragment jaśniejszego nieba przez szparę między częściowo rozsuniętymi zasłonami.

- Co tam się stało? W Kręgu. - Vartahel rzadko kiedy bawiła się w podchody. Hadharka podobnego pytania spodziewała się już od chwili, gdy Eyja stanęła w progu pokoju.

- Nic. Nic, co byłoby...

- Śmierdzisz kłamstwem, Maral. - Eyjagrani nie wyczuwała jeszcze specyficznej woni, powstającej w chwili, gdy zatajano fakty, mimo tego była pewna swych słów. Nie potrzebowała wrażliwych zmysłów varty, by wiedzieć, że Silje nie mówi jej prawdy.

Hadharka westchnęła cicho.

- Nie rozmawiałam o tym z Eyranem, więc tym bardziej nie będę rozmawiać z tobą - odpowiedziała cicho, nieco oschlej, niż zamierzała. - Musisz zaczekać do Vilmeti.

- Co tam widziałaś? - Pytanie bjortari przybrało znacznie bardziej napastliwy ton. - Co takiego się stało, że nagle straciłaś swoją naturalną gadatliwość? Coś z Thekkirem? Oczywiście, że coś z nim, wszystko teraz musi się z nim wiązać. Znalazł Var Arrod? To ono go zmieniło? Przyniósł odpowiedzi, które...

- Skończ.

Oczy vartahel zwęziły się. Pragnęła odpowiedzi, które, jej zdaniem, Silje znała. Zżerała ją ciekawość i zniecierpliwienie, którym tahalka tak naprawdę wcale się nie dziwiła. Var Arrod było tematem, obok którego żaden bjortari nie potrafił przejść obojętnie. Maral jednak nie zamierzała mówić. Jeszcze nie.

- Przed Vilmeti niczego się ode mnie nie dowiecie - powiedziała powoli, starannie dobierając słowa.

- Dlaczego, jossi? - Eyjagrani starała się uspokoić, choć głos drżał jej jednak lekko, zdradzając podenerwowanie.

Haaim odetchnęła głęboko, spoglądając z uwagą w błękitne oczy vartahel.

- Bo mam do opowiedzenia zbyt wiele. Vilmeti już za dwa dni. Wtedy będziemy rozmawiać.

***

Opuściła pokój Silje poirytowana. Rozumiała - starała się rozumieć - postępowanie tropicielki, brak odpowiedzi szalenie ją jednak drażnił. W Kręgu musiało się coś wydarzyć i Eyjagrani bardzo, naprawdę bardzo chciała wiedzieć co. Konieczność czekania do Vilmeti nie była jej na rękę.

W zamyśleniu pokonała całą drogę od Chaty do Lokityru, pod drzwiami domu ćwiczebnego zapominając jednak o wszystkim, co ją dręczyło. Dla niej, podobnie jak dla wielu jej pobratymców, masywna, surowa budowla była świątynią nie mniej ważną od Illinu, a do świętych miejsc nie należało wkraczać w rozkojarzeniu.

Tym razem Eyjagrani nie zamierzała zostać tu zbyt długo. Wchodząc do przestronnej, jasnej sali ćwiczebnej, będącej głównym pomieszczeniem Lokityru, od razu skierowała się na jej tyły, do położonej pod prowadzącymi na piętro schodami zbrojowni.

Już z daleka słyszała dochodzące z pomieszczenia głosy. Niski, spokojny ton oraz następujący po nim gardłowy śmiech musiał należeć do Helnira, wtórowały mu zaś wyższe i bardziej rozentuzjazmowane okrzyki Arkvaliego.

- ...i wtedy stwierdziłem, że nie mogę tak po prostu odejść. - Jeszcze przed otwarciem drzwi Eyja była w stanie wyobrazić sobie żywo gestykulującego, zarumienionego lekko z podekscytowania chłopaczka. Drobny, jasnowłosy piętnastolatek miał niespożyte pokłady energii, ujawniające się tak w trakcie ćwiczeń, jak i podczas snucia mniej lub bardziej bliskich prawdy opowieści. - Bo to jednak byłaby ujma na honorze, nie? Sangari mogła nie chcieć mnie widzieć, ale ja przecież nie przyszedłem do niej. A dać się przepędzić kobiecie to zupełnie...

Szczęk otwieranych drzwi przerwał w połowie monolog Arkvaliego. Usta nastolatka na krótką chwilę przybrały kształt idealnego kółka. Bjortari szybko jednak otrząsnął się, kończąc rozpoczęte zdanie z teatralną hardością i uporem.

- ...to zupełnie głupie i śmieszne.

- Wychodzi więc na to, że będziemy się dziś świetnie bawić. - Eyjagrani uniosła lekko brwi. - I śmiać się do rozpuku, gdy już przegonię cię po Trzeciej Ścieżce.

Helnir parsknął cicho.

- Obawiam się, że w tym przypadku do Areny będziesz się czołgał, a nie szedł - rzucił z rozbawieniem w kierunku Arkvaliego, jednocześnie naciągając na siebie grubą, wierzchnią koszulę i obwiązując się ciasno szerokim pasem. Upewniwszy się, że żadne niefortunne zagięcie materiału nie będzie go uwierało, z jednego ze stelaży na broń zdjął szerokie, wygięte ostrze - kiliymir. Krótki miecz, podobny nieco do hadharskich sejmitarów, był od samego początku ulubioną bronią Helnira i rzadko kiedy widziało się go walczącego czymś innym.

- Jasne, nie doceniajcie mnie - burknął Vali, łypiąc spod oka na przyjaciółkę. Biorąc przykład z przyjaciela, on także na spodnią, cienką koszulę narzucił drugą, luźniejszą i cieplejszą, spinając ją ciasno w pasie. Układając warstwy materiału tak, by nie krępowały swobody ruchów i nie ocierały, zasznurował ciasno podszyte futrem buty, przygotowania kończąc okryciem pleców grubym, ale niezbyt długim, sięgającym zaledwie kolan futrzanym płaszczem. Nie wziął broni, ale nie czyniło go to bezbronnym. Wychudzony podrostek był w stanie w mniej niż pół minuty rozbroić oponenta i przygwoździć go do zmarzniętej ziemi jego własną bronią, błędem byłoby więc go nie doceniać.

Przekomarzania młodych trwały jeszcze chwilę, cichnąc dopiero wtedy, gdy Eyjagrani wskazała ruchem głowy drzwi wyjściowe. Dziewczyna poświęciła na przygotowania znacznie mniej czasu niż chłopcy. Sięgając po broń, podobnie jak Helnir, nie musiała się zastanawiać. Pod okiem mistrzów od kilku lat poznawała kolejne rodzaje mieczy, toporów i broni drzewcowej, by w razie konieczności umieć posłużyć się każdą z nich - niekoniecznie tak samo widowiskowo i wprawnie, ale w każdym przypadku skutecznie. Dopóki jednak mogła wybierać, dopóty zawsze sięgała po asnar, typ długiej włóczni, zaopatrzonej w ostrza na obu krańcach - jedno krótsze i węższe, służące przede wszystkim do pchnięć, drugie zwyczajowo dosyć długie, tnące, szerokie, zwężające się stopniowo ku sztychowi. Niezbyt poręczna, we wprawnych dłoniach stawała się narzędziem szalenie skutecznym i pożądanym w każdym zbrojnym towarzystwie. Wielu heidrów na kontynentalną modłę otaczających się własnymi gwardzistami upodobało sobie w tej roli właśnie asmarczyków - byli nie tylko gwarancją bezpieczeństwa, ale także wizytówką. Dobrze wyszkolony woj tego typu był dobrem luksusowym tak samo, jak wierzchowiec ze stadnin Ikrheinu i kamienie szlachetne od kupców z Hadharu.

Tymczasem cała trójka opuściła Lokityr i szybkim krokiem ruszyła przez miasto. Dzień był już w pełni, ulice roiły się więc od ludzi goniących za swymi sprawunkami. Zbliżające się Vilmeti powodowało, że Yrkazaan stawał się jeszcze bardziej tłumny i ciasny niż zwykle, a przedarcie się z jednego krańca osady na drugi było nie lada wyzwaniem. Eyjagrani bez wahania parła jednak przed siebie, a Arkvali z Helnirem w milczeniu podążali za nią. Wszyscy wiedzieli, że przed vartą bjortari zawsze się rozstąpią. Heidveurr oficjalnie wciąż była tylko oczekującą, ale ludzie i tak z szacunkiem schodzili jej z drogi.

Obserwując, jak grupka stłoczonych przy jednym z ulicznych straganów mężczyzn odruchowo odsuwa się, pozwalając jej przejść, vartahel westchnęła cicho. Jeśli transformacja nadal będzie się odwlekać, podobne przywileje szybko się skończą.

- Vartahel?

Słysząc nieco podniesiony głos Arkvaliego, zorientowała się, że chłopak od dłuższej chwili coś do niej mówił, a ona nie słyszała z tego ani jednego słowa. Nie zauważyła też, kiedy zdążyli opuścić miasto, wkraczając na szeroki trakt.

Eyjagrani odetchnęła głęboko. Teraz gdy wędrowali przez dzikie ziemie poza osadą, nie mogła sobie pozwolić na podobny brak uwagi.

- Przepraszam - mruknęła cicho, spoglądając na Valiego. Gdy tylko wyszli z Yrkazaanu, chłopcy zrównali z nią krok, zajmując miejsce jeden po lewej, drugi po prawej. - Co mówiłeś?

- Pytałem, czy słyszałaś coś o naszych myśliwych - powtórzył Arkvali, przyglądając się Heidveurr uważnie. - Rozmawiałem z Bragiem. Mówił, że gdy wyruszali, ich szlaki skuwał już lód.

Vartahel skrzywiła się mimowolnie. Brag Thynler był bratankiem heidra Yrkazaanu, synem Geitarra. Trzy lata starszy od Eyrana, sześćdziesięciopięcioletni Geitarr opuścił miasto przed ponad trzema dekadami, po zakończeniu ówczesnego Vilmeti, dołączając do klanu Loddrega Gjalla i wraz z nim udając się do położonego daleko na północy Urkari. Ciesząc się opinią świetnego płatnerza, nie miał problemu z pozyskaniem szacunku w nowym domu ani też ze znalezieniem żony, którą została najmłodsza z sióstr Loddrega, Siff. Brag był ich jedynym synem, urodzonym z trzeciej ciąży. Od małego nieprawdopodobnie rozpieszczany przez matkę, wyrósł na nadspodziewanie rozsądnego i samodzielnego. Yrkazaan odwiedzał już kilkukrotnie, za każdym razem służąc za źródło informacji na temat nadchodzącej pogody.

- Nic o nich nie wiem - odpowiedziała wreszcie Eyjagrani, marszcząc brwi w grymasie niepokoju.

To, że północne szlaki już teraz skuł lód, nie było dobrą informacją.

Zimowe zmiany aury na terenach Heimareldu zawsze rozpoczynały się od północy, podobnie jak roztopy sięgały najpierw południowych ziem. Na terenach Klanu Atyra śniegi w zasadzie nigdy nie topniały, rzadko kiedy cichły też wyjące wśród szczytów wiatry. Zlodowacenie przychodziło tam najwcześniej, dlatego to klan z Urkari jako pierwszy ostrzegał przed nachodzącą porą siarczystych mrozów i zamieci. Teraz jednak na lód było za wcześnie nawet jak dla tamtych ziem.

Grupa łowiecka, która opuściła Yrkazaan przed trzema miesiącami, wciąż jeszcze nie wróciła. Jeśli lód rzeczywiście już nadchodził, każdy zastanawiał się, czy myśliwi zdążą przed załamaniem pogody.

- Diqna nic nie mówiła? - Helnir, dotychczas milczący, spojrzał na Eyjagrani uważnie.

Diqna, najstarsza z trzech sióstr Heidveurr, od roku była rekrutką Insorv, Pierwszych, a od czterech lat sprawowała bezpośrednią pieczę nad klanowymi myrkin. To do niej należało dotąd szkolenie myśliwych, organizowanie okazjonalnych polowań, ale przede wszystkim dbanie o to, by klanowe wędzarnie i suszarnie mięsa nigdy nie stały puste. Ona też, pomimo młodego wieku i pozornie niewielkiego - w porównaniu do innych łowców - doświadczenia, odpowiadała za doroczne łowy, mające zapewnić miastu wyżywienie na cały trudny okres zlodowacenia. Teraz gdy powołano ją w szeregi Insorv, jasnowłosa łowczyni oddała tę odpowiedzialność innemu z myrkin, wciąż jednak to na nią spoglądano, gdy myśliwych dotykały jakieś problemy.

Eyjagrani też na Diqnę patrzyła, nie z wyczekiwaniem jednak, lecz z troską. Szarowłosa bjortari była pewna, że jej siostra czuje się odpowiedzialna za myrkin i przeżywa całą sytuację znacznie bardziej, niż pokazuje.

- Nie mówiła - odpowiedziała vartahel, znacznie oschlej niż Helnir się spodziewał. Mimowolnie zaciskając zęby, spojrzała na dziewiętnastolatka ostro.

Chłopak zmarszczył brwi, przez długą chwilę przyglądając się Eyji uważnie.

- Diqna może im formalnie nie przewodzić, ale to ona ich wyuczyła - powiedział w końcu, bez wahania wyrażając opinię, którą mało kto wypowiadał na głos, a którą jednak wielu miało z tyłu głowy. - Ona wskazała ścieżki wielu z nich i ona też...

- Skończ. - Gardłowy warkot, jaki wyrwał się dziewczynie, do złudzenia przypominał dźwięki słyszane czasami w nocy poza miastem, gdy budzili się nocni drapieżcy. - Doroczne polowania zawsze wiążą się z ryzykiem, wiesz o tym podobnie jak my wszyscy. Czasem trwają dłużej, czasem krócej. Czasem wszyscy wracają cali, a czasem nie. - Odetchnęła powoli. - Nikt nie mógł przewidzieć, że lód przyjdzie w tym roku wcześniej. Ani Himri, ani heidr, ani Diqna. Nikt.

Jeśli nawet Helnir zamierzał się sprzeczać - wspomnieć choćby o ostrożnych obawach Himirego, aktualnego przewodnika klanowych myśliwych, które ten wyrażał już od pewnego czasu - nie zrobił tego. Po chwili wyczuwalnego napięcia ostatecznie powoli skinął głową.

Arkvali odetchnął na to z nieco zbyt wyraźną ulgą.

- Już? Świetnie, bo właśnie mamy Ścieżkę. - Ruchem głowy wskazał szlak odbijający w lewo od głównego traktu. Tutaj był jeszcze łagodny, szeroki i wyraźnie widoczny, ale cała trójka wiedziała, że parę kroków dalej Trzecia Ścieżka wygląda już zupełnie inaczej.

- Doskonale - powtórzył Vali, gdy i Eyjagrani, i Helnir ostatecznie skinęli głowami, potwierdzając zawarcie chwilowego rozejmu. - W takim razie chodźmy.

Płowowłosy chudzielec bez wahania wysunął się na prowadzenie, którego żadne z pozostałej dwójki nie próbowało mu odebrać. Nim szlak zdążył się zwęzić, stając się ledwie widoczną ścieżyną pośród skał, młody Thynler zwolnił nieco, ustawiając się w rzędzie na końcu, za plecami Eyjagrani.

Nie rozmawiali już, skupieni na pokonywanym szlaku, który z każdym kolejnym krokiem stawał się bardziej niepewny i zdradliwy. Początkowo wygodna, wydeptana dróżka stopniowo ustąpiła miejsca ścieżce, która była nią tylko dla tych, którzy wiedzieli o jej istnieniu. Wąski przesmyk między skalnymi ścianami, przejście pod masywnym pniem zwalonego przed miesiącami drzewa czy zakręt przecinający niewielki, ale rwący górski strumień w żaden sposób nie sugerowały, że prowadzi tędy jakikolwiek znany, użytkowany przez człowieka szlak. Spośród wszystkich sześciu Ścieżek, na jakich sprawdzali się bjortari z Yrkazaanu, Trzecia już dawno zaskarbiła sobie miano jednej z bardziej wymagających, ale przez to również bardziej satysfakcjonujących, gdy dotarło się do jej końca.

Przed przystąpieniem do unaroku - rytualnego ceremoniału dojrzałości - każdy bjortari z Klanu Gharra musiał przynajmniej raz przejść każdy ze szlaków, cały lub, w przypadku Czwartej, najtrudniejszej, wyznaczony przez mentora odcinek. Tego wymagała tradycja, ale też, przede wszystkim, surowość gór, w których przyszło im żyć. Ścieżki pozwalały się rozwijać, były terenami ćwiczebnymi nie tylko młodych, ale także dojrzałych, mających na karku kilkadziesiąt zim wojów. Pokonanie rzucanych przez nie wyzwań miało być dowodem zarówno sprawności fizycznej - tak istotnej w trudnych warunkach pasm euxanirskich - jak też hartu ducha, rozsądku i dojrzałości, bez których nie sposób było zejść ze Ścieżek cało. Choć nigdy nie spisano oficjalnie takiego wymogu, wiele stuleci już minęło od dnia, kiedy przyjął się niepisany zwyczaj zmagania się z górskimi szlakami nie po, ale jeszcze przed unarokiem. Każdy klan miał swoje szlaki - swoje Ścieżki - i każdy wymagał dowodu, że młody bjortari jest gotowy do przystąpienia do rytuału.

Teraz, spoglądając na plecy podążającego przed nią Arkvaliego, Eyjagrani uśmiechnęła się mimowolnie. Piętnastolatka od rytuału dojrzałości wciąż jeszcze wiele dzieliło. Była zbyt młoda, by pełnić funkcję jego mentora, pokonywała z nim jednak każdy ze szlaków, na który się zdecydował. Szli już Pierwszą, przejście Trzecią miał już za sobą. Kilka miesięcy temu udali się na Czwartą, wspólnie jednak postanowili zawrócić do miasta jeszcze przed pokonaniem wybranego odcinka, ustępując dmącym, spychającym ich ze szlaku wiatrom. Ścieżka Gharra, Umarłych oraz Druga wciąż czekały, aż nastolatek postanowi się z nimi zmierzyć.

Żadna natomiast nie czekała już na Helnira.

Unarok organizowało się zarówno przy okazji większych świąt, jak i niezależnie od nich, wtedy, gdy po prostu zebrało się wystarczająco wielu chętnych do poddania się mu. Nie ulegało wątpliwości, że rozpoczynające się za dwa dni Vilmeti było doskonałą okazją do kolejnego rytuału młodych. Unarok odprawiony właśnie podczas zjazdu klanów miał szczególne znaczenie. Oficjalnie nie różnił się niczym od rytuałów prowadzonych w innym czasie, ale sama obecność innych klanów oraz wszystkich heidrów podnosiła rangę udanego przejścia przez próbę dojrzałości. Nic dziwnego, że bardzo wielu bjortari z utęsknieniem wypatrywało Vilmeti, chcąc właśnie wtedy zamanifestować swą gotowość do uzyskania pełni praw. Helnir jednak nic o unaroku nie wspominał i Eyjagrani zastanawiała się, czy nie będzie chciał odwlec go o kolejny rok. Dziewiętnastolatek był gotowy już minionej zimy, a według niektórych także wcześniej. Mimo tego wciąż jeszcze nie wyraził chęci przystąpienia do rytuału. Nikt nie mógł go do unaroku zmusić, nie istniała granica wieku, do której bjortari musiał odbyć próbę, trudno było jednak nie odnieść wrażenia, że młody Thynler unika chwili, w której stanie przed skyrmami i podda się testom. Heidveurr nieraz słyszała już szepty pełne zdziwienia lub, coraz częściej, krytyki wobec postępowania Helnira. Nadszedł jego czas, tak się wydawało. Thynler mógł stać się pełnoprawnym wojem, myśliwym - dorosłym. Wszyscy tak uważali i nikt nie rozumiał, dlaczego Helnir wciąż nie poddał się rytuałowi.

- Ścigamy się.

- Co? - Podciągając się na ostatnią z kilku skalnych półek, które mieli do pokonania na Ścieżce, Eyjagrani odetchnęła głęboko i roztarła ręce, wbijając na chwilę asnar w pęknięcie skał pod stopami. Dłonie, choć schowane w podszytych futrem rękawiczkach, zdążyły jej przemarznąć już w połowie wysokości pionowej ściany, z którą zmagali się przez ostatnie kilkanaście minut. Wbrew temu, co mówiono, naturalnie wyższa temperatura ciała vart wcale nie chroniła przed wychłodzeniem.

- Ścigamy się - powtórzył tymczasem Arkvali, gdy również Helnir znalazł się już na skalnej półce, otrzepując ręce i rozprostowując zesztywniałe, spięte po wspinaczce plecy. - Tym razem zamierzam wygrać.

Blondyn nie czekał na odpowiedź, od razu zrywając się do biegu.

- Oszalał. - Helnir przez chwilę odprowadzał go wzrokiem, potem jednak ruszył za przyjacielem. Podobne zmagania nie były pierwszyzną, ostatnia prosta Trzeciej, z metą przy Arenie, była świadkiem wielu podobnych gonitw, także w wykonaniu Arkvaliego i Thynlera.

- Oszaleli - podsumowała Eyjagrani, przez myśl jej jednak nie przeszło, by protestować. Arkvali i Helnir, podobnie jak i ona, po górach biegali od dziecka - najpierw wokół Yrkazaanu, potem po szlakach mu najbliższych, wreszcie także na odcinkach Ścieżek, które umożliwiały gonitwy. Każde z nich wiedziało, jakiej uwagi i opanowania to wymaga, oraz z jakim ryzykiem się wiąże. Nie byli aż tak nieodpowiedzialni i naiwni, na jakich mogli wyglądać z boku.

Zresztą, już w Lokityrze obiecała, że przegoni ich po Trzeciej Ścieżce, a obietnic należy przecież dotrzymywać.

Ponownie chwytając asnar, ruszyła za nimi lekkim truchtem, śledząc stopniowo oddalające się chłopięce sylwetki. Słyszała rzucony przez Arkvaliego komentarz - coś o zasiedzeniu się młodego dziedzica - oraz śmiech Helnira w odpowiedzi. Uśmiechnęła się lekko. Rywalizacja między tymi dwoma trwała właściwie od samego początku, odkąd tylko zaczęli razem ćwiczyć. Aktualnie szkoliło się, oczywiście, wielu innych bjortari, w tym wielu potencjalnie obiecujących wojowników, nikt jednak nie miał wątpliwości, że ci dwaj są dla siebie najlepszą parą. Nikt inny nie poddałby ich lepszym próbom, niż sami poddawali się wzajemnie i nikt też nie służyłby im lepszą motywacją. Ten ostatni aspekt był szczególnie istotny w przypadku Helnira - tam, gdzie Vali rozwijał się dla własnej satysfakcji, młody Thynler potrzebował czasem konkurencji, by faktycznie się starać.

Eyjagrani stopniowo nabierała tempa, wciąż jednak nie zmniejszając drastycznie dystansu dzielącego ją od chłopaków. Ci wyrwali do przodu, gonieni wewnętrzną potrzebą wykazania się, ona jednak niczego nie musiała udowadniać. Poza tym wciąż była w stanie ich dogonić - i wyprzedzić.

Biegła lekko, z wdziękiem pokonując kolejne przeszkody. Raz odnalazłszy swój rytm, nie wypadała z niego ani przy ostrzejszych wirażach, gdy ścieżka zakręcała ciasno, ani zeskakując ze skalnych stopni prowadzących ku kotlinie, w której położona była Arena. W pewnym momencie przestała już zwracać uwagę, gdzie i jak stawia kolejne kroki. Ciała vart zwykle ich nie zawodziły i Eyjagrani wiedziała, że jej również nie zawiedzie.

Przyspieszyła dopiero, gdy w polu widzenia pojawiło się ostre zejście prosto do Areny. Wydłużając krok, pozwoliła się nieść nogom niemal ponad żwirową ścieżką, ledwie muskając stopami twarde podłoże. Nie zwalniając, zgrabnym susem przesadziła wartki potok i przemknęła przez ostre, iglaste krzewy, sięgające zachłannie gałęziami szlaku.

- Szybciej - mruknęła gardłowo, zrównując się z biegnącymi ramię w ramię chłopcami. Gdy ścieżka zwęziła się, prowadząc przez przesmyk między skalnymi ścianami, z cichym warkotem odepchnęła się od jednej z nich i, zmuszając rywali do zwolnienia kroku, przecisnęła się na przód.

Po tym nic nie mogło jej już zatrzymać. Gdzieś w duchu towarzyszyło jej wrażenie, że już tylko krok, jeden oddech, dzieli ją od zrzucenia ograniczającej, ludzkiej powłoki.

W tętniącej w skroniach krwi słyszała Zew, układający się teraz w niemal zrozumiałe słowa, niski pomruk ducha, który, gdyby chciał, mógłby rozerwać jej ciało i zastąpić własnym, silniejszym, szybszym, zwinniejszym.

Do Areny dobiegła jednak jako człowiek, a wrażenie nieokiełznania i upajającej wolności rozwiało się szybko, niczym poranne mgły Euxaniru.

- Bardzo dobrze.

Czekała na chłopaków oparta biodrami o niewysoki, kamienny płot wyznaczający teren Areny. Zakładając ręce na piersi, z leniwym uśmiechem powiodła spojrzeniem od Arkvaliego do Helnira i z powrotem. Obaj bjortari niemal w jednym momencie dopadli murku, dysząc ciężko. Na bladych, jeszcze niedawno zmarzniętych polikach, rozlewały się teraz zdrowe rumieńce, a czoła rosiły krople potu.

- Bardzo dobrze - powtórzyła, podczas gdy ścigający się próbowali unormować oddech i spowolnić galopujące serca. - Świetnie wam poszło. Byliście szybsi niż ostatnio.

- Ale nie szybsi od ciebie - wykrztusił Arkvali, wstrzymując na chwilę powietrze i wypuszczając je bardzo powoli.

- Nie - przyznała Heidveurr. - Nie będziecie szybsi ode mnie - rzuciła w taki sposób, w jaki mogłaby stwierdzić, że pada, wyglądając na ulewę szalejącą za oknem.

Vali sapnął cicho, nic jednak nie powiedział. Helnir skrzywił się, ale i on nie zaprotestował. Obaj bjortari wiedzieli, że nie ma nad czym dyskutować. Niezależnie od tego, jak bardzo by się starali, gdy chodziło o szybkość czy zwinność, mogli konkurować tylko ze sobą. Varty i vartahel byli inną kategorią, biologicznie przystosowaną do tego, by wygrywać.

Podczas gdy Arkvali i Helnir doprowadzali się do porządku, Eyjagrani lekko przeskoczyła murek i weszła na Arenę. Spory kawałek pustej, ogrodzonej ziemi był polem treningowym Klanu Gharra. Kiedyś dno niedużej kotliny porastały bujne, ostre trawy odporne na zimno, teraz jednak pozostały co najwyżej ich kępki przy ogrodzeniu. Cała reszta Areny, wydeptana setkami stóp, dawno już zaprzestała prób odżycia, pozostając plackiem suchej, zmarzniętej ziemi, z wszystkich stron otoczonej skalnymi masywami.

- Odłóżcie broń - powiedziała lekko dziewczyna, sama opierając włócznię o murek i zwracając się ku przyjaciołom z drapieżnym, rozbawionym uśmiechem - i chodźcie.

- Tylko bez gryzienia - rzucił Helnir, odpinając miecz od pasa i odkładając go obok asnara vartahel. - Gdy ukąsiłaś mnie ostatnim razem, ciotka Nires dwa tygodnie smarowała mnie jakimś śmierdzącym gównem. Nie chcę ponownie tego doświadczyć.

Arkvali wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. Eyjagrani parsknęła cicho, rozbawieniem maskując zawstydzenie. Pamiętała sytuację, o której wspomniał młody Thynler - jak mogła zapomnieć? Wciąż czuła się zażenowana brakiem kontroli, a twierdzenia mentorów i innych vart, że podobne wyskoki są naturalne u zmieniających się, wcale nie pomagały. Sama pokusa wbijania zaostrzonych zębów w odsłonięte ludzkie ciała była wystarczająco upokarzająca. Uleganie potrzebie kąsania i szarpania vartahel uważała za wybitnie ujmujące godności.

Obietnice pilnowania się i panowania nad sobą traciły jednak na sile, gdy tylko dochodziło do walki. Eyjagrani nie zapominała się całkowicie, znacznie trudniej było jej jednak ignorować pierwotne instynkty - a te domagały się prostych, brutalnych rozwiązań. Zew zaczynał dudnić w skroniach, a ciało, ogłuszone jego brzmieniem, podejmowało pracę w innym, zwierzęcym rytmie.

Teraz bez wahania wczepiła się w doskakującego do niej Helnira, wbijając palce w warstwy okrywających chłopaka ubrań. Warcząc cicho, nieświadomie wyszczerzyła zęby i szarpnęła przeciwnika raz i drugi, próbując wytrącić z równowagi. W starciach bjortari na gołe ręce nie było zbyt wiele finezji.

- Bez.... gryzienia! - sapnął tymczasem Helnir, gdy dziewczyna znalazła się niebezpiecznie blisko jego szyi.

Heidveurr mruknęła cicho, ale posłusznie opuściła nieco wargi, kryjąc zwierzęco wydłużone kły. Chichot opartego o murek Arkvaliego zupełnie do niej nie dotarł.

Z Helnirem poszło szybko. Biorąc go na przeczekanie, Eyjagrani skorzystała z pierwszej okazji, jaka się nadarzyła, by zbić chłopaka z nóg. Podcinając go, bez wahania pchnęła przeciwnika na zmarznięty grunt i przytrzymała na ziemi, lekko wspierając stopę na szyi chłopaka. Dysząc ciężko, uśmiechnęła się przelotnie z drapieżną satysfakcją, w kolejnej chwili spoglądając już ku Arkvaliemu.

Ten zaś nie potrzebował zaproszenia. Ruszył na Heidveurr ostrożniej niż Helnir. Był mniejszy i bardziej wątły niż postawny Thynler, gdyby więc dał się zakleszczyć vartahel tak, jak zrobił to tamten, walka skończyłaby się jeszcze szybciej.

- Tylko pamiętaj, bez gry... - zaczął z szerokim uśmiechem, okrążając spiętą do skoku Eyję.

Dziewczyna nie dała mu skończyć.

- Na Agnari, zmień śpiewkę - warknęła, jednocześnie przechodząc do ofensywy z gracją polującego kota. Susem pokonała dystans dzielący ją od Valiego i z gardłowym pomrukiem dopadła nastolatka.

I dała się oszukać, gdy ten zwinnie umknął pod wyciągniętymi ku niemu rękoma, lecz zamiast odskoczyć - czego Eyjagrani się spodziewała - natarł na dziewczynę i wykorzystując jej zaskoczenie, pchnął ją bliżej murku. Heidveurr sapnęła zdumiona, po chwili jednak uśmiechając się z satysfakcją.

Arkvali szybko się uczył.

Odpychając się od ogrodzenia, zmusiła przyjaciela do cofnięcia się, nie podążyła za nim jednak od razu. Uważnie śledząc pracę ciała chłopaka, przez kilka następnych chwil krążyła z nim w charakterystycznym tańcu czających się na siebie drapieżników, szukając słabych punktów i odpowiedniej okazji.

Nie obróciła się, słysząc zgrzyt kamyków za plecami, bo i bez tego wiedziała, że to Helnir musiał podnieść się z ziemi.

- Jesteście nudni - rzucił beztrosko. - Łap.

Eyjagrani instynktownie wyciągnęła rękę i zamknęła dłoń na drzewcu asnara, w odruchowym uniku odskakując od dobytego przez Helnira kiliymira.

Ćwiczenia właśnie zmieniły formę.

Chłopcy nie naradzali się, z naturalną łatwością stając wspólnie naprzeciw vartahel. Po niezliczonych godzinach wspólnych treningów potrafili czytać w sobie jak w otwartych księgach i choć każdy z nich wciąż jeszcze się uczył, nie psuło to ich wzajemnego zrozumienia. Nadal potrafili się nawzajem zaskoczyć, jednocześnie jednak świetnie adaptowali się do zmian stylu walki jednego czy drugiego. Obserwując ich, nietrudno było dostrzec, dlaczego klanowi mentorzy tak często nalegali nie na rywalizację, ale na współpracę obu bjortari. Stając ramię w ramię, Arkvali z Helnirem zaczynali działać jak jeden organizm. Zignorowanie tej niecodziennej więzi byłoby marnotrawstwem talentów młodych.

W jednej chwili role się zmieniły i to Heidveurr była zmuszona się cofać. Serią płynnie łączonych, błyskawicznych uników umykając przed tnącym powietrze ostrzem Helnira, próbowała naprędce odnaleźć nowy rytm w nagle trudniejszym położeniu. Podczas gdy Thynler brał na siebie większy ciężar walki, Arkvali nie pozostawał bezczynny. Okrążając vartahel z lewej bądź prawej flanki, nie pchał się na ślepo do bezpośredniego starcia, zamiast tego decydując się na pojedyncze doskoki wtedy, gdy trafiła się okazja na ominięcie dzierżonego przez dziewczynę asnara.

Po jednym z takich ataków Vali wycofał się z myśliwskim nożem w dłoni, wyszarpniętym zza pasa Eyjagrani.

- Cwaniak - warknęła cicho vartahel, rozpoznając własną broń.

Blondyn uśmiechnął się niewinnie i obrócił skradziony oręż w dłoni, chwytając go ostrzem skierowanym ku dołowi.

- Cholerny cwaniak - powtórzyła, nie kryjąc rozdrażnienia.

Serią szybkich cięć ostrzem asnara odebrała inicjatywę Helnirowi, instynktownym pchnięciem włócznią do tyłu zmuszając do odskoku również Valiego. Przenosząc roziskrzone spojrzenie z jednego na drugiego, zacisnęła zęby.

Była poirytowana, ale przede wszystkim, podobnie jak jej przeciwnicy, także coraz bardziej zmęczona.

Zawirowała w ostatnim tańcu, zapędzając rywali pod murek i napierając na nich drzewcem włóczni. Dopiero po chwili dotarł do niej chłód i drobne ukłucia czubkiem kiliymira opartego o jej skórę tuż ponad kołnierzem obszytej futrem kurtki.

Cała trójka zamilkła na dłuższą chwilę, oddychając tylko ciężko i spoglądając na siebie z uwagą.

- Wychodzi na to - przerwał w końcu ciszę Arkvali, gdy udało mu się uspokoić oddech - że chyba remis.

Potrzebując chwili, by zrozumieć zaistniałą sytuację, Thynler zaśmiał się najpierw krótko, następnie zaniósł się niekontrolowanym chichotem.

- Remis - parsknęła Eyjagrani, gdy i jej udzieliło się rozbawienie chłopaków. Cofając się i pozwalając im odejść od murku, dziewczyna wyszczerzyła zęby w szerokim uśmiechu. - Chyba rzeczywiście.

Złożyli bronie pod ogrodzeniem i zalegli na Arenie, zbierając siły przed powrotem.

- Brakowało mi tego - rzucił Thynler, rozciągając się na zimnej ziemi. - Ciebie, w sensie - dodał, spoglądając na Eyjagrani spod na wpół przymkniętych powiek.

- To duże niedopowiedzenie - zauważył Arkvali. Opierając plecy o murek, z cichym westchnieniem rozprostował przed sobą nogi. - Niemal się popłakał, gdy dotarło do niego, że możesz nas już nie chcieć.

Heidveurr wyszczerzyła zęby w szerokim uśmiechu, widząc pogłębiające się zmarszczki niezadowolenia na twarzy Helnira. Thynler powstrzymał się od odpowiedzi na ewidentną zaczepkę ze strony przyjaciela, dziewczyna była jednak pewna, że w jego głowie rodzą się wizje mordu.

A przynajmniej zemsty. Słodkiej zemsty.

- Nie zapomnisz o nas, co? - zapytał po chwili Arkvali, poważniejąc. - Teraz, kiedy Silje znowu tu jest, pojawiło się to całe Var Arrod i gdy w końcu zostaniesz vartą...

Eyjagrani westchnęła cicho, spoglądając to na jednego, to na drugiego. Helnir umknął wzrokiem, vartahel wiedziała jednak, że odpowiedź na zadane pytanie jest dla niego tak samo ważna, jak dla Valiego.

- Nie - odpowiedziała w końcu. Krzywiąc się na wyczuwalne w swym głosie wahanie, chrząknęła cicho i powtórzyła pewniej. - Nie zapomnę. Naprawdę.

Chłopcy milczeli przez chwilę, w końcu jednak Arkvali uśmiechnął się promiennie i z teatralną poufałością poklepał przyjaciółkę po ramieniu.

- Bardzo dobrze. Dorosłość dorosłością, ale kto to widział, żeby nie mieć czasu dla swoich najlepszych, najulubieńszych mężczyzn. Przyjaciół. I w ogóle.

Eyja parsknęła cicho. Spojrzenie Valiego przeskoczyło na Helnira. Chłopak szturchnął zaczepnie młodego Thynlera stopą w żebra.

- Ty też, co? Nie odwali ci po tym Vilmeti, nie? Już i tak puszysz się jak te śmieszne hadharskie ptaki, które pokazywała kiedyś pani Maral, nie musisz bardziej.

Heidveurr zmarszczyła lekko brwi, spoglądając pytająco na Arkvaliego. Ten uniósł lekko brwi.

- Nie powiedziałeś jej? - Ponownie szturchnął Helnira stopą, na co ten burknął w wyrazie protestu.

- Nie było okazji - mruknął cicho. Jeszcze przez chwilę śledził w milczeniu wędrówkę kłębiastych chmur po błękitnym, wczesnozimowym niebie, ostatecznie jednak, z ociąganiem, przeniósł wzrok na vartahel. W jego słowach nie było słychać entuzjazmu. Brzmiały w nich rezygnacja i lęk.

- Zamierzam podejść do unaroku.

Rozdział 5

Rozłożone na północnym, niemal zupełnie wyludnionym skraju Yrkazaanu obozowisko - jedno z kilku, jakie powstały tu na czas Vilmeti - było ciche i spokojne, zupełnie inne niż zapamiętała Nires. Ostatnim razem podobne zgromadzenie bjortari odwiedzała przy okazji wyprawy łowieckiej organizowanej przez Eyjiara Thollborda, ówczesnego heidra Vilisky. Wspominała tamtejsze obozowiska jako bardziej żywe i gwarne. Przed polowaniem wszędzie rozbrzmiewał gromki śpiew, beczki alkoholu rozpijane były szybciej, niż dotaczano nowe, a spory rozwiązywano swojskim daniem sobie w mordę, dopiero potem dopuszczając ewentualne negocjacje. Rytualne tańce i rytmiczne dudnienie bębnów narzucały rytm dzikim sercom, dbając o to, by żaden z bjortari nie zapomniał, po co tu jest - aby udowodnić swą siłę i odwagę, rozszarpywać wrogów, łamać kręgosłupy i wyrywać tchawice. Tutaj jednak, w Yrkazaanie, nie szykowali się do łowów ani do walki, a tam, gdzie nie było zagrożenia, pierwotne instynkty spały.

Nires nie była obcą. Urodziła się bjortari, wychowała się wśród bjortari i żyła wśród bjortari. Spokój panujący w obozie pobratymców z Urkari ją dziwił, bo zapomniała już, jak wygląda życie klanowej społeczności. Skrzywiła się, przechodząc między kolejnymi namiotami. W pewnym momencie była niemal bliska stwierdzenia, że może, w pewnym stopniu, w ogóle przestała być bjortari.

Potrząsnęła lekko głową i przyspieszyła kroku.

- Nonsens - pomyślała, dopiero po chwili zdając sobie sprawę, że powiedziała to na głos.

Nie mogła przestać być bjortari. To tak, jak gdyby powiedzieć, że gharra przestaje być drapieżnikiem tylko dlatego, że nie rzuca się na każde zwierzę, które widzi.

Dając spokój podobnym rozważaniom, rozejrzała się uważnie. Wciąż parła przed siebie, prawda była jednak taka, że nie do końca wiedziała, dokąd powinna się udać. Inna rzecz, że trochę się bała i dlatego nie zdecydowała się jeszcze zapytać o drogę.

To, że przy jednym z mijanych ognisk dostrzegła znajomą postać bratanka Eyrana, było chwilowym wybawieniem od konieczności podjęcia męskiej decyzji.

- Brag. Dobrze cię widzieć - rzuciła lekko, podchodząc do chłopaka. Bjortari miał na karku już dwadzieścia cztery zimy, Nires jednak nie mogła się nadziwić, jak bardzo wyrósł. Był postawny jak każdy z Thynlerów. Szerokie plecy i wyraźnie rysujące się pod okrywającą go kurtką mięśnie świadczyły o sile typowej dla mężczyzn jego rodu. Podobne dziedzictwo stanowiła też grzywa kruczych włosów splecionych teraz w ciasny warkocz i przyozdobionych pazurami północnych łasic.

Brag drgnął lekko, zaskoczony niespodziewanym towarzystwem, w kolejnej chwili uśmiechnął się jednak szeroko.

- Ciocia Nires. - Przesuwając się nieco na rozłożonym na ziemi futrze, zrobił kobiecie miejsce obok siebie.

Uzdrowicielka bez wahania skorzystała z zaproszenia.

- Nie spodziewałem się cioci tutaj - powiedział młody myśliwy, podając jej jednocześnie duży, ciężki kubek, pełen ciemnego, gorącego wywaru. Wśród bjortari znany jako dim, napój był esencjonalnym zamiennikiem herbaty sprowadzanej z Hadharu. Sporządzany z występujących lokalnie ziół i okraszony solidną porcją przypraw korzennych doskonale rozgrzewał nawet w najzimniejsze euxanirskie noce.

- Ja siebie w zasadzie też nie - mruknęła cicho Nires, biorąc kubek od Thynlera. Chłopak nie był przygotowany na towarzystwo i nie miał drugiego naczynia, więc po upiciu solidnego łyku, uzdrowicielka zwróciła napój Bragowi.

Thynler uśmiechnął się przelotnie.

- Przyszła ciocia do heidra Gjalla? - Nires właściwie nie była jego ciocią, nie pamiętał jednak, by kiedykolwiek nazywał ją inaczej.

- Nie - odpowiedziała z ociąganiem kobieta, wbijając uporczywe spojrzenie w płomienie przygasającego już ogniska. - Właściwie nie.

Nires wiedziała, że chłopak doskonale zdaje sobie sprawę, do kogo przyszła. Prawdopodobnie wiedziałby to każdy z Urkari, z kim mogłaby się teraz spotkać. Więzi łączące ją z Asirem, przybocznym vartą Loddrega Gjalla, nigdy nie były tajemnicą, a swego czasu stały się wręcz głównym tematem rozmów w wysuniętym najdalej na północ mieście bjortari. Uzdrowicielka jednak nie lubiła wspominać przeszłości. Nie tej, która wiązała się z Asirem i wlokła się za nią pod postacią syna, Hamarra.

- Co z Var Arrod? - zapytała w końcu po chwili niezręcznej ciszy. - Zamierzasz iść?

- Chciałbym - przyznał Brag, kiwając lekko głową. Pytanie Nires go nie zdziwiło. Mimo że narady klanowe jeszcze się nie odbyły, wszyscy wiedzieli, że do Var Arrod wyruszy kolejna wyprawa. Jedyne, nad czym mogli się zastanawiać, to nie czy, ale w jaki sposób dostać się do zaginionego miasta.

- Loddreg na pewno bierze cię pod uwagę. Jesteś dobrym myśliwym i wojownikiem. - Spoglądając na chłopaka uważnie, Nires uśmiechnęła się lekko. Decyzja o tym, kto będzie mógł udać się do Var Arrod, należała wyłącznie do heidrów, wszyscy jednak rozważali już potencjalne kandydatury. Upijając kolejny łyk z ponownie przekazanego jej kubka, kobieta ogrzewała przez chwilę dłonie na ciepłym naczyniu.

Brag chrząknął cicho, wyraźnie zakłopotany.

- Jednak nie tak dobrym, jak Diqna Heidveurr - rzucił. Świeżo upieczona rekrutka Insorv była jedną z bardziej obiecujących wśród łowców - i wśród zbrojnych bjortari w ogóle. - Z waszej strony pójdzie pewnie ona.

- Tak sądzę - przytaknęła Nires. - Pierwsi potraktują to jako okazję do nauki. Jeśli twój wuj nie zdecyduje się wysłać jej samej, niemal na pewno będzie forsował jej udział w towarzystwie mentora.

Thynler parsknął z nieskrywanym rozbawieniem.

- Heidrowi Gjallowi się to nie spodoba.

Uzdrowicielka uśmiechnęła się szerzej. Towarzystwo chłopaka odprężało ją i chwilowo odpędzało niepokój związany z Asirem.

- Z pewnością nie. Obawiam się jednak, że będzie musiał to przeżyć i przyznać, że dwójka delegatów Eyrana w tym przypadku jest uzasadniona.

- Dwójka... A svadunar Thekkira? - Myśliwy zmarszczył lekko brwi, spoglądając pytająco na Nires. - Oni też powinni iść.

Uzdrowicielka odetchnęła powoli. To jedna z tych rzeczy, których nie lubiła w Vilmeti - i w rozgrywkach klanowych w ogóle. Polityczne dyskusje i walka o własne cele potrafiły być znacznie bardziej skomplikowane, niż mogło się początkowo wydawać.

- Chyba rzeczywiście powinni. Myślę jednak... - Przez krótką chwilę spoglądała w dogasający ogień, jak gdyby szukając w nim natchnienia. Podkurczając nogi pod siebie, okryła się ciaśniej futrzanym płaszczem. Przesiadywanie bez ruchu poza ciepłym wnętrzem domostwa szybko przypominało, jak srogie potrafią być nawet wczesne zimy w Euxanirze. - Wydaje mi się, że oni pójdą niezależnie. Bezklanowo. Są nasi, ale w tym przypadku... - Wzruszyła lekko ramionami. - Po prostu ktoś musi wskazać drogę do Var Arrod. To leży w interesie wszystkich klanów. Vinniret i Regwald byliby głosem samego miasta.

Brag skinął głową powoli, zgadzając się z oceną kobiety.

- Jest jeszcze Silje - dodała Nires.

- Pójdzie jako wysłannik Aranmuku - odparł Thynler. Nie miał wątpliwości, że Maral będzie chciała iść, podobnie jak nie wątpił, że heidrowie jej towarzystwa nie będą sobie życzyli. Hadharka przybyła jednak do Yrkazaanu właśnie z powodu Var Arrod i trudno było sobie wyobrazić, by pozwoliła na wyłączenie jej z wyprawy.

Milczeli następnie przez dłuższą chwilę, w ciszy dopijając gorzki dim. Gdy ogień przygasł już niemal całkowicie, Nires wiedziała, że nie może dłużej zwlekać.

- Dziękuję - rzuciła cicho. W spojrzeniu, jakim obdarzył ją młody Thynler, widziała zrozumienie.

Wstała, a Brag podniósł się razem z nią, zbierając z ziemi służące za siedzisko futro, i zasypał ognisko. Potem uśmiechnął się ciepło i przygarnął kobietę lekko do siebie. Nires drgnęła, zaskoczona. Spięła się odruchowo, w kolejnej chwili jednak ostrożnie objęła chłopaka i wtuliła się w jego szeroką pierś.

- Powinien być przy psiarni - mruknął cicho myśliwy prosto do kobiecego ucha, owiewając je ciepłym oddechem. - Będzie dobrze.

Uzdrowicielka westchnęła cicho. Miała za sobą siedemdziesiąt dwie zimy i teoretycznie była tą mądrzejszą, bardziej doświadczoną, ale to Brag stanowił teraz jej wsparcie, nie na odwrót. Była mu za to wdzięczna. Potrzebowała takiego banalnego zapewnienia bardziej, niż chciała przed sobą przyznać.

Uwalniając się z silnych objęć Thynlera, uśmiechnęła się łagodnie. Wspięła się na palce, ucałowała policzek chłopaka i poklepała go czule. Brag roześmiał się cicho.

- Dobrze było cię zobaczyć, ciociu.

- Ciebie też, chłopcze. - Poprawiła płaszcz na ramionach, skinęła Bragowi głową na pożegnanie, a gdy ten odpowiedział tym samym, odwróciła się i ponownie ruszyła kluczącą między namiotami ścieżką.

Po rozmowie z Thynlerem nadal rozważała możliwość tchórzliwej ucieczki do Chaty, choć z nieco mniejszym przekonaniem niż wcześniej.

Bała się rozmowy z Asirem bardziej niż czegokolwiek innego.

Zmuszając się do utrzymywania szybkiego kroku, mijała kolejne namioty i ogniska, nie poświęcając uwagi rozsiadającym się przy nich bjortari. Wczesny wieczór sprawiał, że przy paleniskach gromadziły się coraz większe grupki mające rozejść się do łóżek dopiero wtedy, gdy całe miasto pogrąży się w głębokiej nocy. Nires parła przed siebie odprowadzana umiarkowanie zaciekawionymi spojrzeniami wojów z Urkari.

Zwolniła dopiero przy ogrodzeniu obozowej psiarni.

Brag miał rację. Asir rzeczywiście tu był.

Niewiele się zmienił. Odkąd widziała go ostatnio - jeśli pominąć tę chwilę, gdy stał u boku Eyrana na progu pokoju Silje - minęło już niemal pięć lat. Od dnia, w którym opuściła Urkari, Nires bardzo dbała o to, by ich ścieżki nigdy się nie skrzyżowały. To, że teraz przyszła tu sama, nieciągnięta przez nikogo siłą, było w jakiś ponury sposób zabawne. Tyle lat uników na nic, co?

- Nie sądziłem, że przyjdziesz.

Nires skrzywiła się przelotnie. Asir z pewnością wyczuł jej obecność, gdy tylko zaczęła się do niego zbliżać, a skoro tak, całe jego późniejsze niewzruszenie było świadome i celowe. Nie reagował, czekając, aż sama do niego przyjdzie.

Nie odezwała się od razu. Pokonując ostatnie kilka kroków, jakie dzieliły ją od mężczyzny, odruchowo zlustrowała go spojrzeniem od góry do dołu.

Był dokładnie taki sam, zauważyła po raz kolejny. Dokładnie taki, jak pamiętała. Wysoki, muskularny, o cerze nietypowo śniadej, jak na kogoś mieszkającego tak daleko na północy. Odziany w surowe, pozbawione zdobień myśliwskie skóry, wyglądał raczej jak jeden z uczących się jeszcze łowców, a nie jak przyboczny heidra Gjalla. Nie pasowała też fryzura mężczyzny - kasztanowe włosy ścięte miał na krótkiego jeża, tak różnego od tradycyjnych, bogato zdobionych warkoczy, jakie zwykle nosili bjortari. Wszyscy, łącznie z Nires, wiedzieli jednak, że ta inność ma swoje uzasadnienie, Asir Insvarr był bowiem Tamerczykiem. Choć mieszkał w Urkari już od ponad pięciu dekad, wciąż za swój dom uważał przede wszystkim Tamer, a dopiero na drugim miejscu stawiał heimareldzką północ. W jego ojczyźnie bujne, zaplatane grzywy i zdobny strój, w którym lubowali się bjortari gór Euxaniru, byłyby tak samo obce, jak on sam był tutaj.

- Eyran cię przysłał? - zapytał Asir, gdy Nires sama nie podjęła tematu.

- Nie - odpowiedziała uzdrowicielka, jednocześnie prześlizgując się spojrzeniem po fragmentach blizn widocznych na dłoniach i szyi mężczyzny.

To właśnie te szramy najskuteczniej burzyły obraz świeżaka, za jakiego na pierwszy rzut oka można było wziąć Insvarra. Teraz niewiele było widać, kobieta pamiętała jednak sieć sznytów, rozciągającą się na niemal całym ciele mężczyzny. Każdy ze śladów był pamiątką walki na arenie. Asir był vartą zawsze silnie związanym ze swą zwierzęcą postacią. Jego formą był dog atyrski, on sam zaś od początku był pełnokrwistym członkiem psiego stada. Wataha z psiarni Urkari zaakceptowała go od razu, znacznie szybciej niż zrobili to inni bjortari. Ogary jednak wiedziały. Czuły krew, którą Insvarr wylał na tych samych arenach, na których traciły ją i one, ścierając się w brutalnych walkach. Wiedziały, że mają przed sobą swojego, a on był pewien, że to jego stado, jego rodzina.

- Eyran nie wie, że tu jestem. - Nires zaśmiała się gorzko. - A przynajmniej nie wiedział, gdzie zmierzam, gdy opuszczałam Chatę. Teraz na pewno ktoś już mu doniósł. - Wzruszyła ramionami.

Tamerczyk jeszcze przez chwilę nie patrzył na nią, poświęcając uwagę psom zamkniętym na sporej wielkości wybiegu. Podążając za jego spojrzeniem, Nires dostrzegła rozrzucone za ogrodzeniem kości, niemal do czysta ogryzione z mięsa. Uzmysłowiła sobie, że trafiła na porę karmienia. To dlatego Brag wiedział, gdzie znajdzie Insvarra. Asir nie był oficjalnie opiekunem dogów, w praktyce jednak poświęcał im znacznie więcej czasu niż którykolwiek z psiarzy.

Insvarr bez wahania wyciągnął rękę ku atyrowi, który zbliżył się do ogrodzenia, zaciekawiony towarzystwem. Masywny dog był niemal całkowicie biały, podobnie jak reszta stada. Zawadiackiego wyglądu nadawała mu czarna łata rozlewająca się od prawego ucha, aż po prawą część kufy. Na wysokości czwartego żebra gładkość elastycznej, napiętej skóry przecinała jasna, brzydka blizna.

Nires westchnęła cicho. Bjortari opiekujący się stadem po podobnych znakach specjalnych rozpoznawali poszczególne psy. Asir i bez takich wskazówek wiedział, z którym psem ma do czynienia.

- Chciałbym zobaczyć Hamarra. - Mężczyzna wciąż jednostajnie drapał za uchem nadstawiającego się atyra, spiął się jednak wyraźnie wraz z wypowiedzianymi słowami. Kiedyś, przed laty, potrafili dyskutować godzinami, od tego czasu jednak wiele się wydarzyło. Teraz, jeśli musieli rozmawiać, dążyli od razu do konkretów, nie wiedząc, co innego mieliby mówić. Nires nie pamiętała już, kiedy konwersowała z Asirem swobodnie. Pięć lat temu, na pewno, ale tak naprawdę chyba jeszcze wcześniej. Dużo wcześniej.

Uzdrowicielka niechętnie skinęła głową, wspierając się przedramionami o ogrodzenie psiarni. Inny z dogów, zainteresowanymi nową parą rąk w zasięgu swego pyska, przytruchtał do niej z niespodziewaną przy tej masie lekkością i sapnął cicho, obwąchując palce kobiety.

- Eyran nie pozwoli mi dłużej protestować - rzuciła krótko.

Thynler i tak długo tolerował jej humory. Przez ostatnie lata Asir kilkukrotnie próbował zobaczyć się z synem, Nires jednak za każdym razem odmawiała. Teraz jednak Insvarr zaczął coraz bardziej nalegać i Eyran nie mógł dłużej jej... co właściwie? Chronić? Wspierać? Nie robił ani jednego, ani drugiego. Tak naprawdę heidr po prostu czekał. Czekał i patrzył, w którym kierunku rozwinie się sytuacja. Asir mógł ustąpić. Nires mogła zmienić zdanie. Żadne z nich tego nie zrobiło, a w związku z tym to ona, kobieta, musiała się wycofać. Bjortari mogli oceniać człowieka po jego czynach, a nie po tym, co ma między nogami, pewne rzeczy jednak się nie zmieniały. Patriarchat wciąż tkwił silnie w kulturze ludzi gór. Mężczyzna chce i, jeśli tylko wystarczająco długo upiera się przy swoim, mężczyzna ma.

Milczeli przez dłuższą chwilę, tkwiąc w ciszy przerywanej tylko posapywaniem, mruczeniem i powarkiwaniem dogów, układających się powoli do spania. W Urkari miały swoje boksy, ciepłe i wyściełane futrami, tutaj jednak, w obozowisku, musiała wystarczyć im goła ziemia, bliskość obozowych ognisk oraz ciepło innych, przytulających się psów.

- Jak on się czuje? - zapytał w końcu cicho Asir. - Hamarr - uściślił, zupełnie niepotrzebnie.

Uzdrowicielka odetchnęła powoli.

- Dobrze - odpowiedziała zwięźle i najchętniej na tym by skończyła, wiedziała jednak, że varty to nie usatysfakcjonuje. - Nie jest wyleczony i nie sądzę, żeby kiedykolwiek był, ale radzimy sobie. Gorączka, bóle mięśni i stawów, swędzenie, to wszystko jest do opanowania. Po prostu trzeba na niego bardziej uważać. - Wzruszyła lekko ramionami.

Hamarr był chory od dziecka, z biorącymi się znikąd stanami zapalnymi zmagał się - a Nires wraz z nim - właściwie od urodzenia. Uzdrowicielka była przyzwyczajona do dolegliwości syna, a sześcioletni już chłopiec nie znał innego życia. Choć wciąż jeszcze płakał, gdy swędziało tak bardzo, że najchętniej zdrapałby sobie skórę i wtedy, gdy przez ból mięśni nie mógł podnieść się z łóżka, to i tak świetnie sobie radził i prawie wcale nie marudził. Dla niego to wszystko było normalne. Nieprzyjemne, ale normalne. Element codzienności, taki jak śniadanie czy zabawa z ciocią Marrylf.

- Potrzebujecie czegoś? Może mógłbym...

- Nie - przerwała Asirowi gwałtownie Nires. - Już dosyć zrobiłeś.

Insvarr skrzywił się lekko, odwracając wzrok. Od narodzin chłopca wciąż towarzyszyło mu poczucie winy, wiedziała o tym. Czuł się odpowiedzialny za trudności w czasie ciąży i porodu oraz za chorobę chłopca. Wszystkie problemy, które wiązały się z Hamarrem, brał na karb tego, kim był. Vartą. Pół zwierzęciem. To nie było dziedziczne, jednak dzieci zmiennokształtnych zawsze mogły być inne. Chore. Zwierzęcy duch czasem próbował się dzielić, dosięgnąć potomstwa i zakorzenić także w nim. Nigdy dotąd się to nie udało, a jedyne, co dotykało dzieci, w które próbował wniknąć Zew, to choroba, taka jak Hamarra. Efekt nieudanego zalęgnięcia się zwierzęcego ducha, który nic nie mógł bjortari dać, za to skutecznie odbierał komfort życia, a czasem także samo życie, tak dziecku, jak i matce.

Asir Insvarr wiedział, że gdyby nie był vartą, jego syn prawdopodobnie byłby zdrowy. Że gdyby nie był vartą, uzdrowicielka nie musiałaby przez dziewięć miesięcy słuchać Zewu, na który nie była gotowa i nie cierpiałaby tak, nosząc pod sercem i rodząc spaczonego syna. Gdyby nie był zmiennokształtnym, jego żona nie utraciłaby swej wrażliwości na utarę, a przez to - przyszłości skyrmy.

Nie potrafił poradzić sobie z poczuciem winy, a Nires nigdy nie próbowała mu w tym pomóc.

- Poza tym - dodała - haaim Maral przywozi zioła. One pomagają, nie potrzeba niczego więcej. - Najświeższa paczka medykamentów wciąż spoczywała bezpiecznie w torbie, w której przywiozła je dla Nires Hadharka. Uzdrowicielka wiedziała, że gdy tylko poda je synowi, chłopiec szybko poczuje się lepiej.

Asir nie odpowiedział, zaciskając zwieszone za ogrodzenie dłonie w pięści. Nawet wtedy jednak, gdy twarz mężczyzny wykrzywił wyraźny grymas bólu, nie zamierzała go w żaden sposób łagodzić. Odwróciła wzrok, nie chcąc patrzeć na vartę dłużej, niż było to konieczne.

- Chciałbym go odzyskać - rzucił mężczyzna nagle.

Nires spięła się, kurczowo wbijając palce w drewno ogrodzenia psiarni.

- Chciałbym też odzyskać ciebie.

- Nie.

Drewno zaskrzypiało cicho, gdy Asir odepchnął się od płotu i wyprostował. Postawny nawet jak na bjortari, wyższy jeszcze od Eyrana Thynlera, który przecież nie był ułomkiem, zawsze ją onieśmielał. Teraz bardzo nie chciała czuć się onieśmieloną.

- Spójrz na mnie. - Słowa Insvarra były ciche, ale wciąż stanowcze. - Spójrz na mnie, mała.

Błyskawica nagłego bólu przeszyła ją na wskroś, wykrzywiając jej twarz w grymasie.

Mała. Mówił tak do niej od pierwszego dnia, w którym się poznali - najpierw drażniąc ją, podkreślając irytującą ją początkowo różnicę wzrostu, potem zaś z czułością, miękkością proporcjonalną do ilości wspólnych lat.

- Nie.

Asir westchnął głęboko, w kolejnej chwili tracąc cierpliwość. Chwycił kobietę za ostro zarysowaną żuchwę i zmusił, by spełniła jego życzenie. Nires zaś była zbyt zaskoczona, by skutecznie się sprzeciwić.

- Jesteś moją żoną, Nires Insvarr. - Varta spoglądał na nią poważnie, nie puszczając. Odruchowo pogładził kciukiem jej policzek.

- Nie jestem - zaprotestowała uzdrowicielka, wiedząc jednak, że nie ma w tym za grosz przekonania. Tak naprawdę bowiem rzeczywiście wciąż była żoną Asira, ich związek nigdy nie został zerwany. Po prostu pewnego dnia odwróciła się na pięcie i opuściła Urkari wraz z Hamarrem, a Insvarr nie próbował jej odzyskać.

- Jesteś. - Asir zmrużył oczy i uzdrowicielka odniosła wrażenie, że mężczyzna z trudem powstrzymuje uśmiech rozbawienia, zawsze tyleż samo ją irytujący, co zachwycający. - Nie będę cię trzymał na siłę, nigdy nie miałem takiego zamiaru, dotąd jednak nie dopominałaś się o rozwiązanie. A więc jesteś. Jeszcze jesteś.

Nires nigdy nie lubiła się czuć słaba, przyparta do muru, a dokładnie takie emocje teraz jej towarzyszyły. W jednej chwili straciła całą pewność siebie i jak bardzo by jej to nie irytowało, nie potrafiła nic z tym zrobić - podobnie jak nie potrafiła powstrzymać narastającej, tchórzliwej chęci ucieczki od Asira, z obozowiska Urkari, może w ogóle z Yrkazaanu.

- Pozwól mi zabrać Hamarra. - Nie od razu zorientowała się, że Insvarr ją puścił. - Mam do niego takie samo prawo, jak ty, a on ma prawo poznać Urkari tak samo, jak poznał Yrkazaan.

- Skąd wiesz, że w ogóle tego chce? - Jeszcze nim wypowiedziała te słowa - napastliwe, desperackie - zdawała sobie sprawę, jak bezsensowne jest to pytanie i jak obosieczne.

- Nie wiem, ale chciałbym się dowiedzieć.

Czuła, jak pojedynczy poryw wiatru wyrywa jej zza ucha niesforny kosmyk włosów i widziała też, jak Asir unosi rękę w odruchowej chęci założenia go za nie z powrotem. Mężczyzna w pół ruchu zrezygnował jednak ze swego zamiaru, ponownie zaciskając dłoń na ogrodzeniu wybiegu.

- To też mój syn, Nires - powiedział spokojnie.

- Ale to ja za niego zapłaciłam - odparowała bez zastanowienia.

Twarz varty stwardniała nagle, co dodatkowo rozdrażniło Nires.

- Hamarr jest mój, mój bardziej niż kogokolwiek innego. Może mi go zrobiłeś, może wydaje ci się, że daje ci to jakiekolwiek prawa, ale tak nie jest. - Przy ostatnich słowach głos uzdrowicielki przeszedł w zjadliwy syk. - Łatwo jest wysuwać żądania, szalenie łatwo. Ale on cię nic nie kosztował, Insvarr. Mnie natomiast kosztował cholernie wiele.

Odpychając się od ogrodzenia, Nires cofnęła się o krok, potem o kolejny. Oddychając ciężko, czuła jak trawiące ją lęki i niepokoje ostatecznie przeradzają się w ogień, nad którym nie potrafiła zapanować. Gdyby tylko było to możliwe, w tej chwili, jednym tylko spojrzeniem puściłaby całe obozowisko z dymem.

- Zapłaciłam za niego - powtórzyła z pełnym pasji uporem. - Zapłaciłam za niego samą sobą. Nie masz prawa żądać, bym ci go oddała.

Gdy odwróciła się na pięcie i oddaliła szybkim krokiem, jeszcze przez długą chwilę czuła na plecach ostre spojrzenie Asira. Dałaby też uciąć sobie rękę, że odprowadzającego ją gardłowego warkotu nie wydał żaden z zamkniętych w psiarni ogarów.

***

Siwowłosy, krępy mężczyzna widział wystarczająco wiele, by z dużą dozą prawdopodobieństwa wyobrazić sobie cały przebieg obserwowanej rozmowy. Od kilku dłuższych chwil zasiadając na jednej z ław rozstawionych przy palenisku nieopodal psiarni, w zasadzie nie czuł zaskoczenia. Nie był wprawdzie w tak sędziwym wieku, na jaki wskazywałyby śnieżnobiałe już niemal włosy - siwizna była w jego przypadku przedwczesna, po niespełna dziewięćdziesięciu przeżytych latach wciąż powinien cieszyć się grzywą barwy ciemnego kasztana - swoje jednak wiedział. Wielu rzeczy potrafił się domyślić, wiele wniosków wyciągał nad podziw trafnie, a już w przypadku tej dwójki nie sądził, by kiedykolwiek mógł się pomylić.

- Nie wyglądało to na szczęśliwe zakończenie - rzucił teraz beztrosko, gdy tylko Asir znalazł się w zasięgu jego głosu.

Varta drgnął lekko zaskoczony i zatrzymał się w pół kroku.

- Nie było takim - warknął w odpowiedzi, w kolejnej chwili zmuszając się jednak do głębokiego, uspokajającego wdechu. - Heidr Gjall - mruknął, z opóźnieniem, schylając jednak głowę w tradycyjnym wyrazie szacunku.

Loddreg prychnął cicho i machnięciem ręki zbył oficjalne powitanie.

- Nadal zabrania ci widywać się z Hamarrem - stwierdził. Postawa odchodzącej Nires była aż nadto jasna, Asir nie wysilił się więc na odpowiedź.

- Chociaż nie, widzenia zapewne już ci nie zabrania - kontynuował heidr niezrażony, spoglądając na Insvarra uważnie. - Wie, że Eyran nie może dłużej tolerować jej humorów. Nie pozwala ci jednak zabrać chłopaka.

Varta wciąż milczał.

Gjall westchnął.

- Poruszę ten temat podczas Vilmeti - stwierdził po prostu. - Zapewne powinienem to zrobić dużo wcześniej, muszę jednak przyznać, że podobnie jak Thynler, liczyłem chyba na mądrość Nires. - Mężczyzna wzruszył ramionami. - Skoro jednak po tylu latach nic się nie zmieniło, nie sądzę, by było na co czekać.

Gdy Asir wreszcie się odezwał, był wyraźnie spokojniejszy.

- Dziękuję.

Loddreg skinął lekko głową.

- Załatwimy tę sprawę, chłopcze. Jestem ci to winien. - Heidr uśmiechnął się nieznacznie. - A teraz idź, odpocznij i uspokój się. Nie chcę słyszeć rano, że znowu pogryzłeś któregoś z chłopaków Radbura.

Insvarr parsknął z rozbawieniem. Po raz kolejny z szacunkiem skinąwszy głową Gjallowi, oddalił się bez słowa.

Uśmiech heidra topniał wraz z każdym krokiem oddalającego się varty. Podnosząc się, Loddreg pozwolił sobie na ciężkie westchnięcie. Nie podobało mu się to, co musiał zrobić. Hamarr... Mężczyzna mimowolnie skrzywił się. Nie chciał Hamarra w Urkari i gdyby jego ojcem był ktokolwiek inny, w ogóle nie zastanawiałby się nad sprawą chłopaka. Chorowity, ciemnowłosy podrostek był jednak pierworodnym Insvarra, a to bardzo wiele komplikowało. Niefortunnie pozwolił, by między nim, heidrem Urkari, a tamerskim vartą wytworzyła się ciasna sieć złożonych zależności. Przed pięćdziesięciu laty zjednanie sobie psiego przybłędy - porywczego, szalenie dumnego, przede wszystkim wzbudzającego jednak odpowiedni respekt - wydawało się dobrym pomysłem. Loddreg Gjall ochoczo wziął na siebie rolę opiekuna przybyłego z południowych gór zmiennokształtnego i wiele wysiłku włożył w to, by zdobyć sobie jego zaufanie, przyjaźń, a wreszcie również oddanie. Za późno zorientował się w konsekwencjach, które miał z tego tytułu ponieść.

Oddalając się ku własnemu namiotowi - niczym niewyróżniającemu się spośród innych tworzących klanowe obozowisko - westchnął po raz kolejny. Hamarr był problemem, był jednak problemem Asira, co sprawiało, że nie mógł tak po prostu go przekreślić. Dzieciak był chory i nieprzydatny, Loddreg nie wyobrażał sobie, jak miałby znaleźć sobie miejsce na dalekiej północy. Szczerze mówiąc, heidr żył w przekonaniu, że surowe warunki Urkari po prostu podrostka wykończą - raczej prędzej niż później.

A jednak zamierzał o niego zawalczyć, bo - co przyznawał z bólem - nie miał innego wyjścia.

***

Nires wślizgnęła się do Chaty po cichu, ostrożnie zamykając za sobą masywne drzwi. Zdołała zrobić jednak zaledwie dwa kroki przez półmrok domostwa, nim wrażenie bycia obserwowaną przerodziło się w świadomość, że nie jest w pomieszczeniu sama.

Zamarła w pół kroku, odszukując w ciemności cień postaci Eyrana zasiadającego na kamiennym, wyścielonym futrami siedzisku heidra.

- Nie będę z tobą rozmawiać - powiedziała po prostu.

Nie doczekała się odpowiedzi. Thynler milczał, spoglądając na nią tylko przez nierozjaśnioną żadną pochodnią czy lampą salę.

Uzdrowicielka odetchnęła powoli, czując narastającą niezręczność. Zmusiła się do kolejnych kroków w kierunku drzwi prowadzących do prywatnych pokoi Chaty.

- I tak kazałbyś mi się z nim zobaczyć. - Nie wiedziała, dlaczego w ogóle to powiedziała. Eyran przecież o nic nie pytał i nie nalegał na wyjaśnienia. Mimo to chyba właśnie ta ciężka cisza zmuszała Nires, by mówić. Po prostu nie mogła jej znieść.

Przyspieszyła kroku, nim jednak minęła Thynlera, zatrzymała się gwałtownie na wysokości siedziska heidra.

- Nic nie powiesz? - zapytała ostro, z aż nadto wyczuwalną desperacją. Nie spodziewała się pochwały czy wsparcia, ale nie mogła udźwignąć surowego milczenia.

- Powiem. - Mężczyzna nie spieszył się z odpowiedzią. - Będziesz musiała pozwolić Asirowi zobaczyć syna. Hamarr musi poznać swojego ojca.

Nires zacisnęła zęby, nim jednak zdecydowała się zaprotestować, heidr uniósł rękę, powstrzymując ją przed przerywaniem mu.

- Będziesz musiała też pozwolić zabrać chłopaka do Urkari. To jeden z warunków porozumienia. Nie możesz dłużej tego odwlekać.

Uzdrowicielka zdusiła gardłowy skowyt, jaki nieoczekiwanie zrodził się w jej sercu.

Dobrze znała warunki porozumienia dotyczącego Hamarra. Nie była przy jego stanowieniu, Eyran jednak wszystko jej przekazał. Pięć lat temu, gdy pojawiła się w Yrkazaanie z rocznym synkiem usadowionym w przywiązanej do jej ciała chuście, jasne stało się, że samowolne opuszczenie Urkari niczego tak naprawdę nie rozwiązuje, podobnie jak fakt, że Asir nie próbował jej wtedy zatrzymać czy dogonić. Mogła się łudzić, że w jej przypadku będzie inaczej, że pojawią się szczególne okoliczności, które pozwolą odstąpić od tradycji, w rzeczywistości jednak nigdy nie było to możliwe. Bjortari dbali o swe dzieci niezależnie od tego, czy owa troska współgrała ze zdaniem biologicznych rodziców podrostka.

W sytuacjach konfliktowych to nie matka z ojcem, lecz heidrowie zaangażowanych stron stanowili o przyszłości dziecka. Zawierając swoiste kontrakty określające prawa i obowiązki rodziców wobec dziecka, dbali i chronili interes tylko i wyłącznie małoletniego. Dopóki dziecko nie potrafiło walczyć o siebie, dopóty decyzje przywódców były niepodważalne.

Porozumienie dotyczące Hamarra nie różniło się specjalnie od innych tego typu umów. Chłopiec mógł pozostać z matką, ta jednak nie powinna utrudniać kontaktów ojca z synem. Ponadto zarówno Eyran, jak i Loddreg - odpowiedzialni za decyzję dotyczącą losów chłopca - jednogłośnie przyznali, że to nie do nich ani też nie do rodziców powinna należeć decyzja, do którego klanu ostatecznie będzie przynależał Hamarr. Młody Insvarr po ukończeniu dwudziestu pięciu lat miał sam zdecydować, gdzie chce się osiedlić, przedtem poznając zarówno Urkari, jak i Yrkazaan w wystarczającym stopniu, by późniejszą decyzję móc podjąć świadomie i w pełni odpowiedzialnie.

Nires wiedziała, że i tak bardzo długo nie dopełniała żadnego z postanowień porozumienia - poza tym pozwalającym jej mieć syna przy sobie. Wiedziała też, że było to możliwe jedynie dzięki wsparciu Eyrana, który chronił ją przed konsekwencjami oraz dzięki postawie samego Asira, który nigdy nie naciskał mocniej na przestrzeganie warunków umowy.

Najgorsza była jednak świadomość, że w tej chwili już naprawdę niewiele dało się zrobić. Skoro Insvarr poruszył kwestię Hamarra także teraz, bezpośrednio przed Vilmeti, dalsze oddalanie od siebie zobowiązań przestało być możliwe. Imię chłopca niewątpliwie rozbrzmi podczas klanowych narad, a gdy to się stanie, zdanie Nires nie będzie miało znaczenia.

Nagle zabrakło jej tchu, a potrzeba ucieczki zagłuszyła wszystko inne. Ze zdławionym łkaniem wybiegła z sali, poprzez ciemne korytarze nieświadomie kierując się nie do własnej sypialni, a do sąsiadującego z nią pokoju Hamarra. Łykając gorące łzy, cicho otworzyła drzwi i zatrzymała się na progu.

Chłopiec spał spokojnie, oddychając miarowo i głęboko. Rozłożony na całej szerokości łóżka, jedną z rączek zwiesił poza nie, muskając opuszkami palców surowe deski podłogi. Rozrzucone na podusze kosmyki kasztanowych włosów splatały się w ciasne kołtuny, zapowiadając nierówną walkę, jaką będzie trzeba z nimi stoczyć rano, by doprowadzić je do porządku.

W pewnej chwili sześciolatek mruknął coś niezrozumiale i sapnął cicho, nie przebudził się jednak.

Nires odetchnęła bardzo powoli. Spływające jej cicho po policzkach łzy niemal parzyły. Nie mogła go oddać, była tego pewna bardziej niż czegokolwiek innego na świecie.

Był jej. Niezależnie od tego, jak często myślała o tym, jakby to było, gdyby nie była do niego przywiązana, nie potrafiła pogodzić się z myślą, że miałaby go puścić. Zapłaciła za niego własną przyszłością, oddała - nie, nie oddała, zabrano jej - wszystko, co miała. Nie doświadczyła uczciwej wymiany, nikt nie pytał jej, czy chce wyrzec się siebie, w zamian otrzymując chorowite, pokraczne stworzenie, za które będzie musiała być odpowiedzialna. Nikt nie pytał, czy odnajdzie się w takiej rzeczywistości - zmuszona oglądać się przez ramię i zwalniać kroku, by chłopiec mógł za nią nadążyć, poświęcająca mu większość swego czasu, bo bez niej, bez jej opieki, podrostek zwyczajnie by sobie nie poradził. Skoro jednak miała go, skoro wszystko już się dokonało, nie zamierzała go oddać. Hamarr był jej, ona zaś była jego całym światem. Nie miał innego. Nie mógł mieć.

Ostrożnie wycofała się i zamknęła drzwi. Kilka chwil później, siedząc w ciemności na własnym materacu i mechanicznie szczotkując uwolnione z warkocza ciemne włosy, wiedziała już, jak wiele gotowa jest zrobić, by zatrzymać chłopca.

Rozdział 6

Yrkazaan obudził się szybko. W jednej chwili pogrążony jeszcze w ciszy wczesnego świtu, w kolejnej nagle rozbrzmiał echem jękliwej pieśni. Śpiew akolitów z Illinu stopniowo przybierał na sile, przechodząc wreszcie w przenikliwe zawodzenie, któremu towarzyszył powolny rytm wybijany na świątynnych bębnach. Całe miasto rychło ogarnęło podekscytowanie wyczuwalne na każdym kroku, w każdym domostwie i każdym zaułku.

Rozpoczynało się Vilmeti.

Masywne wrota Illinu otwarły się na oścież. Rodzący się w murach świątyni śpiew, nagle uwolniony, spłynął schodami i poniósł się ponad miastem, odbijając się echem od kamiennych ścian zabudowań. Gdy blada łuna świtu zapłonęła pierwszymi promieniami wyłaniającego się leniwie zza masywów gór słońca, nie spał już żaden z bjortari zebranych w Yrkazaanie.

Rytualiści wyszli na ulice, niosąc swe wezwanie do każdego zakątka osady.

Nie spieszyli się, okrężną drogą zmierzając na wschodni plac będący miejscem zgromadzenia. Akolici na przedzie, wiedzący zaś parę kroków za nimi, przemaszerowali przez wyjątkowo cichy plac targowy i dzielnicę rzemieślniczą, minęli Lokityr i miejskie stajnie, niczym gruby, najedzony wąż owinęli się leniwie wokół południowej strażnicy i zawrócili ku domostwom. Procesja posuwała się powoli obok karczm i sklepów, warsztatów i szwalni, małych, miejskich kaplic i przyległych doń skryptoriów. Mijając Chatę, rytualiści zwolnili jeszcze, by wreszcie rozdzielić się i rozlać wokół wschodniego placu, otaczając go kręgiem.

Heidr Eyran Thynler już czekał, z wzniesionego na drewnianym podwyższeniu siedziska - jednego z ośmiu ustawionych w okręgu - w milczeniu obserwując nadchodzących kapłanów.

Gdy śpiew akolitów urwał się jak ucięty nożem, Thynler podniósł się powoli z fotela.

Robił wrażenie, gdy stał tak, niewzruszony, górując nad zbierającymi się na placu bjortari, którzy zaczęli schodzić się w ślad za rytualistami. Gruba skóra rytualnego stroju heidra opinała się na wyrobionych, twardych mięśniach wojownika. Zawieszony na szyi sznur kilkunastu kłów stanowił świadectwo kunsztu łowieckiego Eyrana, wsparta zaś teraz o siedzisko, znaczona licznymi, równoległymi nacięciami okrągła tarcza przypominała o jego bitewnych dokonaniach. Te ostatnie potwierdzał również vegdr, tradycyjny malunek zdobiący twarz bjortari - rozbudowany, rozlewający się od czoła mężczyzny, przez prawą skroń, oko, policzek, aż po kwadratową, wyraźnie zarysowaną żuchwę. Na przywilej noszenia tak złożonej sieci rytualnych wzorów trzeba było sobie zapracować, Thynler zaś pracował nań przez niemal pięć dekad. Ostatnim, ale prawdopodobnie najistotniejszym elementem oficjalnego stroju Eyrana, było cętkowane futro gharra - grube, ciężkie, tak długie, że gdy mężczyzna stał, wciąż sięgało ziemi za jego plecami. Teraz, gdy spiął je na ramionach, a głowę skrył w cieniu masywnego kaptura z wydrążonego łba drapieżnika, Thynler mówił w imieniu Klanu Gharra.

W porównaniu ze strojem heidra, powłóczyste, szare szaty rytualistów wyglądały jak za duże, zszyte z przypadkowych fragmentów materiału worki. Szerokie kaptury opadały nisko na twarze kapłanów, chowając je niemal zupełnie przed oczyma zebranych. Zdobione jedynie ciemnymi, grafitowymi i czarnymi piórami bori, doczepionymi do prostych, kostnych naramienników i pojedynczym rzędem białych run wymalowanych na prawych rękawach, okrycia wiedzących były wręcz nieprzyzwoicie ubogie.

W pewnej chwili krąg akolitów rozstąpił się częściowo. Eyran Thynler po raz ostatni prześlizgnął się spojrzeniem po milczącym pierścieniu rytualistów, w kolejnej chwili koncentrując się już na utworzonym przez nich przejściu.

Jako pierwszy przyszedł Fim Vartavari, heidr Klanu Nidi z Sigvahl. Występując przed grupę swych pobratymców, gestem uniesionej dłoni nakazał im zatrzymać się za plecami kapłanów, sam zaś wkroczył do środka utworzonego kręgu. Mężczyzna był dosyć drobny, niewysoki i smukły. Długie, jasne włosy splótł w gruby warkocz, sowicie poprzetykany różnokolorowymi włóknami i piórami malali, wplecionymi między płowe pasma. Rytualny strój okrywał mężczyznę luźniej niż skóry Thynlera. Płócienna koszula spływała łagodnymi falami, marszcząc się pod spinającym ją szerokim pasem. Nogawki ciemnoszarych spodni ginęły w cholewach wysokich, obszytych zajęczym futrem butów, a narzucony na ramiona mężczyzny długi, grafitowy płaszcz połyskiwał lekko od powlekającej go olejowej warstwy, mającej chronić strój przed zamoknięciem. Zwieńczeniem okrycia była podtrzymująca je duża brosza w kształcie łososia nidi, srebrna, z charakterystyczną czerwienią na brzuchu ryby.

Dotarłszy do podestu z siedziskami, Fim zatrzymał się i uniósł głowę, spokojnie spoglądając na górującego nad nim Thynlera. Lekko opadające kąciki oczu mężczyzny sprawiały wrażenie, jakby Vartavari był ciągle znużony.

- Klan Nidi tu jest. - Fim przyłożył prawą, zaciśniętą w pięść dłoń do piersi. Głos mężczyzny był niski, głęboki i nieoczekiwanie silny, niepasujący do jego wątłej sylwetki.

Eyran skinął głową, gestem zapraszając heidra na podwyższenie i wskazując mu puste siedziska.

- Klan Gharra wita Klan Nidi na swej ziemi.

Gdy Fim stanął u jego boku, Thynler przeniósł spojrzenie na ludzi przybyłych razem z Vartavari. Podobnie jak ich przywódca, niemal wszyscy byli niżsi od większości bjortari i wyraźnie od nich smuklejsi. Ich stroje były proste i luźne, pozbawione ozdób, skromnie tylko obszyte futrem. Eyran prześlizgnął się po nich spojrzeniem, ostatecznie uśmiechając ciepło.

- Witajcie, bracia i siostry.

Odpowiedział mu jeden zbiorczy, gardłowy pomruk, bez konkretnych słów, za to wyraźnie pełen szacunku i sympatii. Oficjalnie powitani bjortari z Sigvahl odsunęli się parę kroków, robiąc miejsce kolejnej zbliżającej się grupie.

Tę prowadził Ofnir Andsaga, heidr Klanu Fjalloga z Asundgranu. Podobnie jak Vartavari, mężczyzna pozostawił swych ludzi za sobą, samemu wkraczając do kręgu.

Ofnir był przeciwieństwem Fima. Postawny i wysoki niemal tak samo jak Thynler, szedł sprężystym krokiem. Rytualne skóry obszyte łatami rdzawego futra ciasno opinały się na umięśnionym ciele, a suszona łapka fjalloga, którą mężczyzna nosił na szyi, niemal zupełnie niknęła na szerokiej piersi. W całej postawie i każdym ruchu mężczyzny widać było wojownika - podczas wojen klanowych Andsaga był jednym z kilku najwyżej cenionych berserków swego rodu. Teraz, mając na karku już sto trzynaście lat, wciąż z dumą prezentował kolekcję przypominających tamte czasy blizn.

Mężczyzna stanął przed Eyranem z dumnie wypiętą piersią i leniwym, rozbawionym uśmiechem.

- Klan Fjalloga tu jest - huknął tubalnym głosem. Gdy odrzucił gruby, kasztanowy warkocz na plecy, wplecione we włosy koraliki zadźwięczały przenikliwie.

Thynler odpowiedział podobnie rozbawionym uśmiechem, wskazując Ofnirowi miejsce na podwyższeniu.

- Klan Gharra wita Klan Fjalloga na swej ziemi. - Uniósłszy spojrzenie na zgromadzonych za pierścieniem akolitów, skinął im głową na powitanie. - Witajcie, bracia i siostry.

Odpowiedź bjortari z Asundgranu była żywsza niż ich poprzedników z Sigvahl, kilku młodym myśliwym wyrwały się entuzjastyczne okrzyki. Ofnir uśmiechnął się szerzej, Eyran parsknął cicho, przelotny uśmiech rozjaśnił też bladą twarz Fima Vartavari. Żaden z nich nie miał wątpliwości, który klan już za kilka chwil będzie wiódł prym przy wspólnych ogniskach bjortari.

Podczas kilku kolejnych długich minut rytuał powitania powtarzał się jeszcze czterokrotnie. Po Ofnirze przyszła kolej na dumnego Loddrega Gjalla i jego bjortari, od totemicznego patrona zwanych powszechnie Dogami bądź Atyrami. Prosty, myśliwski strój zdobiły jedynie łańcuchy psich kłów, dowiązane do pasa i nogawek spodni, oraz gruby płaszcz z brunatnego futra gyrdira, euxanirskiego niedźwiedzia. Heidrowi Urkari towarzyszył atyr, jeden z bardziej rosłych okazów z klanowych psiarni. Swego czasu powszechne były protesty innych heidrów, że skoro oni nie mogą wnosić do kręgu broni, przewodnik Klanu Atyra powinien pozostawić poza nim również swego doga bojowego, aż dotąd jednak nikt nie przeciwstawił się tradycji bardziej stanowczo i Gjall, podobnie jak jego ojciec, na naradach wciąż pojawiał się w towarzystwie zwierzęcia.

Za Loddregiem podążał Girnir Hlokkseid z Niddkari, Klanu Malali. Strój szczupłego, wysokiego blondyna był najbardziej zdobnym spośród rytualnych szat heidrów.

Uszyte z bielonych skór odzienie było wprawdzie całkiem zwyczajne i proste, tego samego nie dało się jednak powiedzieć o bogatych zdobieniach. Pióra w różnych odcieniach szarości - od jasnopopielatych, do niemal zupełnie czarnych - wprawnie wpleciono w szwy ubrania, wykończenia rękawów i kaptura oraz wiązania cholew wysokich butów. W efekcie rytualna szata zyskała specyficzną lekkość i sprawiała wrażenie, jak gdyby heidr nie tyle szedł, co sunął nieco ponad zmarzniętą ziemią. Sam Hlokkseid zresztą dopełniał tego wrażenia, krok bowiem, jak na wiek stu trzynastu lat, miał nietypowo lekki i pełen gracji. Podobnie zdobne i zwiewne jak strój heidra było też odzienie jego klanu - każdego z członków licznej grupy przybyłej z Girnirem okrywały pierzaste szaty, a co niektórzy dodatkowo chowali twarze za drewnianymi maskami rzeźbionymi na kształt ptasich dziobów.

Następnym z heidrów był przewodnik Klanu Skivy, nie ten jednak, którego bjortari pamiętali z poprzedniej rady klanów. Wtedy powłóczystą szatę z surowych, oskrobanych z twardych łusek skór zasiedlającego wyspy wulkaniczne gada nosił barczysty, rubaszny Eyjiar Thollbord, teraz natomiast ku podwyższeniu heidrów szybkim, pewnym krokiem zmierzała smukła, wysoka, rudowłosa kobieta. Podobieństwo rysów twarzy przybyłej do lekko pucołowatej twarzy Eyjiara było aż nadto wyraźne, szybko więc rozpoznano w niej Ynn, pierworodną córkę Thollborda. Piegowata kobieta postrzępiony gadzi płaszcz nosiła z większą gracją niż jej ojciec, a wysokie, sięgające bioder rozcięcia szaty odkrywały ciało znacznie bardziej atrakcyjne niż w przypadku Eyjiara, poza tym jednak Ynn była niemal skórą zdjętą z Thollborda. Przywdziany przez nią łańcuch długich zębów jadowych pomorów, jak inaczej zwano skivy, jeszcze przed czterema laty zdobił pierś jej ojca. To właśnie na nim na dłuższą chwilę spoczęło spojrzenie Eyrana Thynlera, podobnie zresztą jak innych czekających już na podwyższeniu heidrów.

Jako ostatni przybyli prowadzeni przez Jariza Lima Tamerczycy. Dla nich Pasma Euxaniru nie były domem. Tamerczycy byli w zgromadzeniu najbardziej obcy, najmniej znani, najbardziej egzotyczni. Ciemne włosy - od kasztanowych po kruczoczarne - i karmelowa karnacja wyróżniała ich spośród w większości jasnowłosych mieszkańców Euxaniru tak samo, jak ich zachowanie, znacznie mniej swobodne niż w przypadku innych klanów i pełne rezerwy. Byli dumni - dla niektórych wręcz aroganccy - i zawsze sprawiali wrażenie, jak gdyby ich obecność na Vilmeti stanowiła nagrodę dla innych bjortari. Wyczuwalne napięcie między tamerskim Klanem Hangtyrana a innymi rodami ludzi gór nie znikło pomimo wielu dziesiątków lat wspólnej, pokojowej egzystencji i wzajemnych kontaktów.

Mimo niechęci, jaką wielu darzyło kuzynów z gór Tameru, pojawienie się południowców wyraźnie jednak podekscytowało euxanirskich bjortari. Imponujące, łopatowate poroże hangtyrana - jelenia występującego na ziemiach Tameru - zdobiące rytualny, okryty dodatkowo skórzanym kapturem hełm Jariza Lima, za każdym razem wzbudzało uznanie dla niezwykłej równowagi i siły heidra, który był w stanie je udźwignąć i nosić z godnością. Zachwycały także jelenie skóry, z których uszyty był zarówno strój przewodnika, jak i towarzyszących mu bjortari - szatę obszyto łatami szorstkiego, ciemniejszego futra, a naturalnie rdzawą barwę podkreślono pociągnięciami czerwonego barwnika. Całości rytualnego stroju Jariza dopełniał długi, zarzucony na jedno ramię płaszcz w kolorze głębokiego brązu oraz stosunkowo prosty vegdr, złożony z zaledwie dwóch równoległych pociągnięć poniżej prawego oka mężczyzny.

Po zakończeniu oficjalnego powitania klanów na przyjęcie czekała już tylko jedna grupa. Siggra Kolganastr - niewysoka, siwowłosa kobieta - wkroczyła do kręgu, podobnie jak przedtem heidrowie, pod każdym jednak względem wszystkim się od nich różniła. Jej niemal stuletnie ciało okrywało zwykłe odzienie podróżne, a jedynym bardziej zdobnym elementem był stalowy wisior w kształcie łba gharra. Zatrzymując się u stóp podwyższenia, Siggra uśmiechnęła się łagodnie.

- Witaj, bracie. - Głos kobiety był wyraźnie zachrypnięty, a samo mówienie zdawało się kosztować ją znacznie więcej wysiłku niż innych.

Thynler skinął głową i gestem zaprosił na podwyższenie.

- Witaj w domu, heidryhm. - Eyran uścisnął lekko Kolganastr, potem wskazał na siedzisko po prawej stronie własnego. Jako jedyne przysługiwało zawsze tej samej osobie. Heidryhm znaczyło dosłownie "głos heidra" i było tytułem nadawanym przez heidra Klanu Gharra osobie, w której ręce oddane były rządy w Vegsvahlu, drugim klanowym mieście. Należąc do tego samego rodu, nie miało ono swego oddzielnego przewodnika - heidryhm był jedynie delegatem, oczami i ustami heidra urzędującego w Yrkazaanie. Podczas Vilmeti nie miał własnego głosu w radzie, pełnił jednak rolę doradcy.

Gdy Siggra i Eyran cofnęli się ku swoim miejscom, akolici ponownie zamknęli krąg, odcinając heidrów od zebranych dookoła bjortari.

Thynler nie usiadł, zatrzymując się tylko przy swym siedzisku, a heidrowie, którzy wcześniej spoczęli, teraz powstali jak jeden mąż. Eyran odetchnął głęboko, podświadomie prostując się w dumnej pozie. Wiedział, jakich słów się po nim oczekuje i czuł, co nastąpi, gdy już je wypowie. Nie był mężczyzną lękliwym, a jednak jeszcze przez kilka chwil odwlekał ten moment. Zawsze, gdy przychodziło do ceremonialnego wzywania thynów, odczuwał pewien niepokój, którego nie potrafił uzasadnić.

- Zaraz, bracia i siostry, zaczniemy radzić nad sprawami dla nas najistotniejszymi - odezwał się wreszcie, starannie dobierając słowa. Mówił pewnie i głośno, tak, by usłyszał go każdy z bjortari zebranych za kręgiem rytualistów. - Nim jednak zasiądziemy do rozmów, prośmy thynów o przewodnictwo. Niech Agnari i Surre obdarzą nas ciekawością, byśmy każdej ze spraw poświęcili odpowiednią uwagę. Atyrna niech udzieli nam mądrości niezbędnej do wydawania sprawiedliwych osądów, a Floth da odwagę, by mierzyć się nawet z najtrudniejszymi problemami. Samahel i Skjoldivarr niech otworzą nasze oczy na potrzeby i pragnienia braci i sióstr, Urgoth zaś zwróci ku nam swe przychylne spojrzenie, a Eyjavad i Thorann bronią nas przed podszeptami arogancji i pychy.

Eyran odczekał chwilę, pozwalając słowom przebrzmieć.

- Bracia i siostry - odezwał się ponownie, przenosząc spojrzenie na grupę wiedzących zebranych w jednej części otaczającego podwyższenie pierścienia. - W naszym imieniu proście o przewodnictwo.

W odpowiedzi na wezwanie heidra z pierścienia rytualistów wystąpiła jedna ze skyrmów i w milczeniu wkroczyła na podwyższenie, zatrzymując się przy szerokim otworze wyciętym dokładnie na środku podestu, w centrum koła tworzonego przez siedziska przywódców. Na samym dole, na bruku pod nim, starannie ułożono stos gałęzi, konstruując z nich otoczone kamieniami palenisko. Wiedząca odetchnęła bardzo powoli. W kolejnej chwili z jej dłoni spłynęła smuga czarnej, lepkiej mgły, a z otworu w podwyższeniu wystrzeliły gwałtownie szare, iskrzące płomienie.

Eyran chrząknął cicho, dławiąc w sobie instynktowną chęć cofnięcia się jak najdalej. Inni heidrowie również poruszyli się niespokojnie, dusząc podobną potrzebę oddalenia się za plecy otaczających plac rytualistów. Ogień wyzierający przez otwór podestu był zimny i blady. Płomienie stanowiły specyficzną, okiełznaną przez skyrmę manifestację utary i myśl, że wystarczy chwila słabości rytualistów, by spaczenie wyrwało się spod kontroli, zawsze przerażała tak samo.

Wiedząca sprawiała jednak wrażenie, jak gdyby nie zdawała sobie sprawy z niepokoju zebranych bjortari oraz z presji, jaka na niej spoczywała. Stojąc tuż przy brzegu otworu, obserwowała przez chwilę taniec sinych płomieni, muskających czasami jej dłonie czy poły szaty. Gdy w którymś momencie w jej ręce pojawił się skeid, rytualne ostrze o charakterystycznie wygiętym, częściowo ząbkowanym ostrzu, nikt nie był w stanie powiedzieć, kiedy dokładnie go dobyła.

- Var areth y ne fradhein josaal, an'Floth. - Stara, niemal zupełnie zapomniana już mowa gór drażniła nieprzyzwyczajone do niej uszy, podobnie jak czynił to zachrypnięty głos wiedzącej.

"Wysłuchaj mnie i przyjmij ofiarę".

Stojąc w tłumie razem z innymi członkami Klanu Gharra, Eyjagrani poznała ją od razu, jeszcze zanim skyrma zsunęła szeroki kaptur. Śnieżnobiałe włosy, zwykle spięte w koński ogon, teraz opadały luźno na plecy kobiety, kontrastując z szarością szaty.

Sigai bez wahania rozcięła nadgarstek, pozwalając, by krew wypełniła najpierw wąskie zagłębienie, ciągnące się wzdłuż ostrza noża, a następnie spłynęła w ogień spaczenia. Płomienie zatańczyły gwałtownie, a ponad placem poniósł się cichy syk dokarmianego żywiołu.

- Var areth y ne fradhein josaal, an'Eyjavad.

Sigai rozprostowała plecy z wyraźnym trudem. Nie rozglądała się i zdawała w ogóle nie zauważać, co dzieje się wokół, skupiona wyłącznie na recytowaniu kolejnych wezwań.

- Var areth y ne fradhein josaal, an'Atyrna. Var areth y ne fradhein josaal, an'Thorann.

Trzymając krwawiącą rękę w płomieniach, wiedząca nie cofała jej nawet wtedy, gdy utara strzelała wysoko, jak gdyby chcąc pożreć więcej, niż tylko tych parę karmazynowych kropel, które wydzielała jej skyrma.

- Var areth y ne fradhein josaal, an'Samahel.

Z każdym kolejnym wezwaniem Eyran był coraz bardziej spięty. O tym, czy ofiara została przyjęta, czy nie, dowiedzą się dopiero po przywołaniu wszystkich thynów, blade płomienie spaczenia niepokoiły go jednak już teraz. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, powinny zmienić kolor.

Mężczyzna sapnął cicho. W duchu niczego nie pragnął bardziej, jak zdławić starą mowę głęboko w gardle Sigai, wdusić wypowiedziane już wezwania z powrotem i wszystko cofnąć.

Thynler zerknął na pozostałych heidrów. Pod maską stoickiego spokoju, za jaką kryli się wszyscy przewodnicy, dostrzegał ten sam lęk. Tylko Jariz Lim wyglądał tak, jak gdyby nic, co dotąd zobaczył, nie robiło na nim wrażenia.

- Var areth y ne fradhein josaal, an'Urgoth. Var areth y ne fradhein josaal, an'Skjoldivarr.

W pełnej napięcia ciszy łatwo było zauważyć moment, w którym głos Sigai stał się jeszcze bardziej chrapliwy, a oddech ciężki i bardziej wymuszony. Bjortari nie odrywali od wiedzącej wzroku. Nie mogła ulec. Tylko ona oddzielała ich od utary, powstrzymując spaczenie przed zaspokojeniem głodu i przybraniem na sile.

- Var areth y ne fradhein josaal, an'Surre.

Sigai powoli wyciągnęła rękę z ognia. Nim owinęła nadgarstek pasem materiału wyciągniętym z kieszeni szaty, kilka krwawych kropli spłynęło jeszcze po bladej skórze i rozprysło się na surowym drewnie podwyższenia.

- Var areth - odezwała się skyrma po raz ostatni, powoli wypowiadając słowa przez zaciśnięte gardło - y voinann ur sannghjorv.

"Wysłuchajcie mnie i przybądźcie na wezwanie".

Eyjagrani zacisnęła dłonie, wbijając paznokcie w ich wnętrza.

Eyran Thynler głęboko wciągnął powietrze, wpatrując się uporczywie w ogień spaczenia. Stojąca u jego boku heidhrym, Siggra, mimowolnie objęła się ramionami, podobnie jak jej przewodnik, nie będąc w stanie oderwać wzroku od płomieni.

Ynn Thollbord przygryzła wargę, z trudem powstrzymując odruch ułożenia dłoni na rękojeści zaczepionego zwykle u pasa prostego, krótkiego miecza. Spoglądając kątem oka na stojącego po jej prawej Girnira z Niddkari, próbowała się uśmiechnąć, ostatecznie jednak jej usta wykrzywił tylko przelotny grymas. Hlokkseid pokręcił lekko głową.

Loddreg, Fim i Ofnir również byli wyraźnie spięci. Dłoń Gjalla, spoczywająca na łbie towarzyszącego mu doga, już parę chwil temu przestała gładzić psią skórę, masywne dłonie Ofnira kurczowo zacisnęły się na szerokim pasie.

Tylko Jariz stał spokojnie i uśmiechnął się leniwie, gdy szarość ognia przełamała w końcu żywa, jakby przepływająca przez płomienie czerwień.

Rozpoczęło się Vilmeti.

***

Minęły nieco ponad cztery godziny od rozpoczęcia rady klanowej, a na twarzach heidrów już zaczęło pojawiać się zmęczenie. Odkąd zasiedli na masywnych siedziskach ustawionych wokół ognia spaczenia, nie ruszyli się z nich nawet na krok, zatopieni w rozmowach. Dyskusje przerywali tylko na krótkie chwile, gdy któryś z wiedzących lub akolitów wkraczał na podwyższenie, by nakarmić płomienie własną krwią i wtedy, gdy Marrylf oraz wyznaczone przez nią kobiety przychodziły z tacami zastawionymi przekąskami i dzbanami pełnymi wonnego dimu. Potem rozmowy wznawiano, wiedząc, że trwać będą prawdopodobnie aż do późnego wieczora.

Przez cały ten czas heidrom towarzyszyli inni bjortari. Zmieniali się, odchodząc, gdy zapragnęli rozprostować nogi lub ogrzać się trochę i najeść, i wracali, gdy przewodnicy poruszyli szczególnie interesujący temat. Wymieniali się też kapłani w pierścieniu otaczającym podest heidrów - gdy kogoś zaczynało ogarniać zmęczenie lub zbliżała się pora dopełniania innych obowiązków, na jego miejsce zaraz pojawiał się nowy rytualista.

- Jak myślisz, ile to potrwa? - Silje nie uczestniczyła w otwarciu Vilmeti. Choć słyszała śpiewy wzywające na radę, pojawiła się na placu dopiero wtedy, gdy zebranie na dobre się rozpoczęło. Dołączając do Eyjagrani, Maral spojrzała ku podwyższeniu.

Girnir Hlokkseid wciąż siedział dumnie wyprostowany, ale Eyran czy Ofnir nie próbowali udawać, że jest im wygodnie. Pierwszy z nich już jakiś czas temu zdjął z głowy ciężki kaptur z łba gharra, drugi zaś niemal półleżał na swym siedzisku i Hadharka była przekonana, że jeszcze trochę, a zupełnie się na nim rozłoży, przerzucając nogi przez jedno z bocznych oparć.

- Długo - odpowiedziała Eyjagrani, ocierając jednocześnie usta z kropel dimu. Opuszczając plac zaraz po zakończeniu oficjalnego otwarcia Vilmeti, wróciła nań dopiero przed paroma chwilami, po drodze zabierając kufel, pełen gorącego naparu z tacy jednej z kobiet kręcących się pomiędzy zebranymi. - Powinnaś wiedzieć, uczestniczyłaś już w naradach.

- Uczestniczyłam, ale teraz macie Var Arrod. - Silje oderwała wzrok od podwyższenia i spojrzała na Eyję, unosząc lekko brwi. - Można by pomyśleć, że przy takim temacie wszystko inne zejdzie na dalszy plan. Że wszelkie inne kwestie będą załatwiane krótko i konkretnie.

Heidveurr parsknęła cicho, nie kryjąc rozbawienia.

- Jednak mało o nas wiesz, Maral. Wszystkich zżera niecierpliwość, ale heidrowie tym bardziej nie będą się spieszyć. Budowanie napięcia. Granie na emocjach. - Eyja wyszczerzyła zęby szeroko. - Nim przejdą do tego, po co się tu zebrali, wszystkich trafi szlag.

Silje westchnęła cicho. Z zasłyszanych po drodze rozmów wiedziała, że heidrowie istotnie się nie spieszyli i słowa Eyjagrani tylko to potwierdziły.

Na początku zajęto się powitaniem Ynn Thollbord jako nowego heidra Viliskyi i przewodnika Klanu Skivy, jednocześnie wyjaśniając okoliczności zaistniałej zmiany. Okazało się, że ojciec rudowłosej i jednocześnie jej poprzednik, Eyjiar, zmarł zaledwie miesiąc przed wyruszeniem klanu na Vilmeti, nieoczekiwanie przegrywając walkę z mroźnicą. Choć schorzenie to dotykało zwykle dzieci, zdarzało się, że zapadali nań również dorośli. Stusiedemnastoletni organizm Thollborda okazał się zbyt słaby, by poradzić sobie z agresywnym w przebiegu stanem zapalnym.

Naturalną kontynuacją wątku przewodnictwa Ynn był temat północnych łowów. Rudowłosa kobieta dobrze wiedziała, czego oczekuje się od nowych heidrów Viliskyi. Choć więc teraz aura nie sprzyjała, po przeminięciu lodów Klan Skivy miał wyruszyć na północny archipelag wulkaniczny i zmierzyć się z żyjącymi tam pomorami, od których brali swą nazwę. W łowach uczestniczyć miały również pozostałe klany, a sama wyprawa miała być celebracją zmiany klanowego heidra.

Zaraz po uzgodnieniu kwestii łowów Girnir podjął się zaprezentowania swego nowego Głosu, zwierzchnika rytualistów Klanu Malali. Odkąd w sędziwym wieku stu pięćdziesięciu ośmiu lat z przyczyn naturalnych odszedł poprzedni Pierwszy, Seva Virfnidd, wszyscy spodziewali się rychłego wskazania jego następcy. Hlokkseid jednak nie spieszył się z decyzją, a namaszczenie nowego wiedzącego nastąpiło ostatecznie dopiero po pół roku od śmierci poprzednika. Następcą Virfnidda okazał się niespełna stuletni, żywotny Andnar Sanngir, którego heidrowie powitali pełnym szacunku powstaniem ze swych miejsc.

- Wiemy w ogóle, ile mają tych tematów? - Silje przestąpiła z nogi na nogę, wyciągając głowę, by ponad ramionami rosłych bjortari dostrzec większy fragment podwyższenia.

Gdy tylko Andnar opuścił podium i dołączył do swego klanu, Hadharka dostrzegła spięcie Loddrega Gjalla, który najwyraźniej szykował się do zabrania głosu.

- Nie wiemy. - Eyjagrani zmarszczyła lekko brwi, podobnie jak Maral, próbując dostrzec i usłyszeć jak najwięcej. W ciągłym szumie mniej lub bardziej podekscytowanych szeptów oraz zamieszaniu związanym to z przychodzeniem, to oddalaniem się bjortari, nie było to takie proste. - Na pewno wspomną o zmianie pogody i o powrocie naszych myśliwych, poza tym jeszcze o unaroku i polowaniu na gharra. Spodziewam się, że wypłynie też temat nowej hadharskiej zmiany, ale...

Silje syknęła cicho, w jednej chwili uciszając vartahel.

- No tak - mruknęła cicho Heidveurr, domyślając się, o co chodziło. - Jeszcze Hamarr.

Odrywając na chwilę spojrzenie od podwyższenia, Eyjagrani rozejrzała się ponad głowami zebranych. Dosyć łatwo odnalazła Nires. Szwagierka Thynlera stała nieco na uboczu, obejmując się ciasno ramionami i chmurnym spojrzeniem wpatrując się w radzących przewodników. U jej boku, rozglądając się ciekawie, stał Hamarr. Chłopiec nie sprawiał wrażenia szczególnie zainteresowanego tym, że się o nim mówi, natomiast wyraźnie spiął się na widok zbliżającego się ku niemu mężczyzny. Wyczuwając nagłą reakcję syna, Nires podążyła za jego spojrzeniem i podobnie zesztywniała, nie reagując jednak. Powiedziała coś, na co sześciolatek obejrzał się na nią niepewnie, potem znów zerkając na podchodzącego. Pokonawszy dystans dzielący go od chłopca, Asir ukucnął przed nim i uśmiechnął się. Heidveurr nie słyszała słów varty ani odpowiedzi Hamarra. Nires nie uczestniczyła w dyskusji, wciąż uparcie wlepiając spojrzenie w obradujących przewodników.

Eyja westchnęła cicho, ponownie spoglądając ku heidrom.

- Dobrze wiesz, że to i tak było duże ustępstwo z naszej strony. - Loddreg mówił spokojnie, gładząc łeb towarzyszącego mu doga.

- Wiem. - Eyran skinął głową. Tak naprawdę mieli to już z Loddregiem przedyskutowane, a poruszenie tego tematu na forum było po prostu formalnością, której musieli dopełnić przy sprawie wiążącej ich klany. - Wiem i niezmiennie to doceniam - dodał Thynler.

- Niezmiennie to doceniasz, w związku z czym nie będziesz wysuwał dalszych żądań - stwierdził Gjall.

Wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę, że Eyran nie miał już większego pola manewru. Ta sprawa i tak ciągnęła się zbyt długo, wywołując coraz mniej skrywane niezadowolenie zarówno heidrów, jak i pozostałych bjortari.

Eyran westchnął cicho.

- Nie będę. Szczerze mówiąc, uważam, że już najwyższy czas, by chłopiec poznał także was - odpowiedział, starannie dobierając słowa. Niemal czuł na sobie ostre spojrzenie Nires, która prawdopodobnie, gdyby tylko mogła, w jednej chwili położyłaby go trupem i dokarmiła nim ogień utary.

Loddreg uśmiechnął się, jakby podejmowana właśnie decyzja rzeczywiście go cieszyła.

- Cieszę się, że to słyszę. - Skinął głową.

Towarzyszący mu atyr sapnął cicho i wywalił ozór w komicznym wyrazie psiego zadowolenia.

- Odwiedziny Urkari z pewnością będą dla chłopca wspaniałą przygodą. Choć i tak obawiam się, że będziemy musieli ją jeszcze odwlec.

Słuchająca dotąd z umiarkowanym zainteresowaniem Ynn zwróciła teraz na Gjalla uważne spojrzenie.

- Lód - rzuciła krótko, mrużąc oczy.

- Lód - przytaknął Loddreg. - Jak już pewnie wszyscy wiecie, będzie w tym roku wcześniej. Tak naprawdę... - mężczyzna wzruszył lekko ramionami - może przyjść choćby jutro. Na północy wszystko już wskazuje na zimę, wiatry tutaj tylko ją potwierdzają.

Heidrowie milczeli przez dłuższą chwilę. Jako pierwszy przerwał ciszę Eyran:

- Nasi myśliwi wciąż nie wrócili. Rozważam konieczność wyruszenia im naprzeciw.

- Po co? - Girnir w zamyśleniu pogładził pióra ozdabiające skraj lewego rękawa szaty. - Łowcy, podobnie jak my, są świadomi zmian pogody. Zresztą, wiedzą o nich zapewne lepiej niż my, biorąc pod uwagę fakt, że już od tygodni przebywają poza miastem. Muszą zdawać sobie sprawę z tego, że powinni wracać - i pewnie to robią. Wyprowadzenie na ścieżki kolejnych ludzi byłoby prawdopodobnie zupełnie niepotrzebnym ryzykiem.

- Bez pomocy mogą jednak nie zdążyć przed lodem - zauważył Ofnir, spoglądając kolejno na każdego z heidrów. - Jeśli łowy się udały, są obładowani mięsem i skórami, co siłą rzeczy ich spowalnia. Odciążenie ich ułatwiłoby im powrót.

Przewodnicy zamilkli w zamyśleniu. Niespodziewanie jako pierwszy odezwał się Jariz Lim, dotąd niewłączający się specjalnie do rozmów.

- Nie znamy tych gór, jeśli jednak zdecydujesz się wyjść po swoich myrkin, moi ludzie pomogą. - Skinął lekko głową ku Eyranowi. Tamerczyk mówił z ostrym, chrapliwym akcentem południa.

- Moi też. Podobnie zresztą, jak pewnie i inni - rzucił zaraz Ofnir, spoglądając znacząco na pozostałych heidrów.

Żaden nie zaprzeczył, Ynn zaś skinęła głową, przytakując.

- To w końcu nasi ludzie - dodała rudowłosa poważnie. - Nasi bracia. Muszą wrócić do domów przed lodem.

Eyran odetchnął cicho i powiedział:

- Dziękuję. To wiele dla nas znaczy.

Thynler wprawdzie spodziewał się podobnej reakcji, jednak dopiero słysząc wypowiedziane wprost deklaracje, poczuł, jak towarzyszące mu dotąd napięcie częściowo ustępuje.

- Powroty do domów czekają jednak także was - dodał Eyran po chwili, w zamyśleniu. - Jeśli zlodowacenie rzeczywiście nadejdzie szybciej i zajmie ścieżki, chciałbym, żebyście przezimowali u nas.

Mężczyzna spojrzał na heidrów uważnie. Wcześniej poważnie się nad tą propozycją zastanawiał. Oferta bezpiecznego schronienia na czas zimy była naturalna, przewodnik nie mógł jednak kierować się wyłącznie sercem. Pozwalając innym klanom pozostać w Yrkazaanie, Thynler brał na siebie odpowiedzialność za wszystkie trudności, jakie miały się z tym wiązać - od nagłej ciasnoty w mieście i konieczności podzielenia się własnymi kątami do spania, przez mniej lub bardziej poważne sprzeczki, jakie były nieuniknione przy tak dużym zgromadzeniu, aż po ewentualne braki żywności, jeśli lód nazbyt długo skuwałby ścieżki.

- To szczodra propozycja - przyznał Loddreg, który podobnie jak Eyran i pozostali heidrowie zdawał sobie sprawę z wyrzeczeń, jakie dotknęłyby mieszkańców Yrkazaanu, gdyby klany rzeczywiście skorzystały z oferty.

Thynler skinął głową, nie zamierzając fałszywie zaprzeczać.

- Nie zapewnię wam luksusów, ale mogę zagwarantować schronienie, jeśli pogoda znacząco pokrzyżuje wam plany - stwierdził spokojnie. - Razem z Siggrą starannie to przemyśleliśmy. Jesteśmy w stanie zaoferować gościnę w Yrkazaanie i Vegsvahlu.

Przysłuchujący się radzie bjortari odpowiedzieli cichym pomrukiem aprobaty. Nieco mniej zgodną reakcją wykazał się Klan Gharra, jednak nie podniósł sprzeciwu. Przyjęcie innych klanów byłoby uciążliwe i trudne, ale ludzie gór nie odmawiali pomocy, jeśli była potrzebna. W jakimś sensie wszyscy byli fjallogete - o sercu fjalloga, stadnymi i ciepłymi, podobnie jak te małe, górskie gryzonie.

Potem zarządzono przerwę. Na znak Eyrana Marrylf i towarzyszące jej kobiety zaprosiły wszystkich do Chaty, w której czekały już stoły zastawione gorącymi daniami. Wyjątkiem byli heidrowie, którym posiłek w postaci gara suto doprawionego gulaszu z koziego mięsa i dużych bochnów pieczonego poprzedniego dnia chleba dostarczono na podwyższenie. Zgodnie z tradycją w trakcie zgromadzenia przewodnicy mogli opuszczać plac wyłącznie na noce.

Niecałą godzinę później dyskusje rozpoczęły się na nowo. Zgodnie z przewidywaniami Eyjagrani, wspomniano o kolejnej hadharskiej zmianie, ustalono również szczegóły przebiegu polowania na gharra, będącego zwyczajem nieodłącznie związanym z Vilmeti. Temat ten spotkał się ze szczególnym entuzjazmem bjortari, silniejszym, gdy Eyran wskazał na większą ostatnio drażliwość kotowatych drapieżników. Ludzie gór byli świadomi ryzyka, z jakim wiązały się łowy na gharra, każdy jednak wypatrywał ich z niecierpliwością. Polowania te stanowiły jedną z większych atrakcji, a przy tym okazję do wykazania się.

- Ej.

Dźgnięcie łokciem pod żebra wyrwało Eyjagrani z zamyślenia.

Wcześniej razem z innymi udała się do Chaty, by pożywić się przy wspólnym obiedzie. Bjortari jedli szybko, nie chcąc blokować miejsca innym, ale też często spiesząc się do powrotu na radę. Wraz ze zbliżającym się wieczorem na placu gromadziły się coraz większe tłumy. Każdy kolejny omówiony temat i każda kolejna upływająca godzina nieuchronnie zbliżały ich do najważniejszego zagadnienia - Var Arrod.

Nie o nie chodziło jednak Arkvaliemu, gdy po raz kolejny szturchnął Eyję w bok. Spotkali się na obiedzie przy jednym stole, na obrady wrócili razem. Silje opuściła ich po drodze, zamierzając jeszcze odszukać Nires, dołączyli za to Helnir i Brag.

- Ej. Mówią o tobie. - Upewniając się, że Eyjagrani zrozumiała, co chciał jej przekazać, Arkvali ponownie wbił spojrzenie w radzących.

- Nasuwa się pytanie, co z Eyją. - Fim Vartavari poprawił się nieco w siedzisku, odruchowo spoglądając ku grupie bjortari z Klanu Gharra. Po chwili znów zwrócił się ku Eyranowi i powiedział: - Jak rozumiem, wciąż się nie zmieniła?

- Nie zmieniła się - przytaknął Thynler ze spokojem.

Heidveurr zmrużyła oczy. Czuła na sobie mniej lub bardziej ukradkowe spojrzenia nie tylko członków własnego klanu, ale także innych, którzy zdążyli ją poznać i wiedzieli, o kim mowa. Dotąd bezpieczna i niedostrzegalna w tłumie, w jednej chwili znalazła się w centrum zainteresowania.

- Nie jestem pewien, czy powinna brać udział w polowaniu. - Vartavari wyraził dokładnie te wątpliwości, których obawiała się Eyjagrani i których spodziewał się Eyran.

Z vartahel, zmieniającymi się, zawsze był problem. Choć na co dzień funkcjonowali jak wszyscy inni członkowie klanu, traktowani byli jako stałe zagrożenie. Nikt nie wiedział, kiedy Zew wymusi wreszcie pierwszą, gwałtowną transformację. Istniały symptomy pozwalające bardzo ogólnie przewidzieć zbliżającą się przemianę - wyraźny wzrost agresji, rozchwianie temperatury ciała vartahel, bolesność mięśni i kości czy pojawiająca się nagle bezsenność - znane były jednak przypadki zmieniających się, których nic podobnego nie dotykało. Vartahel potrafili transformować się bez uprzedzenia, w jednej chwili rozmawiając z kimś, w drugiej wyjąc już z bólu, gdy ich ciało zaczynał rozrywać zwierzęcy duch - czy też demon, jak czasem określali go bjortari. Potem zaś, już w zwierzęcej formie, varta - już nie zmieniający się, lecz zmieniony - niewiele miał wspólnego z człowiekiem. Zyskanie kontroli nad dzikim obliczem wymagało wielu lat ciężkiej pracy. Na początku jedynym, czego słuchał zmiennokształtny, były instynkt i głód.

Nikt nie czuł większego łaknienia od po raz pierwszy transformowanego varty. Z tego względu przyjęło się trzymać vartahel pod przysłowiowym kluczem. Nie wiązało się ich wprawdzie na łańcuchu - już nie, swego czasu bowiem praktyka ta była dosyć powszechna - nie pozwalano też jednak na puszczanie ich zupełnie samopas. Gdy tylko w dziecku rozpoznawano vartahel, automatycznie zyskiwało ono specjalny nadzór całego klanu i zestaw ograniczeń, które miały zapobiec nieszczęśliwym wypadkom. Przemieniający się zmiennokształtny nie rozpoznawał swej rodziny, a znajome zapachy nie wystarczały, by powstrzymać głód. Gdy transformował się po raz pierwszy, dla bezpieczeństwa jego i całego klanu powinien pozostawać pod nadzorem, w warunkach, które pozwoliłyby go okiełznać i nie dopuścić do rozlewu krwi.

Eyjagrani rozumiała obawy Fima, jednak na palcach rąk mogła policzyć, ile razy pozwolono jej opuścić samej Yrkazaan - wyjść w towarzystwie, tych oficjalnie zaaprobowanych przez heidra, było niewiele więcej. Na Ścieżkach zawsze musiała mieć kogoś za plecami, a gdy odwiedzała Vegsvahl, zawsze towarzyszyła jej Sigai. Za każdym razem, gdy opuściła miasto samowolnie i gdy została na tym nakryta, musiała słuchać coraz ostrzejszych reprymend swego przewodnika. Od ośmiu lat ograniczano ją coraz bardziej, a teraz chciano odebrać nawet to. Udział we wspólnych łowach był czymś, na co czekał każdy bjortari. Odsunięcie od nich bolało i godziło w dumę Heidveurr.

- Jak ona w ogóle się trzyma? - zapytał Ofnir Andsaga.

- Nieźle. - Eyran poprawił się na siedzisku, mimowolnie stukając palcami w podłokietnik. - Nie ma większych objawów Zewu. Od ostatniego Vilmeti niewiele się zmieniło.

Eyjagrani nieświadomie zacisnęła dłonie w pięści, wbijając paznokcie w miękką skórę. Zgodnie z powszechnymi regułami rad klanowych żaden bjortari nie mógł nieproszony wejść na podwyższenie ani zabrać głosu, dziewczyna ze wszystkich sił powstrzymywała się więc, by nie wyrwać się przed szereg. Dostrzegając spięcie vartahel, Arkvali chrząknął cicho, stojący zaś za plecami dziewczyny Brag bez wahania położył dłoń na jej ramieniu.

Heidveurr nie rozluźniła się, mruknęła tylko cicho, nie strąciła jednak dłoni myśliwego, on sam więc również jej nie cofnął.

- Co mówią wiedzący? - Ynn Thollbord spojrzała pytająco na Eyrana. Podobnie jak pozostali heidrowie, ona także nie chciała narażać swych ludzi na niebezpieczeństwo, jakim byłaby obecność na łowach nagle transformującej się vartahel, w jej pytaniu nie wyczuwało się jednak uprzedzenia ani już podjętej decyzji. Tak jak Vartavari był zdecydowany protestować przeciw udziałowi Eyjagrani w łowach, tak rudowłosa chciała najpierw poznać cały obraz sytuacji.

- Niewiele - odpowiedział Thynler, wiedząc, że na koniec decyzję będą musieli podjąć wspólnie. Chodziło przecież o ich wspólne bezpieczeństwo, a to nie mogło być zależne od zachcianek i przekonań jednej osoby. - Eyjagrani niewątpliwie słyszy Zew i jest on silny, ale to jedyne, czego pewni są moi rytualiści. Prosiłem Sigai, by zwracała na Heidveurr większą uwagę, ale i ona ma do powiedzenia niewiele więcej. Eyja zmienia się już od lat, ale nie wiadomo, ile jeszcze to potrwa - kontynuował Eyran. - Na ten moment jednak nie sądzę, by były powody do obaw. Heidveurr powinna być stabilna.

Z gardła vartahel wyrwał się cichy warkot, na który Brag tylko silniej zacisnął dłoń na jej ramieniu.

- Nie szalej, Eyja - rzucił cicho Helnir, spoglądając na dziewczynę uważnie. - Domyślam się, że bycie publicznie obgadywaną to średnia przyjemność, ale zaraz skończą. I - dodał chłopak z naciskiem - nie odmówią ci udziału w polowaniu. Nie mają powodu.

- Nie. Nie mają - rzuciła dziewczyna z przekonaniem. Tak naprawdę nie wiedziała, co drażni ją bardziej, wizja pozostania za murami miasta, podczas gdy inni ruszyliby śladem gharra po kły, futra i chwałę, czy może świadomość, że heidrowie rzeczywiście nie mieli powodu zatrzymywać jej w Yrkazaanie. Nie zmieniła się dotąd i nie było pewności, czy w ogóle kiedykolwiek się to wydarzy.

- Weźmiesz odpowiedzialność za nią na siebie? - zapytał wreszcie Fim, gdy jasne stało się, że poza nim i Girnirem nikt nie zamierza zabronić udziału vartahel w łowach.

- Oczywiście - odpowiedział Thynler bez wahania. - Wasi myśliwi będą bezpieczni.

Vartavari skinął głową w niemej zgodzie.

Ostatnim zagadnieniem wymagającym omówienia przed Var Arrod był unarok. Rytuał dojrzałości organizowany przy okazji Vilmeti miał szczególne znaczenie i rangę - poddanie się próbom w obecności wszystkich klanów było oznaką odwagi i pewności siebie młodego bjortari oraz okazją do zyskania szacunku w oczach co bardziej znamienitych wojowników i heidrów. W tym roku udział swych podopiecznych zadeklarowały cztery klany - Klan Gharra reprezentować miał Helnir, w Klanie Fjalloga chęć udziału wyraził Hedsein Loddaskr, natomiast z Klanu Skivy chciał sprawdzić się Olle Irgot. Największym zaskoczeniem była Ana Varrthasir, uczestnictwo której zadeklarował Jariz Lim. Dotąd Tamerczycy zwykle nie uczestniczyli we wspólnych rytuałach, zawsze organizując własne unaroki. To, że tym razem córka Klanu Hangtyrana miała przystąpić do prób razem z nastolatkami innych klanów, było niespodzianką.

Nim Eyran poruszył wreszcie temat, na który wszyscy czekali, Yrkazaan zatonął już w półmroku wieczoru, a stale podtrzymywany przez rytualistów ogień utary stał się głównym, trochę upiornym, źródłem światła na placu.

- Var Arrod - rzucił Thynler, wzdychając przy tym ciężko. - Nie sądzę, by ktokolwiek miał jeszcze wątpliwości, że to przede wszystkim z jego powodu zebraliśmy się tym razem.

Gdzieś w grupie bjortari, zgromadzonych teraz wyjątkowo licznie na placu, rozbrzmiało ciche parsknięcie, ktoś chrząknął cicho, wielu odetchnęło z ulgą, towarzyszącą ustępującemu powoli zniecierpliwieniu. Gdy padła wreszcie wyczekiwana przez wszystkich nazwa, prędko umilkły toczone półgłosem rozmowy.

- Dotąd była to tylko legenda. Wszyscy ją znamy, wszyscy się na niej wychowywaliśmy - kontynuował Eyran po chwili milczenia, a jego głos niósł się ponad tłumem, doskonale słyszalny nawet na skraju placu. - Wspaniałe miasto, tak piękne, że dotąd nie zbudowano mogącego z nim konkurować. Kolebka naszej kultury, dom tak wojowników, jak i mędrców, w którym obok świątyni wzniesiono koszary, a obok domu ćwiczebnego - bibliotekę gromadzącą kolejne tablice i pisma, jakie wychodziły spod piór i rylców starszych. Miasto, w którym po raz pierwszy wyszliśmy ponad podziały i które...

- To wszystko piękne i wzniosłe, Thynler, ale myślę, że możesz sobie darować. - Ofnir wciął się w monolog Eyrana, zmuszając zebranych do powrotu myślami ze wspaniałej przeszłości do chwili obecnej. - Wszyscy wiemy, o czym mówią opowieści. Wszyscy wiemy, czym miało być Var Arrod. Od ciebie wolelibyśmy usłyszeć, czym jest.

Jariz Lim uśmiechnął się przelotnie, nie odezwał się jednak.

- Andsaga ma rację - wsparł Ofnira Fim. Heird Klanu Nidi mówił stosunkowo cicho, w spojrzeniu uniesionym na Eyrana nie było jednak typowego dla niego spokoju. Zamiast tego oczy Vartavari iskrzyły jasno czymś na granicy entuzjazmu i lęku. - Zwołując Vilmeti, rzuciłeś nam Var Arrod jako przynętę, nie racząc powiedzieć nic poza nazwą, którą doskonale znamy. Teraz, gdy ponieśliśmy już ten wysiłek, by mimo niesprzyjającej aury zebrać się w twoim mieście, mógłbyś chociaż darować nam bajki.

Ynn Thollbord parsknęła cicho.

- Nie macie za grosz wrażliwości, panowie - rzuciła lekko, rozsiadając się wygodniej.

- Gdybyśmy chcieli być wrażliwi, zebralibyśmy się w Etallarze i wzdychali nad tamtejszymi artystami - rzucił tubalnie Ofnir i pokręcił lekko głową.

Etallar, miasto będące jednym z głównych węzłów handlowych Heimareldu i istnym kotłem kulturowym, słynął tyleż samo ze swych kupców i złodziejaszków, co z artystów. Ci ostatni, podobnie jak właściwie wszyscy, którzy trafiali do tego gwarnego, kolorowego miasta, zjeżdżali się z całego kontynentu, szukając szczęścia i okazji do dorobienia się. Do jednych los się uśmiechał, do innych nie, nie zmieniało to jednak faktu, że osada tętniła życiem, będąc najbardziej barwnym i rozrywkowym miastem Heimareldu.

Eyran pokręcił głową w zamyśleniu.

- To nie jest takie proste - powiedział sentencjonalnie, zawahał się, po czym westchnął z rezygnacją. - Var Arrod stało się Kręgiem.

Heidrowie milczeli długą chwilę, spoglądając na niego bez zrozumienia.

- Chcesz nam powiedzieć, że... - zaczął w końcu Fim, powoli dobierając słowa.

- Co? - rzucił w tej samej chwili Ofnir, znacznie mniej elokwentnie i znacznie bardziej dobitnie.

Loddreg zmarszczył brwi, wpatrując się w Eyrana wyczekująco.

- Var Arrod stało się Kręgiem - powtórzył spokojnie Thynler. - Jest źródłem utary, prawdopodobnie najsilniejszym, z jakim mieliśmy do czynienia.

- Kto wzniósł ten Krąg? - zapytała Ynn.

- Nikt - odparł krótko Eyran.

- Pieprzysz - mruknął Andsaga, wprost wyrażając wątpliwości, które podzielali wszyscy zebrani. - Kręgi nie powstają. Nie rodzą się, nie wyrastają jak grzyby ani nie spadają z nieba. Ktoś musiał go postawić.

- Nie postawił. Przynajmniej nie tak, jak... - Thynler machnął ręką w powietrzu, jak gdyby w ten sposób mógł pochwycić najbardziej odpowiednie, zrozumiałe sformułowania. - Regwald twierdzi, że Var Arrod było Kręgiem, zanim stało się źródłem.

- Regwald. Regwald Unn? Ze svadunaru Aheidvahla? - spytał Fim.

Eyran skinął głową.

Heidrowie znów zamilkli. Ciszę ponownie przerwał Andsaga, prychając cicho.

- Przepraszam, Thynler, że się powtórzę, ale pieprzysz. Pierdolisz bez sensu, oto co robisz - zagrzmiał tubalnie. - Nie ma Kręgów bez utary. W sensie - po co miałyby być? Nie wznosimy ich dla zabawy. Rytualiści nie tańczą sobie i nie wyśpiewują dla rozrywki, w przypadkowym miejscu odstawiając jakąś radosną twórczość i bryzgając juchą na prawo i lewo. Kręgi mają cel, a tym celem jest spaczenie. Zatrzymanie go w jednym cholernym miejscu, żeby się nie rozlało tam, gdzie nie powinno i byśmy któregoś ranka nie obudzili się, mając pięknego pierdolca.

Girnir Hlokkseid pokiwał głową, w zamyśleniu gładząc jeden z pęków piór zdobiących jego szatę. Nawet jeśli nie do końca odpowiadała mu forma, w jakiej Ofnir przedstawiał sprawę, w pełni podzielał jego pogląd.

Thynler odetchnął powoli.

- Chciałbym, żebyście wysłuchali svadunaru Thekkira - rzucił krótko, po chwili wzruszając lekko ramionami. - Nie byłem w Var Arrod, nie widziałem go. Oni byli i doświadczyli. Przedstawią wam lepiej to... - zaśmiał się. - Cóż, wszystko. W przeciwieństwie do mnie oni coś z tego rozumieją.

Ynn skinęła głową lekko.

- Wprowadź ich - rzuciła, uprzedzając pozostałych przewodników.

Na znak Eyrana krąg rytualistów rozstąpił się, wpuszczając do środka Regwalda i Vinniret. Dwójka bjortari w ponurym milczeniu pokonała odległość dzielącą ich od podwyższenia heidrów i wkroczyła na sam środek podestu, zatrzymując się nieopodal trzaskającego ognia utary.

- No dobrze. - Thynler chrząknął cicho, spoglądając na przybyłych. - Zacznijcie od początku. Opowiedzcie wszystko, co mówiliście mi.

Regwald i Vinniret popatrzyli po sobie. W szybko wymienionym spojrzeniu widać było jednak pełne i niewymagające słów zrozumienie.

- Var Arrod nie jest legendą - zaczął Unn, a jego towarzyszka przytaknęła lekkim skinieniem głowy. - Przynajmniej nie tylko nią. Znaleźliśmy ruiny i zbliżyliśmy się do nich najbardziej, jak się dało.

- Weszliście do miasta? - zapytała Ynn Thollbord, spoglądając uważnie na Regwalda.

Postawny, siwowłosy mężczyzna odpowiedział spokojnym spojrzeniem, dopiero po chwili opuszczając wzrok. Dwa grube warkocze, w jakie splecione była jego gęsta, długa broda, opadły na szeroką pierś wojownika, gdy ten pochylił głowę, przez krótką chwilę szukając odpowiednich słów.

- Nie - uprzedziła Regwalda Vinniret, zerkając z troską na pobrużdżoną siecią głębokich zmarszczek surową twarz towarzysza.

Mężczyzna nie uniósł głowy, marszcząc tylko lekko krzaczaste brwi.

- Nie - powtórzyła tymczasem Vinniret cicho. - My nie, tylko Thekkir. On... - Chrząknęła cicho, gdy głos załamał jej się niespodziewanie. Unikając wzroku heidrów, prześlizgnęła się spojrzeniem gdzieś ponad zebranymi, milczącymi teraz bjortari. - Nie pozwolił nam iść za sobą.

Regwald zacisnął zęby, krzywiąc się w gorzkim grymasie żalu i poczucia winy.

Zarówno przywódcy, jak i przesłuchiwani milczeli przez dłuższą chwilę, nim Eyran chrząknął wreszcie cicho i skinął lekko głową ku svadunarowi.

- Kontynuujcie.

Unn zmusił się, by ponownie unieść głowę. Rozprostowując plecy, odetchnął powoli.

- Obozowaliśmy w pobliżu miasta dwa dni, nim Aheidvahl kazał nam odejść i trzy kolejne po tym, gdy rozwiązał svadunar i sam poszedł do ruin. - Regwald się zawahał. - Var Arrod nie jest tak zniszczone, jak wszyscy zakładaliśmy. Szczerze mówiąc, wygląda dobrze. Solidnie. Opuszczone, ale nie zniszczone. Zatrzymaliśmy się u wejścia do kotliny i kilkukrotnie podchodziliśmy pod mury. Osada jest nienaruszona.

Wspierając brodę na zaciśniętej pięści, Loddreg Gjall zmarszczył brwi w zamyśleniu.

- Według legend, Var Arrod istnieje od około dziesięciu tysięcy lat. Niemożliwe, by przez ten czas się nie zmieniło.

- A jednak tak jest - rzuciła spokojnie Vinniret. Miała osiemdziesiąt cztery lata, była młodsza od Regwalda o niemal cztery dekady, jednak patrząc na nią, trudno było to dostrzec. Jej skóra nie pomarszczyła się jeszcze, a wśród płomiennorudych pasm nie dostrzegało się siwizny, w spojrzeniu kobiety gościła jednak ta sama mądrość i to samo zmęczenie, które zauważało się u Regwalda. - Widać oznaki działania czasu, część murów skruszyła się, ale nic ponad to. Var Arrod jest całe i, szczerze mówiąc, nadawałoby się do zamieszkania.

- Gdyby nie utara - dodał Unn krótko, a jego towarzyszka skinęła głową na zgodę. Gdyby nie utara.

- Eyran twierdzi, że uważacie Var Arrod za Krąg - rzucił spokojnie Ofnir Andsaga, spod zmrużonych powiek przyglądając się svadunarowi.

- Nie my, ja - odparł Regwald, kątem oka spoglądając na Vinniret. - Ja uważam, że miasto jest Kręgiem. Że było nim od samego początku.

- To nie jest możliwe - zaprotestował Fim Vartavari, stukając rytmicznie palcami w oparcie fotela. - Chyba wszyscy zgadzamy się co do tego, że spaczenie jest przyczyną tworzenia Kręgów. Że to przez nie je wznosimy. Kręgi się nie rodzą, nie powstają same z siebie. - Heidr skinął lekko głową ku Ofnirowi, którego słowa powtórzył.

- To wydaje się niemożliwe - przyznał Unn. - Wiem jednak, co widziałem. Miasto ma układ Kręgu, a mury przesiąknięte są utarą, splecioną w podobny sposób, w jaki zaplatamy ją, tworząc bariery między monolitami. Sam dobry stan budynków też za tym przemawia. Długotrwała obecność tchnienia mogła zachować miasto.

Ynn uniosła lekko brwi, spoglądając pytająco na Thynlera.

- Regwald jest wrażliwy - wyjaśnił Eyran, rozumiejąc, skąd wzięło się zdumienie rudowłosej. Pozostali heidrowie mieli okazję poznać Unna przy okazji wcześniejszych wizyt w Yrkazaanie, jeszcze przed wyruszeniem svadunaru Thekkira na wprawę. Nowa, młoda przewodniczka miała prawo nie wiedzieć o jego uzdolnieniach. - Z własnego wyboru nie jest rytualistą, ale widzi i czuje utarę podobnie do nich.

- Mógłby ją wykorzystywać? - spytała Thollbord zaciekawiona.

- Prawdopodobnie, gdyby chciał - przytaknął Thynler.

Regwald słuchał wyjaśnień ze stoickim spokojem, nie zabierając głosu.

- Załóżmy, że Var Arrod rzeczywiście jest Kręgiem - odezwał się nieoczekiwanie Girnir Hlokkseid. Jego zachrypnięty głos rozbrzmiewał na naradach stosunkowo rzadko, mężczyzna bowiem wolał raczej słuchać, niż dyskutować. - Choć wydaje się to zupełnie nieprawdopodobne, ktoś musiał zdecydować o wzniesieniu Kręgu i, ponadto, nadaniu mu takiej, a nie innej formy osady.

Heidrowie pokiwali zgodnie głowami. Trudno było sobie wyobrazić, by ktoś zdecydował się zbudować miasto tak blisko źródła utary.

- Nie - rzucił krótko Regwald. - Nikt celowo nie nadał miastu formy Kręgu. Var Arrod było miastem, jednym z wielu. Ono stało się Kręgiem. Samo.

- To prowadzi do bardzo nietypowej konkluzji - zauważył Vartavari, starannie dobierając słowa. - Jeśli miałoby być tak, jak mówisz, utara musiałaby uwięzić się sama.

Bjortari przez dłuższą chwilę trawili słowa Fima.

- Tak. Sądzę, że tak właśnie było - przytaknął wreszcie Regwald. - Sieć spaczenia oplatająca miasto ma inny wzór niż ten, który tworzą nasi skyrmowie. Podobny, ale jednak inny. Są pewne... - Unn zastanawiał się przez chwilę, jak najprościej i najbardziej obrazowo wytłumaczyć, co widział, pobratymcom niedostrzegającym utary tak, jak widział ją on sam. - Pewne schematy, regularności w pływach spaczenia w Var Arrod, szczególnie wyraźne przy jego murach. Widziałem takie wzory w Kręgach, ale nie w ich krańcach. Nie w ich zasadniczej strukturze, tylko w środku, w obrębie kolejnych alhi. - Regwald odetchnął bardzo powoli. - Naszym rytualistom nigdy dotąd nie udało się odtworzyć tych wzorów, tchnienie tworzy je samo. Sploty, widoczne na murach miasta, nie są dziełem żadnego skyrmy.

- Ale dlaczego? - spytała Ynn ostro. - Dlaczego spaczenie miałoby samo się skrępować, dlaczego miałoby zamknąć się w Kręgu? To nie ma sensu.

- Mamy wiele źródeł utary - dodał Ofnir. - Żadne z nich nigdy nie wykazywało tendencji do ograniczania się, wręcz przeciwnie - niepowstrzymywana utara zawsze dąży do rozlania się.

- Nie wiem - odpowiedział Regwald. W jego głosie przebrzmiała nuta frustracji. - Nie wiem, dlaczego tak jest.

Heidrowie zamilkli pogrążeni we własnych myślach. Loddreg wyprostował się na swym siedzisku, przez większość czasu nie spuszczając uważnego spojrzenia z Unna. Dopiero po chwili zwrócił je ku Vinniret.

- Jak znieśliście bliskość utary? - zapytał, zwracając się bezpośrednio do kobiety, mając na myśli ją i Thekkira. O Regwalda nie było sensu pytać - będąc tak wrażliwym jak skyrmowie, nie odczuwał większości związanych z nią skutków ubocznych.

- Całkiem nieźle - odpowiedziała Vinniret. - Tak, jak zawsze. Omamy, lęk, drgawki. Thekkir na początku wymiotował, miał też gorączkę, ale zbiliśmy ją ziołami. Nie było w tym nic nietypowego. - Kobieta wzruszyła lekko ramionami.

- Dlaczego Aheidvahl nie zabrał was ze sobą? - spytał ponownie Loddreg. - Byliście przygotowani. Niejednokrotnie wchodziliście do Kręgów, przekraczaliście kolejne alhi. Regwald potrafił się po nich poruszać, mógłby wybrać odpowiednie ścieżki.

Rudowłosa zawahała się.

- Nie wiem - odpowiedziała wreszcie powoli. - Niczego nam nie wyjaśnił. Powiedział tylko, że on musi tam iść, ale my nie. Nie słuchał mnie, gdy mówiłam, że to tak nie działa, że jesteśmy jego svadunarem, jego rodziną, że wybrał nas po to, byśmy strzegli go i dbali o niego tak, jak on strzeże i dba o nas. Powtarzał tylko, że powinniśmy wrócić, że nasza przysięga się dokonała. Ostatecznie rozwiązał svadunar, a potem kazał nam odejść.

Przewodnicy spojrzeli po sobie porozumiewawczo. Przyjmując Regwalda i Vinniret do svadunaru, Thekkir zrównał ich ze sobą, dał prawo głosu, dyskusji i oporu, niezależne od pozycji zajmowanej w klanowej hierarchii. Rozwiązując svadunar i zwalniając ich z przysięgi, odebrał im wszystkie te przywileje, ponownie czyniąc podwładnymi.

Eyran Thynler westchnął ciężko. Thekkir Aheidvahl w pewnym sensie zdradził swój svadunar - najbliższych, których sam sobie wybrał. W tej jednej chwili odebrał im miłość i bliskość, którą wypracowywali przez lata. Thynowie tylko wiedzieli, jak trudne musiało to dla nich być.

- Co Thekkir wiedział o Var Arrod? - zapytała Ynn po chwili. - Coś musiał wiedzieć, skoro...

- Szedł tam, by umrzeć - odpowiedział krótko Regwald, nie pozwalając Thollbord dokończyć.

Vinniret wciągnęła z sykiem powietrze i odwróciła wzrok. Spod paznokci, wbitych mocno we wnętrza dłoni, w pewnej chwili spłynęły pojedyncze, drobne kropelki krwi. Podobnie wyraźny był ból Regwalda. Niemal dało się słyszeć cierpiętnicze wycie rozbrzmiewające w sercu wojownika.

Zebrani milczeli, poruszeni.

- A jednak stamtąd wrócił - odezwała się w końcu Ynn z wahaniem.

- Tak. Wrócił - przyznał Regwald głosem wypranym z emocji. Spoglądając na Vinniret, bez słowa, cofnął się ku niej o krok i objął ją ramieniem.

Thollbord chrząknęła cicho.

- Minęły dwadzieścia trzy lata. Co zatrzymało was tak długo? - zapytała.

Regwald spojrzał na kobietę uważnie.

- Nie wiedzieliśmy nawet, że tyle minęło. Nie znaleźliśmy miasta od razu, przez pewien czas krążyliśmy wokół niego, ale potem... Utara. W jakiś sposób wypaczyła czas, zakrzywiła go. Dla nas mijały dni, w rzeczywistości musiały mijać lata.

- Thekkir wrócił niedługo po was - zauważył Fim.

Vinniret skinęła głową.

- Tak - przytaknęła cicho. - Musiał opuścić Var Arrod zaraz po tym, jak zawróciliśmy i iść zaraz za nami.

Nikt nie zapytał o to głośno, wielu jednak zmarszczyło brwi, zastanawiając się, co sprawiło, że Aheidvahl zdecydował się podążać niezauważony za swymi towarzyszami, zamiast do nich dołączyć.

Eyran spojrzał na pozostałych heidrów, a gdy żaden z nich nie wyraził chęci dalszego przepytywania svadunaru, skinął lekko głową.

- Możecie odejść.

- To nie ma sensu - odezwała się ponownie Ynn, gdy Regwald i Vinniret opuścili podwyższenie i zniknęli w tłumie zebranych za plecami rytualistów bjortari.

- To, że my go nie dostrzegamy, nie znaczy jeszcze, że go nie ma - stwierdził Fim, w zamyśleniu bawiąc się zawiniętym skrajem płaszcza.

- Być może. To jednak... - Thollbord westchnęła cicho i pokręciła lekko głową. - Utara sama tworząca krępujące ją Kręgi. Aheidvahl wkraczający do Var Arrod z przekonaniem, że idzie na śmierć, po czym wracający cały i zdrów. Jeśli składa wam się to na jakiś konkretny obraz, chętnie usłyszę, na jaki, bo dla mnie to zwyczajnie niepojęte.

Nikt nie potrafił jej odpowiedzieć.

- Słyszałem, że haaim Maral jest w mieście. Podobno pozwoliłeś jej wejść do Kręgu - odezwał się wreszcie Loddreg.

- Co? - Ofnir zmrużył oczy, świdrując Thynlera ostrym spojrzeniem. - Silje Maral jest tutaj?

Eyran przytaknął.

- Nie przypominam sobie, by Aranmuk występował o zgodę na jej pobyt na naszej ziemi - zauważył Fim, marszcząc brwi.

- Nie występował - zgodził się Thynler, siląc się na spokojny, ugodowy ton. Nie zamierzał przyznawać się, że wiedział o przybyciu Silje wcześniej. - Wyszli z założenia, że tym razem nie wydamy takiej zgody i wiecie równie dobrze jak ja, że tak by było. Prędzej zamknęlibyśmy granice, niż pozwolilibyśmy komukolwiek zbliżyć się do tematu Var Arrod, a już tym bardziej, jeśli tym kimś miałby być szpieg hadharskiej Kapituły. - Szpiegostwo nie było oficjalnym zajęciem tropicieli, nikt jednak nie był na tyle naiwny, by liczyć, że nie przekazują jafratom wszystkiego, co usłyszą i zobaczą.

- Otóż to, dokładnie to byśmy zrobili. Te wymuskane dziadki mogą sobie łaknąć informacji, ale, na wszystkich bogów, wciąż są tematy, które ich nie dotyczą, czy im się to podoba, czy nie - burknął Andsaga. - Nigdy nie obiecywaliśmy, że pozwolimy im wtykać nos absolutnie zawsze i wszędzie.

- Rzeczywiście, nie obiecywaliśmy - stwierdził Fim. - Dlatego właśnie nie zapytali, tylko po prostu ją wysłali. Wiedzieli, że się nie zgodzimy, ale wiedzieli też, że nie wyrzucimy jej, gdy będzie już w Heimareldzie. Nie możemy sobie w tej chwili pozwolić na konflikt z Hadharem, a dokładnie tym skończyłoby się zaciągnięcie haaim za fraki z powrotem na okręt.

Ofnir skrzywił się, a Ynn westchnęła cicho.

- Bezczelność, ale jaka piękna - rzuciła rudowłosa. Nawet jeśli postępowanie Aranmuku raziło ją jako heidra, nie potrafiła nie docenić tej politycznej arogancji.

Nieporuszony wydawał się również Loddreg, tym samym nie fundując zebranym wybuchu złości, na który liczyła Eyjagrani.

Vartahel westchnęła rozczarowana.

- Skoro już oswoiliście się z myślą, że Maral jest w Yrkazaanie, chciałbym powtórzyć, co już powiedziałem. Eyran pozwolił jej wejść do Kręgu - odezwał się Gjall, przeczekując pierwsze oburzenie.

- Po co? - spytała Ynn, wraz z wypowiadaniem tych słów uzmysławiając sobie jednocześnie, jak bardzo niepotrzebne było to pytanie.

Przecież to jasne, po co.

- Do Thekkira - rzucił Fim, przenosząc potem spojrzenie na Thynlera. - Pozwoliłeś jej... Co właściwie? Odwiedzić Aheidvahla? Porozmawiać z nim?

Girnir zaśmiał się krótko, podsumowując w ten sposób wnioski, do których doszli także pozostali heidrowie. Choć Var Arrod było niewątpliwie jednym z istotniejszych elementów ich tradycji, w tej chwili wiedzieli mniej niż przyjezdna. Dla nich niejasne było choćby to, w jakim stanie w ogóle wrócił Thekkir, za to hadharska łowczyni miała okazję stanąć z nim twarzą w twarz i być może uciąć sobie pogawędkę.

- Dajmy jej mówić - rzucił nagle Jariz Lim.

Nikt nie spodziewał się jego udziału w rozmowach, teraz więc heidrowie nie kryli zaskoczenia. Klan Hangtyrana zwykle ograniczał się do słuchania toczących się rozmów - większość zagadnień rzadko kiedy bezpośrednio ich dotyczyła. Tamerczycy uczestniczyli w Vilmeti przede wszystkim po to, by być na bieżąco z wydarzeniami na terenie Pasm Euxaniru.

Jariz uśmiechnął się, szybko jednak spoważniał.

- Dajmy jej mówić - powtórzył. - Skoro była w Kręgu, dowiedzmy się przynajmniej, co tam widziała.

- Nonsens - prychnął Ofnir. - Obcy nie biorą udziału w radach klanowych, bo, niespodzianka, nie należą do klanów.

Eyran zerknął kątem oka na siedzącą po jego prawej, stale milczącą Siggrę, a ta nieznacznie wzruszyła ramionami.

- Mówiłam, że tak będzie.

Thynler pokręcił głową z rezygnacją. Gdy rozmawiał ze swą heidryhm kilka dni temu, zaraz po jej przybyciu do Yrkazaanu, Kolganastr powiedziała mu dokładnie, jak jej zdaniem będzie przebiegać rozmowa na ten konkretny temat. Andsaga będzie się miotał, Fim najszybciej przejrzy postępowanie Aranmuku, Girnir ukryje niezadowolenie pod gorzkim rozbawieniem. Teraz Thynler mógł tylko pochylić głowę przed jej bystrością i znajomością heidrów, jednocześnie nie pierwszy raz zastanawiając się, czy przypadkiem nie powinni zamienić się miejscami.

- Obcy nie biorą udziału w radach klanowych głównie dlatego, że ich do tego nie dopuszczamy - stwierdził tymczasem Jariz. Kto jak kto, ale on doskonale znał siłę niechęci heidrów do jakichkolwiek zmian. Tuż po wojnach klanowych prawo gwarantujące Klanowi Hangtyrana miejsce na naradach wcale nie było tak oczywiste, a wielu wciąż uważało, że Tamerczycy nie są tu potrzebni. Co oni, tak oddaleni w swych południowych górach, mogli wiedzieć o życiu w Euxanirze?

- A nie dopuszczamy ich, bo sprawy klanów ich nie dotyczą - upierał się Ofnir.

Fim wahał się przez chwilę, ostatecznie zabierając głos.

- Zgadzam się, zazwyczaj rzeczywiście tak jest. Ale teraz... - Westchnął cicho, spoglądając na Eyrana wzrokiem, który nie pozostawiał wątpliwości co do niezadowolenia i braku aprobaty wobec jego postępowania. - Skoro Thynler i tak pozwolił już Maral na zbyt wiele, moglibyśmy przynajmniej spróbować na tym skorzystać.

Lim uśmiechnął się, nic nie mówiąc. Heidrowie milczeli przez chwilę. Ostatecznie Thollbord prychnęła cicho i pokręciła głową z rezygnacją.

- Dajmy jej mówić - powtórzyła za Jarizem, krzywiąc się przy tym w gorzkim uśmiechu. - Czy nam się to podoba, czy nie, w tej chwili i tak wie już więcej, niż powinna. - Wzruszyła ramionami i spojrzała na Eyrana. - Kto ją wprowadzał? Sigai? - Gdy mężczyzna skinął głową na potwierdzenie, Thollbord odetchnęła cicho i wyprostowała plecy. - Świetnie. Niech przyjdą obie. Może dowiemy się czegoś więcej, zanim pogawędzimy sobie z Thekkirem.

Girnir zmrużył powieki, świdrując rudowłosą uważnym spojrzeniem. Nikt nie wystąpił jeszcze z propozycją przyprowadzenia Aheidvahla, ale dla Ynn najwyraźniej było oczywiste, że to będzie kolejny punkt narady. Wszyscy jednak chcieli usłyszeć relację z pierwszej ręki, a tę mógł dać im jedynie Thekkir.

Tymczasem na znak Eyrana rytualiści przepuścili na podwyższenie wezwane kobiety. Sigai szła pierwsza i choć trzymała się prosto, widać było, że kolejne kroki przychodzą jej z trudem. Silje w milczeniu podążała za nią, z zamyśleniem spoglądając na wyraźnie wyczerpaną skyrmę.

- Co możecie nam powiedzieć? - zapytał Eyran, z uwagą spoglądając na rytualistkę. Słyszał już o jej nieoczekiwanej słabości, ale teraz, widząc ją tak wyraźnie, uderzyła go w dwójnasób. Białowłosa wiedząca nie była ich Głosem, ale od wielu lat uchodziła za jedną z silniejszych skyrmów. Nikt nie zastanawiał się, co będzie, gdy jej zabraknie, bo nie brano pod uwagę, że będą musieli się z tym mierzyć w ciągu najbliższych lat. Sigai miała osiemdziesiąt cztery lata i niemal drugie tyle przed sobą, było za wcześnie, by szukać jej następcy. Teraz jednak, widząc, jak blada i cienka zrobiła się jej skóra oraz jak głęboki cień pojawił się w jej spojrzeniu, Thynler nie mógł opędzić się od wrażenia, że może, tylko być może, powinni przygotować się na to, że Sigai zabraknie im szybciej, niż zakładali.

- Coś dzieje się w Kręgu - odpowiedziała tymczasem wiedząca, nie czekając, aż heidrowie uściślą pytanie Thynlera. Wiedziała, że chcą słyszeć o Thekkirze, ale zdawała sobie sprawę też, że nie mogą mówić tylko o nim. Temat Aheidvahla był powiązany z utarą, a ta z kolei już kilka lat wcześniej zaczęła się zmieniać. - Spaczenie znacznie przybrało na sile, a sam Krąg przestaje wystarczać. Rozszczelnia się.

Loddreg powoli skinął głową. Nikt nie próbował przerwać Sigai i zmusić ją, by mówiła o Thekkirze. Jeśli skyrma uznała, że musi zacząć od czegoś innego - tak najwyraźniej było.

- To samo dzieje się z naszym Kręgiem - przyznał Gjall. Źródło utary w pobliżu Urkari, podobnie jak to na północy od Yrkazaanu, należało do wystarczająco silnych, by skłonić bjortari do otoczenia go pierścieniem ochronnych monolitów. - Rozszczelniał się od jakiegoś czasu, ale dotąd nasi rytualiści sobie z tym radzili. Teraz jednak nakładanie łat zdaje się nie wystarczać. Utara przesącza się niezależnie od tego, co robią wiedzący.

Sigai skinęła lekko głową.

- Prądy się zmieniły. Są gwałtowniejsze, a samo tchnienie bardziej wygłodniałe. To coś więcej niż standardowe cykle, z którymi mieliśmy dotąd do czynienia. Spaczenie zawsze miało przypływy i odpływy, ale to były zmiany regularne, względnie możliwe do przewidzenia i poddające się naszej kontroli. Teraz tak nie jest. - Skyrma spojrzała w zamyśleniu na szare płomienie tańczące w centrum podwyższenia. Podtrzymywane przez rytualistów nie przygasały nawet na chwilę, strzelając tak samo wysoko ponad podest, jak na początku narady. - Poza tym, zaczyna tworzyć.

- Tworzyć? - Vartavari uniósł brwi pytająco.

- Struktury, których przedtem nie było. Pojawiają się nowe sploty, lepiej zorganizowane i jakby... bardziej materialne. Powstające układy są płynne, w jednej chwili rodzą się, w kolejnej już ich nie ma, ale to coś więcej niż dotąd. Jeszcze do niedawna Kręgi były chaotyczne, teraz widać w nich jakąś regularność. - Sigai chrząknęła cicho, ponownie spoglądając na każdego z heidrów. - Odnosi się wrażenie, jak gdyby utara zaczynała coś naśladować.

- Coś. Co dokładnie? - Thollbord spojrzała na wiedzącą, a gdy ta nie odpowiedziała, przeniosła spojrzenie na Silje. Hadharka westchnęła cicho.

- Was. Nas. Ludzi. - Wzruszyła lekko ramionami, sprawiając wrażenie, jakby nie zdawała sobie sprawy z konsternacji, jaką wprowadziła swoimi słowami. - To, co widziałyśmy, było swego rodzaju mimikrą naszych struktur, budynków. Nietrwałą, ale rozpoznawalną.

Eyran zacisnął lekko zęby. W przeciwieństwie do svadunaru ani z Sigai, ani z Silje nie miał okazji wcześniej rozmawiać. Odkąd wróciły z Kręgu, były, delikatnie mówiąc, niedysponowane, a on uznał, że w takiej sytuacji jest w stanie zaczekać do Vilmeti. Teraz słyszał wyjaśnienia kobiet po raz pierwszy, podobnie jak pozostali heidrowie, i podobnie jak oni nie miał pojęcia, co powinien o tym myśleć.

- Wiemy, po co to robi? - zapytał w końcu.

Sigai parsknęła cicho.

- Nie, podobnie jak większości, co dotyczy utary.

Fim przygryzł lekko wnętrze policzka w zamyśleniu.

- A w jaki sposób? - spytał, po czym widząc nierozumiejące spojrzenie Ofnira, kontynuował: - Udawanie, naśladowanie czegoś to nie jest domena prostych sił. Mimikra to oznaka bardziej złożonych mechanizmów lub inteligencji.

- Co właściwie chcesz zasugerować? - Andsaga zmrużył oczy, spoglądając na Vartavariego, po czym przeniósł spojrzenie na Sigai i Silje. - Że utara myśli?

- Nie jestem pewien, czy to najlepsze słowo - zaczął Fim - ale...

- Ewoluuje - przerwała mu Maral, na co heidrowie ponownie zamilkli. - Zmienia się, nabywając nowych zdolności. Ewoluuje, nie wiadomo tylko, w jakim kierunku.

- Utara nie jest czymś żywym - zauważyła Ynn, w jej głosie zabrzmiała jednak nuta niepewności. W spojrzeniu, jakie skierowała ku Sigai, zagościło pytanie.

- Nie jest jednak też czymś martwym - odpowiedziała wiedząca. - Tak naprawdę nie wiemy, czym jest.

Thollbord przeniosła nieobecne spojrzenie ponad zebranych bjortari, Loddreg w zamyśleniu błądził wzrokiem po białym ciele śpiącego już od kilku chwil u jego stóp doga.

- Gdzie w tym wszystkim jest Thekkir? - zapytał w końcu Girnir.

- W Kręgu - rzucił od razu Ofnir i parsknął cicho. Dobrze wiedział, że nie o to chodziło Hlokkseidowi.

- W Kręgu - przytaknęła jednak Sigai. - Za piątym alhi.

Heidrowie czekali, gdy zaś wiedząca nie kontynuowała, Andsaga potrząsnął lekko głową.

- Thynler twierdził, że Thekkir sam o to poprosił. Chciał, żeby zamknąć go za ósmym alhi.

- Tak było - przytaknęła Sigai.

- Dlaczego więc go tam nie zaprowadziłaś? - zapytał Ofnir bezpośrednio, świdrując skyrmę wzrokiem.

- Nie dałabym rady - odpowiedziała białowłosa bez wahania. - On zresztą też nie.

- Dlaczego w ogóle chciał, żeby wprowadzić go do Kręgu? Był, jest Insorv, na thynów - rzuciła Ynn, spoglądając po pozostałych heidrach, nim ponownie zwróciła się ku Sigai.

Skyrma milczała przez chwilę.

- Sądzę, że będziecie woleli zapytać o to jego samego - odpowiedziała wreszcie - Podobnie jak o to, dlaczego chciał rozmawiać z Silje i kim tak naprawdę jest.

- Co? To są jakieś, kurwa... - Ofnir uniósł się lekko w siedzisku, jak gdyby zamierzał wstać i dopiero w ostatniej chwili zmienił zdanie, ponownie siadając z sapnięciem. - Chciał rozmawiać z Maral, świetnie. Może jeszcze to on ją zaprosił, co? Wystosował do jafratów liścik, że z miłą chęcią ugości...

- Skończ - rzuciła krótko Ynn, wcinając się w nakręcający się monolog Andsagi, a ten urwał w pół słowa. Thollbord zwróciła się ku Thynlerowi. - Możecie go przyprowadzić?

Eyran zawahał się, po czym spojrzał pytająco na Sigai. Ta skinęła głową.

Silje patrzyła kolejno na każdego z heidrów, na wiedzącą, a potem także na otaczających ich rytualistów i pozostałych bjortari. Cisza, jaka zapanowała na placu, gdy Thynler skinął głową ku rytualistom, w pełni zasługiwała na miano grobowej.

Niespełna godzinę później zamieszanie na skraju placu obwieściło nadejście eskortowanego przez skyrmów Insorv.

Coś było nie tak - czuł to każdy, choć nikt nie potrafił ubrać swego niepokoju w słowa. Thekkir Aheidvahl, prowadzony przez czterech kapłanów, kroczył powoli, lecz pewnie. Na sobie miał wciąż ten sam strój, w jakim wyruszał z Yrkazaanu dwadzieścia trzy lata temu - grube, obszyte ciepłym futrem skóry, przetarte teraz gdzieniegdzie i brudne. Zabrano mu tylko broń - złożył ją w ręce innych Insorv tuż po przekroczeniu granic miasta - oraz podróżny worek, zaskakująco lekki i niemal zupełnie pusty. Teraz, idąc przez rozstępujący się tłum, nie rozglądał się. Parł przed siebie, krok w krok za pierwszym z wiedzących, spoglądając nieco ponad jego ramieniem. Wielu z zebranych bjortari znało i pamiętało Thekkira. Wtedy, przed laty, był ich bratem, nauczycielem, kompanem, wzorem. Niejednokrotnie razem polowali i razem ćwiczyli, zmagając się na Arenie. Teraz trudno było uwierzyć, że to właśnie z nim wiązało się tyle wspomnień. Wyglądał tak samo i właściwie niewiele się zmienił, mimo tego nie był już tym, którego pamiętali.

Aheidvahl zatrzymał się tylko raz, czyniąc to tak nagle, że podążający za nim rytualista niemal wpadł mu na plecy. Kapłan syknął cicho, zamarł jednak, widząc, w którą stronę uciekło spojrzenie Insorv.

Unirov Aheidvahl stała w tłumie, przyglądając się ojcu spokojnie. Rudy kolor jej włosów wyblakł przez lata do barwy miodu, błękit tęczówek kobiety był za to tak samo głęboki, jak przed laty - dwa małe górskie jeziora, jak zwykł mówić o nich Thekkir. Mężczyzna patrzył teraz na córkę uważnie, studiując łagodność rysów jej twarzy, lekko zaokrąglone, usiane garścią jasnych piegów policzki i cień zmęczenia, jaki kładł się na całej postawie młodej karczmarki.

Aheidvahl ruszył dalej niepopędzany, tak samo nagle, jak się zatrzymał, nie oglądając się za siebie. Doprowadzony na podwyższenie, w ciszy stanął obok kobiet. Nie patrzył na nikogo konkretnego - raz tylko prześlizgnął się spojrzeniem po zebranych heidrach, potem jego wzrok stał się niepokojąco uważny i czujny, nie koncentrował się jednak na żadnej z postaci.

- Thekkir Aheidvahl - mruknął cicho Ofnir, bardziej do siebie niż do kogokolwiek innego. Nim jednak zdecydował się powiedzieć coś więcej, odezwał się Insorv.

-Nie. - Głos mężczyzny był przyjemnie głęboki, dokładnie taki, jaki pamiętali znający go wcześniej bjortari. - Nie - powtórzył.

Silje ze spokojem śledziła zmiany zachodzące na twarzach przywódców - od zaskoczenia, przez niezrozumienie, aż po narastający z każdą chwilą niepokój.

- Nie rozumiem - powiedział powoli Fim Vartavari. - Jak się w takim razie nazywasz?

- Thekkir Aheidvahl - odpowiedział Pierwszy bez wahania. - Ale nie jestem nim.

Przewodnicy popatrzyli po sobie niepewnie.

- Czy możesz nam powiedzieć, co stało się po tym, jak odprawiłeś svadunar? - spytała po chwili Ynn, decydując się zacząć od początku.

- Wszedłem do Var Arrod - odpowiedział Aheidvahl i tym razem nie zastanawiając się nad odpowiedzią. Spojrzał na chwilę ku Thollbord, ale nie zatrzymał na niej wzroku zbyt długo. - Do miasta zapomnianego, ale nie umarłego. Opuszczonego, ale wciąż żywego. - Mężczyzna przerwał na chwilę. Gdy odezwał się ponownie, mówił płynnie i bez śladu wahania. - Szedłem ścieżkami miasta tak, jak powiedziałem, że zrobię. Miałem je odnaleźć i odnalazłem. Poznałem jego ulice, widziałem ślady przeszłości. - Twarz Thekkira rozjaśnił łagodny uśmiech. - Ale znalazłem też drogi, o których legendy nie mówiły. Nowe ścieżki. Rozmawiałem z tymi, o których legendy nie wspominały.

- Regwald... - zaczęła Ynn, a gdy głos jej się zachwiał, chrząknęła cicho. - Regwald Unn twierdzi, że szedłeś tam na śmierć.

- Tak - przytaknął Thekkir ze spokojem. - Tak, szedłem tam umrzeć. Oni nie musieli. Nie znalazłem tam jednak śmierci, tylko... - Aheidvahl odetchnął cicho. - Coś innego. Zmianę. Przekształcenie. Ewolucję.

Heidrowie wymienili spojrzenia. Trudno było przeoczyć podobieństwo określeń użytych przez Thekkira do tych, jakimi kilka chwil temu posłużyły się stojące obok Sigai i Silje.

- Czy Var Arrod jest Kręgiem? - zapytał po chwili Thynler, decydując się na strategię prostych, konkretnych pytań.

- Tak - przytaknął Aheidvahl.

- Kto go wybudował?

- Nikt. Postawiliśmy miasto, ale nie Krąg. Krąg narodził się sam. Utara utkała go sama.

Silje uśmiechnęła się półgębkiem. Obserwujący ją kątem oka Hlokkseid zmarszczył brwi.

- Chciałeś rozmawiać z Silje Maral? - kontynuował Eyran, ruchem głowy wskazując stojącą obok Thekkira Hadharkę.

Mężczyzna spojrzał na kobietę, po chwili ponownie zwracając się ku heidrowi.

- Tak. Wołała do mnie, bardzo głośno wołała. Krzyczała. - Przerwał na chwilę. - Wiedziałem, że ona będzie umiała zobaczyć. Wy nie, ale ona zauważy. Dlatego szeptałem do skyrmy. Musiała usłyszeć i przyprowadzić Silje.

Loddreg zmarszczył brwi.

- Rozmawiałaś z nim wcześniej? - spytał wiedzącej.

- Nie - odpowiedziała białowłosa. - Tylko tuż po jego powrocie, ale wtedy chciał tylko, by zaprowadzić go do Kręgu. O Silje, to... To później. - Rytualistka zmarszczyła lekko brwi, szukając określenia, które najbardziej zrozumiale oddałoby to, co chciała powiedzieć. - Mówił do mnie we śnie. Szeptał w myślach.

Thollbord uniosła lekko brwi, nie odezwała się jednak.

- Dlaczego chciałeś wejść do Kręgu? - spytał Eyran, spoglądając ponownie na Thekkira. - Czy utara cię naznaczyła?

Zarówno Sigai, jak i svadunar Aheidvahla twierdzili, że mężczyzna nie został naznaczony. Thylner był również pewien, że Pierwszy nie cierpi na żadną z chorób, które czasem poddawało się oczyszczaniu utarą - zamknięciu w Kręgu, gdzie utara w jakiś sposób łagodziła dolegliwości chorego. Mimo tego Insorv zażądał wprowadzenia za monolity i Eyran nie potrafił zrozumieć, co go do tego popchnęło.

- Nie, nie jestem naznaczony - odpowiedział tymczasem Thekkir, tym samym potwierdzając to, co heidrowie już wiedzieli. - Tam jest spokój. Cisza. Ciało mniej boli i nie trzeba uciekać. Poza Kręgiem jest trudniej. Poza Var Arrod, w drodze, nie słyszałem własnych myśli, a z oczu płynęła mi krew.

Thynler zawahał się chwilę przed zadaniem ostatniego pytania.

- Kim jesteś?

- Nie wiem. Jestem Thekkirem Aheidvahlem i nie jestem nim. Mam jego myśli i wspomnienia, mam jego miłość i nienawiść, ale mam też coś więcej. Coś, co nigdy nie należało do niego. Jestem...

- Utarą - rzuciła krótko Silje. Znosząc skupione na niej nagle spojrzenia, odpowiedziała na nie spokojem. - Tam, w Kręgu, zajrzałam w niego. Pozwolił mi spojrzeć w głąb siebie. Sądzę, że Thekkir Aheidvahl jest w pewnym stopniu formą spaczenia.

***

Echa narad miały rozbrzmiewać jeszcze długo po ich zakończeniu.

Gdy pozwolono jej odejść, Silje poszła na mury i przez jakiś czas śledziła z góry rozchodzące się zbiegowisko. Thekkira odprowadzono ponownie do Kręgu, rytualiści tymczasowo wygasili ogień utary, a zmęczeni śledzeniem całodniowych dyskusji bjortari oddalili się do karczm, domostw i namiotów obozowych. Maral wiedziała jednak, że rozmowy nie ucichną aż do późnej nocy. Gdy plac opustoszał, spojrzała ku górom. Zbliżając się do skraju murów, wsparła się dłońmi o kamień i bardzo powoli odetchnęła zimnym, ostrym powietrzem.

Lód.

Zamierzała zostać w Yrkazaanie zupełnie z innego powodu, ale cieszyła się, że nadchodzi. Był wygodny. Pozwalał skorzystać z zaproszenia, którego w innym przypadku mogłaby nie dostać. Choć oferta złożona klanom jej nie obejmowała, nim ją odprawił, Eyran zaoferował schronienie także jej - i zamierzała tę propozycję przyjąć.

Chodziło o Var Arrod i o Thekkira, bjortari jednak bardzo się mylili. Posądzali ją o coś, ale traf chciał, że nie o to, o co powinni.

Maral uśmiechnęła się lekko do siebie. Nie zamierzała wyprowadzać ich z błędu.

Po raz ostatni spojrzała na ledwo już widoczne sylwetki górskich szczytów, zwróciła się ku zejściu z murów i lekkim krokiem zbiegła na dół.

Było dobrze, tak bardzo dobrze. Była szczęśliwa i, co ważniejsze, na ten moment w pełni usatysfakcjonowana.

Rozdział 7

Nim Helnir Thynler zdecydował się na powrót do miasta, wczesny świt zdążył stać się późnym porankiem.

Perspektywa zbliżającego się unaroku długo nie pozwalała mu zasnąć, a gdy w końcu przegrał ze zmęczeniem, wpadł prosto w sieć koszmarów, finalnie przyjmujących postać jednego powtarzającego się obrazu, który dręczył go już od wielu lat. We śnie tym uciekał, goniony przez gęstą, lepką, szarą mgłę, rozlewającą się tuż za jego plecami. Słyszał jej głos, słodki, melodyjny śpiew przeplatany szeptem. Nigdy nie rozumiał słów, ale ich sens zdawał się przesączać prosto do jego serca. Krew szumiała mu w skroniach ogłuszająco, a myśli umykały, zanim zdążył je pochwycić. Pozostawał tylko paniczny lęk, który zmuszał go do gnania przed siebie tak długo, aż zabraknie mu sił - a tych nigdy mu nie starczało. Niezależnie od tego, jak długo biegł i jak długo starał się wyrwać z koszmaru, ucieczka zawsze kończyła się fiaskiem. Zachłanne, lepkie smugi oplatały go w końcu ciasnymi splotami i wciskały mu się do gardła, dławiąc rodzące się błagania o pomoc. Tonął. Zawsze tonął pożarty przez wygłodniałą utarę.

Tym razem było tak samo. Pół nocy pozostając aż nazbyt przytomnym i wbijając spojrzenie w sufit swego pokoju, kolejne pół rzucał się na łóżku, jęcząc i dygocząc, jakby zimno towarzyszące mu we śnie znajdywało swe odbicie także w rzeczywistości. Gdy nad ranem obudził się gwałtownie, blady jak płótno, bał się zasnąć ponownie.

Jeszcze przed wschodem słońca minął milczących, znużonych czuwaniem gwardzistów i przeszedł przez bramę Yrkazaanu, kierując się ku jednej z górujących nad miastem półek skalnych.

Wiedział, kiedy zaczęły się te koszmary. Nawet teraz, siedząc w ciszy na skalnym występie i obserwując mroźne słońce wychylające się powoli zza gór, był w stanie przywołać dokładny moment, kiedy zrodziły się jego najgorsze lęki. Czternaście lat, jakie upłynęły od tamtej chwili, zatarły jedynie niewielką część wspomnień, a zupełnie - tamtego przerażenia.

Helnir skrzywił się, wracając do tamtego dnia. Miał pięć lat i zaczął już niepokojąco szybko wyrastać z szacunku do ostrzeżeń udzielnych mu przez starszych, wtedy jednak wyjątkowo nie zawinił żadnym nieposłuszeństwem. Wracał z rodzicami z Vegsvahlu, gdy natknęli się na nowe, rodzące się dopiero, niewielkie źródło utary. Przeciek znajdował się tuż przy Ścieżce Umarłych, na wysokości stopni prowadzących do grobowych jaskiń. Sączące się ze skalnej ściany spaczenie spływało wąskimi strugami do głównego traktu. Dwa tygodnie wcześniej, gdy opuszczali Yrkazaan, źródła jeszcze nie było - dopiero w ciągu ostatnich dni utara wezbrała na tyle, by wylać się i sięgnąć powierzchni. W tamtych latach nowe gejzery pojawiały się jak grzyby po deszczu i równie szybko znikały, zamykane przez rytualistów. Większe źródła, wymagające otoczenia Kręgami, można było policzyć na palcach rąk.

Helnir był wtedy młody, ale bjortari oswajano z utarą jeszcze przed unarokiem. Po ukończeniu przez dziecko pierwszego roku życia rytualista wyciągał pojedyncze pasmo spaczenia z Kręgu i omywał nim drobne ciałko. Potem rytuał ten powtarzano jeszcze kilka razy, a pierwsze gwałtowne reakcje na bliskość tchnienia miały zapobiegać późniejszym kłopotom na szlaku.

Z młodym Thynlerem było jednak zupełnie inaczej. Jego pierwsze kontakty z utarą nie różniły się od tego, co przechodziły inne dzieci. Dopiero potem, w tej jednej chwili na szlaku, okazało się, że gwałtowne wymioty, krwawe łzy i paniczny, niemal fizycznie bolesny lęk towarzyszący mu przy pierwszym hartowaniu spaczeniem, były ostrzeżeniem.

Wtedy, wracając z Vegsvahlu, wyczuł tchnienie znacznie wcześniej niż jego rodzice. Truchtając na krótkich nóżkach kilka metrów przed nimi, w którymś momencie zawahał się i niepewnie obejrzał na matkę. Marrylf odpowiedziała mu uspokajającym uśmiechem, ojciec zapewnił, że już niedaleko do domu. Chłopiec ruszył dalej przed siebie, mniej pewnie jednak i z większą ostrożnością. Nie umiał jeszcze interpretować tego, co wyczuwa i słyszy - żadne z dzieci tego nie potrafiło - ale instynktownie czuł, że na szlaku coś się zmieniło. Rodzice jednak nie wydawali się zaniepokojeni, a przecież ufał rodzicom.

Wpadł w strumień utary nagle, zachłystując się nim. Potem, po wielu latach, dowiedział się, że były to wątłe końcówki sięgających najdalej smug spaczenia wypływającego ze źródła. To dlatego jego rodzice nie wyczuwali go lub, jeśli nawet dotarło do nich echo przepływającego tchnienia, zignorowali je, zapamiętując co najwyżej, by powiedzieć o nim wiedzącym. Tak słabe tchnienie nie było groźne, Helnir powinien przebiec przez nie, niemal go nie zauważając.

Jeszcze nim wnętrzności podeszły mu do gardła, zaskowyczał jak ranione zwierzę, gdy jego drobne, dziecięce ciało zwinęło się w ciasny supeł, przygięte do ziemi siłą, której nie potrafił przezwyciężyć. Potem krzyczeć nie był już w stanie - oddech uwiązł mu w gardle, a żołądek opróżnił się ze wszystkiego, co w nim zalegało: od spożytego nad ranem śniadania, przez kilka cudownie chrupiących, miodowych ciasteczek pani Tolje, które zjadł w drodze, aż po samą palącą żółć, gdy nie pozostało już nic więcej. Wymiotował i nie mógł przestać, krztusząc się za każdym razem, gdy tego próbował.

Przez cały czas słyszał głos, śpiew właściwie. Docierał on do niego już wcześniej, zanim w ogóle zbliżył się do utary, ale teraz, gdy spaczenie omywało go już niemal całego, melodia stała się boleśnie głośna. Drobnymi, po dziecięcemu pulchnymi jeszcze dłońmi zakrył wtedy uszy, kurczowo wciskając w nie piąstki, ale śpiew nie milkł. Niezrozumiałe słowa przepływały mu przez głowę, a każda nuta wprawiała go w niekontrolowane drżenie. W którejś chwili odniósł wrażenie, że coś z tego rozumie, zaczyna dostrzegać jakiś sens kolejnych zdań, odczucie to jednak szybko znikło, pozostawiając tylko ból i paniczny, niemożliwy do opanowania strach.

Z drogi powrotnej pozostały mu ledwie przebłyski. Wiedział, że w którymś momencie śpiew zaczął się oddalać, by wreszcie zupełnie zamilknąć. Pamiętał silne, wyraźnie spięte ramiona ojca, które podniosły go z ziemi i w objęciu których skulił się odruchowo, dygocząc i łkając. Jak przez mgłę wspominał niespokojny, ostry głos matki, gdy już w Chacie sprzeczała się o coś z ciocią Nires. Nie wiedział, ile czasu dochodził do siebie. Powiedziano mu, że dwa tygodnie, ale nie potrafił ich sobie przypomnieć. Na wiarę musiał przyjąć też zapewnienia rodziców, że mówił przez sen, mówił dużo i chaotycznie.

Zadrżał teraz, przeszedłszy przez to wszystko po raz kolejny. Jeszcze bardziej skulił się na skalnej półce i gdyby mógł, całkowicie zniknąłby pod ciężkim, ciepłym futrem. Najchętniej wcale nie wróciłby też do powoli budzącego się miasta.

Nikomu nie mówił o tym, co zmieniło się po tamtym wydarzeniu. Gdy wreszcie stanął na nogi, nie chciał przyznać, że nie do końca wszystko wróciło do normy. Niejednokrotnie wypytywany przez wiedzących, zapewniał, że jest już w porządku, że tak naprawdę niewiele z tamtego dnia pamięta. Pod czujnym spojrzeniem rodziców uśmiechał się szeroko i powtarzał, że cienie pod oczami to skutek koszmarów, ale zawsze wymyślał wtedy na poczekaniu coś odpowiednio przerażającego, byle tylko nie wspominać o rzeczywiście dręczących go obrazach. A kłamcą Helnir był dobrym. Umiał sprawić, by w jego głosie nie wybrzmiała mogąca wzbudzić podejrzliwość nuta fałszu.

Przez lata nic się nie zmieniło. Koszmary wracały regularnie lub zupełnie znienacka, po dłuższym czasie względnie spokojnych snów - a on nadal o nich nie mówił. W pewnej chwili właściwie się do nich przyzwyczaił, podobnie jak do chronicznego niewyspania. Ani senne obrazy, ani nawracające czasem nagłe ataki lęku nie przeszkodziły mu w rozwijaniu się i stawaniu coraz wprawniejszym wojownikiem i myśliwym. Bez większego trudu wypełniał oczekiwania stawiane synowi Eyrana, coraz rzadziej pytano go więc o samopoczucie. Helnir dorósł, dojrzał, a tamten feralny dzień niemal zupełnie przeszedł już do historii.

Problemem był tylko unarok, którego Thynler tak bardzo się bał.

Wiedział, że nie będzie mógł odwlekać rytuału w nieskończoność. Nie przyznał się do żadnych problemów pozostałych po zetknięciu z utarą na szlaku, jednak coraz trudniej przychodziło mu uzasadnianie wstrzymywania się z decyzją o podejściu do niego. Mimo tego zdecydował się czekać tak długo, jak tylko będzie mógł, woląc zmagać się z podejrzliwością i oskarżeniami o tchórzostwo, niż ponownie stawać przed spaczeniem.

Mógł jeszcze zostać valinn, wiecznym dzieckiem pozbawionym większości praw. Unarok nie był przymusem i, gdyby się uparł, mógłby otwarcie powiedzieć, że nie zamierza brać w nim udziału ani w tym roku, ani w żadnym kolejnym. Gdyby jednak to zrobił, stałby się niepełny, w jakiś sposób ułomny. Klan nadal dbałby o niego tak, jak o wszystkich małoletnich, Helnir przez resztę życia musiałby jednak liczyć się ze współczuciem ze strony pobratymców i metką odmieńca, którą z pewnością by mu przykleili. Tego rozwiązania młody Thynler mimo wszystko nie chciał brać pod uwagę, choć niejednokrotnie się nad nim zastanawiał.

Westchnął ciężko i przetarł twarz dłońmi. Nawet stąd czuł dalekie echo utary kotłującej się w Kręgu. Skrajna wrażliwość na spaczenie, która go charakteryzowała, była inna niż skyrmów, ale tak samo silna. Nie dawała mu możliwości używania go - tak sądził, bo nie próbował tego sprawdzić - ale sprawiała, że odkrywał jego obecność z bardzo, bardzo daleka. Czuł jego drgnienia, w mrowieniu palców odbierał zawirowania jego pływów.

I śpiew. Tam, gdzie wychwytywał obecność utary, słyszał też jej głos, tym silniejszy, im bliżej się znajdował.

Nim podniósł się wreszcie, słońce stało już wysoko. Poprawiając płaszcz, Helnir z ponurą rezygnacją spojrzał na majaczącą za miastem sylwetkę Kręgu. Pierścień monolitu stał nieruchomo jak zawsze, złudnie spokojny w porównaniu do tego, jaki był w rzeczywistości. Thynler nie widział, co dzieje się we wnętrzu Kręgu, podobnie jak nie widzieli tego inni bjortari, ale na podstawie opowieści wysłuchanych przy ogniskach skyrmów chyba umiał to sobie wyobrazić. Utara była jak wzburzone morze, ostatnimi laty coraz bliższe sztormowemu.

Wrócił do miasta zmęczony i przekonany, że nie chce przystępować do unaroku. Decyzja została jednak podjęta, a on mimo wszystko nie zamierzał jej w ostatniej chwili zmieniać. Przejdzie przez rytuał tak, jak inni tegoroczni kandydaci, niezależnie od tego, z czym miałoby się to dla niego wiązać.

***

Gdy Helnir dotarł do Kręgu, pozostali już tam byli. Poza nim do rytuału miała przystąpić jeszcze trójka młodych bjortari i Thynler, zbliżając się do nich, z trudem powstrzymał skrzywienie. Teraz, gdy miał stanąć obok nich, różnica wieku stanie się tym bardziej widoczna i wszyscy uzmysłowią sobie, jak bardzo spóźniony jest unarok Helnira. Mało które dziecko przechodziło go później niż w wieku szesnastu, siedemnastu lat, a młody Thynler miał już przecież za sobą pełne dziewiętnaście wiosen.

- Jednak się zdecydowałeś, co?

Helnir starał się ignorować rzucane mu spojrzenia, ale mógł się spodziewać, że jego udział stanie się atrakcją także dla pozostałych uczestników ceremonii. Gdy tylko dołączył do grupy, Olle Irgot, wysoki, choć trochę zbyt wychudzony siedemnastolatek z Klanu Skivy, obrzucił przybyłego zaciekawionym spojrzeniem.

- Kiedyś w końcu było trzeba - mruknął Helnir i wzruszył lekko ramionami. Wcale nie był tak spokojny. Żołądek już w mieście ścisnął mu się w ciasny supeł, a serce zaczęło bić szybko i nieregularnie. No i śpiew. Teraz, tak blisko Kręgu, trudno było mu skupić się na czymkolwiek innym. Utara zawodziła, wbijała mu się w głowę niczym długie, stosowane przez hadharskich uzdrowicieli igły.

Helnir zacisnął dłonie w pięści, by nie było widać, jak drżą.

Korzystając z chwili, podczas której grupa bacznie mu się przyglądała, również pozwolił sobie na uważne zlustrowanie każdego z trójki. Spośród nich znał tylko Ollego, którego zdarzyło mu się kiedyś instruować podczas wspólnych klanowych ćwiczeń w Lokityrze przy okazji któregoś z minionych Vilmeti. Pozostała dwójka była mu zupełnie obca.

Hedsein Loddaskr, jak przedstawił go Olle, miał szesnaście lat i reprezentował Klan Fjalloga. Niezbyt wysoki i odrobinę zbyt krągły jak na oczekiwania bjortari wobec przyszłych wojowników, spośród całej czwórki był najbardziej podekscytowany nadchodzącym rytuałem. Gdy zaczęli wymieniać pierwsze wrażenia i opinie na temat przebiegu unaroku, Hedseinowi usta niemal się nie zamykały. Obok znanych powszechnie faktów wysuwał przy tym teorie tyleż samo niestworzone, co zwyczajnie śmieszne - jak choćby to, że będą musieli rozebrać się do naga i zatańczyć przy ogniu utary - które, choć Loddaskr mówił o nich śmiertelnie poważnie, bardzo szybko i skutecznie rozładowały atmosferę. Nawet Helnir złapał się na parskaniu na kolejne z pytań Hedseina. Nie wiedział, kto naopowiadał chłopakowi tych bzdur i jakim cudem Loddaskr aż dotąd ich nie zweryfikował, ale w tej chwili był za nie wdzięczny.

Ana Varrthasir była z kolei skrajnym przeciwieństwem Hedseina. Mówiła mało, cicho i zazwyczaj tylko wtedy, gdy zapytano ją o coś bezpośrednio. Swym towarzyszom przyglądała się nieufnie, nie wyrażając większych chęci do integrowania się. Podobnie jak Loddaskr miała szesnaście lat, a to, że pochodziła z Tameru, w dużym stopniu czyniło z niej atrakcję jeszcze większą niż z Helnira. Wszyscy byli ciekawi, co popchnęło Jariza do wysłania Any na wspólny unarok, dziewczyna jednak nie wyglądała na skorą do zwierzeń. Helnir poprzestał więc na obserwacji, poświęcając jej więcej uwagi niż pozostałym. Samo zaciekawienie egzotyczną towarzyszką było przy tym wygodnym argumentem, by poprzyglądać się ładnej dziewczynie. Ana przykuwała wzrok swą karmelową karnacją i ostrymi, drapieżnymi rysami, bystrym spojrzeniem i nieznacznym grymasem gorzkiego rozbawienia błąkającym się jej na ustach. Zachwycała głęboka czerń jej spiętych teraz w ciasny warkocz włosów oraz staranność rozmieszczenia w nim ozdób w postaci barwnych piór egzotycznego ptactwa, różnokolorowych koralików i kremowych kostek małej zwierzyny. Sama Varrthasir wyraźnie zdawała sobie sprawę ze swoich atutów - zawieszony na rzemieniu fragment poroża hangtyrana zbyt dobrze układał się w dekolcie, a ciepły szal okrywający dziewczęce ramiona zsuwał się w zbyt wystudiowany sposób, by mogło to być przypadkowe.

Helnir westchnął cicho i zmusił się do odwrócenia wzroku.

Tymczasem przy Kręgu zaczęło gromadzić się coraz więcej świadków. Szczególnie zainteresowani przebiegiem rytuału byli przede wszystkim bjortari z klanów młodych, ich rodziny i znajomi, tak naprawdę jednak mało kto przegapiał okazję do obserwowania, jak radzą sobie nastolatkowie. Wspólne klanowe unaroki przyciągały wojowników i myśliwych, wiedzących i heidrów, w efekcie stając się doskonałą okazją dla młodego bjortari do pokazania się z jak najlepszej strony. Jeśli nastolatek rozważał zmianę klanu, to właśnie przy okazji łączonego rytuału miał największe szanse dostać zaproszenie od któregoś z heidrów. Podobnie, jeśli liczył na możliwość szkolenia się pod okiem najwybitniejszych wojowników czy łowców - im lepiej poradził sobie z próbami, tym większe miał szanse na wpadnięcie w oko wybranemu mentorowi. Nawet Insorv, Pierwsi, przywiązywali szczególną wagę do unaroków - choć rytuały nie świadczyły tak naprawdę o umiejętnościach bjortari, sprawdzały ich wytrzymałość, tak fizyczną, jak i psychiczną, które dla najznamienitszych wojów klanowych były równie istotne, jak określone zdolności.

Młody Thynler spojrzał po swych towarzyszach i zdusił westchnięcie. Cała trójka zamierzała skorzystać z tej okazji i zaprezentować się jak najlepiej. On chciał po prostu rytuał przeżyć.

Helnir dobrze wiedział, że podobnie jak rodziny jego towarzyszy, tak i jego własna jest obecna w tłumie. Nie musiał się zresztą szczególnie starać, by ich zauważyć - gdy grupa obserwujących rozrosła się do kilku rzędów gapiów, najbliżsi uczestniczących nastolatków naturalnie zyskali możliwość zajęcia miejsc na samym przedzie. Thynler bez trudu dostrzegł więc ojca i matkę, ciotkę Nires z małym Hamarrem i Iralti przytuloną do nogi Eyrana. Za ich plecami zebrali się pozostali z klanu, którzy chcieli być świadkami jego prób. Był więc Arkvali, który, widząc, że spoczęło na nim spojrzenie Helnira, wyszczerzył się do niego w szerokim uśmiechu; była Eyjagrani, uśmiechająca się do niego pokrzepiająco i kuzyn Brag, który zdecydował się dotrzymać towarzystwa przyjaciołom Helnira.

Thynler odetchnął cicho i odwrócił wzrok. Wiedział, że znajomych było więcej. Być może przyszli Regwald z Vinniret, svadunar Thekkira. Gdyby się postarał, pewnie dostrzegłby w tłumie kogoś z Insorv Klanu Gharra. Każdy, kto nie miał teraz innych zajęć, przyszedł popatrzeć, jak zaprezentuje się on, Helnir Thynler, potomek dumnego Eyrana.

Po raz ostatni prześlizgując się wzrokiem po tłumie, dostrzegł pozostałych heidrów, rozluźnionych jeszcze i rozmawiających między sobą. Loddreg Gjall rzucił coś do Ofnira Andsagi, na co ten wybuchnął rubasznym śmiechem. Girnir dyskutował półgłosem z Fimem, przy czym ich rozmowę w dużym stopniu zagłuszał szmer głosów zebranych bjortari. Ynn Thollbord pogrążona była w rozmowie z Siggrą Kolaganatr, a do ich dyskusji co jakiś czas dołączali się również stojący obok Marrylf i Eyran.

Gwar ucichł nagle, obwieszczając przybycie Ihrled Heidveurr, Głosu Klanu Gharra.

Pierwsza spośród skyrmów szła powoli przez rozstępujący się z szacunkiem tłum. Rozglądając się, pozdrawiała ciepłym uśmiechem i łagodnymi skinieniami głowy mijanych. Niezależnie od tego, jaką pozycję w klanie przyszło jej zajmować, Ihrled zawsze była ciepła, pełna empatii i zrozumienia. Podejmując się prowadzenia wiedzących, nie zmieniła się. Dla niej zostanie Głosem było nobilitacją, ale przede wszystkim oznaką zaufania klanu, którego nie chciała zawieść. Teraz, gdy szła przez tłum, wciąż bliżej jej było do troskliwej strażniczki domowego ogniska niż kogoś, kto jednym gestem i jednym słowem mógł pozbawić życia wszystkich zgromadzonych - a Ihrled przecież potrafiłaby to zrobić.

Tuż za Głosem podążała jej córka, Atalia. To właśnie ją, swą potomkinię, Ihrled widziała w roli następczyni. Pozycja pierwszej wśród skyrmów oficjalnie nie była dziedziczna, mimo tego przekazywanie jej po linii było praktykowane często. Jeśli tylko Głos miał dziecko nadające się do tej roli i klan był w stanie zaufać mu tak, jak wcześniej rodzicowi, pozycja przewodnika duchowego mogła pozostać w rodzinie. Atalię wszyscy lubili i szanowali, jej przyszłość jako Głosu była więc niemal pewna. Nikt wprawdzie nie spodziewał się, by przekazanie pozycji miało nastąpić w najbliższym czasie - Ihrled miała za sobą sto dwie wiosny, co sprawiało, że równie dobrze jeszcze przez dwie, trzy dekady mogła skutecznie prowadzić skyrmów - mimo tego przyjęło się, by następca wyznaczany był wcześnie. Świadom stawianych mu oczekiwań, miał czas, by odpowiednio się do nich przygotować.

Obserwująca przejście matki i siostry Eyjagrani westchnęła cicho.

- Nadal robi wrażenie, co? - mruknęła cicho stojąca obok Diqna. Eyja była w dużym stopniu odbiciem starszej siostry - obie były tak samo wysokie, w ich ruchach dostrzegało się tę samą grację. Włosy Diqny były może jaśniejsze niż te mysioszare Eyjagrani, jednak zarówno rysy twarzy, jak i bystre spojrzenie tak samo błękitnych oczu oraz sposób mówienia aż nadto wyraźnie świadczyły o pokrewieństwie. Czasem śmiano się, że vartahel jest tak naprawdę spóźnioną bliźniaczką swej starszej siostry, Eyja zwykła jednak uważać, że to gruba przesada. Ostatecznie była przecież bardziej rozrywkowa i mniej sztywna niż do bólu profesjonalna Diqna, a i w walce - była tego pewna - również okazałaby się lepsza. Zdecydowanie nie były więc aż tak podobne.

Teraz jednak obie przywołały to samo wspomnienie. Były małe - Diqna miała dziesięć lat, a Eyja nieco ponad trzy - gdy po raz pierwszy ujrzały Ihrled w rytualnych szatach, rozpalającą ogień utary i swą krwią kupującą wsparcie thynów. Stały wtedy u boku ojca, myśliwego przybyłego przed laty z Urkari i jak zaczarowane wpatrywały się w matkę, próbując między nogami zebranych bjortari dostrzec jak najwięcej. Dla jednej i drugiej otwierająca Vilmeti Ihrled była wtedy zachwycająca. Wysoka, dumnie wyprostowana, z burzą złotych włosów splecioną w misterny, zdobiony warkocz, bez lęku stanęła przed przywołanym spaczeniem i jednym płynnym ruchem rozcięła dłoń rytualnym nożem. Powłóczyste, proste szaty wiedzącej łopotały na wiejącym wtedy wietrze, sprawiając wrażenie rozkładających się skrzydeł, dzięki którym kobieta mogłaby w każdej chwili wzbić się w powietrze i zatoczyć koło nad zgromadzonymi. Ostre rysy twarzy rytualistki, odziedziczone potem przez jej córki, podkreślał wymalowany błękitnym barwnikiem vegdr, tak dziwnie wyglądający na twarzy skyrmy.

Eyjagrani westchnęła cicho po raz kolejny.

- Robi jak cholera - przyznała z rozbrajająco szczerym zachwytem, śledząc matkę wzrokiem.

Teraz Ihrled była starsza. Jej skóra straciła na jędrności, a wśród złotych włosów powoli zaczynały pojawiać się pierwsze siwe pasma. W spojrzeniu zagościła mądrość budowana przez kolejne dekady i cień będący naturalnym skutkiem kolejnych, nierzadko trudnych doświadczeń. Głos wciąż jednak miała w oczach ten sam ogień, a w ruchach tę samą energię, które Eyjagrani pamiętała ze swego dzieciństwa. Szła tak samo prężnie i pewnie, a plecy wciąż miała doskonale proste, nieprzygniecione jeszcze ciężarem wieku.

Spoglądając na podążającą za nią Atalię, łatwo było dostrzec łączące je podobieństwo. Drobna blondyneczka, sprawiająca wrażenie niemal tonącej w rytualnych szatach, za kilka lat miała przykuwać spojrzenia tak samo, jak czyniła to Ihrled.

Tymczasem rytualistki dotarły do Kręgu. Czwórka nastolatków już kilka chwil temu przerwała rozmowy, z pełnym napięcia oczekiwaniem spoglądając w stronę kobiet. Rytuał dojrzałości prowadzony przez Głos nie był czymś zwyczajnym. Pierwsi spośród wiedzących rzadko kiedy się nim zajmowali, w większości przypadków przekazując go w ręce innych skyrmów. Teraz jednak unarok odbywał się podczas Vilmeti i był wspólny dla wszystkich klanów, a to nadawało mu specjalną rangę.

Ihrled uśmiechnęła się do nich łagodnie, a Helnir Thynler westchnął bezgłośnie. Ze wszystkich kandydatów do unaroku on najlepiej znał rytualistki mające poprowadzić ceremonię, ale nie uważał, by dawało mu to jakąkolwiek przewagę. Nie mógł opędzić się od wrażenia, że jego uczestnictwo będzie błędem. Intuicja ostrzegała go, że zrobi z siebie przedstawienie, bynajmniej jednak nie w tym pożądanym znaczeniu. Z drugiej strony, jeśli nie przeżyje rytuału, przynajmniej będzie miał dobrą śmierć. Nie tak dobrą, jak w walce, ale jeśli zginie od utary w obecności tylu świadków, też nie będzie miał na co narzekać.

Chociaż wtedy raczej byłoby mu już wszystko jedno.

Z wysiłkiem odpędził podobne myśli, skupiając się na bieżących wydarzeniach. Wiedział, że Ihrled przyglądała się im wszystkim przez chwilę - kolejno Anie, Ollemu, Hedseinowi i jemu - wreszcie dając znak, by usiedli. Towarzysząca Głosowi Atalia w międzyczasie rozpostarła na ziemi grubą skórę, na której teraz zajęli miejsca, siadając w tworzonym wspólnie z rytualistkami kręgu.

Helnir wiedział, z czym po kolei będą musieli się mierzyć.

Ihrled spytała ich najpierw o gotowość i uraczyła kolejnym pokrzepiającym uśmiechem. Unarok nie był pompatyczny, a cała ceremonialna przemowa prowadzącego rytuał wiedzącego ograniczała się zawsze do krótkiego zaznaczenia tylko, jak bardzo symboliczne były wszystkie próby. To, że młody bjortari je przeszedł, tak naprawdę nie było jednoznaczne z jego dorosłością, podobnie jak niepowodzenie w unaroku nie znaczyło, że człowiek jest jeszcze dzieckiem. Rytualne wyzwania były trudne, ale tak naprawdę nie stanowiły zadań, do których dało się przygotować. To, co rzeczywiście się liczyło i świadczyło o dojrzałości młodych, to ich własna świadomość, rozsądek oraz umiejętność odpowiedniej oceny własnych możliwości.

Głos nie kazała młodym czekać zbyt długo. Biorąc z rąk Atalii pękatą sakwę, ułożyła ją w środku utworzonego kręgu i rozsznurowała. Ana zmarszczyła lekko nos, gdy owionęła ich ostra woń ziół i owoców.

- Drogi Euxaniru są zdradliwe - powiedziała Ihrled, spoglądając kolejno na każdego z nastolatków. - Mamią zmysły i korzystają z każdej chwili nieuwagi. Pokonując Ścieżki, uczyliście się rozumieć to, co widzicie i mierzyć własne siły na zamiary, to jednak nie uchroni was przed zmęczeniem. Euxanir jest cierpliwy. Czeka, a wy kiedyś ugniecie się przed nim. Będziecie niewyspani, głodni i spragnieni. W końcu popełnicie błąd. Chciałabym, byście jego skutki poznali już teraz. - Wiedząca zanurzyła dłoń w sakwie, wyciągając z niej pierwszą z roślin. Gruby, mięsisty liść nie wyglądał na niebezpieczny. Ciemna zieleń była zbyt soczysta i żywa jak na surowe warunku pasm euxanirskich. Ihrled obróciła go w dłoniach, przyglądając mu się przez chwilę z namysłem.

Młodzi bjortari wymienili spojrzenia, spragnieni zapewnienia, że wszystko będzie dobrze. Świadomość, że wiedząca nie pozwoli, by stała im się krzywda, nie uspokajała tak, jak powinna. Nastolatkowie bali się i w tej chwili żadne z nich nie próbowało już ukrywać swoich obaw.

Ihrled podzieliła liść na cztery równe, małe kawałki, które potem wręczyła kolejno Ollemu, Hedseinowi, Helnirowi i Anie.

- Włóżcie je pod język - poinstruowała. Klęcząca za matką Atalia ze spokojem obserwowała nastolatków, niepewnie przyjmujących porcje rośliny i przyglądających się im nieufnie.

Olle zdecydował się jako pierwszy. Jeszcze przez chwilę studiując swoją cząstkę liścia, ostatecznie z cichym westchnieniem wsunął ją pod język, krzywiąc się lekko, gdy gorycz soków podrażniła jego kubki smakowe. Zaraz po nim to samo uczyniła Ana, Hedsein oraz, na końcu, Helnir. Potem, ocierając dłonie z lepkiego soku, młodzi spojrzeli na Ihrled pytająco. Ta lekko skinęła głową.

- Teraz zaczekamy - stwierdziła po prostu, milknąc.

Młodzi bjortari siedzieli w ciszy, im dłużej jednak trwało oczekiwanie, tym więcej rozmów zaczęło rozlegać się dookoła. Początkowo ostrożne szepty wkrótce przerodziły się w pełnoprawne dyskusje. Pierwsze próby zawsze były czasochłonne, ludzie gór szukali więc sobie rozrywek.

Mięsisty liść nie był jedynym, którego mieli próbować. Zwieszając głowę, Helnir w zamyśleniu pogładził materiał spodni i spróbował przypomnieć sobie, jakie rośliny przeznaczone były na próby rytuału dojrzałości. Thynler nie znał się szczególnie na zielarstwie, niektóre nazwy znane były jednak - a przynajmniej powinny być - wszystkim bjortari. Chłopak bez trudu przywołał więc z pamięci kolejne rośliny, które, nieopatrznie spożyte, wywoływały szereg dolegliwości, od biegunki i wymiotów, przez swędzącą wysypkę, aż po drgawki i duszności, nierzadko przyczyniając się do śmierci nieostrożnego podróżnika. Podczas prób unaroku nikt nie pozwalał, by młodzi rozstali się z życiem, prowadzący rytuał wiedzący zawsze czekał jednak na pojawienie się wszystkich objawów, dopiero wtedy podając dzieciom odtrutkę.

Jako pierwsza zareagowała Ana. Choć dziewczyna nie skarżyła się, widać było, w którym momencie soki szemlaka grubolistnego zaczęły działać. Nawet karmelowa cera Tamerki nie ukryła nagłej bladości, którą okryła się nastolatka. Krople zimnego potu wystąpiły jej na skórę, a ona sama zaczęła oddychać płycej i bardziej gwałtownie. Dziewczyna wbiła palce w materiał spodni i zacisnęła na nim dłonie kurczowo. Ihrled obserwowała Tamerkę ze spokojem, dając znak pomagającej jej Atalii dopiero wtedy, gdy w oczach Any pojawiła się panika. Varrthasir łapała powietrze spazmatycznie i strzelała spojrzeniem na boki jak spłoszone zwierzę, próbując się podnieść. Gdy nie starczyło jej na to sił, z gardła dziewczyny dobył się urywany szloch. Na znak Głosu Atalia podsunęła Anie do ust czarkę z odtrutką. Tamerka wypiła ziołowy wywar łapczywie, desperacko zaciskając palce na trzymających naczynie dłoniach młodej wiedzącej.

Kolejny był Hedsein. Zaczął dyszeć ciężko, jeszcze zanim podano odtrutkę Varrthasir, w ciągu kilku kolejnych chwil coraz szybciej i bardziej nierównomiernie łapiąc kolejne oddechy. Podobnie jak Ana, on także się bał, w końcu wyciągając ku Ihrled ręce w żałosnym, błagalnym geście. Głos obserwowała chłopca, by w odpowiednim momencie dać niemy znak córce. Atalia podsunęła naczynie Hedseinowi, a ten upił kilka dużych łyków, zachłystując się jednym z nich i rozkasłując.

Olle i Helnir spoglądali po sobie z coraz większym niepokojem. Thynler czuł pot występujący mu na czoło, ale nie był pewien, czy wynika on już z faktycznie działającej trucizny, czy po prostu z obserwowania dolegliwości pozostałej dwójki. Podobną niepewność dostrzegł w spojrzeniu Ollego. Przez cały ten czas na młodych spoczywały również spojrzenia zebranych dookoła bjortari. Toczone w międzyczasie rozmowy umilkły, gdy Ana zaczęła manifestować objawy zatrucia. Członkowie klanów w spokojnym milczeniu obserwowali reakcje nastolatków, choć w niektórych spojrzeniach - szczególnie członków rodzin i bliskich młodych uczestniczących w rytuale - widać było pełne napięcia oczekiwanie.

Olle i Helnir odczuli działanie szemlaka niemal w tym samym momencie, po nieco ponad dwudziestu minutach od spożycia go. Szesnastolatek z Klanu Skivy złapał się nagle za gardło, drapiąc je desperacko. Krztusząc się i spazmatycznie łapiąc powietrze, zaczerwienił się niezdrowo, a z oczu popłynęły mu łzy. Gdy Olle zaczął zmagać się z dusznością, również Thynler uświadomił sobie, z jak wielkim trudem przychodzi mu chwytanie kolejnych oddechów. Wbijając dłonie w skórę, na której zasiadali, rzężąc, walczył o łyki powietrza. Pole widzenia szybko zawęziło mu się, a w oczach zatańczyły mroczki, gdy niedotlenienie coraz silniej dawało o sobie znać.

Wrażenie surowego drewna, przytkniętego mu do warg, było dla Helnira czystą abstrakcją, mimo tego instynkt kazał mu pociągnąć solidny łyk, a po nim kolejny i jeszcze jeden. Jak przez mgłę widział smukłe dłonie Atalii podtrzymujące miskę z odtrutką, a dalej Ihrled przyglądającą mu się ze spokojem. Ana i Hedsein doszli już do siebie i spoglądali teraz na przemian to na niego, to na Ollego.

Antidotum działało szybko. Potrzeba było ledwie kilku chwil, by powietrze znowu zaczęło przepływać do płuc swobodnie i kilku kolejnych, by znikł niezdrowy rumieniec rozlewający się po policzkach.

Helnir odetchnął bardzo powoli, zerkając na swych towarzyszy. Pyzaty Hedsein uśmiechnął się blado. Pierwszy test mieli za sobą.

Po szemlaku grubolistnym przyszła kolej na aryżkę, potem mogilnik i zieleniec, jeszcze później zaś jagody - białe, żółte i czarne, różne odmiany spotykane powszechnie na terenie Euxaniru - oraz owoce do złudzenia przypominające małe, soczyście zielone jabłuszka, o których Helnir wiedział, że szczególnie obficie występują w pobliżu rzeki Gjollev. Za każdym razem przebieg był podobny - po dłuższym lub krótszym oczekiwaniu któreś z czwórki jako pierwsze zaczynało odczuwać działanie trucizny, krztusząc się, oblewając potem, tracąc koordynację ruchów, wymiotując gwałtownie lub obsypując krostami. Tę ostatnią szczególnie dotkliwie odczuł Olle, który po zjedzeniu swojej porcji malutkich, szarawych owoców mroźnej jagody niemal do krwi podrapał sobie ręce. Za każdym razem Ihrled wstrzymywała się z podaniem odtrutki, pozwalając, by nieprzyjemne dolegliwości męczyły ich przez chwilę i utrwalały się wśród ich wspomnień jako ostrzeżenie na przyszłość.

Po roślinach przyszła kolej na wodę. Skórzany baniak, który Atalia wydobyła z większej torby i podała Ihrled był jednym z tych, jakie klanowi myśliwi zabierali ze sobą, ruszając na łowy. Nie nosił żadnych oznaczeń mających ostrzegać, co jest w środku, choć zdaniem Helnira powinien. W obleczonym skórą pęcherzu znajdowała się zła woda - taka, której nie wolno było pić. Wystarczyło parę łyków, by ciało zaczęło się buntować. Nikt nie wiedział, czemu właściwie tak się dzieje, mówiło się jednak, że to bliskość śmierci tak na nią wpływała - bardzo często obok zdradliwych źródeł znajdywano liczną padlinę lub niefortunnych podróżnych, którym góry odebrały życie. Kolejna próba unaroku miała uczulić bjortari na staranne wybieranie źródeł do picia.

Gdy przyszła jego kolej, Helnir powoli upił łyk z podsuniętego mu worka, smakując wodę ostrożnie. Nie było w niej nic, co mogłoby zwracać uwagę. Była nieco mętna, a w smaku odrobinę bardziej mdła niż w przypadku górskich strumieni, tak jednak się zdarzało - wystarczyło zaczerpnąć z nieco bardziej zamulonego, stojącego źródełka, by woda smakowała inaczej. Nikt jednak nie wątpił, że Ihrled nie nabrała wody z pierwszego z brzegu jeziorka. To, co pili, musiało być złą wodą.

Minął kwadrans, potem kolejny, wybiła wreszcie pierwsza godzina, a żadne z młodych bjortari nie zaczęło czuć się źle. Spoglądając po sobie niepewnie, nastolatkowie zaczęli się wahać. Ana wzruszyła lekko ramionami, Hedsein rozparł się wygodniej na skórach. Spoglądająca na nich Ihrled uśmiechnęła się przelotnie. Ta próba unaroku była szczególnie długa i łatwo usypiała czujność. Dzieciaki zaczęły wierzyć, że tym razem może nic im nie zaszkodzi, Głos jednak wiedziała, że prędko się rozczarują. Zła woda nie działała od razu, gdy jednak już to robiła, było to co najmniej nieprzyjemne.

Nikt nie zwrócił uwagi na drobny ruch smukłych dłoni Ihrled, delikatną zmianę ułożenia palców oraz cienką smużkę spływającej z nich utary. Pasmo szarej mgiełki rozproszyło się niemal od razu po pojawieniu się, Głos wiedziała jednak, że zrobiło swoje.

W normalnych okolicznościach zła woda potrzebowałaby minimum sześciu, siedmiu godzin, jeśli nie całej doby, by u nastolatków zaczęły występować pierwsze objawy jej spożycia. Podczas unaroku nie mieli jednak tyle czasu. Delikatne drgnienie utary, szczególnie w pobliżu Kręgów, przy których odbywały się rytuały dojrzałości, zaginało upływ czasu, przyspieszając rozwój dolegliwości. Wstrzymując się z przywołaniem spaczenia, wiedzący pozwalali, by w młodych bjortari zaczęło kiełkować zwątpienie. Późniejsze wrażenia utrwalały się tym lepiej, im bardziej nastolatkowie zdążyli najpierw uwierzyć we własne siły.

Dolegliwości pojawiły się u całej czwórki niemal w tym samym czasie. Ana chwyciła się nagle za brzuch i zwinęła gwałtownie. Olle sapnął cicho, w kolejnej chwili wymiotując spazmatycznie. Helnir zadrżał, gdy na skórę po raz wtóry wystąpił zimny pot, a ciało w ciągu kilku chwil zapłonęło gorączką. Kuląc się, gdy wnętrzności skręciły mu się w nagłym skurczu, zdołał jedynie odczołgać się kawałek, by zwrócić śniadanie nieco dalej od zajmowanego miejsca. Hedsein przyglądał mu się przez moment z narastającym przerażeniem, w kolejnej chwili samemu zwijając się w krwawych konwulsjach. Gdy uniósł się na czworaka, by również choć odrobinę odsunąć się od pozostałych, na jego spodniach dało się dostrzec wyraźną, świeżą plamę - nie tylko żołądek zaczął mu się gwałtownie opróżniać.

Stojący najbliżej młodych bjortari zaczęli krzywić się wyraźnie, tyleż samo z żalu nad cierpiącymi w tej chwili nastolatkami, co wskutek ostrej, nieprzyjemnej woni. Niektórzy cofnęli się dyskretnie o krok czy dwa, przysłaniając nosy fragmentami płaszczy, inni zdecydowali się na kilka chwil zupełnie oddalić od zgromadzenia i poza nim przeczekać tę część prób.

Nozdrza Atalii drgnęły nieznacznie, a na znak Ihrled dziewczyna bez wahania zbliżyła się do poddawanych próbom, najpierw muskając ich delikatnie utarą, by wyciszyć gwałtowne reakcje, a potem pojąc gorzkim wywarem z ziół. Zatrucie złą wodą było znacznie bardziej zdradliwe niż to wywołane spotykanymi na szlaku roślinami, a wynikające z niego dolegliwości potrafiły rozwijać się jeszcze przez wiele kolejnych dni. Wiedzące nie zamierzały pozwolić, by coś podobnego przydarzyło się uczestniczącym w unaroku dzieciakom.

Ihrled nie spieszyła się z rozpoczęciem kolejnej próby, dając nastolatkom czas, by doszli do siebie. Ana przez dłuższą chwilę siedziała z ponuro zwieszoną głową, kurczowo zaciskając zęby, jakby bała się, że dolegliwości wrócą. Hedsein pospiesznie przetarł bladą twarz i z niesmakiem przyjrzał się najpierw samemu sobie, a potem pobojowisku, jakie pozostawili. Nikt miał go nie sprzątać, reszta prób miała się odbyć w takich warunkach, jakie powstały po próbie złej wody. Szesnastolatek z Klanu Fjalloga skrzywił się i odwrócił wzrok. Olle jeszcze przez chwilę pozostawał z dala od pozostałych, spluwając gorzką śliną. Zaczepiony przez Atalię bez wahania poprosił o wodę - dla odmiany czystą i świeżą - którą młoda wiedząca bez zwłoki mu podała.

Kolejna próba rozpoczęła się dopiero wtedy, gdy cała czwórka jednogłośnie stwierdziła, że jest już na nią gotowa.

Gdy rytualistki ułożyły w środku tworzonego przez młodych pierścienia małe palenisko, w tłumie obserwujących rozległy się znaczące szepty i tłumione śmiechy. Sam unarok był poważną ceremonią, co do tego nie było żadnych wątpliwości, mimo tego próba dymów zawsze budziła powszechną uciechę. Helnir słyszał, jak Loddreg Gjall huknął coś tubalnie do jego ojca, na co Eyran zaśmiał się gromko, a Marrylf pokręciła głową z pobłażliwym uśmiechem. Gdy spojrzał na Eyjagrani i Arkvaliego, ci wyszczerzyli się do niego z aż nadto wyraźnym rozbawieniem i nawet stojąca obok siostry Diqna, zazwyczaj do bólu poważna, nie była w stanie powstrzymać leniwego uśmiechu.

Młody Thynler westchnął cicho i nieznacznie pokręcił głową. To doprawdy żałosne, by dorośli, odpowiedzialni ludzie reagowali tak na najmniejszą wzmiankę o narkotyzujących ziołach.

Nad przygotowanym paleniskiem Atalia rozstawiła proste rusztowanie, na którym zaczepiona była z kolei niezbyt duża, okrągła metalowa płytka. Jeszcze przed rozpaleniem ognia Ihrled wysypała na nią garść suszonych roślin z niewielkiego woreczka, jednego z wielu, jakie musiały mieścić się w pojemnej torbie wiedzącej. Nikt poza rytualistami nie wiedział, co dokładnie wchodzi w skład mieszanki. Niektórzy próbowali zgadywać, wskazując na przykład na kwiaty bielicy, listki błękitnego mchu, kapelusz świtnika czy żywicę z czarnego iglika - zapytani kapłani za każdym razem jednak tylko się uśmiechali.

W efekcie jedyne, co było powszechnie wiadome, to działanie drobnego, sypkiego proszku - palony niespiesznie wydzielał smugi wonnego, gęstego dymu, który mamił ludzkie zmysły.

Gdy wszystko było gotowe, nastolatkowie rozsiedli się wygodniej, a Atalia skrzesała ogień na palenisku. Potrzeba było ledwie chwili, by metalowa płytka, na którą wysypane zostały zioła, rozgrzała się, a nad suszem zaczęły snuć się pierwsze szare smużki.

Helnir uśmiechnął się przelotnie pod nosem. Nie zapomniał o swych lękach, co więcej, był boleśnie świadom, że próba utary jest już tą kolejną, wciąż był jednak ciekaw. Jak każdy dorastający bjortari zdążył nasłuchać się historii o niestworzonych obrazach, jakie objawiały się upojonym dymami ludziom, dziwnych wizjach i olśnieniach, jakich doświadczali. Gdy więc wznoszący się nad paleniskiem dym zasnuł je już niemal całe i zaczął rozpełzać się pasmami na boki, Helnir ochoczo pochylił się ku niemu, głęboko wciągając go w nozdrza. Kątem oka widział, że podobnie postąpili jego towarzysze, bez wahania zbliżając się do ognia.

Ihrled przyglądała się temu z rozbawieniem, podobnie jak zebrani wokół bjortari. Od początków unaroku próba narkotyczna cieszyła się największą popularnością i to do niej młodzi podchodzili z największym entuzjazmem. Choć stan wywołanej dymami nieświadomości, specyficznego zawieszenia między jawą a snem, potrafił być nie mniej niebezpieczny niż zatrucia wywoływane przy wcześniejszych próbach, mało kto rzeczywiście to sobie uzmysławiał. Wielu starszych gderało na młodzieńczą głupotę, brawurę i naiwność, sugerując wręcz, że każdy, kto zbyt radośnie podchodzi do próby dymów, powinien być z miejsca wykluczany z unaroku i traktowany nadal jak dziecko, ale Głos daleka była od tak surowych opinii. Gdyby chcieć w ten sposób oceniać młodych bjortari, należałoby odpowiednio skarcić także wszystkich pozostałych, którzy, choć starsi o kilka dekad, dojrzalsi i bardziej doświadczeni, wciąż entuzjastycznie reagowali na użycie narkotycznych ziół. Heidveurr uważała jednak, że wszystko jest dla ludzi, a zakazy rzadko kiedy zdają egzamin. Stan, w jaki wprowadzały dymy, był atrakcyjny i ciekawił. Ganienie bjortari tylko za to, że tego zaciekawienia nie kryją, byłoby innym rodzajem niedojrzałości, którego Ihrled nie popierała.

Gdy ziołowy dym zaczął działać, nastolatkowie wyraźnie się odprężyli. Zmęczeni poprzednimi próbami teraz zaczęli się rozluźniać. Oddychali spokojniej, zwolniły także ich serca. Ana westchnęła cicho, przymykając oczy i zwieszając głowę. Zaraz po niej, instynktownie, podobne pozycje przyjęli trzej chłopcy - krzyżując nogi lub klęcząc przy ogniu, zwijali się nieco, przyjmując jak najwygodniejsze pozycje. Opuszczając powieki, pozwolili, by wonne dymy pozbawiły ich lęków i zobojętniły na wszystko, co dzieje się wokół.

Zmiana przychodziła gwałtownie. Hedsein Loddaskr nagle uniósł głowę, strzelając na boki spłoszonym, nieobecnym spojrzeniem szeroko otwartych oczu. Pyzate policzki chłopaka ponownie pobladły, a on sam jęknął cicho, gwałtownie rzucając się do tyłu i odczołgując przed czymś, czego nikt poza nim nie widział. Po początkowym odprężeniu na wierzch wychodziły często wewnętrzne lęki, którym wyobraźnia zaczynała nadawać określone kształty. Spoglądając z uwagą na Hedseina, Ihrled wiedziała, że właśnie to działo się teraz z chłopcem.

Nic takiego nie dotyczyło natomiast Tamerki. Dziewczyna w pewnej chwili uśmiechnęła się półgębkiem i położyła na skórach, przeciągając leniwie. Okrywający jej ramiona szal, który nastolatka poprawiała dotąd co chwila, teraz ostatecznie zsunął się, odsłaniając nagą skórę rąk. Na całej długości ramion dziewczyny pojawiła się prędko gęsia skórka, Varrthasir zdawała się jednak zupełnie jej nie zauważać. Roześmiała się dźwięcznie i błądząc spojrzeniem po przejrzystym, zimowym niebie, powiedziała coś głośno w dialekcie, którego Ihrled nie rozpoznawała. Spoglądając w bok, ku zgromadzonym wokół bjortari, skyrma odnalazła wzrokiem Jariza Lima. Heidr Tamerczyków uśmiechał się z rozbawieniem, przyglądając się reprezentantce swojego klanu.

Olle bardzo długo siedział w bezruchu. W którymś momencie zaczął drżeć.

- Nie. Nie chcę, ja nie... - mówił tak cicho, że nawet Ihrled ledwo go słyszała. Chłopak to zaciskał dłoń w pięść, to rozprostowywał ją z trudem.

- Nie boję się, po prostu... - Z gardła wyrwał mu się zduszony okrzyk, po którym nastolatek jeszcze bardziej skulił się w sobie. - Dobrze. Dobrze, tato.

Ihrled zmarszczyła brwi. Gdy Olle uniósł głowę i spojrzał w kierunku płomieni, w jego oczach był ból, ale też wyraz ślepego posłuszeństwa. Nieporadnie opadając na kolana, na czworakach zbliżył się do paleniska i, wciąż dygocząc, wyciągnął rękę ku płomieniom. Sięgał ich już niemal palcami, gdy Atalia w jednej chwili objęła go i odsunęła od ogniska. Przytulając chłopaka, młoda wiedząca uniosła szybkie spojrzenie na matkę. Ihrled przez długą chwilę spoglądała na córkę, ostatecznie lekko kiwając głową. Atalia odprężyła się, silniej przyciągając drżącego Ollego do siebie. We wnętrzu jednej z dłoni, którą nastolatek pocierał teraz nerwowo, Ihrled dostrzegła blizny po oparzeniach.

Tymczasem Helnir siedział spokojnie tak długo, że zaczął sprawiać wrażenie jakby śpiącego. Z głową zwieszoną na piersi i przygarbionymi plecami oddychał równomiernie i głęboko. Gdy drgał lekko, wynikało to tylko z nieznacznej zmiany ułożenia ciała, kiedy plecy zaczęły uwierać go od zbyt długiego trwania w jednej pozycji.

Nagle zaniósł się kaszlem, suchym, dławiącym. Krztusił się, ryjąc przy tym paznokciami w skórze, na której siedział razem z pozostałymi, drapiąc tak mocno i tak gwałtownie, że w przypadku mniej trwałego materiału rozdarłby go w ciągu ledwie kilku chwil. Spazmatycznie łapiąc powietrze, Helnir wciąż jednak na nikogo nie patrzył, nikogo nie szukał, nieobecny wzrok wbijając w płomienie małego paleniska.

Eyran Thynler zmarszczył krzaczaste brwi, przyglądając się synowi z niepokojem. Stojąca u jego boku Marrylf chwyciła dłoń męża i ścisnęła ją lekko.

Helnir zaskowyczał jak ranione zwierzę, a z jego oczu pociekły krwawe łzy.

- To chyba nie... - zaczęła półgłosem obserwująca wszystko z tłumu Eyjagrani, spoglądając kątem oka na towarzyszącego jej Braga. - To tak nie wygląda.

- Nie - przyznał młody myśliwy, czujnie wpatrując się w swego kuzyna. - To nie powinno tak wyglądać.

Podobne wnioski odbiły się także na twarzy Ihrled, mimo wszystko Głos jednak nie interweniowała. Kaszel młodego Thynlera stał się urywany i chrapliwy, a sam chłopak ponownie skulił się w sobie. W którymś momencie zakrył uszy dłońmi i zaczął kołysać się lekko, szlochając.

Uspokoił się tak samo nagle, jak zaczął się krztusić. Łapczywie chwytając kolejne oddechy, jeszcze przez dłuższą chwilę bujał się w przód i w tył, uporczywie przyciskając pięści do uszu. Gdy wreszcie cofnął dłonie, zrobił to ostrożnie, jakby nie wiedząc, czy już może. Unosząc powieki, spojrzał nieprzytomnie na Ihrled, Atalię, potem na pozostałych nastolatków, wreszcie na bjortari zebranych za ich plecami. We wzroku chłopaka przez krótką chwilę brakowało rozpoznania osób, na które patrzył. Świadomość otoczenia wróciła Thynlerowi z opóźnieniem.

Głos przysypała palenisko kilkoma garściami ziemi. Ogień zasyczał po raz ostatni, po czym wygasł, snujące się nad nim smugi dymu rozwiały się prędko.

- Zmysły łatwo oszukać - stwierdziła Ihrled, przyglądając się z uwagą Helnirowi, gdy ten ścierał z policzków smugi pozostawione przez krwawe łzy.

Chłopak spoglądał na zmazywaną z twarzy czerwień bez zrozumienia.

- Łatwo je omamić. Musicie wiedzieć, czemu wierzyć. Musicie wiedzieć, kiedy sobie zaufać. To, co widzieliście, jednocześnie było i nie było prawdą. Nikt nie pomoże wam rozpoznać, gdzie przebiegała granica.

Thynler uniósł na wiedzącą niepewne spojrzenie. Oszołomiony, z trudem wracał do rzeczywistości.

Próba. To była tylko kolejna próba. Pozostały jeszcze dwie.

- Wstańcie.

Na znak Ihrled Helnir podniósł się mechanicznie, a w ślad za nim uczynili to również Olle, Hedsein i Ana.

- Podejdźcie bliżej.

Głos zatrzymała się tuż przy linii Kręgu. Thynler zawahał się, pozwalając wyminąć się pozostałym nastolatkom. W głowie wciąż brzmiał mu melodyjny, kuszący śpiew, on jednak bał się na niego odpowiadać. Podszedł do Ihrled z ociąganiem. Zatrzymując się przy monolitach, po raz kolejny tego dnia zacisnął dłonie w pięści, by ukryć ich drżenie. Świadomość tego, co ma się wydarzyć, natarła na niego w dwójnasób. Miało być tak, jak wtedy, przed laty.

Słowa Ihrled przepływały gdzieś obok niego. Jakby z oddali słyszał ostrzeżenia Głosu przez utarą, opis nieprzewidywalności spaczenia, u boku którego musieli żyć. Heidveurr mówiła, że sztuką jest nauczyć się współżyć z siłami, których się nie rozumie. Powtarzała, że utara odbiera życie, ale może też je dać. Macie się jej obawiać, mówiła, macie szanować ją i respektować, ale nie uciekajcie przed nią, bo ona nie krzywdzi. To oddech naszych gór, zapewniała.

Helnir nie słyszał już nic poza śpiewem, wznoszącą się i opadającą melodią rozbrzmiewającą tylko dla niego.

Ihrled zamierzała wprowadzać ich do Kręgu pojedynczo. Mieli zatrzymać się tuż przy monolitach, nie zbliżając się do dalszych alhi. Pod okiem Głosu mieli poddać się utarze, oddychać nią przez chwilę i poczuć na języku jej metaliczny smak. Tonąc we wzbudzonych przez spaczenie lękach, wracaliby, wiedząc już, ile są w stanie znieść. Utara nigdy nie miała stać się ich przyjacielem, ale miała być im bliska. Gdy spaczenie zaczęłoby sięgać po nich na szlaku, powinni umieć się w nim odnaleźć.

Thynler patrzył, jak linię Kręgu przekracza Olle, Ana i Hedsein i jak zza niej wracają, mrużąc oczy przed nagle rażącym ich oczy światłem. Dostrzegał lęk w oczach Ollego i patrzył, jak obawy te rozpływają się stopniowo, tak szybko, jak szybko nastolatek oswajał się z wrażeniem obecności utary. Widział, jak Ana zachwiała się i wsparła na stojącej u jej boku Atalii, jak wymiotuje gwałtownie, a potem ociera usta rękawem i prostuje się, jak gdyby nic się nie stało. Spoglądał też na Hedseina, gdy ten chwiejnym krokiem dołączał do pozostałej dwójki, zakrywając usta dłońmi w geście wyraźnie świadczącym o mdłościach, a potem uśmiechając się szeroko z wyraźną ulgą.

Helnir patrzył i wiedział, że on nie będzie tak potrafił. Nie uśmiechnie się ani nie wyprostuje, wypinając dumnie pierś po kolejnej udanej próbie. Po prostu wiedział.

Gdy nadeszła jego kolej, wszedł do Kręgu u boku Ihrled i zatoczył się gwałtownie pod naporem fal utary. Dla bjortari pozostałych za monolitami wytyczany przez skały pierścień był kawałkiem zmarzniętej ziemi nie wiadomo po co otoczonym rzędem masywnych kamieni. Olle, Ana, Hedsein - oni także wchodzili w pustkę, ślepi na to, co działo się w Kręgu. Podczas próby unaroku nikt nie proponował im wzięcia uwrażliwiacza. Na szlaku nigdy nie dostrzegą spaczenia, teraz więc też mieli je czuć, nie widzieć.

A jednak on widział.

Szare, lepkie fale kotłujące się w Kręgu wznosiły się przy jego granicach i rozbijały o masywne monolity. Pasma spaczenia pojawiały się, pełzały w sobie znanym kierunku i rozmywały się, jakby rozwiewane schodzącym z gór wiatrem. Helnir widział też coś przypominającego bramy, masywne łuki stojące od siebie w równych odległościach, splecione z wijącego się tchnienia. Dostrzegał budowle wyrastające z oceanu spaczenia, które w kolejnej chwili znów tonęły wśród wzburzonych fal i wirów. Spoglądając pod nogi, obserwował, jak pasma niczym macki wyłaniają się ponad powierzchnię kłębiącej się utary i wspinają się coraz wyżej po jego ciele, sięgając ku gardłu, oczom i uszom. Na języku czuł smak do złudzenia przypominający smak krwi, w uszach zaś słyszał śpiew wzywający go dalej, za pierwsze, drugie i kolejne alhi.

Zatoczył się do tyłu gwałtownie, wypadając z Kręgu. Potykając się, runął na plecy, przetoczył na brzuch i podnosząc się na kolana, zwinął się w gwałtownych konwulsjach. Dopiero teraz uzmysłowił sobie, że smak na języku rzeczywiście był smakiem krwi zalewającej mu twarz, spływającej z jego gardła, dziąseł i nosa.

Zaczął drżeć. Nie było mu zimno, jego ciało dygotało jednak tak jak wtedy, gdy przemarzł na jednej z przełęczy za miastem, nazbyt długo oddalając się od ogniska myśliwych. Po raz kolejny wyrzucił z siebie strumień żółci i zaszlochał, rozpaczliwie chcąc zamknąć uszy na śpiew, który dobiegał go już z każdej strony, wrzynając się w każdy fragment obolałego ciała. Gdy uniósł zaszczute spojrzenie zaczerwienionych oczu na stojących nieopodal bjortari, niezrozumiała, świdrująca uszy melodia zdawała się płynąć z otwartych ust jego braci i sióstr.

Jeszcze krew, próba krwi, rozbrzmiało mu w myślach w którejś chwili, gdy przetoczył się już na bok, wyczerpany i niezdolny wstać. Z jakiegoś powodu konieczność nacięcia skóry i utoczenia paru karmazynowych kropel z ranki pod obojczykiem wydawała mu się ważna. Ojciec mówił chyba, by to zrobić, że trzeba dokończyć unarok. To o niego chodziło, uzmysłowił sobie. O niego, Helnira, to on miał dokończyć rytuał. Zgadzał się z tym, chyba rzeczywiście powinien. Chciał pokiwać głową, przytaknąć, powiedzieć, że jest w stanie, ciało jednak nie chciało z nim współpracować.

Potem słyszał, jak mówią, że od dziś wszyscy są dorosłymi i otrzymują pełnię klanowych praw. Obok imion Any, Ollego i Hedseina usłyszał też swoje, więc chyba również ukończył rytuał. To było dziwne, bo nie przypominał sobie, by to zrobił. Gdy nieprzytomnym spojrzeniem próbował jednak spojrzeć po swoim ciele, tak wymizerowanym, zwiniętym żałośnie na ziemi, rzeczywiście dostrzegł rozchełstaną koszulę, a pod lewym obojczykiem wąziutką, czerwoną rysę. Nie rozumiał.

Uniósł spojrzenie trochę wyżej. Dostrzegł Atalię wycierającą miękką szmatką ostrze skeida, rytualnego noża. Próba krwi, pomyślał po raz wtóry. Symboliczne przypomnienie kruchości ludzkiego ciała i znaczenia ludzkiego życia.

Z jakiegoś powodu wydało mu się to zabawne, tak zabawne, że zaśmiał się krótko, chrapliwie. Zawiesił spojrzenie na swych dłoniach, czerwonych od krwi, którą jeszcze przed chwilą wymiotował i płakał. Znaczenie ludzkiego życia, znaczenie ludzkiej krwi. Zachichotał i zamknął oczy.

Był dorosły, ale wcale nie czuł, by cokolwiek się przez to zmieniło.

***

Eyran Thynler nie wrócił od razu do miasta, pozostał przy Kręgu. Czuł na sobie spojrzenia innych heidrów, wiedzących, Insorv, w zasadzie każdego bjortari, który tylko miał go w zasięgu wzroku. Helnir był jego synem, krwią z jego krwi, a teraz krew ta została rozlana w przerażających ilościach, karmiąc zmarzniętą ziemię.

Eyran nie wiedział, co tak naprawdę się wydarzyło. Nikt chyba nie wiedział.

Heidr liczył na to, że przynajmniej części odpowiedzi udzieli mu Ihrled, ale Głos pokręciła tylko głową, odprowadzając Helnira zamyślonym spojrzeniem. Oddali go pod opiekę Nires i Marrylf, które szybko zorganizowały nosze, i mężczyzn, którzy byli w stanie zanieść chłopaka do Chaty. Twarze oglądające się za młodym Thynlerem były pełne zaskoczenia, żalu, współczucia. "Jest wrażliwy", powiedziała Heidveurr i potwierdziła to stojąca nieco z boku Sigai, ale Eyrana to nie satysfakcjonowało. Chciał wiedzieć, dlaczego jego syn tak reaguje, ale tego już nikt nie był mu w stanie powiedzieć. Może jest materiałem na skyrmę, zasugerował ktoś, ale wszyscy wiedzieli, że to nieprawda. Wiedzący też byli wrażliwi na utarę, wrażliwsi od wszystkich bjortari, ale ich wyczulenie było inne, nie tak krwawe i bolesne. Nie, dolegliwości Helnira znacznie bliższe były reakcji Silje.

Sama Hadharka także zdawała sobie sprawę z tego podobieństwa. Nie obserwowała unaroku od początku, ale widziała dosyć, by dostrzec w cierpieniu młodego Thynlera swoje własne sprzed paru dni. Na nieme pytanie pojawiające się w oczach Eyrana pokręciła jednak lekko głową. Ona także nie umiała tego wyjaśnić. Nie wiedziała, co stało się z Helnirem.

Gdy zgromadzenie rozeszło się w końcu i został sam, heidr zbliżył się do Kręgu, zatrzymując tuż obok jednego z monolitów. Muskając surową skałę opuszkami palców, wyobraził sobie rozchodzące się w niej drżenia utary. Spoglądając dalej, próbował dostrzec strukturę Kręgu, o której tak wiele mówili wiedzący, konstrukcje, które spaczenie tworzyło w niezrozumiały sposób i, co ważniejsze, w zupełnie niezrozumiałym celu.

Mężczyzna drgnął lekko, czując delikatny dotyk miękkiej dłoni Marrylf na własnym ramieniu.

- Myślałem, że jesteś z Helnirem - mruknął cicho. Jeszcze przez chwilę błądził spojrzeniem po Kręgu, dopiero potem zwracając się ku żonie.

- Byłam - odpowiedziała kobieta, gładząc czule skryte pod futrzanym płaszczem plecy Eyrana. - Nires powiedziała, że w niczym już nie mogę mu pomóc, więc przyszłam do ciebie.

Thynler zawahał się, po chwili zamykając kobietę w swych ramionach. Marrylf westchnęła, wtulając się w jego szeroką pierś.

- Będzie dobrze, prawda? - zapytała cicho.

Eyran milczał przez chwilę.

- Będzie - zapewnił w końcu, przed oczyma mając obraz kredowobiałej, zalanej krwią twarzy ich syna. - Będzie, na pewno.

Rozdział 8

- Słyszę je. - Asir Insvarr uniósł dłoń, zatrzymując podążającą za nim dwójkę.

Eyjagrani odetchnęła z ulgą. Minęło kilka godzin od chwili, gdy wraz z innymi myśliwymi o świcie opuścili Yrkazaan i weszli na Ścieżkę Gharra. Większość ekwipunku pozostawili wolniejszej, wlokącej się na tyłach, drugiej grupie prowadzącej kilka masywnych koni. Szli szybko i prędko dotarli do przeprawy na Andmarze. Rzeka była przyjętą granicą terenów łowieckich gharra, mimo tego na pierwszy sygnał o obecności drapieżników musieli czekać aż do chwili, gdy dotarli do podnóża górującej nad innymi szczytami Gollavy.

Jeszcze przed Andmarą podzielili się na kilkuosobowe grupy. Na gharra nigdy nie polowało się inaczej - kilka mniejszych zespołów miało większe szanse odnaleźć i zapędzić drapieżnika w miejsce dogodne do łowów, zaś w razie niepowodzenia polowania ktoś będzie w stanie wrócić do miasta. Pozostając w licznej, zwartej grupie, łowcy ponosili ryzyko znacznie większych strat, niż rozdzielając się i oddalając od siebie.

Myśliwym towarzyszyły atyry - silne dogi bojowe, hodowane tak do walki, jak i do polowań na dużego zwierza. Masywne psy były w stanie stawać z gharra do walki i przez długi czas dotrzymywać kroku szalejącym drapieżnikom, mimo tego mało który z nich wychodził z podobnego starcia cało. Te, które miały więcej szczęścia, nierzadko kończyły okaleczone, naznaczone całą gamą głębokich, z trudem gojących się ran. W znacznej większości przypadków atyr, gdy zaczynało brakować mu sił, zostawał brutalnie rozszarpany. Bjortari z bólem godzili się na tę cenę, bo atyry zdobywały im czas i znacznie ułatwiały osaczenie gharra.

- Oby thynowie nam sprzyjali - mruknął tymczasem Brag Thynler, lekkim szarpnięciem smyczy spowalniając wyrywającego się do przodu psa. Dog sapnął cicho, ale posłusznie zwolnił, ponownie zrównując się z nogą młodego łowcy oraz z kozłem górskim również prowadzonym przez Braga. Otumanione silnymi ziołami rogate zwierzę nie beczało i nie szarpało się, potulnie drepcząc za Thynlerem.

- Thynowie przyjęli ofiarę - odpowiedziała półgłosem Eyjagrani, kątem oka spoglądając na Braga.

Chłopak westchnął cicho. Oboje wiedzieli, że ten pozornie dobry znak nie był żadną gwarancją. Nierzadko ognie utary trzaskały żywo i szybko barwiły się głęboką czerwienią, sygnalizując akceptację thynów, a potem i tak ginęli bjortari.

Składanie porannej ofiary thynom było ostatnim z elementów przygotowań do polowania. Od poprzedniego wieczora myrkin dokładali wszelkich starań, by zapewnić sobie bezpieczeństwo na łowach. Myśliwi dokonywali ostatnich napraw broni i nacierali się przygotowaną zawczasu przez rytualistów, nieprzyjemnie pachnącą papką, mającą maskować ich zapach. Specyfikiem smarowano również towarzyszące grupie zwierzęta - atyry i masywne konie. Ci, którzy zasłużyli już na przywilej noszenia vegdru, zdobili twarze mniej lub bardziej złożonymi rytualnymi wzorami. Uzdrowiciele, mający podążyć w odwodzie, po raz ostatni przeglądali zawartość skórzanych worków i uzupełniali zapasy zabieranych środków, a ci, którzy mieli wesprzeć myśliwych w oprawianiu zwierzyny - szczególnie w preparowaniu futer gharra, które przy podobnych łowach były najcenniejszą zdobyczą - ostrzyli zestaw narzędzi starannie zawijanych później w pokrowce ze skór. Gdy myśliwi byli już gotowi, konie stały objuczone przy bramie, a sfora atyrów została wyprowadzona z psiarni - dopiero wtedy cała grupa udawała się ku wzniesionemu na czas Vilmeti podwyższeniu, by tam prosić thynów i duchy o powodzenie łowów.

Najpierw palono ciało górskiego kozła, schwytanego specjalnie w tym celu. Jeden z akolitów przyprowadzał beczące przeraźliwie, szarpiące się na sznurku zwierzę, by tuż przy samym ogniu poderżnąć mu gardło i pół żywe jeszcze wepchnąć w płomienie utary. Swąd palonego mięsa oraz porykiwanie konającego zwierzęcia miały wabić duchy gharra na ścieżki myśliwych. Bezpieczeństwo myrkin natomiast powinna zapewnić im ich własna krew. Wszyscy uczestniczący w polowaniu, wzywani kolejno przez rytualistę, karmili ogień utary, przedstawiając się thynom i prosząc ich o wstawiennictwo. Procesja ofiarna kolejnych łowców posuwała się leniwie, a ceremonia kończyła się dopiero wtedy, gdy spaczenie posmakowało już każdego z nich. Gdy szare płomienie zabarwiły się czerwienią, myrkin ruszali na łowy.

Teraz wydawało się, że wszystkie te przygotowania miały miejsce bardzo dawno, kilka dni, a nie kilka godzin wcześniej. Długi czas spędzony na milczącym w dużej mierze marszu Ścieżką Gharra sprawiał, że polowanie zdawało się trwać znacznie dłużej niż w rzeczywistości.

- Nie są daleko - mruknął tymczasem Asir. Unosząc głowę, mężczyzna węszył przez chwilę, do złudzenia przypominając towarzyszącego im atyra.

- Ile? - Eyjagrani zmarszczyła lekko brwi. Podstawową zasadą polowań na gharra było osaczanie jednego drapieżnika na raz. Samotny gharra był wystarczającym zagrożeniem, a zmaganie się z kilkoma naraz było w zasadzie samobójstwem.

- Jeden - odpowiedział po krótkiej chwili Asir. Ze względu na przebudzonego zwierzęcego ducha był w stanie lepiej od innych myśliwych wyczuć przebywającego w pobliżu drapieżnika. - Jest blisko. Możemy go wywabić - powiedział wreszcie Insvarr.

Eyjagrani rozejrzała się, wypatrując punktów charakterystycznych. Każdy z myśliwych Klanu Gharra miał za sobą przynajmniej jedną wędrówkę Ścieżką Gharra, a wielu z nich również wcześniej odbyte na niej polowania. W tej chwili każdy z nich służył pobratymcom z innych klanów za przewodnika. Wskazanie odpowiedniego miejsca, zapewniającego przestrzeń i drogi ucieczki, było jedną z ważniejszych decyzji, jakie należało podjąć jeszcze przed bezpośrednimi zmaganiami z drapieżnikiem.

- Kawałek na północ jest nieduża polana. Z tego, co wiem, sprawdziła się przy poprzednich łowach - powiedziała w końcu Heidveurr, lekkim ruchem głowy wskazując kierunek.

Asir skinął głową.

- Chodźmy - rzucił krótko, puszczając vartahel przodem.

Nie musieli iść daleko. Prowadząc grupę szybkim marszem, Eyjagrani parła przez gęsty, pachnący żywicą las, by już po paru chwilach przykucnąć w cieniu otaczających polanę zarośli. Jej towarzysze zatrzymali się tuż obok, a pociągnięty przez Braga atyr ułożył się posłusznie u ich stóp.

- To dobre miejsce - przyznał Tamerczyk, oceniając wybraną przez dziewczynę przestrzeń. Polana była wystarczająco rozległa, by myśliwi mogli krążyć wokół drapieżnika, a skupisko skał przy jednym jej krańcu mogło zapewnić chwilową osłonę.

Insvarr odetchnął powoli i skinął głową Bragowi.

- Wypuść kozła.

Thynler posłusznie wykonał polecenie. Sprawnie rozluźnił pętlę zawiązaną na gardle zwierzęcia, ściągnął sznur i klepnął porośnięty szorstką sierścią zad. Otumaniony ziołami kozioł sapnął cicho i niezbyt spiesznie wyszedł z zarośli. Przetruchtał kilka kroków i zatrzymał się przy szczególnie bujnej kępie traw. Czekali w milczeniu, starając się nawet ciszej oddychać.

Pojawienie się gharra poprzedził ledwie słyszalny szelest zarośli i stuk strąconego ze skalnej półki kamyka. Kozioł uniósł łeb, był jednak zbyt oszołomiony ziołami, by uciec. Zwierzę zastrzygło tylko uszami, przez chwilę spoglądając w kierunku, z którego dobiegł dźwięk, potem jednak wróciło do swego posiłku ze zdegustowanym beknięciem.

Asir pewniej zacisnął dłoń na włóczni. Spoglądając na towarzyszącą mu dwójkę, skinął lekko głową. Zaczęło się.

Duch śnieżny wystrzelił z prawej, zeskakując ze skał prosto na zdezorientowanego kozła. Masywny kocur nie warczał ani nie syczał, polując w charakterystycznej dla gatunku ciszy. Jedynym dźwiękiem towarzyszącym łowom był trzask pękającego kręgosłupa, gdy drapieżnik zacisnął szczęki na obrośniętej gęstą, grubą sierścią szyi upolowanego zwierzęcia. Rogaty łeb zwisł bezwładnie pod nienaturalnym kątem, a chude nogi przeorały zmarzniętą ziemię, gdy gharra odciągnął łatwą zdobycz kawałek dalej.

Eyjagrani zmrużyła oczy. W opowieściach myrkin polujący gharra był piękny i majestatyczny, a same łowy stanowiły długi pokaz gracji i łowieckiej perfekcji w wykonaniu drapieżnika. W rzeczywistości wszystko rozegrało się znacznie szybciej i było znacznie mniej skomplikowane.

Kocur jednak rzeczywiście był wspaniały. Heidveurr z fascynacją śledziła wzrokiem, jak masywny, na oko ponad dwustukilowy samiec wlókł kozła przez chwilę, by potem rzucić go z nonszalancją na zmarzniętą ziemię. Gharra nie zabrał się do jedzenia od razu - jeszcze przez kilka chwil stał nad zdobyczą i węszył, unosząc łeb. Vartahel czuła, jak przykucnięty u jej boku Brag wstrzymuje oddech. Gdyby kocur wyczuł ich teraz, polowanie zakończyłoby się bardzo szybko i bardzo nieprzyjemnie.

Przygotowana przez rytualistów maść, jaką wtarli w siebie myśliwi, nie zawiodła jednak. Odległy od łowców o zaledwie kilkanaście kroków duch nie wydawał się zaniepokojony i już w kolejnej chwili pochylił się nad nieruchomym kozłem.

Asir po raz kolejny skinął głową, a Brag przymierzył się i bez wahania rzucił włócznią.

Myśliwi wypadli z zarośli. Eyjagrani zdążyła jeszcze poluzować obrożę atyra - posłuszny niemej komendzie dog miał czekać na wyraźne wezwanie, dopiero po nim zrywając się z uwięzi.

Łowcy nie rozmawiali ze sobą. Każdy wiedział, co ma robić, wszystko zostało ustalone znacznie wcześniej, tuż po podzieleniu się na grupy. Samiec, z którym postanowili się teraz zmierzyć, nie był największy, a jego wydłużone kły - dwie pary, tylna mniej więcej o połowę krótsza od przedniej - nie należały do najdłuższych, mimo tego Eyjagrani nie potrafiła opisać go inaczej, jak kawał zwierzęcia. Ciemniejsze przebarwienia jasnoszarego futra, w niektórych miejscach niemal zupełnie zlewające się z czarnym cętkowaniem, były pozostałością młodzieńczej szaty, z pewnością nie mieli jednak do czynienia z kociakiem. Pod średnio długą, gęstą sierścią wyraźnie odcinały się twarde mięśnie, pazury kończące szerokie łapy miały już pełną długość typową dla dorosłego osobnika, a w złotych ślepiach nie widać było charakterystycznego dla młodych popłochu. Gharra były szalenie inteligentne i teraz, mierząc się z lustrującym ich spojrzeniem, Eyjagrani odnosiła wrażenie, że drapieżnik ich ocenia.

Kocur nie spieszył się. Niewątpliwie zaskoczony pojawieniem się myśliwych nie utrudniał im rozejścia się wokół niego - Asir zajął miejsce pośrodku, a Eyja i Brag odpowiednio po jego prawej i lewej, zachowując gwarantujący im pole manewru dystans. Drapieżny błysk w zwierzęcych ślepiach wyraźnie wskazał moment, w którym pierwsze zdziwienie ducha ustąpiło miejsca rozdrażnieniu i gotowości do walki.

Gharra potrząsnął grzywą - sierść od szyi aż do kłębu była gęstsza, nieco dłuższa i ciemniejsza niż na reszcie ciała - strząsając przy tym kilka kropel krwi z rany zadanej mu przez Braga. Zadrapanie nie było poważne, ostrze włóczni zsunęło się wzdłuż łopatki kocura, nim zdążyło głębiej wbić się w ciało. Krew na rysie zaczęła już krzepnąć, a sam duch śnieżny nie wyglądał, by zwracał na obrażenie większą uwagę.

Gdy kocur zdecydował się wreszcie na pierwszy krok, a potem kilka kolejnych, myśliwi zaczęli poruszać się w rytmie wyznaczanym przez zwierzę. Przez kilka długich chwil nikt nie zdecydował się zaatakować pierwszy. Gharra był zwierzęciem dość silnym i zwinnym, by nie obawiać się zanadto trójki łowców, co nie znaczyło, że zamierzał ot tak rzucić się w wir walki i ryzykować kolejne obrażenia.

Sytuacja zmieniła się bez uprzedzenia. W jednej chwili okrążali się tylko i obserwowali czujnie, w kolejnej przeciwnicy zwarli się w bezpośrednim natarciu.

Markując cios w jedno ze złotych ślepi, Asir wyrwał do przodu, wprost na zwierzę. Tylko byciu vartą zawdzięczał możliwość odskoczenia, nim sięgnęły go pazury kocura, gdy ten po błyskawicznym uchyleniu łba od uderzenia ruszył do kontrataku. Pierś gharra zawibrowała w głuchym, krótkim pomruku. Duch nie czekał i nie dawał Insvarrowi możliwości do ponownego uderzenia, młócąc przed sobą powietrze silnymi, długimi łapami. Asir, w pełni skoncentrowany na ruchach zwierzęcia, ograniczał się do błyskawicznego unikania ataków drapieżnika, wiedząc, że to wystarczy. Absorbując ducha własną osobą, Insvarr otworzył drogę dla Eyjagrani i Braga, dając im chwilę na zbliżenie się do kota. Myśliwi skorzystali z okazji bez wahania, w jednej chwili doskakując do zwierzęcia. Zaciskając silniej dłoń na drzewcu włóczni, Heidveurr zamierzyła się na nasadę szyi gharra, tam, gdzie przedtem próbował trafić Brag. To miejsce, podobnie jak to samo z drugiej strony, były traktowane jako najlepsze w kontekście oszczędzania futra - rozerwaną skórę łatwo było tu zaszyć, a gęsta grzywa gharra maskowała uszkodzenie. Rany tego rejonu często pozwalały też spowolnić i ograniczyć ruchliwość drapieżnika - ostrze wbite głęboko i pod odpowiednim kątem dawało szansę na sięgnięcie jednego ze splotów nerwowych. Choć więc ręce miała śliskie z nerwów, a chwyt na broni znacznie mniej pewny, niż by chciała, Eyja z całej siły wbiła ostrze w ciało kocura, w kolejnej chwili wyszarpując je i odskakując. Duch wygiął się gwałtownie, kłapiąc masywnymi szczękami. Jeden z kłów drasnął udo dziewczyny, ta jednak nie zwracała na to uwagi - trzask pękającego materiału świadczył o tym, że ząb drapieżnika tylko ją zahaczył i rozerwał myśliwskie skóry.

Mniej szczęścia miał Brag. Stracił włócznię na rzut z zarośli, nie wrócił po nią, zamiast tego dobył długiego, ciężkiego noża łowieckiego. W lustrzanym odbiciu powtarzając poczynania Eyji, Thynler wbił masywne ostrze w nasadę szyi kocura aż po rękojeść, na odskok nie starczyło mu jednak czasu. Przeraźliwy skowyt wyrwał się z gardła chłopaka, gdy duch śnieżny zacisnął szczęki na wyciągniętej jeszcze po ataku ręce. Zęby kocura weszły w ciało chłopaka jak w masło, na jasną sierść drapieżnika chlusnęła gorąca krew myrkin, a cichy trzask i kolejny wrzask bólu podkreśliły moment, gdy przedramię chłopaka pękło jak złamana gałązka.

Asir nie czekał. Odpychając Braga, gdy tylko gharra rozwarł szczęki, przesłonił Thynlera własnym ciałem i błyskawicznie zagłębił dobyty w jednej chwili nóż w ślepiu kocura. Drapieżnik ryknął gardłowo. Zarzucając łbem na boki, wyrwał Insvarrowi broń z ręki, zamiast jednak wycofać się, rozorał bok myśliwego pazurami. Bjortari sapnął głucho, zginając się pod wpływem pierwszego bólu, nie odstąpił jednak pola. Obserwując miotające się, ranne zwierzę w odpowiednim momencie chwycił włócznię oburącz i wbił jej nasadę w ziemię, zapierając się z całych sił. Gharra nie zdążył odskoczyć. Niefortunnie opierając ciężar ciała na częściowo bezwładnej wskutek ataku Braga prawej łapie, zachwiał się i z sapnięciem nadział na ostrze Tamerczyka, napierając na włócznię całym ciężarem. Asir odskoczył chwiejnie, gdy drzewce pękło pod naciskiem kota. Pierś kocura zalała się krwią.

- Nie jest sam.

Głos Eyjagrani rozdarł powietrze jak brzytwa. Nie spuszczając wzroku z rannego gharra, Insvarr zmarszczył brwi. Odruchowo chwycił się za zraniony bok i odetchnął bardzo powoli. Krew wypływała stałym, równomiernym strumieniem. To dobrze, pomyślał Asir. Cofnął lepką od własnej posoki rękę i wyciągnął zza pasa drugi nóż myśliwski.

- Nie jest sam - powtórzyła tymczasem napastliwie Eyja, a varta wyłapał w jej głosie rosnący lęk.

Instynktownie wciągnął powietrze w nozdrza i zadrżał.

Kocur rzeczywiście nie był sam.

- Co z Bragiem? - zapytał, jednocześnie rzucając dziewczynie dobytą przed chwilą broń.

Eyjagrani złapała rękojeść zwinnie w lewą rękę. Nie była oburęczna jak Asir, ale radziła sobie.

- Chyba się wyliże - odpowiedziała krótko, kątem oka zerkając na Thynlera.

Nie mieli czasu na udzielenie pełnej pomocy, dziewczyna owinęła więc tylko rękę chłopaka odciętymi, skórzanymi fragmentami własnego stroju i przewiązała je silnie, nie bacząc na jęki rannego. Krew wciąż sączyła się spod prowizorycznego opatrunku, a złamane przedramię pozostawało nieusztywnione, na ten moment musiało to jednak wystarczyć.

Brag uniósł głowę.

- Wyliże się - potwierdził cicho, lecz stanowczo. Twarz miał pobladłą, spojrzenie pozostawało jednak przytomne. Podniósł się z ziemi z trudem, ale ustał na nogach, w kolejnej chwili zdrową ręką dobywając drugiego z własnych noży.

Spojrzenie chłopaka uciekło ku półce skalnej, w pobliżu której kulił się ranny, ale wciąż żywy i niebezpieczny kocur. Thynler krzyknął ostrzegawczo.

Myśliwskie skóry Asira pękły z trzaskiem, gdy część z nich rozerwała się wskutek samej transformacji, a kolejne rozszarpał własnymi, psimi już szczękami. Insvarr zachwiał się lekko. Zmiana formy wyraźnie podrażniła zraniony przez gharra bok, krew zaczęła spływać po białej sierści żywszym strumieniem. Asir obwąchał ranę krótko, potem zwrócił się ku kolejnemu drapieżnikowi.

Samica, która zeskoczyła ze skał, oddzielając rannego kocura od myśliwych, musiała być jego partnerką. Wyraźnie rozjuszona krzywdą kocura, warczała gardłowo, szczerzyła kły i biła ogonem o boki, obejmując wzrokiem całą trójkę myśliwych.

- Muszą... Gdzieś blisko muszą mieć legowisko - rzucił Brag cicho, powoli nabierając powietrze. Rękojeść noża ślizgała mu się w ręce, Thynler zacisnął więc dłoń mocniej.

Eyjagrani czuła, jak zimny pot spływa jej wzdłuż kręgosłupa.

- Nieważne - rzuciła krótko. Pewnie tak było, tak, jak mówił Brag. Teraz jednak nie miało to znaczenia.

Samica ruszyła do ataku znacznie mniej rozważnie i bardziej gwałtownie niż przedtem jej partner. Myrkin nie mieli czasu na planowanie. Asir błyskawicznie wystrzelił do przodu, zderzając się z duchem w pół skoku. Warcząc głucho, młócił łapami, raz za razem pozostawiając na ciele przeciwniczki kolejne zadrapania. Tym razem nikomu przez myśl nie przeszło, by przejmować się futrem.

Ranny kocur nie pozostał bezczynny. Pojawienie się partnerki wyraźnie dodało mu sił. Drapieżnik podźwignął się z ziemi i choć dyszał ciężko, powłóczył prawą łapą, a zarówno wzdłuż złamanego, tkwiącego mu w piersi drzewca włóczni, jak i po rękojeści zagłębionego w ślepiu noża wciąż spływała krew, gharra ruszył powoli ku myśliwym.

Brag zauważył to i skrzywił się.

- Volh!

Śnieżnobiały cień wypadł z zarośli, jak pocisk przemknął przez polanę i dopadł rannego kocura. Komenda była krótka i jasna, doskonale wyszkolony atyr bez trudu pozbył się rozluźnionych więzów i dołączył do walki. Z impetem nacierając na zmęczonego samca, zbił go z łap, wykorzystując częściowy paraliż drapieżnika. Gdy zacisnął kły na ciele przeciwnika, zrobił to tak, jak go uczono - na odsłoniętym teraz chwilowo podbrzuszu gharra, uszkodzenia którego również były łatwe do ukrycia.

Bolesny jęk kocura zwrócił uwagę jego partnerki. Szamocząc się dotąd z uczepionym jej Asirem, w jednej chwili zacisnęła szczęki na ciele atyra, szarpnięciem oderwała go od siebie i bezceremonialnie odrzuciła na bok. Insvarr zaskowyczał, rannym bokiem szorując po porośniętej ostrą trawą ziemi.

Brag syknął cicho. Kocica poświęciła im ledwie chwilę, w kolejnej rzucając się ku rannemu partnerowi. Oderwała od niego doga, tak, jak wcześniej oderwała od siebie Asira, i odrzuciła psa na bok. Zduszony skowyt wyrwał się z psiego gardła, gdy uderzył głucho o masywny kamień.

Eyjagrani wyrwała do przodu. Najpierw lekkim truchtem, potem pełnym biegiem skierowała się ku gharra, by w ostatniej chwili zmienić kierunek i z całej siły uderzyć kocicę w bok drzewcem włóczni. Taki atak nie mógł tak naprawdę skrzywdzić drapieżnika, ale zaskoczył go - a to już było coś. Zarejestrowany przez Heidveurr kątem oka błysk był promieniem światła odbitym na ostrzu noża. Mimo ran młody Thynler ruszył w ślad za vartahel. Wykorzystując zdezorientowanie kocicy, wbił nóż u nasady szyi zwierzęcia. Duch ryknął donośnie i szarpnął się, barkiem odtrącając i przewracając Braga. Chłopak odruchowo odturlał się, instynktownie przytulając do siebie ranną rękę, chcąc ją chronić.

Wróciły psy. Z boków Asira ciekła krew, zalewając śnieżnobiałe ciało varty. Atyr prezentował się nieco lepiej, choć i on poruszał się mniej żwawo. Mimo tego obaj doskoczyli do samicy gharra, szarpiąc ją i okładając łapami. Warczące, krwawe kłębowisko trzech ciał miotało się po polanie, ponownie oddalając od kocura.

Eyjagrani zawahała się niezdecydowana. Nie mogła się zamierzyć, nie ryzykując zranienia któregoś z dogów, jednak...

Zduszony okrzyk kazał jej odwrócić się akurat w chwili, w której Thynler wczepił się palcami w gęstą sierść kocura. Ten, choć zalany juchą i ledwo stojący na łapach, po raz wtóry podniósł się z ziemi i zaskakująco zwinnie skoczył ku Heidveurr. Dziewczyna instynktownie odskoczyła, prędko uświadamiając sobie jednak, jak bardzo byłoby to bezcelowe bez interwencji Braga.

Chłopak, nieuzbrojony, z twarzą wykrzywioną bólem, szarpnął kocura, wytrącając go z równowagi. Gharra zwalił się głucho na bok ledwie kawałek dalej od miejsca, w którym stała Eyja. Thynler zawył, gdy przygniotło go dwustukilowe cielsko drapieżnika. Zwierzę prychało głośno. Orząc ziemię pazurami i próbując wstać, duch zaczepił o udo Braga.

Myśliwy zaskowyczał ponownie.

Eyjagrani instynktownie wypadła do przodu i z całej siły zamierzyła się włócznią w szyję kocura, wbijając ostrze tuż obok wciąż tkwiącego w ciele zwierzęcia noża. Zapierając się z całej siły, zagłębiła broń aż po drzewce.

Brag wyszarpnął nóż ze ślepia kocura i gwałtownym ruchem wepchnął go w gardziel szarpiącego się agonalnie drapieżnika.

- Zostaw - wykrztusił myśliwy chrapliwie, gdy Eyja pochyliła się, by zdjąć z niego drgające jeszcze chwilę ciało. - Asir - dodał.

Heidveurr skrzywiła się, ale bez słowa wyszarpnęła swoją włócznię i odwróciła się.

Insvarr wciąż w psiej postaci okrążał ducha, drugiego z dogów nie było jednak w polu widzenia. Gharra, choć wyraźnie ranna - jej sierść w wielu miejscach pozlepiana była w krwawe strąki, posoka zalewała oczy kocicy, a ona sama utykała wyraźnie na lewą łapę - nie wyglądała, jakby zamierzała uciec. To zresztą rzadko kiedy się zdarzało - duchy śnieżne częściej ginęły, niż się wycofywały. Tym bardziej, jeśli w grę wchodziła bliskość legowiska - żaden drapieżnik nie umykał, jeśli bronił własnego terytorium.

Kocica nie miała przy tym powodu, by uciekać. Asir ledwo stał na łapach. Kroczył jeszcze wokół przeciwniczki, ale sztywno, z wyraźnym bólem, obficie brocząc krwią z licznych ran. Ciągnąc za sobą bezwładną, tylną łapę, nie miał szans wygrać. Mógł uniknąć jeszcze jednego ataku, może dwóch, ale nic ponad to. Gdy z rozwartego w ciężkim oddechu pyska spłynął dodatkowy strumień lepkiej czerwieni, Eyjagrani cofnęła się odruchowo.

- Rzuć.

Chwilę zajęło jej zrozumienie, że krótki, ledwo zrozumiały charkot był głosem Braga. Thynler szamotał się chwilę z przygniatającym go gharra, ostatecznie dając jednak za wygraną i wodząc tylko półprzytomnym spojrzeniem po rozgrywającej się scenie.

- Musisz... rzucić - wykrztusił.

Heidveurr skrzywiła się.

- Nie umiem. Nie potrafię, ja nie... - W jej głosie brzmiał lęk, stopniowo przeradzający się w panikę.

Brag odetchnął chrapliwie.

- Umiesz. Widziałem. - Ostatnie słowo było niemal szeptem, chłopakowi brakowało sił.

Eyjagrani zacisnęła zęby. Z wahaniem uniosła rękę, poprawiając uchwyt na drzewcu włóczni i mierząc się do rzutu. Duch wciąż poruszał się, wystarczająco wolno jednak, by miała szansę trafić. Kocica była też skupiona na Asirze, co sprawiało, że może - tylko może - nie zdąży odskoczyć. Heidveurr wiedziała jednak, że Thynler ma rację. Nie było innego wyjścia. Musiała rzucić i liczyć, że sięgnie drapieżnika, a nie Tamerczyka.

Włócznia z cichym sykiem przecięła powietrze i w tej samej chwili polana rozbrzmiała niskim, tubalnym szczekaniem i warkotem dogów.

Dwa atyry w pełnym pędzie wyskoczyły z zarośli i opadły na gharra, szarpiąc zaskoczoną nagłym atakiem kocicę. Rzucona włócznia jeszcze przez chwilę sterczała wbita w bok drapieżnika, wysunęła się, a krew chlusnęła gwałtownie. Jeden z atyrów zacisnął szczęki na gardle drapieżnika, wyszarpując pęk sierści, razem z kawałkiem ociekającego juchą ciała. Pod duchem ugięły się łapy.

Eyjagrani opuściła broń. Narastające drżenie objęło najpierw jej ręce, potem resztę ciała. Wspierając się na drzewcu włóczni, jak przez mgłę widziała zsuwających się z pobliskiego wzniesienia myśliwych. Dopiero po krótkiej chwili w jednej z postaci rozpoznała Diqnę.

Vartahel kucnęła i zwiesiła głowę, czując, jak otula ją narastające zmęczenie.

***

- W porządku?

Po szybkim przeszukaniu z psami najbliższej okolicy, by upewnić się, że grupie nie zagraża żadne większe niebezpieczeństwo, myśliwi ponownie zebrali się na polanie, by, jak zwykło się to określać, posprzątać bałagan. Atyra towarzyszącego Bragowi znaleziono martwego na skraju polany. Kłąb naturalnie białej, teraz zaś niemal zupełnie pokrytej czerwoną warstwą krwi sierści, tylko w części przypominał masywnego, dumnego doga, jaki opuszczał Yrkazaan. Psie kończyny były nienaturalnie powyginane, a elastyczną, twardą skórę w kilku miejscach przebijały połamane kości. Jeden z myśliwych zamknął zwierzęciu oczy i dźwignął je ostrożnie z ziemi, by przenieść bliżej grupy. Układając je z szacunkiem na rozpostartej w tym celu skórze, łowca kucnął obok i wymruczał cicho rytualne podziękowania i prośbę o wybaczenie.

Podobną, choć nieco inną w brzmieniu modlitwę, wygłoszono nad dwoma upolowanymi gharra, które również przeciągnięto bliżej grupy i ułożono jeden obok drugiego. Myśliwi po raz ostatni oddali szacunek dumnym drapieżcom, chwaląc ich waleczność i przepraszając za odebrane życie. Jednocześnie dziękowali też za dary, jakie zwierzęta im przyniosły - ciepłe futra i pożywne mięso - oraz opiekę, którą symbolizować miały amulety z ich kłów i pazurów.

W międzyczasie zajęto się również rannymi. Jeden z myśliwych wrócił na Ścieżkę, by wyjść naprzeciw pozostawionej na tyłach grupie i przyprowadzić uzdrowiciela. Ten zdjął prowizoryczny opatrunek z ręki Braga i, po odkażeniu rany, zastąpił go solidniejszym i trwalszym. Wysmarowane przeciwgnilną, ostro pachnącą papką przedramię chłopaka owinięto najpierw pasem miękkiego materiału, potem zaś twardszymi, wciąż jednak elastycznymi skórami, umocowanymi na ręce cienkimi pasami. Uzdrowiciel usztywnił również złamanie, przywiązując przedramię myśliwego do drewnianych rynienek.

Thynler zniósł nieprzyjemny zabieg w godnej podziwu ciszy, choć w dużej mierze zawdzięczał to wywołanemu już przedtem przez ból otępieniu. Po wszystkim chłopak był jeszcze bardziej blady, ale przy tym także bardziej przytomny. Siedząc pomiędzy myśliwymi, nie odzywał się, wodził jednak po zebranych zmęczonym spojrzeniem.

- W porządku? - powtórzyła tymczasem Diqna, kucając obok siostry.

Przez cały czas krzątania się przybyłych łowców Eyjagrani nie ruszyła się z miejsca, unosząc tylko głowę i apatycznie spoglądając na poczynania myśliwych. Starsza Heidveurr aż do tej chwili ograniczyła się tylko do zerkania kontrolnie na vartahel, teraz jednak, gdy wszystko było zrobione, nie zamierzała jej tak zostawić.

- Tak - odpowiedziała głucho Eyjagrani, dopiero po chwili decydując się spojrzeć na Diqnę. - Tak. W porządku.

- To nie twoja wina.

Vartahel skrzywiła się.

- Wiem, że nie - rzuciła krótko.

Diqna milczała przez chwilę, lustrując dziewczynę uważnym spojrzeniem.

Eyjagrani westchnęła z rezygnacją.

- Żaden ze mnie myśliwy.

- To było twoje pierwsze polowanie - zauważyła spokojnie Diqna. Nie wydawała się zaskoczona słowami Eyji. - Pierwsze starcie z gharra zawsze jest trudne, mało kto sobie z nim radzi.

Vartahel zacisnęła zęby. Wiedziała, co mówiono. Na pierwsze polowanie nie idzie się polować, lecz stawić czoła własnym słabościom. To tak, jak z pokonywaniem Ścieżek - tak naprawdę wcale nie chodzi o pokonanie trasy jako takiej. Liczą się własne lęki i to, by nauczyć się samego siebie. Z uczestnictwem w pierwszych łowach na gharra było tak samo. Nikt nie oczekiwał od debiutantów, że okażą się wspaniałymi myśliwymi... Że w ogóle okażą się myśliwymi.

- Rzeczywiście, mało kto. Ja jednak powinnam. - W głosie Eyjagrani zabrzmiała pełna frustracji nuta uporu.

Diqna westchnęła cicho i wstała, wyciągniętą w milczeniu ręką nakazując siostrze to samo.

Vartahel niechętnie wsparła się na dłoni łowczyni i dała się podnieść.

- To tak nie działa - stwierdziła krótko starsza Heidveurr. - Każdy chce wystąpić jak najlepiej, ale to tak nie działa.

- Jestem vartahel - rzuciła Eyja, krzywiąc się przy tym gorzko. - Powinnam dać radę.

- Jesteś vartahel i nie robi to absolutnie żadnej różnicy - odpowiedziała Diqna stanowczo. - Bo obok vartahel jesteś też młodą dziewczyną, która dopiero się uczy. Nikt nie będzie cię krytykował za dzisiejsze łowy. Wręcz przeciwnie.

Heidveurr wzruszyła lekko ramionami. Prawda była taka, że jeśli tylko nie uciekł w popłochu, każdy debiutant witany był jak bohater.

Eyjagrani nie odpowiedziała, milcząc przez dłuższą chwilę.

- Co z Asirem? - zapytała.

Widziała, jak po opatrzeniu Braga uzdrowiciel zajmował się Tamerczykiem. Po przybyciu drugiej grupy myśliwych Insvarr osunął się na ziemię tam, gdzie stał, i choć wciąż pozostawał przytomny, niewiele go interesowało. Zajęty wylizywaniem własnych ran, pozostał na uboczu, pozwalając dotknąć się uzdrowicielowi dopiero wtedy, gdy ten zganił go ostro.

- Jest silny, wyjdzie z tego - odpowiedziała Diqna. - Na razie pozostanie w zwierzęcej formie, przemiana byłaby zbyt niebezpieczna. Gdy wrócimy do taboru, dostanie miejsce na wozie.

Eyjagrani skinęła głową, nic nie mówiąc.

Razem z Diqną zbliżyły się do pozostałych myśliwych. Ci owinęli już ciała gharra w skóry, podobnie jak martwego atyra. Przewiązując pakunki rzemieniowymi pasami, zamocowali je na płachtach skóry rozciągniętych między dwoma długimi, solidnymi gałęziami, przygotowując w ten sposób do drogi. Później zarówno pies, jak i upolowane duchy miały trafić na jeden z wozów podążającego Ścieżką taboru i na nim wrócić do Yrkazaanu.

- Diqna? - Gdy wszyscy byli gotowi do drogi, Brag odezwał się nieoczekiwanie. Jego głos był nienaturalnie zachrypnięty, a on sam kulił się nieco z bólu, wciąż jednak nie pozwalał sobie pomóc bardziej, niż było to niezbędne. Choć proponowano mu podróż na podobnych noszach, jak te, na których transportowano zdobycze, uparł się iść o własnych siłach. Podobnie zresztą jak i Asir - ten nie mógł wprawdzie wyrazić w słowach swego oporu, ale ostrzegawcze warknięcie, gdy zasugerowano mu taką formę podróży, wystarczało aż nadto.

- Gdzieś w pobliżu powinno być ich legowisko - kontynuował Thynler, gdy myśliwi spojrzeli na niego wyczekująco. - Nie sądzisz, że powinniśmy je sprawdzić?

Heidveurr odetchnęła cicho. Oficjalnie nie ona przewodziła ich grupie myśliwych - tę rolę przydzielono Isormowi, zażywnemu, sześćdziesięciotrzyletniemu myśliwemu z Asundgranu, mimo tego nikt nie wydawał się zdziwiony, że Brag pytał o zdanie właśnie Diqnę. Sam Isorm również nie okazywał oznak niezadowolenia, choć lustrował teraz dziewczynę nieco bardziej uważnym spojrzeniem niż jeszcze przed chwilą.

- Moim zdaniem rzeczywiście moglibyśmy to sprawdzić - odpowiedziała w końcu, spoglądając jednak ku Isormowi pytająco. Ten skinął głową, wyraźnie usatysfakcjonowany zachowaniem choćby pozorów hierarchii obowiązującej na polowaniu.

Brag westchnął cicho i ruchem głowy wskazał kierunek.

- Samica przyszła stamtąd. Prawdopodobnie wywabiło ją zamieszanie. Chciała sprawdzić, czy jej młode nie znalazły się w niebezpieczeństwie.

Myśliwi odpowiedzieli ponurym milczeniem. Każdy zdawał sobie sprawę, że zapewne było właśnie tak, jak mówił młody Thynler. Wprawdzie zbliżało się zlodowacenie i kocięta, jeśli rzeczywiście tam były, wyrosły już z niemowlęctwa, mimo tego z pewnością nie były jeszcze samodzielne. Gharra długo dorastały, przez wiele miesięcy pozostając niemal w pełni zależne od opieki rodziców. To z tego powodu bjortari rzadko kiedy polowali na samice, celem łowów nigdy nie było bowiem pozbawienie młodych matki. Osaczanie kocicy w wieku reprodukcyjnym było także poważną ingerencją w równowagę stada, bo samic było w nim zawsze mniej niż samców. Teraz gdy jedna z gharra stała się ich przypadkową ofiarą, każdy z bjortari czuł się odpowiedzialny za sprawdzenie, jakie konsekwencje mogło to za sobą pociągnąć.

Legowisko znaleźli szybko. Znajomość okolicy i zwyczajów gharra sprawiała, że bjortari wiedzieli, gdzie szukać i po ledwie kilku chwilach stali już u wylotu ciemnej, skalnej jamy.

Diqna ostrożnie zajrzała do środka.

- To musi być tutaj - stwierdziła z przekonaniem. Choć z wnętrza stosunkowo ciasnej jaskini nie dobiegał ich żaden dźwięk, jama była wyraźnie używana - świadczyły o tym kępki sierści, zaczepione o pobliskie skały i fragmenty pokruszonych kości nieopodal wejścia. Charakterystyczny był również zapach - ostry i drażniący, wymieszany z nieco bardziej mdłą, słodką wonią typową dla dorastających dopiero kociąt.

Pozostający w psim ciele Asir powęszył krótko i pojedynczym, niskim szczeknięciem potwierdził podejrzenia myśliwych.

- Ja pójdę - rzucił Brag, bez wahania wysuwając się przed pozostałych. Zagłębienie było zbyt ciasne, by miała się w nim zmieścić cała grupa.

- I ja - wtrąciła się Eyjagrani.

Diqna spojrzała na siostrę uważnie.

- Brag może nie dać sobie rady - stwierdziła vartahel.

Thynler sapnął na to cicho, nie zaprotestował jednak. Wciąż jeszcze trzymał się na nogach, ale każdy kolejny wysiłek coraz bardziej nadwyrężał jego siły. Było kwestią czasu, kiedy ciało chłopaka ostatecznie odmówi posłuszeństwa i upomni się o należny odpoczynek.

Wreszcie Isorm skinął głową.

- W porządku - powiedział. - Idźcie.

Brag i Eyjagrani popatrzyli po sobie, następnie zagłębili się w półmroku jaskini. Wchodząc jako pierwsza, vartahel zmrużyła oczy i dając sobie chwilę na przyzwyczajenie wzroku do ciemności, rozejrzała się. Legowisko składało się z jednej dużej, głównej jamy oraz drugiej, mniejszej, odchodzącej nieco z lewej strony. Młodzi instynktownie skierowali się właśnie tam, na tyły, ostrożnie przestępując nad rozwleczonymi po jaskini fragmentami zwierzęcych szkieletów oraz kępkami sierści i traw, służącymi za miękką wyściółkę. Pochylając się w miejscu, gdzie sufit jaskini się obniżył, Heidveurr zajrzała ostrożnie do drugiej ze skalnych komór. Z jej wnętrza odpowiedział jej gardłowy, choć wyraźnie niewyćwiczony jeszcze warkot młodego gharra.

Stojący tuż za vartahel Brag westchnął cicho.

Kocięta nie były małe, sięgały bjortari nieco ponad kolana, mimo to z daleka rzucała się w oczy ich nieporadność. Na zbyt dużych, masywnych łapach stało nieproporcjonalnie wydłużone ciało, obrośnięte charakterystyczną dla młodych, nadmierną warstwą tłuszczu. Patrząc, jak potykały się i niepewnie stawiały kolejne kroki, trudno było uwierzyć, że za rok czy dwa mogłyby stać się tak wprawnymi, niebezpiecznymi drapieżcami jak ich rodzice i rodzeństwo z poprzednich miotów.

Z jednej strony wyglądało to na błąd w sztuce natury, by uczynić kocięta tak długo zależnymi od opieki rodziców. W surowym Euxanirze szanse na przetrwanie były tym większe, im szybciej potrafiło się o siebie zadbać, tymczasem gharra przeraźliwie długo nie były do tego zdolne. Rosły wolno, niemal bez pośpiechu wychodziły z młodocianej nieporadności, uczyły się podstawowych zachowań i nabierały wprawy doskonałych myśliwych. W chwili, w której niewyrośnięte jeszcze szczenięta północnych wilków ustalały już swą pozycję w stadzie, będące w tym samym wieku duchy śnieżne wciąż kwiliły za wyprawiającymi się na łowy rodzicami. Gdy warchlaki dzikich, grubosierścistych świń dreptały już posłusznie za rodzicami, ryjąc swoje pierwsze fragmenty zmarzniętej ziemi w poszukiwaniu jedzenia, młode gharra wciąż trzymały się z daleka, obserwując tylko i starając się przede wszystkim nadążyć za prowadzącą je górskimi szlakami matką. Dopiero po kolejnych dwóch czy trzech latach kocięta stawały się gotowe, by podołać dorosłości.

Wiedzący bjortari wielokrotnie powtarzali, że ten powolny rozwój i długotrwała zależność od starszych osobników w którymś momencie doprowadzi gharra do wyginięcia. Teraz, spoglądając na wycofujące się, przestraszone kocięta, Eyjagrani nie mogła opędzić się od narastającego smutku i poczucia winy. Było coś złego w tym, co razem z Bragiem zamierzali uczynić.

- Czasem zastanawiam się, czy naprawdę musimy to robić. - Cichy głos Braga ubrał w słowa jej wątpliwości.

- Nie musimy - odpowiedziała powoli, półgłosem, jakby znajdowali się w świętym miejscu, którego ciszy żadne z nich nie chciało zakłócić. - A jednak to najlepsze, co możemy zrobić.

Thynler skrzywił się, spoglądając na dwa skulone kocięta, po czym z ociąganiem skinął głową. Wiedział równie dobrze jak Heidveurr, że tak było. Odebranie młodym życia było oszczędzeniem im męki, która w innym przypadku by je czekała. Gharra nie adoptują obcych kociąt. Skrajnie terytorialne, wierne jedynie własnym partnerom i dzieciom, nie dbały o obce osobniki. Troska o własną grupę rodzinną sprawiała, że każdy nienależący do niej duch stawał się rywalem i zagrożeniem, którego należało się pozbyć. Czasem, w sporadycznych przypadkach, zdarzało się, że zaatakowanym młodym udawało się uciec, ale i wtedy nie miały większych szans. Prędko zaczynały głodować, skulone w jednej z ciasnych jam, która mogła zapewnić im choć odrobinę ciepła. Wycieńczone coraz bardziej i bardziej, kwiliły za rodzicami, podświadomie rozumiejąc, że ci się nie pojawią. Walcząc z nieznanym sobie dotąd głodem, umierały długo i w bólu.

- Fjalsi stwierdziła kiedyś, że moglibyśmy spróbować zaadoptować młode - odezwała się Heidveurr po chwili ciszy, przerywanej tylko urywanymi, coraz bardziej desperackimi warkotami jednego z kociąt. - Że moglibyśmy spróbować je wychować. Oswoić.

Brag potrząsnął głową.

- Nie. Dobrze wiesz, że nie - zaprotestował ostro, spoglądając na vartahel.

Eyjagrani wiedziała, że przez jedną krótką chwilę Thynler pomyślał o tym samym, ale już w kolejnej przed oczami przewinęły mu się obrazy, które nie pozwalały wierzyć w taką możliwość.

- Bliźniaczki mają dobre serca, a Fjalsi ma je jeszcze większe niż Fini. Myli się jednak. Gharra nie da się oswoić. Nie da się ich wychować. - Chłopak po raz kolejny potrząsnął głową. - Duchy są sercem gór. Nie da się okiełznać czegoś tak dzikiego.

Heidveurr milczała, spoglądając na kocięta. Gdy były jeszcze tak nieporadne i przerażone, łatwo było uwierzyć, że mogłyby nauczyć się żyć w nietypowym, ludzkim stadzie. Z każdego ruchu młodych ziała desperacka potrzeba bliskości i bezpieczeństwa, jaką gwarantowały im starsze osobniki, i mogło wydawać się, że to wszystko zapewnią im także bjortari.

- Poza tym, już przecież próbowano - odezwał się cicho Brag po chwili.

Eyjagrani kątem oka widziała, jak chłopak z ociąganiem dobył zza pasa myśliwski nóż i uczynił krok ku kociętom. Młode cofnęły się jeszcze bardziej, wciskając w zimną ścianę jamy. W cienkim powarkiwaniu zadrżała paniczna nuta.

Vartahel skrzywiła się z bólem. Rzeczywiście, kiedyś próbowano. Trzy lata dumy z posiadania młodego gharra w jednej chwili utonęły w gorącej krwi tryskającej z ciał bjortari rozszarpanych przez ducha, który nigdy tak naprawdę nie był lojalny wobec nikogo poza sobą.

Warkot młodego kota w jednej chwili przerodził się w zawodzenie, by po krótkiej szamotaninie ucichnąć nagle. Eyjagrani drgnęła i na chwilę zacisnęła powieki. Słyszała sapanie i pojękiwanie drugiego kocięcia, ciężki oddech Braga, a wreszcie ciche, melodyjne mruczenie chłopaka, tulącego do siebie bezwładne ciało gharra.

Heidveurr w dwóch krokach znalazła się przy pozostałym młodym. Kucając przed nim, bez trudu uniknęła desperackiego machnięcia szeroką łapą, objęła kocię i jednym płynnym ruchem poderżnęła zwierzęce gardło.

- Agnari, moja pani - mrucząc cicho, vartahel powtarzała słowa, które przed momentem recytował Brag. - Agnari, Szukająca, oczyść mnie z przelanej krwi. Udziel mi swej łaski i proś o nią swych braci i swe siostry. Moja ręka przyniosła śmierć, ale uczyniła to z bólem. Mój nóż odebrał życie, ale przez to chronił je. Przyjmij te młode i uświęć je. Słucham twych słów, Agnari, Szukająca. Prowadź mnie teraz i zawsze, jak prowadziłaś dotąd.

Gdy zamilkła, legowisko w jednej chwili utonęło w ciężkiej, gęstej ciszy.

Brag ostrożnie złożył ciało młodego gharra na ziemi i wstał.

- Chodź, Eyja - szepnął, spoglądając uważnie na vartahel. - Musimy je pochować.

Początkowo sprawiając wrażenie, jakby nie słyszała, Heidveurr westchnęła wreszcie i wstała, unosząc ze sobą kocie ciało. Młode już teraz były dosyć ciężkie, Eyjagrani była jednak zmieniającą się i mogła udźwignąć drapieżnika bez większego trudu. Tego samego nie można było powiedzieć jednak o Bragu - w pełni sił być może mógłby ponieść gharra na krótkim dystansie, teraz jednak nie mogło być o tym mowy. Mimo tego nie zamierzali prosić o pomoc nikogo z zewnątrz. Tradycją było, że odpowiedzialność za pochówek od początku do końca spoczywała na tym, którego ręka odebrała zwierzęciu życie.

- Wybierzmy miejsce - powiedziała spokojnie Heidveurr. - Gdy to zrobimy, wrócę po drugiego.

Thynler bez słowa skinął głową i zawrócił ku wyjściu, tym razem idąc jako pierwszy. Podążająca za nim Eyjagrani widziała, z jakim trudem chłopakowi przychodzi stawianie kolejnych kroków i jak bardzo jest wyczerpany. Gdy wyszli z jaskini, czekający myśliwi nie zaczepiali ich, w niemym szacunku pochylając tylko głowy.

Młodzi nie oddalali się zanadto, na odpowiednie miejsce trafiając już parę kroków od legowiska. Na nieme pytanie Braga Eyjagrani skinęła lekko głową. Kawałek zamarzniętej ziemi, skrytej w cieniu skalnej półki, był odpowiednim ostatnim legowiskiem dla obu duchów. Ostrożnie składając pierwsze z kociąt na ziemi, vartahel opadła na kolana i pokruszyła wierzchnią zmarzlinę szerokim nożem, potem dłońmi zaczęła rozkopywać ziemię. Przestała dopiero wtedy, gdy otwór był wystarczająco duży, by pomieścić oba gharra. Wstając, czuła, jak ręce drżą jej z wysiłku.

W milczeniu złożyli oba kocie ciała do otworu - te przyniesione najpierw oraz drugie, po które Heidveurr w międzyczasie wróciła. Ani Eyjagrani, ani Brag nie odzywali się, wspólnie zasypując wykopaną dziurę. Nieruchome ciała rozczulająco pokracznych kociąt stopniowo znikały im z oczu, ginąc pod kolejnymi garściami ziemi.

- Przyjmij te życia i uświęć je, Agnari - szepnął cicho Brag, gdy po raz ostatni wygładzili ziemię. - Nie pozwól im błądzić.

Gdy ponownie dołączyli do grupy, Isorm skinął tylko lekko głową, nakazując ruszenie w dalszą drogę. Przechodząc obok młodych myśliwych, Diqna uścisnęła pokrzepiająco ramię Eyji.

- Tak było trzeba, siostro.

Brag uśmiechnął się blado, nic nie mówiąc.

Powrót na główny trakt Ścieżki nie zajął im długo. Pomimo zmęczenia, obecności rannych i obciążenia upolowanymi gharra, myśliwi szli szybko, chcąc jak najprędzej dołączyć do większej grupy. Wciąż jeszcze musieli wrócić do Yrkazaanu, łowy były już jednak zakończone. Gdy po niespełna godzinie marszu prowadzeni przez Isorma myrkin dotarli wreszcie do pozostawionego na drodze taboru, okazało się, że myśliwym sprzyjało szczęście i żadna z rodzin nie musiała opłakiwać straty po ich powrocie.

Układając na wozach zdobytą zwierzynę, bjortari powoli się rozluźniali. Na twarzy każdego z myśliwych cieniem kładło się wyczerpanie, echo towarzyszącego im od kilku godzin napięcia, teraz jednak znalazło się miejsce również dla poczucia dumy i satysfakcji. Składając na wozach łącznie cztery dorosłe gharra oraz jednego młodziaka o szczególnie cenionym, delikatnym futrze, mogli mówić o sukcesie. Ponadto wśród zdobyczy znalazły się także trzy górskie kozły - w tym jeden w kwiecie wieku, o imponującym, zakręconym porożu - oraz dwa fjallogi, którym mijający je myśliwi nie potrafili się oprzeć.

- Swoją drogą, widzieliśmy Malavel - rzucił w pewnej chwili Ingrand, jeden z myrkin z Vegsvahlu. - Nie sądziłem, że po ostatnim lodzie jeszcze ją zobaczymy.

- Malavel? - Brag zmarszczył brwi. - Pani Zim? Pamiętam, jak ojciec mi o niej opowiadał, ale to było wiele lat temu.

Ingrand skinął głową, uśmiechając się szeroko.

- Ta sama. Staruszka nieźle się trzyma - rzucił z wyczuwalną czułością.

Eyjagrani uśmiechnęła się ciepło. Znała Malavel, podobnie jak każdy z członków Klanu Gharra. Zwana Panią Zim, była niepisaną panią Ścieżki, najstarszą spośród żyjących u stóp Gollavy gharra. Charakterystyczne, niemal zupełnie pozbawione cętek futro oraz dwubarwne ślepia - jedno jasnobłękitne, drugie zaś ciemnobrązowe - sprawiły, że od małego była swego rodzaju maskotką klanu. Z czasem wyrosła na szalenie wojowniczą i prędko zdominowała tutejszą społeczność gharra. Okupiła to kalectwem - już od kilku lat charakterystycznie pociągała jedną z tylnich łap - oraz brzydką, nieporośniętą futrem blizną na wysokości lewej łopatki, w żaden sposób nie ujmowało jej to jednak godności. Nikt nie spoglądał na Malavel jak na ofiarę. Jej życie było dla klanu równie cenne, jak życia innych jego członków.

Tymczasem droga powrotna minęła myśliwym bez dodatkowych przygód. Po opuszczeniu terenów łowieckich gharra rozłożyli obozowisko, wyjątkowo ciche i spokojne. Znużeni wyczerpującym polowaniem tylko nieliczni myrkin znaleźli siłę, by posiedzieć dłużej przy wspólnym ogniu - większość położyła się tuż po posiłku, by dać odpocząć zmęczonym ciałom. O świcie ruszyli w dalszą drogę, przed południem przekroczyli bramy Yrkazaanu przy akompaniamencie parskania koni i skrzypienia wozów obciążonych rannymi, ekwipunkiem oraz zdobyczami.

Heidrowie już na nich czekali. Zgodnie z tradycją tabor niespiesznie przejechał ulicami miasta i wtoczył się na plac, zatrzymując się pomiędzy rytualnym podwyższeniem a rzędami masywnych, przygotowanych na ucztę stołów, przy których już niebawem mieli biesiadować aż do kolejnego świtu. Dzieci, które obskakiwały wozy po drodze, chichocząc i piszcząc, teraz odgonione zostały surowymi spojrzeniami rodziców i opiekunów.

- Thynowie doprawdy mieli was w swej opiece - rzucił Eyran Thynler z zadowoleniem, schodząc do zebranych u stóp podwyższenia myśliwych. Z szerokim uśmiechem spojrzał na złożone na wozach zdobycze. - To były udane łowy.

Myśliwi zakrzyknęli gromko, dumnie wypinając piersi.

- Jaką cenę przyszło nam za nią zapłacić? - kontynuował tymczasem Thynler, tradycyjnymi słowami, kończącymi rytualne łowy na gharra.

Myrkin spoważnieli, rozstępując się i pozwalając Eyranowi zbliżyć się do rannych, stojących teraz przed wozem, na którym podróżowali.

- Cenę krwi, lecz nie cenę życia - odpowiedział spokojnie jeden z uzdrowicieli.

Heidr bez słowa podszedł do poszkodowanych, każdemu kładąc na chwilę ciężką dłoń na ramieniu. Kolejni myśliwi, mniej lub bardziej pewnie stojący na nogach, z szacunkiem pochylali głowy, które Eyran gestem nakazywał im jednak podnosić.

- Nie wy mi, lecz ja wam powinienem się kłaniać - powiedział. Zatrzymując się na krótką chwilę przed Bragiem, heidr uśmiechnął się ciepło.

Młody Thynler odpowiedział bladym uśmiechem, a stojący u jego boku Asir, wciąż pozostający w psim, obandażowanym teraz ciele, szczeknął tubalnie.

Eyran roześmiał się i ponownie wstępując na podwyższenie, zwrócił się do zebranych bjortari - myśliwych i innych, zgromadzonych na zakończenie Vilmeti.

- Euxanir jest surowy, otworzył jednak dla nas swe ścieżki. Euxanir jest głodny, dziś jednak nasycił nasz własny głód. - Thynler uśmiechnął się i szeroko rozłożył ręce. - Podziękujmy za to, a potem bawmy się, bo mamy powody do radości.

Odpowiedziały mu gromkie okrzyki.

- No dobrze. - Eyran z sapnięciem opadł na fotel. - Uczta ucztą, ale wszyscy wiemy, że to za chwilę.

Gdy tylko rytualista zakończył tradycyjną modlitwę dziękczynną, a wozy odprowadzono do chaty myrkin, gdzie miały zostać rozładowane, heidrowie w milczeniu zajęli swe miejsca na podwyższeniu. Zebrani na placu bjortari umilkli, wpatrując się w przywódców z coraz większym zniecierpliwieniem.

Var Arrod. Ta nazwa wracała jak bumerang jeszcze przed Vilmeti, a teraz, gdy dni klanowych rad zbliżały się do końca, nadszedł czas na decyzje.

- Wyruszymy do Var Arrod po ustąpieniu lodów - powiedział Eyran, nie przedłużając, a pozostali heidrowie w milczeniu skinęli głowami.

Nikt nie był zaskoczony. Wyprawa dla wszystkich była niemal pewna jeszcze przed obradami. Tym, co budziło ekscytację, były nazwiska tych, którzy mieli reprezentować klany w legendarnym mieście.

- Najpierw jednak podążymy do Viliskyi - kontynuował tymczasem Thynler, odwlekając jeszcze moment, na który wszyscy najbardziej czekali. - Gdy tylko szlaki staną się przejezdne, dołączymy do Klanu Skivy, by wspólnie wypłynąć na archipelag i uhonorować przywództwo Ynn Thollbord.

Gdy Thynler zwrócił się do niej, rudowłosa heidr skinęła głową.

- Klan Skivy opuści Yrkazaan wcześniej, by wszystko przygotować - oświadczyła. - Ruszymy, gdy tylko myrkin Klanu Gharra wrócą bezpiecznie do domów.

Odpowiedział jej cichy pomruk aprobaty zebranych bjortari.

- Zbliża się lód, wciąż jednak powinniśmy zdążyć do Viliskyi, nim szlaki staną się zbyt trudne do przejścia. Gdy do nas dołączycie, okręty będą gotowe.

Heidrowie po raz kolejny skinęli głowami na symboliczną zgodę. Wszystko to przedyskutowali już wcześniej, poza oficjalnymi obradami.

Eyran chrząknął cicho.

- Po powrocie z łowów klany rozejdą się do domów, a wyprawa ruszy do Var Arrod. - Mężczyzna spojrzał uważnie na bjortari, pogrążonych w pełnym napięcia wyczekiwaniu. - Każdy z heidrów wybrał już swych reprezentantów. - Zwracając się ku pozostałym przewodnikom, skinął głową.

- Klan Nidi reprezentować będzie Odhim Irgrip - przemówił jako pierwszy Fim Vartavari, heidr z Sigvahl. - Będzie służył wyprawie jako skyrma i wspierał ją w kontaktach z utarą.

Bjortari z Klanu Nidi poruszyli się i rozglądając się, odnaleźli pomiędzy sobą wskazanego rytualistę - niewysokiego, wychudzonego blondyna w średnim wieku. Wiedzący uśmiechnął się przelotnie.

- Klan Fjalloga - odezwał się tymczasem donośnie Ofnir Andsaga, gdy zgromadzenie ponownie spojrzało na podwyższenie z wyczekiwaniem - reprezentować będzie Renn Ava Brodhirst.

Bjortari z Asundgranu zakrzyknęli gromko, wiwatując na cześć wybranego. Ofnir uniósł dłoń, by ich uciszyć, uśmiechając się przy tym pod nosem.

- Jako berserk i myśliwy będzie zbrojną siłą wyprawy - dokończył.

Na szerokie plecy Brodhirsta spadły kolejne silne, braterskie klepnięcia jego rozentuzjazmowanych towarzyszy.

- Klan Urkari reprezentować będzie Chatzka - obwieścił tymczasem Loddreg Gjall. - Jako varta, stanie się tropicielem i łowcą grupy, wspierając ją swymi zmysłami.

Eyjagrani odszukała wzrokiem stojącego pośród myśliwych swego klanu Braga. Zaciskając zęby, chłopak nie krył rozczarowania. Wybór Chatzki był zrozumiały. Wysoka, jasnowłosa wojowniczka miała siedemdziesiąt dwa lata i choć dla varty był to już wiek zaawansowany, kobieta wciąż była w doskonałej formie. Twarde mięśnie uwydatniały się pod napiętą skórą, poznaczoną zebranymi przez lata bliznami, a spojrzenie pozostawało ostre i bystre. Za Chatzką przemawiało też jej doświadczenie zdobyte między innymi podczas hadharskich zmian. Brag nie odmawiał jej zalet, ale nie mógł poradzić sobie z odtrąceniem jego kandydatury.

- Ponadto... - kontynuował tymczasem Loddreg, a ciche szepty, jakie rozlegały się wśród zgromadzonych wraz z każdym kolejnym nazwiskiem, ucichły nagle. - Ponadto otoczy opieką i nadzorem Eyjagrani Heidveurr. Będzie jej przewodniczką, a w razie nieprzewidzianych problemów... - Gjall uśmiechnął się lekko. Wszyscy wiedzieli, jak krwawe nieprzewidziane problemy miał na myśli. - ...zapewni bezpieczeństwo pozostałym uczestnikom wyprawy.

Kończąc, mężczyzna spojrzał na Eyrana, ten zaś skinął głową.

- Klan Gharra reprezentować będzie Eyjagrani Heidveurr - potwierdził. - Klany postanowiły przychylić się do sugestii haaim Maral i pozwolić vartahel na zmierzenie się z Zewem poza miastem. Jeśli prawdą są słowa haaim, być może właśnie to pozwoli ukończyć transformację.

Gwar gwałtownie przybrał na sile, zamilkłe chwilowo, szeptane rozmowy wybuchły teraz z pełną siłą. Zaskoczenie bjortari było aż nadto jasne, wynikało zaś na równi z samego nazwiska Eyjagrani - tej, którą przecież od lat trzymano pod nadzorem właśnie ze względu na nieukończoną jeszcze przemianę - jak i z tego, że heidrowie dali prawo głosu Silje Maral, Hadharce, obcej.

Thynler uniósł rękę w uspokajającym geście, tym razem jednak potrzeba było dłuższej chwili, by bjortari ponownie zamilkli.

- Na wyprawę wyruszy również Diqna Heidveurr, której kandydatura wskazana została przez Insorv - oznajmił Eyran. - Wesprze grupę jako myśliwy i jednocześnie, jako Pierwsza, będzie pełnić funkcję jej przewodniczki.

- Klan Malali reprezentować będzie Fitse. - Girnir Hlokkseid nie czekał i nie próbował ponownie uciszać zebranych, co stawało się coraz mniej możliwe.

Naprędce wymieniane spojrzenia, zmarszczone brwi oraz grymasy wykrzywiające coraz więcej twarzy wyraźnie świadczyły o tym, jak skonsternowani są bjortari wyborami podjętymi przez heidrów. Hlokkseid doskonale wiedział, że jego decyzja będzie kolejnym z takich wyborów.

- Nie jesteśmy w stanie przewidzieć, z czym zetknie się wyprawa po drodze, czy też w samym Var Arrod. Jako silne medium, Fitse będzie służyć pomocą skyrmie Irgripowi - dokończył.

- Klan Skivy - odezwała się zaraz po nim Ynn Thollbord - reprezentować będzie Ylfgrim Fjolnhodd. Razem z Rennem Avą zapewni zbrojną siłę wyprawy.

Wskazany woj skinął tylko nieznacznie głową. Gdy skrzyżował się spojrzeniami z Brodhirstem, uśmiechnął się leniwie. Dwaj mężczyźni byli do siebie podobni z wyglądu - Ylfgrim, podobnie jak Renn, był rosły, szeroki w barach i ciemnowłosy - ale kontrastowali charakterem. W tym duecie to Fjolnhodd był tym bardziej stonowanym i rozsądnym, Renn zaś miał nadrabiać brawurą tam, gdzie mogła okazać się potrzebna.

- Klan Hangtyrana również weźmie udział w wyprawie - oznajmił następnie Jariz Lim. - Reprezentować go będzie Ana Varthasir.

Spoglądając ponad zgromadzonymi ku bjortari z Tameru, Helnir Thynler zmarszczył brwi. Nagle stało się jasne, dlaczego Ana podeszła do wspólnego unaroku. Odbycie rytuału dojrzałości razem z innymi klanami niewątpliwie umocniło jej pozycję wśród ludzi gór. Wciąż trudno było się jednak nie zastanawiać, kim tak naprawdę była Varthasir, że Jariz postanowił wskazać właśnie ją.

Wszystkie klany miały już swych przedstawicieli, Eyran jednak jeszcze nie skończył.

- Z grupą wyruszy również Regwald Unn. Będąc członkiem svadunaru Thekkira Aheidvahla, wskaże wyprawie drogę do miasta - powiedział i zamilkł na chwilę. - Klany zgodziły się również na udział w wyprawie haaim Maral - dodał z ociąganiem.

Eyjagrani bez trudu odnalazła Hadharkę wzrokiem. Maral uśmiechała się, w pełni świadoma, że niechętna zgoda heidrów była tak naprawdę czysto symboliczna. Rada klanów nie miała władzy, by zabronić jej, przedstawicielce Aranmuku, udziału w ekspedycji.

Gdy Eyran zamilkł, tym razem faktycznie kończąc przemawianie, nic już nie mogło powstrzymać wybuchu gwałtownych dyskusji. Gwar rozmów objął cały plac, gdy bjortari wymieniali kolejne uwagi i spostrzeżenia.

Heidrowie spojrzeli po sobie w milczeniu. Ynn Thollbord westchnęła cicho, Fim potrząsnął lekko głową i przetarł twarz dłonią. Ofnir Andsaga spoglądał na Eyrana przez dłuższą chwilę, by wreszcie podnieść się z własnego siedziska i zbliżyć do skraju podwyższenia.

- Dosyć na dziś! - huknął tubalnie. - I tak nikt z was niczego by już nie słuchał.

Bjortari roześmiali się.

- Idźcie jeść. Jeść, pić i pieprzyć, jeśli macie na to ochotę - rzucił nieskrępowanie Ofnir, ruchem głowy wskazując stoły zastawione już licznymi daniami i wtoczone na plac beczki z alkoholem. - Tegoroczne Vilmeti dobiega końca! - ryknął po raz ostatni Andsaga. - Bawcie się, bracia i siostry. Bawcie się najlepiej, jak potraficie!

Rozdział 9

- Nie tego się spodziewaliście, co? - rzucił beztrosko Arkvali, zupełnie nieporuszony poważnymi minami swych towarzyszy. - Ty pójdziesz. Ty nie pójdziesz. - Wskazał kolejno na Eyjagrani i Braga trzymanym w dłoni, do połowy ogryzionym z mięsa udkiem fjalloga, trzecim czy czwartym z tych, które pochłonął w ciągu ostatnich paru minut.

Minęła godzina, odkąd rozpoczęła się uczta kończąca Vilmeti i biesiada rozkręciła się już na dobre. Porozsiadani przy długich stołach bjortari szybko zaspokoili pierwszy głód, przekrzykując się i żywo wymieniając spostrzeżenia. Zgodnie z przewidywaniami tematem królującym przez większość uczty było Var Arrod i nazwiska tych, którzy mieli udać się do miasta. Jedynie dzieci wydawały się zupełnie niezainteresowane tym, kto, z kim i dlaczego ma wyruszyć na wyprawę. Rozkrzyczane urządzały szaleńcze gonitwy między ławami oraz wokół ognisk, niewzruszone liczbą problemów, jakie ich rodzice i wujowie dostrzegali w decyzjach podjętych przez przewodników.

- Muszę wam powiedzieć - kontynuował tymczasem Arkvali między jednym kęsem mięsa a drugim, ocierając z brody ściekający tłuszcz - że to może i ma jakiś sens, wiecie? Nie wiem wprawdzie, jaki, ale może ma. No bo sami przyznajcie, że...

- Bogowie, Vali, zamilcz - mruknął Helnir, dobrze wiedząc, że jeśli mu się nie przerwie, chłopak będzie mówił, mówił i mówił, i prawdopodobnie nigdy nie skończy.

- Ale...

- Morda w kubeł, Vali, to chciał powiedzieć Helnir - rzuciła uczynnie Eyjagrani, uzupełniając stonowaną wypowiedź Thynlera. - Nie masz pojęcia, o czym mówisz.

- A. Aha. - Arkvali skrzywił się w grymasie niezadowolenia. - Czyli to teraz tak? - Dla podkreślenia swych słów i oburzenia machnął resztkami spożywanego udka. - Czyli teraz to już nie jesteśmy kumplami? Wy jesteście ci dojrzali, ważni i mądrzy, a ja jestem tym gnojkiem, którego się spija, żeby zasnął w kącie i nie przeszkadzał, tak?

- Mniej więcej - przytaknęła Heidveurr. Niespiesznie przeżuwając ostatnią łyżkę gęstego gulaszu, skórką chleba wytarła pozostały w misce sos i wrzuciła ją do ust.

- Chociaż umówmy się, nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie próbował cię spić - uściślił Helnir, unosząc brwi znacząco i upijając łyk ostrego w smaku, mocno rozgrzewającego alkoholu, jednego z tych, jakie już od miesięcy pędzono specjalnie na tę okazję.

Arkvali westchnął ostentacyjnie.

Eyjagrani parsknęła śmiechem. W słowach Thynlera było wiele racji - jeśli dobrze pamiętała, ostatnim razem, gdy Vali przesadził z alkoholem, nie skończył gadać nawet wtedy, gdy całe jego towarzystwo rozeszło się już do domów, a on został przy stole zupełnie sam.

- Bardzo zabawne - burknął teraz chłopak. - Bardzo. - Zwieszając głowę, naburmuszony, z większym zapamiętaniem wbił zęby w pozostałą mu w dłoni kość i rozgryzł ją, wysysając zgromadzony w niej szpik.

Helnir pokręcił głową z politowaniem.

- A ty? - zapytała tymczasem Eyjagrani, zwracając się do Braga.

Myśliwy siedział po drugiej stronie stołu obok i od początku uczty prawie się nie odzywał. Od chwili, kiedy z ust Loddrega padło nie jego imię, lecz Chatzki, bratanek Eyrana wydawał się już spokojniejszy, Heidveurr nie dała się jednak zwieść. - Będziesz tak siedział?

- Mogę siedzieć inaczej - mruknął Thynler, po chwili przenosząc błądzące dotąd po okolicy spojrzenie na vartahel. Widząc jej sugestywnie uniesione brwi, westchnął ciężko. - Na Atyrnę, przestań tak na mnie patrzeć. Tak, jestem zły. Tak, czuję się urażony. Niedoceniony. Tak. I co?

- I nic. Rozumiem to. Naprawdę. Tylko...

- Marudzisz jak baba - wtrącił się Arkvali, nawet nie spoglądając na Braga.

- Ty naprawdę chcesz dzisiaj dostać w mordę, nie? - rzucił z rezygnacją myśliwy z Urkari, odruchowo poprawiając ułożenie usztywnionej ręki, złożonej w przewiązanej na szyi chuście. Wciąż był blady, a w cieniach pod oczami odbijało się wyczerpanie polowaniem i ból, tylko po części złagodzony przygotowanymi przez uzdrowicieli ziołami.

- Nie, ja po prostu mówię, że marudzisz. Jak baba. Fakt stwierdzam - powtórzył niewzruszony Arkvali i uniósł pytające spojrzenie na Eyję i Helnira. - Jeśli zaprzeczycie, będziecie gorszymi obłudnikami niż stary Olle, gdy zapewniał Sifa o swej przyjaźni i lojalności, jednocześnie mordując mu wszystkie jego kozy. Wszystkie - podkreślił teatralnie, dźgając powietrze palcem. - Co do jednej.

Helnir przewrócił oczyma.

- Nie wierzę, że to mówię, ale Arkvali ma trochę racji. Trochę - powtórzył z naciskiem syn Eyrana, posyłając Valiemu znaczące spojrzenie. - Wszyscy wiemy, że bardzo na to liczyłeś i nikt z nas nie twierdzi, że nie wykazałeś się dotąd wystarczająco, żeby Gjall cię wybrał, ale... - Chłopak wzruszył lekko ramionami. - Tak wyszło. Wybrał Chatzkę i ten wybór ma sens. Nie traktowałbym tego jako afront czy niedocenianie.

Brag skrzywił się, zaciskając zdrową rękę na do połowy opróżnionym kubku z alkoholem. Poprawiając się na siedzisku, ostrożnie rozprostował plecy, uważając, by nie naciągnąć za mocno posiniaczonego boku.

- To wszystko bardzo ładnie brzmi, ja to zresztą wszystko doskonale rozumiem. Naprawdę. - Wzruszył lekko ramionami. - Tylko nadal mnie to drażni. Po prostu.

Milczeli przez chwilę.

- A ty? - zwrócił się Brag do Eyjagrani. - Ty idziesz. Jak się z tym czujesz?

Heidveurr westchnęła cicho.

- Na pewno lepiej niż z wczorajszym polowaniem - mruknęła cicho.

- O masz, kolejna. - Arkvali pokręcił głową. - Serio, co wy macie z tym jęczeniem? Było nie hodować tak tych swoich ambicji, tego całego ego, to by wam teraz nie było tak ciężko na tych waszych dumnych sercach - prychnął.

Puszczając uwagi Valiego mimo uszu, Helnir spojrzał uważnie na Eyjagrani. Nie trzeba było być szczególnie spostrzegawczym, by widzieć, jak bardzo rozczarowana sobą jest vartahel. Wszyscy wiedzieli już, jak przebiegało polowanie - obok nazwisk członków wyprawy wskazanych przez heidrów, łowy na gharra były drugim tematem, który zdominował pierwsze dyskusje. Nikt nie powiedział przeciw Heidveurr złego słowa - nikt poza nią samą.

- Nie stało się nic złego, Eyja - powiedział cicho Brag, spoglądając na dziewczynę spokojnie. - Nic, czego powinnaś się wstydzić.

Dziewczyna skrzywiła się i potrząsnęła głową.

- Nieważne - mruknęła i chrząknęła cicho. - Nie o to pytałeś. Wyprawa. - Uśmiechnęła się krzywo. - Jak mam się czuć? Cieszę się, Brag. Cholernie się cieszę, że chcą mnie wypuścić z miasta. Ale też... - Wzruszyła lekko ramionami. - Bardzo się boję.

Arkvali przekrzywił lekko głowę, spoglądając na Heidveurr uważnie. Żadne z ich czwórki nie zwracało teraz szczególnej uwagi na to, co działo się wokół, choć gwar przy stołach stopniowo narastał, a stonowane rozmowy coraz częściej przeradzały się w aż nadto ożywione wymiany poglądów, nierzadko okraszone pokazami bardzo wymownych gestów.

- Myślisz, że haaim Maral ma rację? - spytał Vali, kończąc wreszcie wyjadanie kolejnych fjallogów ze stojącej nieopodal tacy i ocierając zatłuszczone ręce specjalnie do tego celu przeznaczoną szmatą.

- Może mieć - przyznała z wahaniem Eyjagrani, kołysząc w zamyśleniu kubkiem. Miodowy alkohol przelewał się raz w jedną, raz w drugą stronę, mieniąc się kalejdoskopem ciepłych barw, gdy padało na niego światło ognisk. - Jest łowczynią. Chyba się na tym zna, nie?

Milczeli przez krótką chwilę, każdy pogrążony we własnych myślach.

- Jeśli ma rację - odezwał się Helnir - to wreszcie coś się zmieni, mała.

Heidveurr zaśmiała się krótko.

- Tak. Coś się zmieni - potwierdziła cicho, jeszcze przez moment zwieszając głowę nad mechanicznie bujanym kubkiem. - Tego właśnie się boję. Zmiany - rzuciła, unosząc wzrok na przyjaciół. - Przemiany.

Arkvali bez wahania sięgnął przez stół i unieruchomił kołyszące naczyniem dłonie dziewczyny w swoich.

- Wiesz, że będzie dobrze - stwierdził nastolatek z przekonaniem. Spoglądając w jasne, błękitne oczy przyjaciółki, widział, jak wiele lęku się w nich skrywa. Heidveurr starała się trzymać go na wodzy i nie dopuszczała go do głosu, ale tylko ktoś, kto zupełnie jej nie znał, mógłby przegapić skalę jej obaw. Z jednej strony vartahel wyczekiwali pierwszej przemiany z utęsknieniem, z drugiej jednak - każdy się jej bał.

Eyjagrani chciała zaprotestować, Vali jednak potrząsnął głową i silniej ścisnął jej dłonie.

- Nie, poważnie, Eyja. Jeśli Silje ma rację i na wyprawie masz dokończyć przemianę, to dokładnie to zrobisz. - Chłopak uśmiechnął się lekko.- Powyjesz najwyżej trochę z bólu i może kogoś zagryziesz, ale zmienisz się, a potem wrócisz do nas.

Dziewczyna parsknęła śmiechem i potrząsnęła głową, rumieniąc się, lekko zakłopotana.

- No dobra - chrząknęła cicho po chwili i uśmiechnęła się, spoglądając kolejno na każdego z towarzyszy. - W porządku.

Helnir zarzucił jej rękę na ramię i przyciągnął do siebie, a Eyja nie opierała się, przytulając się na chwilę do szerokiej piersi młodego wojownika.

- Kto to widział, żebyś tak w siebie wątpiła, Heidveurr, no naprawdę - rzucił Thynler i pokręcił głową z teatralnym oburzeniem.

Eyjagrani mruknęła cicho i zaczepnie chwyciła w zęby delikatną skórę szyi Helnira.

Brag parsknął cicho.

Gdzieś za ich plecami, przy drugim stole, ponad gwar rozmów wybiły się gromkie okrzyki. Czyjeś pięści zaczęły rytmicznie uderzać w blat, a trzask pękającej gliny i donośny jęk rozżalenia wyraźnie świadczył o tym, że przy nagłym zamieszaniu musiał ucierpieć któryś z dzbanów wypełnionych lokalnym piwem.

- Niech zgadnę - rzuciła Eyjagrani, nie oglądając się przez ramię. - Fjallogi znowu świętują wybranie Brodhirsta.

Brag wyprostował się i wyciągnął głowę, ponad zebranymi spoglądając w kierunku większego poruszenia.

- Otóż to - potwierdził po chwili. - Co więcej, chyba właśnie namawiają go, by zaprezentował, jak dobrym jest wyborem.

- Jest już bez koszuli? - W głosie Heidveurr rozbrzmiało większe zainteresowanie.

- Jest - przytaknął myśliwy. - I chyba zamierza być również bez spodni.

Eyjagrani jednak się obejrzała.

- Swoją drogą, wiecie coś o tych wszystkich... - zapytał po krótkiej chwili Arkvali i machnął ręką w bliżej niesprecyzowanym geście. - Tych wybranych innych klanów? Poza Rennem Avą - uściślił, szczerząc zęby. - O nim to akurat teraz wszystko wiadomo. Łącznie z tym, gdzie i jak bardzo jest owłosiony.

Helnir parsknął cicho.

- Znam Chatzkę. To znaczy, widziałem ją kiedyś, jak z heidrem Gjallem odwiedzała ojca - powiedział, poważniejąc.

- Ona ma jakieś nazwisko w ogóle? - Arkvali zmarszczył lekko brwi.

- Nie - zaprzeczył Brag. - Wyrzekła się go już przed wielu laty. Nie wiem, czy ktokolwiek pamięta, jak się nazywała. Nie wiem, czy ona sama to pamięta. Zresztą, nawet gdyby, nikt i tak nie będzie o tym wspominał. Chatzka jest jedną z naszych najstarszych i najbardziej zasłużonych vart.

- I weteranką hadharskich zmian, nie? - spytał Helnir, spoglądając na Braga.

Bratanek Eyrana skinął głową.

- Była na trzech, w tym jednej przedłużonej. Swego czasu mówiło się, że za którymś razem w ogóle nie wróci.

- Odhim Irgrip to chyba jakiś kuzyn Vartavariego - powiedziała Eyjagrani po namyśle. - Wydaje mi się, że moja matka coś kiedyś o nim wspominała. Podobno jest dobrym skyrmą. Silnym.

- A Fitse? - spytał Brag, spoglądając kolejno po pozostałych.

- To ten dziwoląg - odpowiedział Arkvali. Przez chwilę błądził spojrzeniem po znajdujących się w jego zasięgu talerzach i misach, potem znów zwrócił się ku reszcie. - Ile on... ona... Ile to ma lat, w zasadzie?

- Piętnaście - odpowiedział syn Eyrana.

- I jest już po unaroku? - Brag uniósł brwi w zdumieniu.

- Jest. Przeszło rytuał cztery lata temu. - Sięgając ku misie z małymi kulkami ostro przyprawionego ciasta, Helnir wrzucił sobie dwie do ust, a kolejną podsunął Eyji.

Dziewczyna wgryzła się w nią chętnie, oblizując potem palce chłopaka.

- Mówią, że to silne medium - powiedziała, przeżuwając przekąskę. - Chociaż bardzo bym się zdziwiła, gdyby chodziło o coś więcej, niż tylko pozbycie się problemu. - Widząc niezrozumienie na twarzy Braga, Eyjagrani uniosła głowę i rozglądając się, odnalazła drobną, białowłosą sylwetkę. - Tam, spójrz.

Mężczyźni podążyli za jej wzrokiem. Brag zmarszczył brwi.

- Dziwna... Dziwny?

- No właśnie nie wiadomo - rzucił Arkvali, po krótkiej chwili ponownie obracając się w kierunku stołu. - Fitse to odmieniec. Jak się urodziło, to stwierdzili, że to klątwa, kara jakaś. Nie wiedziano, co z tym zrobić, ale że rodzina stanęła za nim murem, to nie zrobiono nic. I tak sobie to dziwadło żyje.

- Vali - mruknęła Heidveurr nieco ostrzej, spoglądając na przyjaciela z wyraźną naganą. - Fitse jest inne - zwróciła się potem do Braga - i klan, klany właściwie, nie wiedzą, jak się do niego odnosić. Ale to bjortari taki jak my.

- Mówią też, że podobno potrafi władać lodem - dodał Helnir. - Swoją drogą dziwię się, że dotąd o nim nie słyszałeś. Przy waszych ogniskach nigdy nie mówiło się, jak to dobrze, że odmieniec jest Malalą, a nie Atyrem?

Brag wzruszył lekko ramionami.

- Nie wiem, może się mówiło, ale ja nie słyszałem. - Chłopak uśmiechnął się przelotnie. - Zwykle nie słucham plotek.

Z prawej rozbrzmiała muzyka. W ślad za rytmicznymi uderzeniami bębnów podążył dźwięk piszczałek i szarpania strun, gdy samozwańczy muzycy rozstawili się przy jednym z ognisk, by uraczyć zebranych swymi talentami. Niektórzy, wystarczająco już rozochoceni, wstali od stołów, by spożytkować nadmiar energii w szalonych, chaotycznych tańcach. Poderwał się także Arkvali. Naprędce wychylając do dna pozostałe mu piwo, skrzywił się, otarł usta z ulanego alkoholu i rzucając na odchodnym, że zaraz wróci i by nie wypili wszystkiego bez niego, w podskokach dołączył do bawiących się.

Eyjagrani spoglądała za nim przez chwilę, potem znów zerknęła na siedzącego u jej boku Helnira.

- Czy teraz powiesz mi, jak się czujesz? - spytała cicho.

Thynler nachmurzył się i odwrócił wzrok.

- Dobrze - rzucił krótko. - Naprawdę, Eyja. Jest dobrze.

Vartahel zmrużyła oczy, ale to Brag się odezwał.

- Myślę, że wszyscy chcielibyśmy ci wierzyć, kuzynie - powiedział spokojnie. - Co więcej, wszyscy chcielibyśmy, żeby po prostu tak było. Problem w tym... - Myśliwy zaśmiał się krótko, jego śmiech utonął jednak w nagłej eksplozji radości gdzieś z lewej strony stołu. - Problem w tym, że czasem jesteś niczym otwarta księga.

Helnir skrzywił się.

- Świetne. Może jednak wy po prostu nie umiecie czytać - skwitował ostro, po chwili łagodniejąc. Spojrzał uważnie na Eyję i Braga, westchnął cicho. - Wiem, że unarok w moim wykonaniu wyglądał... nie za ciekawie.

Heidveurr prychnęła cicho.

- Nie za ciekawie, Thynler? Rzygałeś krwią tak długo, że aż dziw, że cokolwiek ci jej zostało - rzuciła gorzko. - I, choć byłeś ciałem, tak naprawdę wcale cię nie było, gdy rytuał się kończył. Pamiętasz w ogóle próbę krwi? Albo jak wróciłeś do Chaty? Albo kolejną noc po rytuale?

Helnir drgnął zaskoczony rozgoryczeniem Eyjagrani. Otworzył usta, jak gdyby chcąc protestować, potem zamknął je jednak. Rzadko kiedy się rumienił, mimo tego zawstydzenie chłopaka było teraz aż nadto widoczne.

- Nie - odpowiedział w końcu z ociąganiem. - Nie pamiętam niczego z tego, co wymieniłaś.

Eyjagrani prychnęła cicho, nic nie mówiąc. Sięgając po dzban z piwem, nalała sobie do pełna i szybko upiła kilka długich łyków.

- Martwimy się o ciebie, kuzynie - powiedział po chwili Brag, spoglądając z uwagą na siedzącą naprzeciw dwójkę. - To naprawdę wyglądało źle. Bardzo.

Helnir westchnął cicho.

- Wiem - przyznał z rezygnacją. - Pewnie jestem sobie w stanie wyobrazić. - Zamilkł na chwilę ze zwieszoną głową. Gdy podniósł ją ponownie, zmusił się do bladego, w założeniu uspokajającego uśmiechu. - Musicie mi jednak wierzyć, że teraz jest dobrze. Nires mi pomogła, bliźniaczki i Sigai. Ja... - Zawahał się. - Już jest w porządku. Jestem zmęczony jak po miesiącu mroźnej gorączki, ale poza tym nic się nie dzieje. Może ja po prostu tak mam. Może tak reaguję na utarę - zaśmiał się gorzko.

Heidveurr zmrużyła oczy. Jej ostre spojrzenie łagodniało powoli, wciąż jednak było w nim coś dziwnego, coś, co sprawiało, że Thynler niemal spodziewał się odkrycia przez dziewczynę wszystkich jego sekretów.

- Zareagowałeś jak Silje - stwierdziła tymczasem krótko Eyja, a Helnir potrzebował chwili, by pojąć pełnię jej słów. - Utara robi z nami różne rzeczy, jedni radzą sobie z nią lepiej, inni gorzej, ale nigdy aż tak. Ostatnio tylko z Silje był taki problem. I z tobą.

Chłopak milczał, nie wiedząc, co ma odpowiedzieć.

- Może to kwestia samej utary - zasugerował ostrożnie Brag, marszcząc brwi w zamyśleniu. - Wiadomo już, że się zmienia, nikt nie ma co do tego wątpliwości. Może to jeden ze skutków tych zmian. Może wszyscy z czasem zaczniemy reagować gorzej.

Helnir odetchnął powoli.

- Z tej perspektywy wyprawa do Var Arrod wygląda na ostatnią głupotę - zauważył. - Szczególnie wiedząc, co stało się z Thekkirem.

- A wiemy, co się z nim stało? - Eyjagrani znacząco uniosła brwi.

Helnir skinął głową na zgodę.

- W porządku, źle się wyraziłem. W sumie właśnie w tym jest problem, nie? Że nie wiemy, co, ale coś się stało. Poza tym, jeśli prawdą jest to, co mówią, że Var Arrod jest Kręgiem, to... - Chłopak potrząsnął lekko głową. - Będziemy pchali się w najgorsze gówno. Wy będziecie się pchali. - Thynler spojrzał ponuro na Eyję, jedyną spośród trójki, która miała uczestniczyć w tej wyprawie.

- Z tej perspektywy wolałbym jednak, by moja teoria pozostała tylko nią, a Silje i Helnir byli po prostu upośledzeni - stwierdził Brag z nieskrępowaną szczerością, na co Eyjagrani parsknęła cicho.

Helnir uśmiechnął się tylko przelotnie, a smutek, który na krótką chwilę położył się cieniem na jego spojrzeniu, rozmył się, zanim ktokolwiek zdążył go zauważyć.

To prawda, że utara się zmienia, pomyślał Thynler. Ale prawdą jest też, że zmieniam się ja - i nie wiem, jak to zatrzymać.

Tymczasem wrócił Arkvali, zgrzany mimo panującego chłodu i zdyszany jak po biegu do Areny i z powrotem.

- Thynowie - wykrztusił, z impetem opadając na ławę i sięgając po dzban piwa. Nie tracąc czasu na przelewanie alkoholu do kubka, nalał go sobie wprost do gardła. Ocierając potem usta rękawem koszuli, odetchnął głęboko. - Thynowie - powtórzył. - Ona jest nienormalna.

Helnir uniósł brwi pytająco.

- Silje - wyjaśnił Vali. Jeszcze jeden głęboki oddech pozwolił mu ograniczyć zadyszkę. - Silje Maral, haaim Aranmuku, moi drodzy.

- I twierdzisz tak, bo...? - zapytał z rozbawieniem Brag, poprawiając się nieco na ławie.

Arkvali zgarnął z twarzy wilgotne od potu kosmyki włosów i westchnął teatralnie.

- Bo poszedłem i z nią zatańczyłem, i wyglądam, jak wyglądam, a ona wygląda... No, inaczej - obwieścił, jednocześnie ruchem głowy wskazując ku bawiącym się. - Sami zobaczcie, pewnie jeszcze tam jest.

Była, śmiejąc się radośnie i bez trudu odnajdując się w szybkim, żywiołowym rytmie wygrywanych przez grajków melodii.

- Widzicie? Nienormalna - powtórzył Vali. - No chora na głowę i pewnie nafaszerowana jakimś... Nie wiem, hadharskim gównem jakimś, żeby mieć tyle sił.

Eyjagrani przez dłuższą chwilę spoglądała tylko na wirującą w kolejnych piruetach Maral, by wreszcie wybuchnąć śmiechem.

- Dwukrotnie... Nie, w zasadzie ponad dwukrotnie starsza od ciebie kobieta...

- Ile?! - Brag uniósł brwi w zdumieniu, ponownie oglądając się na Silje. - Pieprzysz, Silje nie może być po trzydziestce.

- ...w dodatku jeszcze kilka dni temu w stanie, umówmy się, niemal agonalnym, była w lepszej formie od ciebie. Poważnie? - dokończyła niewzruszona zaskoczeniem myśliwego z Urkari Eyjagrani, ponownie zanosząc się chichotem.

- Coś mi się widzi, że unarok to dla ciebie wizja bardzo, bardzo dalekiej przyszłości, Arkvali Olle Hjorvaugu - stwierdził z ostentacyjną powagą Helnir, w kolejnej chwili również parskając śmiechem.

Vali sapnął cicho i pokręcił głową w obliczu takiego niezrozumienia.

- Bardzo śmie... - zaczął, w jednej chwili urywając jednak i gwałtownie odkładając na talerz łyżkę z nabraną właśnie porcją gulaszu. Krople gęstego, aromatycznego sosu rozprysnęły się po najbliższej okolicy, brudząc mozaiką brunatnych cętek stojący w pobliżu dzban, rozłożone na paterze owoce oraz koszulę nastolatka. - Właśnie! Silje, stan agonalny.

Arkvali zaczął oklepywać się po kieszeniach, w końcu z którejś z nich wydobył niewielki woreczek zawieszony na długim rzemieniu. Bez uprzedzenia podrzucił paczuszkę ponad stołem w kierunku Eyjagrani. Dziewczyna złapała ją instynktownie, w ostatniej chwili ratując przed utopieniem w tłustym rosole.

- Zakład - przypomniał niepotrzebnie chłopak. - Tak, jak się umawialiśmy.

Heidveurr parsknęła cicho, spoglądając na woreczek. Rozsznurowując go, zajrzała do środka z zaciekawieniem.

- Co to? - Pochylając się nad ramieniem Eyji, Helnir spróbował dojrzeć zawartość sakiewki. Z podobnym zainteresowaniem spoglądał też Brag, on jednak, obolały, nie próbował się przechylać przez stół.

- Łapka fjalloga - odpowiedziała dziewczyna z rozbawieniem.

- Co? - Helnir zmarszczył brwi.

- Łapka fjalloga. Suszona - powtórzyła vartahel, teraz już szczerząc się w uśmiechu zupełnie szeroko. Szarpnięciem ponownie zacisnęła wiążące woreczek rzemienie i zawiesiła go sobie na szyi, wsuwając pod koszulę.

- I co to ma robić? - spytał Brag. Kącik ust drgał mu w powstrzymywanym uśmiechu.

- Chronić - odpowiedziała Heidveurr. - To amulet. Nie, Arkvali?

Helnir i Brag popatrzyli po sobie, po czym obaj wybuchnęli śmiechem. Vali nachmurzył się, spoglądając na przyjaciół spod oka.

- Ja wam kiedyś wszystkim powinienem najzwyczajniej w świecie, po ludzku przypierdolić, każdemu po kolei - stwierdził rozbrajająco szczerze. - Za te wasze uśmieszki. Podśmiechujki te wasze.

Brag zakasłał, próbując opanować rozbawienie.

- A nie mógłbyś nam tak po prostu... Wytłumaczyć? - spytał, drżąc od z trudem powstrzymywanego chichotu.

- Vali, poważnie, ja nie wiem, kto ci naopowiadał takich głupot, ale pierwsze słyszę, żeby suszone odnóże górskiego, gwiżdżącego, strachliwego tłuścioszka miało kogokolwiek przed czymkolwiek chronić. - Helnir otarł łzy, jakie zdążyły mu się zebrać w kącikach oczu. Krztusząc się, nabrał powietrze głęboko, próbując się opanować. - Nawet Fjallogi przecież nie...

- Fjallogi akurat tak - burknął nachmurzony Arkvali. - Ale ja nie będę w ogóle z wami rozmawiał, nie będę nawet próbował wyciągać was z tego waszego ubogiego, intelektualnego grajdołka. - Zakładając ręce na piersi, odwrócił się teatralnie plecami do pozostałej trójki.

Wytrwał tak niecałą minutę.

- No wreszcie! - zawołał radośnie, po raz wtóry podrywając się gwałtownie z ławy. Brag z Helnirem wciąż jeszcze nie stracili wywołanych napadem niepowstrzymanej wesołości rumieńców, a Eyjagrani nadal musiała bardzo się starać, by nie parsknąć śmiechem. Arkvali zdążył już jednak zapomnieć o tym, jak bardzo czuł się urażony.

- Idziecie skakać? - zapytał piętnastolatek, w kolejnej chwili sam sobie odpowiadając. - A, nie, przepraszam, wy teraz ułomni. - Z niewinnym uśmiechem spojrzał na wymizerowanych Thynlerów. - To może chociaż ty? - zwrócił się ku Eyji.

Heidveurr zaśmiała się, kręcąc jednak głową odmownie.

- Nie tym razem.

Arkvali westchnął przeciągle.

- Tchórz - podsumował, po czym odwrócił się na pięcie i szybkim krokiem ruszył ku jednemu z ognisk, wokół którego gromadzili się teraz inni bjortari.

Eyjagrani parsknęła cicho i również wstała od stołu.

- Chodźcie - rzuciła do Braga i Helnira. - Jeśli jego duma ma spłonąć w tym ogniu, chcę być tego świadkiem.

Tymczasem zainteresowani bjortari ustawili się już w szpaler po obu stronach paleniska, pozostawiając pomiędzy sobą szeroki pas wolnej przestrzeni. Strzelające dotąd wysoko płomienie teraz przygaszono, wciąż jednak tańczyły żywo, a liczne iskry umykały ku ciemnemu już, usianemu gwiazdami niebu.

- Pamiętasz, kto wygrał ostatnio? - spytała Eyjagrani, gdy razem z Thynlerami znaleźli sobie miejsce w tłumie gapiów. Kilkoro ochotników mających wziąć udział w zbliżającej się konkurencji zebrało się już przy ogniu, dyskutując jeszcze i zaśmiewając się wspólnie. Arkvali był wśród nich, gestykulując żywo.

- Chyba Olfgard - stwierdził Helnir po chwili, ruchem głowy wskazując postawnego mężczyznę o bujnej, zaplecionej w trzy grube warkocze kruczoczarnej brodzie. Wojownik i tym razem stał w grupie szykującej się do zawodów. - Nie sądzę jednak, by tym razem też mu się udało. Podobno nie cieszy się już najlepszym zdrowiem.

Vartahel przyjrzała się Olfgardowi uważniej. Nie był jeszcze stary, nie mógł mieć na karku więcej niż sto, może sto dziesięć zim, mimo tego w jego postawie dało się dostrzec ciężar przeżytych lat. Trudno było się jednak temu dziwić - mężczyzna przez długi czas pełnił przecież rolę pierwszego z myrkin Klanu Skivy, a czas, jaki spędził na mroźnych morzach północy, musiał odbić się na jego zdrowiu.

- To i tak godne podziwu, że w ogóle... - zaczęła Heidveurr, nagle jednak urywając, gdy do grupki szykujących się dołączyła jeszcze jedna, drobna postać. - Ej, to nie ta z unaroku? Z Tameru?

Brag Thynler zmarszczył brwi.

- To ona - potwierdził syn Eyrana. - Ana Varrthasir.

- Chyba nie zamierza brać udziału w zawodach? - Brag wyprostował się bardziej ponad tłumem, by lepiej widzieć dziewczynę. Jej ciemniejsza, spalona słońcem skóra, wyraźnie kontrastowała z bladością pozostałych bjortari, podobnie jak jej rażąco inna od rozbawienia pozostałych uczestników powaga.

- Chyba jednak zamierza - stwierdził Helnir. - I ma do tego prawo.

- Jest dopiero co po unaroku - zauważył Brag. - I na thynów, jest dziewczyną. Powinna być rozsądniejsza. Bo podobno takie jesteście. - Thynler spojrzał znacząco na Eyjagrani, a ta zaśmiała się.

- Podobno jesteśmy - potwierdziła.

Dobrze wiedziała, co Brag ma na myśli - bjortari nie zabraniali swym kobietom udziału w organizowanych zawodach, w przypadku skoków przez ogień kobiety widywało się jednak rzadko, bo konkurs ten był... Cóż, nawet bjortari nie widzieli w nim za grosz rozsądku. Konkurencja ta była niczym innym, jak zwykłym pokazem brawury - tym większym, im wyżej pozwalano strzelać płomieniom ponownie podsycanego ogniska.

- Zdaje się jednak, że Varrthasir ma coś do udowodnienia - dodała jeszcze Heidveurr. - Albo w ogóle Tamer ma coś do udowodnienia.

Tymczasem gwar wokół ognia stopniowo przycichł. Szóstka rywali wymieniła ostatnie żarty, by potem, na znak jednego z myśliwych, mającego pełnić rolę prowadzącego zawody, cofnąć się od ogniska i pozostawić miejsce dla tego, kto miał skakać jako pierwszy.

Uczestnicy podchodzili do konkurencji kolejno i żaden z nich nie zwlekał. Gdy tylko pierwszy rozpędził się i lekkim, niemal nonszalanckim susem przeskoczył niewysokie jeszcze płomienie, kolejny już brał rozbieg, a za nim następny i tak dalej. Początek nie był emocjonujący - przygaszone ognisko nie stanowiło dla bjortari żadnego wyzwania, a atmosferę zawodów podgrzewała najpierw nie jego trudność, a okrzyki i uszczypliwe komentarze rozbawionych gapiów.

Ognisko podsycono jednak ponownie, pozwalając płomieniom strzelać wyżej i wyżej.

W pewnym momencie - po drugiej, a może trzeciej kolejce skoków - zawody trudno było już traktować jako skakanie nad ogniem, rywalizujący bowiem przelatywali właściwie przez płomienie, nie ponad nimi. Uśmiechy spełzły wtedy z twarzy uczestników, ustępując miejsca pełnemu skupieniu, a żartobliwe komentarze zmieniły ton na zagrzewający do walki i nierzadko milkły w chwili, gdy kolejni skaczący wpadali na chwilę w ogień. Gdy stopy skaczącego ponownie dotykały zimnej ziemi, tłum znów eksplodował okrzykami, teraz pełnymi ulgi i podziwu.

Wreszcie uczestnicy zaczęli się wycofywać.

Pierwszy ustąpił niewysoki jak na bjortari - od przeciętnego mieszkańca nizin wciąż bowiem wyższy o głowę - smukły blondyn, w którego luźnym warkoczu powiewały liczne, barwione błękitem pióra malali. Po czwartym skoku jedna z ozdób zajęła się od płomyka, a choć mężczyzna ugasił ją bez wahania, do kolejnej próby już nie podszedł. Czerwień na jego policzkach przybrała odcień głębokiego karmazynu, a oddech łapał z trudem. Lekkim skinieniem głowy pogratulował pozostałym, sam zaś stanął z boku.

Potem był ten, którego zdobienia stroju wskazywały na Klan Fjalloga, a zaraz po nim mężczyzna do niego bardzo podobny, choć przybyły raczej z Sigvahl. Brag Thynler rozpoznał w nich braci Veigginn, Fimida i Andiatra, którzy odwiedzali czasem Urkari, za każdym razem zabierając po jednym czy dwóch dogach dla swych klanów. Obu udało się wykonać pięć skoków tak dobrze, że spodziewano się kolejnych prób, bracia jednak spasowali, dołączając na uboczu do blondyna z Niddkari.

Jako czwarta wycofała się Ana. Przeskakiwała ogień z gracją nieosiągalną dla swych rywali, szybko i rączo jak młody jeleń, hangtyran, z hodowli którego słynął jej klan. Ani razu nie zawahała się, choć jej ostre rysy z każdą kolejną próbą wyostrzały się bardziej i twardniały, stając się odbiciem skrajnej koncentracji i spięcia. Gdy jednak przebrzmiały okrzyki po jej szóstym skoku - okrzyki, w których nie słychać było już zaskoczenia jej udziałem, a jedynie gorące wsparcie i wyrazy uznania - w milczeniu pokręciła głową i stanęła obok Andiatra. W kolejnej chwili dołączył zaś do niej piąty z uczestników, postawny rudzielec, nietypowo jak na bjortari gładko ogolony i stroniący od jakichkolwiek ozdób we włosach. Część pokrywających jego policzki piegów ginęła teraz w czerwieni rozlewającego się na nich łagodnego oparzenia. Zacięty wyraz twarzy i płomienne spojrzenie, gdy kątem oka spoglądał na Anę, sugerowały, że zrezygnowałby wcześniej, nie chciał jednak wycofać się przed nastolatką.

Ostatecznie pozostał tylko Arkvali. Zgodnie z zasadami zawodów nie musiał już skakać. Mimo tego chłopak odetchnął cicho i na pytające spojrzenie prowadzącego konkurencję myśliwego lekko skinął głową. Każdy z wygranych miał prawo decyzji, czy chce swój sukces podkreślić i przypieczętować jeszcze jedną próbą i większość rzeczywiście chciała - Vali również.

Tłum zamilkł. Hjorvaug nie dokonywał wprawdzie czegoś, czego świadkowie wcześniej rozgrywanych skoków nie widzieli - choćby przy okazji ostatniego Vilmeti wygrany, wspomniany przez Helnira Olfgard, zakończył rywalizację z dziewięcioma udanymi próbami na koncie, gdzie podczas ostatniej strzelające płomienie były już wyższe od niego samego - mimo tego wyczuwalne było pełne oczekiwania napięcie. Arkvali był młody, miał ledwie piętnaście lat i nie przystępował jeszcze do unaroku. Rzadko zdarzało się, by ktoś tak młody pokonywał w rywalizacji starszych, bardziej doświadczonych myśliwych i wojowników. Chłopak chrząknął cicho, jakby przytłoczony poświęcaną mu uwagą. Cofając się o kilka kroków, by zapewnić sobie lepszy rozbieg, odczekał, aż myśliwy dorzuci do ognia jeszcze kilka drew, po czym skinie głową przyzwalająco. Dopiero wtedy ruszył, przygryzając lekko wargę. Ku niebu strzelił pióropusz iskier, gdy nastolatek wpadł w sam środek ogniska, niezdolny już wyskoczyć tak wysoko, by przemknąćponad płomieniami.

Wypadł po drugiej stronie i zachwiał się, zatrzymując się nieudolnie i na chwilę przyklękując na kolano. Policzki płonęły mu gorącym rumieńcem, a na lewej dłoni, którą chłopak machał teraz szybko, by ją schłodzić, prędko wyrosło kilka niedużych, surowiczych bąbli. Skóry, w które był ubrany, z lewej strony pokrywały teraz pojedyncze, czarne smugi.

Chłopak odetchnął głęboko, uniósł głowę i uśmiechnął się od ucha do ucha.

Zebrany tłum eksplodował okrzykami. Stojący na przedzie bjortari dopadli nastolatka, pomagając mu wstać, klepiąc mocno po plecach i czochrając i tak rozwichrzoną, osmoloną grzywę jasnych włosów. Do radości dołączyła też Eyjagrani, przytulając krótko równie zaskoczonego, co dumnego z przyjaciela Helnira.

- No pięknie - rzucił Thynler z udawanym oburzeniem, choć na jego twarzy jaśniał szeroki uśmiech. - Możemy zapomnieć o spokoju, będzie się teraz puszył jak fjallog w okresie godowym.

Heidveurr przecisnęła się do Arkvaliego i zamknęła go na chwilę w silnym uścisku ramion.

- Jesteś idiotą - rzuciła dla zasady, spoglądając krytycznie na poparzoną dłoń chłopaka i ślady sadzy na jego włosach i skórach. - Ale i tak jestem dumna.

Hjorvaug wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.

Gdy pierwsza konkurencja zakończyła się, ludzie gór ochoczo rzucili się ku kolejnym zawodom. Wielu zdecydowało się tym razem wziąć udział w konkurencjach, a gwar towarzyszący chaotycznym zmaganiom przybrał na sile tak bardzo, że przez jakiś czas nie było mowy o spokojnych rozmowach. Nawet Arkvali, wbrew obawom Helnira, nie popadł od razu w pełen samozachwytu monolog, zamiast tego wziął szybkie dwa łyki piwa i pognał - ciągnąc ze sobą resztę towarzystwa - do miejsca kolejnych zawodów, w których nie zamierzał wprawdzie uczestniczyć, ale które chciał oglądać.

Zapasy w kręgu były emocjonujące już od samego początku. Jeszcze nim ochotnicy wystąpili przed szereg, zgłaszając swe kandydatury, przekrzykiwano się przy zgadywaniu, kto tym razem zdecyduje się zmierzyć w walce i kto z kim zewrze się w objęciach. Gdy prowadzący konkurs oficjalnie przedstawiał walczących i dobierał ich w pierwsze pary, gwar tylko przybierał na sile, brzmiąc rozczarowaniem tych, którym nie dane było zobaczyć swych ulubieńców, braci i towarzyszy broni, jak też - w znacznej większości - podnieceniem związanym ze zbliżającymi się zmaganiami. W zapaśniczych kręgach bjortari walczyli nie mniej poważnie niż na polu bitwy i z nie mniejszym zapamiętaniem, a wygrana była tyleż samo ważna i satysfakcjonująca.

Wraz z rozpoczęciem walk zmieniła się także muzyka. Dotąd porywała do tańca, teraz stała się tłem i oprawą zawodów. Bębny zdawały się wyznaczać rytm poczynań walczących, a jękliwe zawodzenie jednego z muzyków przywodziło na myśl okrzyki bojowe berserków, wprowadzających się nimi w charakterystyczny, szaleńczy trans.

Ku swemu zaskoczeniu w jednej z walczących par Eyjagrani dostrzegła Asira Insvarra. Varta zdążył już na powrót przyjąć ludzką postać, a okrywające go opatrunki i ciasno zawinięte bandaże najwyraźniej nie przeszkadzały mu stanąć w szranki z innymi wojownikami. Na oko Heidveurr zmiennokształtny wciąż był zbyt blady i wyraźnie zbyt wyczerpany, by jego uczestnictwo w zapasach mogło być rozsądne, z drugiej strony nawet teraz poruszał się z niesamowitą gracją. Wyglądał na poharatanego, ale z pewnością nie na kogoś, kto jeszcze wczoraj stanął do straceńczej walki z gharra.

Prędko stało się też jasne, czyje starcie będzie tego wieczoru najbardziej wyczekiwanym.

- Asir i Ofnir - mruknął w pewnej chwili stojący u boku Eyjagrani Brag, odruchowo poprawiając temblak. - To musi się tak skończyć.

Walki nie były ustawiane, z każdej pary do kolejnych zmagań przechodził ten, kto poradził sobie lepiej, w tym przypadku jednak trudno było o inny finał. Asir Insvarr i Ofnir Andsaga nie mieli sobie równych w bezpośrednich potyczkach, a kolejne zmagania tylko to udowadniały. Gdy w końcu stanęli naprzeciw siebie, półnadzy i rozgrzani, tłum zamilkł, a głębokie dudnienie bębnów przybrało na sile.

Eyjagrani prześlizgnęła się wzrokiem po sieci blizn, pokrywającej znaczną część ciała Asira. Ofnir także nosił swoją kolekcję, niezliczone pamiątki po bitwach, w których uczestniczył, szramy Insvarra były jednak inne, bardziej brudne. Heidveurr nie potrafiła określić ich inaczej.

Gdy mężczyźni krążyli wokół siebie jak dwa czające się drapieżniki, niezdecydowani jeszcze i odwlekający moment zwarcia się w silnym uścisku, Eyja nie mogła oderwać wzroku od brzydkich, szarpanych, często źle zagojonych śladów, jasnych pręg mocno kontrastujących z ciemniejszą, karmelową skórą varty. Takich blizn nie zostawiały ostrza.

Brag dostrzegł, na co patrzyła.

- To po walkach - wyjaśnił cicho, pochylając się ku niej. - Asir wiele lat walczył na psiej arenie, przestał dopiero wtedy, gdy Loddreg wprost mu tego zabronił.

Vartahel zmarszczyła brwi lekko.

- Przestał? - spytała, jednocześnie odnajdując na ciele Insvarra podejrzanie świeże ślady.

Thynler westchnął cicho.

- Przynajmniej oficjalnie... i u nas. - Wzruszył lekko ramionami. - Asir często jednak opuszcza Urkari.

Heidveurr nie odpowiedziała. Patrząc na Tamerczyka, była w stanie uwierzyć, że nie przestrzegał zakazu Gjalla tak sumiennie, jak heidr mógłby sobie tego życzyć. W duchu Eyjagrani była przekonana, że Asir po prostu nie potrafi inaczej. Że nie chce walczyć, ale że jest mu to niezbędne do prawidłowego funkcjonowania. Widziała w nim wojownika, który stawia na szali własne zdrowie tylko dlatego, że wie, że nie przegra - jeszcze nie.

Gwar wzmógł się, gdy walczący zdecydowali się wreszcie przełamać impas. Asir zaatakował pierwszy, w jednej chwili pokonując dzielące ich kilka kroków i wczepiając się w twarde jak skała, wielkie ciało Ofnira. Andsaga miał w tym starciu pozornie większe szanse. To on był posiadaczem bardziej imponującej muskulatury, on też miał większe doświadczenie w podobnych zmaganiach. Choć wolniejszy od Insvarra, wciąż poruszał się z gracją, której wielu wojów mogłoby mu pozazdrościć. Patrząc na niego, nietrudno było wyobrazić sobie, skąd wzięła się sława jednego z bardziej cenionych berserków Klanu Fjalloga. Przed kilkudziesięciu laty, w czasach wojen klanowych, prawdopodobnie niewielu mogło się z nim równać, a i teraz Ofnir wciąż uchodził za szalenie zdolnego, wprawnego wojownika. Sam Andsaga zdawał się jednak nie uważać swej przewagi za oczywistą. Każdy jego ruch był przemyślany, mężczyzna podchodził do Insvarra z respektem, na który Asir, jako varta, w pełni zasługiwał.

Spięci w pierwszym uścisku szamotali się przez chwilę, gdy jednak żaden z mężczyzn nie był w stanie zdominować rywala, ponownie rozdzielili się, dając sobie chwilę na złapanie oddechu.

Eyjagrani prześlizgnęła się wzrokiem po zebranych bjortari. Po drugiej stronie otaczającego zmagających się kręgu dostrzegła Nires, z zaciętą, pełną ostrego uporu miną obserwującą przebieg zawodów. Tuż obok niej stał Hamarr i Heidveurr westchnęła cicho, widząc w spojrzeniu chłopca czysty, szczery zachwyt. Nie sądziła, że sześciolatek w ogóle tu będzie. Vartahel spodziewała się, że po krótkim zapoznaniu chłopca z ojcem Nires znów zamknie syna w chacie, nie dopuszczając do dalszych kontaktów tak długo, jak tylko będzie mogła. Teraz, gdy byli tu jednak razem, trudno było nie zauważyć fascynacji, z jaką chłopiec przyglądał się Asirowi i niezadowolenia na twarzy uzdrowicielki.

Hamarr był oczarowany. Uczepiony maminej nogi nie odrywał wzroku od Insvarra tańczącego niemal wokół Ofnira i Eyjagrani mogła prawie słyszeć jego proste, dziecięco szczere myśli, gdy powtarzał sobie z dumą, że to jego ojciec i marzył, by kiedyś być takim jak on.

Nikt nie wierzył, że Nires rzeczywiście pogodziła się z decyzją heidrów, w takim przypadku jednak przyprowadzenie chłopca na ucztę mogło nie być najlepszym pomysłem.

Tymczasem mężczyźni znów zwarli się ze sobą i tym razem szala zwycięstwa zaczęła się w końcu przechylać. Wykorzystując przewagę masy i siły, Andsaga w sprytny sposób przechytrzył niespodziewającego się tak bezpośredniej ofensywy Asira i zamknął go od tyłu w silnym uścisku. Tradycyjnie walka kończyła się, gdy jeden z walczących padł na kolana na zmarzniętą ziemię i wydawało się, że po kilku mniej lub bardziej udanych próbach Ofnirowi uda się zmusić do tego rywala. Podduszany przez heidra Insvarr walczył wprawdzie i wił się, efekty były jednak raczej mierne. Sapiąc z wysiłku, Andsaga z całych sił przytrzymywał vartę przy swej piersi, z determinacją ściągając go coraz niżej ku ziemi.

I właśnie wtedy, gdy varta zachwiał się, a spięte w próbach utrzymania się na nogach ciało zdawało się ostatecznie przegrywać próbę sił, Asir warknął z wyczuwalną frustracją i wgryzł się w przedramię Ofnira, pozostawiając na nim szybko czerwieniejące odbicie zaostrzonych zębów.

Tłum zamarł zaskoczony. Andsaga syknął z bólu, odruchowo rozluźniając uścisk, co Insvarr bez zwłoki wykorzystał, uwalniając się.

Heidr spojrzał na vartę szczerze zdumiony. Podobne sytuacje nie były zgodne z regułami gry i w chwili, w której kły varty przebiły skórę Ofnira, walka w zasadzie powinna zostać przerwana, a heidr uznany za wygranego. Po chwili pełnej konsternacji ciszy Andsaga ryknął jednak rubasznym śmiechem. Przekroczenie zasad zapasów nie robiło mu żadnej różnicy.

- Mam tylko nadzieję, że nie masz wścieklizny, Insvarr - zahuczał tubalnie Ofnir, po raz kolejny tańcząc z vartą w ciasnym kręgu. - Nie jestem przekonany, czy chciałbym na sobie sprawdzać, jak bardzo nieprzyjemne skutki uboczne ma leczenie tego gówna.

Po pierwszym zaskoczeniu tłum zawtórował rozbawieniu Andsagi, a Asir wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.

Walka skończyła się szybko. Gdy Ofnirowi po raz kolejny udało się unieruchomić Insvarra, temu nie starczyło już sił, by długo się opierać. Po chwili szamotaniny Andsaga własnym ciężarem ściągnął vartę na ziemię, a gdy kolana zmiennokształtnego jej dotknęły, tłum gapiów eksplodował gromkimi okrzykami, ciesząc się już nie tyle nawet z samej wygranej heidra, co z doskonałego widowiska, jakie zafundowali im mężczyźni. Także sam Ofnir nie puszył się nadmiernie, a Asir nie wyglądał na szczególnie pokonanego - podnosząc się z ziemi, Insvarr pokręcił tylko głową z rozbawieniem, mrucząc coś do przeciwnika, a gdy ten ponownie roześmiał się, uścisnęli się po bratersku, klepiąc się po spoconych, rozgrzanych plecach i gratulując sobie dobrej walki.

Choć żadne inne zawody nie miały już dostarczyć tylu emocji, bjortari bez wahania oddali się dalszej rywalizacji, jeszcze długo w noc sprawdzając się w różnych konkurencjach. Na skraju placu, kawałek za biesiadnymi stołami ochotnicy - w tym również Eyjagrani, która uległa namowom Arkvaliego, tym razem nie opierając się szczególnie długo - rzucali toporkami do coraz dalej odsuwanych tarcz, zachwycając celnym okiem i zręcznością. Gdzieś indziej z wielkich, wypełnionych wodą beczek, przy akompaniamencie gromkich wybuchów śmiechu próbowano łowić zębami bladoczerwone górskie jabłka, bujające się na powierzchni i uciekające przy większości prób. Ktoś zaczął zabawiać gapiów tańcem z ogniem, ktoś inny zebrał ze stołu noże, by potem żonglować nimi coraz wyżej i szybciej. Wybuchały bójki, kończące się równie szybko, jak się zaczynały i odżywające na nowo, gdy komuś przypomniały się zaległe, wymagające wyjaśnienia kwestie. Przy wciąż pełnych jedzenia stołach rozgrywały się kolejne próby w piciu coraz to innych alkoholi.

Uczta żyła i choć wiele było spraw, którymi można by się martwić i nad którymi należałoby się zastanawiać, na te kilka godzin dla nikogo nie miały one już znaczenia.

Siedząc na uboczu z dzbanem korzennego, grzanego wina, Eyjagrani patrzyła, jak uczta ewoluuje. Najpierw była prosta chęć zaspokojenia głodu i podekscytowanie podjętymi podczas rady decyzjami, następnie, napędzane rywalizacją, rozgorączkowanie. Teraz ci, którzy jeszcze godzinę czy dwie temu przekrzykiwali się i uciekali do rękoczynów, spoczęli na jednej z ław, wspierając się po bratersku i pogrążając w mrukliwych, cichych rozmowach na tematy, których, być może, nigdy nie poruszyliby na trzeźwo. Klany wymieszały się, na krótką chwilę stając się jednym plemieniem bez krwawej przeszłości.

Wsparta plecami o podest heidrów Heidveurr widziała, jak zanika wstyd, nieśmiałość, jak rozpoczyna się szukanie ukojenia lub po prostu rozrywki. Jeden z braci Veigginn, rywali Arkvaliego ze skoków przez ogień, od tyłu przyciągnął do siebie jakąś dziewczynę, a ta, chichocząc, opierała się tylko przez chwilę i bez przekonania. Dłonie mężczyzny wsunęły się pod spódnicę blondynki i błądziły coraz wyżej wzdłuż jej ud, wreszcie docierając do celu swej wędrówki. Para oddaliła się, choć niezbyt daleko, a gdy kobiecie wyrwało się pierwsze westchnienie, vartahel słyszała je tak, jakby dziewczyna wzdychała tuż nad jej uchem.

Widziała też, jak Ynn Thollbord, jeszcze przed chwilą tańcząca zmysłowo do jękliwej, hipnotyzującej w jakiś sposób muzyki, znajduje rozkosz w ramionach Ofnira Andsagi. Gdy poddała mu się, mężczyzna wziął ją jak swoją, choć jego była przecież najwyżej na tę jedną noc. Pozostali na podeście, tym samym, na którym radzili i przy którym dotąd ucztowali. Ynn rozparła się na swym siedzisku, rozkładając nogi i przyciągając Ofnira między nie. Eyjagrani słyszała trzask pękających skór, rozerwanych silnymi dłońmi berserka lub niecierpliwymi, smukłymi palcami Thollbord. Dojrzała błysk nagiej skóry, gdy heidr coraz zapamiętalej badał kobiece ciało.

Eyja dostrzegła też Anę Varrthasir, niepokojąco skuloną przy jednym ze stołów i jakby zaszczutą. Tamerka strzelała spojrzeniem na boki jak osaczone zwierzę, zaciskała zęby i odmawiała. Podchodziło do niej już kilku, z różnych klanów i w różnym wieku, mniej lub bardziej atrakcyjnych, żadnego jednak nie chciała. Podchodziły też kobiety, Heidveurr widziała jasnowłosą, delikatną Fjalsi, jak wyciągnęła dłoń w zaproszeniu i uśmiechnęła się ciepło, słodko, tak, jak uśmiechnęła się kiedyś do niej, ale i wtedy Ana pokręciła głową. A potem wymknęła się, po chwili niezdecydowania, zrywając się sztywno, i zniknęła w półmroku późnego wieczora.

Vartahel widziała też wielu innych - wojowników, myrkin, rytualistów, znajomych lub nie, krążących wokół siebie, a potem oddalających się tylko trochę lub całkiem, do namiotu lub domostwa, by cieszyć się sobą wzajemnie. Niektórzy szukali zapomnienia, inni chcieli odreagować towarzyszące im na co dzień napięcie i fizyczne trudy. Jeszcze inni zaś bawili się, szukali bliskości dla niej samej, dla przyjemności, jaką niosła, i spełnienia, które trudno było uzyskać w inny sposób.

Na koniec spojrzała na Helnira. Wiedziała, że obserwował ją już wcześniej, a teraz zbliżał się lekko rozkołysanym krokiem. Gdzieś po drodze przelotnym uśmiechem zbył drobną blondyneczkę, jedynie na krótką chwilę zatrzymując wzrok w rozcięciu jej rozchełstanej koszuli. Szedł dalej, bez słowa i zatrzymał się dopiero przed Eyjagrani.

- Chodź.

Spoglądała na niego z dołu, nie odpowiadając. Unosząc dzban do ust, upiła jeszcze jeden, ostatni łyk grzanego wina, rozkoszując się ciepłem rozlewającym się w i tak rozgrzanym już ciele.

- Chodź - powtórzył Helnir. Pożądanie kładło się cieniem na bystrym, uważnym spojrzeniu chłopaka.

Odstawiając dzban po winie, Eyjagrani wstała sama, nie korzystając z wyciągniętej ku niej dłoni Thynlera. Helnir uśmiechnął się z rozbawieniem. Nie zdążyła zrobić kroku, gdy przyparł ją własnym ciałem do ścianki podwyższenia.

Przyglądał się jej uważnie, studiując rysy jej twarzy, linię szyi i ramion. Zaśmiał się krótko, gdy rozdęła nozdrza, wdychając jego zapach. Widział, jak rośnie w niej chęć rywalizacji, potrzeba walki tak typowa dla wszystkich vart i vartahel. Zew kazał jej dominować, udowadniać swą wyższość, a ona dała się zaskoczyć. To musiało boleć - zmiennokształtni zawsze źle znosili porażki.

Wpiła się zachłannie w jego wargi, Helnir jednak cofnął się, przerywając pocałunek, zanim zdążyła się nim nasycić.

- Chodź - powtórzył po raz trzeci, uśmiechając się zawadiacko. Podobnie jak innych, jego także ciągnęło do vart. To nie było nic szczególnego, zmiennokształtni zawsze byli - a przynajmniej wydawali się - bardziej atrakcyjni, zawsze pożądano ich bardziej. Mówiło się, że bliskość półzwierzęcych bjortari jest szczególna, dzika, że łatwo się w niej zatracić.

Helnir nie potrafił oprzeć się vartom, ale teraz chciał Eyjagrani, konkretnie jej. Pragnął najmłodszej z sióstr Heidveurr, nikogo innego.

Dała się poprowadzić, gdy pociągnął ją obok ognisk i stołów, między bezwstydnie rozciągniętymi ciałami, pośród westchnień, jęków i paznokci drapiących nagie plecy. W jej gorącej dłoni wyczuwał narastające drżenie. Eyjagrani też je czuła, drażniące mrowienie rozlewające się w całym jej ciele i budzący się w głębi warkot. Heidveurr nie rozglądała się. Szła za chłopakiem posłusznie jak dobrze wychowany atyr, coraz bardziej zniecierpliwiona i spragniona.

Nie szukali domu ani namiotu, nie udali się do Chaty ani do domostwa dzielonego przez Eyję z resztą rodziny. Tam, gdzie światło ognisk ledwo już sięgało, Helnir pchnięciem otworzył wąskie, ciężkie drzwi, wciągając Heidveurr do środka.

Budynek był ciasny i cichy. Gdy drzwi zamknęły się za nimi z głuchym szczęknięciem, grube, zimne mury niemal zupełnie wygłuszyły odgłosy uczty. Każde skrzypnięcie skór, szelest koszul ocierających się o mijane, ustawione w rzędach ławy i każdy oddech wydawały się wręcz nieprzyzwoicie głośne. Eyjagrani wiedziała, gdzie są. Gdy wzrok przyzwyczaił się do panujących ciemności, bez trudu odnalazła surową formę zawieszonego na głównej ścianie kaplicy atrabliku, świętego symbolu aspektu nir, domeny życia.

Helnir przyciągnął ją do siebie i uwięził w silnych objęciach. Warknęła na niego głucho, Zew wył jej w uszach, zagłuszając wszystko inne. Gdy wpiła się zachłannie w wargi Thynlera, chłopak już jej nie odepchnął, oddając pocałunek z równie żarliwą łapczywością. Gdy wsunął dłoń między jej uda, Eyjagrani wiedziała, że nie jest jego pierwszą. Helnir był młodszy od niej, miał zaledwie dziewiętnaście lat, nie było jednak niczym dziwnym, że miał już kobiety i, być może, również mężczyzn. Dla ludzi gór fizyczność nie była czymś, czego należałoby się obawiać i wstydzić. Odkrywanie ciała - swojego, a potem i innych - rozpoczynało się u nich wcześnie, zazwyczaj jeszcze przed unarokiem. Gdy pojawiała się ciekawość i pierwsza fascynacja, nikt nie bronił jej zaspokajać. Nauka o przyjemności nie była może pierwszą, ale na pewno też nie ostatnią, którą ludzie gór wynosili z okresu dojrzewania.

Helnir wsunął dłoń w spodnie dziewczyny, wcześniej rozluźniając spinający je pas. Eyja syknęła, gdy wsunął w nią palce. Nie chciała tak. To nie było satysfakcjonujące.

Pociągnął ją w kierunku kamiennego ołtarza na końcu kaplicy. Po drodze zsunął jej spodnie, zerwał z ramion resztę myśliwskich skór, ściągnął z niej płócienną, rozgrzaną ciepłem jej ciała koszulę. Gdy została przed nim naga, patrzył na nią przez chwilę. Wiedziała, co w niej widział. Była vartahel. Była dzikością. Łaknął jej ciała, ale też tej pierwotnej siły Euxaniru, która krążyła w żyłach i wzbierała falami wraz z każdym kolejnym dniem Zewu.

Przyciągnęła go do siebie, nagim ciałem przylegając do jego ciała, wciąż ubranego. Podsadził ją na zimnym ołtarzu i pochylił się, przywierając wargami do jej szyi. Tak jednak też nie chciała. Niecierpliwym szarpnięciem zsunęła z jego ramion skórzaną kurtę,uporała się z wiązaniami koszuli i wsunęła dłonie pod szorstkie płótno, drapiąc pierś chłopaka. Sięgnęła do pasa, rozpięła go i rzuciła na kamienną posadzkę, z przeraźliwie głośnym teraz brzękiem upadającej sprzączki. Wsunęła dłonie pod materiał.

Helnir zaśmiał się, gwałtownie popychając ją i zmuszając, by cofnęła ręce. Położył ją na kamiennej płycie, a gdy chciała zaprotestować, wsparł się na niej przedramieniem, przytrzymując na ołtarzu. Miał dużo siły. Więcej, niż się po nim spodziewała, szczególnie w tej chwili, po unaroku.

Wepchnął się między jej uda, rozchylił je szeroko, gdy próbowała go nimi objąć i wpił się w nią, smakując zachłannie. Wyprężyła się z jękiem, wychodząc mu naprzeciw i wbijając paznokcie w przytrzymujące ją przedramię. Nie pozwolił jej na nic nawet wtedy, gdy pojedyncze krople krwi spłynęły mu po ręce na jej odsłonięty, nagi brzuch. Wiła się pod jego pocałunkami i wtedy, gdy kąsał ją i gryzł, odkrywając granice bólu. Nie puścił jej.

Wszedł w nią mocno, gdy powietrze chwytała już coraz bardziej spazmatycznie. Wdarł się w jej ciepło i wziął jak swoją, wiedząc, że tylko on będzie dziś korzystał z jej rozpalonego ciała, z jej miękkości i chęci. Przyciągnęła go na siebie, zdzierając z niego koszulę z trzaskiem dartego materiału. Gdy ponownie odnalazł jej wargi, wpiła się w nie łapczywie, spijając z jego ust swój własny smak.

- Nie gryź - szepnął jej do ucha.

Jej paznokcie przeorały mu plecy, zostawiając na nich piekące, podbiegające krwią pręgi.

- Nie gryź - powtórzył, w przebłysku wspominając, w jak zupełnie innych okolicznościach mówił to ostatnio.

Wplotła palce w krucze, splątane kosmyki jego włosów, szarpnęła go i odciągnęła go od swej piersi. Zmusiła go, by wyprostował się, sama siadając i obejmując udami jego biodra. Trzymała go, nie pozwalając mu ponownie sięgnąć jej ciała. Przylgnęła do niego, ale na swoich zasadach. Przywarła do jego nagiej piersi, zlizała pot pomimo zimna zbierający się na ramionach i szyi chłopaka.

Szarpnęła go mocniej, odgięła mu głowę tak, jak odgina się zwierzęciu przed poderżnięciem gardła. Pochylając się, przesunęła językiem wzdłuż pulsującej szybko tętnicy. Thynler naparł na nią, a ona przysunęła się jeszcze, wystawiając biodra ku niemu i zsuwając się niemal na sam brzeg kamiennego stołu. Chłopak zacisnął dłonie na jej biodrach, przyciągając do siebie. Drżała w jego rękach, a on się tym sycił.

- Nie... gryź - powtórzył po raz trzeci, szepcząc jej prosto do ucha.

Zaostrzone kły dziewczyny wbiły się w delikatną skórę u nasady jego szyi. Zaśmiał się z rozbawieniem, ostatnim, gwałtownym pchnięciem wyrywając z gardła Heidveurr ekstatyczny, półzwierzęcy skowyt.

Wymykając się potem ze spokojnej i znów cichej kaplicy, wciąż czuł gorąco promieniujące od Eyjagrani. Heidveurr była vartahel, a krew krążąca w jej żyłach wrzała. Gdy przechodzili między stołami, między śpiącymi i tymi, których dłonie wciąż błądziły po czyichś ciałach, wciąż słyszał jej płytki, przyspieszony oddech i czuł pierwotną siłę, buzującą w nie tak dawno nagim jeszcze ciele.

Helnir uśmiechnął się leniwie.

Nie mylił się ten, kto twierdził, że można było się w tym zatracić.

W pewnej chwili Thynler napotkał wzrok Sigai. Wiedząca siedziała przy ogniu, niespiesznymi, czułymi pociągnięciami kościanego grzebienia rozczesując włosy spływające falami na nagie plecy jednej z rytualistek. Odwzajemnił jej rozbawione spojrzenie, a ona uśmiechnęła się nieznacznie.

Młody Thynler ścisnął lekko drżącą wciąż dłoń vartahel i wsłuchał się w rytm jej szybkiego oddechu.

Rozdział 10

Poranek wstał ciężki i cichy, przychodząc w towarzystwie bólu głowy i trudnego do zaspokojenia pragnienia. Gdy po raz pierwszy otworzyła oczy tuż przed świtem, Eyjagrani nie od razu rozpoznała, gdzie się znajduje, ale wtedy nie poświęciła temu większej uwagi, w kolejnej chwili zasypiając ponownie. Dopiero budząc się po raz drugi, gdy przez niedbale zaciągniętą zasłonę do pokoju wpadały już ostre promienie słońca, próbowała przypomnieć sobie miniony wieczór.

Och, pamiętała. Doskonale pamiętała.

Nagie męskie ramię objęło ją instynktownie, zaborczo przyciągając ku sobie. Z cichym pomrukiem przysunęła się jeszcze bardziej, przywierając do ciepłego jeszcze po nocy ciała Helnira.

Poprzedniego dnia, w kaplicy i w Chacie, było całkiem przyjemnie.

Thynler mruknął coś cicho, a zmieniony rytm jego oddechu wyraźnie świadczył, że chłopak już nie śpi. On sam potwierdził zaraz te przypuszczenia, zsuwając dłoń wzdłuż brzucha Heidveurr aż do złączenia jej ud i wtulając twarz w jej szyję.

- Thynowie - mruknął cierpiętniczo. - Jestem przekonany, że po unaroku czułem się lepiej.

Eyjagrani parsknęła cicho. Wiercąc się przez chwilę, wygodniej ułożyła pośladki w zagłębieniu bioder Helnira.

- Po unaroku nie byłeś w stanie, sądzę więc, że jednak nie czułeś się lepiej.

Thynler zaśmiał się krótko.

- To znaczy, że wczoraj byłem?

Nie odpowiedziała, przygryzając tylko lekko ramię chłopaka.

Helnir westchnął.

- Mają dzisiaj wyjść naprzeciw myrkin - odezwał się po chwili, mimowolnie gładząc porośnięty miękkimi włoskami wzgórek między udami Eyji. - Jaką mamy w ogóle porę?

- Nie wiem - odpowiedziała vartahel, obracając się w objęciach chłopaka na plecy. - Raczej późną. Słońce stoi już wysoko. - Ostrożnym ruchem głowy wskazała za okno.

Helnir mruknął cicho, nie wykazując jednak większych chęci, by cokolwiek w związku z tą późną porą zrobić. Gdy odsunął się od Eyjagrani na chwilę, zrobił to tylko po to, by sięgnąć po stojący na podłodze przy łóżku dzban pełen czystej, rozkosznie chłodnej wody, który ktoś musiał całkiem niedawno przynieść im do pokoju.

Heidveurr zmarszczyła lekko brwi, spoglądając na naczynie.

- Moja matka - rzucił Thynler, domyślając się, o czym myśli. Uśmiechnął się z rozbawieniem. - Jest szalenie przewidująca.

Eyjagrani zaśmiała się krótko, prędko jednak chowając się za podanym jej przez Helnira dzbanem i kryjąc za nim karmazynowe rumieńce. Upiła niespiesznie kilka łyków przyjemnie rześkiej wody i odetchnęła powoli. Myśl, że Marrylf miała ją widzieć w łóżku z jej synem nie do końca się jej podobała.

Odstawiwszy naczynie ponownie obok łóżka, Heidveurr wystawiła nagie ciało na przyjemny chłód pokoju, wyciągnęła ręce nad siebie i przeciągnęła się z wyraźną przyjemnością.

Helnir uśmiechnął się leniwie. Obejmując biodra dziewczyny, pochylił się i pocałował ją niespiesznie we wnętrze uda. Vartahel fuknęła cicho i trzepnęła chłopaka dłonią w rozczochraną, kruczą czuprynę.

- Przestań.

- Dlaczego? - spytał, składając kolejny pocałunek nieco wyżej.

- Na bogów, Thynler - jęknęła Eyjagrani, wierzgając i odpychając chłopaka od siebie, gdy kolejna, trzecia pieszczota dotarła już niebezpiecznie blisko złączenia jej ud. - O tej porze, po uczcie takiej jak wczoraj, powinieneś umierać.

Jej ciało reagowało szybko i Helnir to widział. Odsuwając się, był z siebie aż nadto zadowolony.

- Umieram - odpowiedział szczerze. - Tylko godność nie pozwala mi tego pokazywać.

- Godność - prychnęła Heidveurr. - Godność, też coś.

- Godność - potwierdził Helnir, siadając jednak i tym razem posłusznie trzymając ręce przy sobie. - Za to w twoim przypadku to pewnie głód, co?

Vartahel westchnęła przeciągle.

- No - przytaknęła rozbrajająco szczerze. Jako vartahel alkohol metabolizowała szybciej niż inni, ale i jej nie omijał tępy, pulsujący ból głowy. Dodatkowo, podobnie jak innych półzwierzęcych bjortari, każdy wysiłek kosztował ją więcej i seks nie był wyjątkiem. Teraz, gdy już się wyspała, do głosu dochodziła kolejna z podstawowych potrzeb. Ssanie w żołądku szybko się wzmagało i śniadanie było teraz jedynym, co mogło skutecznie przykuć jej uwagę.

Thynler pokręcił głową z rezygnacją.

- Dobrze - skapitulował, gramoląc się poza łóżko.

Heidveurr przyglądała mu się przez chwilę, gdy stał nagi na środku pokoju, próbując zdecydować, co powinien zrobić ze sobą najpierw.

- Dobrze. Chodźmy zjeść.

Ubierając się i myjąc naprędce chłodną wodą, którą Helnir przyniósł w balii, Eyjagrani skradła chłopakowi szybki, zachłanny pocałunek. Potem, po opuszczeniu nienaturalnie cichej o tej porze Chaty, wysforowała się na przód, zapominając o czułościach. Idąc o pół kroku przed Thynlerem, mrużyła oczy, gdy zimowe słońce boleśnie drażniło przeczulony teraz wzrok i krzywiła się, gdy ktoś głośniej trzaskał drzwiami, nie zwalniała jednak.

- Wiesz co? -- rzucił w którymś momencie Helnir za jej plecami. - W takich chwilach cieszę się, że nie jesteście jak te owady, o których opowiadała kiedyś Silje. Jesteś świetna, mimo wszystko, chyba nie chciałbym, żebyś po wszystkim mnie zeżarła tylko dlatego, że się zmęczyłaś.

Eyjagrani prychnęła cicho.

- Poza tym - dodał jeszcze Helnir, niezrażony - to ja wolę być tym jedzącym. Jesteś smaczna. Słodka.

Heidveurr fuknęła ostentacyjnie i przyspieszyła kroku, doskonale zdając sobie sprawę, jak szeroko musi teraz uśmiechać się Thynler za jej plecami.

Gdy dotarli do pozostałych po uczcie stołów, nie byli przy nich pierwsi. Biesiadne dania zastąpione zostały świeżym śniadaniem, przy którym raczyło się już kilku mniej lub bardziej przytomnych bjortari. W większym zgromadzeniu na końcu jednej z ław Eyjagrani bez trudu rozpoznała myśliwych szykujących się do wyjścia poza miasto, by, jeśli thynowie pozwolą, spotkać i przyprowadzić wypatrywaną niecierpliwie grupę łowiecką.

- Obraz nędzy i rozpaczy - podsumowała vartahel, spoglądając na osowiałych ludzi gór.

Wszyscy byli już gotowi do drogi i nikt nie uskarżał się na samopoczucie, gdy jednak siedzieli pochyleni smętnie nad rozbabranym na talerzach śniadaniem, trudno było nie zauważyć ich wyczerpania. Dzielnie stawiali czoła porannym pobiesiadnym dolegliwościom, niejeden jednak z pewnością żałował teraz, że poprzedniego wieczoru nie przypilnował się lub - co bardziej prawdopodobne - że przyszło mu do głowy zgłosić się na ochotnika do wyprawy ratunkowej. Nikt jednak nie zamierzał się wycofać. Skupieni przy wspólnym stole potulnie sączyli gorący, ostro pachnący napar ziołowy, który przygotowała im Fjalsi, i robili, co mogli, by doprowadzić się do porządku.

Helnir zaśmiał się cicho, z sapnięciem opadając na ławę obok Eyji. Doskonale wiedział, że sam nie wygląda teraz lepiej od myśliwych, a i Heidveurr nie była teraz okazem pierwszej świeżości. Oni jednak mogli wrócić do łóżka, o czym ci tutaj, milczący wojownicy, mogli co najwyżej pomarzyć.

- To jest jednak jakaś forma bohaterstwa - stwierdził Thynler sentencjonalnie, posyłając myśliwym ostatnie współczujące spojrzenie.

Tymczasem myśliwi skończyli śniadanie i po wysączeniu ostatnich łyków ziołowego naparu od Fjalsi wstali od stołu. Po raz ostatni sprawdzając ekwipunek i dopinając skóry, ruszyli ku południowej bramie, od strony której spodziewano się powracających myrkin. Eyjagrani i Helnir przyglądali się wymarszowi grupy znad grubych pajd chrupiącego chleba i pęt gorącej, ociekającej tłuszczem kiełbasy. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, grupa wróci za dzień, może dwa, prowadząc ze sobą myśliwych uczestniczących w dorocznych, poprzedzających lód łowach. Ci, którzy byli już na nogach i wyszli pożegnać myrkin, uśmiechali się szeroko i życzyli powodzenia, zapewniając, że za kilka dni znowu spotkają się na wspólnej kolacji. Sami wojowie, choć wyraźnie sponiewierani minioną nocą, również nie pokazywali po sobie zwątpienia, żartując ze swego stanu.

Ledwie godzinę później okazało się, że rzeczywiście nie było o co się martwić.

- Patrz. Wrócili. - Helnir szturchnął Eyję łokciem, jednocześnie ruchem głowy wskazując ku jednej z odchodzących od placu ulic. Nie odeszli jeszcze od stołu, teraz, po solidnym, tłustym śniadaniu racząc się jeszcze gorącym, gorzkim od przypraw dimem.

- Żartujesz sobie. - Vartahel obejrzała się przez ramię w kierunku wskazanym przez młodego Thynlera, jednocześnie unosząc wysoko brwi.

Siedzący po jej drugiej stronie Brag obejrzał się w ślad za dziewczyną. Myśliwy dołączył do nich w międzyczasie, rzucając na powitanie coś o ich wczorajszym godnym podziwu modlitewnym zaangażowaniu, na co Heidveurr zarumieniła się, Helnir zaś westchnął tylko przeciągle i pokręcił głową bez słowa.

- Głupi to jednak zawsze ma szczęście, co? - podsumował teraz z rozbawieniem. - Po cichu liczyłem, że będą musieli jednak przejść tego kaca w górach.

Helnir zaśmiał się krótko. Myśliwi nie spieszyli się, mimo tego stało się jasne, że wracająca grupa jest większa od tej, która opuszczała miasto. Znacznie większa. Gdy myrkin rozsiedli się ponownie przy stole, cała trójka bez wahania przesunęła się bliżej nich.

- Wychodziliśmy już z Przełęczy Bragira - odezwał się rosły, jasnowłosy myśliwy, ewidentnie odpowiadając na zadane mu przed momentem pytanie. Mężczyzna należał do myśliwych, którzy przed paroma tygodniami opuścili Yrkazaan, udając się na doroczne łowy. - Komitet powitalny spotkaliśmy przy Pierwszej Ścieżce.

Zebrani bjortari - a wciąż ich przybywało, bo wieść o powrocie myrkin szybko niosła się po mieście - roześmiali się. Rozbawienie trwało jednak krótko.

- Baliśmy się, że nie zdążycie, Jorme - powiedziała kobieta, którą Eyjagrani skojarzyła jako jedną z pojonych przez Fjalsi trzeźwiącymi ziołami. W gruby warkocz kasztanowych włosów wplecione miała liczne pióra malali, lotki zdobiły też szeroki pas spinający jej kurtę i cholewy butów. - Wygląda na to, że lód przyjdzie w tym roku wcześniej.

Blondyn skinął głową.

- Przyjdzie - potwierdził z przekonaniem, wgryzając się w pajdę chleba grubo posmarowaną gęstym masłem. - Przyjdzie - powtórzył po chwili. - Zmroziło już Przełęcz Sinarr.

W coraz większej grupie ludzi gór dosiadających się obok myśliwych Eyjagrani dostrzegła Diqnę, która skrzywiła się na te słowa wyraźnie. Pojawił się także Eyran, który westchnął głęboko. Wszyscy wiedzieli, że gdy pierwszy lód pojawia się na ścieżkach Sinarr, nadejście srogiej zimy jest już tylko kwestią dni, może tygodnia.

- Gyrdiry, niedźwiedzie, też już zasypiają - dodał tymczasem inny z myrkin. - Natknęliśmy się na jednego, gdy młoda Innung przypadkiem wlazła mu do legowiska. - Niektórzy zaśmieli się krótko. - Kawał grubego bydlaka, nawet nie drgnął, gdy zaglądaliśmy do gawry.

Jorme ponownie skinął głową.

- Tak było - przytaknął. - Nie wszystkie już zasnęły, ale te, które tego nie zrobiły, raczej nie będą długo zwlekać. Zwierzyna jest rozdrażniona. Wszędzie czuć nadchodzący lód.

Helnir w zamyśleniu zakołysał do połowy pełnym jeszcze kubkiem.

- A utara? - zapytał nieoczekiwanie, unosząc wzrok na przybyłych. Nikt nie wyglądał na zaskoczonego.

- Przybiera na sile... Rośnie - odpowiedział ostrożnie Jorme, przez chwilę szukając odpowiednich słów. Otarł przedramieniem usta i otrzepał dłonie ze śniadaniowych okruchów. - Mijaliśmy źródła tam, gdzie jeszcze przed paroma miesiącami ich nie było, a te, które znaliśmy, były silniejsze, niż ktokolwiek z nas pamiętał.

- Poza tym... - zaczęła z wahaniem jedna z towarzyszących Jormemu kobiet, dłubiąc przez chwilę w zamyśleniu w rozgrzebanej na talerzu paście jajecznej. - Etilimy. Kiedyś nie widziało się ich aż tyle.

Helnir z Bragiem popatrzyli po sobie, Eyjagrani zmarszczyła lekko brwi. Co niektórzy odruchowo obejrzeli się na pojedynczych rytualistów, którzy w międzyczasie dołączyli do towarzystwa.

- Etilimy zawsze reagowały na utarę - odezwała się siedząca przy końcu stołu Sigai.

Heidveurr wyciągnęła lekko głowę ponad siedzącymi, spoglądając ku skyrmie. Białowłosa wyglądała lepiej, jakby zdrowiej, na jej bladej twarzy wciąż jednak kładły się cienie, których przedtem nie było.

- Zawsze, ale nie tak - odparła z uporem łowczyni. - Widzieliśmy je w pobliżu Andmary.

Sigai odetchnęła bardzo powoli.

Etilimy były tworami, o których niewiele tak naprawdę wiedziano. Mówiło się, że są czymś więcej niż duchy i cienie, ale nie były to stworzenia faktycznie żyjące. Były formą półżycia, jakiegoś rodzaju energią ściśniętą w połowicznie materialnej postaci. Mówiono o nich od dawna, choć skyrmowie jednogłośnie wzbraniali się przed twierdzeniem, że etilimy są starsze, wcześniejsze od bjortari. Dla wielu wiedzących stworzenia te były raczej echem dawniej żyjących ludzi gór, emanacją pozostałą po przodkach, która pozostała tak, jak ślad rozmazanego na ścianie jaskini barwnika. Niektórzy mówili, że etilimy to potępieni, którzy z jakiegoś powodu nie zostali przyjęci do towarzyszącego thynom Orszaku - duchów zmarłych bjortari, dumnych, godnych walczyć teraz u boku Skjoldivarra i ucztować przy biesiadnym stole Eyjavada. Inni sądzili z kolei, że to zbytnie przywiązanie do ziem Euxaniru, rodzinnego miasta czy klanu nie pozwalało niektórym znaleźć spokoju po śmierci. Mało było wiadomo o etilimach, a niemal nic na pewno. Istoty te były inteligentne, długowieczne, potrafiły kontaktować się z żywymi bjortari i nigdy nie pojawiały się w pobliżu Andmary.

Najdłuższa rzeka Pasm Euxanirskich miała być martwa, niedostępna dla utary i stworzeń, w których nie płynęła gorąca krew. Mówiło się, że Andmara jest zbyt silna i porywa wszystko, co próbuje się do niej zbliżyć. Byli wprawdzie tacy, którzy twierdzili, że nie zawsze tak było, że niegdyś jej brzegi były takie same, jak wszystkie inne ziemie Euxaniru, coraz trudniej było jednak w to wierzyć. Nie żył już nikt, kto na własne oczy mógł widzieć i pamiętać pasma tchnienia gór, snujące się nad wodami rzeki, a powtarzane historie coraz bardziej bledły.

- Utara bardzo się zmienia - odezwała się Sigai po chwili tak cicho, że Eyjagrani słyszała ją tylko dzięki wyczulonym zmysłom vartahel.

Potem, gdy kończyli śniadanie, nikt już nie wracał ani do tematu utary, ani nadchodzącego lodu. Myśliwi zaspokajali głód w milczeniu, a towarzyszący im bjortari, zamyśleni nad zasłyszanymi wieściami, ostatecznie zaczęli zajmować się własnymi sprawami. Po rozgrzaniu się gorącym mięsem i kubkami dimu rozeszli się także sami łowcy, oddalając się do chaty łowieckiej, stajni bądź też wreszcie do własnych domów, by w gronie rodzin i bliskich zasłużenie odpocząć po wyprawie.

Powrót myrkin stał się tymczasem sygnałem dla Klanu Skivy. Teraz gdy myśliwi byli już bezpieczni za murami Yrkazaanu, bjortari pod przewodnictwem Ynn Thollbord nie zwlekali dłużej, naprędce zwijając swój obóz. W przeciwieństwie do pozostałych klanów nie mieli zostać w mieście do kolejnych roztopów. Zaplanowane na porę odwilży wypłynięcie na archipelag północnych wysp i łowy na skivy sprawiały, że tym bardziej chcieli - i musieli - wrócić do Viliskyi jeszcze przed nadejściem srogich mrozów. Spakowali się szybko, ledwie dwie godziny po powrocie myrkin, pożegnali się z pozostałymi przy północnej bramie i ruszyli w drogę najpierw do Vegsvahlu, a potem dalej na północ, aż na wybrzeże Zimnej Zatoki.

Miasto na powrót ucichło. Wschodni plac stopniowo opustoszał, gdy ostatni skończyli już pożywiać się przy biesiadnych stołach. Wyludniły się także ulice, gdy najedzeni bjortari wrócili do domów, by tam w spokoju zregenerować siły po uczcie i przemyśleć wszystko, co zasłyszeli podczas Vilmeti. Yrkazaan jeszcze na kilka godzin zatonął w kojącej, gęstej ciszy.

***

Siedziało na murze, spokojnym spojrzeniem błądząc po surowych, nagich skałach otaczających miasto gór. Dalej, na wijącej się nitce północnego traktu, widziało bjortari z Viliskyi wracających do domu. Westchnęło cicho. Samo wróciłoby do domu, gdyby tylko wiedziało, gdzie tak naprawdę go ma.

Pochodziło z Niddkari - urodziło się tam, wychowało i tam odbyło unarok, ale nie czuło się tam jak w domu. Nie było głupie i odkąd dorosło na tyle, by zauważać zmiany mimiki, urywanie rozmów w jego towarzystwie, jakieś śmiechy i szepty za plecami, wiedziało, że nie jest tam chciane. A dorosło szybko. W wieku dziesięciu lat było świadome, za kogo go mają. Za dziwoląga, może przeklętego, ale przede wszystkim po prostu za problem. Teraz, gdy zostało wybrane na wyprawę do Var Arrod, wiedziało, że to nie zaszczyt i nie uznanie dla jego umiejętności.

Potrafiło to jednak w pewnym sensie zrozumieć. Pojmowało motywy, jakie musiały kierować heidrem Hlokkseidem, gdy to właśnie jego wskazał. Wiedziało, że jest inne, a inność to zawsze problem i pytania. Kto zawinił, że takie jest? Za co to kara mieć takie dziecko? Może gdyby chwilę się nad tym zastanowiło, umiałoby na to odpowiedzieć i wytłumaczyć, dlaczego jest takie. Fitse było mądre, bystre, mogłoby poradzić sobie z tym zagadnieniem, dać swym współplemieńcom wyjaśnienie, którego potrzebowali. Tylko że Fitse nigdy się nad tym nie zastanawiało. Wiedziało, że nie jest karą, że nie jest omenem, że nie ma w nim nic nienaturalnego, ale takie wytłumaczenie nikogo by przecież nie zadowoliło.

Westchnęło po raz kolejny. Pamiętało, jak kiedyś, dawno, jeszcze przed unarokiem, zobaczyło swoje odbicie i po raz pierwszy dostrzegło swą inność. Poszło nad wodę, niewielkie jezioro tuż za miastem. Zbiornik był skuty lodem, w jednym miejscu naruszonym - ojciec wprawnie wyciął w nim przerębel, by złowić na kolację kilka grubych, soczyście tłustych ryb. Pamiętało, że kucnęło nad brzegiem wyrąbanego otworu i zajrzało przezeń, ciekawe, czy w ciemnej toni dostrzeże błysk stalowoszarych łusek. Nie dostrzegło, szybko zresztą straciło zainteresowanie rybami. Na pomarszczonej, falującej powierzchni widziało własną twarz.

Było szczupłe, choć nie wychudzone. Rysy miało delikatne i miękkie, a oczy duże, ciemno oprawione, o zachwycająco długich rzęsach i tęczówkach barwy wczesnozimowego, błękitnego nieba. Spięte w ciasny, niezbyt gruby warkocz włosy miały kolor ziaren zboża, które jego klan sprowadzał z Etallaru na pokładach płaskodennych łodzi. Gdy uśmiechnęło się na próbę, na drobnej twarzyczce pojawiło się kilka uroczych, radosnych zmarszczek. Pamiętało, że potrzebowało wtedy dłuższej chwili, by zrozumieć, co w widzianym odbiciu jest nie tak.

Nie, zaprotestowało teraz w myślach i skrzywiło się. Nie - nie tak. Po prostu inaczej.

Zrozumiało wtedy, że to ta delikatność rysów, z pewnością nie męska, ale też nie w pełni kobieca. Że to coś w jego mimice, która, niby znajoma, w zestawieniu z tak dziwną, trudną do określenia twarzą, staje się w jakiś sposób obca i niezrozumiała. Że ten uśmiech, choć zawsze pełen szczerego ciepła, dla jego współplemieńców z jakiegoś powodu staje się źródłem niepokoju.

Potem, gdy przeglądało się już całe, za każdym razem utwierdzało się w przekonaniu, że to jego wygląd jest źródłem kłopotów. Nie było przecież głupie, widziało, że jest delikatniejsze od swych rówieśników i mniej... Mniej określone, tak chyba kiedyś to ujęło. Gdy dorastało, rozwijało się inaczej niż znajomi. Mięśnie nie rosły tak, jak klanowym braciom, ale też piersi i biodra nie zaokrąglały się tak, jak siostrom. Głos z czasem obniżył mu się trochę, upodobnił do chłopięcego, ale nigdy nie stał się w pełni męskim. Nie miało miesięcznych krwawień i nie cierpiało szczególnie na typowy młodzieńczy trądzik, w okresie burzliwego dorastania jego delikatna cera była tak samo gładka, jak przedtem, a skóra tak samo miękka, jak we wczesnym dzieciństwie. Przez pewien czas było nieproporcjonalne, w jakiś sposób ręce i nogi były zbyt długie w stosunku do reszty ciała, ale nie była to nieproporcjonalność typowa ani dla jego kolegów, ani dla jego koleżanek. Ono zawsze było gdzieś po środku, gdzieś pomiędzy.

Klan niepokoiło też to, że Fitse nigdy się nie określiło. Nieopatrznie nadane mu imię pasowało do obu płci, ono jednak nie wybrało żadnej. Nigdy nie widziało swego miejsca ani wśród braci, ani wśród sióstr. Odkąd zaczęło lepiej się rozumieć, zawsze mówiło, że jest sobą. Nie chłopcem, nie dziewczynką, lecz tylko sobą.

Kiedyś starszy od niego o dwa lata Einar zapytał z drwiną, co ma między nogami. Fitse zaczerwieniło się wtedy tylko i uciekło, nie odpowiadając ani wtedy, ani nigdy później, gdy temat powracał, poruszany w mniej lub bardziej taktowny sposób.

Drgnęło, gdy z zamyślenia wyrwały je ciche kroki - miękkie, charakteryzujące wprawnego tropiciela.

- Mogę? - zapytał łagodny, dziewczęcy głos. Fitse wiedziało, do kogo należał, do tej dziewczyny z Tameru, Any.

Było w tłumie oglądającym unarok, widziało kolejne próby, reakcję Helnira i widziało też ją, Anę Varrthasir. To zresztą nie był jedyny raz, bo potem spostrzegło ją na uczcie. Była powiewem egzotyki i inności, a ta ostatnia zawsze Fitse przyciągała. Dopiero teraz jednak mogło przyjrzeć się dziewczynie uważniej. Podczas rytuału dojrzałości i potem, na uczcie, obserwowało z daleka, zza pleców innych i nie widziało dobrze wszystkiego - raczej cień tylko niż pełną postać. Teraz jednak mogło nadrobić te braki, bo ani ono się nie ukrywało, ani Ana, stojąca wciąż w blasku oświetlających mur pochodni i przyglądająca się mu wyczekująco.

- Możesz - przytaknęło Fitse, jednocześnie studiując smukłą sylwetkę i ostre, drapieżne rysy.

Ana była wysoka, a w jej ruchach była gracja polującego gharra - lub może raczej północnego wilka. Gdy zbliżała się, zachęcona jego przelotnym uśmiechem, uświadomiło sobie, że przedtem, gdy wspinała się po schodach, usłyszało ją tylko dlatego, że tego chciała. Krucze włosy, wcześniej spięte w staranny, zdobiony barwionymi piórami warkocz, teraz spływały luźno na plecy dziewczyny, rozczochrane, byle jak zagarnięte do tyłu, tak tylko, by nie zasłaniały twarzy. Prawą brew Any zdobiły kolczyki, których Fitse przedtem nie dostrzegło - dwa drobne, metalowe paski wbite przy jej zewnętrznym krańcu. Gdy dziewczyna usiadła obok, spostrzegło ozdoby także na prawym uchu - jeden metalowy krążek w jego płatku i cztery kolejne, jedno nad drugim, w obrąbku małżowiny. Teraz, gdy była tak blisko, poczuło też jej zapach, zaskakująco delikatny i słodki, przywodzący na myśl kwitnący ogród.

Fitse ponownie spojrzało ku górom.

- Patrzyłeś, jak odchodzą? - zapytała Ana po chwili. Wychwyciło w jej głosie zawahanie, nim zdecydowała, jakiej formy osobowej użyć. - Klan Skivy?

- Tak - przytaknęło. Samo, gdy mogło, pomijało zwroty mające je w jakikolwiek sposób określać. Czasem jednak nie było to możliwe i wtedy używało formy męskiej, jak teraz Ana. Robiło to tylko dlatego, że to inni tak je widzieli.

- Myślisz, że zdążą przed lodem? - Słyszało ostrożność w głosie dziewczyny, nie wiedziało jednak, skąd brała się ta niepewność. Z nieumiejętności ustosunkowania się do tego, jakim było, jak u większości, czy może po prostu z nieśmiałości?

- Zdążą - przytaknęło ze spokojnym przekonaniem. - Lód nie przyjdzie jeszcze przez dwa, może trzy tygodnie.

Dopiero po chwili zorientowało się, jak musiała zabrzmieć jego pewność - jak musiała potwierdzać krążące o nim plotki. Skrzywiło się przelotnie, czując na sobie uważne, zaciekawione spojrzenie Any. Doskonale wiedziało, co zaraz usłyszy.

- Mówią, że umiesz z nim rozmawiać - powiedziała Varrthasir, a Fitse z trudem powstrzymało prychnięcie. - Z lodem. I że on słucha, gdy mówisz.

- Nie potrafię tego - odpowiedziało oschle, nie spoglądając na Anę. Gdyby jednak to zrobiło, dostrzegłoby rumieniec na policzkach speszonej dziewczyny. - Nie potrafię mówić tak, by lód mnie słuchał ani choćby tak, żeby mnie słyszał. I nigdy mi nie odpowiada.

Zacisnęło lekko zęby. Ciekawe, ile razy w ciągu minionego Vilmeti Ana usłyszała, jak przypisują mu niestworzone rzeczy. Z ilu ust padły szeptane stwierdzenia, jakoby jego inność wiązała się z zestawem umiejętności niedostępnych nawet największym ze skyrmów. Miało władać lodem. Miało mieć etilimy, całą ich armię, zasłuchane w jego głos i czekające tylko, by wskazywało im drogę. Miało chodzić nocami, prowadzone przez cienie i mary. Miało być w stanie samym głosem trząść całym Euxanirem, budzić śpiące w górach pierwotne siły. Miało mieć władzę nad przyszłością i układać bieg wydarzeń wedle własnego życzenia.

Nie było nawet w połowie tym, za kogo je uważano.

Było medium, to się zgadzało. Kontaktowało się z cieniami, potrafiło dostrzec mary, słyszało - a czasem również dostrzegało - echa minionych żywotów. Potrafiło też rozmawiać z etilimami, to jednak umiał każdy bjortari, który wystarczająco się postarał i z którym one chciały rozmawiać. Nigdy jednak nie władało lodem i nie sądziło, by ktokolwiek kiedykolwiek to potrafił.

Miało tylko zimne ręce i zimne, blade ciało. Tak mało wystarczyło, by widziano w nim kogoś, kim nigdy nie było.

Gdy Ana przyglądała mu się z zaciekawieniem, Fitse zastanawiało się, kogo w nim dostrzega. Czy była przekonana, że zadba o bezpieczeństwo Klanu Skivy, że zapewni im spokojną drogę do domu, powstrzymując lód jeszcze przez jakiś czas? Wielu tak uważało. Czy jeśli mrozy zastaną Thollbord i jej ludzi w drodze - czy wtedy to jego oskarżą, zarzucając mu bezczynność? Było pewne, że tak, choć niczego nie powiedziano by mu wprost. Bali się go w takim samym stopniu, w jakim drwili z niego za plecami.

Westchnęło cicho i spojrzało na Tamerkę. Dziewczyna przyglądała mu się z ostrożną ciekawością.

- Pytaj - rzuciło wreszcie. - Przecież widzę, że chcesz. Pytaj.

Varrthasir zawahała się.

- Dlaczego jesteś taki? - spytała wreszcie, a Fitse, choć skrzywiło się na bezpośredniość i niefortunny dobór sformułowania, uświadomiło sobie jednocześnie, że w głosie Any nie było wrogości, z którą zazwyczaj się stykało. Ku swemu zaskoczeniu łatwo przyszło mu uznać, że w postawie Any nie ma złej woli, że dziewczyna po prostu taka jest - ciekawa i bezpośrednia, ale nie bezczelna.

- Takie - poprawiło ją więc, choć przecież nigdy tego nie robiło. Nigdy też nie wdawało się w podobne dyskusje, nie podejmowało tematu własnej tożsamości, teraz jednak rozmawiało. - Dlaczego takie jestem.

- Takie - powtórzyła Ana z namysłem, jakby smakując to słowo i sprawdzając, jaką robi jej różnicę. Potem skinęła głową i uśmiechnęła się lekko. - Dobrze. Dlaczego więc takie jesteś?

Fitse wzruszyło ramionami.

- Po prostu jestem. Urodziłem się takie. - Nie miało dla niej lepszej odpowiedzi. Dla siebie w zasadzie też nie, choć przecież swego czasu dużo się nad tym zastanawiało. - Nie sądzę, żeby był jakiś konkretny powód i nie wierzę, żebym był karą dla moich rodziców za jakieś ich poczynania. - Skrzywiło się w gorzkim uśmiechu.

Widziało, jak Tamerka waha się nad kolejnym pytaniem, jak zastanawia się przez chwilę nad doborem słów.

- Czy ty... To znaczy, jak... - Sapnęła cicho, sfrustrowana, nie mogąc sobie poradzić. Ostatecznie westchnęła cicho i uniosła dłonie. - Chłopak. - Potrząsnęła jedną z nich, zaciskając ją w pięść. - Dziewczyna. - Potrząsnęła drugą, wzniesioną na tej samej linii, co pierwsza z rąk, ale oddaloną od niej kawałek, tak, by stworzyć prowizoryczną, łatwą do wyobrażenia oś. - Gdzie jesteś ty?

Fitse zaśmiało się cicho. To było całkiem pomysłowe przedstawienie pytania, które słyszało niezliczoną ilość razy - lub przynajmniej widziało w bezczelnych, pełnych niezdrowej ciekawości spojrzeniach. Uniosło rękę i zawahało się przez chwilę, ostatecznie dźgając palcem powietrze idealnie pomiędzy wzniesionymi dłońmi Any.

- Chyba tutaj - odpowiedziało nagle nieco mniej pewnie. Wiedziało, kim jest i kim się czuje, a jednak, gdy miało powiedzieć to komuś, gdy miało wyjaśnić, nagle okazywało się to trudne. Udzielając odpowiedzi Tamerce, nie było przekonane, czy rzeczywiście ma jakieś miejsce na przedstawianej przez dziewczynę osi, czy nie powinno być raczej gdzieś obok, poza nią.

Ana nie odzywała się przez chwilę. Gdy opuszczała ręce, Fitse widziało, jak dziewczyna próbuje zrozumieć, wyobrazić sobie to, co jej powiedziało. Wiedziało, że to nie było łatwe. Nigdy przecież nie mówiło się o tym, że można być kimś innym. Że to wcale nie tak, że są tylko chłopcy i tylko dziewczynki, i że ci pierwsi zakochują się w tych drugich, a te drugie w pierwszych. Fitse wielu rzeczy nie było jeszcze pewne, na wiele rzeczy nie znalazło jeszcze odpowiedzi, ale to akurat było dla niego aż nadto jasne. Będąc ludźmi, byli znacznie bardziej skomplikowani, ich charaktery i serca były znacznie bardziej złożone. Byli po prostu... Zaśmiało się krótko, przypominając sobie jedno z porównań, które kiedyś usłyszało.

- O czym myślisz? - spytała Ana cicho.

- Tkaniny - odpowiedziało, uśmiechając się miękko. Pokręciło głową z rozbawieniem. - Kiedyś ktoś powiedział mi, że bjortari - czy w ogóle ludzie - że wszyscy jesteśmy różnokolorowi, tak barwni, jak barwne są tkaniny z Hadharu. Każdy ma swój własny kolor, ale... - W jego uśmiech wkradła się nuta smutku, gdy wzruszyło lekko ramionami. - Czerwony wcale nie jest brzydszy od niebieskiego, a ten z kolei nie jest gorszy od żółtego. Po prostu każdy jest inny.

Tamerka uśmiechnęła się nieco szerzej. Porównanie wyraźnie jej się spodobało.

- A ty? Jakim jesteś kolorem? - zapytała beztrosko, a Fitse nie mogło się oprzeć, by nie odpowiedzieć jej podobnie szczerym uśmiechem.

- Zielonym. Myślę, że zielonym.

Milczeli potem przez chwilę. Fitse jeszcze przez moment czuło na sobie wzrok Any, ale i ona w końcu skierowała swą uwagę ku górom. Tam, wysoko, w najwyższych partiach Euxaniru, śnieg nigdy nie topniał, białe smugi dało się teraz jednak dostrzec także niżej. Spełzały ze szczytów niczym zachłannie wyciągane dłonie, sięgające coraz dalej i dalej. Kwestią czasu było, kiedy biały puch pojawi się także na szlakach i miejskich ulicach.

Fitse zerknęło na siedzącą u jego boku dziewczynę i, nim zdążyło się zastanowić, szturchnęło ją lekko łokciem w bok.

- Pytaj - powtórzyło, jednocześnie dławiąc w sobie przerażenie własną śmiałością. Czuło, jak Tamerka drgnęła, gdy dotknęło jej i w tej chwili uświadomiło sobie, co zrobiło. Nigdy nie szukało dotyku i nie pozwalało sobie na taką spontaniczność. Rzadko kiedy klepało kogoś po plecach czy ramieniu w geście sympatii, a tego, kiedy ostatnio się do kogokolwiek przytulało, zupełnie nie pamiętało. Nie zaczepiało też innych nastolatków tak naturalnie i swobodnie, jak robili to jego rówieśnicy - nie czochrało włosów młodszym kolegom, nie dźgało palcem boków, nie szturchało łokciem. Teraz to zrobiło i zupełnie nie wiedziało, kiedy tak bardzo przestało się pilnować.

- Mówią, że ta dziewczynka, ta, którą Klan Gharra zamknął kiedyś w Kręgu... Że była taka jak ty - powiedziała tymczasem zachęcona przez Fitse Ana. Pomimo wyczuwalnego spięcia po nieoczekiwanej zaczepce, nie odsunęła się i nie skomentowała jej w żaden sposób.

Medium nie było pewne, czy podobne zignorowanie zajścia mu odpowiada, ale może... Może to po prostu nic takiego. Może demonizowało, bo odzwyczaiło się od bycia po prostu nastolatkiem. Może zapomniało, jak to jest.

- Tak mówią - przyznało, starając się podobnie jak Varrthasir udawać, że nic się nie stało. - Nie widziałem jej, ale tata był wtedy w Yrkazaanie. Mówił, że rzeczywiście była podobna. - Milczało przez krótką chwilę. - Chcieli ją tak leczyć - dodało ciszej, odwracając wzrok. - Utara miała ją naprawić, tak twierdzili. Tata mówił, że w mieście była wtedy także haaim Maral, że kazała się wprowadzić do Kręgu, zaprowadzić do tej dziewczynki. Podobno chciała ją stamtąd wyciągnąć, przekonać wiedzących, heidra, że to nic nie da, że nie ma czego naprawiać, ale... - Wzruszyło ramionami. Gdy ponownie uniosło wzrok na Anę, w spojrzeniu jasnych oczu gościł spokój. - Wiesz, jak to się skończyło. Wszyscy wiedzą.

Tamerka powoli skinęła głową. Wiedziała, rzeczywiście, wszyscy wiedzieli, nawet oni, w Tamerze. Silje Maral nikt wtedy nie posłuchał. Nie potrafiła im wytłumaczyć, dlaczego dziewczynka taka była, a skoro tak, to uznano, że też tego nie wie. Że to, co mówi, to tylko jej domysły, nic, czego byłaby pewna. Dziecko pozostawiono w Kręgu, a ono zmarło tam po kolejnych dwóch tygodniach, niezdolne stawić czoła prądom utary i własnemu, narastającemu szaleństwu.

- Ciebie nie...? - zaczęła cicho Varrthasir, w ostatniej chwili gryząc się w język i ganiąc w duchu za nadmierną ciekawość.

Fitse jednak nie próbowało udawać, że nie wie, o co dziewczyna chciała zapytać.

- Nie - odpowiedziało jej. - Mnie nie. Moi rodzice... - Zastanawiało się przez chwilę. - ...nie byli mną zachwyceni. Z pewnością nie spełniłem i pewnie nigdy nie spełnię nawet połowy ich oczekiwań. Ale nigdy nie pozwoliliby zaprowadzić mnie do Kręgu. Nigdy nie pozwoliliby, żeby... - Potrząsnęło lekko głową. - Może myślą, że jestem zepsute. Może też chcieliby, by był jakiś sposób, żeby mnie naprawić. Ale tym sposobem nie jest utara i oni to wiedzą - dokończyło, wbijając spojrzenie w majaczący za miastem krąg kamiennych monolitów.

Siedzieli jeszcze chwilę, dopóki spadający z gór wiatr nie przybrał na sile, szarpiąc ich skóry i futra. Zeszli z muru razem, poruszając już tylko neutralne, bezpieczne tematy - zmianę pogody, decyzje, jakie zapadły na Vilmeti czy wyprawę do Var Arrod, w której oboje mieli uczestniczyć. Ani na krok nie zbliżyli się do kwestii drażliwych, mogących zerwać tę cienką nić porozumienia, którą udało im się nawiązać. Także potem, już wśród bjortari z własnych klanów, żadne z nich nie wracało do rozmowy przeprowadzonej na murze. Choć Jariz Lim wodził za Varrthasir przez chwilę uważnym spojrzeniem, a ojciec zapytał Fitse, czy na pewno wszystko u niego w porządku, ani jedno, ani drugie nie zająknęło się, o czym dyskutowali jeszcze przed paroma chwilami.

W tamtej rozmowie nie było nic złego. Po prostu żadne nie umiałoby i nie chciało tłumaczyć kotłowaniny myśli, jaka im po niej pozostała.

***

- Będę taki jak on, mamo.

Nires obejrzała się przez ramię.

Hamarr skakał po głównej sali Chaty, nieporadnie kopiując ruchy zaobserwowane u Asira walczącego podczas uczty. Od czasu biesiady chłopiec nie mówił o niczym innym. Zwykle małomówny, teraz nie potrafił usiedzieć w ciszy dłużej niż kilka minut, po dziecięcemu paplając bez przerwy, niemal tracąc i tak wątły oddech przy zachwytach nad Insvarrem.

- I mamy iść do psiarni! - zakrzyknął Hamarr po raz wtóry tego dnia, wirując między stołami w pokracznych piruetach. - Tata powiedział, że pokaże mi pieski. I będę mógł je nakarmić!

Nires skrzywiła się, wracając do metodycznego, choć może zbyt gwałtownego siekania mięsa na kolację. Sześciolatek wydawał się zupełnie nieporuszony tym nagłym pojawieniem się ojca - nowej postaci, o której przecież nic nie wiedział. Nie okazał zaskoczenia, gdy Asir zbliżył się po raz pierwszy, a jedynie ostrożną nieśmiałość, która zresztą rozmyła się szybko, ustępując bezgranicznej fascynacji. Insvarr skradł serce chłopca szybko i bez większego trudu. Nie dziwiło jej to - ostatecznie lata temu w podobny sposób sama straciła dla niego głowę, też szybko i też bez zastanowienia - ale zrozumienie nie sprawiało, że potrafiła się z tym pogodzić.

- Podobno są tam szczeniaczki - monologował tymczasem Hamarr, nie zwracając najmniejszej uwagi na milczenie matki. - Tata powiedział, że może będę mógł dostać jednego, gdy już z nim pojadę.

Uzdrowicielka skrzywiła się.

Tata. Asir nawet nie musiał chłopca namawiać do używania tego słowa - Hamarr sięgnął po nie sam, ufnie, od razu akceptując Insvarra w tej roli. Nie opierał się też perspektywie wyruszenia z vartą do Urkari - gdy mężczyzna wspomniał o tym po raz pierwszy, chłopiec obejrzał się wprawdzie na nią niepewnie, w ciągu kolejnych kilku chwil zapominając jednak o swych obawach i w całości oddając się emocjonującej perspektywie wyprawy.

Nires czuła - nie, wiedziała - że przegrywa. To było bolesne. Bolesne tym bardziej, że tym razem przegrywała nie tylko z Asirem, ale także z własnym synem.

- Z pewnością będzie wspaniale - odezwała się wreszcie miękko. Skrawając mięso do końca, zgarnęła je nożem na jedną kupkę i odłożyła ostrze. Opłukała dłonie w balii z wodą i odwróciła się do syna. - Na pewno będziesz się doskonale bawił.

Hamarr roześmiał się i przemknął na czworakach pod jednym ze stołów, w wyimaginowanej ucieczce przed przeciwnikiem. Chcąc szybko wstać z powrotem na nogi, zachwiał się lekko, wyprostował się jednak i uśmiechnął szeroko, prezentując nieco dziurawy garnitur mlecznych zębów.

- Ale - dodała tymczasem Nires, jednocześnie przyjmując srogą minę - nie będziesz miał siły na podobne atrakcje, jeśli nie weźmiesz leków. Usiądź teraz spokojnie i wypij.

Chłopiec sapnął cicho, posłusznie jednak wspiął się na ławę przy jednym ze stołów i objął rączkami pękaty kubek, który postawiła przed nim matka. Majtając nogami w powietrzu, pochylił się nad naczyniem i skrzywił, gdy ostry zapach podrażnił jego delikatny nosek.

- Nie pachnie ładnie - rzucił marudnie.

- Nie, ale jest słodkie - odpowiedziała Nires bez zająknięcia. Nieprzyjemny zapach miał ostrzegać, podobnie jak gorzki smak. Do tego pierwszego Hamarr jednak już przywykł - większość jego lekarstw również charakteryzowała się ostrą, drażniącą wonią - drugie zaś zamaskowała sporą dawką gęstego miodu kupionego na targowisku w Etallarze. - No już, pij. To dla twojego dobra.

Sześciolatek mruczał jeszcze chwilę nad kubkiem, w końcu jednak kapitulując i opornie pociągając kolejne łyki naparu. Gdy skończył, odstawił kubek i otarł usta przedramieniem, krzywiąc się bardziej dla zasady niż z faktycznego niezadowolenia - gorący napój rzeczywiście był bardzo słodki.

- Gdy dorosnę - powiedział Hamarr i Nires wiedziała, że do wieczora nie usłyszy już nic innego - będę taki jak on. Jak tata.

O, nie, pomyślała, wyglądając przez przyszarzałe od brudu okno. Zaciągnięte jednolicie chmurami niebo wydawało się wyjątkowo ciężkie, niemal kładło się na szczytach gór. Nigdy nie pozwolę, byś był taki jak on.

W powietrzu zawirował nieśmiało najpierw jeden, potem drugi i kolejne płatki białego puchu. Śnieżynki zaczęły tańczyć wśród chat, a gdy osiadały na szybie, nie topniały, lecz skrzyły się żywo. Dalej, za pobliskimi domami, miejski mur stopniowo okrywał się szronem, a za jego masywną ścianą wicher wył potępieńczo, miotając się gwałtownie wśród gór. Podobnie jak teraz Nires, musieli słyszeć go i inni bjortari - ci pozostali w klanowych obozowiskach na północnym skraju miasta i ci, którzy najbliższe miesiące mieli spędzić we własnych lub użyczonych pokojach.

Uzdrowicielka westchnęła cicho.

Nadchodził lód.

Rozdział 11

Gdy lody wreszcie zaczęły topnieć, miasto było już zmęczone.

Wiele lat później wędrowni bardowie mieli opiewać minione miesiące jako te, dzięki którym po raz pierwszy od wojen klanów grupy bjortari zbliżyły się do siebie tak bardzo. Prawda jednak, jak to zazwyczaj bywa, wyglądała nieco inaczej, bo choć wspólne zimowanie rzeczywiście zacieśniło więzy między klanami, wraz z upływem kolejnych dni doprowadziło jednocześnie do narastania irytacji, której nie sposób było uniknąć. Pomimo znacznej ilości zwierzyny, zdobytej przez myśliwych jeszcze przed nadejściem najbardziej srogich mrozów, ostatniego miesiąca lodu uszczuplenie zapasów żywności było już wyraźnie odczuwalne. Nikt nie głodował, w pewnym momencie jednak decyzją heidra Thynlera zmniejszyły się wydzielane z miejskich magazynów racje mięsiwa, chleba i ziaren. Klanowi myrkin zaczęli wypuszczać się za miasto, podejmowane wyprawy łowieckie rzadko kiedy jednak kończyły się sukcesem - w bezpośredniej okolicy Yrkazaanu szybko stało się trudno o jakąkolwiek zwierzynę, a dalej nikt nie odważył się wyprawiać. Ponadto, podobnie jak w przypadku żywności, ograniczono też wydawanie zgromadzonego, wspólnego alkoholu, choć to już z zupełnie innych względów niż jego niedostatki.

Lód zaciskał pazury na wymęczonym, przeludnionym mieście, w nim samym zaś z dnia na dzień narastały tarcia. Ci, którzy jednego dnia biesiadowali wspólnie przy jednym stole, kolejnego omijali się już szerokim łukiem, patrząc na siebie spod oka. Częstsze stały się bójki, a kontakty między bjortari z dnia na dzień zaostrzały się.

Potem nadeszła stagnacja, apatia dotykająca każdego niezależnie od wieku, płci i przynależności klanowej.

Dopiero gdy lód zaczął ustępować, coś drgnęło. Sanngari, pora odwilży, przychodziła nieśmiało, ale nie było bjortari, który od razu nie poczułby jej cieplejszego, łagodniejszego oddechu. Po niespełna pięciu miesiącach srogich mrozów dzień, w którym szron na szybach zaczął się skraplać, nie umknął żadnemu z zamkniętych w mieście ludzi gór.

Wraz z odwilżą powrócił temat Var Arrod. Na powrót powzięto przygotowania do wyprawy, bo teraz, z każdym kolejnym dniem, czasu na nie było coraz mniej. Szykowali się nie tylko ci idący do opuszczonego miasta, ale wszystkie klany. Zgodnie z decyzją podjętą podczas Vilmeti, czekały ich jeszcze wspólne łowy z Klanem Skivy. W efekcie, gdy miasto wybudziło się już i wyrwało z zimowej stagnacji, ponura cisza w jednej chwili ustąpiła miejsca pełnemu podniecenia gwarowi. Opustoszałe dotąd ulice zaludniły się nagle spieszącymi to w jedną, to w drugą stronę bjortari. Pakowanie tymczasowych obozów, gromadzenie zapasów żywności oraz zbrojenie się na czekającą wyprawę stało się głównym zajęciem niemal każdego w Yrkazaanie. Nieustannie analizowano i dyskutowano o tym, co koniecznie należy zabrać, a co można zostawić, by nie przeciążyć obładowanych bagażem koni i mułów. Ktoś odpowiadał za zapewnienie właściwej ilości zapasowych ubrań, ktoś inny z kolei dbał o to, by starczyło im worków z paszą dla zwierząt. Uzdrowiciele raz po raz inwentaryzowali swoje zapasy ziół, wywarów i proszków, rytualiści zaś rozpoczęli tradycyjne czuwania przy ogniach utary, by zapewnić wyprawie powodzenie.

- Wszystko masz? - zapytało Fitse, gdy po kilku dniach nieustannego sprawdzania własnego ekwipunku wreszcie postanowiło dać sobie z tym spokój. Mieli opuścić Yrkazaan za dwa dni, a ono już teraz było pewne, że nie może być gotowe bardziej. Torby czekały spakowane przy drzwiach pokoju, rzeczy, które mogło zapakować do wspólnych, klanowych juków, spoczywały już w workach, składowanych w miejskich stajniach. Nie miało nic więcej do zrobienia, a to, że czuło potrzebę przeglądania rzeczy po raz kolejny, wynikało z lęku przed wyprawą, tym silniejszego, im bliżej było do dnia wymarszu.

- Nie wiem. Chyba. - Ana Varrthasir wzruszyła lekko ramionami i z cichym stęknięciem podniosła się z ziemi. Podobnie jak inni bjortari, od kilku tygodni powoli gromadziła ekwipunek i niemal całe dnie pochylała się nad torbami. Teraz, tak jak Fitse, nie miała już nic do zrobienia, a jednak i tym razem nastolatek zastał ją zajętą pakowaniem.

Rzucając ostatnie spojrzenie na torby złożone razem z pakunkami innych uczestników wyprawy do Var Arrod, dziewczyna westchnęła i spojrzała na Fitse.

- Boję się tej wyprawy - rzuciła cicho. Od czasu pierwszej rozmowy młodzi zbliżyli się do siebie na tyle, że szukanie wzajemnego wsparcia stało się dla nich czymś zupełnie naturalnym.

- Ja też - przyznało Fitse. W kolejnej chwili uśmiechnęło się blado. - Chyba każdy się boi. Nawet Renn, choć on akurat...

Rozejrzało się odruchowo, szukając sylwetki berserka. Znalezienie go nie było trudne - niezależnie, obok kogo akurat stał, górował nad każdym. Postawny, ciemnowłosy wojownik Klanu Fjalloga wyrastał ponad tłum oblegający teraz plac przy stajni, a jego tubalny głos wznosił się gromko ponad rozbrzmiewające dokoła rozmowy.

- ...Choć on akurat bardzo stara się tego nie pokazywać. Szczególnie przy Chatzce - dokończyło Fitse.

Varrthasir uśmiechnęła się szeroko.

- Dobrali się, co? - rzuciła, podobnie jak Fitse odnajdując Renna oraz towarzyszącą mu vartę z Urkari. Chatzka opierała się teraz nonszalancko o jeden z pakowanych właśnie wozów, a jej uważne, spokojne spojrzenie rzadko kiedy zaś odrywało się od Brodhirsta.

- Nie wiem, czy dokładnie tak bym to określił, ale... - Fitse parsknęło śmiechem. - Chyba można tak powiedzieć. Z drugiej strony, to samo mówią także o nas.

Ana zaśmiała się krótko.

- To było do przewidzenia, że nasza grupa się... Cóż, zintegruje i podzieli jednocześnie. - Dziewczyna wzruszyła ramionami. - To były długie miesiące, ten lód. Dosyć czasu, by się dotrzeć. Zresztą, to powinno wszystkich cieszyć, ostatecznie...

- Nie rozpędzaj się - wtrąciło Fitse z ciepłym uśmiechem. Jedną z rzeczy, której nauczyło się o Varrthasir, była jej tendencja do przyjmowania obronnej postawy za każdym razem, gdy wydawało jej się, że ktoś jej coś zarzuca. W jednej chwili Tamerka rozpoczynała wtedy monolog wyjaśnień, mających dokładnie wytłumaczyć, co miała na myśli. - Nie miałem na myśli nic złego.

Ana zamilkła, w kolejnej chwili uśmiechając się blado.

- Wiem. Wiem, że nie, ja tylko tak... - urwała w pół słowa, uciekając spojrzeniem gdzieś ponad ramieniem Fitse.

- Co? - Medium zmarszczyło lekko brwi. - O co chodzi?

Obejrzało się przez ramię i w jednej chwili zrozumiało.

- On nie... On... - zająknęła się Varrthasir. W jej szeroko otwartych oczach widoczne było bezgraniczne zdumienie.

Niepokój szybko rozprzestrzenił się w całej zebranej na placu grupie, gdy kolejni bjortari uświadamiali sobie nieoczekiwaną obecność.

Na uboczu stał Thekkir, w podróżnych skórach i z sakwami przygotowanymi do drogi.

- Ktoś go uwolnił z Kręgu? - Ponad tłumem poniósł się dudniący, ostry głos Renna.

- To niemożliwe - zaprotestował zdecydowanie Odhim Irgrip, skyrma z Sigvahl. Dotąd zajęty układaniem ziół w masywnej, elegancko zdobionej zielarskiej skrzyni, teraz podniósł się z gracją z ziemi, wyprostował i w kilku szybkich krokach dołączył do Renna. - Niemożliwe. Thynler by na to nie pozwolił, Głos zresztą też nie.

- Trzeba ją wezwać. - Cichy pomruk Chatzki zdawał się wprawiać w drżenie ciała zebranych dookoła.

Ana westchnęła cicho, odruchowo pocierając klatkę piersiową. Kobieta była jedną ze starszych żyjących vart i być może najsilniejszą z nich. Siła ta wibrowała w każdym jej słowie, wnikała przez skórę i drażniła nerwy każdego, kto znalazł się wystarczająco blisko. - Głos. Ihrled Heidveurr. Trzeba po nią posłać.

Odhim skinął głową, a jeden z młodych bjortari, kręcących się dotąd w pobliżu przygotowujących się, bez wahania obrócił się na pięcie i biegiem pomknął do górującego nad miastem Illinu.

Thekkir stał w milczeniu, a jego spojrzenie ślizgało się po zebranych, na nikim nie zatrzymując się na dłużej.

- Uwolnił się.

Ana zmarszczyła brwi. Nie od razu pojęła sens tych dwóch słów.

- Uwolnił się - powtórzyło Fitse cicho, nie odrywając wzroku od Insorv. - Sam wyszedł z Kręgu, nikt nie musiał go wyprowadzać.

- To nie jest... - zaczęła Varrthasir, Fitse jednak skrzywiło się i nie pozwoliło jej dokończyć.

- Nie jest możliwe? - rzuciło ostrzej. - Jest. To już nie jest Aheidvahl, Ana. Nasze reguły... One już nie obowiązują. Zresztą, sama zobacz. - Ruchem głowy wskazało ku kolejnej postaci.

Tamerka obejrzała się we wskazanym kierunku. Spodziewała się dostrzec tam Głos, to jej oczekiwano, przybyłą kobietą nie była jednak Ihrled Heidveurr.

- Thekkir Aheidvahl. - Głos Sigai był mocny i pełen siły. Nie było już w nim śladów po wyczerpaniu i słabości, którą obserwowano u rytualistki przez ostatnie miesiące.- Nie powinieneś tu być.

Gdy mężczyzna zwrócił się ku przybyłej, trudno było nie odnieść wrażenia, że skupienie wzroku przychodzi mu z trudem i zajmuje więcej czasu, niż powinno.

- Idę do Var Arrod - odezwał się nagle, powoli artykułując kolejne słowa. Spojrzenie zawieszone na Sigai było uważne i nienaturalnie spokojne. - Razem z nimi.

Ana gwałtownie wciągnęła powietrze. Fitse skrzywiło się, słysząc prychnięcie Renna.

- Nie, Thekkirze. Ty zostaniesz w mieście. - Sigai była spokojna. Jakkolwiek nieoczekiwana okazała się sytuacja, wiedząca zdawała się w niej odnajdywać znacznie lepiej od pozostałych. - Skład wyprawy jest już wybrany - kontynuowała. Jej opanowanie raziło. Aheidvahl jeszcze przed godziną pozostawał w Kręgu, a ten nie wypuszczał swych ofiar. Ta rozmowa w ogóle nie powinna mieć miejsca.

- Nie zostanę w Yrkazaanie - odparł Thekkir. Wypuszczony z ręki skórzany plecak upadł głucho u stóp mężczyzny, a pasy podróżnego stroju zaskrzypiały cicho, gdy Aheidvahl rozprostował plecy. - Var Arrod mnie wzywa, muszę iść. Pójdę.

Wciąż rosnący tłum bjortari zafalował, szepty wzmogły się, ponad nimi podniosły się pojedyncze głośniejsze, bardziej stanowcze komentarze.

Thekkir Aheidvahl miał być w Kręgu. Thekkir Aheidvahl był więźniem, kimś obcym, a nie ich bratem, który przed kilkudziesięciu laty opuszczał Yrkazaan. Thekkir Aheidvahl nie powinien mieć prawa głosu.

Mężczyzna jednak mówił, nieporuszony zamieszaniem, jakie wywołał. Każdy czuł, że Insorv nie pyta o zgodę i nie przyjmie żadnego zakazu, który próbowano by mu narzucić.

- Thekkir. - Imię mężczyzny w dziwny sposób drżało w ustach Sigai, gdy skyrma zbliżyła się do niego powoli. Aheidvahl obserwował wiedzącą spokojnie. Gdy ta zatrzymała się, wyglądało to tak, jakby napotkała jakiś opór, niewidzialną ścianę. Thekkir ani drgnął. - Insorv, to nie jest...

- On nie jest Insorv. - Ostry, zdecydowany głos wzniósł się stanowczo ponad szemrania przyciszonych rozmów. - Przestał nim być, gdy nie wrócił do Yrkazaanu przez kolejne lata. Gdy został tam, w Var Arrod, bez słowa wyjaśnienia.

Tłum zafalował, gdy bjortari, jeden po drugim, oglądali się przez ramię, szukając mówiącego. W jednym miejscu grupa rozstąpiła się, przepuszczając młodego myśliwego do środka kręgu utworzonego przez zebranych, otaczającego Thekkira i Sigai.

- Nie powinien - syknęło Fitse. - Nie powinien tak mówić.

Varrthasir otworzyła usta, by skomentować, zamknęła je jednak, słysząc głos Sigai. Opanowanie wiedzącej ustąpiło miejsca zaniepokojeniu.

- Thynler. - Białowłosa obróciła się gwałtownie w kierunku myrkin. Tylko najbliżej stojący mogli zauważyć, jak blade dłonie kobiety zaciskając się w pięści, a starannie przycięte paznokcie wbijają się w delikatną skórę ich wnętrza. - Brag, nie wiesz, co mówisz.

- Nie? - Chłopak prychnął cicho. - Z całym szacunkiem, skyrmo, ale to ty nie wiesz, co mówisz. - Twarz chłopaka wykrzywił gorzki grymas. - Z daleka widać, że mu pozwolisz, pozwolicie mu iść do Var Arrod.

Gdy chłopak obejrzał się przez ramię, najbliżsi bjortari - a zaraz po nich także ci stojący dalej, którzy wzięli z nich przykład - podążyli jego śladem, szukając tego, na kogo patrzył. Rozmowy urwały się nagle, gdy wszyscy uświadomili sobie obecność Głosu.

Ihrled Heidveurr uśmiechnęła się z goryczą, poprzez rozstępujący się tłum wchodząc do środka kręgu.

- Rzeczywiście. - Głos pierwszej z wiedzących był silny, stanowczy. Kobieta stanęła u boku Sigai i lekko skinęła jej głową. Potem ponownie zwróciła się do myśliwego, tylko przelotnie spoglądając na Thekkira. - Rzeczywiście, chyba mu pozwolimy.

Brag prychnął po raz wtóry. Obecność Ihrled nie speszyła go i nie uspokoiła, wręcz przeciwnie - z każdym kolejnym słowem wypowiadanym przez młodego myśliwego coraz wyraźniej słyszało się rosnącą irytację i złość.

- To jest tak cholernie głupie - warknął chłopak, strzelając roziskrzonym spojrzeniem między Głosem a Aheidvahlem. - Tak beznadziejnie naiwne. On jest zagrożeniem. Pieprzonym... Czymś, bo przecież już nawet nie jednym z nas. Nie bjortari. - Brag skrzywił się i potrząsnął głową w wyrazie pełnym niedowierzania. - Kurwa, czy wy naprawdę nie widzicie? My już nie...

Fitse zadrżało. Już wcześniej zacisnęło dłonie w pięści, a teraz paznokcie wbiły się w skórę na tyle mocno, że ją rozcięły. Pojedyncza kropla krwi wypłynęła spomiędzy zaciśniętych palców, brudząc jasną skórę.

- On nie wie, co robi - rzuciło rozgorączkowanym szeptem.

Ana spojrzała na niego z niepokojem. Z wahaniem sięgnęła dłonią ku jego ramieniu, nie zwróciło jednak na nią uwagi. Pełne narastającego lęku spojrzenie utkwione było w Bragu.

- Nie ma najmniejszego pojęcia, on...

- ...My już nie wiemy, kim on jest. Uwolnił się z Kręgu, do jasnej cholery! - Thynler potoczył płonącym spojrzeniem po zebranych. - Naprawdę? Naprawdę chcecie tak po prostu się na to zgodzić, naprawdę uważacie, że to w porządku?

Ktoś pokręcił głową, najpierw nieśmiało, potem zaś, widząc, że i sąsiad podziela to zdanie, z większym zdecydowaniem. Brag Thynler miał rację, wielu tak uważało, a myrkin po prostu miał odwagę wszystko to wypowiedzieć.

- Thynler, opanuj się. - Zdecydowany głos Ihrled wzniósł się ponad rozgorączkowaną przemowę chłopaka. - Nie pozwól, żeby mówiło przez ciebie rozżalenie.

Myśliwy, od chwili miotający się, krążący w tę i z powrotem wzdłuż linii zebranych, teraz zatrzymał się gwałtownie, by w następnym momencie, w kilku długich, szybkich krokach zbliżyć się do Aheidvahla.

- Żal?

Thekkir stał niewzruszenie, błądząc spojrzeniem gdzieś ponad zebranymi bjortari.

- Żal? - Brag roześmiał się gorzko. - To już nie chodzi o żal, Głosie.

Fitse zadygotało. Żal. Czuło go, fale rozczarowania opływały Thynlera od chwili, w której to nie jego nazwisko padło z ust heidra Gjalla. Myśliwy walczył z nimi, trzeba było mu to przyznać, ale nie dawał rady. Był młody, silny, żądny docenienia, uznania za godnego. Gdyby mógł pójść do Var Arrod - to by wystarczyło. Znaczyłoby, że heidr go widzi, że dostrzega w nim kogoś wartościowego. Ale Brag nie został wybrany, a to dla dumy młodego bjortari było bolesnym, ujmującym godności policzkiem. Teraz Thynler próbował zrównoważyć tę gorycz i urosnąć w oczach tych, którzy go nie docenili. Fitse wiedziało, że Brag wystąpił przed szereg, by zostać zauważonym. Tak jednak nie powinno być. Medium było pewne, że rozczarowanie popchnęło Braga w kierunku, w którym Thynler nigdy nie powinien pójść. Fitse bardzo się bało. Wiedziało, co się wydarzy, ale nic nie mogło zrobić. Nikt już nie mógł.

- Fitse - szepnęła Ana. Ona też wiedziała, podobnie zaczynali czuć także inni. Widziała zmiany mimiki jednej, drugiej, trzeciej twarzy w pobliżu i słyszała syk gwałtownie wciąganego powietrza. - Fitse, on...

- Nie chodzi o żal - rzucił Brag ostro, silnie szturchając palcem pierś Thekkira. - Chodzi o niego. O to, jak łatwo ustępujecie. Jak bardzo się boicie, jak pozwalacie sobą rządzić. - Chłopak obejrzał się na Aheidvahla i skrzywił się.

- Stoi za blisko - szepnęła Varrthasir, przerażona. - Za blisko.

- Tak - przytaknęło Fitse. - Tak. Stoi za blisko.

- To zwierzę. To coś. A wy kulicie się przed nim potulnie tylko dlatego, że...

Nie pozwoli mu.

Fitse zachwiało się nagle.

Nie pozwoli mu dokończyć.

Cofnęło się, wpadając na kogoś za sobą. Słyszało głosy, jęk, ostrzegawczy krzyk, podekscytowanie. Słyszało wiele rzeczy, których inni słyszeć nie byli w stanie.

Pojedyncze szare pasma wypłynęły spod okrywających Thekkira skór, wijąc się wokół Aheidvahla jak węże. Lepkie, gęstniejące macki ciasno oplatały postać Insorv, lgnęły do niej i wspinały się po jego ciele. Kontury męskiego ciała zamazywały się, niknąc we mgle spaczenia. To było źródło, nowe źródło.

Thekkir Aheidvahl był źródłem.

Sam Insorv zdawał się nie zauważać tego, co się działo. Jego spojrzenie wydawało się nieobecne, spokojne, jakby skupione na czymś innym, niedostrzegalnym dla wszystkich pozostałych. Fitse było pewne, że gdy Aheidvahl płynnym ruchem dobył długiego, myśliwskiego noża, nie była to jego decyzja.

- Fitse. - Głos Any docierał jakby z daleka, przytłumiony, choć dziewczyna stała tuż obok. - Fitse, on...

- Nie on - odpowiedziało, choć potem nie było w stanie sobie przypomnieć, skąd w ogóle wzięły mu się te słowa. - To nie on, Ana. To utara.

Szare strugi spaczenia leniwie spływały wzdłuż ramienia, przedramienia, dłoni Thekkira i ześlizgiwały się po nożu, aż po rękojeść wbitą w oko Braga. Tchnienie wlewało się w powoli stygnące ciało myśliwego i wypływało ponownie, odnajdując drogę przez rozwarte w ostatnim, niemym zaskoczeniu usta chłopaka, przez jego oczy, nos i pory w skórze.

Aheidvahl jeszcze przez chwilę zaciskał dłoń na rękojeści noża, wbrew wszelkim znanym prawom utrzymując ciało Braga w takiej samej pozycji, w jakiej znajdowało się ono, gdy wciąż jeszcze było pełne życia. Gdy Insorv opuścił dłoń nieznacznie, zwłoki zsunęły się z cichym mlaśnięciem i głucho upadły na zmarzniętą ziemię.

Nagłą, martwą ciszę dopiero po chwili przerwał pojedynczy, histeryczny kobiecy krzyk. Zaraz po nim plac eksplodował gwarem podniesionych głosów, pełnych niezrozumienia, lęku i złości.

Fitse patrzyło, jak jakaś dziewczyna szarpie się w objęciach próbujących ją powstrzymać, jak wyrywa się przed szereg i pada na kolana przy Bragu. Widziało, jak drobne, blade dłonie błądzą po nieruchomym ciele i jak szarpią oplatający szyję chłopaka rzemień z kłem atyra - taki sam, jaki posiadała też ona sama, symbol ich wspólnego klanu. Medium usłyszało też ryk rozpaczy, a gdy uniosło wzrok, w zamieszaniu dostrzegło młodego myśliwego miotającego się w tłumie swych pobratymców, nieudolnie próbujących powstrzymać go od rzucenia się na Thekkira. Spojrzało na Aheidvahla.

Utara wycofała się już niemal zupełnie, szare pasma rozwiały się bądź na powrót skryły w ciele wojownika. Gdy znikły ostatnie smugi spaczenia, w oczach mężczyzny błysnęła iskra zrozumienia.

Fitse skuliło się, uderzone widokiem bólu i lęku, który przez jedną krótką chwilę dało się dostrzec we w pełni świadomym już spojrzeniu Insorv.

- Po co to było?! - zaskowyczała dziewczyna klęcząca przy martwym. - Po co?!

- Zabić go! - Młody, silny głos wybił się ponad wciąż narastający gwar.

Bracia z Urkari powstrzymywali myśliwego, wczepiając się w jego ramiona, ale nikt nie mógł go zagłuszyć.

- To cholerny odszczepieniec, nie widzicie tego?! - ryknął chłopak, a w jego głosie rozpacz mieszała się z wściekłością. Gdy po policzkach spłynęły mu łzy, były gorące tyleż samo z żalu, co ze złości. - Brag próbował wam to powiedzieć, kurwa mać! Krąg to za mało, powinniśmy...

- Skończ. - Ostra, krótka komenda uciszyła wiele głosów, powstrzymała w pół ruchu wiele skinięć głową. Nikt nie próbował powstrzymać Vinniret, gdy przedzierała się przez zgromadzenie. - Skończ - powtórzyła kobieta, zatrzymując się u boku Thekkira, znacznie bliżej niż ktokolwiek inny by się w tej chwili odważył. - Nie masz pojęcia, o czym mówisz. On... - Odetchnęła powoli. - To piętno Var Arrod. Miasto zostawiło na nim swój ślad i...

- I co?! Zabił człowieka, do cholery! Bezpodstawnie...

- Nie! - warknęła Vinniret. - Nie on zabił. To utara.

To utara, powtórzyło Fitse w myślach, smakując to stwierdzenie.

- To w żaden sposób go nie usprawiedliwia! - krzyknął ktoś z tłumu. - Jeśli ktoś jeszcze wątpił, to, na wszystkich thynów, właśnie widzieliśmy, że jest niebezpieczny.

- Jest zagrożeniem - przytaknął ktoś inny. - Nie jest już jednym z...

- Och, przestańcie pierdolić! - Vinniret oddychała szybko, drapieżnie rozdęte nozdrza drgały, gdy próbowała za wszelką cenę opanować nerwy. - Jest dokładnie tym, kim był. Thekkirem. Naszym bratem, tym samym, którego żegnaliście, gdy opuszczaliśmy miasto. Wiecie, dlaczego chce iść z wami? Bo się o was, o nas, troszczy. Chce pomóc. Mówi, że Var Arrod go wzywa i pewnie tak jest, ale poza tym... On chce nas chronić. Was, tych, którzy chcecie zmierzyć się z miastem. On wie. Widział. Będzie mógł was poprowadzić. On...

Kobieta spojrzała na Aheidvahla. Mężczyzna trwał u jej boku jak posąg, ale spojrzenie, którym błądził po tłumie zebranych, było bardziej świadome niż jeszcze parę chwil temu. Nie zareagował jednak, gdy Vinniret ułożyła dłoń na jego ramieniu i ścisnęła go lekko, z wyraźną czułością.

- To nie była jego decyzja. - Głos kobiety stwardniał. - To utara. Została sprowokowana i zareagowała tak, jak umie. To nie wina Thekkira. Nic by się nie stało, gdyby...

W tłumie zawrzało. Klęcząca przy Bragu dziewczyna uniosła na Vinniret rozpalone spojrzenie.

- To nie była jego wina! - krzyknęła, odruchowo, zupełnie nieświadomie ocierając przedramieniem mokrą od łez twarz. - On tylko mówił to, co wszyscy myślimy, co...

- Przestańcie.

Dziewczyna umilkła, zaskoczona. W całym zamieszaniu obecność Głosu jakby im umknęła, Ihrled nie próbowała jednak o sobie przypominać. Śledziła rozwój wypadków z przerażającym spokojem i jedynie nieco większa niż zazwyczaj bladość jej policzków świadczyła o tym, że wydarzenia nie były jej obojętne.

- To, co się stało, jest niewątpliwie przykre. Nie, właściwie jest przeokrutnie bolesne. Mimo tego chciałabym, żebyście powstrzymali się od sądów. To nie jest takie proste. - Wiedząca zamilkła na chwilę, spoglądając na Thekkira w zamyśleniu. - Ten czyn, oczywiście, nie może obyć się bez konsekwencji, natomiast...

- Wybaczcie, że wejdę w słowo, obawiam się jednak, że może.

- Haaim Maral. To cię nie dotyczy. - Ihrled zmarszczyła brwi i zmierzyła Hadharkę ostrym, lustrującym spojrzeniem.

Hadharka musiała być obecna w tłumie już od dłuższego czasu i z pewnością wszystko widziała. To, że śmiała teraz zabierać głos, przepychając się przez zgromadzonych bjortari, było skrajną bezczelnością.

Silje westchnęła cicho i pokręciła lekko głową, jakby z rezygnacją.

- Z upoważnień, wynikających z mej funkcji i nadanych mi przez Dziewięć Wież, oferuję Thekkirowi Aheidvahlowi protekcję Konfederacji Med'Hadhar, pod którą to może znaleźć się od tej właśnie chwili. Czy...

Ihrled wciągnęła gwałtownie powietrze.

- Nie - warknęła Głos, a Fitse ze zdumieniem spoglądało, jak rytualistka traci nad sobą kontrolę.

- Czy przyjmujesz nasz protektorat, Thekkirze? - zapytała Silje, spoglądając spokojnie na Aheidvahla.

- Nie - powtórzyła Heidveurr. Wściekłość wibrowała w jej głosie w sposób, którego nikt z zebranych najpewniej nigdy przedtem nie słyszał.

Insorv milczał przez dłuższą chwilę.

- Tak - przytaknął wreszcie.

Maral uśmiechnęła się w jednej chwili wyraźnie odprężona.

- Nie macie już nad nim władzy, chroni go Dziewięć Wież - wyrecytowała oficjalnie i odetchnęła lekko. - Przepraszam, Ihrled - dodała. Uśmiechała się przepraszająco, nie wyglądało jednak na to, by żałowała swego czynu. - Nie mogłam pozwolić, byście próbowali go rozliczać i wyciągać konsekwencje, wiedząc, jak je rozumiecie.

Heidveurr prychnęła cicho.

- Nie mogłaś, bo...?

Silje wzruszyła lekko ramionami.

- Po prostu nie mogłam - odparła, wyraźnie nie zamierzając niczego tłumaczyć.

Maral rozejrzała się.

- Zakładam, że heidrowie już wiedzą? - spytała.

- Nawet jeśli dotąd nie wiedzieli, to teraz już na pe... - zaczęła Ihrled, przerwała jednak, gdy ponad tłumem wzniósł się tubalny głos Gjalla:

- Wiedzą.

Spoglądając w kierunku, z którego padła oszczędna odpowiedź, bez trudu dało się zauważyć nie tylko rosłą postać Loddrega, ale również towarzyszących mu Eyrana - bladego teraz i ewidentnie wściekłego - oraz Ofnira i Fima.

- Kto by się spodziewał takiego rozwoju wypadków - mruknął Andsaga, krzywiąc się przelotnie.

- Czy zamierzacie wnosić sprzeciw? - zapytała Silje spokojnie, niewzruszona niechęcią, jaką wzbudzała swą postawą.

Przywódcy nie odzywali się przez długą chwilę, wreszcie spoglądając na Eyrana.

Thynler zacisnął zęby.

- Nie - wycedził.

Tłum milczał. Hadharka uśmiechnęła się i skinęła głową. Próby podważenia protektoratu doprowadziłyby do konfliktu z Hadharem, na który klany nie były w tej chwili gotowe. Heidrowie zdawali sobie z tego sprawę.

- Świetnie - rzuciła Maral. Wiedziała, że balansuje na bardzo cienkiej granicy, pozostała jednak jeszcze jedna kwestia wymagająca wyjaśnienia. - W takim razie sądzę, że jasne jest, że Thekkir Aheidvahl pójdzie na wyprawę, skoro wyraził taką chęć.

- W co ty grasz, Maral? - syknęła cicho Ihrled. - Co na tym zyskasz?

Stojąca dalej Sigai zmrużyła oczy, lustrując Silje uważnym spojrzeniem. To było bardzo dobre pytanie. Naprawdę doskonałe.

Tamerka wzruszyła lekko ramionami.

- Nic - odpowiedziała. - Najpewniej nic.

Coś. Coś na pewno, pomyślała jednocześnie, spoglądając przelotnie na Thekkira. Niewiele było sytuacji, w których robiła coś bezinteresownie. Nie zawiedź mnie, Aheidvahl. Nie mam czasu na rozczarowania.

***

Pochowali go w południe następnego dnia, w jednej z komór grobowych za Yrkazaanem.

Gdyby okoliczności były inne, czekałaby go jeszcze jedna, ostatnia podróż. Zabalsamowany przez rytualistów, owinięty w skóry i złożony z szacunkiem na wozie lub solidnych, przywiązanych do końskiego grzbietu noszach, wróciłby do domu, otoczony gromadą braci i sióstr z Klanu Atyra. Odprowadzono by go górskimi ścieżkami do Urkari, gdzie narodził się i wychował. Teraz jednak, gdy wszyscy mieli udać się do Viliskyi, nie było mu to dane.

Poza tym jednak pogrzeb był tradycyjny, stosownie godny i przygotowany z odpowiednią dbałością. Wybraną jaskinię uprzątnięto i okadzono wonnymi ziołami, na wejściu zaś, w skalnej ścianie, wyryto symboliczny znak mający mówić o tym, że tu spoczywa syn gór, śmiały myśliwy i dumny wojownik. Potem odprowadzono samego Braga, przebranego w łowieckie skóry, które nosił najczęściej, z bronią przy boku i medalionem w kształcie atyra złożonym na nieruchomej piersi. W towarzyszącej mu procesji szedł jego klan, ale też inni, którzy chcieli w niej uczestniczyć, wszyscy odświętnie ubrani. Szedł też Eyran, posępnie wpatrując się w ciało Braga.

Złożono go na posłaniu przygotowanym w jaskini i pochowano pod stosem starannie ułożonych kamieni. Towarzyszono mu aż do chwili, gdy wygasł ogień na niewielkich, jałowcowych ogniskach. Paleniska wypełniały jaskinię mocną, ostrą wonią, maskującą specyficzny zapach śmierci.

Potem wrócili do miasta. W drodze znów zaczęli rozmawiać, najpierw nieśmiało, potem jednak coraz głośniej. W którejś chwili zabrzmiał śmiech, ktoś zakrzyknął bardziej gromko. Wspominano Braga, ale mówiono też o innych i o tym, co ich czeka.

O świcie kolejnego dnia wyruszyli z Yrkazaanu. Miasto zostało zamknięte, za zatrzaśniętymi na głucho bramami pozostali jedynie starcy, bjortari niezdolni do wyczerpującej, długiej drogi oraz nieliczni ci, którzy sami zdecydowali, że nie chcą opuszczać domu. Głosy wychodzącej wyprawy, początkowo głośne, pełne przekrzykiwania się i entuzjazmu, oddalały się stopniowo traktem, by wreszcie, w głębi gór, przycichnąć.

Yrkazaan zamilkł i w podobnym milczeniu miał czekać kolejne tygodnie.

Rozdział 12

Szlak do Vegsvahlu prowadził przez łączącą oba miasta dolinę i przecinał góry niemal zupełnie prostą linią. Północne wyjście z kotliny Nalid, w której położony był Yrkazaan, zwężało się stopniowo, a skalne ściany wypiętrzały tak, że szeroki trakt prędko przeistaczał się w ciasny przesmyk. Wiatr - już cieplejszy, zwiastujący zbliżającą się wielkimi krokami odwilż - przemykał skalnym korytarzem z cichym, melodyjnym zaśpiewem, zupełnie innym od rozbrzmiewającego jeszcze niedawno przeraźliwego zawodzenia.

Bjortari się nie spieszyli. Przy akompaniamencie rozmów, śmiechów i pobrzękiwania uprzęży objuczonych zapasami koni i wołów, karawana sunęła leniwie, coraz bardziej oddalając się od Yrkazaanu. Minęły niespełna trzy godziny, nim zatrzymali się po raz pierwszy. Pozostawiwszy za sobą skrzyżowanie traktu z Pierwszą Ścieżką, coraz bardziej zwalniali kroku, aż do tempa niemal ślimaczego. Jak się okazało, nie chodziło jednak o zmęczenie.

- Chcą zatrzymać się przy grobowcach - rzucił Loddreg Gjall, gdy kolejny już z jego myśliwych wysforował się do podążających nieco bardziej na przedzie heidrów i wymruczał którąś z kolei prośbę w imieniu klanu.

- Moi też - przytaknął Ofnir, a Fim skinął tylko lekko głową na znak, że i jego pobratymcy o to prosili.

Eyran uśmiechnął się. Nawet Tamerczycy zdążyli już wydelegować kogoś w swym imieniu, pytając o zgodę na postój.

- Możemy się zatrzymać - stwierdził Thynler, wzruszając lekko ramionami. - Do Vegsvahlu i tak dotrzemy przed nocą. Nie widzę powodu, dla którego miałbym wam odmówić małej wycieczki.

Ofnir parsknął cicho, a Loddreg uśmiechnął się nieznacznie. Chwilę potem gromkim okrzykiem obwieszczono przerwę w wędrówce, a heidrowie oddalili się do swoich klanów, by ustalić warunki postoju i godzinę ponownego zebrania się w dalszą drogę.

Kompleks grobowy, przy którym się teraz zatrzymali, był największym i najbardziej znanym w całym Heimareldzie. Początkowo stanowił jedno z wielu cmentarzysk Klanu Gharra, jednak jeszcze w czasie wojen klanowych stał się wspólnym ośrodkiem kultu najznamienitszych spośród bjortari. Obok bohaterów pochowani byli tam również ci zwykli - wielu ludzi gór miało tu swych krewnych, jednak to nazwiska bohaterów wzbudzały największe zainteresowanie.

Obserwując wszystko z boku, Helnir odetchnął bardzo powoli. Dotąd podążał wraz ze swym klanem, teraz jednak, gdy już się zatrzymali, instynktownie oddalił się na ubocze. Spoglądając, jak pierwsi ludzie gór ruszają ku skalnym, nieszczególnie wygodnym schodom i wspinają się do głównego wejścia na teren kompleksu, Thynler westchnął po raz wtóry i mimowolnie zacisnął pięści. Mogły minąć kolejne dekady, a on i tak będzie doskonale pamiętał, jak wiele zmieniło się przy tych schodach czternaście lat temu. Przeciek utary przy Ścieżce Umarłych, w który wtedy wpadł, dawno już został zamknięty. Stracił na sile częściowo naturalnie, a po części dzięki staraniom skyrmów. Teraz po spaczeniu nie było tu śladu, mimo tego nie czuł się tu dobrze.

Bjortari byli zbyt zaaferowani bliskością kompleksu, by zauważyć wahanie młodego Thynlera. Wąskim, wartkim strumieniem pięli się coraz wyżej, na kolejne półki i piętra nekropolii. Nieliczni pozostali na dole i rozsiedli się prędko na środku traktu, woląc raczej skorzystać z chwili wytchnienia, niż włóczyć się pomiędzy jaskiniami. Wśród nich był Thekkir. Ludzie gór spoglądali na niego niepewnie, mężczyzna jednak zatrzymał się na uboczu i nie próbował się do nich zbliżyć.

Siadając na jednym z rozłożonych na ziemi futer i przyjmując piersiówkę od nieznanego sobie bjortari, Helnir uśmiechnął się przelotnie. Pociągnął jeden łyk, potem drugi. Gorzki, ziołowy napar rozlał się ciepłem wzdłuż przełyku chłopaka, a ten westchnął z ulgą.

Tak było dobrze.

***

Fitse celowo zwolniło kroku, pozwalając, by kolejni bjortari mijali go w drodze do grobowców. Dzięki temu, gdy pokonało ostatnie z osiemdziesięciu czterech stopni prowadzących do kompleksu, było samo. Cmentarz rozbrzmiewał szuraniem butów na wąskich, kamiennych ścieżkach i szumem licznych szeptów, jednak tutaj, w cieniu masywnego, skalnego łuku stanowiącego wejście na teren kompleksu, nikt mu nie przeszkadzał.

Rozglądało się przez chwilę, wodząc spojrzeniem po labiryncie chodników i rzędach jaskiń układających się w kolejne piętra cmentarza. Pomimo że był środek dnia, tu, między skalnymi masywami, dziurawymi niczym sprowadzany z nizin ser, stale panował półmrok. Głębokie cienie rozjaśniały nieco płomienie tańczące na wysokich pochodniach, zamocowanych w ziemi w równych odstępach wzdłuż chodników i przy wejściach do grobowców, tam jednak, gdzie ich światło nie sięgało, wszystko tonęło w gęstej, lepkiej czerni.

Gęsty i lepki, powtórzyło Fitse w myślach i skinęło głową. Dokładnie tak. Taki był tutejszy półmrok. Taki sam, jak wyczuwalna wokół siła.

- Macie tu źródło? - zapytało, spoglądając na kobietę przechodzącą właśnie obok skalnego łuku. Milcząca i spokojna, była jednym z opiekunów zajmujących się cmentarzem. Większość kompleksu powstała naturalnie, odkąd jednak zaadaptowano go na potrzeby klanowej społeczności, ktoś musiał zacząć o niego dbać.

Strażniczka uśmiechnęła się lekko. Nie było w niej nic z ponurego, milczącego, przytłoczonego swą posługą opiekuna, jakiego zwykli sobie wyobrażać bjortari niemający przedtem okazji odwiedzić cmentarza. To, jak zwyczajni i radośni byli pracujący tu ludzie gór, za pierwszym razem zawsze zaskakiwało.

- Nie mamy - odpowiedziała. - To, co czujesz, to nie utara. To jednak częsta pomyłka. - Kobieta uśmiechnęła się szerzej. - Niemal każdy, kto odwiedza nas po raz pierwszy, jest przekonany o obecności spaczenia.

Fitse zmarszczyło brwi, skonsternowane. Nie zwykło się mylić, jeśli chodziło o obecne w Euxanirze siły, z drugiej jednak strony nie uważało też, by posiadało pełną wiedzę o wszystkim, co... Cóż, niezwykłe. Duchowe. Mimo tego wrażenie obecności tchnienia było tu na tyle silne, że nie mogło się mylić. Znało utarę, wiedziało przecież, jak się ją odczuwa.

- W takim razie co...

Opiekunka potrząsnęła lekko głową, wyraźnie rozbawiona oszołomieniem nastolatka.

- Nie wiemy. Nikt chyba nie wie na pewno. - Wzruszyła lekko ramionami. - Powszechne jest jednak założenie, że chodzi o etilimy.

- Etilimy - powtórzyło Fitse, a zmarszczone dotąd czoło wygładziło się w wyrazie zdumienia. - Więcej niż jeden?

Kobieta roześmiała się.

- Znacznie więcej - odpowiedziała, jednocześnie gestem zachęcając je, by podążyło za nią.

Fitse z wahaniem ruszyło w ślad za strażniczką.

- Co najmniej sześć... Sześcioro - kontynuowała, poprawiając się po chwili. - Tylu znam. Pozostali opiekunowie wspominają czasem o innych. Ostatnio podobno pojawiają się nowi i ukazują się coraz częściej.

Wiodła je jedną z wąskich ścieżek prowadzących do najbliższych jaskiń. Kilka metrów dalej chodnik zaczynał wznosić się pod coraz większym kątem, by w ciasnym wirażu poprowadzić na wyższe piętro kompleksu, do kolejnych grobowców.

- To by wyjaśniało... - mruknęło Fitse po chwili. Opuszkami palców muskając skalną ścianę, wzdłuż której spacerowali, drgnęło w pewnym momencie lekko i cofnęło dłoń.

Jakkolwiek abstrakcyjnie mogło to brzmieć, cmentarz tętnił życiem. To właśnie to czuło, stojąc na jego progu.

- Dlaczego wciąż tu jesteście? - zapytało po chwili, nagle zmieniając temat.

Kobieta zerknęła na nie pytająco.

- Nie jesteście tu potrzebni, wasza praca, posługa, to... - Fitse machnęło lekko ręką, wskazując otoczenie. - To nie jest im potrzebne. Zmarłym. Żywi z kolei przychodzą tu rzadko i tylko na chwilę. Kompleks jest ułudą, konstrukcją tak naprawdę... Tak naprawdę niepotrzebną. I etilimy, skoro tu są, to jest to ich teren, ich ziemia. A jednak wy wciąż tu jesteście. Dlaczego?

Opiekunka milczała przez chwilę, by w końcu roześmiać się cicho.

- Bo chyba żadne z nas nie potrafi tak po prostu tego wszystkiego zostawić - odpowiedziała z rozbrajającą szczerością. - Nie mamy złudzeń, wiemy, że to nie jest potrzebne. Ale wyobrażając sobie, że mielibyśmy tak po prostu odejść, pozwolić, by to wszystko niszczało, nie potrafimy tego zrobić. Ja przynajmniej nie potrafię. - Uśmiechnęła się lekko.

- A dom? - Fitse spojrzało na nią uważnie.

- Dom? Mam go w Vegsvahlu, ale mam go i tutaj. Ta chata... - Ruchem głowy wskazała na cień domostwa widoczny w oddali, przyklejony jednym bokiem do skalnej ściany. - Ta chata wcale nie znaczy mniej niż dom, w którym mieszkam razem z rodziną.

Medium skłamałoby, mówiąc, że rozumie, w jakiś sposób jednak trafiały do niego słowa opiekunki. Nie widziałoby się w podobnej roli, nie sądziło, by potrafiło co kilka miesięcy opuszczać swój dom i na czas kilkunastotygodniowego dyżuru przenosić się do chaty dzielonej z innymi opiekunami pełniącymi posługę w tym samym czasie, ale umiało pojąć, że niektórzy nie tylko to potrafią, ale też tego potrzebują.

- To tradycja. - Dotarło do niego jeszcze, gdy po chwili milczenia kobieta odezwała się ponownie. Zatrzymując się przy wejściu do jednego z grobowców, opiekunka spojrzała na Fitse z łagodnym uśmiechem. - Tradycja i przywiązanie.

Potrząsnęło głową, nic nie mówiąc.

Gdy ją mijało, czuło, że strażniczka śledzi je wzrokiem.

Musi mieć mnóstwo pytań, pomyślało, muskając delikatnie opuszkami palców ścianę grobowca, przy którym się zatrzymali. Znacznie więcej, niż ja, dodało, wzdychając jednocześnie cicho, gdy w głębi jaskini rozległy się głosy, których nie rozumiało. Poznawało język, starożytny dialekt, który umarł na długo przed rozpoczęciem wojen klanowych, nie rozumiało jednak słów. Wierzyło, że to nie były złe słowa. Nie mogły być, skoro zostało wpuszczone do krypty.

- Mówią, że je widzą.

Fitse obejrzało się. Towarzysząca mu opiekunka stała w progu jaskini i przyglądała mu się. Nastolatkowi zdawało się, że dostrzegło w jej oczach coś, jakby błysk... Zrozumienia? Szacunku?

Odwróciło wzrok.

- I że je słyszą - kontynuowała kobieta cicho. - Dawno zapomniane głosy swych bliskich i bohaterów.

Fitse pokręciło głową.

- Nie - odpowiedziało spokojnie, wchodząc dalej w rozjaśniony pochodniami półmrok grobowca. Oparło dłoń na płycie kamiennego sarkofagu i skrzywiło się. Wołało go, ze środka, spod masywnej, rzeźbionej płyty, ale i zewsząd, z każdego kąta jaskini. Melodyjny, tęskny głos, czasem męski, czasem kobiecy, śpiewał o dawnych latach. Medium prześlizgnęło palcami po runach wyrytych w kamieniu i cofnęło dłoń. Głos ucichł, choć ono samo jeszcze przez chwilę słyszało jego powracające echo.

- Nie - powtórzyło. - Oni widzą to, co chcą widzieć i słyszą to, co pragną usłyszeć. To nie etilimy, lecz ich własna wyobraźnia. - Uniosło wzrok i rozejrzało się po jaskini.

Wysokie sklepienie tonęło w mroku, blask umocowanych w skalnym podłożu pochodni tam nie sięgał. Drgające cienie tańczyły na powierzchni sarkofagu i zimnej podłodze krypty. Fitse zadrżało, gdy ciepły oddech owiał mu ucho. Przez jedną krótką chwilę było pewne, że trzyma kogoś za rękę - albo że to coś je trzyma.

Raczej ktoś, pomyślało w kolejnej chwili, gdy wrażenie rozmyło się, pozostawiając po sobie dziwną pustkę.

Sięgnęło ku najbliższej pochodni, by dłonią zgasić jej płomień. To samo uczyniło potem z dwiema pozostałymi, znajdującymi się w krypcie.

- Prosiła mnie o to - powiedziało cicho, gdy wyszło, ponownie dołączając do opiekunki. - Nie lubi światła, jasność drażni jej zmysły i nie pozwala... - Zmarszczyło lekko brwi, szukając słowa. Etilim, do którego należał grób, gdy żył, miał na imię Ylva. Był jedną z tarczowniczek Klanu Gharra wtedy, gdy klan ten wykrwawiał się w nieskończonych wojnach. Wiedziało to, choć Ylva wcale mu tego nie powiedziała. Nie musiało jednak słyszeć jej słów, by wiedzieć, ani nie musiało jej widzieć, by być świadomym jej obecności i czujnego, śledzącego go spojrzenia.

- Nie pozwala odpocząć - dokończyło po chwili.

Opiekunka przyglądała mu się z uwagą. Gdy minęło ją, wracając na ścieżkę pnącą się ku wyższym piętrom kompleksu, wiedziało, że obejrzała się za nim, potem znów spojrzała ku grobowcowi. Było ciekawe, czy ponownie zapali ognie - zgodnie z tradycją krypty nigdy nie powinny być ciemne, bo brak światła był złym znakiem, zapowiedzią zapomnienia.

Nie zapaliła.

- Przepraszam - usłyszało szept opiekunki za plecami. - Nie wiedzieliśmy.

Uśmiechnęło się.

Powinniście częściej z nimi rozmawiać, pomyślało.

Powiew wiatru wyrwał mu jasny kosmyk zza ucha. Poprawiło go odruchowo. Chcieliby tego.

Ylva zaśmiała się cicho, a ono przez chwilę było pewne, że dostrzegło fragment jej zbroi - lśniącej wciąż tak samo jak wtedy, gdy nosiła ją z dumą, do ostatniej krwi broniąc klanowych dzieci.

Roześmiało się razem z nią, nie dostrzegając niepewnych, zaniepokojonych spojrzeń mijanych akurat bjortari.

***

Zwinęli obóz w melancholijnym milczeniu. Potrzeba było kolejnej godziny w drodze, nim trakt na powrót rozbrzmiał rozmowami - najpierw nieśmiałymi, potem, stopniowo, coraz pewniejszymi i głośniejszymi.

Do Vegsvahlu dotarli przed zmrokiem. Siggra Kolganastr, heidryhm miasta, już jakiś czas temu wysforowała się wraz z kilkorgiem przybocznych przed podróżującą grupę, tak, że teraz mogła oficjalnie powitać wędrowców na swych ziemiach i, co ważniejsze, od razu odpowiednio ich ugościć. Siggra zaprosiła wszystkich na tradycyjną, wspólną kolację w Chacie, podczas której ciężki nastrój towarzyszący im po wizycie w grobowcach miał ostatecznie ustąpić miejsca odprężeniu i rozleniwieniu.

- Starzejesz się, Heidveurr - rzucił Arkvali, spoglądając krytycznie na Eyję, gdy rozsiedli się przy jednym z długich, zastawionych biesiadnymi potrawami stołów. - Kto to widział, żeby vartahel wlokła się tak na końcu stada? Wstyd.

- Ależ jesteś naiwny, Vali, naprawdę. - Helnir prześlizgnął się spojrzeniem po najbliższych talerzach i głębokich misach pełnych przeróżnych mięs. - Dała nam fory. W innym przypadku o kolacji moglibyśmy tylko pomarzyć, bo nim byśmy ją dogonili, wszystko to - ruchem głowy wskazał uginające się pod ciężarem dań stoły - byłoby wymiecione na rzecz dokarmienia tego jej futrzaka. Tej wewnętrznej bestii. - Thynler uniósł brwi znacząco, na co Arkvali parsknął cicho.

- Wewnętrznej bestii, jasne. - Jasnowłosy chłopak pokręcił głową. - Na moje oko to będzie...

- Fjallog. - Przepychając się przez tłum rozsiadających się przy stołach bjortari, Diqna bez pytania wcisnęła się na wolne jeszcze miejsce obok nich. - Cholernie uparty i wojowniczy fjallog.

Arkvali wyszczerzył zęby szeroko, odruchowo przesuwając się kawałek, by zrobić dziewczynie więcej miejsca.

- Fjallog berserk - rzucił w ramach uzupełnienia.

- Fjallog alfa. - Helnir pokiwał głową z powagą, po chwili parskając cicho i kręcąc głową z rozbawieniem. - Ogarnijcie się. To jakby średnio zabawne. Żarty na poziomie zmarzniętej ziemi. Po Valim bym się jeszcze spodziewał, ale po tobie, Diqna? Nie godzi się. Nie, Eyja?

Dziewczyna westchnęła cicho i uśmiechnęła się wymuszenie.

- Nie godzi się - przyznała cicho, nietrudno było jednak zauważyć, że myślami pozostaje gdzie indziej. Przekomarzania przyjaciół działy się gdzieś obok niej i, szczerze mówiąc, nie słyszała połowy z nich.

- Co się dzieje, zwierzaku? - Silje bezceremonialnie wepchnęła się na miejsce obok Eyji, szturchając łokciem siedzącego obok bjortari i zmuszając go do przesunięcia się. Poza Hadharką dołączyła do nich także cicha jak dotąd Atalia, zajmując miejsce z prawej strony Helnira.

Eyjagrani potrząsnęła głową i przetarła twarz dłońmi.

- Brag - rzuciła krótko. - Brag się dzieje. To było... - Sapnęła cicho i skrzywiła się. - Beznadziejne. Niepotrzebne.

Arkvali zmarkotniał. W przeciwieństwie do Helnira nie oparł się kuszącym zapachom kolacji, teraz jednak dziabnął kawałek pieczeni raz i drugi, nie decydując się na skosztowanie jej.

Thynler obserwował go przez chwilę, ostatecznie wzdychając ciężko. Bez słowa objął Eyjagrani w pasie, ta jednak nie odpowiedziała na to w żaden konkretny sposób, nie przysunęła się ani nie wsparła na nim, siedząc tak samo sztywno jak dotąd.

- To prawda. - Nieoczekiwanie odezwała się Atalia. Jej cichy, miękki głos był zdumiewająco silny, niemal niepasujący do tej drobnej blondyneczki. Dwudziestosześcioletnia rytualistka sprawiała wrażenie nieporadnej i bezbronnej, ceremonialne szaty zawsze wydawały się na nią za duże, a zakładany na szyję medalion kapłanki - zbyt ciężki. Wystarczyło jednak poobserwować dziewczynę przez chwilę, by zdać sobie sprawę, jak błędna okazywała się taka ocena. Wycofanie i cichość Atalii nie były oznaką jej słabości, lecz świadomym wyborem, a kryjąca się w niej siła nie ustępowała w niczym tej, która cechowała jej matkę, Ihrled.

Eyjagrani spojrzała spod oka na siostrę, marszcząc brwi w wyrazie niezrozumienia.

- To prawda. Jego śmierć była beznadziejna i niepotrzebna - kontynuowała Atalia spokojnie. - Żadne z nas jednak tego nie zmieni. Wbrew wszystkiemu, co mówimy i w co wierzymy, nawet thynowie nie mają władzy nad czasem. Niektórych rzeczy nie da się cofnąć, pozostaje tylko przejść nad nimi, wyciągając z nich tyle, ile się da. Przeznaczenie... Nie, nie przeznaczenie, to nawet nie to. Po prostu tak się zdarzyło. - Rytualistka wzruszyła lekko ramionami i uśmiechnęła się blado.

Eyja westchnęła cicho. Nie odpowiedziała na słowa siostry, lecz nieznaczne wyprostowanie pleców i uniesienie głowy wskazało moment, gdy postanowiła przestać drążyć temat.

Przez dłuższą chwilę posilali się w milczeniu, wsłuchując się w otaczający ich gwar rozmów, szum przyciszonych głosów i rozbrzmiewających z rzadka śmiechów. Ciszę przerwała Silje, gdy, wzdychając z wyraźną przyjemnością i odchylając się nieco od stołu, przeciągnęła się w pozie rozleniwionego, nasyconego drapieżnika.

- Mogę cię o coś zapytać, Eyja? - rzuciła lekko.

- Od kiedy pytasz o pozwolenie? - Vartahel uśmiechnęła się nieznacznie, potem kiwając lekko głową. - Pytaj.

- Sigai - rzuciła Maral krótko. - Co tak naprawdę cię z nią łączy?

Arkvali parsknął cicho, ocierając jednocześnie usta z gulaszowego sosu, którym zdążył się nieelegancko uświnić.

- Dziki seks i wzajemna zależność - rzucił radośnie, szczerząc zęby od ucha do ucha. W jego spojrzeniu wciąż dało się dostrzec cień smutku, nastolatek usilnie starał się jednak ukryć go za maską typowego dla siebie łobuzerstwa.

Helnir przewrócił oczyma i westchnął teatralnie.

- Zaruchałbyś, Vali, i przestał pierdolić - podsumował, na co Diqna parsknęła śmiechem. Młody Thynler nie był może wzorem ogłady, nie należał też jednak do tych najbardziej wulgarnych i bezpośrednich. Cechował się dumą i spokojem, jaki charakteryzował także jego ojca, i zwykł dobierać słowa... Cóż, lepiej. Z większą klasą. Teraz, gdy pozwolił sobie na tak proste ujęcie sprawy, było to tym bardziej zabawne.

Arkvali prychnął tymczasem cicho i, otarłszy usta do końca, uniósł nieco brodę w dumnej pozie.

- Zarucham - stwierdził poważnie. - Zarucham, i to całkiem niedługo. Mała Leye, mówi ci to coś? Powiedziała już, że...

Eyjagrani pokręciła głową z rozbawieniem, a gdy młodzi mężczyźni pogrążyli się do reszty w dyskusji na temat kobiecych wdzięków oraz wyższości wstępnego uwodzenia nad wzięciem kobiety przy pierwszym spotkaniu, vartahel zwróciła się ku Silje.

- Nie wiem - odpowiedziała na zadane wcześniej pytanie i lekko wzruszyła ramionami. - Nie wiem, co łączy mnie z Sigai. Chociaż - parsknęła cicho - na pewno nie dziki seks.

Maral uniosła nieco brwi.

- Nie powiem, żebym była tą odpowiedzią usatysfakcjonowana.

Heidveurr uśmiechnęła się przepraszająco.

- Nie umiem dać ci lepszej. Sigai jest dla mnie ważna, po prostu.

Hadharka przyglądała się dziewczynie przez chwilę. W kolejnej jej spojrzenie prześlizgnęło się na Atalię, a jeszcze później na Diqnę.

- A wy?

- Co my? - zapytała Diqna od razu, upijając łyk cienkiego piwa z wypełnionego po brzegi kufla i przeciągając się z rozleniwieniem.

- Och, na bogów - syknęła Silje niezadowolona. - Wiecie, o co mi chodzi. Widzicie je od małego, na co dzień. Kim one dla siebie są? Przecież to... - Sapnęła cicho, próbując okiełznać niepotrzebnie narastającą irytację. - Wiecie, o co mi chodzi - powtórzyła. - Całą drogę wymieniają ze sobą spojrzenia, jakieś uśmiechy. Zawsze potrafią się odnaleźć, choćby wędrowały po dwóch krańcach większej grupy. Potrafią nie zamienić ze sobą słowa, ale w jakiś sposób i tak wiesz, że się porozumiały. Powiedziałabym, że to jakiś poziom flirtu, jakieś podchody, ale... To chyba faktycznie nie to. Co je łączy?

Diqna wzruszyła lekko ramionami. Kątem oka spoglądając na Eyję, uśmiechnęła się na widok rumieńca na policzkach vartahel. Dziewczyna nie należała do wstydliwych, teraz jednak była wyraźnie zażenowana.

- Obawiam się, że ja też nie wiem, Maral. Coś dziwnego - odpowiedziała Insorv, ponownie spoglądając na Silje. - Mówiło się kiedyś, że Sigai jest dla Eyji drugą matką, jej mentorką i przewodniczką. Potem zaczęliśmy dodawać, że jest też jej przyjaciółką. Ale tak naprawdę... Tak naprawdę to nie jest chyba żadną z nich.

- Albo jest wszystkimi - wtrąciła Atalia z namysłem. - Sama Sigai pewnie nie byłaby w stanie powiedzieć, co je łączy. Oddałyby za siebie życie, to na pewno, Eyjagrani wydrapałaby oczy każdemu, kto potraktowałby Sigai nie tak, jak trzeba, ale...

Vartahel sapnęła cicho, coraz bardziej zapamiętale dziabiąc widelcem kawałek kotleta.

- ...ale trudno tak naprawdę powiedzieć, kim dla siebie są. Może matką i córką. Może uczennicą i mentorką, podopieczną i opiekunką. - Atalia zaśmiała się cicho. - Odkąd Eyja zaczęła słyszeć Zew i Sigai wzięła na siebie obowiązek nadzorowania przebiegu zmian, miały czas stać się dla siebie wszystkim.

- Tylko nie kochankami - zastrzegła Diqna, szczerząc zęby. - Tym na pewno nie są. Raczej. Chyba? - zapytała niewinnie, spoglądając na Eyję.

- Nie są - burknęła szarowłosa, unosząc lekko zwieszoną dotąd głowę. - Na pewno nie są.

Atalia uśmiechnęła się z rozbawieniem, a Silje westchnęła cicho.

- Nadal nie czuję się usatysfakcjonowana - podsumowała, na co Diqna roześmiała się w głos.

- Przepraszamy, haaim Maral. Chyba musisz się z tym pogodzić. A teraz... - Łowczyni uniosła brwi i stanowczo dźgnęła łokciem Arkvaliego pod żebra, na co chłopak sapnął zaskoczony. - Moglibyście już skończyć omawiać cycki połowy naszego klanu i zająć się jedzeniem? Poszłabym już do łóżka, ale obiecałam heidrowi, że najpierw upewnię się, że nie przyniesiecie nam wstydu.

- Heidveurr, to naprawdę nie jest potrzebne - skwitował Helnir, gdy ze strony Valiego nie padło ani słowo protestu, jedynie ciąg sapnięć i fuknięć niezadowolenia, gdy rozmasowywał żebra. - Mój ojciec na pewno nie...

- Twój ojciec, młody człowieku, życzy sobie, żebyście się wszyscy ładnie wyspali i byli w stanie jutro maszerować, a nie wlec się jak ostatnie, zmarnowane sieroty. Obejrzyj się, widzisz? - Lekkim ruchem głowy wskazała na kilku innych myśliwych. - Żarty żartami, ale to dyspozycja heidrów. Wyznaczyli odpowiedzialnych za ogarnięcie towarzystwa, bo jakby to towarzystwo zostawić samopas, to...

- Dobra, już, skończ. - Helnir westchnął teatralnie i pokręcił głową. - Zrozumiałem.

- Doskonale, bo właśnie miałam tłumaczyć, jak wielkie macie nieszczęście, że Eyran akurat mnie kazał opanować naszą hałastrę. Chciałam wspomnieć, jaka jestem uparta i tak dalej, i tak dalej. Ale, skoro rozumiesz, to bierz moją siostrę i się zwijajcie.

Widząc porozumiewawcze spojrzenia, jakie wymienili ze sobą Helnir i Eyja, Diqna uniosła brwi znacząco.

- Wszyscy wszystko wiedzą, a Marrylf wspominała coś o tym, że musi usypiać Iralti w pokoju po drugiej stronie Chaty, bo, wiecie, przy was za ścianą trochę ciężko się skupić i wyciszyć. Więc tak, macie odgórny przydział do jednego łóżka.

- I zakaz seksu? - zapytał młody Thynler bezczelnie, na co Eyja westchnęła głęboko, kryjąc twarz w dłoniach.

- Nie, ale jak chcecie się zabawiać, to tym bardziej się zwijajcie. Śpicie w Chacie, macie pokój razem z Majre i Thollem, a oni chyba wciąż jeszcze są niewinni i wstydliwi.

Thynler parsknął cicho i pokręcił głową, posłusznie wstając jednak i wyciągając rękę ku Eyji.

- Idziesz?

Eyjagrani spojrzała spod oka na zdecydowanie zbyt rozweseloną Diqnę.

- Idę - burknęła i podniosła się, nie korzystając jednak z wyciągniętego przedramienia Helnira. - Nie chcę jej dawać szansy na rozkręcenie się. Jeszcze zacznie sypać swoimi żartami i wtedy wszyscy umrą z zażenowania.

Arkvali parsknął śmiechem.

- Ale czemu? Ja na przykład bardzo bym...

- Dosyć - ucięła Diqna, sama również podnosząc się od stołu. - Wy - do łóżka. Ty się wytrzyj i też. - Spojrzała z góry na Valiego, unosząc znacząco brwi. - Ciebie nie wyganiam, bo jesteś jedyną, za którą pewnie nie będziemy musieli się wstydzić. - Spojrzała przelotnie na Atalię. - A ty jesteś mi zupełnie obojętna. Bez urazy, ale sama rozumiesz - rzuciła do Silje, szczerząc zęby w szerokim uśmiechu. - Widzimy się tutaj, jutro po wschodzie słońca. Wymarsz zaraz po śniadaniu.

Rozdział 13

Opuścili miasto wczesnym rankiem, wiedząc, że droga do Viliskyi, choć niezbyt trudna, będzie wyczerpująca i czasochłonna. Po szybkim śniadaniu zebrali bagaże i, ledwie słońce wychynęło zza górskich szczytów, byli już na szlaku. Jedni mniej przytomni, inni bardziej, wszyscy poddali się poleceniu heidrów, by nie tracić niepotrzebnie czasu. Mieli spędzić w podróży co najmniej pięć dni - tyle zajmowała droga do Viliskyi przy sprzyjających warunkach pogodowych. Nie można było zapomnieć, że część z nich czeka wyprawa jeszcze dłuższa i, przede wszystkim, bardzo nieprzewidywalna.

Kierując się głównym traktem na północ, po dwóch dniach i dwóch wciąż mroźnych nocach pod namiotem zaczęli obserwować powolną zmianę krajobrazu. Górskie szczyty stopniowo stawały się niższe i łagodniejsze, ustępując miejsca porośniętym iglastymi lasami wzgórzom i dalej tundrowym równinom. Kozice i muflony, na które polowali czasem podczas wędrówki, w pewnej chwili przestały im towarzyszyć, woląc trzymać się wyższych partii gór. Zwierzyna, która je zastąpiła, była liczna, ale drobna - dominowały równinne odmiany fjallogów i nornic, polujące na nie polarne lisy oraz liczne ptaki: sokoły, śnieżne sowy, pardwy i kuropatwy kryjące się w niskich zaroślach.

Nagła otwartość terenu dla wielu bjortari była przytłaczająca. Ci, którzy po raz pierwszy opuścili ciasnotę gór, potrzebowali dłuższej chwili na to, by oswoić się z nieoczekiwanym ogromem przestrzeni znajdującej się w zasięgu wzroku. Także ci, którzy mieli już za sobą podobne wyprawy, zwykle zatrzymywali się na chwilę, by powoli, ostrożnie, jakby nieśmiało, odetchnąć cieplejszym powietrzem równin i sięgnąć wzrokiem aż po nagle bardzo odległy horyzont.

Eyjagrani westchnęła bardzo powoli. Była jedną z tych, która po pozostawieniu za sobą półmroku iglastego lasu zatrzymała się nagle, niegotowa na widok, który się przed nią rozciągnął. Stojąc twarzą w twarz z rozległymi równinami, uświadomiła sobie nagle, jak mało widziała i jak obcy jest dla niej świat poza Euxanirem. Górskie ścieżki, nawet te, którymi nigdy dotąd nie wędrowała, zawsze zdawały się w jakiś sposób znajome. Tu jednak było zupełnie inaczej, tak bardzo, że Heidveurr poczuła się nie tylko zaskoczona, ale też zagubiona i bezradna. Czym innym było słyszeć opowieści o dalszych ziemiach Heimareldu czy o jeszcze bardziej odległych, obcych krajach, czym innym zaś - zobaczyć je na własne oczy.

- Robi wrażenie, co? - zapytała Sigai, gdy ponownie ruszyli w drogę, pozostawiając góry coraz dalej za sobą. Białowłosa wiedząca większość podróży spędziła w grupie rytualistów, co jakiś czas jednak odrywając się od niej i dołączając do innych członków klanu.

- Robi - przyznała Eyjagrani i pokręciła głową. - Nie sądziłam, że świat może być taki duży.

Sigai roześmiała się szczerze i spojrzała na Heidveurr z czułością. Vartahel nie była już dzieckiem, ale w tej chwili jej zaskoczenie przypominało skyrmie zdziwienie dziecka, gdy po raz pierwszy odkrywa coś nowego, zadziwiającego i fascynującego.

- Jest o wiele większy, kochanie - stwierdziła rytualistka, po krótkiej chwili odrywając spojrzenie od Eyji i obejmując wzrokiem ziemie rozciągające się przed nimi. - Heimareld to zaledwie jego skrawek. Istnieje znacznie więcej cudów, gotowych, by je podziwiać.

Vartahel westchnęła cicho i przez chwilę przyglądała się wijącemu się przed nimi traktowi - linia szerokiej ścieżki przecinała przestrzeń tundry niemal po prostej, zbaczając tylko gdzieniegdzie, by ominąć zakole bardziej rwącego potoku czy okrążyć samotne, górujące nad równinami wzgórze.

Sigai wie tak wiele, pomyślała Eyja. Aż dziwne, że tak naprawdę niewiele widziała.

Jasnowłosa skyrma nigdy nie opuściła Heimareldu. Ani jako dziecko, ani dorastająca, młoda dziewczyna, ani wreszcie dorosła, dojrzała kobieta nie przekroczyła granic ziem bjortari. Mimo tego, za każdym razem, gdy wspominała rejony świata leżące za ogromem wód północnych mórz albo za południowymi dżunglami, łatwo było uwierzyć, że zwiedzała je i chłonęła ich egzotykę.

Eyjagrani westchnęła raz jeszcze. Dalekie podróże były czymś, czego wciąż nie potrafiła pojąć czy sobie wyobrazić. Nie była też pewna, czy w ogóle chciałaby spróbować kiedyś takiej wyprawy - poza Heimareld, za morze. W górach było jej dobrze. Im bardziej się od nich oddalała, tym bardziej obca się czuła. Nawet tu, wciąż pozostając na ziemiach bjortari, nie mogła pozbyć się niepokoju. Odkąd pozostawili za sobą wiekowe, masywne szczyty Euxaniru, nie czuła się już jak u siebie.

- A Viliskya? - zapytała po dłuższym milczeniu vartahel, zerkając kątem oka na Sigai. - Jak daleko jest?

Skyrma uśmiechnęła się do niej ciepło, sięgnęła po smukłą, skrytą w rękawiczce dłoń łowczyni i ścisnęła ją lekko.

- Niedaleko. Najpóźniej za dwa dni będziemy na miejscu.

***

Gdy rozkładali ostatni podróżny obóz, odległa o dzień drogi Viliskya wciąż pozostawała niewidoczna, mimo tego wielu bjortari było przekonanych, że dostrzega już cień jej najbardziej skrajnych zabudowań. Ci, którzy odwiedzili już kiedyś port Klanu Skivy, bez wahania wskazywali kierunek, gdzie rozciągało się miasto i chętnie wracali do wspomnień, opisując niezbyt dużą, spokojną osadę. Większość tak tworzonych opisów była wprawdzie raczej daleka od prawdy, bo Viliskya na przestrzeni ostatnich dekad znacznie się zmieniła, mimo tego bjortari chętnie słuchali każdej z historii o porcie, coraz niecierpliwiej wypatrując miasta na horyzoncie.

Jedynym niezainteresowanym był Thekkir. Bjortari zerkali przez jakiś czas ku samotnemu wojownikowi, gdy ten rozkładał swój namiot na samym skraju grupy, z czasem jednak znudzili się tym. Odkąd opuścili Yrkazaan, Aheidvahl maszerował na samym końcu grupy i unikał kontaktu, przez co szybko przestano zwracać na niego uwagę.

Byli jednak tacy, którzy nawet na moment nie spuszczali z niego oka.

Gdy śmierć Braga Thynlera pozostała bez konsekwencji, wielu nie rozumiało, dlaczego tak się stało. Choć rytualiści starali się wszystko tłumaczyć, wskazując jako winną utarę, a nie samego Thekkira, tym, którzy byli najbardziej zżyci z młodym myśliwym, to nie mogło wystarczyć. To z ręki Aheidvahla zginął młody Thynler i mężczyzna musiał wziąć odpowiedzialność za swój uczynek.

- To całkiem zabawne, co?

Insorv wydawał się zupełnie zaskoczony, gdy dobiegł go pierwszy głos. Mówiąca była tą samą, która jako pierwsza przypadła do ciała Braga, gdy ten osunął się bezwładnie na placu. Niezdrowa bladość i ciemne cienie pod oczami były świadectwem trudnego okresu, przez jaki przechodziła teraz młoda łowczyni.

Znajoma była także sylwetka jej towarzysza. To on szarpał się wtedy, próbując wyrwać się przed szereg i na miejscu wymierzyć Aheidvahlowi sprawiedliwość, której nie chciał wymierzyć mu nikt inny.

Trzeci z młodych nie był Thekkirowi znany, ale z pewnością także znajdował się wtedy w tłumie i również jego musiały łączyć z Bragiem bliższe więzi.

- Całkiem zabawne, tak zabić i nie ponieść konsekwencji. Kto by nie chciał. - Dziewczyna prychnęła cicho, krzywiąc się w gorzkim uśmiechu. - On był ważny, Aheidvahl - warknęła po chwili, starając się powstrzymać łzy cisnące się jej do oczu. - Ważny jak cholera. Ważniejszy od ciebie. Na nim przynajmniej komuś zależało. Mnie - nam - zależało.

Młodzi spoglądali przez chwilę na Thekkira, zaciskając zęby w milczeniu, gdy jednak Insorv nie poruszył się, stali się bardziej rozdrażnieni. Zdumienie, jakie pojawiło się na obliczu wojownika na początku, teraz ustąpiło miejsca nienaturalnej, przerażającej obojętności - tej samej, którą pamiętali z feralnego dnia. Aheidvahl patrzył na nich i chyba ich widział, jednak ich obecność jakby zupełnie go nie dotyczyła.

- Skończ, Tira - rzucił jeden z towarzyszących kobiecie łowców, z niesmakiem spoglądając na mężczyznę. - To bez sensu, on jest... - Prychnął cicho. - On ma w dupie wszystko, co go nie dotyczy. Nas, Braga, wszystko.

Dziewczyna jeszcze przez moment świdrowała Insorv intensywnym, pełnym bólu spojrzeniem, w kolejnej chwili potrząsnęła lekko głową z rezygnacją.

- Masz rację. To wszystko jest bez sensu. - Zgodziła się, sięgając po nóż. Płomień rozpalonego wcześniej przez Thekkira ogniska zatańczył na szerokim ostrzu, odbijając się także od stali krótkiego miecza i niedużego toporka, dobytych przez pozostałych myśliwych.

- Zakończmy to, jak należy - mruknął roślejszy z łowców, zbliżając się o krok w stronę Aheidvahla.

Insorv nie poruszył się i nie zareagował w żaden oczekiwany sposób. Mężczyzna wciąż stał w tym samym miejscu, spoglądając na młodych uważnie. Nie próbował nawet dosięgnąć broni pozostawionej przy rozbitym kilka chwil temu namiocie. Wyglądało na to, że nie zamierzał się bronić.

Tira zawahała się.

- Atrolf - rzuciła nieco mniej pewnie, spoglądając na przyjaciela. Podobnie jak dziewczyna, także i on zatrzymał się po paru krokach. Brak reakcji ze strony Aheidvahla wytrącił go z równowagi. - Atrolf, to jest chyba...

- Zły pomysł? - dokończył drugi z myśliwych. Podążył wcześniej w ślad za Atrolfem i Tirą, razem z nimi zbliżał się do Thekkira, teraz jednak zaczął czuć się bardzo nieswojo.

- Dajcie spokój - warknął tymczasem Atrolf, silniej zaciskając dłoń na rękojeści miecza. - Chcemy przecież zadośćuczynienia za Braga, nie? Krwawa zemsta nam się należy, mamy do niej prawo. Jak ten nie chce się bronić... - ruchem głowy wskazał Aheidvahla - to tym lepiej.

Tira przestąpiła z nogi na nogę, niezdecydowana. Prychając z rozdrażnieniem, młody łowca ponownie ruszył w kierunku Aheidvahla. Nagle zachwiał się, wciągając powietrze gwałtownie.

Thekkir ani drgnął, gdy z jego ramion, szerokich barków i piersi zaczęły spływać cienkie pasma utary. Szare smużki wiły się wokół niego i oplatały przez chwilę jego ciało, by potem szybko rozwiać się na pojedynczych podmuchach późnowieczornego wiatru.

- Atrolf, chodźmy stąd - rzuciła krótko Tira głosem pełnym napięcia i niepokoju. - To nie był dobry pomysł, on... On nie jest normalny.

Rosły myśliwy wahał się.

- Ona ma rację, stary - rzucił trzeci z łowców, nerwowo przygryzając wargę. - Wracajmy, to chyba... - Nie dokończył, potrząsając głową i cofając się. - Nie czuję się najlepiej - dodał zduszonym głosem.

Tira obejrzała się na niego z napięciem, potem znów spojrzała na Atrolfa. Ogień żalu, bólu i nienawiści w jej spojrzeniu przygasł znacznie, ustępując miejsca nagłemu lękowi. W gwałtownym zrywie doskoczyła do postawnego przyjaciela, chwyciła go kurczowo za ramię i szarpnęła do tyłu.

- Chodź. Chodź, Atrolf - rzuciła panicznie, uporczywie ciągnąć chłopaka do tyłu.

Ten opierał się tylko przez chwilę, w kolejnej uległ i ruszył za przyjaciółmi.

Aheidvahl spoglądał za młodymi, a oni jeszcze przez chwilę bali się obrócić do niego plecami. Odprowadzał ich wzrokiem, gdy przyspieszali tempa, wreszcie zwrócili się ku centralnemu obozowisku i, chwiejąc się w biegu, wpadli między namioty, targani mdłościami i trudnym do wyjaśnienia lękiem. Wówczas Thekkir zwrócił się do własnego ogniska, wracając do przerwanych przygotowań do kolacji.

***

Po sześciu dniach od opuszczenia Yrkazaanu na horyzoncie zaczęły pojawiać się wreszcie pierwsze zabudowania Viliskyi. Położony nad Zimną Zatoką port był miastem rozległym, ale tylko w pobliżu nadbrzeża stanowił zwarte miasto - wcześniej, bliżej tundrowych równin, w większości parterowe, drewniane domy dzieliły od siebie większe odległości, a drogi były mniej ubite. Warsztaty rzemieślnicze, sklepy czy karczmy - wszystko to mieściło się nad wodą, tuż przy dokach. To właśnie tam skierowali się wędrujący bjortari po dotarciu do miasta, zatrzymując się dopiero pod Chatą - górującym nad portem masywnym, piętrowym domostwem lokalnego heidra.

Ynn Thollbord już na nich czekała. Gdy obserwatorzy wypatrzyli na horyzoncie poruszającą się masę, którą mogli być tylko wędrujący z Yrkazaanu bjortari, kobieta wydała długo oczekiwane polecenie przygotowania wystawnej kolacji, potem cierpliwie oczekując na przybycie grupy. Teraz, stojąc na szczycie prowadzących do Chaty schodów, uśmiechała się niezwykle lekko i beztrosko. Miała ku temu powód. Zima nie była może najdłuższą z tych, jakie znano w Euxanirze, jej surowość wszystkim dała się jednak we znaki. Podobnie jak inne klany, Skivy zawczasu zgromadziły zapasy warzyw, mięsa i chleba, te pierwsze skończyły się jednak stosunkowo szybko, a i drugie były na wyczerpaniu. Dla klanu tak silnie uzależnionego od morza i jego zasobów pora lodu była szczególnie trudna i wyraźnie odbiła się na wymizerowanych twarzach mieszkańców Viliskyi. Nadejście pobratymców z innych klanów było w tym momencie symbolicznym zamknięciem pory mrozów i głodu, a zaplanowana na wieczór kolacja miała raz a dobrze zażegnać okres coraz ściślejszego racjonowania coraz uboższych zapasów - aż do kolejnego lodu.

Gdy tylko zakończono tradycyjne, oficjalne powitania klanów, wszystko zadziało się szybko. Gwarna, wystawna kolacja w innych okolicznościach trwałaby zapewne dłużej, tym razem jednak stosunkowo szybko bjortari zaczęli wstawać od stołów i rozchodzić się do domów - swoich bądź tych, które przydzielono im na najbliższe noce. Po zaspokojeniu największego głodu u wędrowców odezwało się w końcu zmęczenie kilkudniowym, intensywnym marszem, Klan Skivy zaś ponownie zwrócił swą uwagę ku obowiązkom. Mieli wypłynąć za dwa dni, kiedy, według klanowych obserwatorów, pogoda miała stać się najodpowiedniejsza. Przez ten czas Klan Skivy musiał zdążyć z przygotowaniem zwodowanych już po zimie okrętów, a wędrujący z Yrkazaanu powinni nabrać sił przed łowami. Wciąż jeszcze było wiele pracy, którą należało wykonać, nim będą mogli rozpocząć tradycyjne świętowanie związane z mianowaniem nowego heidra.

***

- Nie powiem, żebym był szczególnie zachwycony - stwierdził Arkvali, gdy następnego poranka wraz ze wszystkimi udał się do doków, by obejrzeć zwodowane łodzie. - W opowieściach są jakieś takie... Bardziej majestatyczne - dodał, przyglądając się okrętom z powątpiewaniem.

Jeden z pracujących nieopodal bjortari - wysoki, żylasty członek Klanu Skivy, roześmiał się rubasznie i obejrzał przez ramię na Valiego.

- Od okrętów z opowieści różni je to, że do czegoś się nadają - rzucił mężczyzna z rozbawieniem, jednocześnie przekazując kolejnemu marynarzowi gruby zwój sznura ze skóry morsa, element zapasowego olinowania zabieranego na każdy rejs. - Te łodzie mają przede wszystkim pracować, a dopiero później ładnie wyglądać, chłopcze.

Arkvali zmarszczył nos, nie do końca przekonany.

Łodzie nie były brzydkie. Umiarkowanie długie, zbudowane z cienkich desek, dosyć płytkie i szerokie, lecz wciąż zgrabne. Jeden maszt dźwigał duży, kwadratowy żagiel z wyszytym totemem klanu z Viliskyi - szarą, jaszczurzą sylwetką skivy. Były to statki użytkowe, cechowała je jednak swoista delikatność, której nie dało się odmówić uroku. To, czego im natomiast brakowało i co tak bardzo rozczarowało Arkvaliego, to zdobienia dziobu i rufy. W historiach wędrownych bardów i klanowych opowiadaczy każdy okręt miał swojego patrona. Niedźwiedzie, gigantyczne, wilkopodobne wargi, lwy morskie o nieproporcjonalnie długich, grubych kłach czy legendarne, występujące tylko w opowieściach o starożytnych latające jaszczury - imponujące rzeźby na dziobach miały nadawać łajbie charakter i siać postrach wśród wrogów. Z tej perspektywy pozbawione zdobień łodzie, kołyszące się w dokach Viliskyi, były nudne i biedne.

Arkvali westchnął cicho i pokręcił głową z rezygnacją, wciąż tęskniąc za bardziej romantycznymi wyobrażeniami klanowych okrętów.

Tymczasem prace przygotowawcze trwały jeszcze dobę, nim wreszcie uznano, że wszystko jest gotowe do wypłynięcia. Całe wyposażenie - beczki z solonym mięsem i brymem, napojem przypominającym rzadki jogurt; zapasowe olinowanie, wełniana tkanina mająca posłużyć do ewentualnych napraw żagli czy odzieży, skórzane łaty, proste narzędzia do obróbki drewna i beczki foczego tłuszczu - rozlokowano już na pokładach pozbawionych ładowni statków tak, by wciąż można było względnie swobodnie przemieszczać się od dziobu do rufy i z powrotem. Wszystkie towary przykryto płachtami skór, impregnowanymi dodatkowo foczym tłuszczem, który uodparniał je na wilgoć i przeciekanie. Pod burtami, tam, gdzie pozostało jeszcze wolne miejsce, upchnięto ograniczone do minimum osobiste wyposażenie wypływających na łowy bjortari - skórzane śpiwory i worki zawierające pojedyncze sztuki zapasowego odzienia, dodatkowe ostrza do lekkich, krótkich oszczepów, podręczny zestaw narzędzi czy wreszcie sakiewkę z okruchami pirytu i krzemienia, mającymi zapewnić marynarzowi dostęp do ognia w razie nieoczekiwanego znalezienia się na nieznanym lądzie, z dala od bezpiecznego pokładu.

Wreszcie Ynn zarządziła odwiązanie cum. Poranek był mroźny i słoneczny, a przejrzyste niebo zapowiadało sprzyjającą pogodę przynajmniej przez najbliższe kilkanaście godzin. Wody Zimnej Zatoki pozostawały spokojne, a widoczność była doskonała. Morza nigdy nie można być w stu procentach pewnym, teraz jednak klanowi obserwatorzy zgadzali się co do tego, że lepszej aury do wypłynięcia nie będzie.

Siedem okrętów opuściło doki Viliskyi, sunąc powoli ku otwartym wodom Morza Nyi. Za każdy statek odpowiadał kapitan z Klanu Skivy, także podstawową załogę stanowili bjortari Ynn, pozostałych obecnych na pokładzie tworzyła natomiast mieszanka członków różnych plemion.

Sam rejs upłynął bez przeszkód - wydęte na sprzyjającym wietrze żagle pchały okręty przez spokojne morskie wody i po południu na horyzoncie pojawił się zarys pierwszej z wysp. Kilka godzin wcześniej dało się dostrzec zwierciadlane odbicie odległego krajobrazu, unoszące się ponad horyzontem - obeznani ze zjawiskiem marynarze z Viliskyi wskazywali tę niezwykłą scenę pozostałym, określając ją mianem mirażu, typowego dla tych rejonów - dopiero teraz jednak to, co widzieli, było już rzeczywistym, solidnym lądem.

Kwadrans po pojawieniu się pierwszej wyspy w oddali zaczął majaczyć także cień drugiej, a potem trzeciej i czwartej. Marynarze Klanu Skivy z pobłażliwością patrzyli na swych pobratymców z innych regionów Heimareldu, gdy przypadali do burt i z podnieceniem wskazywali sobie odległy ląd.

Im bliżej znajdowali się archipelagu, tym bjortari byli bardziej zaciekawieni. Ci, którzy odwiedzili już kiedyś wyspy, zaczęli opowiadać o ich przypadkowym odkryciu, kiedy to jeden z pierwszych żeglarzy ludzi gór, dostrzegłszy daleki ląd, odważył się skierować ku niemu swą łódź. Przed zmierzchem pierwszą z wysp miał już na wyciągnięcie ręki. Surowa połać niemal gołej skały nie zachęcała. Roślinność była skromna i raczej rachityczna, uboższa nawet od znanych żeglarzom równin tundry. Zaskakująco ciepłe przybrzeżne wody roiły się za to od ryb, mniejszych waleni i skorupiaków. Sam ląd zamieszkiwały stworzenia raczej drobne, przywykłe do trudnych warunków wysp wulkanicznych oraz, oczywiście, pomory wielkie. Gdy pierwsi podróżnicy i wypływający na dalekie kontynenty kupcy zaczęli opowiadać o majestatycznych i szalenie niebezpiecznych ze względu na posiadany jad jaszczurach, szybko pojawili się chętni na kupno czy to wspomnianej toksyny, czy też pazurów lub łusek wulkanicznych gadów. Same wyspy stały się także doskonałym miejscem do ucieczki dla bjortari wygnanych z ojczystych ziem bądź tych, którzy mieli własne powody, by opuścić Heimareld. Archipelag, pozornie nienadający się na stałe osiedle ludzkie, szybko stał się przytuliskiem dla wszelkiego rodzaju uciekinierów i banitów. Wygnańcy osiedlali się, gdzie chcieli, budowali pierwsze domostwa i stawiali czoła trudom życia na wulkanicznych wyspach, z czasem tworząc nieoczekiwanie sprawnie funkcjonujące siedlisko. Początkowo zajmowali się polowaniami na skivy, zbieraniem delikatnego pierza lokalnych kaczek czy połowami waleni, z czasem zaczęli wypływać w morze także w mniej chwalebnych zamiarach. Kilka ataków na przepływające nieopodal okręty kupieckie szybko przypięło archipelagowi metkę siedliska piratów, a żyjącej na wyspach społeczności - bezdusznych, aroganckich przestępców.

Bjortari prowadzeni przez Ynn Thollbord nie zamierzali przybijać do brzegów. Omijali szerokim łukiem wzniesione wzdłuż nabrzeża pojedyncze, drewniane, w większości parterowe chaty, wychodzące w morze pomosty doków i górujące nad tym wszystkim proste wieże strażnicze, markotnie spoglądając na niezbyt ludną, cichą osadę i okręty kołyszące się w porcie.

Godzinę później Ynn dała wreszcie sygnał do rozpoczęcia łowów. Bjortari rozdzielili się, kierując się ku kilku mniejszym wyspom. Myśliwi mający zmierzyć się ze skivami opuścili okręty, ci zaś, którzy pozostali na statkach, wrócili na szersze wody, w których krążyły małe, północne wieloryby, obficie występujące w tych rejonach.

Kilka chwil później, przyczajając się za jednym z przybrzeżnych kamieni, Eyjagrani szturchnęła Helnira w bok.

- Patrz, tam - rzuciła, wskazując szarą sylwetkę sunącą niespiesznie po kamienistej plaży.

Gad był znacznie większy, niż vartahel się spodziewała. Rozmiarami przypominał mniejszego psa. Co jakiś czas wystawiał ciemny, wąski język, trzepocząc nim z cichym sykiem.

- Myślisz, że ucieknie? - zapytał Thynler półgłosem.

- Na pewno, jeśli będziecie dalej gadać - prychnęła Sova, ciemnowłosa, ogorzała łowczyni z Viliskyi. Całą trójką stanowili jedną z mniejszych grup osaczających pomory na tej wysepce.

- Przecież to jest grube - mruknęła Heidveurr. - I raczej niezbyt szybkie.

Sova potrząsnęła głową.

- Skivy spierdalają szybko i skutecznie, moja droga - wyjaśniła, nie przebierając w słowach. - Patrzcie i uczcie się, dzieciaki - mruknęła cicho, w kolejnej chwili błyskawicznie wyrzucając dużą, obciążoną na brzegach sieć.

Gdy gruby sznur oplótł jego szare ciało, gad szarpnął się z niezadowolonym pomrukiwaniem. Rzucając się raz w jedną, raz w drugą stronę, wił się i coraz bardziej zaplątywał w sieć.

Thynler wyszczerzył zęby.

- Fajnie - podsumował, wychodząc zza kamienia, za którym dotąd się czaili. - To nie wyglądało na trudne. To co, dokończę i...

- Stój. - Sova chwyciła chłopaka za ramię, nim ten zdążył pochylić się nad gadem. - Niech się najpierw wyrzyga.

- Niech co... - zaczął, po chwili marszcząc brwi. - A. Aha.

Pomór spiął się, w kolejnej chwili strzykając mętnym strumieniem z gruczołów jadowych. Sieć więżąca zwierzę pozostała nienaruszona - lepka wydzielina spływała tylko nieestetycznie z jej splotów.

- Fuj. - Podchodząc bliżej, Eyjagrani skrzywiła się i zmarszczyła nos. - Paskudnie śmierdzi.

Sova parsknęła z rozbawieniem.

- Vartahel, co? - rzuciła. Podobnie jak inni bjortari, wiedziała, kim jest Heidveurr. Zmiennokształtni rzadko kiedy byli anonimowi, niezależnie od tego, czy przeszli już transformację, czy jeszcze nie. - Ja nic nie czuję, ale jestem skłonna uwierzyć, że fiołkami to nie pachnie - dodała łowczyni, uśmiechając się szeroko. - Dobra, bierzcie się za robotę. Potrzebuję jeszcze przynajmniej czterech, by być lepszą od Borge.

Kilka godzin i dwie kolejne skivy później wrócili na okręty. Mimo gderania niezadowolonej z wyniku Sovy łowy były bardziej niż udane. Obok łącznie trzynastu pomorów bjortari wzbogacili się także o trzy walenie, holowane teraz w sieciach za okrętami. Bjortari odpowiedzialni za zdobyte wieloryby uśmiechali się szeroko, machnięciem ręki zbywając zaniepokojone pytania o jeden ze statków.

- To nic - zapewniał Ingve, żylasty łowczy Klanu Skivy. - Ten tu - mężczyzna wskazał harpunem jednego z waleni - trochę się rzucał i żeśmy przerysowali skałki, ale to tam... - Wzruszył ramionami, w szerokim uśmiechu prezentując nieco wybrakowany garnitur zębów. - Się nie rozpadnie - stwierdził z przekonaniem.

W związku z nadchodzącym zmierzchem postanowili przeczekać noc na morzu i dopiero nad ranem ruszyć z powrotem do miasta. Rzucili kotwice na szerokich wodach, potem przystąpili do oprawiania pomorów, wycinając pazury, odrywając twarde łuski i ostrożnie preparując worki jadowe. Późnym wieczorem, w blasku pokładowych palenisk, zasiedli do kolacji. Opieczone, owiane dymem mięso skiv, charakterystycznie żylaste i ostrawe, było ostatecznym podsumowaniem udanego polowania.

Ynn stała na rufie swego statku. Spoglądała na pogrążonych w rozmowach, biesiadujących na otwartym morzu bjortari, na ciała waleni unoszące się na wodzie za trzema z okrętów, zgromadzone w drewnianych skrzyniach łupy z pomorów i uśmiechała się leniwie. Thynowie nie mogli wyraźniej uznać jej przywództwa.

***

- Eyja. Eyja, wstawaj. - Silje chwyciła vartahel za ramiona i potrząsnęła nią lekko. - Jak ty w ogóle możesz spać w takich warunkach?

Poranek przyniósł ze sobą drastyczną zmianę pogody. Jeszcze przed świtem część marynarzy, widząc gromadzące się coraz gęstsze i ciemniejsze chmury, zaczęła budzić załogę, wskazując na potrzebę zabezpieczenia ładunków i przygotowania okrętów na możliwą burzę.

- Eyja, do cholery. - Silje, przebudzona już po pierwszych okrzykach nocnych obserwatorów, szarpnęła dziewczynę jeszcze kilka razy. Ich okręt, podobnie jak wszystkie pozostałe, kołysał się mocno na coraz wyższych i silniejszych falach. Żagiel łopotał, szarpany coraz gwałtowniejszymi porywami wiatru, a pokład drgał w rytm tupotu butów biegającej załogi.

Vartahel sapnęła cicho i otworzyła w końcu najpierw jedno, potem drugie oko.

- Co... Co? - wymamrotała, spoglądając na Silje półprzytomnie.

- Gówno - burknęła Maral poirytowana. - Wstawaj, będzie sztorm. Już jest w sumie.

- Jeszcze nie ma. - Przechodzący obok szybkim krokiem marynarz uśmiechnął się, poprawiając Silje. - Ale rzeczywiście, będzie. Masz jakiś kwadrans, Eyja, ogarnij się.

Heidveurr sapnęła po raz wtóry, przetarła jednak twarz dłońmi i podniosła się.

Morze tymczasem burzyło się coraz bardziej. Jeszcze przed paroma godzinami przejrzyste niebo teraz w całości zasnute było niemal czarnymi chmurami. Coraz gwałtowniejszy wiatr szarpał żagle, których marynarze nie zdążyli jeszcze ściągnąć, i rzucał okrętami na boki. Gdy na rozkaz Ynn zaczęto podnosić kotwice, trzeba było włożyć w to bardzo wiele sił, bo żywioł postanowił wszystko utrudniać.

Gdy Eyjagrani dołączyła w końcu do jednej z grup szarpiących się z okrętowym olinowaniem, wszystkie statki zawrócono już w kierunku stałego lądu i rozpoczęto ostrożny rejs powrotny do Viliskyi. Smagani zimnym, mokrym wiatrem bjortari nie rozmawiali teraz prawie wcale, pokrzykując tylko do siebie zwięzłe, podstawowe komendy mające pomóc w sprawnym manewrowaniu walczącymi ze wzburzonym morzem łodziami. Nie wyglądali jednak na zdenerwowanych, co zaniepokojoną Eyjagrani napawało bezgranicznym zdumieniem. Właśnie teraz najłatwiej było rozróżnić, kto pochodził z Klanu Skivy, a kto był na morzu zupełnie obcy - podczas gdy drudzy z aż nadto wyraźnym niepokojem obserwowali szalejące morze, blednąc na widok każdej większej fali, ci pierwsi bez wahania, niemal automatycznie wykonywali wszystkie czynności niezbędne do opanowania okrętów na wzburzonych wodach.

Silje sapnęła cicho, gdy łódź podskoczyła nagle, a pokład zalała woda z rozbitego o burtę bałwana. Zawijając się ciaśniej w płaszcz z foczej skóry, skuliła się przy skrzyniach z zapasami i zacisnęła powieki. Nie była wystarczająco silna, by pomagać, a sama pogoda sprawiała, że w ogóle nie miała na to ochoty.

W życiu by się do tego nie przyznała, ale szalejące morze paraliżowało ją, napawało lękiem tak bezgranicznym, że choćby chciała, nie potrafiłaby być pomocna.

- Patrzcie! Tam! - Rozległ się nagle okrzyk jednego z bjortari.

Ci, którzy usłyszeli go przez huk szalejących wód, wycie wichru i niskie, powtarzające się raz po raz burzowe pomruki, podążyli wzrokiem za wskazującym palcem wołającego.

Eyjagrani gwałtownie wciągnęła powietrze.

Nie od razu zrozumiała, co widzi. Podskórnie czuła, że coś jest nie tak, ale dopiero przyglądając się wskazanemu miejscu przez dłuższą chwilę, dostrzegła to, co chciał pokazać marynarz. Morze burzyło się tam, ale inaczej, gwałtowniej niż wszędzie indziej. Wysokie fale miotające okrętami na wszystkie strony, w tym jednym miejscu wygładzały się. Prąd był tam znacznie silniejszy, a woda zdawała się wirować wokół jednego punktu. Szybko okazało się, że to nie jest wrażenie - morskie odmęty rzeczywiście zaczynały tam tańczyć, przetaczać się gwałtownie po okręgu coraz szybciej, na koniec zapadając się i tworząc głęboki, huczący lej.

- Co to jest? - sapnęła Heidveurr. Nagie dłonie miała czerwone od zimna, ostrej wilgoci i szorstkości trzymanej kurczowo liny. Nie czuła jednak bólu, gdy jeszcze mocniej chwytała gruby sznur i zapierała się o burtę, jak zahipnotyzowana wpatrując się w potężny wir. Słyszała o podobnych zjawiskach, nigdy jednak nie widziała niczego takiego na własne oczy.

- Hafgerdingar - mruknął jeden z marynarzy. Mrużąc oczy, w ponurym skupieniu obserwował przetaczające się gwałtownie fale. - Wir morski. Ziemia musiała się zatrząść albo któraś z gór archipelagu zaczęła rzygać ogniem. Jesteśmy jednak daleko. Nic nam nie grozi.

Vartahel zadrżała. Może było tak, jak mówił żeglarz, dla niej jednak wodny lej wyglądał teraz raczej jak otwierające się wejście do świata thynów niż naturalne zjawisko.

Niezależnie jednak od tego, czy to bogowie postanowili utrudnić wyprawie powrót do domu, czy niezadowolone było samo morze, bjortari uparcie posuwali się w kierunku portu.

Z pokładów kołyszących się mocno okrętów dało się w końcu dostrzec odległą wprawdzie jeszcze, ale coraz wyraźniej widoczną linię brzegową oraz naturalne wrota prowadzące na spokojniejsze wody Zimnej Zatoki. Zalewani kolejnymi falami, kurczowo próbujący utrzymać równowagę na pokładzie wiedzieli, że gdy tam dopłyną, trudy walki z nieprzewidywalnym żywiołem się skończą.

Nie każdy jednak miał wrócić do domu.

Lett Andhring, w Viliskyi znany jako Rybitwa, był marynarzem w załodze Ynn. Wypadł za burtę w chwili, gdy morze gwałtowniej natarło na jego okręt, zmywając i fragmenty drewna odłamanego od kadłuba, i jego. Lett miał osiemdziesiąt siedem lat, z czego większość przeżył na wodach północnych mórz. Jako syn i wnuk marynarza, pierwsze kroki stawiał po równo na lądzie i na kołyszącym się pokładzie okrętu. Na archipelag pływał, odkąd oficjalnie nabył takie prawo wraz z przejściem swojego unaroku, odbył też trzy wyprawy dalekomorskie na kontynent. Rybitwa znał morze i kochał je, niejednokrotnie twierdząc, że to jego najlepsza, choć szalenie humorzasta kochanka.

Andhring znał wszystkie zasady dotyczące ratowania się po wypadnięciu za burtę - miał też zresztą za sobą podobne wypadki, bo pływając tyle, co on, po prostu nie mógł tego uniknąć. Teraz jednak zarówno morze, jak i jego własne ciało zdawały się go nie słuchać. Wzburzone fale przykrywały go raz po raz, podtapiając i stopniowo pozbawiając sił. Gdy się wynurzał, nie miał energii, by krzyczeć. Priorytetem stało się łapanie szybkich oddechów. Nie mógł też machać - ramiona rozkładał instynktownie, próbując zwiększyć swą wyporność na szalejącym morzu i odwlec chwilę, gdy znów znajdzie się pod wodą. W desperackim przypływie sił próbował w pewnej chwili płynąć w kierunku okrętu, ale, choć zmusił się do rozgarniania wody rękami, nie był w stanie ruszyć się z miejsca.

Gdy załoga okrętu zwróciła uwagę na brak Andhringa na pokładzie, było zbyt późno, by mu pomóc. Nim zachłanna fala zalała walczącego bjortari, po raz ostatni wciągając go we wzburzone odmęty, Lett raz jeszcze wypłynął ponad wodę, łapiąc spazmatycznie oddech. Jego wzrok prześlizgnął się po sylwetce najbliższego statku, a do uszu dotarły pierwsze krzyki pobratymców, którzy zauważyli wreszcie przerażająco cichą walkę, jaką toczył Rybitwa. Mężczyzna widział, jak wskazywali go palcem i słyszał coraz bardziej nerwowe głosy wołających. Chcieli rzucić mu linę, co odważniejsi sugerowali, że mogą wskoczyć do wody, by mu pomóc. On jednak nie miał już siły walczyć.

Odpływających pożegnał krótkim, bladym uśmiechem.

Wrócą bezpiecznie. Po prostu bez niego.

***

- Ynn Thollbord, w imieniu Klanu Gharra uznaję cię za heidra Klanu Skivy. - Eyran Thynler uścisnął dłonie rudowłosej przywódczyni i uśmiechnął się do niej łagodnie.

W ślad za nim całą procedurę powtarzali kolejni przywódcy i gdy ostatni z nich przyznał jej przewodnictwo Klanu Skivy, zebrani w Chacie bjortari uczcili to gromkimi wiwatami.

W rozbrzmiewających okrzykach pojawił się jednak smutek, a nad późniejszymi gratulacjami i kolacją celebrującą udane łowy zawisł cień bólu i straty.

Do Viliskyi dopłynęli bezpiecznie. Okręty, choć nieco nadszarpnięte wyjątkowo gwałtownym sztormem, nie wymagały większych napraw, nie ucierpiały też przewożone na pokładach towary. Samo polowanie zakończyło się sukcesem, nikt nie został ranny, a życie Letta Andhringa było ceną znacznie niższą od zwyczajowo żądanej przez morze. Określenia złego znaku i omenu pojawiały się jednak w coraz większej ilości rozmów, a sama Ynn, choć zarzekała się, że nie wierzy w podobne przesądy, nie czuła się dobrze. Czy tego chciała, czy nie, w jej sercu zrodził się lęk oraz przekonanie, że zła wróżba jeszcze o sobie przypomni.

Rozdział 14

Po udanych łowach na skivy nie było już nic, co trzymałoby klany w Viliskyi i zaczęto myśleć o powrotach. Jedni, jak Klan Atyra, gotowi do drogi byli już od wczesnego poranka, inni zamarudzili do południa. Portowe miasto stopniowo jednak pustoszało, gdy kolejne grupy bjortari ruszały do swych domów. Ynn zebrała ostatnie gratulacje, rodziny i przyjaciele umawiali się na ponowne spotkania, gwar cichł jednak nieuchronnie wraz z oddalaniem się kolejnych grup. O śmierci Letta Andhringa nikt już nie mówił.

O poranku wyruszyła także wyprawa do Var Arrod. Po ostatnim śniadaniu z własnymi klanami zebrali się przed Chatą i wspólnie opuścili miasto. Z nimi nie żegnano się zbyt długo i wylewnie. Choć nikt tego nie przyznał, wielu bało się, że podobne pożegnanie byłoby złym znakiem. Wędrującym życzono więc bezpiecznej podróży, żartem ostrzegano, by nie zwlekali z powrotem zbyt długo - i już w kolejnej chwili grupa raźnym krokiem coraz bardziej oddalała się od Viliskyi.

Początek podróży pozwalał na narzucenie stałego, satysfakcjonującego tempa. Przez dłuższy czas podążać mieli wytyczonym, wygodnym traktem łączącym miasto portowe z Urkari, zbaczając z drogi dopiero po ponownym zagłębieniu się między górskie szczyty. Od tego momentu dzieliło ich jednak około dwóch dni spokojnego marszu przez tundrę, której pozimowa szarość stopniowo ustępowała miejsca większemu zróżnicowaniu barw. Niskie krzewy i porosty zaczęły mienić się różnymi odcieniami zieleni, żółci i czerwieni. Wędrowne stada reniferów wracały na wiosenne pastwiska, w ślad za nimi podążały masywne, powolne woły, znaczące trasę swych wędrówek kępami zrzucanej po zimie grubej sierści.

Majaczące na horyzoncie góry rosły z każdym krokiem. Początkowo niemal zupełnie niewidoczne, stopniowo coraz bardziej odcinały się od łagodnych wzgórz tundrowych. Wreszcie, po dniu wędrówki, masywne szczyty górowały już wyraźnie nad rozciągającymi się wokół Viliskyi równinami, przytłaczając je swoim ogromem. Im bliżej skalnych szczytów, tym robiło się zimniej, jakby sam Euxanir swoim mroźnym oddechem chciał ostrzec wędrujących przed nadchodzącymi trudami i niebezpieczeństwami.

Zboczyli ze szlaku u podnóża Patrona, jednego z wyższych szczytów w tym rejonie. Tu, pod zwałami zmarzniętej ziemi, od dziesięcioleci spoczywali wojownicy wszystkich klanów, polegli w jednej wielkiej bitwie. Miejsce pochówku oznaczono symbolicznie pojedynczym głazem, z wyrytą na nim runą veurr, aspektu śmierci.

- Nie ruszajcie niczego, co tu znajdziecie - powiedziało ostrzegawczo Fitse, ostrożnie stawiając pierwsze kroki na terenie dawnego pobojowiska. - Nic tutaj nie jest nasze.

Pozostali w milczeniu podążyli za nim, rozchodząc się. Wśród suchych, ostrych traw i zarośli przebłyskiwały połamane ostrza i zaśniedziałe ze starości hełmy. Gdzieś dało się dostrzec w połowie zasypaną, powyginaną zbroję, w innym miejscu leżała część tarczy noszącej zaskakująco wyraźne, lekko tylko wyblakłe znaczenia klanowe.

- Ktoś to powinien sprzątnąć - mruknęła cicho Diqna, ostrożnie przechodząc nad starym, pozbawionym części trzonu toporem.

Ylfgrim Fjolnhodd, wojownik z Klanu Skivy, mruknął cicho w ramach aprobaty. Fitse uśmiechnęło się przelotnie.

- Było sprzątane. Z tego, co wiem, zaraz po zakończeniu wojen klany wspólnie przyszły... Cóż, przyszły to ogarnąć. - Parsknęło cicho, gdy mimo starań nie znalazło na szybko lepszego określenia. Potem znów spoważniało. - To po prostu nie jest takie proste. Śmierć nie zawsze wszystko kończy - dodało.

Eyjagrani zmarszczyła lekko brwi w wyrazie niezrozumienia, a Diqna pokręciła głową bez słowa. W milczeniu szli dalej, a ciszę ciążącą nad masowym grobem zakłócał tylko trzask i szelest zarośli pękających pod butami wędrujących.

- Swoją drogą, nie myśleliście, że to... - zaczął po jakimś czasie Odhim Irgrip, towarzyszący im skyrma z Klanu Nidi, Renn Ava Brodhirst nie dał mu jednak dokończyć.

Berserk zatrzymał się nagle i zmrużył oczy, wpatrując w przestrzeń przed nimi.

- Co to jest? - mruknął wojownik, odruchowo wspierając dłoń na trzonku przyczepionego do pasa topora.

Kilkanaście kroków przed nimi przemknął ulotny cień, a zaraz po nim drugi i trzeci. Jeden z nich zadrgał lekko i zawirował, by w kolejnej chwili oderwać się od ziemi i urosnąć, przybierając ludzkie kształty, a na koniec rozwiać się w delikatnym powiewie wiatru.

- Etilimy - rzuciło Fitse cicho. - Jest ich tu bardzo dużo. To ich miejsce.

Brodhirst skrzywił się lekko, nic jednak nie powiedział.

- To na pewno bezpieczne, żebyśmy tędy szli? - spytała Silje z wyraźnie wyczuwalnym zaniepokojeniem. Marszcząc brwi, rozejrzała się wokół, nie dostrzegła jednak niczego więcej.

- Tak - odpowiedziało tymczasem Fitse z wahaniem. - Po prostu zachowujmy się jak goście. Etilimy nic nam nie zrobią.

Regwald Unn sapnął cicho i obejrzał się przez ramię na podążającego kawałek za grupą Thekkira. Aheidvahl, pogrążony we własnych myślach, zdawał się nie zwracać uwagi na nic, co działo się wokół. Regwald westchnął, pozostawiając przyjaciela samemu sobie. Z każdym dniem coraz bardziej uzmysławiał sobie, jak wiele zmieniło się od czasu, gdy wyruszali na swą pierwszą, wspólną wyprawę do Var Arrod.

Kilka minut później i kilkadziesiąt kroków bliżej gór etilimy nie były już ulotnymi cieniami, lecz w pełni zmaterializowanymi, wyraźnymi sylwetkami. Wszystkie wyglądały tak samo - ludzkie postaci średniego wzrostu okrywały długie, dwuwarstwowe, czarne płaszcze. Spod szerokich kapturów nie było widać twarzy, lecz jaśniejącą łunę rozlewającą się spod ubrania mglistymi, świecącymi smugami - przez rytualistów określanymi jako świetliki, przez młodszych bjortari zwanymi jednak powszechnie mackami. Wystające z rękawów dłonie, choć zachowywały mniej więcej ludzki kształt, zbudowane były z tej samej, jasnej mgły, tracącej czasem swe wyraźne kontury. Niektóre z etilimów trzymały dodatkowo małe latarenki w kształcie buław, których głowice stanowiły pojedyncze światełka zamknięte w niedużej klatce. Był to atrybut, którego zastosowania jak dotąd rytualiści nie potrafili wyjaśnić - same etilimy nie potrzebowały światła i nikt nigdy nie widział, by kiedykolwiek coś z lampkami robiły.

- Patrzcie - odezwało się w pewnej chwili Fitse, zatrzymując się i wskazując na sylwetki pojawiające się nieco na prawo od nich.

Spoglądając w kierunku wskazanym przez medium, Eyjagrani zmrużyła oczy. Kilkanaście kroków dalej w równym rzędzie stało pięciu wojowników - rosłych, postawnych mężów tłukących teraz rytmicznie w duże, okrągłe tarcze. Głuchy odgłos silnych uderzeń wybijał się coraz głośniej ponad stłumione, jakby odległe odgłosy bitwy.

- Einhejrowie - mruknął cicho Ylfgrim, przyglądając się im z szacunkiem. - Duchy, które nie znalazły drogi do orszaku Flotha.

- Nie - zaprzeczył Odhim. Skyrma westchnął, gdy z gardeł wojów wyrwał się donośny, bojowy okrzyk, a oni sami rzucili się szarżą przed siebie, wprost na nieistniejącego wroga. - Einhejrowie to nie duchy. To echa tego, co było i tych, którzy żyli.

- Jak etilimy - dodało Fitse cicho. - Choć słabsi i przywiązani do miejsca, w którym zginęli. Oni... Oni po prostu nie mogą zapomnieć. Toczą bitwy, które kiedyś przegrali, z nadzieją na to, że tym razem powiedzie im się lepiej.

Diqna zmarszczyła lekko brwi.

- Jak długo tak się tułają?

Fitse uśmiechnęło się smutno.

- Tak długo, jak starczy im sił.

Ruszyli dalej w ciszy, prąc w kierunku gór przez narastający chaos minionej bitwy. Coraz liczniejsi einhejrowie, noszący oznaczenia różnych klanów, nacierali na siebie, niezliczoną ilość razy zadając sobie i odnosząc te same rany. Choć nie w pełni materialni, wyli z bólu za każdym razem, gdy kości pękały z trzaskiem i gdy strumienie krwi zalewały im oczy, ręce, piersi. W ich okrzykach brzmiały ten sam ogień i ta sama pasja, co przed kilkuset laty, a ręce uderzały z tą samą siłą. Gdy ponad echo bitwy zaczynało przebijać się wspomnienie masowego pogrzebu, także łzy spływające po policzkach lamentujących były tak samo gorące, jak wtedy.

- Uważajcie! - ryknął nagle Renn, gwałtownym szarpnięciem dobywając topora.

Patrząc w kierunku, w którym spoglądał Brodhirst, Diqna wciągnęła gwałtownie powietrze - dwóch rosłych wojowników szczerzyło zęby w bitewnym szale, zrywając się do biegu wprost na nich.

- Fitse, czy oni... - zaczęła, odruchowo cofając się i sięgając po krótki miecz zapięty przy pasie. Jasnowłose medium nie słuchało jej. Zerkając na nie, łowczyni widziała, jak dziecko zaciska kurczowo dłonie na głowie i krzywi się z bólu.

- Oni nie są prawdziwi - szepnęła cicho Eyjagrani, zaciskając dłoń na ramieniu siostry. W głosie vartahel brakowało jednak przekonania, które osłabło jeszcze bardziej, gdy Renn zaryczał donośnie i zamachnął się na nadbiegających. Głuchy brzęk uderzonej zbroi był przerażająco realny, podobnie jak czerwień krwi tryskającej z rozciętej w kolejnej chwili ręki jednego z oponentów.

Gdzieś z boku dobiegł ich głuchy warkot. Eyjagrani obejrzała się przez ramię i z narastającą paniką spojrzała na Chatzkę. To z jej gardła wyrywał się zwierzęcy pomruk. Kobieta drżała, kuląc się w sobie.

- U... Uciekajcie - wydyszała, wbijając rozpalone spojrzenie w Diqnę. Ludzkie tęczówki Chatzki ustąpiły miejsca ciemniejszym, psim. Podobnie zmieniały się też zęby, to zaostrzając się, to ponownie wracając do swych kształtów, gdy varta próbowała powstrzymać transformację.

- Uciekajcie! - warknęła zmiennokształtna dobitniej. Z jej gardła wyrwał się bolesny skowyt, gdy atyr coraz usilniej próbował rozedrzeć ludzką postać na strzępy.

Eyja rozejrzała się przerażona. Fitse kucało przy ziemi, obejmując głowę ramionami i kołysząc się miarowo. Ana Varrthasir pochylała się nad nim, gładząc plecy medium w geście niezręcznej czułości, a Odhim mamrotał coś niewyraźnie, klęcząc obok jasnowłosego nastolatka.

- Ylva - szepnęło cicho medium. - Ylvo, proszę...

Ylfgrim i Renn ramię w ramię stawiali czoła einhejrom, rąbiąc i miażdżąc zmaterializowane postaci. W jednej chwili fontanny krwi tryskały z ranionych ciał dawnych wojów, w kolejnej zaś rozmywały się i znikały, pozostawiając po sobie jedynie specyficzny, metaliczny zapach.

- Pomóż im.

Eyjagrani obróciła głowę gwałtownie, spoglądając na Regwalda, Unn nie mówił jednak do niej. Mężczyzna szarpał ramię Thekkira stanowczo, próbując zwrócić na siebie uwagę przyjaciela. - Na thynów, pomóż im, do cholery. Zabierz nas stąd.

Aheidvahl ani drgnął. Szare pasma utary snuły się wokół niego leniwie, rozwiewając się tak szybko, jak się pojawiały. Mężczyzna ze spokojem spoglądał na rozgrywającą się wokół nich bitwę, na przebijające się przezeń sceny pogrzebu i powrotów niedobitków do rodzinnych klanów.

- Musimy stąd odejść - sapnęła Eyja, przytłoczona własnym lękiem. Wbijając rozognione spojrzenie w Silje, sięgnęła dłonią po rękę Hadharki i chwyciła ją kurczowo. - Silje, musimy się ruszyć, musimy...

Maral drgnęła, wyrwana gwałtownie z letargu. Odkąd wokół nich rozpętał się chaos, stanowczo stawiała czoła omamom, jak mantrę powtarzając w głowie, że to wszystko tylko echa. Przyglądając się kolejnym scenom, analizowała je, porównując odgrywające się obrazy z tym, co wiedziała o historii bjortari i o przebiegu tej konkretnej bitwy. W porównaniu do całej reszty wydawała się najlepiej radzić sobie z otaczającymi ich zjawiskami, wcale jednak nie czuła się dobrze. Całe jej ciało wyło, opierając się sile obecnych na mogile emanacji. Czuła każde echo bólu, każdy pozostały na grobie krzyk rezonował z jej własną siłą. Nie była odporna na to, co działo się wokół - po prostu na ten moment jeszcze sobie z tym radziła.

- Silje - jęknęła Eyjagrani, wbijając paznokcie w dłoń Hadharki.

- Już. - Maral odetchnęła głęboko. - Już idziemy. - Silje powiodła wzrokiem po pozostałych, ostatecznie zatrzymując spojrzenie na jasnowłosym medium. - Musimy pomóc Fitse. Bez niego nie znajdziemy drogi.

Vartahel z wyraźnym trudem rozprostowała palce i uwolniła dłoń tropicielki, w kolejnej chwili przypadając do skulonego dziecka. Skóra nastolatka wydawała się jeszcze zimniejsza niż na co dzień, sam bjortari sprawiał jednak wrażenie spokojniejszego niż jeszcze przed chwilą. Gdy Eyja dotknęła delikatnie jego ramienia, medium powoli uniosło głowę i spojrzało na nią zupełnie przytomnym spojrzeniem.

- Fitse, musimy iść - rzuciła Heidveurr.

- Tak... Tak. Musimy iść - powtórzyło powoli, następnie ostrożnie wstając z kucek.

Ana wbijała w niego rozpalone spojrzenie, gotowa podtrzymać je, gdyby się zachwiało, Fitse jednak stało pewnie.

- Czy pozostali...? - zaczęło pytająco.

- Diqna i Silje im pomagają. Chodźmy już - szepnęła Eyjagrani błagalnie.

Medium skinęło lekko głową i zwracając się ponownie ku górom, ruszyło przed siebie, bez wahania wybierając drogę. Vartahel podążyła za nim, oglądając się przez ramię na pozostałych. Z pomocą Maral i Diqny wszyscy ponownie zebrali się razem i poszli za Fitse. Zamykający pochód Renn i Ylfgrim jeszcze przez chwilę odpędzali kolejnych einhejrów, na strojach wojowników nie pozostał jednak żaden ślad stoczonych walk.

Maszerowali szybko, stopniowo oddalając się od echa bitwy. Idące na czele Fitse parło uparcie przed siebie, nie rozglądając się. Trzymająca się tuż za nim Eyjagrani wbijała spojrzenie w jego plecy, gdy zaś w pewnej chwili uniosła wzrok, sapnęła z zaskoczeniem.

- Fitse - mruknęła gardłowo. - Fitse, byliśmy tu już.

Medium drgnęło, rozglądając się gorączkowo.

- To.... To nie tak - rzuciło zaniepokojone. - To nie powinno tak być. - Tak jak Eyja, poznawało kamień, suche drzewo i układ zarośli, który właśnie mijali. Choć wybrało drogę prosto w góry i nie zboczyło z niej, w jakiś sposób zawrócili i ponownie znaleźli się w tym samym miejscu. Odgłosy bitwy, przez chwilę stłumione, znów zaczęły narastać, a Odhim, milczący już od kilku chwil, jęknął teraz cicho i znów zaczął mówić, wylewając kolejne słowa w starożytnym, zapomnianym już w dużej mierze języku przodków.

Fitse zacisnęło dłonie w pięści i rozejrzało się niespokojnie.

- Ylvo - szepnęło. - Ylvo, nie poradzę sobie bez ciebie.

Medium stało przez chwilę w ciszy, zwiesiło głowę i wpatrywało się we własne buty. Nagle wyprostowało się i odetchnęło cicho.

- Idziemy - rzuciło, po raz kolejny prowadząc grupę ku górom.

Odgłosy bitwy oddalały się stopniowo, by tym razem w końcu ucichnąć zupełnie. Fitse zatrzymało się ponownie, wyczerpane.

- Zatrzymamy się tutaj - szepnęło i z westchnieniem usiadło na ziemi, kryjąc twarz w dłoniach.

Rozłożyli obóz w milczeniu, rozstawiając namioty mniej więcej na linii okręgu, jeden blisko drugiego. Renn i Chatzka oddalili się w międzyczasie, by zebrać kamienie, z których na środku obozu ułożyli tymczasowe palenisko. Gdy wszystko było już gotowe, grupa zebrała się wokół dopiero co rozpalonego ognia, rozsiadając się na rozłożonych na zmarzniętej ziemi skórach. Po przejściu przez masową mogiłę nikt nie chciał zbyt szybko zostać sam.

- Słyszycie? - spytała Diqna w pewnej chwili, przerywając ciszę.

Ylfgrim uniósł głowę i, przeżuwając do końca kęs suszonego mięsa, powoli skinął głową.

- Bitwa - mruknął cicho. - Wciąż ją słychać.

- Echa wokół grobu są bardzo silne - powiedziało Fitse, nasłuchując. Brzęk broni i okrzyki były bardzo odległe i przerywane, wciąż jednak dało się je czasem usłyszeć. - Ale tu nic już nam nie grozi. Jesteśmy wystarczająco daleko.

Milczeli przez chwilę, pożywiając się w ciszy.

- Skąd wiedziałeś, którędy iść? - spytała wreszcie Silje. - Pierwszy raz też szliśmy w kierunku gór, a jednak wróciliśmy na mogiłę.

Fitse spojrzało z zadumą w kierunku pola bitewnego. Z tej odległości nie dało się już dostrzec znaczącego je kamienia ani postaci błąkających się etilimów i einhejrów. Teren grobu zlewał się z resztą tundrowych równin.

- Ylva mi pokazała - odpowiedziało w końcu. - Ylva Gjallhrid z jaskiń grobowych.

Silje zmarszczyła brwi, nie rozumiejąc.

- Etilim? - warknęła pytająco Chatzka. Kiedy oddalili się od grobu, zdołała zapanować nad transformacją. Teraz częściowo zwierzęce, dzikie brzmienie jej głosu było naturalnym tonem typowym dla starszych vart.

Fitse pokręciło głową z wahaniem.

- Ylva nie jest etilimem. Nie wiem... Nie wiem, czym jest. - Wzruszyło lekko ramionami. - Pomogła nam. Tylko to się liczy.

Ponownie zamilkli. W pewnej chwili Odhim wstał od ognia i zniknął w jednym z namiotów. Wrócił z woreczkiem pełnym ziół. Obserwowany przez pozostałych zagotował wodę w jednym z przygotowanych do tego celu worków i wsypał do wrzątku odrobinę suszu. Wymieszał dokładnie i po krótkiej chwili podał naczynie siedzącemu po jego prawej stronie Regwaldowi.

- Napijcie się - polecił. - Pomoże wam tu zasnąć.

Unn podziękował skinieniem głowy i pociągnął łyk, przekazując następnie worek Thekkirowi. Aheidvahl przyjął naczynie, podobnie jak przyjaciel upił trochę i podał napar dalej. Dzielili się herbatą tak długo, aż na dnie worka pozostały tylko mokre fusy.

- Co to w ogóle było? Ten chaos na mogile? - zapytała po chwili Silje, gdy wszyscy zaczęli się powoli odprężać i uspokajać. - Utara? - Spojrzała pytająco na Regwalda. Obok Thekkira miał najpewniej największe pojęcie o tym, co może ich czekać po drodze.

Zapytany wojownik skinął powoli głową.

- Możliwe - przytaknął. - Gdy wędrowaliśmy z Thekkirem... - Spojrzał przelotnie na przyjaciela, ten jednak spoglądał zamyślony w trzaskające płomienie i nie zamierzał uczestniczyć w rozmowie. - Gdy wędrowaliśmy z Thekkirem, było podobnie - podjął Regwald, kierując wzrok na Silje i resztę zebranych przy ogniu. - Czas płynął inaczej, wracała przeszłość i... - Wzruszył ramionami. - Było dziwnie.

- To dlatego zajęło wam to tyle czasu? - spytała Diqna.

Regwald ponownie skinął głową.

- Dlatego. Pokonanie samego dystansu do miasta tyle nie zajmuje. Po prostu droga tam nie jest taka, jak się wydaje.

- A teraz może być gorzej - zauważył Odhim. - Utara jest silniejsza niż wtedy.

- Znacznie silniejsza - przytaknęło cicho Fitse. - I jakby... inteligentniejsza.

Renn pokręcił głową i skrzywił się.

- Jak to w ogóle może być inteligentne? To tylko jakaś siła. Żywioł, powiedzmy, jak woda czy ogień. Żywioły są niebezpieczne, ale nie inteligentne.

Chatzka zmrużyła oczy.

- To nie żywioł - mruknęła cicho. - Nie żywioł, prawda? - Spojrzała pytająco na Fitse, a ono potrząsnęło głową.

- Nie. Nie do końca. - Medium odetchnęło powoli. - Nie wiem, co to jest. Jakaś siła, ale... - Ponownie pokręciło głową w poczuciu bezradności.

- A ty? - Ana zerknęła na Odhima. - Ty wiesz?

Irgrip westchnął cicho.

- Nie - przyznał ponuro. - I nie spodziewam się, by którykolwiek z nas, rytualistów, wiedział. Utara po prostu była i jest, ale jej charakter jest dla nas niewyjaśniony.

- Ale wykorzystujecie ją - zauważyła Maral spokojnie, a milczący Ylfgrim skinął głową, przyznając słuszność spostrzeżeniu Hadharki.

Irgrip pokiwał głową w zamyśleniu.

- Wykorzystujemy, co nie znaczy, że do końca ją rozumiemy.

- Stworzyliście jednak Kręgi. Wysyłacie do nich ludzi - drążyła Silje.

Eyjagrani zjeżyła się, słysząc słowa tropicielki. Hadharka ewidentnie starała się wsadzić kij w sam środek mrowiska. Spoglądając po pozostałych, Heidveurr zdała sobie sprawę, że nie tylko ona to zauważyła - Fitse zmrużyło oczy, spoglądając czujnie na Silje, a Renn skrzywił się w gorzkim uśmiechu.

Odhim nie dał się jednak podpuścić. Niewysoki rytualista odpowiedział Maral spokojnym spojrzeniem.

- Mówisz to tak, jakbyśmy zamykali tam co drugiego członka klanu, zsyłali tam za najdrobniejsze przewinienia. Dobrze wiesz, że tak nie jest.

Silje nie odpowiedziała.

- Nie powiesz mi jednak, że czasem ich nie nadużywacie - zauważył za to Renn. - Jak w przypadku Vilmy, na przykład.

Irgrip skrzywił się przelotnie.

- Sprawa Vilmy była trudna. - Zastrzegł z nieznacznym rozdrażnieniem. - Wszystkie klany zgodziły się, że tak trzeba było zrobić.

- Klany nie rozumieją - prychnął cicho Renn. - Poważnie, naprawdę myślisz, że to była świadoma decyzja? Dali, daliśmy sobie wmówić to, co chcieliście. Jesteście rytualistami, opoką klanów. Słuchamy was teraz i słuchaliśmy wtedy, skoro więc skyrmowie powtarzali, że Krąg będzie najlepszy, to...

- Dosyć - mruknął nagle Ylfgrim, kładąc ciężką dłoń na ramieniu berserka. Podobnie jak wielu przedstawicieli jego profesji, Brodhirst szybko dawał się ponieść emocjom, co bywało zaletą, ale częściej rodziło problemy. - Było, minęło.

Thekkir oderwał wzrok od ognia, z zamyśleniem spoglądając na Renna. Potem zwrócił się do Odhima:

- Opowiedz o Vilmie - poprosił cicho.

Eyjagrani zadrżała, słysząc nieoczekiwane słowa. Niski, zachrypnięty głos Insorv brzmiał dziwnie po długim czasie nieużywania.

Irgrip przyglądał się Aheidvahlowi przez chwilę. Thekkir z pewnością znał historię uwięzionej w Kręgu bohaterki. Rytualista nie wiedział, czemu mężczyzna o to pyta. Z drugiej strony, zauważając zaciekawione spojrzenie Any, Odhim nie widział powodu, dla którego miałby odmówić. Młoda Tamerka najwyraźniej nie słyszała dotąd tej historii, a choć opowieść nie należała do tych, którymi bjortari chętnie się chwalili, nie należało jej zatajać. Ostatecznie z przypadku Vilmy wynikała jakaś nauka.

- Vilma Granaheim, córka Ungrimma, była jedną z Insorv Klanu Gharra - zaczął Irgrip powoli, starannie dobierając słowa. - Szacunkiem darzyły ją jednak także inne klany, bo, po prawdzie, niewiele było bjortari, którzy mogliby się z nią równać. Vilma była doskonałym wojownikiem, ale też - może przede wszystkim - niezrównanym strategiem i nauczycielem. Na polu bitwy nie ustępowała pola, jednak częściej niż za dokonania w walce chwalono ją za wkład, jaki wniosła w wyszkolenie kolejnych pokoleń klanowych wojowników. Granaheim jest twórczynią kerlarvy. Mówi się, że bez Vilmy Klan Gharra nigdy nie byłby tak silnym, ale też że cała kultura walki bjortari nie rozwinęłaby się tak bez jej udziału.

Ana słuchała, spoglądając na Odhima z uwagą. Pozostali, choć niewątpliwie słyszący tę historię nie po raz pierwszy, byli podobnie skupieni na słowach rytualisty.

- Coś zaczęło się psuć wraz z rozpoczęciem wojen klanowych - kontynuował Odhim, na co Renn parsknął cicho. "Coś zaczęło się psuć" było mocno wymijającym określeniem na to, o czym Irgrip miał opowiadać.

Skyrma spojrzał na berserka, nie przerwał jednak opowieści.

- Wielu wojowników zaczęło zapominać wtedy o honorze, do reszty gubiąc się w szale wojny, Vilma jednak... - Odhim urwał na chwilę, szukając odpowiednich słów. - Z Vilmy wyszło jednak okrucieństwo, co było tyleż samo nieoczekiwane, co przerażające. Nikt nie spodziewał się niczego podobnego akurat po Granaheim. Wiadomo było, że trudniejsze stanie się życie z berserkami...

Brodhirst parsknął ponownie, a Ylfgrim uśmiechnął się z rozbawieniem, żaden jednak się nie odezwał.

-...także po niektórych wojach spodziewano się, że mogą puścić im hamulce, ale Vilma nigdy nie należała ani do jednych, ani do drugich. Granaheim była zawsze spokojna, cokolwiek by się nie działo. Do walki przystępowała z tym samym trzeźwym rozsądkiem, co do szkolenia młodych wojowników. Rzadko kiedy dawała ponieść się emocjom i po wybuchu pierwszej wojny między Klanem Gharra a Klanem Atyra powszechnie sądzono, że Vilma będzie wsparciem heidra i, być może, także mediatorem. - Odhim odetchnął bardzo powoli. - Tak się jednak nie stało.

Irgrip zamilkł na dłuższą chwilę, spoglądając w ognisko.

- Vilma Granaheim zaczęła podejmować decyzje prowadzące do wielu niepotrzebnych, okrutnych śmierci - kontynuował. - Początkowo nikt nie zwracał na to uwagi, w końcu była wojna, a Insorv starała się, by jej klan wyszedł ze zmagań z jak najmniejszymi szkodami. Nie protestowano, gdy, wbrew dotychczasowym zasadom, zaczęła dobijać bezbronnych, zamiast puszczać ich wolno i gdy coraz częściej sięgała po paskudne podstępy, zamiast wypowiadać przeciwnikom honorową, otwartą walkę. Dużo czasu zajęło klanom przejrzenie na oczy i dostrzeżenie w pełni skali jej nieoczekiwanego okrucieństwa. - Odhim zacisnął zęby. - Zaczęła palić ludzi żywcem. Mordować dzieci i starszych. W osadzie, teraz znanej jako Sigvahl, dokonała nocnej masakry pozostałych tam bjortari, po której wody Gjollev jeszcze przez kilka kolejnych dni spływały krwią pomordowanych. - Głos Odhima nie zadrżał, gdy mówił o losie własnych pobratymców z Klanu Nidi, nietrudno było jednak dostrzec przebłysk bólu na jego twarzy, gdy o tym wspominał.- Klan Gharra wiele zawdzięczał Vilmie - opowiadał dalej rytualista. - Nie ulega wątpliwości, że była ich silnym ostrzem, wojem, którego dobrze było mieć w swoich szeregach. Wywalczyła im przewagę na tak wielu polach, że po zakończeniu zmagań żaden klan nie był w tak dobrym stanie, w jakim byli Gharra. - Irgrip spojrzał przelotnie na Anę. Także Klan Hangtyrana wyszedł z wojen niemal zupełnie bez szwanku, głównie dlatego, że prawie w ogóle w nich nie uczestniczył, zaszyty we własnych, południowych górach Tameru. Odhim nie widział powodu, dla którego miałby jednak to teraz wytykać. Ponownie powiódł spojrzeniem po pozostałych.

- Vilma Granaheim nie była już wojem, którym chciano się chwalić. Już nie. Nikt nie umniejszał jej wcześniejszych dokonań, nikt też nie mógł odmówić jej odwagi i zdecydowania podczas największych zmagań, ale... - Skyrma potrząsnął lekko głową, zawieszajc głos. - Klan Gharra postanowił sam osądzić swoją Insorv. To nie był łatwy sąd. Vilma była szanowana i ceniona przez całą społeczność bjortari, nagle jednak z ideału stała się kimś... Kimś innym. Obcym. Zmiana, jaka zaszła w niej podczas lat zmagań, była porażająca, tym bardziej, że Granaheim nigdy nie czuła się winna za swe czyny. Nie była sadystką - zastrzegł Odhim dobitnie - ale nigdy nie wyzbyła się przekonania, że jej działania były słuszne. Do końca powtarzała, że wojna, szczególnie taka wojna - duża, długa, będąca faktycznie czasem walki o przetrwanie - zmienia obowiązujące reguły. Gdy mówiła, że pozostała lojalna swym ludziom i że wszystko robiła dla nich, naprawdę to miała na myśli. Vilma... - Odhim westchnął cicho. - Vilma była do bólu oddana własnemu klanowi i to ją zgubiło.

Irgrip zapatrzył się w płomienie tańczące na ognisku.

- Wielu było takich, którzy albo zgadzali się z Vilmą, albo przynajmniej starali się usprawiedliwić jej czyny, wskazując na to, że wojna zmienia zasady, a kurczowe trzymanie się staroświeckich pojęć honoru tak naprawdę nigdy nie przynosi niczego dobrego, na dłuższą metę prowadząc do większych krzywd. Mimo tego, gdy przyszło do oceny przewinień Granaheim, decyzję podjęto jednogłośnie. Klan Gharra wziął na siebie odpowiedzialność za uczynki Vilmy, do sądu nad Insorv zaangażował jednak heidrów, skyrmów i co znamienitszych wojów pozostałych klanów. Wszyscy oni stwierdzili wtedy, że nie mogą wymierzyć kary niższej niż zamknięcie Granaheim w Kręgu. Zbyt wiele wyrządziła krzywd i rozlała zbyt wiele niepotrzebnej krwi, by można było złagodzić wyrok. Dodatkowo wskazywano też na argument niezwykłej siły i dumy samej Vilmy, której aż do ostatnich chwil nie złamano. Wielu rytualistów obawiało się, że nawet jeśli Insorv się ukorzy, jeśli przyjmie karę, jaką jej wymierzą - karę poza Kręgiem - okrucieństwo, które z niej wyszło, pozostanie. Że Vilma, nawet pozornie pogodzona z oceną wydaną przez inne klany, już się nie zmieni i pozostanie zagrożeniem. Mało kto wierzył, że jej przeprosiny - gdyby się na nie zdecydowała - mogłyby być szczere. Nastroje w klanach były zbyt gorące, a sama Granaheim przy tym zbyt niewzruszona i przekonana o własnych racjach, by można było dyskutować nad wyrokiem.

Rytualista odetchnął cicho.

- Wprowadzono ją za jedenaste alhi, bo twierdzono, że jest zbyt silna, by pozostawić ją na niższym poziomie Kręgu. Świadkowie wprowadzenia Vilmy za kamienie mówili potem, że szła dumnie wyprostowana i zachwiała się dopiero za dziewiątym alhi, znacznie później niż prowadzący ją skyrma. Oczywiście, to najpewniej wyolbrzymiona opinia, trudno sobie wyobrazić, by ktokolwiek mógł tak nonszalancko podchodzić do Kręgu. Nie ulega jednak wątpliwości, że Vilma była niezwykle zdolna i niezwykle silna. W samym Kręgu spędziła dwa tygodnie i jeden dzień, nim ostatecznie poddała się gwałtownym prądom utary. Jej ciała nigdy stamtąd nie zabrano. Przez cały czas spętania Granaheim była stopniowo pożerana przez spaczenie, które ostatecznie pochłonęło ją całkowicie. - Odhim zamilkł, uśmiechając się gorzko. Wcale nie był przekonany, czy Vilma, postępując tak, a nie inaczej, nie miała jednak racji, a to oni wszyscy się mylili, karząc ją za to.

Siedzieli jeszcze przez dłuższą chwilę, zasłuchani w odległe echa minionej bitwy. Gdy w końcu Diqna podniosła się, był to sygnał dla pozostałych do rozejścia. Następnego dnia czekała ich dalsza droga, na którą musieli być gotowi. Kolejno oddalali się do namiotów - Eyjagrani i Silje za Diqną, Renn razem z Chatzką i Ylfgrimem, Odhim z Fitse i Aną, Regwald zaś z Thekkirem - by spróbować zasnąć i uzupełnić siły uszczuplone na mogile. Wyprawa do Var Arrod dopiero się rozpoczęła.

Rozdział 15

O poranku stało się jasne, jak bardzo oddalili się od dotychczasowego szlaku. Jeszcze przed zwinięciem obozowiska Regwald i Chatzka zdecydowali się rozejrzeć po okolicy, a gdy wrócili, Unn z pełnym przekonaniem stwierdził, że nie podążają drogą, którą pamiętał z poprzedniej wyprawy do Var Arrod.

- Zboczyliśmy za bardzo na północ - powiedział woj, gdy zwinęli już ostatni z namiotów i uprzątnęli miejsce, w którym obozowali, rozsypując palenisko i zbierając ostatnie bagaże do skórzanych worków podróżnych.

- To przez ten grób - westchnął Odhim, z sapnięciem zarzucając sobie własną torbę na plecy. - Musieliśmy pomylić drogę, gdy próbowaliśmy się od niego oddalić.

- Wiecie, gdzie dokładnie teraz jesteśmy? - Diqna zmarszczyła lekko brwi. Jak przystało na urodzoną łowczynię, myślała zadaniowo. Skoro zboczyli z trasy, musieli przede wszystkim ustalić, gdzie są, a potem podjąć decyzję, co dalej.

- Ja wiem - odezwała się Chatzka. Jej chrapliwy, nie do końca ludzki głos początkowo brzmiał dziwnie i niepokojąco, teraz jednak coraz mniej zwracali na niego uwagę. - Jesteśmy niedaleko Urkari. - Kobieta zawahała się na moment. - Moglibyśmy dotrzeć do miasta przed zmrokiem.

Silje spojrzała pytająco na Regwalda. Choć nie został wyznaczony na oficjalnego przywódcę ich małej ekspedycji, znajomość terenu i wcześniejsze doświadczenia z Var Arrod siłą rzeczy czyniły z niego lepszego przewodnika niż Diqna.

- Mamy na to czas? - spytała Hadharka.

Zerkająca na nią kątem oka Eyjagrani była przekonana, że na samą myśl o opóźnieniach tropicielka krzywi się w duchu.

W odpowiedzi na pytanie haaim Regwald wzruszył ramionami.

- Właściwie nie widzę powodu, dla którego mielibyśmy się tam nie zatrzymać. To nie będzie duża zwłoka, a skoro jesteśmy tak blisko, szkoda byłoby stracić okazję na dodatkowy nocleg pod dachem.

- Świetnie, postanowione! - huknął gromko Renn, gdy po krótkiej chwili nikt nie zgłosił sprzeciwu, za to większość kiwała głowami w wyrazie aprobaty. - Chodźmy dalej, dosyć mam tego gówna - rzucił, krzywiąc się i ruchem głowy wskazał mogiłę pozostawioną za plecami. Choć przez spędzone tu godziny zdążyli się w pewnym stopniu przyzwyczaić, odległy brzęk broni i krzyki wciąż pozostawiały po sobie dziwne, niepokojące wrażenie.

Chatzka wysunęła się na przód, lepiej niż inni wiedząc, jak najszybciej trafić do miasta. Wychowana w Urkari varta wybierała drogę bez wahania, czasem tylko węsząc przez chwilę, ani na moment nie zatrzymując się jednak. Szła szybko, zarządzając postój tylko raz, by dać wędrującym chwilę oddechu podczas wyczerpującego marszu.

Do Urkari dotarli przed wieczorem. Zbliżając się do miasta, Chatzka stopniowo zwalniała kroku, wreszcie zatrzymała się. Teren w tym miejscu obniżał się nieco, łagodnym stokiem prowadząc do płytkiej, stosunkowo rozległej jednak kotliny, niemal w całości zajętej przez zabudowania osady.

- Wygląda całkiem podobnie do Yrkazaanu - zauważyła Ana, zatrzymując się wraz z wszystkimi na skraju górującego nad miastem wzniesienia. Urkari ze swą niską, drewnianą zabudową, rozkładem dzielnic, z niedużymi świątyniami i domem treningowym było niemal wiernym odbiciem nieformalnej stolicy Heimareldu.

- Nie było potrzeby zmieniać rozwiązań, które się sprawdziły - odpowiedziała varta, wzruszając ramionami.

Varrthasir zmarszczyła brwi pytająco.

- Yrkazaan jest starszy - pospieszył z wyjaśnieniem Ylfgrim. - Gdy Klan Gharra osiadł już w stałym miejscu, Klan Atyra jeszcze przez długi czas żył bez własnego miasta. Urkari w takiej formie wzniesiono dopiero po wojnach klanów. Klan Gharra pomagał w jego budowie, stąd wiele podobieństw między miastami.

- Chodźcie - rzuciła Chatzka, w kolejnej chwili prowadząc grupę w dół, ku otoczonemu masywnym, kamienno-drewnianym murem Urkari. - Nie mamy na co czekać.

- Oprowadzisz nas? - spytała cicho Ana, gdy kilka minut później przeszli przez niezamkniętą jeszcze na noc furtę i stanęli na bruku głównej ulicy miasta. Tamerka rozglądała się z zaciekawieniem wokół, zafascynowana nowym miejscem.

Eyjagrani przyjrzała się dziewczynie z zaciekawieniem. Widząc spojrzenie Heidveurr, Tamerka uśmiechnęła się nieznacznie.

- Nasze miasta wyglądają zupełnie inaczej - wyjaśniła lekko speszona.

Chatzka przyglądała się dziewczynie przez chwilę. Varta nie przewidywała wycieczki krajoznawczej, spodziewała się raczej, że po dotarciu do miasta od razu udadzą się do karczmy, zjedzą i wyśpią się, by następnego dnia móc jak najwcześniej wyruszyć dalej. Teraz, po chwili namysłu, kobieta skinęła głową.

- Mogę oprowadzić.

Ruszyli dalej, w kierunku wskazanym przez vartę, zbaczając z niego za każdym razem, gdy ktoś z grupy wyraził zainteresowanie którymś z mijanych miejsc.

Najpierw zatrzymali się przy domu ćwiczebnym, Arreldzie. Choć mniejszy od yrkazaańskiego Lokityru, wciąż górował nad okolicznymi budynkami. Kształtem przypominający leżącą do góry dnem, masywną łódź, sprawiał wrażenie niezwykle cichego, wręcz opustoszałego. Zapytana o to Chatzka zaśmiała się krótko.

- Nasza szkoła jest oblegana jak zawsze - stwierdziła zmiennokształtna z rozbawieniem. - To tylko te ściany. Są grube, wykonane z jakiegoś specjalnego drewna... - Wzruszyła lekko ramionami. Nie znała się na szczegółach budowlanych. - Jest grube i tłumi wszystkie dźwięki.

- A Arena? - spytała Diqna. Łowczyni wiedziała, że plac ćwiczebny Klanu Atyra znajduje się tu, w mieście, nie było jednak słychać żadnych odgłosów mogących świadczyć o odbywających się w pobliżu walkach treningowych.

- Jest za budynkiem. To podobno też kwestia położenia, dom wygłusza z tej strony wszystkie dźwięki.

Do kolejnego miejsca doprowadziły ich echa psich szczeknięć i powarkiwań. Było je słychać już przy Arreldzie, a im dalej zagłębiali się w miasto, tym stawały się głośniejsze. Ostatecznie Chatzka skręciła w jedną z bocznych uliczek, prowadząc grupę prosto do psiarni.

- Ach. Te słynne dogi - mruknął cicho Ylfgrim, kiwając głową z uznaniem.

Masywne, białe psy zamknięte były w kilku wybiegach przylegających do długiego budynku przypominającego nieco stajnię. Wewnątrz jednak, zamiast koni, w licznych, niezbyt dużych boksach, swe legowiska miały klanowe atyry.

Renn przyglądał się psom z uwagą.

- Można pogłaskać? - spytał w pewnej chwili, przechylając się nieco bardziej nad ogrodzeniem jednej z zagród.

- Można - rzuciła Chatzka z rozbawieniem. - Tylko nie wiem, czy odzyskasz potem rękę.

Brodhirst sapnął cicho, spoglądając na vartę spod oka i poprzestając ostatecznie tylko na przyglądaniu się psom - wylegującym się, węszącym wokół wybiegów bądź szamoczącym się w spontanicznie wybuchających bójkach.

- Czy one nie powinny być... No, kolorowe? - zapytała w pewnej chwili Silje.

Chatzka roześmiała się.

- Kolorowe?

- No. Kolorowe. Ostatnio jak widziałam wasze psy, miały takie... - Maral przeciągnęła palcami na wysokości swoich kości policzkowych. - Takie pasy na pyskach i jakieś takie inne na ciele.

- Barwy wojenne - podsumowała zmiennokształtna, z wyraźnym trudem powstrzymując śmiech. - Nie malujemy ich tak na co dzień, tylko na określonych etapach szkolenia i na wyprawy. No i do bitwy. W innych sytuacjach oznaczenia klanowe nie są potrzebne, a umówmy się, bycie utytłanym barwnikiem dla żadnego doga nie jest atrakcją. - Kobieta wzruszyła lekko ramionami.

Gdy grupa się napatrzyła, Chatzka poprowadziła ich dalej. Nie odeszli daleko - podążając wzdłuż ogrodzeń psich zagród, zaledwie chwilę później dotarli do kolejnego wybiegu. Ten osłaniał wyższy parkan z grubszych bali. Podobnie jak w przypadku psiarni, ta zagroda także przyklejona była do podłużnego budynku, niemal identycznego, jak poprzedni - mniejszego tylko i o jednym wejściu.

- Prosiaki! - huknął Renn z entuzjazmem, jako pierwszy domyślając się, gdzie dotarli.

Ylfgrim zmarszczył lekko brwi. Gdy uświadomił sobie, o co chodzi Brodhirstowi, parsknął cicho.

- Prosiaki, co? - mruknął.

Ana spoglądała to na jednego, to na drugiego bez zrozumienia. Jako jedyna w grupie zupełnie nie wiedziała, czego powinna się spodziewać - Tamerczycy niemal nie uczestniczyli w wojnach klanowych, w których mogliby zmierzyć się z dzikimi świniami bojowymi Klanu Atyra, dziewczyna najwyraźniej nie słyszała też dotąd żadnych opowieści na ich temat. Nie wiedziała tego, co wiedziały inne klany - jak wielką zmorą są nieliczne oddziały jeźdźców z Urkari, jak mordercze są szarże rosłych dzików, uzbrojonych w dwie pary długich, zagiętych kłów i jaki chaos wprowadza w szeregach zwyczajnej konnicy charakterystyczne brzęczenie dzwoneczków i kawałków metalu, wplecionych w długą sierść na piersi dzikich świń.

- Asjormy - wyjaśniła Chatzka w odpowiedzi na nieme pytanie Varrthasir. - Nasze dzikie świnie bojowe. Nie ma ich tu jednak.

Renn spojrzał na vartę rozczarowany.

- Jak to nie ma?

- Nie ma. - Kobieta uśmiechnęła się nieznacznie. - Nie trzymamy ich w mieście. Stado żyje na północnym pogórzu. Nasi opiekunowie podążają za nim, by wiedzieć, gdzie aktualnie przebywa, i zagonić je do miasta w razie potrzeby.

Brodhirst spojrzał na pusty wybieg zachmurzony.

- Dużo ich macie? - zapytał z zaciekawieniem Odhim. - Słyszałem, że wasza kawaleria robi wrażenie, ale w historiach pojawia się tyle różnych wersji co do liczebności stada, że trudno wybrać tę właściwą.

- Historie w większości wyolbrzymiają ten temat - przyznała Chatzka. - Aktualnie mamy dwadzieścia trzy sztuki. Stado nigdy nie było liczniejsze niż trzy dziesiątki, łącznie z młodymi.

Irgrip skinął lekko głową.

- Ten budynek - zaczęła po chwili Ana - po co wam on, skoro asjormy tu nie mieszkają?

- Trzymamy tu ich rzędy i całe wyposażenie jeźdźców - wyjaśniła varta. - Siodła codzienne, siodła ozdobne, uździenice, juki, ale też kawaleryjską broń. - Widząc zaciekawienie w spojrzeniu Tamerki, Chatzka uśmiechnęła się przelotnie. - Jeźdźcy nie mogą walczyć tym, czym piechurzy, asjormy są za duże. Broń musi mieć większy zasięg. Poza tym szkolimy tu młode, przyzwyczajamy je do człowieka. - Vartahel powiodła wzrokiem po opustoszałym teraz budynku. - Opiekunowie sprowadzą nowy miot za dwa, może trzy miesiące. - Wzruszyła lekko ramionami. Do tej pory ich podróżującej grupy już tu nie będzie. Jeśli ktoś chciałby zobaczyć młode asjormy, musiałby wybrać się potem do Urkari sam.

Zakładając, że w ogóle jakiegoś "potem" dożyjemy, pomyślała Chatzka przelotnie.

Ruszyli dalej, kierując się coraz dalej ku północnemu skrajowi miasta. Przeszli przez nieduży, brukowany plac - swoiste centrum miasta - otoczony ze wszystkich stron domami rzemieślniczymi. Minęli dwie nieduże kaplice poświęcone aspektowi nir, życia i jedną zdominowaną przez ikth, domenę półżycia w rytualistycznych wierzeniach bjortari. Tylko na chwilę zatrzymali się przy Chacie - będącej niemal lustrzanym odbiciem tej w Yrkazaanie, bogatszej jedynie o przybudówkę z prawej strony, prywatną psiarnię heidra. Na sam koniec wycieczki stanęli przed masywnymi drzwiami najwyższego budynku w mieście, równego otaczającym miasto murom.

- Hugveig. Nasza główna świątynia - rzuciła Chatzka, spoglądając z zamyśleniem na budowlę. Na obu skrzydłach głównych wrót wydrapano symbole trzech aspektów, co mogłoby sprawiać wrażenie aktu wandalizmu, gdyby nie to, że znaczenia były wyraźnie stare. To, że dotąd nikt się ich nie pozbył, że drzwi nie wymieniono lub przynajmniej nie przykryto wydrapanych linii dodatkową warstwą barwnika, świadczyło o ich celowości.

Fitse zadarło głowę, obejmując wzrokiem całą sylwetkę budynku, aż do częściowo kopulastego dachu.

- Rzeczywiście, poświęciliście ją trzem aspektom - mruknął Odhim, przez chwilę podążając spojrzeniem za wzrokiem medium, potem kierując swą uwagę ponownie na Chatzkę.

- Sądziłeś, że to wymysł? - Varta uśmiechnęła się z rozbawieniem, odsłaniając zaostrzone kły.

Skyrma wzruszył lekko ramionami.

- Nie byłem pewien. Brak dominacji któregokolwiek aspektu jest po prostu zaskakujący.

- Wcale nie aż tak - dodało cicho Fitse, po chwili spoglądając na dyskutujących. - Jestem przekonane, że kiedyś takich świątyń, oddanych wszystkim aspektom, było więcej. To bardziej naturalne, w końcu życie składa się z kilku etapów, a żaden z nich nie jest dominujący. - Nastolatek uśmiechnął się łagodnie.

Odhim nie odpowiedział, przyglądał się tylko dziecku przez chwilę w zamyśleniu.

- Wejdziemy do środka? - zapytała Ana, zerkając pytająco na Chatzkę.

- Nie teraz. - Varta pokręciła głową. - Hugveig jest zamknięty, otworzą go dopiero na wieczorne obrzędy.

- Czy w takim razie możemy... - zaczęła Tamerka, przerwało jej jednak dobitne, sugestywne westchnięcie Renna.

- Nie mówcie, że macie ochotę koczować pod świątynią - rzucił woj, spoglądając to na Anę, to na Fitse, którzy jego zdaniem właśnie to planowali. - Jest wiele przyjemniejszych miejsc, gdzie można spędzić wieczór.

Fitse zmarszczyło lekko brwi, nic jednak nie powiedziało.

- Zakładam, że chcesz iść do karczmy - podsumowała Chatzka, jednocześnie spoglądając na pozostałych.

- Tak. Chcę iść do karczmy - potwierdził Brodhirst.

Także Ylfgrim pokiwał milcząco głową, podobnie Diqna i Regwald. W spojrzeniu Thekkira również widać było milczącą aprobatę.

- Też bym poszła. Zjadłabym już asjorma z racicami - mruknęła dodatkowo Eyjagrani, milcząca przez większość czasu, odkąd opuścili mogiłę u podnóża Patrona.

Silje ścisnęła pokrzepiająco ramię vartahel.

Ana westchnęła cicho.

- No dobrze - burknęła, wyraźnie niezadowolona z werdyktu. - Chodźmy w takim razie.

- Zawsze będziesz mogła przyjść tu później. Gdy obrzędy już się rozpoczną, Hugveig pozostanie otwarty całą noc, aż do jutrzejszego popołudnia.

Tamerka milcząco skinęła głową, w kolejnej chwili razem z resztą ruszając za Chatzką w kierunku wybranej przez vartę karczmy.

Lokal był nieduży, wystarczający jednak, by móc wieczorami ugościć wszystkich, którzy chcieliby spędzić tu trochę czasu. Ciasne, przytulne wnętrze, niemal w całości zastawione mniejszymi i większymi stołami, pogrążone było w półmroku rozjaśnianym kilkoma sprowadzonymi ze wschodu niedymiącymi lampkami. W powietrzu snuły się kłęby dymu z palonych przez niektórych, aromatycznych ziół, a całe pomieszczenie przesycała woń alkoholu i pieczonego, tłustego mięsiwa.

- No. To jest dobre miejsce - przyznał Renn, wyraźnie usatysfakcjonowany, stojąc na progu i się rozglądając.

Ana prychnęła cicho.

- Usiądźcie gdzieś. Coś nam zamówię - rzuciła Chatzka, przepychając się już w kierunku lady barowej i krzątającego się za nią niewysokiego bjortari.

Mężczyzna był drobny, wręcz wychudzony i charakterystycznie mrużył oczy, chcąc spojrzeć gdzieś dalej. Właśnie takim spojrzeniem, spod półprzymkniętych powiek, lustrował pomieszczenie, nim dostrzegł vartę. Uśmiechnął się promiennie i uniósł dłoń na powitanie.

- Chodźcie, dzieciaki! - zahuczał Brodhirst, rozglądając się ponad tłumem i odnajdując stolik wystarczająco duży, by wszyscy mogli się przy nim pomieścić. - Za mną. - Z tymi słowy berserk zaczął przeć przed siebie jak ociężały, górski bawół, sunąc powoli, ale uparcie w raz obranym kierunku.

Rozsiedli się na jednym, wolnym jeszcze końcu długiego stołu, a parę chwil później dołączyła do nich Chatzka, razem z drobnym karczmarzem przynosząc tace pokrojonego mięsiwa, kosz pełen ciepłego, chrupiącego chleba i placków z różnych rodzajów ziaren oraz dzbany piwa i dimu. Gdy rozstawiali kolejne talerze i kufle, z drugiego końca stołu dobiegło ich ciche gwizdnięcie podziwu.

- No, no. Ktoś tu dzisiaj zasłużył na heidrowską kolację, co?

Pełen wyraźnego rozbawienia rubaszny głos należał do niewysokiego, krągłego mężczyzny o zaczerwienionych policzkach. Ciemnowłosy, brodaty nieznajomy siedział w towarzystwie ośmiu innych bjortari, podobnie jak on przyglądających się teraz przygotowaniom do posiłku i uśmiechających się z rozbawieniem. Ich własne talerze, dzbany i kufle były już niemal całkowicie opróżnione.

- Długa podróż? - zapytała lekko jedna z towarzyszek mężczyzny. Drobna kobieta uśmiechnęła się ciepło, odruchowo poprawiając parę kosmyków mocno kręconych, kruczoczarnych włosów i zakładając je za ucho.

- Tak. Rzeczywiście dosyć długa - odpowiedziała Diqna z rezerwą, wcześniej wymieniając spojrzenia z resztą własnej grupy. Nieznajomi wywoływali w łowczyni dziwne wrażenie. Spoglądając na grupę obszarpańców - jak odruchowo nazwała ich w głowie, oceniając wyraźnie znoszone, pozbawione jakichkolwiek zdobień podróżne ubrania i przykurzone torby rzucone pod stół - nie mogła opędzić się od myśli, że już kiedyś ich spotkała, jednocześnie mając pewność, że wcale tak nie było. Zerkając na swych towarzyszy, widziała, że także oni zmagają się z podobnym dysonansem. Niepokoił ją też wzrok, jakim na obcych spoglądał Thekkir - Aheidvahl świdrował ich spojrzeniem znacznie bardziej czujnym i uważnym niż kogokolwiek dotąd.

Mężczyzna, który zaczepił ich jako pierwszy, rozpromienił się, jakby zupełnie nie zauważając zdystansowania Diqny. Bez pytania przesunął się z własnym krzesłem bliżej, a zaraz za nim uczyniła to reszta jego grupy.

- Jestem Thorann - przedstawił się z szerokim uśmiechem, klepiąc ramię starszej Heidveurr ze znacznie większą poufałością, niż łowczyni by sobie życzyła. - Thorann Gollstrond. A ci - ruchem głowy wskazał swoich towarzyszy - to moja banda obszarpańców. - Mężczyzna uśmiechnął się przekornie, a Diqna drgnęła lekko, gdy użył dokładnie tego słowa, jakim ona sama określiła ich w myślach.

Grupa z Yrkazaanu milczała dłuższą chwilę, stopniowo odprężając się jednak, gdy nieznajomi, niezrażeni pierwszą nieufnością, zaczęli dosiadać się bliżej i przedstawiać.

Sympatycznie uśmiechnięta kobieta o burzy drobnych, niezliczonych loczków została zaprezentowana przez Thoranna jako Lyfja Hlorrjorm, zielarka i uzdrowicielka ich małej grupki. Siedzący po jej prawej rosły, siwowłosy mężczyzna przedstawił się jako Gerd Fradmark. Jego twarz była gładka, pozbawiona zarostu i barw wojennych, mimo tego trudno było nie odnieść wrażenia, że bez rozbudowanego vegdra, rytualnego malunku, mężczyzna jest dziwnie nagi.

Mężczyzna siedzący tuż za Gerdem uśmiechnął się nieznacznie. Poza przedstawieniem się jako Vinghrid Vanmarr, jasnowłosy, drobny myśliwy nie mówił wiele i Diqna odnosiła wrażenie, że to przez wzgląd na trudności, z jakimi się to dla niego wiązało. Coś w jego mimice wskazywało, że nie jest mu ona do końca posłuszna. Jasnoszare oczy Vinghrida błyskały jednak łobuzersko, a on sam rozpierał się na swym krześle nonszalancko, obserwując całą resztę z rozbawieniem.

Postawny woj siedzącym u boku Vanmarra przedstawił się jako Sven Ingrod. W jasne, niemal białe włosy opadające mu luźno na plecy wplecione miał niedźwiedzie kły.

Wojownik zwracał się w kierunku pozostałych, jego oczy były jednak zasnute mgłą - wojownik musiał być niewidomy. W przekonaniu tym utwierdzała też bliska obecność Otto Nastheidra - mężczyzna w średnim wieku pochylał się w stronę Svena i co jakiś czas mamrotał mu coś do ucha, być może opisując Diqnę i jej towarzyszy. Ingrod słuchał uważnie, co jakiś czas tylko poirytowanym gestem odgarniając pojedyncze kosmyki kasztanowych, przetykanych siwizną włosów Otto, które wymykały się z luźnego kucyka, w jaki były spięte, i łaskotały go w nos i policzki, gdy Nastheidr się pochylał. Sam Otto przedstawił się jako główny - najbardziej uzdolniony i efektywny, jak stwierdził z rozbawieniem - myśliwy ich grupy, dodatkowo do własnej prezentacji dodając też swojego psa. Duży, siwy ogar myśliwski leżał spokojnie pod stołem, przytulając się do nóg swego pana i nie zwracając większej uwagi na zamieszanie.

Słowa Otto o najbardziej uzdolnionym spotkały się z cichym prychnięciem ze strony jednej z kobiet. Wysoka i smukła, jasnowłosa wojowniczka przedstawiła się jako Leir Markkari, jednocześnie spoglądając na Nastheidra z wyraźną dezaprobatą.

Silje uśmiechnęła się przelotnie, widząc niezadowolenie kobiety. Nie ulegało wątpliwości, że Leir i Otto musieli nieustannie ścierać się o prym jako najlepsi myśliwi ich małej grupy. Potwierdził to także Thorann, który wybuchnął rubasznym śmiechem, spoglądając to na swą wojowniczkę, to na starszego myśliwego. Markarri sapnęła cicho, skrzywiła się i ostentacyjnie skrzyżowała ręce na piersi, obserwując pozostałych spod zmarszczonych brwi. Gdy jej wzrok zatrzymał się na Eyjagrani, vartahel odpowiedziała jej uważnym spojrzeniem, ze szczególnym zaciekawieniem przyglądając się płaszczowi kobiety - wykonanemu z charakterystycznie cętkowanego futra, które Heidveurr wszędzie rozpoznałaby jako sierść gharra - i włóczni wspartej o ścianę karczmy za plecami Leir.

Jako ostatni przedstawili się Ind Groa i Azina Vegslodd. Ten pierwszy był niewysoki i żylasty, największą zaś uwagę zwracała jego fryzura - dwa wygolone do gołej skóry boki głowy kazały skupić wzrok na pojedynczym, grubym warkoczu splecionym z kasztanowych włosów, bogato zdobionym różnokolorowymi piórami, pazurami drobnych zwierząt i koralikami. Ind był świadom wrażenia, jakie robi jego fryzura, bo teatralnie obrócił się w jedną i w drugą stronę, pozwalając, by światło karczmy błyskało na ozdobach.

Najciekawszym z członków grupy był jednak niewątpliwie ostatni z mężczyzn. Azina wyróżniał się imieniem, ciemniejszą karnacją od pozostałych, nieco bardziej skośnymi, zmrużonymi oczami i, przede wszystkim, bardzo delikatnymi rysami twarzy. Gdy się uśmiechał, był to uśmiech niezwykle ciepły i urokliwy, gdy zaś mówił, jego głos był cichy, miękki, przyjemnie melodyjny. Gdy Thorann określił Azinę jako maskotkę w ich małej rodzinie, Vegslodd parsknął cicho, ale nie zaprotestował.

- Nie jesteście stąd - zauważyła potem Chatzka, gdy także ich grupa pokrótce się przedstawiła. - Wędrujecie?

Thorann skinął lekko głową.

- Dokładnie tak - przyznał. - Wędrujemy. Od kilkunastu lat nie trzymamy się żadnego klanu.

- I czym się w takim razie zajmujecie? - spytała Ana z bezpośredniością, którą nawet wśród bjortari wielu mogłoby uznać za nadmierną. Z drugiej strony, żaden z wędrowców nie wydawał się poruszony czy zaskoczony postawą Tamerki, wręcz przeciwnie - Ind Groa roześmiał się tylko, Otto uśmiechnął ciepło, a Lyfja przekrzywiła lekko głowę, spoglądając na dziewczynę z sympatycznym zaciekawieniem.

- Polowaniem. Handlem. - Gerd wzruszył ramionami. - Czym potrzeba. Lyfja czasem najmuje się w miastach jako uzdrowicielka, jeśli ktoś akurat potrzebuje jej pomocy.

- To nie brzmi, jak szczególnie dobry sposób na życie - zauważyła Ana z powątpiewaniem. Jej rodzinny Tamer od wielu lat pozostawał w stałym kontakcie z krajami leżącymi po drugiej stronie wewnętrznego morza, z którymi łączyły go stosunkowo bliskie więzi. Intensywny handel z południem był nieodłącznym elementem kultury Tameru, stąd wychowana tam Varrthasir siłą rzeczy wszystko przeliczała na potencjalne korzyści, w większości materialne. Z tej perspektywy wizja wędrownego życia nie mogła do niej przemawiać.

Thorann roześmiał się rubasznie.

- Może i nie, ale nam wystarcza - rzucił z rozbawieniem. - Niewiele potrzeba nam do szczęścia. Ot, tyle, by mieć co zjeść i gdzie się wyspać. No i, oczywiście, czego się napić - mówiąc to, sugestywnie wzniósł ponownie napełniony piwem kufel i upił z niego solidny łyk.

- A co z wami? - spytał Azina, przyglądając się grupie z zaciekawieniem. - Od razu widać, że nie pochodzicie z jednego klanu. Ty - zatrzymał spojrzenie na Chatzce - z pewnością jesteś stąd, poruszasz się jak u siebie. Ale już na przykład wy - skierował swą uwagę na Eyjagrani i Diqnę - nosicie symbole Gharra. A ty w ogóle nie jesteś stąd. W sensie, z Heimareldu - zakończył, spoglądając na Silje.

Diqna uśmiechnęła się nieznacznie.

- Trafne spostrzeżenia - przyznała, serwetą ocierając usta z tłuszczu pozostałego po jedzeniu. - Rzeczywiście, nie pochodzimy z jednego klanu. My... - Zawahała się, ostatecznie wzdychając lekko. - Idziemy do Var Arrod.

- Var Arrod? - Sven zwrócił swe niewidzące oczy ku Diqnie, kierując się jej głosem. - Słyszeliśmy, że zostało odnalezione, sądziliśmy jednak...

- Sądziliśmy, że to bujda - stwierdził Ind, gdy siwowłosy woj przerwał na chwilę, szukając sposobu na wyrażenie swych wątpliwości. - Miasto miałoby się ot tak pojawić po tylu latach? Nonsens.

- Miasto nie pojawiło się - odezwał się nagle Thekkir. - Miasto było. Ciągle. Czekało.

Groa zmarszczył brwi.

- Aheidvahl jest tym, który je odnalazł - wyjaśnił cicho Odhim. - Odkąd wrócił... On...

- Var Arrod go zmieniło - stwierdził krótko Regwald, ucinając temat. - Miasto jednak rzeczywiście cały czas było, ono po prostu... - Mężczyzna wzruszył lekko ramionami. - Chyba faktycznie czekało.

- I teraz idziecie je odwiedzić - zauważył Thorann, przyglądając się grupie z nieco większym zainteresowaniem. - Międzyklanowa wyprawa do źródeł, co? To w zasadzie było do przewidzenia.

- Co w zasadzie chcecie tam znaleźć? - spytała ostro Leir Markkari. - Po tylu latach nie zostało tam pewnie nic poza ruinami - stwierdziła, spoglądając sugestywnie na Thekkira. - Czy może wasz odkrywca twierdzi co innego?

Regwald skrzywił się na sarkazm słyszalny w tonie wojowniczki, nie odezwał się jednak.

- Nie wiemy, co chcemy tam znaleźć - odpowiedziała spokojnie Diqna, spoglądając kątem oka na Unna i Aheidvahla. - Po prostu... Idziemy zobaczyć. Heidrowie są zwyczajnie ciekawi - my wszyscy jesteśmy ciekawi. Var Arrod to w końcu legenda i kawał naszej historii. Jeśli możemy go odzyskać, powinniśmy spróbować to zrobić.

Otto pokiwał głową w zamyśleniu.

- No dobrze, zakładając, że ruiny miasta leżą tam, gdzie powinny, w miejscu dawnego Var Arrod, to pewnie będziecie iść wzdłuż rzeki? - zapytał Thorann po chwili niezręcznej ciszy. Mężczyzna chrząknął cicho i ponownie uśmiechnął się radośnie, choć tym razem jakby bardziej wymuszenie niż na początku. - Może spotkacie tego samozwańczego bohatera.

Eyjagrani spojrzała na Thoranna pytająco.

- Samozwańczego bohatera?

- Chodzi ci pewnie o tego chłopaczka? - odpowiedział pytaniem Otto, spoglądając pytająco na Thoranna. Gdy Gollstrond skinął głową, myśliwy ponownie zwrócił się ku vartahel. - Spotkaliśmy go jakiś czas temu. Kawał chłopa, szeroki w barach. Strzelam, że syn kowala. Obozował z nami przez jedną noc. Twierdził, że szuka źródeł Andmary.

Diqna drgnęła.

- Vitt - rzuciła krótko, zerkając na Eyjagrani. - To mógł być Vitt Ulaar. To syn naszego zbrojmistrza.

Thorann wzruszył ramionami.

- Chyba faktycznie miał tak na imię. Może znajdziecie go na trasie, jak błąka się wzdłuż rzeki. Jeśli w ogóle jeszcze żyje - dodał z wahaniem.

Nietypowo małomówny dotąd Renn rozprostował się.

- Dlaczego miałby nie żyć? - zadudnił niskim głosem, spoglądając na wędrowców podejrzliwie.

Sven parsknął cicho.

- Nic mu nie zrobiliśmy, możesz zatrzymać takie sugestie dla siebie - stwierdził oschle. - Po prostu samotne podróże są niebezpieczne, zwłaszcza po górach. Szczególnie w tym rejonie.

- A co takiego się tu dzieje? - zapytała gładko Silje, kołysząc leniwie kubkiem z wystygłym już dimem.

- Dziwne rzeczy - odpowiedziała Lyfja i uśmiechnęła się przepraszająco. - Wiem, jak to brzmi, ale nie da się tego nazwać inaczej. To...

- Utara - rzuciło cicho Fitse. Długą chwilę siedziało ze zwieszoną głową, jedząc kolację w milczeniu i przysłuchując się tylko. Teraz uniosło głowę, wbijając świdrujące spojrzenie w wędrowną uzdrowicielkę. - Utara, prawda?

Kobieta westchnęła cicho.

- Chyba tak - przyznała. - Wszędzie robi się silniejsza, ale tutaj jest to chyba bardziej odczuwalne.

Fitse nie odpowiedziało. Wszyscy przez kilka kolejnych chwil w milczeniu oddawali się jedzeniu, każdy pogrążony we własnych myślach.

Ciszę przerwała dopiero Chatzka. Unosząc w pewnej chwili głowę, powęszyła krótko i prześlizgnęła się spojrzeniem po zebranych w karczmie. Gdy jej wzrok zatrzymał się na znajomej sylwetce Asira, płynnie wstała od stołu.

- Dacie sobie radę przez chwilę? - rzuciła z przekąsem, po czym oddaliła się, nie czekając na odpowiedź. Przepychając się przez ciasne wnętrze, obejrzała się tylko raz, akurat w chwili, gdy Ana i Fitse wstali od stołu i skierowali się ku wyjściu z lokalu.

Varta uśmiechnęła się przelotnie. Młodzi musieli iść na wieczorne rytuały. Ich upór, by zobaczyć Hugveig od środka, był w pewien sposób rozczulający.

Zatrzymując się przy Asirze, który rozsiadał się właśnie przy jednym z mniejszych stołów, Chatzka bez wahania zajęła krzesło naprzeciwko.

- Śmierdzisz, Insvarr - rzuciła, ponury komentarz łagodził jednak przelotny uśmiech, igrający jej w kącikach warg.

Tamerczyk parsknął cicho i pokręcił lekko głową.

- Doceniam, że pofatygowałaś się specjalnie po to, by mi to powiedzieć - rzucił, spoglądając na Chatzkę z rozbawieniem. - Dobrze cię widzieć, Chatz. Nie mówiłaś, że zamierzacie się tu zatrzymać - powiedział. Obecność reszty grupy wędrującej do Var Arrod była dla niego oczywista - nie spoglądał na nich, ale czuł ich zapachy snujące się w karczmie.

- Bo nie zamierzaliśmy - przyznała, wspierając się przedramionami o blat stolika. - Plany się jednak zmieniły. - Kobieta skrzywiła się. - Mogiła pod Patronem - dodała krótko w ramach wyjaśnienia, a Asir skinął głową. Podobnie jak wszyscy, znał legendy o echach minionych wojen rozbrzmiewających jeszcze w całym Heimareldzie.

- Długo zostaniecie? - spytał, odchylając się, by umożliwić karczmarzowi postawienie przed nim talerza z solidnym kawałkiem krwistego mięsa. Varty żywiły się jak wszyscy inni bjortari, te jednak, które przybierały formę drapieżników, często wykazywały dodatkowy apetyt na surowiznę. Podobnie było ze zmiennokształtnymi o trawożernym totemie - ci nierzadko potrafili się obyć bez mięsa, z własnej woli decydując się na roślinną dietę.

- Nie. - Chatzka pokręciła lekko głową. - Jutro o świcie ruszamy dalej. Nie chcemy tracić czasu. - Wzruszyła ramionami. Wszyscy chcieli już być na miejscu i wiedzieć, co ich czeka. - A ty? - spytała po chwili, pozwalając przedtem Asirowi przeżuć kilka pierwszych kęsów kolacji. - Gdzie zostawiłeś syna?

Insvarr skrzywił się i spochmurniał.

- W Yrkazaanie - rzucił krótko, unikając spoglądania na Chatzkę i z większą uwagą oddając się krojeniu mięsa.

Jasnowłosa varta uniosła lekko brwi.

- W Yrkazaanie - powtórzyła powoli. - A dlaczego tam?

- Hamarr znowu gorzej się poczuł - odpowiedział Asir. - Podróż nie byłaby dla niego bezpieczna.

Chatzka milczała przez dłuższą chwilę, potem uśmiechnęła się gorzko.

- Nires jest pewnie szczęśliwa - zauważyła kąśliwie. - To doprawdy wspaniały zbieg okoliczności, że chłopiec zaniemógł akurat teraz, kiedy w końcu udało ci się wywalczyć prawo do częściowej opieki nad nim.

- Nie wiem, Chatzka - rzucił Insvarr poirytowany, unosząc nagle ostre, świdrujące spojrzenie na kobietę.

Ta westchnęła cicho. Ogień buzujący w spojrzeniu wojownika mógłby parzyć, a wylewająca się z niego podejrzliwość była aż nadto widoczna. Gdy chodziło o Nires, Asir wyraźnie nie wierzył w aż tak fortunne zbiegi okoliczności.

- Nie wiem, czy jest szczęśliwa. Jaka matka mogłaby się cieszyć z choroby własnego dziecka? Ale tak, w pewnym sensie udało jej się osiągnąć to, co chciała. Wciąż ma Hamarra przy sobie. - Gdy skończył mówić, ponownie pochylił się nad talerzem, z impetem wbijając widelec w kawał mięsa.

Chatzka przyglądała mu się przez chwilę, nic nie mówiąc.

- Przepraszam - mruknęła po chwili półgłosem. - Na pewno wszystko się ułoży. Jeszcze będziesz miał Hamarra przy sobie. - Wyciągnęła rękę ku Asirowi z zamiarem pokrzepiającego ściśnięcia varty za ramię, ostatecznie jednak cofnęła dłoń.

Posiedziała przy stole Tamerczyka jeszcze chwilę, żadne z nich jednak nie wzięło na siebie przerwania niezręcznej ciszy i ponownego zainicjowania rozmowy. Ostatecznie Chatzka westchnęła cicho i wstała, z szuraniem odsuwając krzesło.

- Trzymaj się, Insvarr - mruknęła gardłowo, pozwalając sobie na cieplejsze nuty niż zazwyczaj. - Gdy wrócę, przyprowadzę ci syna - dodała w przypływie chwili.

Odchodząc z powrotem do własnej grupy i wraz z nimi udając się do wynajętych na tę noc pokoi, czuła uważne spojrzenie Asira świdrujące jej plecy.

Rozdział 16

Opuścili Urkari nad ranem, kierując się ścieżką na południe, ku dolinie Andmary. Teraz, gdy znów byli w podróży, na czoło grupy ponownie wyszedł Regwald. Mężczyzna prowadził ich drogą, którą przed ponad dwudziestu laty pokonał z Thekkirem i Vinniret. Tuż za nim podążała Diqna, dalej Eyjagrani z Silje i Odhim z Ylfgrimem. Ana i Fitse wlekli się powoli za resztą, ziewając co i raz po nieprzespanej, spędzonej na rytuałach w Hugveigu nocy. Za nimi szli Renn z Chatzką, rozmawiający ze sobą półgłosem, a pochód zamykał Thekkir, nieodmiennie trzymający się parę kroków za resztą grupy.

Szli stałym tempem, lecz bez zbytniego pośpiechu, rozkoszując się wędrówką przez budzące się po lodzie góry. Szczyty wciąż okrywała warstwa zmarzniętego śniegu, niżej jednak biały puch topniał już, odkrywając szarość skał i pierwszą zieleń przebijających się pączków. Tam, gdzie znalazły fragmenty wystarczająco żyznej gleby, rozkwitły pierwsze kwiaty, barwiąc okolicę fioletem i bielą. Szron osiadły na kamieniach skrzył się w ostrych promieniach ciepłego, pozimowego słońca.

W południe zatrzymali się, by chwilę odpocząć. Regwald wskazał niewielkie zagłębienie w skale zapewniające osłonę od wiatru i ostrego słońca. Wchodząc do środka, Unn z westchnieniem ulgi zsunął z ramion podróżne torby i rzucił je pod ścianę małej groty, Diqna zawahała się jednak.

- Na co czekasz, Heidveurr? - zapytał Renn, przepychając się na przód grupy i zatrzymując się obok łowczyni. - Jeśli chcesz, bym rozścielił ci futra, to...

- Bardzo zabawne, Brodhirst - prychnęła Diqna, w jej spojrzeniu igrały jednak iskierki rozbawienia. Kobieta lekkim ruchem głowy wskazała nieco ciemniejszą plamę na skale i rozrzucone wokół kamienie. - Ktoś tu obozował.

Regwald obejrzał się na wskazane przez nią ślady i wzruszył lekko ramionami.

- To nie jest aż tak dziwne - odpowiedział spokojnie. - Nie jest to najbardziej uczęszczany szlak, wiem jednak, że Klan Atyra korzysta z niego czasami, udając się nad Andmarę. Może akurat ktoś tędy przechodził.

- Ślady są stosunkowo świeże - mruknęła cicho Diqna, kucając przy plamie sadzy i muskając ją palcami. Sprawiała wrażenie, jakby w ogóle nie słuchała wyjaśnień Unna. - Tam są ślady po posiłku... - Ruchem głowy wskazała dostrzeżoną w półmroku zagłębienia stertę ogryzionych kości - ...a tam chyba ktoś spał - stwierdziła, spoglądając na kłaki futra pozostałe w miejscu, gdzie być może leżał wcześniej podróżny śpiwór.

Eyjagrani zmarszczyła brwi, podążając za wzrokiem siostry.

- Myślisz, że to mógł być Vitt? - spytała wreszcie. - W końcu Thorann i jego ludzie mówili, że...

Renn westchnął cicho.

- Musicie się nad tym zastanawiać teraz? - mruknął, jednocześnie zrzucając własne rzeczy obok pakunków Regwalda i rozprostowując zesztywniałe po podróży plecy. - Jeśli to Vitt, to pewnie i tak go spotkamy. Jeśli to nie Vitt, to... - parsknął cicho. - To, niespodzianka, pewnie i tak go spotkamy. Jak widzicie, nie ma się nad czym zastanawiać i tracić czasu, który moglibyśmy spożytkować na, na przykład, małą przekąskę. Co nie, Irgrip? - rzucił zaczepnie, spoglądając na skyrmę. - Na pewno masz w swoich torbach coś smaczniutkiego.

Odhim przewrócił oczami teatralnie, nie siląc się na komentarz.

Diqna wahała się jeszcze przez chwilę, ostatecznie z westchnieniem rezygnacji zsuwając z ramion swój worek.

- Dobra - mruknęła cicho. - Może faktycznie.

Korzystając z pozostawionych przez kogoś kamieni, suchych gałązek i odrobiny trocin, Ylfgrim szybko uporał się z ułożeniem paleniska i rozpaleniem ognia. Rozsiadłszy się wokół płomieni, już w kolejnej chwili pożywiali się w milczeniu, zaspokajając pierwszy, największy głód.

- Myślicie, że to naprawdę świeże ślady? - zapytała nagle Silje, nieoczekiwanie wracając do tematu starego obozowiska.

Renn westchnął głośno i sugestywnie.

- Znowu? Serio? - mruknął. - Wy naprawdę nie macie o czym rozmawiać?

- A o czym mielibyśmy? - zapytał spokojnie Ylfgrim. W jego słowach dało się wyczuć z trudem skrywane rozbawienie, na co berserk fuknął tylko cicho.

- O polityce i problemach świata - burknął i pokręcił głową, zdegustowany. - Uczepiliście się tego obozowiska jak rzep sierści gharra. To jest nudne, wiecie? Obóz jak obóz, na chuj drążyć temat.

Pytanie Silje nie zginęło jednak w próżni.

- Nie - odpowiedziało po chwili Fitse. Mówiło tak cicho i z takim wahaniem, że początkowo nikt nie zwrócił uwagi na to, że medium w ogóle się odezwało. Tylko siedząca najbliżej Ana zerknęła na nie pytająco.

Białowłosy odchrząknął i powtórzył głośniej:

- Nie. To chyba nie są świeże ślady.

Diqna zmarszczyła brwi.

- Sadza wyglądała na świeżą. Gałązki i trociny też nie zdążyły zamoknąć.

- Wiem, ale... - Fitse zawahało się, przygryzając lekko wargę. - To nie jest chyba naturalne. To znaczy, czuję... - Nastolatek sapnął cicho, sfrustrowany. - Nie umiem tego określić. Po prostu czuć tu coś dziwnego.

Odhim skinął powoli głową.

- Fitse ma rację - przytaknął cicho, zakładając za ucho pojedynczy, jasny kosmyk, który wysunął mu się z warkocza. - Jest coś w tej jaskini, co nie pasuje.

- To utara - rzuciła krótko Silje. Pozostali spojrzeli na nią, nie rozumiejąc. - Czy nie mówiliście, że utara w jakiś sposób mieszała w czasie, dlatego wasza podróż trwała tak długo? - spytała Hadharka, zwracając się do Regwalda i Thekkira.

Aheidvahl powoli skinął głową.

- Silje może mieć rację - przyznał Unn po namyśle. - Ja wprawdzie nic nie czuję, ale może faktycznie... - Mężczyzna wzruszył ramionami. - Chyba powinniście zacząć się do tego przyzwyczajać. Im bliżej Var Arrod będziemy, tym dziwniej będzie się robić. Tutejsza okolica nie jest już taka sama jak kiedyś. Nie jest normalna.

Thekkir uśmiechnął się. Zapatrzony dotąd w płomienie tańczące na palenisku, ciemnowłosy woj uniósł głowę i wyjątkowo przytomnie spojrzał na pozostałych.

- Wiele się zmieniło - przyznał spokojnie. - Ale to nic. To nic nie zmienia.

Eyjagrani zmarszczyła brwi, zupełnie nie rozumiejąc, co Aheidvahl miał na myśli. Pozostali wyglądali na podobnie skonsternowanych. Tylko Maral i Fitse zdawali się widzieć w słowach Thekkira jakiś sens i obydwoje spoglądali na Insorv z uwagą.

- Idziemy dalej? - rzuciła kilka chwil później Chatzka, tym samym dając sygnał do wymarszu.

Znów wędrowali bez postojów. Gdy zbliżyli się do rzeki, teren zaczął się obniżać, przechodząc w łagodną dolinę. Droga prowadząca między górskimi szczytami stała się szersza, pozwalając wędrującym iść bardziej w grupie niż w rozciągniętej linii. Dzięki temu, gdy nieopodal szlaku pojawił się pierwszy kryształ, wszyscy dostrzegli go właściwe jednocześnie.

- Widzicie to? - rzuciła Ana, pokazując palcem dziwne znalezisko.

Kryształ nie wyglądał jak żaden ze znanych im minerałów. Wyrastający prosto ze skalnej ściany, piął się wysoko, sięgając ramienia młodej Tamerki. W ostrym świetle słońca połyskiwał głęboką, grafitową szarością, przechodzącą w mat wszędzie tam, gdzie kryształ oplatały jakby mleczne, mgliste smugi.

Odhim podszedł ostrożnie do nietypowego tworu.

- Utara - zawyrokował po chwili. - Słyszałem o czymś podobnym, ale nie sądziłem, że takie kryształy rzeczywiście istnieją.

- Spaczenie może się aż tak materializować? - zapytała Silje z nagłym zainteresowaniem, nie oczekując jednak odpowiedzi. Podeszła do skały i pochyliła się nad nią, niemal sunąc nosem po połyskliwej, ciemnej powierzchni.

- Nie dotykajcie go - zastrzegło Fitse, marszcząc brwi. - To niebezpieczne.

- Ale... - zaczęła Maral. Uniesiona dłoń wskazywała na chęci Hadharki, by musnąć palcami szary kryształ.

- Posłuchaj go - mruknął Irgrip z nietypową jak na niego stanowczością. - Fitse wie, o czym mówi.

Silje sapnęła cicho, ale posłusznie cofnęła rękę.

Idąc dalej, mijali kolejne kryształy. Pojawiały się najpierw pojedynczo, potem w grupach - kępach, jak określił to Odhim - wreszcie rosnąc już jeden przy drugim niemal na każdej wolnej przestrzeni. Stopniowo gęstniała też snująca się wokół nich mgła, osiadając na grafitowych skałkach niemal namacalną wilgocią.

- Spójrzcie tam - rzuciła w pewnej chwili Diqna, ruchem głowy wskazując na coś przed nimi. Kilkanaście kroków dalej, nieco powyżej ścieżki, którą szli, w skale ział ciemny, wąski otwór, ze wszystkich stron porośnięty drobniejszymi, szarymi kryształkami. - Jaskinia - rzuciła łowczyni. - A utara... Nie odnosicie wrażenia, że nas tam prowadziła?

Fitse westchnęło bardzo powoli. Odkąd zaczęło otaczać ich więcej kryształów, medium nie czuło się dobrze. Żołądek ścisnął mu się z nagłych, niewyjaśnionych nerwów i nie chciał puścić, a oddech stał się szybszy i płytszy. Spoglądając na pozostałych, widziało, że i na nich spaczenie zaczęło wywierać swój wpływ - słabszy niż w przypadku pasm wyciekających ze źródeł i rozwiewających się na wietrze, ale wciąż odczuwalny.

Renn, jak na siebie nietypowo, zamilkł, a Ylfgrim spochmurniał, mocno zaciskając zęby. Regwald krzywił się co jakiś czas, z gardła Chatzki dobiegał zaś cichy, głęboki pomruk narastającego warkotu. Thekkir za to się ożywił - spojrzenie, jakim obejmował okolicę, było bardziej przytomne i świadome, sam mężczyzna czasem obracał zaś głowę tak, jakby czegoś nasłuchiwał. Ana trzymała się blisko Fitse, rozglądając się czujnie. Diqna z Eyją podążały zaś tuż za Silje, która w pewnym momencie wyraźnie spięła się, jakby spodziewając się jakiegoś zagrożenia. Odhim szedł na końcu ze zwieszoną głową, nie odzywając się.

- Chcecie tam wejść? - zapytała chrapliwie Chatzka po krótkiej chwili, którą spędzili, stojąc pod wejściem do groty i przyglądając mu się tylko niepewnie. Po głosie varty trudno było ocenić, co myśli na temat tego pomysłu.

- Naiwnie liczę, że nie - mruknął Renn. - Ale realizm każe mi się spodziewać, że jednak tak.

Diqna spojrzała na siostrę, wymieniła też spojrzenie z Silje i Regwaldem.

- Jeśli wierzyć Thorannowi, i Vitt faktycznie kręcił się w tej okolicy, też mógł tutaj trafić - zauważył ostrożnie Unn.

Starsza Heidveurr westchnęła cicho i ponownie spojrzała na jaskinię.

- Wejdźmy - zadecydowała. - Jak będzie bardzo źle, to się cofniemy.

Maral uśmiechnęła się z wyraźną satysfakcją. Obserwująca ją uważnie Eyjagrani zmarszczyła lekko brwi.

W środku kryształów było jeszcze więcej niż przy ścieżce, szaro-czarne twory porastały całe ściany groty, wypełniając ją jednocześnie dziwnym, bladym światłem. Rozrzedziła się za to towarzysząca im dotąd mgła, jakby mleczne pasma nie znajdowały tu dla siebie miejsca.

- Zastanawiam się... - zaczął w pewnej chwili Renn. Uparcie szli przed siebie, a echo kroków cichło nagle, jakby tłumione przez porośnięte kryształami ściany. - Mówicie, że to utara. Nie sądzicie, że można by je wykorzystać?

Odhim uniósł gwałtownie głowę, spoglądając ostro na Brodhirsta.

- Wykorzystać?

- No, wiecie, jako źródło. - Berserk rozglądał się uważnie, schylając się co jakiś czas, gdy wyrastający z sufitu kryształ był zbyt długi, aby mężczyzna mógł przejść pod nim wyprostowany. - Skoro te tutaj są jakąś jej formą, to można by... - Woj zawahał się, szukając odpowiednich słów. - Podręczna porcja spaczenia, to mam na myśli - podsumował w końcu.

Irgrip milczał przez chwilę.

- To nie jest takie proste - stwierdził w końcu. - Zwykłą utarę trudno kontrolować, a ta w kryształach, ona... Ona wydaje się jakby niezależną, jedną całością. Zwartą. Nie sądzę, by ktokolwiek wiedział, jak mielibyśmy ją rozluźnić - uwolnić, uczynić możliwą do użycia i, przede wszystkim, kontrolować. - Skyrma zamyślił się. - Nie wiadomo, ile jest jej zgromadzonej w takiej postaci. Może być jej bardzo dużo. Bardzo dużo bardzo silnej.

- Tym bardziej powinno się ją wykorzystać - zauważyła cicho Ana.

Odhim spojrzał na Tamerkę, nie skomentował jednak jej słów, a sama dziewczyna również nie rozwinęła tej myśli.

Silje, początkowo zainteresowana tematem najbardziej ze wszystkich w grupie, odkąd weszli do jaskini, stała się wyraźnie spięta. W przeciwieństwie do Thekkira, który w otoczeniu szarych kryształów ożywił się, Maral zmarkotniała i ucichła. Strzelając na boki czujnym spojrzeniem, podążała za resztą, starając się stale trzymać środka grupy.

Chatzka spojrzała na Hadharkę uważnie.

- Wszystko w porządku? - spytała krótko.

- Tak - odpowiedziała zwięźle tahalka. - Tak. - Czując na sobie świdrujące spojrzenie varty, sapnęła cicho. Zmiennokształtna musiała czuć jej niepokój i lęk. - To... Odnoszę wrażenie, jakby to wszystko miało zaraz na mnie runąć - mruknęła cicho Silje w ramach wyjaśnienia. - Tu jest tyle siły. Tyle zgromadzonej mocy.

Chatzka zmrużyła oczy, nie powiedziała jednak nic więcej, dając Maral spokój.

Szli jeszcze przez chwilę, nim prosty, pozbawiony rozwidleń korytarz rozszerzył się i przerodził w niewielką jamę. Na drugim jej końcu wąskie przejście prowadziło do kolejnego korytarza, po bliższych oględzinach otwór okazał się jednak zbyt wąski, by wszyscy mogli spokojnie przez niego przejść - trudności z pewnością mieliby Renn i Ylfgrim, a i Thekkir, i Chatzka musieliby pewnie mocno się starać, by zmieścić się w ciasnej szczelinie.

- Nie idziemy dalej - zaordynowała Diqna. - Rozejrzymy się tutaj i...

- Nie musimy iść dalej. Patrz - wciął się nagle Brodhirst, niewzruszony tym, że przerwał rekrutce Insorv w pół słowa. Mężczyzna ruchem głowy wskazał coś pod jedną ze ścian jaskini.

W cieniu rzucanym przez kępę większych, wyrastających ze skały kryształów, leżało skotłowane futro, obok skórzany worek, a wokół nich poniewierały się mniejsze, rozrzucone dokoła przedmioty.

- To obóz - rzuciła Ana, ruszając w kierunku kupki rzeczy. W głosie dziewczyny brzmiało nagłe podekscytowanie. - To musi być obóz!

- Młoda panno, a może byśmy najpierw sprawdzili, czy... - zaczął Renn pouczającym tonem, ostatecznie jednak, gdy Tamerka nie zwróciła na niego najmniejszej uwagi, sapnął cicho. - A, chuj tam - burknął, ruszając w ślad za nią.

Zatrzymali się nagle w tej samej chwili, zaledwie dwa kroki od obozowiska.

- To... To jest... - zająknęła się dziewczyna, wskazując palcem dziwną narośl na ścianie nieopodal zwiniętego futra - podróżnego śpiworu.

Brodhirst milczał przez dłuższą chwilę. Ylfgrim zmarszczył brwi i szybko znalazł się obok berserka. Spoglądając na to, co pokazywała Varrthasir, Fjolnhodd odetchnął bardzo powoli.

- Nie znałem chłopaczka, ale jeśli miałbym strzelać, to... To mógłby być Vitt. - Mężczyzna chrząknął cicho, w napięciu przyglądając się narośli.

To, co początkowo wyglądało na nieregularne, większe skupisko kryształów, po chwili obserwacji zaczynało przybierać zaskakująco ludzkie kształty. Po bliższych oględzinach okazało się, że pod ścianą jamy rzeczywiście siedział człowiek - zdeformowany, przyrośnięty do skały, przerośnięty mniejszymi i większymi kryształami utary przebijającymi się przez ramiona, szyję, pierś, brzuch. Drobne, połyskujące, szare okruchy zaczęły pojawiać się też na policzkach młodego bjortari, zdobiąc je niczym nietypowe piegi.

- Czy on... Czy on żyje? - wydukała Ana.

Reszta grupy, zwabiona dziwnym zachowaniem Tamerki i Renna, zdążyła się zebrać już za ich plecami, tak, że teraz wszyscy z przerażeniem wpatrywali się w makabryczne znalezisko.

- Nie sądzę - mruknął Odhim.

- Wygląda jak żywy - szepnęło Fitse, przyglądając się ciału z niepokojącą fascynacją.

Przyrośnięty mężczyzna sprawiał wrażenie śpiącego. Jego ciało nie nosiło śladów zepsucia i gdyby nie wyrastające zewsząd kryształy, można by spodziewać się, że młody woj zaraz przeciągnie się, ziewnie szeroko i spojrzy na zebranych zaskoczony zamieszkaniem, jakie wywołał.

- Ale jest taki... Szary. - Ana chwyciła kurczowo dłoń medium, chyba nie całkiem świadoma tego gestu. Nastolatek ścisnął lekko dłoń Varrthasir, chcąc dodać jej odwagi.

- To utara - powiedziało Fitse z wahaniem. - Jak ta mgła przy kryształach, które mijaliśmy po drodze, tylko tym razem... Jakby wpływa do środka. Wypełnia ciało.

Trwali przez chwilę w ciszy, poddając się ogarniającemu ich przerażeniu.

- To Vitt, prawda? - zapytał w końcu Ylfgrim, odruchowo ściszając głos, jakby nie chciał obudzić chłopaka.

Diqna powoli skinęła głową, walcząc z wywołanym szokiem odrętwieniem.

- Tak - przytaknęła zduszonym szeptem. - To Vitt.

Eyjagrani przygryzła wargę. Nozdrza drgały jej w zdenerwowaniu, gdy stała tak i spoglądała na chłopaka, w którego w dzieciństwie rzucała śnieżkami i który sprowadził ją kiedyś z powrotem do miasta, spanikowaną i usmarkaną, gdy w przypływie młodzieńczego buntu wykradła się z Yrkazaanu i zbłądziła na jednej z pobliskich ścieżek. Teraz młody, szarowłosy woj wyglądał niemal tak samo, jak wtedy. Szerokie plecy wsparte o ścianę jamy były tymi samymi, których Eyja czepiała się, gdy Vitt niósł ją z powrotem do mamy, a pod zamkniętymi powiekami musiały błyskać te same jasnoniebieskie oczy, które spoglądały na nią z rozbawieniem, gdy miotała kolejne śniegowe kule.

Vartahel odetchnęła głęboko i powoli, walcząc z powoli narastającym, coraz bardziej dotkliwym bólem.

- Rozejrzyjmy się - rzuciła cicho. - Nie będziemy w stanie zabrać go do Yrkazaanu, ale może chociaż jakieś rzeczy... - Eyja czuła, jak brakuje jej tchu, gdy uzmysłowiła sobie, że wiadomość o śmierci Vitta będzie trzeba przekazać jego ojcu.

Irskjold tego nie przeżyje, pomyślała Heidveurr z nagłą jasnością. Klanowy zbrojmistrz spodziewał się wprawdzie, że jego syn może ze swojej wyprawy nie wrócić, ale czym innym było mieć takie przekonanie, a czym innym wiedzieć na pewno. Poza tym z pewnością nie wyobrażał sobie, że jego potomek skończy w taki sposób. Vartahel sądziła, że najlepiej byłoby nie mówić mu o szczegółach śmierci syna, ale czy Irskjold Ulaar da się zbyć jakąś wymyśloną na poczekaniu, wymijającą historyjką?

Eyjagrani drgnęła, czując, jak Silje zaciska drobną dłoń na jej ramieniu.

- Chodź - rzuciła cicho Hadharka. - Zobaczymy, co zostało z jego obozowiska.

Okazało się, że rzeczy Vitta zachowały się w całkiem niezłym stanie. Podobnie jak ciało młodego mężczyzny, zdawały się w ogóle nietknięte przez upływ czasu - śpiwór wyglądał tak, jakby Ulaar dopiero co zwinął go po spokojnie przespanej nocy, skórzany worek podróżny pełen był rzeczy wciąż nadających się do użytku, a w skórzanym bukłaku nadal chlupotał ciepły dim.

- Patrz, chłopak chyba prowadził dziennik - rzuciła w pewnej chwili Silje, oglądając się na Eyjagrani.

Vartahel podeszła do niej, po drodze wrzucając do własnego worka myśliwski nóż Vitta, który zamierzała oddać ojcu podróżnika.

Eyja spoglądała Maral przez ramię, gdy ta wertowała przez chwilę małą, oprawioną w skórę książeczkę.

- Dotarł do źródeł Andmary - zwróciła uwagę Heidveurr, przeskakując wzrokiem linijki tekstu. - Naprawdę do zrobił. - W jej głosie brzmiało zaskoczenie.

Silje uśmiechnęła się. Czytała jeszcze przez chwilę, potem zamknęła notes i podała go Eyji. Obok noża była to kolejna, pewnie nawet cenniejsza rzecz Vitta, którą mieli zabrać z powrotem do Yrkazaanu. Notatki wskazywały na to, że chłopak przed śmiercią rzeczywiście osiągnął to, co sobie zamierzył. Być może ten fakt osłodzi odrobinę Irskjoldowi poczucie straty.

W jaskini spędzili jeszcze chwilę, następnie z ociąganiem udali się na powrót ku wyjściu. Pozostawienie tu Vitta wszystkim wydawało się nieodpowiednie, każdy jednak zdawał sobie sprawę, że nie mają możliwości zabrania go. Może mogliby spróbować uwolnić go z kryształowego więzienia, w jakim został zamknięty, jednak nawet gdyby się to udało, nie mogli nieść ze sobą ciała przez całą drogę do Var Arrod i z powrotem. Poza tym sama próba ukruszenia narośli utary była czymś, czego bali się podjąć - nikt nie wiedział, jak zareagowałoby spaczenie na podobne próby.

Zmierzając z powrotem ku wyjściu, nie zatrzymywali się. Tylko Silje zamarudziła trochę, zostając na końcu grupy. Nikt nie zwracał na nią uwagi - nikt poza Fitse, które obejrzało się w pewnej chwili, słysząc cichnące stopniowo kroki Hadharki. Jasnowłose medium zmarszczyło brwi, spoglądając, jak Maral zatrzymuje się i sięga ku jednemu z mniejszych kryształów wyrastających ze ściany korytarza. Kobieta syknęła cicho, dotykając tworu, pewniej jednak zacisnęła dłoń na szarej narośli i, krzywiąc się i szamocząc przez chwilę, ostatecznie odłamała połyskliwy minerał. Kryształ pękł niemal bezgłośnie, odpadając w całości i pozostawiając po sobie jedynie nienaturalnie gładką, błyszczącą plamę w miejscu, w którym wyrastał ze skały. Z jasnej, szarej cętki zaczęły sączyć się pojedyncze smugi lepkiej mgły, spływały po kolejnych kryształach i rozwiewały się nieco ponad poziomem gruntu. Silje przyglądała się odłamanemu fragmentowi przez chwilę, potem zawinęła go w kawałek materiału i upchnęła na dnie podróżnego worka. Nim ponownie ruszyła za grupą, przyspieszając kroku, by ich dogonić, Fitse zdążyło odwrócić się do niej plecami i też podążyć za resztą, udając, że nic nie widziało.

Medium jeszcze wielokrotnie wracało myślami do obrazka Maral z uporem szarpiącej kryształ i chowającej go do torby, nigdy jednak nie zająknęło się o tym ani słowem.

***

Po opuszczeniu kryształowej groty skierowali się ponownie na południe. Szli szybko i bez postojów, chcąc czym prędzej oddalić się od jaskini i kryształów, jeszcze przez pewien czas towarzyszących im na szlaku. Zwolnili dopiero wtedy, gdy ostatnią z szarych narośli pozostawili daleko za sobą, powietrze stało się znacznie bardziej wilgotne, a cisza zaczęła rozbrzmiewać jednostajnym szumem płynącej w pobliżu rzeki. Teren obniżał się stopniowo, a ścieżka zaczęła bardziej wić się między skałami, by wreszcie, za ostatnim zakrętem, rozciągnąć przed podróżującymi panoramę szerokiego koryta płynącej wartko, krystalicznie czystej Andmary.

Regwald odetchnął cicho.

- Tutaj możemy się zatrzymać - stwierdził, spoglądając na zbocze opadające łagodnie na samo dno zajmowanego przez rzekę wąwozu. - Albo niżej, nad samą wodą.

- Chodźmy nad wodę - zarządziła Diqna. - Z chęcią zmyję z siebie to... Wszystko. - Łowczyni pokręciła głową, nie znajdując lepszych słów. Nie musiała jednak niczego tłumaczyć - wszyscy zdawali się podzielać wrażenie dziwnego brudu pozostałe po pobycie w jaskini. Jedynie Thekkir wyglądał na pobudzonego ostatnim odkryciem - szedł szybciej, a choć wciąż odzywał się tak samo mało, jak dotąd, wydawał się bardziej świadomy tego, co dzieje się wokół niego.

Raźnym krokiem zeszli nad rzekę, zatrzymując się na łasze mokrego piasku. Zrzucając bagaże w jednym miejscu, kolejno pochylali się nad wodą, obmywając ręce i twarze. Chatzka, po chwili wahania, zsunęła z ramion futrzaną kurtę, zdjęła buty i podwinęła spodnie. Weszła nieco głębiej z cichym pomrukiem przyjemności.

- Cicho tutaj - zauważyła Ana po chwili, gdy wszyscy ochłodzili się już i rozsiedli na futrach rozłożonych tuż przy wodzie.

- No raczej - parsknął cicho Renn. - Jak inaczej ma być nad rzeką? Cicho. Spokojnie. Wiadomo. Jakby to powiedziała moja świętej pamięci mamusia, tylko w miastach jest gwarny burdel, poza nimi świat wciąż jeszcze wygląda tak, jak powinien.

Ylfgrim roześmiał się krótko. Zawtórował mu także Thekkir i wszyscy obejrzeli się na Aheidvahla zaskoczeni. Insorv jakby nie zauważył zdziwienia grupy, uśmiechał się z rozbawieniem.

Ana pokręciła lekko głową.

- Ale tu jest tak... dziwnie cicho. Inaczej cicho - drążyła z narastającą frustracją, bo nie potrafiła dokładniej wyjaśnić, o co jej chodzi.

Fitse jednak wiedziało.

- Andmara jest martwa - stwierdziło, z rozbawieniem obserwując wrażenie, jakie użycie tego słowa zrobiło na pozostałych.

Diqna odruchowo spojrzała ku rzecze, jakby spodziewając się stada ryb unoszących się na jej powierzchni do góry brzuchami, a Renn zmrużył oczy i mlasnął podejrzliwie, jakby smakując, czy wypita przed momentem woda na pewno mu nie zaszkodzi. - Ale nie tak, jak się wydaje. Jest normalną, żyjącą rzeką, ale jest martwa w rozumieniu... duchowym, powiedzmy.

- To wiele wyjaśnia - rzucił Brodhirst, jakby odpowiedź medium rzeczywiście go usatysfakcjonowała. Posłane jasnowłosemu zacięte spojrzenie i teatralne westchnięcie szybko zaprzeczyło temu wrażeniu.

Fitse roześmiało się.

- Andmara jest swego rodzaju zaburzeniem. Rozdarciem - kontynuowało wyjaśnienia. - Nasz świat składa się z płaszczyzny materialnej i tej... No, połowicznie materialnej, duchowej. Z jakiegoś powodu ta druga nie obejmuje rzeki. Jest tak, jakby płynąca woda stanowiła mur, którego nie może przekroczyć.

Varrthasir zmarszczyła brwi w zamyśleniu.

- I tak jest z każdą rzeką czy tylko z Andmarą? - spytała.

Silje skinęła lekko głową, doceniając pytanie - ją samą również to ciekawiło.

- Z większością - odpowiedziało Fitse. - Wszystkie wystarczająco silne, rwące rzeki zdają się zaburzać sfery tak samo. Na Andmarze widać to najlepiej, bo jest największą pod każdym względem - najszerszą, najbardziej wartką, z najsilniejszym prądem - ale podobnie jest też przy Naglu czy Gjollevie. - Medium zamyśliło się. - Zauważyliście, że nigdzie w pobliżu Andmary nie ma źródeł utary? Nie ma spaczenia w ogóle? To też element tych zaburzeń. Woda... Nie, nie sama woda. Rzeka powstrzymuje tchnienie. To dlatego przy Andmarze nie pojawiają się etilimy czy cienie, a nawet jeśli się zdarzy, że któryś zbłądzi w jej okolice, nie przetrwa przy niej długo. Będzie zbyt słaby i po prostu się rozpadnie.

Milczeli przez krótką chwilę.

- A czy... - zaczęła Silje. Chrząknęła cicho, układając w głowie to, co chciała powiedzieć. - Zaburzenia rzadko kiedy są jednostronne - zwróciła w końcu uwagę. - Tam, gdzie coś ulega osłabieniu, jednocześnie, w innych okolicznościach, może przybrać na sile. Czy z rzekami nie jest tak samo? Jeśli zaburzają utarę - czy w ogóle te sfery, jak powiedziałeś - to czy nie robią tego też w drugą stronę?

- W drugą stronę? - Irgrip spojrzał na Maral ze spokojnym zaciekawieniem.

- Że na przykład tam, gdzie etilimy się nie pojawiają, pojawi się nagle taki naprawdę silny. Taki, który... - wyjaśniała Silje z narastającą frustracją, wyraźnie rozumiejąc, że skyrma ją podpuszcza, by drążyła temat i plątała się w słowach.

- Taki etilim-skurwysyn - rzucił Renn z rozbrajającą bezpośredniością, przychodząc tropicielce z pomocą. - Albo cień-skurwysyn. Taki, co to rozerwie nieostrożnego podróżnika gołymi rękami... Czy co tam akurat sobie wytworzy z tej śmiesznej galarety, z której się składa.

Fitse parsknęło cicho.

Przyglądając mu się, Eyjagrani uśmiechnęła się ciepło. Nie chciała wiedzieć, przez co przechodziło dotąd, będąc takim, jakim było, nie chciała wiedzieć, z czym musiało się zmagać, ale dobrze było widzieć, że niezależnie od tego wszystkiego, wciąż potrafiło się tak uśmiechać. Nie było mu łatwo ani kiedyś, ani teraz, ale wciąż potrafiło być szczęśliwe. Heidveurr nagle uderzyło, jak bardzo jest to budujące.

- Podobno to możliwe - przyznało medium, odpowiadając na pytanie Silje. - Ale chyba nikt nigdy czegoś takiego nie widział. Mówi się jednak, że mogą istnieć takie miejsca, gdzie zaburzenia pływów utary powodowane przez rzekę sprawiają, że dzieją się... Cóż, dziwne rzeczy. Zjawiska, których nikt nie umie wytłumaczyć, związane z wirami czy jakąś transformacją spaczenia tam, gdzie nie jest ono całkiem tłumione przez rzekę. Ale - Fitse wzruszyło ramionami - to czysto teoretyczne założenia, próby logicznego podejścia do...

- Dobra, dobra - wciął się Renn i pokręcił lekko głową. - Bez takich wzniosłych, mądrych słówek, chłopcze.

Ana drgnęła lekko i zerknęła na Fitse, ono jednak wydawało się nieporuszone użytym w stosunku do niego określeniem. Od małego musiało przyzwyczajać się do tego, że nie każdy będzie zwracał się do niego tak, jakby sobie życzyło. Ona sama mogła jeszcze wierzyć, że gdyby się postarało, mogłoby zmienić przekonania niektórych, Fitse najwyraźniej zdążyło już dojść do innych wniosków i dało sobie spokój.

Dziewczyna westchnęła cicho, nic nie mówiąc.

- Czy teraz możemy, na przykład, zjeść i pójść dalej? - zapytał Brodhirst i, nie czekając na odpowiedź, jednocześnie przyciągnął do siebie własną torbę. - Zostaw te kamyki i żryj, póki mamy czas - rzucił do Ylfgrima, jak gdyby nigdy nic wpychając wojowi kilka podróżnych sucharów i paski suszonego mięsa.

Fjolnhodd parsknął cicho, wyrzucił jednak trzymane w garści, wygładzone przez wodę kamyki, którymi od jakiegoś czasu puszczał kaczki na rzece, i otrzepał ręce, by wziąć się za jedzenie.

- Do zmierzchu mamy jeszcze trochę czasu - dodał tymczasem Renn, na wypadek, gdyby ktoś wciąż jeszcze nie był przekonany. - Nie wiem, jak wy, ale osobiście nie miałbym nic przeciwko przyspieszeniu tempa. Dojdźmy do tego całego Var Arrod i zobaczmy już, co za gówno tam na nas czeka.

Nikt nie wyraził sprzeciwu i po szybkim posiłku ponownie ruszyli w drogę. Nieniepokojeni żadnymi nieoczekiwanymi wypadkami czy zjawiskami, przez kilka chwil podążali wzdłuż rzeki, potem, w miejscu wskazanym przez Regwalda, ponownie weszli głębiej w góry.

Prowadząca na północ ścieżka była stosunkowo szeroka i wygodna. Wiła się między szczytami łagodnymi łukami, na koniec wyprowadzając ich na trawiaste piętro halowe. Górskie łąki już teraz pachniały świeżą trawą i wonnym kwieciem, chociaż do pełnego rozkwitu pozostało im jeszcze trochę czasu. Gdzieniegdzie dało się dostrzec stada kóz o długiej, pozostałej im jeszcze po zimie sierści. Minęli też powolne, rozleniwione stado masywnych, wysokogórskich wołów przyglądające się tylko przechodzącym małymi, czarnymi oczkami.

Słońce zaczęło powoli chylić się ku zachodowi, chowając za łańcuchami szczytów, gdy Diqna rozejrzała się niespokojnie, zwalniając kroku.

- Byliśmy tu już - rzuciła ostro, spoglądając na charakterystyczne wypiętrzenie skalne po prawej i wąską dróżkę prowadzącą ponownie na skalny szlak między wysokimi górami, który mieli teraz po lewej stronie.

- Co? - Renn zmrużył oczy, oglądając się na Heidveurr. Podążając za jej spojrzeniem, skrzywił się, dostrzegając to, co ona. - Znowu? - burknął cicho.

Okolica w niczym nie przypominała mogiły u stóp Patrona, żadne nie odczuwało też charakterystycznego, nieprzyjemnego wpływu utary, a jednak gdy Diqna zwróciła na to uwagę, trudno było nie dostrzec, że coś tu nie pasowało.

- Nie zatrzymujcie się - mruknął Regwald, oglądając się na pozostałych. Jego wzrok zatrzymał się na Thekkirze. - Przeprowadzisz nas?

Aheidvahl milczał przez chwilę, potem powoli skinął głową.

- Przeprowadzę - odpowiedział, jednocześnie wymijając kolejnych członków grupy i wychodząc na przód. W jego dumnej postawie i pewnym kroku po raz pierwszy dało się dostrzec dawnego Thekkira, Insorv, za którym szli klanowi wojowie.

Diqna wahała się przez chwilę, ostatecznie jednak skinęła głową.

- Chodźmy - rzuciła krótko. Nie potrafiła ukryć wątpliwości związanych z Aheidvahlem, teraz jednak nie mieli nic do stracenia. Zafrasowana mina Fitse wyraźnie świadczyła o zagubieniu medium, a poza nim nikt nie miał nawet co próbować odnaleźć drogi, którą mogliby pójść.

Ostatecznie wszyscy z wahaniem ruszyli za Thekkirem.

Początkowo wydawało się, że nawet Aheidvahlowi nie uda się wybrać odpowiedniej ścieżki. Mijały kolejne minuty, a oni wciąż nie potrafili dotrzeć do żadnego konkretnego miejsca, jakby szlak zapętlał się, prowadząc ich wciąż i wciąż do tego samego skalnego wypiętrzenia i tej samej wąskiej dróżki. Diqna za każdym razem coraz silniej zaciskała zęby i wbijała w plecy Insorv coraz bardziej świdrujące spojrzenie. Thekkir nie zwracał na nią uwagi, podobnie jak na to, że kręcą się w kółko. Słońce już prawie zaszło, górskie szczyty rzucały coraz dłuższe, głębsze cienie, a mężczyzna wciąż prowadził ich przed siebie - i wciąż wracali w to samo miejsce.

W którymś momencie do Thekkira dołączył Regwald, który, pochylając się ku rosłemu wojowi, mamrotał coś do niego przez chwilę. Aheidvahl w odpowiedzi potrząsnął tylko lekko głową.

- Wiem - usłyszała Diqna, gdy Insorv ostro uciął temat, nie patrząc nawet na Unna. - To wszystko zaraz się skończy.

Szli dalej, wciąż trzymając się szlaku. Po kolejnym kwadransie zmuszeni byli zawrócić, gdy droga nagle się urwała, a potem, kiedy chcieli trafić na poprzednią ścieżkę, z której przecież wcale nie zbaczali, a która jednak zmieniła się, nie potrafili odnaleźć drogi. Górskie szczyty zaczęły jakby zacieśniać się wokół nich, otaczać zamkniętym kręgiem, podsuwając szlaki, które donikąd nie prowadziły.

- Patrzcie - rzucił w pewnej chwili Odhim, ruchem głowy wskazując rosnące przy szlaku drzewo. To, w jednej chwili zielone i pączkujące, w kolejnej zaczęło na ich oczach usychać, łuszczyć się z kory i łamać, by w następnym momencie ponownie rozkwitnąć i roztoczyć wokół siebie słodki zapach kwiecia i owoców. Mrugnięcie później znów zaczęło gubić liście, a małe, zielone jabłuszka spadały z niego jak deszcz, tocząc się pod stopy podróżujących.

Ana pochyliła się, by podnieść jeden z owoców, Fitse jednak gwałtownie szarpnęło ją za ramię, nim zdążyła dosięgnąć jabłka.

- Nie dotykaj - syknęło. - To nie jest... - Potrząsnęło lekko głową. - To też utara - stwierdziło, krzywiąc się. To krótkie wyjaśnienie stawało się irytującą mantrą powtarzaną ostatnio przy każdej możliwej okazji.

Varrthasir sapnęła zaskoczona, posłusznie jednak wyprostowała się i ostrożnie przestąpiła nad owocem. Gdy Fitse puściło ją, roztarła ramię i zacisnęła zęby, starając się zwalczyć własny lęk.

- Co się, do cholery, dzieje? - warknęła głucho Diqna kilka kwadransów - godzin? - później. Ścieżkę przeciął im fjallog, młodziutki, ledwie wyrośnięty. Łowczyni odprowadzała go wzrokiem przez chwilę, nagle ze zdumieniem zaobserwowała, jak jasnobrązowa sierść zwierzęcia blednie i przerzedza się. Susy gryzonia stały się niższe, słabsze i bardziej nieporadne.

Regwald zwolnił kroku, ponownie pozostawiając Thekkira na przedzie, samemu zaś dołączając do grupy idącej za nim.

- To też utara - wyjaśnił krótko Unn, tym samym powtarzając słowa Fitse i skrzywił się, podobnie jak medium, zdegustowany brakiem innej odpowiedzi. - Ona... Ona coś robi. Miesza w czasie. Zmienia to, co widzimy i... - Potrząsnął lekko głową, nie kończąc.

Nie odzywali się już do siebie aż do chwili, gdy nagle do wszystkich dotarło wrażenie czyjejś obecności. Do tej pory zmagając się z własnymi narastającymi lękami i próbując zrozumieć nierzeczywiste obrazy, jakie otaczały ich ze wszystkich stron, także stojącą na ścieżce kobietę wzięli najpierw za przywidzenie. Gdy jednak Thekkir zatrzymał się przed nią, a nieznajoma uśmiechnęła się ciepło, zakładając za ucho kosmyk kruczych, mocno kręconych włosów, stało się jasne, że podróżniczka chyba, dla odmiany, była rzeczywista.

Co więcej, okazało się, że spotkali ją już wcześniej.

- Ty jesteś od Thoranna - rzuciła Eyjagrani, przepychając się na przód i spoglądając na uzdrowicielkę spod zmrużonych powiek.

Kobieta miała na sobie ten sam znoszony strój podróżny co poprzedniego dnia w Urkari, tym razem jednak za szerokim pasem zatknięte było kilka piór bori, powszechnego na całym kontynencie kruka.

- Co tu robisz?

- Czekam na was - odpowiedziała Lyfja z łagodnym uśmiechem. - Spodziewaliśmy się, że wybierzecie tę drogę, a to dosyć... zwodnicza ścieżka.

Silje parsknęła cicho.

- Mocno dyplomatyczne określenie - mruknęła, rozmasowując skronie. Odkąd zaczęli zmagać się z dziwnymi zjawiskami i kręcić w kółko na poplątanych szlakach, Hadharce zaczął dokuczać uciążliwy, coraz trudniejszy do zniesienia ból głowy. Teraz mdliło ją i nie marzyła o niczym innym jak o włożeniu głowy w wiadro zimnej wody. Albo prosto do rzeki. Albo w zaspę śniegu. Nie lubiła wprawdzie, jak ciekło jej po twarzy, a włosy lepiły się do policzków, ale w tej chwili tylko takie rozwiązanie brzmiało jak coś, co mogłoby ukoić ból.

Lyfja spojrzała spokojnie po każdym z grupy, jakby analizując zacięcie widoczne na ich twarzach i oceniając, ile jeszcze gotowi byliby znieść.

- Chodźcie - rzuciła po chwili, jednocześnie cofając się o krok i odsłaniając ścieżkę przed sobą. Szlak nie różnił się niczym od tego, którym przyszli, a jednak podświadomie czuli, że tym razem na pewno wyprowadzi ich w bezpieczniejsze rejony.

- Chodźcie - powtórzyła Lyfja i uśmiechnęła się ciepło, gestem zachęcając, by podążyli za nią. - Mamy obóz niedaleko, zaprowadzę was. Thorann z pewnością się ucieszy i chętnie was ugości.

Diqna i Eyja spojrzały po sobie, Silje skrzywiła się lekko. Regwald odetchnął bardzo powoli, a Ana stanęła krok bliżej Fitse, niemal ocierając się o medium ramieniem.

- Nie jestem pewien... - mruknął pod nosem Odhim, na co Renn sarknął głośno, przepychając się do przodu.

- Dajcie spokój - rzucił stanowczo, stając obok Lyfji. - To może i dziwny zbieg okoliczności, że obszarpańce znalazły się tutaj akurat wtedy, kiedy potrzebowaliśmy pomocy, ale, poważnie, możemy się tym pomartwić później. Teraz, jeśli pozwolicie, proponuję pójść za ładną panią i wreszcie zostawić ten burdel za sobą. - Brodhirst spojrzał kolejno na każdego, marszcząc krzaczaste brwi. - Pierdolca idzie dostać od tego... Tego wszystkiego. - Sapnął, dając sobie spokój z dokładniejszymi opisami. - Idziecie? - spytał, po czym wzruszył ramionami, obrócił się na pięcie i ruszył drogą wskazaną przez Lyfję. - Ja idę! - zahuczał, raźnym krokiem maszerując przed siebie.

Diqna westchnęła z rezygnacją.

- Chyba nie mamy wyjścia - rzuciła krótko. - Chodźcie. Przynajmniej wydostaniemy się z tego... - Machnięciem ręki wskazała najbliższą okolicę.

Łowczyni ruszyła w ślad za Rennem i Lyfją, a chwilę później podążyli za nią Fitse i Ana, Eyjagrani z Silje, Regwald, Ylfgrim, Odhim i Chatzka.

Thekkir znów pozostał na końcu, na jego ustach błąkał się zaś nieznaczny, zamyślony uśmiech.

Rozdział 17

Do obozu nie było daleko. Gdy prowadzeni przez Lyfję maszerowali przez wysoką trawę, najbliższe górskie szczyty stały się już wystarczająco odległe, by nie przesłaniać zachodzącego słońca, którego pomarańczowy blask rozlewał się ciepłem na otwartej przestrzeni łąk. Thorann i jego ludzie rozłożyli się na jednym z pobliskich wzgórz.

- Bez urazy, ale to nie wygląda na obozowisko doświadczonych bezklanowych - skomentował Renn, przyglądając się rozstawionym na otwartej przestrzeni namiotom. - Tak całkiem na widoku? Poza tym - Brodhirst zmrużył oczy, krzywiąc się, smagany powiewami wiatru - strasznie tu piździ.

Berserkowi odpowiedział rubaszny śmiech Thoranna.

- Myślę, że po doświadczeniach z utarą będziecie w stanie przeżyć trochę wiatru - rzucił Gollstrond z rozbawieniem, zapraszając przybyłych do sporego ogniska. Zebrani już przy płomieniach towarzysze Thoranna poprzesuwali się nieco, robiąc miejsce dla wędrowców. - Śmiem także twierdzić, że poza kopytnymi nic nas tu nie będzie podglądać.

Renn sapnął cicho w ramach komentarza, po czym usiadł między Leir a Otto, wyciągając ręce ku płomieniom. Nadchodząca noc niosła ze sobą odczuwalny spadek temperatury. Pora lodu już minęła, ale po zmroku wciąż było zimno.

- Co wy w ogóle tu robicie? - spytała Diqna po chwili, gdy wszyscy już rozsiedli się wygodnie wokół ogniska i przyjęli od Lyfji po kubku aromatycznego, gorącego dimu.

Thorann wzruszył lekko ramionami.

- Wędrujemy, a co możemy robić? - odpowiedział beztrosko.

Ylfgrim przyglądał mu się przez chwilę z uwagą.

- Ktoś mógłby powiedzieć, że to doprawdy szczęśliwy zbieg okoliczności, że wędrujecie akurat tędy i jesteście pod ręką, gdy tego potrzebujemy.

- Prawda? - Gollstrond uśmiechnął się radośnie. Potem machnął ręką nonszalancko. - Dajcie spokój, nie śledzimy was. Po prostu też tędy przechodziliśmy.

- Dokąd idziecie? - spytała Ana. Początkowo nie okazywała szczególnej nieufności, będąc przede wszystkim szczęśliwa, że Lyfja zaprowadziła ich w bezpieczne miejsce, teraz jednak udzieliła jej się podejrzliwość Ylfgrima i pozostałych.

- Do Garsamu - odpowiedział bez wahania Gerd. Siwowłosy wojownik spoglądał na wędrowców z niewzruszonym spokojem. Rozbudowany vegdr, który mężczyzna zdążył sobie wymalować od ostatniego spotkania, sprawiał, że jego naturalnie ostre rysy twarzy wydawały się jeszcze twardsze, a sam woj mniej sympatyczny.

- Za tydzień zaczynają się tam obchody z okazji odwilży. Taki trzydniowy festyn. Nazywają go Hogge - wyjaśnił uprzejmie Thorann. - Nigdy dotąd nie udało nam się na niego dotrzeć, w tym roku postanowiliśmy naprawić to niedopatrzenie.

Odhim zmrużył oczy, nic nie mówiąc. Wyjaśnienie bezklanowych było prawdopodobne, Irgrip nie mógł się jednak odpędzić od wrażenia, że to nie było do końca prawdą.

Tak czy inaczej, nikt nie kontynuował rozmowy na ten temat i po szybkiej, wspólnej kolacji wędrowcy postanowili skorzystać z propozycji Thoranna, by zostali z nimi na noc. Zwłoka w podróży nikomu nie była na rękę, jednak wyczerpanie wywołane kontaktami z utarą i widok ciemnych chmur od niespełna dwóch godzin gromadzących się na horyzoncie i rozpełzających coraz bardziej nad górami sprawiały, że pozostanie w obozowisku Thoranna i jego ludzi wydawało się najbardziej rozsądnym rozwiązaniem. Spieszyło im się do Var Arrod, nikt jednak nie chciał zostać zaskoczony przez wczesnowiosenne burze, które w Euxanirze potrafiły być bardzo gwałtowne. Nikt też nie czuł się na siłach, by wędrować nieznanymi sobie szlakami po nocy.

Kolejny poranek nie przyniósł dobrych informacji. Już od świtu niebo było w całości zasnute gęstymi chmurami, a nagła, bezwietrzna cisza zapowiadała nadchodzącą zmianę pogody. Renn i Chatzka upierali się, że powinni ruszyć dalej i martwić się wtedy, gdy faktycznie zacznie padać, Regwald jednak kategorycznie zaprotestował przeciw dalszej wędrówce w takich warunkach.

- Zachowujecie się jak niedoświadczone kociaki - podsumował, spoglądając na Brodhirsta i vartę. - A obydwoje jesteście wystarczająco starzy, by wiedzieć, że Euxanir nie będzie się z nami cackał. To, że znam drogę, nie jest gwarancją, że przejdziemy ją bezpiecznie, niezależnie od okoliczności.

Renn prychnął cicho.

- Sam jesteś stary - burknął. - Ja jestem co najwyżej w kwiecie wieku. Poza tym...

- Nie rozgaduj się, Brodhirst - westchnęła Diqna, wcinając się berserkowi w pół słowa. - Zostaniemy z Thorannem, dopóki pogoda się nie poprawi.

Chatzka pokręciła lekko głową, nie racząc jednak wyjaśnić, dlaczego sama nalegała na dalszą drogę.

Decyzja o pozostaniu z bezklanowymi pociągnęła za sobą kolejną - o wspólnym polowaniu. Gollstrond i jego ludzie nie mieli tak dużych zapasów, by zapewnić kolację dla nagle dwukrotnie większej grupy, a wędrujący do Var Arrod potrzebowali dodatkowo uzupełnić własne zapasy na drogę. Gdy zaś szybki rekonesans okolicy, przeprowadzony przez Chatzkę i Inda, wykazał obecność niedużego stada górskich wołów, pasącego się w pobliżu, plan na łowy ułożył się sam.

Wyruszyli w siódemkę. Leir i Otto mieli poprowadzić polowanie, dołączył do nich jeszcze Ind Groa, z grupy wędrującej do Var Arrod poszli Eyjagrani, Diqna, Ylfgrim oraz Ana, która upierała się przy uczestnictwie w polowaniu. Leir spoglądała na młodą Tamerkę z aż nadto wyraźnym powątpiewaniem, wzruszyła jednak ramionami i do czasu, gdy stado wołów znalazło się w zasięgu wzroku, praktycznie nie odzywała się, maszerując kilka długich kroków przed pozostałymi. Nie rozmawiali też pozostali, wciąż czując się w swoim towarzystwie niezręcznie.

- Całkiem fajne krowy - odezwał się Ylfgrim dopiero wtedy, gdy na gest Leir zatrzymali się i przykucnęli w trawach, by nie spłoszyć małego stada.

Eyjagrani spojrzała na Fjolnhodda z rozbawieniem. Spędzając coraz więcej czasu w towarzystwie Renna, przejmował część jego zachowań i używanych przez berserka sformułowań.

- Otto je na nas zagoni. Musimy zrobić to szybko, zanim się rozbiegną - rzuciła krótko Leir, nie spoglądając na pozostałych.

- Nie ucz matki dzieci robić - skomentowała oschle Diqna. Im dłużej przebywali z bezklanowymi, tym trudniej przychodziło jej ukrywać irytację. Markkari drażniła ją swą arogancją i poczuciem wyższości, a pozostawiony w obozie Vinghrid - nonszalancją i skrajną beztroską. Młoda Insorv wciąż nie mogła też opędzić się od niepokoju związanego z towarzystwem Thoranna i jego ludzi, nie potrafiła wyzbyć się też podejrzliwości.

Leir skrzywiła się, nic jednak nie powiedziała. Spojrzała na Otto i lekko skinęła głową, na co ten złapał za obrożę towarzyszącego mu ogara i wciąż w kuckach, kryjąc się w wysokiej trawie, zaczął okrążać stado rozleniwionych przeżuwaczy. Uważając, by trzymać się stale pod wiatr, krok za krokiem posuwał się na drugą stronę łąki, na której pasły się woły, a towarzyszący mu pies cicho czołgał się razem z nim. Gdy znaleźli się dokładnie za niedużym stadem, mężczyzna z gwizdem puścił ogara, sam wyskakując z traw zaraz za nim. Siwy pies pognał ku wołom, ujadając głośno, Nastheidr zaś wtórował mu równie donośnym krzykiem. Masywne, górskie krowy podniosły głowy zaniepokojone i po chwili, gdy rozpoznały zagrożenie, ruszyły biegiem prosto na przyczajonych w trawach myśliwych, porykując głośno.

- Nie ociągajcie się - mruknęła Leir i poderwała się z ziemi, w kolejnej chwili wbijając ostrze myśliwskiej włóczni w szyję przebiegającego obok młodego byczka. Zwierzę ledwie moment wcześniej uświadomiło sobie obecność bjortari i nie zdążyło zmienić kierunku. Markkari, jakby nie zdając sobie sprawy z zagrożenia, z jakim wiązało się przebywanie na trasie panikującego stada, do końca zachowała zimną krew, szybko i sprawnie pozbawiając życia upatrzoną ofiarę.

Diqna skrzywiła się na rozkazujący ton Leir, nie było jednak czasu na sprzeczki. Insorv wyskoczyła z traw zaraz za Markkari i jedna za drugą wystrzeliła dwie strzały z krótkiego, mocnego łuku. Pióra na końcach drzewców zafurkotały w locie, cichnąc nagle, gdy groty sięgnęły jednej z gnających krów. Wystrzelone z tak bliska bez trudu przedarły się przez gęste, grube futro i zagłębiły w ciele zwierzęcia. Krowa ryknęła głucho, biegła jeszcze chwilę, o włos mijając Diqnę i stojącego niedaleko niej Inda, w końcu jednak zatoczyła się i osunęła w zarośla.

Groa uśmiechnął się szeroko i bez wahania dobił zwierzę, długim myśliwskim nożem podrzynając mu gardło.

Pozostali rozprawili się ze zwierzyną równie sprawnie. Otto celnym strzałem z łuku powalił młodą krowę, Eyjagrani pochwyciła za zmierzwione futro przebiegające obok cielę i zagłębiła ostrze noża w dużym, czarnym ślepiu zwierzęcia, Ylfgrim z Aną zaś wspólnie stawili czoła szarżującemu bykowi, w ostatniej chwili uskakując mu z drogi i przebijając oba boki zwierzęcia myśliwskimi włóczniami. Gdy reszta stada rozpierzchła się, pozostawiając na łące jedynie krwawiące ciała powalonych wołów, myśliwi rozejrzeli się po pobojowisku. Polowanie w ten sposób nie było bezpieczne, było za to szybkie i skuteczne.

Posyłając Anę po bjortari nieuczestniczących w łowach, myśliwi szybko przystąpili do skórowania zwierzyny i porcjowania mięsa, potem wspólnie z przyprowadzonymi przez Tamerkę przenieśli wszystko do obozu i podzielili między obie grupy. Gdy zakończyli pracę, południe już dawno minęło.

- Oni są jacyś dziwni - stwierdziła Varrthasir, gdy razem z Fitse, Rennem i Diqną usiedli wśród traw kawałek za obozem, rozkoszując się spokojem panującym na łące.

- Wydaje mi się... To znaczy, odnoszę wrażenie, że ich znam, ale przecież nie mogę ich znać, nie? Tylko że... Taki Sven na przykład. Jestem prawie pewna, że już go spotkałam. Że gdzieś już go widziałam.

Renn pokiwał głową w zamyśleniu.

- To samo jest z Leir, Thorannem, w zasadzie z kimkolwiek z ich grupy - mruknął cicho. - Znam ich... No, ich twarze. Poznałem je od razu, jestem pewien, że... Ja wiem, kim oni są, po prostu nie mogę sobie przypomnieć. - Berserk potrząsnął głową, jakby chcąc opędzić się od mgły, która przesłaniała coś, co powinno być dla niego oczywiste.

Fitse powoli skinęło głową. Rozumiało, o czym mówił Renn.

- Są podobni do przedstawień thynów - stwierdziło.

- Co? - Diqna zmarszczyła lekko brwi, zaciskając dłoń na podrzucanym dotąd kamyku. - Co masz na myśli?

- Właśnie to, co powiedziałem. Oni... Ind Groa. Jego fryzura i ten uśmiech, czy nie kojarzy wam się z malunkami Flotha? A Otto, czy razem ze swoim psem nie przypomina wam Skjoldivarra? Włócznia Leir nosi z kolei ślady zdjętych ozdób tam, gdzie zdobiony jest misk, święta włócznia Agnari.

Spoglądali przez chwilę na Fitse ze zdumieniem.

- Nonsens - prychnęła w końcu Chatzka, która dołączyła do nich akurat w chwili, gdy medium przedstawiało swoje stanowisko. - Co chcesz przez to powiedzieć? Że niby mamy...

- Nie, on właściwie ma rację - przyznała z wahaniem Diqna, przerywając varcie w pół słowa. - Vegdr Gerda wydawał mi się bardzo znajomy i teraz, jak się nad tym zastanawiam, jest taki sam, jak ten Eyjavada. No i Azina, ta jego inność jest przecież...

- Jak u Surre - dokończył Renn posępnym mruknięciem. - On wygląda jak Surre. Tak samo Vinghrid jest żywcem zdjęty z obrazów Urgoth.

- Czyli co? - Ana spojrzała na Fitse i kolejno na pozostałych. - To wariaci, przebierańcy bawiący się w thynów?

Renn parsknął cicho.

- Na to wygląda, chociaż, szczerze mówiąc, nie wiem, po co mieliby to robić.

- Przerost ego - stwierdziła z pełnym przekonaniem Varrthasir. - Albo, nie wiem, niespełnione marzenia. Tak czy inaczej, powinniśmy jak najszybciej iść dalej. Z przebywania z wariatami nigdy nie wynikło nic dobrego, mówię wam. W klanie mieliśmy kiedyś takiego...

- Cicho - odezwało się nagle Fitse stanowczo. Gwałtownie uciszona Ana uniosła brwi zaskoczona. Medium lekkim ruchem głowy wskazało coś za jej plecami. - Thorann.

- Thorann - mruknęła Diqna cicho, ledwie słyszalnie. Nagle zbieżność imienia mężczyzny z imieniem thyna stała się znacznie bardziej podejrzana i niepokojąca niż na początku.

- Możemy porozmawiać? - zapytał jak gdyby nigdy nic Gollstrond, dołączając do grupy. - Chociaż wolałbym tam - ruchem głowy wskazał pozostawione parę kroków za sobą namioty - niż tu. Tam jest jedzenie. No i jakiś tam dach nad głową, jak już zacznie padać. - Uniósł brwi znacząco, spoglądając jednocześnie na ciężkie, zapowiadające nadchodzącą ulewę chmury.

Bjortari popatrzyli po sobie. Renn wzruszył ramionami.

- Pewnie, możemy - odpowiedział, podnosząc się i otrzepując z ziemi. - Choć nie wiem, o czym.

- Och, wiesz - stwierdził z przekonaniem Thorann. Miękki, beztroski uśmiech, który wydawał się nieodłącznym elementem mimiki mężczyzny, stopniowo zanikł. - Wszyscy wiecie.

Diqna zmarszczyła brwi, odprowadzając odchodzącego z powrotem do obozu Thoranna zaniepokojonym spojrzeniem.

- Chodźmy - mruknął krótko Renn, gdy Gollstrond dotarł już pomiędzy namioty.

Berserk ruszył w ślad za mężczyzną, podobnie pozostali. Diqna, ociągając się, podążyła na samym końcu. Wcale nie była pewna, czy chce uczestniczyć w tej rozmowie.

- Mam zacząć od początku czy mogę darować sobie wstępy? - zapytał Thorann z beztroską ponownie brzmiącą w jego głosie, gdy już wszyscy bjortari - ci zmierzający do Var Arrod i jego ludzie - rozsiedli się wokół ledwo tlącego się paleniska. Wcześniej mieszali się ze sobą, teraz znów wyraźnie podzielili się na grupy. Gdy żaden z towarzyszy Diqny się nie odezwał, Thorann westchnął cicho. - Czyli od początku.

Eyjagrani spojrzała po zebranych. Jej towarzysze spoglądali na Gollstronda z tym samym u wszystkich wyrazem napięcia i niepewności, postawy jego ludzi jednak diametralnie się różniły. Ind, Lyfja, Vinghrid, Otto i Azina patrzyli na swego lidera ze spokojem, podobnie z łagodnym wyczekiwaniem obserwując bjortari towarzyszących Diqnie. W postawach Leir, Gerda i Svena dostrzegalna była za to wyraźna niechęć - Markkari ostentacyjnie odwracała wzrok, z zaciśniętymi zębami słuchając Thoranna, a Sven pokręcił tylko głową z rezygnacją. Cokolwiek Gollstrond zamierzał powiedzieć, nie spotykało się to z jednogłośną akceptacją jego towarzyszy.

- Widzicie, zmierzacie do Var Arrod, a tak się okazuje, że my o Var Arrod trochę wiemy. Porozmawialiśmy sobie trochę o was po tym, jak spotkaliśmy się w Urkari, i wspólnie doszliśmy do wniosku, że bylibyśmy bardzo, bardzo złymi ludźmi, gdybyśmy nie podzielili się swoją wiedzą, gdy macie iść w sam środek tego gówna. Bo wiecie, z Var Arrod to jest... - Mężczyzna zawahał się, potem parsknął cicho. - To jest cholernie skomplikowana sprawa. I średnio przyjemna, jeśli mam być szczery.

- Ja pierdolę, Thorann - warknęła cicho Leir, spoglądając na Gollstronda z irytacją. - Przegłosowaliście, żeby im wszystko powiedzieć i świetnie, ale nie baw się w cholernego bajarza. To nic nie poprawi, i tak rozpętasz vairhring.

Irgrip westchnął bezgłośnie. Słysząc określenie użyte przez Markkari, nie spodziewał się niczego dobrego. Według wierzeń bjortari vairhring był stanem pośmiertnego potępienia, wygnania w rejony wiecznej zimy, w jakie trafiali ostatni szubrawcy i pozbawieni ludzkiej wrażliwości mordercy.

Thorann jakby nie usłyszał komentarza Leir.

- Wszyscy tu zebrani byliśmy w Var Arrod, kiedy miasto stało się... No, tym, czym jest teraz. Wszyscy, to znaczy my tutaj. - Zakreślił ręką koło, wskazując swoich towarzyszy. Na widok niezrozumienia na twarzach klanowych bjortari uśmiechnął się z rozbawieniem. - Tak, to było dawno. Cholernie dawno. Ale poważnie, byliśmy tam. Widzieliśmy, co się stało. - Gollstrond chrząknął cicho i milczał przez chwilę, jakby układając w głowie to, co chciał powiedzieć. - W dużym stopniu chodzi o utarę. W zasadzie - w całości się o nią rozchodzi. Tego jednak łatwo się domyślić, ostatecznie cały syf, jaki zaczynamy teraz obserwować w Heimareldzie, też się z nią wiąże. Wtedy było jednak inaczej, bo spaczenie nie było tak powszechne. Mało gdzie się je spotykało, w całych górach były może dwa, trzy źródła - czy raczej źródełka, biorąc pod uwagę to, jak małe były i jak łatwo było je przegapić. Tchnienie nie miało wtedy jeszcze własnej nazwy, a rytualiści... - Mężczyzna wzruszył ramionami. - Nie korzystali z niej. Rytuały wyglądały wtedy inaczej niż teraz.

Silje przyglądała się Thorannowi z uwagą. W przeciwieństwie do bjortari, na twarzach których malowało się tylko coraz większe niezrozumienie i niepokój, Maral była tylko zaciekawiona.

- Eskalacja w Var Arrod była faktycznym początkiem utary w Heimareldzie w takiej formie, w jakiej znamy ją teraz - kontynuował Gollstrond. - Mówiąc w skrócie i najbardziej obrazowo, Var Arrod po prostu wybuchło. - Mężczyzna zaśmiał się krótko. - Nie da się tego opisać inaczej, jak eksplozja spaczenia. Aż do tego dnia nikt nie wiedział, że pod miastem w ogóle jest jakieś źródło, a już na pewno nikomu nie przyszło do głowy, że jest ono tak silne, silniejsze niż jakiekolwiek, jakie znamy teraz. To był czas wojen klanowych, nikt nie zastanawiał się szczególnie nad tym, co działo się w tym jedynym, neutralnym mieście. Traktowano je jako bezpieczny region, miejsce na rozmowy dyplomatyczne i handel, bez którego nasza społeczność jako taka nie pociągnęłaby długo. Do Var Arrod wpadało się wtedy na chwilę i w kolejnej ruszało dalej, znów do własnego klanu, znów na front. To, że wszyscy wydawali się tam podenerwowani, że wszystkim towarzyszyło jakieś napięcie, że nocami śniło się koszmary i że ludzie warczeli na siebie jak durni - nikt się nad tym nie zastanawiał. Była wojna, więc wszyscy czuli się źle. - Thorann wzruszył ramionami i odchrząknął cicho. - Utara eksplodowała bez zapowiedzi. W jednej chwili normalne, względnie spokojne miasto zostało zalane spaczeniem. Ludzie umierali. Ciała rozpadały się, utara rozrywała je i pożerała. Chodniki nie spływały krwią, bo ta nie nadążała się rozlewać. Tchnienie było zachłanne, wygłodniałe i... - Gollstrond potrząsnął lekko głową. Jego spojrzenie zasnuł cień, gdy przypominał sobie minione wydarzenia.

Milczał przez chwilę, potem westchnął cicho.

- Przeżyliśmy to - powiedział. - My wszyscy. - Gestem ponownie wskazał swoich towarzyszy. - Z tego, co wiem, jako jedyni. Nas utara nie pożarła, ale... Zmieniła. Tak jakby. Na początku byliśmy zagubieni. Żadne z nas nie wiedziało, co się stało. W jednej chwili zajmowaliśmy się swoimi sprawunkami, w kolejnej miasto umarło, a w jeszcze następnej ocknęliśmy się pośród zgliszczy i wszechobecnej śmierci. Staliśmy po kolana w strumieniach spaczenia i nie czuliśmy się sobą. Nie znaliśmy się przedtem, co najwyżej kojarzyliśmy, kto kim jest. Trudno było nie wiedzieć, kim jest Gerd Fradmark, siostrzeniec ówczesnego heidra Klanu Atyra albo Sven Ingrod, jeden z bardziej cenionych wojów Klanu Skivy, tragicznie okaleczony w bitwie.

- Albo ty - dodała cicho Lyfja. - Thorann Gollstrond, do czasów wojen heidr Klanu Fjalloga, a potem opoka i wsparcie dla nowego heidra, swojego syna.

Thorann uśmiechnął się przelotnie, smutno.

- Nie znaliśmy się przedtem - powtórzył - ale w tej jednej chwili staliśmy się sobie bliżsi, niż ktokolwiek mógłby zakładać. Wpadliśmy w to samo gówno. Tak samo nie wiedzieliśmy, co z tym zrobić, jak się zachować... Jak teraz ma wyglądać nasze życie.

- I czy tak naprawdę w ogóle żyjemy - mruknął cicho Otto, machinalnie gładząc siwy łeb psa leżącego tuż obok.

Gollstrond pokiwał w zamyśleniu głową.

- Spotkaliśmy się na placu Var Arrod, bo tam zaprowadziła nas utara. Popatrzyliśmy na siebie i nagle okazało się, że my... Spaczenie w nas weszło. Przepływało przez nas, gromadziło się w naszych ciałach. Wciąż jednak byliśmy tacy sami, prawie. Okazało się, że zaczęliśmy umieć więcej, mieć... moc. - Parsknął cicho. - Nie potrafiliśmy do końca władać spaczeniem, ale mogliśmy w pewnym stopniu je kanalizować. Nie zawsze nas słuchało i nie zawsze słucha, możemy jednak wskazywać mu kierunek. - Thorann przerwał na chwilę. Przelotny grymas, jaki odmalował się na jego twarzy, zapowiadał, że Gollstrond zbliża się do tych słów, których zebrani podświadomie najbardziej się bali.

- Wróciliśmy do reszty. Nie do własnych klanów, ale po prostu do społeczności. Co innego mieliśmy zrobić? - Mężczyzna wzruszył ramionami. - Postanowiliśmy zobaczyć, co się stanie, spróbować znaleźć sobie jakieś nowe miejsce, nową rolę. Tę ostatnią nadały nam jednak klany i nie była ona taka, jakiej oczekiwaliśmy. - Thorann zaśmiał się gorzko. - Nazwali nas bogami. Widząc nas, z całą naszą innością i zdystansowaniem, których nie tworzyliśmy, które po prostu pojawiły się wraz z wypełniającą nas utarą, nazwali nas opiekunami. Nagle okazało się, że w naszych silnie animistycznych wierzeniach jest miejsce dla bjortari, że ludzie mogą kroczyć po tych samych ścieżkach, po których dotąd chodziły jedynie zwierzęce duchy, nasze totemy. Nadano nam nowe imiona, zaczęto prosić nas o rady i instrukcje, a wreszcie zaczęto patrzeć na nas jak na kogoś, kto mógł prowadzić klany. A my przecież niczego takiego nie potrafiliśmy. Byliśmy sobą, tylko z nowymi umiejętnościami. - W głosie Gollstronda zaczęła rozbrzmiewać frustracja, ta sama, która musiała mu towarzyszyć wtedy przed laty.

- Mimo tego nie protestowaliśmy, gdy wynoszono nas na piedestał - kontynuował po chwili. - Najpierw nie potrafiliśmy, potem uznaliśmy, że to nikomu nie zaszkodzi. Że ludzie może tego potrzebują, nowych wzorów, jakiegoś... Nie wiem, okrucha nadziei? Eskalacja w Var Arrod była tragedią na niespotykaną skalę. Trudno było się dziwić, że wszyscy szukali jakiegoś punktu zaczepienia, jakiejś ścieżki powrotu do normalności. Nie pomagaliśmy im w tym, nie wiedzieliśmy, jak, ale też nie burzyliśmy obrazka, który tworzyli. A z czasem... Z czasem po prostu przyzwyczailiśmy się do tej roli. Przywiązaliśmy się do klanów - już wtedy społeczność zaczęła się dzielić, do jednych z nas zbliżać się bardziej niż do innych. I wtedy nie potrafiliśmy już się z tego wycofać. Ostatecznie potwierdziliśmy nasze nowe imiona i, jeszcze później, chyba sami zaczęliśmy wierzyć, że nimi jesteśmy - zakończył Thorann.

- Thynami - odezwała się po chwili Silje, mierząc bezklanowych uważnym spojrzeniem. - To chcesz nam powiedzieć. Że jesteście thynami.

Gollstrond uśmiechnął się smutno, a mgła przesłaniająca dotąd to, co bjortari faktycznie wiedzieli, ostatecznie się rozwiała. Nazwiska, które dotąd wydawały im się obce, w jednej chwili okazały się doskonale znajome. W oczach ludzi gór błysnęło nagłe zrozumienie, a zaraz po nim - lęk i niedowierzanie.

- Nazywam się Atyrna - odezwała się cicho Lyfja, gdy Thorann spojrzał na nią i skinął lekko głową. - Szepcząca. Prowadzę rytualistów i skyrmów, szeptuchy i heidrów. W snach widzę wasze losy, a gdy karmicie utarę krwią, spaczenie tkwiące we mnie drży i przynosi echa waszych próśb. Nie tak głośne, jak słyszy je Sven... Samahel - Atyrna uśmiechnęła się przelotnie - ale wystarczające.

- Nazywam się Samahel - po Atyrnie odezwał się niewidomy woj. - Widzący. Prowadzę heidrów, przewodniczę klanowym radom. Jestem opoką i sprawiedliwością. Zawsze słyszę wasze modły i zawsze staram się odpowiadać. - Mężczyzna skrzywił się, świadom, że próby nie zawsze są skuteczne.

- Nazywam się Eyjavad, Dumny. - Kolejny przedstawił się Gerd. Uważne, spokojne spojrzenie zawieszał na chwilę na każdym z coraz bardziej pobladłych, zmartwiałych bjortari z klanów. - Patronuję wojownikom i gospodarzom domów. Wierzycie, że po śmierci będziecie ze mną ucztować i... - Mężczyzna zawahał się, potem westchnął ciężko. - Bardzo chciałbym, żeby tak było.

- I ja życzyłbym sobie walczyć z wami przez wieczność, tak jak tego ode mnie oczekujecie - odezwał się cicho Ind Groa. Nie uśmiechał się już, lecz spoglądał na zebranych ze współczuciem. - Nazywam się Floth, Gotowy. Wzywają mnie myśliwi i wojowie, podróżnicy i ci, którzy wciąż nie znaleźli swojego miejsca w świecie.

- Moje imię to Surre, Dwulicy. - Następny był Azina spoglądający na zgromadzonych z bólem i niepewnością. - Nie patronuję nikomu, jestem jednak dla wszystkich.

- Nazywam się Skjoldivarr - przedstawił się Otto, jakby chcąc mieć to jak najszybciej za sobą. - Samotny. Prowadzę myśliwych, wypatrują mnie też chorzy i walczący, gdy czują na sobie oddech śmierci. Razem pokazujemy wam ścieżki. - Nastheidr znacząco położył dłoń na łbie ogara i odwrócił wzrok.

- Nazywam się Urgoth, Przegrany. - Vinghrid westchnął cicho. - Przywiązali się do mnie ci, którzy w waszych społecznościach nie zasługują na szacunek.

Gdy po Vanmarze zapadła ciężka cisza, Thorann spojrzał znacząco na Leir. Kobieta skrzywiła się.

- Nazywacie mnie Agnari - rzuciła krótko. - Szukającą. Wierzycie, że prowadzę młodych ku ich przeznaczeniu, że wskazuję ścieżki myśliwym i podróżnikom.

Gollstrond odetchnął powoli.

- Nazywam się Thorann, Śniący - przedstawił się jako ostatni. - Nie wybrałem nikogo, jestem ojcem i opiekunem dla wszystkich z was.

Gdy ponownie zapadła cisza, przez długą chwilę nikt jej nie przerwał. Bjortari siedzieli jak skamieniali, spoglądając na każdego z thynów z coraz bardziej widocznym żalem i rozczarowaniem.

- Piękna historia - odezwał się w końcu Renn głosem pełnym napięcia. - Ale nie powiem, żeby szczególnie łatwo było w nią uwierzyć. Tak naprawdę odnoszę wrażenie, że pierdolicie, koledzy - warknął berserk. Wiedział - czuł - że wszystko, co usłyszeli, to prawda, nie potrafił jednak się z nią pogodzić. Nie chciał takiej prawdy.

- Nie - rzuciło Fitse, najpierw cicho, potem powtarzając głośniej. - Nie. Oni nie kłamią. - Medium spoglądało przez chwilę wprost na Thoranna, ten zaś, choć nie odwrócił wzroku, wyraźnie się speszył. - Thynów nie ma - stwierdził nastolatek głosem wypranym z emocji.

Gwałtownie podniosło się z ziemi, nieprzytomnym spojrzeniem obejmując zebranych przy ognisku bjortari. Dygocząc, Fitse odwróciło się od reszty i puściło biegiem poza obóz. Czuło się tak, jakby zamknięto je w ciasnej, dusznej przestrzeni. Ogrom bólu, jaki nagle zalał je ze wszystkich stron, przytłoczył je i pozbawił tchu. Nagła świadomość uderzyła je z siłą rozpędzonego wołu - jego inność nie miała sensu, nie miała celu, nie była postawioną mu próbą. Nic, czego dotąd doświadczyło i z czym musiało się mierzyć, nie miało... To nie była ścieżka, która miała je dokądkolwiek zaprowadzić. Wiara w to, że jego istnienie nie jest przypadkowe, że musi być jakimś planem thynów, którzy z pewnością kochają je jak wszystkie inne swoje dzieci, ta wiara pozwalała mu żyć. Teraz okazało się, że wszystko to było nieprawdą i Fitse nie potrafiło sobie z tym poradzić. Czuło się oszukane, oszukane w najgorszy możliwy sposób.

- Mówiłem, że tak będzie - mruknął cicho Eyjavad, ponurym spojrzeniem odprowadzając uciekającego nastolatka. - Nic dobrego nie mogło z tego wyniknąć.

- Nieprawda - rzucił ostrzej Thorann. - Musieli się dowiedzieć. - Mężczyzna spojrzał na Atyrnę i skinął jej lekko głową.

Kobieta podniosła się z gracją z ziemi i podążyła w ślad za Fitse. Surre westchnęło bezgłośnie, smutno i potrząsnęło lekko głową.

Ana początkowo nawet nie zauważyła zniknięcia przyjaciela. Fizyczna pustka u jej boku była niczym w porównaniu do pustki, jaka nagle zagościła w jej sercu. Tamerka sprawiała wrażenie, jakby nie do końca rozumiała, co się wokół niej mówi, jakby sens wszystkich wypowiadanych słów gdzieś jej umykał. Dziewczyna spoglądała na wszystkich nie do końca przytomnie, wyraźnie zagubiona.

Urgoth skrzywił się. Varrthasir walczyła, broniła się przed tym, czego nie chciała wiedzieć. Gdy w pewnej chwili podniosła się z ziemi i uciekła, thyn nie był zaskoczony. Podobnie jak Thorann uważał, że grupa musiała poznać prawdę, wiedział jednak, że to nie będzie łatwe.

Odhim potrząsnął głową.

- Niemożliwe - rzucił z napięciem, unosząc na Thoranna ostre, świdrujące spojrzenie. - Musiałem coś źle zrozumieć. Z pewnością chciałeś przekazać nam coś innego, ja tylko... Nie wiem... - Głos skyrmy zadrżał, mężczyzna kurczowo zacisnął dłonie na skroniach. Kręcąc głową, jakby w ten sposób mógł zapomnieć wszystko, co usłyszał, skulił się w sobie i zaczął kołysać w przód i w tył.

- Zagubili się, Gollstrond - stwierdził Urgoth cicho, ledwie słyszalnie. - Nie udźwigną tego.

- Udźwigną - zaprotestował Thorann, w jego głosie brakło jednak przekonania. - Muszą. W tej chwili to już nie... Już nikt nie będzie pytał ich o zdanie.

Urgoth odwrócił wzrok.

- Czyli - odezwał się nagle Renn. Mężczyzna nie wydawał się zszokowany, z pewnością jednak był rozdrażniony, zwyczajnie wściekły - jesteście po prostu zwykłymi kłamcami, dobrze zrozumiałem? Bandą cwaniaczków, dla których postawienie się w roli bóstw było doskonałym planem na życie.

Chatzka parsknęła gorzkim śmiechem. W spojrzeniu, jakim obrzuciła zebranych przy ognisku, widoczny był bezgraniczny żal i uraza.

Gollstrond pokręcił lekko głową.

- To nie tak, dobrze o tym wiecie. - Mężczyzna zmrużył oczy, spoglądając uważnie na Brodhirsta. - Nie chcieliśmy, żeby...

- To nie ma znaczenia - rzuciła Diqna z nieoczekiwanym spokojem. Wsparte na skrzyżowanych nogach dłonie drżały jej lekko, wyraźnie też pobladła, mówiła jednak pewnie i z przekonaniem. - Nie ma znaczenia, czego chcieliście, a czego nie, i tak naprawdę nie ma znaczenia również to, czy jesteście thynami, czy jedynie kłamstwem na ich temat. Tak naprawdę... - Dziewczyna odetchnęła powoli. - Tak naprawdę to nie zmienia aż tak wiele. - Wzruszyła lekko ramionami.

Skjoldivarr przyjrzał się jej z uwagą. Nie odezwał się, pokiwał jednak głową w zamyśleniu.

Ylfgrim milczał. Wyraźnie spięty woj spojrzał z nagłą bezradnością najpierw na Eyjavada, potem na Flotha. Napotkał pełen bólu i lęku wzrok Fjolnhodda, obaj thynowie wiedzieli, o czym musiał pomyśleć mężczyzna. Teraz, gdy okazało się, że bogów nie ma - przynajmniej w takim rozumieniu, w jakim ich wyznawano i jakich wzywano - nagle nie wiadomo było, co czeka ich po śmierci. Czy raczej boleśnie jasne stało się, że nie ma żadnego ucztowania przy biesiadnym stole i nie ma chwalebnych walk bez obaw o własne życie.

W drżeniu rosłego woja wyrażał się nagły lęk przed śmiercią, która w tym momencie jawiła się już nie jako pewna zmiana i droga ku czemuś lepszemu, lecz jako koniec, ostateczna utrata własnej świadomości, własnego... bycia.

- Nie opuszczamy was wtedy, chłopcze - odezwał się cicho Eyjavad, krzywiąc się jednak świadom własnej hipokryzji. Nie miał co zaoferować Ylfgrimowi ani żadnemu z pozostałych. Nie posiadał wiedzy, którą mógłby zrównoważyć ich ból. Utara zmieniła go, zmieniła ich wszystkich, ale nie byli dzięki niej lepsi, bardziej wszechwiedzący. Śmierć była dla nich zagadką taką samą, jak dla innych - lub większą, bo przecież powinni jej doświadczyć wiele dekad temu, a ona wciąż ich omijała. Ani Eyjavad, ani żaden z pozostałych thynów nie wiedzieli, co dzieje się potem, gdy ludzkie ciało jest już zbyt zmęczone i zniszczone, by żyć dalej. Chciał pocieszyć Ylfgrima, ale zwyczajnie nie potrafił.

Regwald zaśmiał się krótko i potrząsnął głową. Siedział zgarbiony u boku Thekkira, jedynym zaś, co czuł, były fale ogarniającej go bezradności. Nie był zaskoczony, nie czuł się też oszukany - po pierwszej wyprawie do Var Arrod i wszystkim, co przeszedł w jej trakcie, był już zbyt wyczerpany, by odczuwać silniejsze emocje. Teraz, dowiadując się, że całe życie tkwił w kłamstwie, którego nie wynagrodzą mu nawet na końcu żywota, czuł po prostu rezygnację.

Siedzący tuż obok Aheidvahl zerknął na przyjaciela kątem oka, przeniósł potem wzrok na thynów. Mężczyzna był zaciekawiony. Sprawiał wrażenie, jakby już wcześniej spodziewał się tego, co usłyszą i słowa Thoranna nie były dla niego zaskoczeniem. Przyglądał się bezklanowym ze spokojnym namysłem, w żaden sposób nie komentując zasłyszanych prawd.

Silje wyglądała podobnie. Świdrowała thynów uważnym spojrzeniem, ale nie dzieliła bólu i rozczarowania bjortari. Thynowie nie byli jej bogami, stanowili tylko legendę, element obcej kultury. W spojrzeniu kobiety dało się jednak zobaczyć błysk, niedostrzegalny u pozostałych. Tropicielka przyglądała się thynom z fanatyczną niemal uwagą, a zmarszczone brwi świadczyły o głębokim zamyśleniu.

Thorann spojrzał na Maral i drgnął lekko. W Hadharce było coś, czego nie umiał wyjaśnić, a co go przerażało. Silje analizowała ich, poddawała eksperymentowi myślowemu, patrząc na nich nie jak na ludzi, lecz na jakąś inną, wyższą formę bycia. Spoglądając na nią, Gollstrond niemal czuł rosnące ambicje tropicielki, jakieś zamiary i plany, których nie rozumiał, a które sprawiały, że krew krzepła mu w żyłach. W jednej chwili Thorann zaczął zastanawiać się, czy dobrze zrobili, opowiadając o tym wszystkim. Ból, żal, cały kalejdoskop uczuć bjortari był łatwy do przewidzenia, spodziewali się go i wiedzieli, że nie da się go uniknąć. Ale to, co przez moment dostrzegał w Silje, było inne, obce i znacznie bardziej niepokojące.

W całym tym zamieszaniu nikt nie zwrócił uwagi na Eyjagrani. Dziewczyna siedziała cicho, kuląc się pod nagłym wrażeniem ciężaru przygniatającego jej barki. Poczucie bezradności zalało ją i przytłoczyło, napełniając lękiem i całą masą wątpliwości. Gdy uniosła wzrok, szeroko otwarte, błękitne oczy pełne były dziecięcego zagubienia i tęsknoty za tym poczuciem bezpieczeństwa i pewności, które gwarantowała jej dotąd wiara, przekonanie, że ktoś ją prowadzi i ktoś nad nią czuwa. Odnajdując wśród thynów swą patronkę, Agnari, spojrzała na nią z niedowierzaniem i bolesną tęsknotą. W zamian nie dostała jednak kojącego uśmiechu i zapewnienia, że tak naprawdę nic się nie zmieniło. Spojrzenie Szukającej wciąż było twarde, stanowcze, pozbawione większego ciepła.

Eyjagrani wciągnęła powietrze gwałtownie, podnosząc się z ziemi. Oddychając spazmatycznie, zachwiała się i cofnęła o krok, potem kolejny, wreszcie puściła się szaleńczym biegiem w kierunku, w którym przedtem oddaliła się Ana. Świat nagle zaczął ją dusić, a skowyt, który w pewnym momencie wyrwał się jej z gardła, był wyciem bezgranicznej rozpaczy.

Thorann spoglądał na zebranych przez chwilę. Gdy zwiesił głowę, nagle i on wyglądał na przygniecionego ciężarem, którego nie był w stanie unieść.

- Zadowolony? - mruknęła cicho Agnari, świdrując Gollstronda ostrym spojrzeniem. - Tego właśnie chciałeś?

Mężczyzna milczał.

- Nie - odezwał się w końcu, a w jego głosie brzmiał smutek. - Nie jestem zadowolony. Ale tak było trzeba.

Agnari spoglądała na niego przez moment, potem prychnęła cicho i odwróciła wzrok.

***

Zmierzchało już, gdy Atyrna wróciła do obozu, prowadząc za rękę milczące, powłóczące nogami Fitse. Gollstrond obserwował ich, gdy Szepcząca posadziła nastolatka przy ponownie rozpalonym ognisku i włożyła w zmarznięte dłonie kubek gorącego dimu. Medium przyjęło naczynie, mechanicznie upijając z niego łyk aromatycznego naparu.

- Eyjagrani i Ana? - spytał Thorann Skjoldivarra, nie odwracając wzroku od przygnębionego Fitse.

- Nie wróciły - odpowiedziała zamiast Samotnego towarzysząca im Agnari. Odkąd Thorann oddalił się na obrzeża, z daleka obserwując pozostałych w obozie bjortari, thynowie kolejno przychodzili do niego i odchodzili, dotrzymując mu towarzystwa. - I nie wrócą.

Skjoldivarr skinął powoli głową.

- Siedzą we dwie, nic im się nie stanie. Ich ból i żal... - Mężczyzna odetchnął i potrząsnął głową. - Znaleźliśmy je z Leir za tamtym wzgórzem. - Ruchem głowy wskazał kierunek. Użył prawdziwego imienia Agnari - przez dekady wspólnej wędrówki thynowie wciąż częściej zwracali się do siebie tak, jak nazywali się przedtem, za wcześniejszego życia.

- Nie wrócą - powtórzyła Szukająca spokojnie.

Thorann westchnął cicho.

Bjortari opuścili obóz przed zmierzchem, a żaden z thynów nie próbował ich zatrzymywać. Pożegnanie było krótkie i oschłe. Gdy Surre życzył im spokojnej podróży, Renn prychnął cicho i oddalił się, nie czekając na pozostałych. Tuż za nim ruszyła Chatzka, podobnie jak berserk nie chcąc uczestniczyć w udawanych uprzejmościach.

Eyjagrani i Ana dołączyły do grupy już na szlaku. Oczy Tamerki były zaczerwienione i przesuszone od długotrwałego płaczu. Vartahel trzymała ją silnie za drobną dłoń.

Samahel stał na obrzeżach obozu, spoglądając w kierunku odchodzących jeszcze długo po tym, gdy ponownie wkroczyli między szczyty, znikając z pola widzenia. Albinos nie widział ich, był w końcu ślepy, w pewnym sensie czuł jednak ich obecność.

- Musieli wiedzieć - powiedział cicho Thorann, zatrzymując się u boku Samahela.

W głosie Gollstronda brzmiało pytanie, jakby mężczyzna szukał potwierdzenia, że rzeczywiście tak musiało być.

Samahel milczał. Thorann westchnął ciężko. Widzący był jednym z tych, którzy bez entuzjazmu przyjęli plan odkrycia się bjortari, mimo tego Gollstrond liczył na choćby odrobinę wsparcia z jego strony.

- To nie ma znaczenia, Thorann. - Gdy thyn odezwał się w końcu, nie krytykował przyjaciela, nie dał mu też jednak oczekiwanego poparcia. - Już wiedzą. Teraz... - Mężczyzna wzruszył lekko ramionami. - Teraz już nic nie zależy od nas.

Gollstrond zacisnął zęby.

- Nikt nie mówił, że to będzie proste - odezwała się cicho Atyrna.

Thorann nie słyszał, kiedy się zbliżała. Słysząc teraz jej miękki, kojący głos tuż obok, drgnął lekko.

- Ani dla nich, ani dla nas. Idą jednak do Var Arrod - dodała, jakby to wszystko wyjaśniało.

Samahel zaśmiał się.

- Idą do Var Arrod... - mruknął. - Może i tak. Może rzeczywiście tak ma być.

Atyrna położyła dłoń na ramieniu Thoranna i ścisnęła je lekko.

Gollstrond westchnął, nic nie mówiąc.

Rozdział 18

Od opuszczenia obozu thynów nie odzywali się wiele, w milczeniu wędrując dalej na północ szlakiem wskazanym przez Regwalda. Na próbę zagajenia rozmowy przez Silje Renn tylko cicho coś burknął, Chatzka prychnęła krótko, a Odhim pokręcił głową, odwracając wzrok. Nie odezwała się także Eyjagrani. Czuła na sobie świdrujące spojrzenie Maral, nie wiedziała jednak, o czym miałaby z nią teraz rozmawiać. Podwaliny ich świata, świata bjortari, tak solidne, w jednej chwili runęły jak domek z kart. Hadharka nie mogła tego w pełni zrozumieć.

- Utara. Znowu - rzuciła krótko Ana dopiero wtedy, gdy otoczenie wokół nich zaczęło się zmieniać. Dziewczyna lekkim ruchem głowy wskazała szare smugi spływające ze skał po prawej stronie.

- Tam też - rzuciło Fitse, wskazując jeszcze dwa miejsca przed nimi. Medium zmrużyło oczy, przyglądając się mglistym pasmom spaczenia snującym się wokół szlaku. Gdy obok przechodził Thekkir, część utary lgnęła w jego stronę, łagodnie wijąc się między nogami mężczyzny i rozwiewając, gdy Aheidvahl odchodził dalej.

Regwald skinął głową.

- Tak już będzie do końca - stwierdził krótko. - Var Arrod jest już niedaleko, spaczenie będzie przybierać na sile.

Rzeczywiście, im dalej szli, tym gęstsza i bardziej lepka stawała się mgła, przelewając się po okolicy na podobieństwo falującej tafli wody. Dodatkowo, podobnie jak na mogile pod Patronem, tchnienie zaczęło szeptać do nich głosem dawno umarłych bjortari, a dymne kłęby splatały się w zniekształcone formy znajomych budynków i na pół ludzkie sylwetki.

- Widzicie to? - spytał Ylfgrim, w pewnej chwili wskazując coś przed nimi.

Podążając wzrokiem za palcem woja, Renn potrząsnął głową, także Odhim niczego nie dostrzegł, zacięcie na twarzy Fjolnhodda wyraźnie świadczyło jednak, że cokolwiek widział mężczyzna, musiało być to dla niego niemal realistyczne. Układając dłoń na rękojeści wiszącego u pasa krótkiego, wygiętego miecza, Ylfgrim jeszcze przez długi czas wbijał spojrzenie w jeden punkt, oglądając się za siebie nawet wtedy, gdy minęli już to miejsce.

Swoje zmagania z utarą toczyła także Chatzka. Wyraźnie spięta od pierwszej chwili, kiedy otaczające ich spaczenie stało się silniejsze, powarkiwała teraz gardłowo, strzelając na boki rozognionym spojrzeniem. Przez rozdęte nozdrza wciągała głęboko wilgotne, charakterystycznie metaliczne w zapachu powietrze, sprawiając wrażenie osaczonej.

- Co widzisz? - zapytał cicho Irgrip.

Varta potrząsnęła głową.

- Nie wiem - rzuciła szczekliwie. - Ale one tu są. Obserwują. Czuję ich gorący oddech i... To polowanie. To cholerne łowy.

Fitse spojrzało na Chatzkę ponuro, nic jednak nie powiedziało.

Silje przygryzła wargę, myśląc intensywnie.

- Myślisz, że się przemieni? - spytała cicho medium. Już wcześniej zwróciła uwagę na problemy zmiennokształtnej z opanowaniem Zewu tam, gdzie utara przybierała na sile. Teraz wyglądało na to, że Chatzka ponownie sobie nie radzi.

- Nie wiem - przyznało Fitse. - Jest silna. Myślę, że... - Nie dokończyło, ostatecznie wzruszając lekko ramionami.

Słowa nastolatka skłoniły Silje do uważniejszego przyjrzenia się Eyjagrani. Jeden rzut oka na młodą vartahel wystarczył, by zauważyć trudności, z jakimi musiała się zmagać. Mocno zaciśnięte zęby i drżące dłonie, zwinięte w pięści, wskazywały na fizyczny ból doskwierający Heidveurr. Dziewczyna oddychała szybko, strzelając na boki nie do końca przytomnym spojrzeniem.

- Eyja? - Maral zmarszczyła brwi, zaniepokojona.

Eyran Thynler liczył wprawdzie, że wysłanie vartahel wywoła pierwszą przemianę i uczyni z niej vartę, Silje nie była jednak pewna, czy rzeczywiście tego teraz potrzebowali. Zmiany formy, czy to pierwsze, czy kolejne, nigdy nie były łatwe, a w przypadku Eyjagrani szczególnie trudno było przewidzieć, jak przebiegnie transformacja.

Heidveurr potrząsnęła lekko głową.

- Nic - warknęła krótko, niemal niezrozumiale. - Nic... się nie dzieje.

Hadharka jeszcze przez dłuższą chwilę nie spuszczała z niej oka, odwracając wzrok dopiero wtedy, gdy atak, jakiego doświadczała dziewczyna, zaczął powoli ustępować, pozostawiając Eyję wyczerpaną, ale bardziej świadomą.

Odkąd utara zaczęła otaczać ich ze wszystkich stron, wędrówka stała się znacznie bardziej wyczerpująca, nikt więc nie protestował, gdy Regwald zarządził postój szybciej niż zazwyczaj. Sam Unn zdawał się trzymać całkiem dobrze, jakby spaczenie nie wywierało na niego żadnego wpływu, przyglądając się mężczyźnie uważniej, łatwo było jednak dostrzec, że był zmęczony nie mniej od pozostałych i nie mniej niż oni potrzebował oddechu.

Rozłożyli się pod nawisem skalnym położonym po prawej od szlaku. Kamienna wnęka gwarantowała osłonę od górskich wiatrów - tego dnia niezbyt silnych, wciąż jednak przenikliwych, bez trudu przedzierających się przez warstwy ubrań podróżnych - i chroniła przed ostrymi, oślepiającymi promieniami słońca. Eyjagrani rzuciła torbę w kąt zagłębienia i osunęła się po ścianie, siadając skulona na zmarzniętej ziemi.

- Zostańmy tu chwilę dłużej - rzuciła półgłosem, obejmując głowę ramionami. - Proszę.

Diqna kucnęła obok niej, z troską gładząc spięte plecy siostry.

- Zostaniemy - zapewniła z przekonaniem. Unosząc głowę, spojrzała niepewnie na Chatzkę.

Varta skinęła głową.

- Niech odpocznie - rzuciła krótko, spoglądając uważnie na Eyję. - Obawiam się, że to... Po prostu musi to udźwignąć. - Zmiennokształtna odetchnęła powoli. Ostre spojrzenie jej połowicznie zwierzęcych oczu złagodniało, gdy kobieta wspomniała własną transformację.

Diqna westchnęła cicho, po chwili wstając z kucek i zostawiając skuloną siostrę w spokoju. Eyjagrani jakby w ogóle nie zauważyła jej odejścia.

Po szybkim posiłku, na który złożyło się mięso wołów upolowanych nie tak dawno wspólnie z thynami, wędrujący rozsiedli się nieco swobodniej, rozprostowując zmęczone mięśnie. Grzejąc dłonie o kubki z gorącym dimem zaparzonym przez Odhima, siedzieli przez chwilę w milczeniu, ciesząc się ciszą i spokojem. Teraz, gdy byli już tak blisko celu, wydawałoby się, że wszystkim zacznie się jeszcze bardziej spieszyć. W tej chwili żadne jednak nie wyglądało, jakby miało ochotę od razu po posiłku zerwać się i iść dalej. Choć nikt nie powiedział tego na głos, bliskość Var Arrod zaczęła ich onieśmielać, a siła otaczającej ich utary - przerażać.

Ciszę przerwał dopiero głos Any. Młoda Tamerka już chwilę wcześniej oddaliła się od grupy, spacerując nieopodal wnęki i rozglądając się. Teraz zatrzymała się tuż przy nawisie i z zadartą głową spoglądała na coś powyżej niego.

- Tam chyba jest jaskinia - powiedziała, mrużąc oczy i osłaniając je dłonią przed rażącym słońcem. Po chwili opuściła wzrok, zerkając to na Diqnę, to na Regwalda. - Mogę pójść zobaczyć? - Varrthasir nie wyglądała na szczególnie chętnie podporządkowującą się poleceniom, podczas wyprawy zdawała się jednak przyzwyczajać do pytania o zdanie tych, których uznawała za swych tymczasowych przywódców.

Heidveurr spojrzała na Anę z powątpiewaniem.

- Nie jestem pewna, czy to najlepszy pomysł - stwierdziła. - Tutaj nie jest już bezpiecznie... Zakładając, że w ogóle gdziekolwiek w Euxanirze jest. - Łowczyni parsknęła cicho. - Spaczenie jest cholernie silne. Nie wiem, czy na tym etapie powinniśmy się rozdzielać, to może być... - Diqna nie dokończyła, wzruszając ramionami. Wszyscy pamiętali makabryczny obrazek Vitta przerośniętego szarymi kryształami.

Regwald skinął głową, w milczeniu zgadzając się z Diqną, Renn westchnął jednak ciężko.

- Ten syf jest już wszędzie wokół - stwierdził z rezygnacją. - Taplamy się w nim jak gówniaki w bajorku. Dajcie jej pójść. - Berserk spojrzał na Diqnę i wzruszył ramionami. - Jak coś ma się stać, to się stanie, czy będziemy siedzieć na dupie, czy chociaż spróbujemy zachowywać się normalnie.

Insorv spoglądała na Brodhirsta przez chwilę. Wreszcie westchnęła cicho.

- Może masz rację - przyznała. Wychowani w lęku przed utarą teraz musieli przyznać, że sytuacja trochę się zmieniła. Brodzili w spaczeniu po kolana i... Diqna westchnęła po raz wtóry. - Idź - skinęła głową Anie. - Tylko uważaj.

- Zawsze uważam - parsknęła Tamerka. - Nie jestem już dzieckiem - podkreśliła, chwilę później znikając za wnęką. Szuranie i stukot kamyków wskazały moment, gdy dziewczyna zaczęła wspinać się wypatrzoną ścieżką. Parę chwil później głuche tupanie miękkich butów rozległo się tuż nad ich głowami, na chroniącej ich skalnej półce, a potem ucichło, gdy dziewczyna dotarła do jaskini.

Odhim podniósł się z gracją i przeciągnął się lekko.

- Pójdę z nią - stwierdził krótko, spoglądając na resztę. - Wolę pozwiedzać, niż siedzieć bezczynnie.

Chatzka parsknęła z rozbawieniem.

- Tylko nie daj jej powodu do myśli, że ją pilnujesz - rzuciła. - W końcu nie jest już dzieckiem.

Irgrip uśmiechnął się, bez słowa opuszczając wnękę i podążając za Aną. Wrócił ledwie kilka chwil później.

- Chodźcie - powiedział po prostu. - Musicie to zobaczyć.

Ylfgrim spojrzał na Odhima pytająco.

- Nie mów, że Ana też została elementem krajobrazu - rzucił, podnosząc się jako pierwszy i otrzepując.

Irgrip uśmiechnął się nieznacznie.

- Nie została. Za to znalazła coś ciekawego. Idziecie czy nie? - Rytualista uniósł brwi znacząco, chwilę później prowadząc resztę grupy do jaskini.

Wejściem do odkrytej przez Anę groty była wąska szczelina, za którą ciągnął się równie wąski korytarz. Ocierając się o szorstką powierzchnię skał po obu stronach, bjortari mozolnie podążali za Odhimem, który, mimo pytań, nie raczył im powiedzieć, co konkretnie chce im pokazać. Cel wycieczki okazał się nie być jednak daleko - ciasnota wąskiego przejścia skończyła się po zaledwie kilku dłuższych krokach, kiedy korytarz przerodził się w dużą, skalną komorę.

Na środku jamy leżał zaś smok.

- O kurwa. - Gdy wszyscy weszli do komory, stając po obu stronach czekającej na nich Any, Renn nie krył zdumienia. Zadzierając głowę, by objąć wzrokiem całą masywną sylwetkę nieruchomej bestii, berserk przez dobrą chwilę rozdziawiał tylko nieelegancko usta.

- No - przytaknęła Ana, spoglądając na przybyłych, a potem znów na zwaliste cielsko zajmujące niemal całą przestrzeń. - Wiem. Tak właśnie z Odhimem pomyśleliśmy, że będziecie chcieli zobaczyć.

- Aha - rzucił Renn po chwili. - Aha. Tak po prostu. Znaleźliście urtroka i stwierdziliście, że to w sumie ciekawe znalezisko, pokażmy je pozostałym. - Berserk podniósł nieco głos, by w wyższych tonach udać intonację Irgripa.

Brodhirst sapnął cicho. Opuszczając głowę i rozmasowując zbyt długo wygięty kark, strzelił w kierunku skyrmy pełnym niedowierzania wzrokiem.

- Trafiliście na jebanego smoka, a ty tak po prostu wróciłeś do nas, jak ze spacerku, radośnie rzucając, że chcesz nam coś pokazać. Kim ty, kurwa, jesteś, człowieku? Cokolwiek cię jeszcze dziwi, nie wiem, fascynuje, czy już w ogóle wszystko masz w dupie? - Renn pokręcił głową z niedowierzaniem, wyraźnie nie pojmując, jak można być tak niewzruszonym jak Odhim.

Diqna pokręciła głową.

- No już, już, Brodhirst, uspokój się - rzuciła z rozbawieniem. Sama również nie spodziewała się takiego odkrycia, święte oburzenie Renna jednak zwyczajnie ją bawiło. - Idź sobie pooglądaj gada, jak chcesz, i...

- A żebyś wiedziała - sapnął berserk, naburmuszony. - Żebyś wiedziała, że pójdę i sobie pooglądam. - Z tymi słowy mężczyzna ostentacyjnie odwrócił się od reszty i szybkim krokiem zaczął zbliżać się do smoka.

- A że tak pozwolę sobie zapytać - wzięliście pod uwagę, że on może być żywy? - zapytał jak gdyby nigdy nic Ylfgrim, spoglądając za Rennem. - I że, na przykład, się obudzi?

- Gówno - zawołał Brodhirst w odpowiedzi na słowa woja, nawet się nie odwracając. - Jak się obudzi, to z nim porozmawiam. Kulturalnie, a nie jak z hołotą - podkreślił znacząco, na co Chatzka parsknęła cicho.

- A jak cię zeżre? - zapytał Regwald z przelotnym rozbawieniem.

- Urtroki nie żrą ludzi - odparł z przekonaniem berserk, będąc już przy jednej z tylnych, czteropalczastych łap gada i wyciągając rękę, by pogładzić białą, poszarzałą tylko od brudu skórę. - Poza tym...

- Nie dotykaj! - rzuciło nagle Fitse. Przepychając się przed resztę, w jednej chwili znalazło się obok Renna. Zacisnęło drobną dłoń na szerokim nadgarstku berserka, zatrzymując mężczyznę w pół ruchu. - Spójrz. Wszyscy spójrzcie - powiedziało krótko, ruchem głowy wskazując smoka. - Przyjrzyjcie się.

- Co... - Brodhirst sapnął zaskoczony, posłusznie jednak cofnął dłoń, zmrużył oczy i przypatrzył się urtrokowi. W pewnej chwili otworzył oczy szerzej w przypływie zrozumienia. - A. No dobra - mruknął, nagle jakby speszony swoją bezmyślnością. - To chyba jednak byłoby głupie.

- Co? Co się dzieje? - Diqna zmrużyła oczy i podeszła bliżej. W ślad za nią, milcząc ponuro, podążyła Eyjagrani, a potem także wszyscy pozostali.

- Utara - rzuciła nagle Silje, dostrzegając to, na co wskazywało Fitse. - To utara, ona jakby... Układa się w sploty. Więzy. Myślisz, że to dlatego ten smok jest taki... No... Nieruchawy? - Maral spojrzała na medium pytająco, ono zaś skinęło głową.

- Spaczenie go chyba uwięziło - stwierdziło, błądząc wzrokiem po posągowej, gadziej postaci.

Pasma utary, które dostrzegło Fitse, były blade i wątłe, a przez to niemal niewidoczne. Spoglądając na nastolatka, Silje była przekonana, że także on tak naprawdę ich nie zobaczył - nie od razu - lecz raczej wyczuł spaczenie oplatające smocze ciało.

Smugi tchnienia spływały po skórze gada, zbierając się pod bestią na kształt kałuży. W niektórych miejscach spaczenie zdawało się wnikać pod łuski zwierzęcia i rozlewać pod nimi niczym krwiaki, odznaczając się ciemniejszymi plamami. Sam urtrok zdawał się zaś zupełnie nieświadom tego, co się z nim działo. Masywne boki unosiły się nieznacznie w wolnym, trudno dostrzegalnym rytmie oddechów. Dwie pary skrzydeł - większych, zakończonych dwoma chwytnymi palcami, powstałych ze zniekształconych przednich kończyn i drugich, mniejszych, położonych tuż za pierwszymi - oplatały wężowe ciało jak blady, cienki całun. Powierzchnię błon obu par znaczyły ciemniejsze linie naczyń krwionośnych, pulsujące powoli, z długimi przerwami pomiędzy kolejnymi nabrzmieniami. Na prawym, większym skrzydle rzucała się w oczy gruba, pociemniała blizna - nieregularna, nie do końca prawidłowo zrośnięta, sprawiająca, że skórzana błona marszczyła się i jakby skurczyła nienaturalnie. Gruby, długi ogon spoczywał wyciągnięty za resztą ciała. Kończąca go charakterystyczna płetwa przypominała bukiet złożony z trzech wydłużonych liści. Podobna błona znajdowała się także u nasady ogona, niczym mały żagiel rozciągając się między nim a wydłużonym, wygiętym ku górze kostnym wyrostkiem. Cienka, niemal przeźroczysta skóra drgała co i raz pod wpływem przeciągu panującego w jaskini.

- Nie ma oczu - zwróciła w pewnej chwili uwagę Maral, marszcząc brwi. W miejscu, w którym powinny znajdować się ślepia, łeb gada pokrywała gruba, kostna płyta. Zaczynając się na samym szpicu pyska, tuż nad nozdrzami, rozciągała się wzdłuż całego łba, na końcu rozdzielając się na dwa długie, wygięte najpierw ku tyłowi, potem zaś zawijające nieco na przód rogi. Drobniejsze kolce wyrastały też na rogu płyty, na wysokości szerokiej żuchwy urtroka.

Odhim skinął głową.

- Według legend urtroki utraciły je na rzecz rozwinięcia i wyczulenia innych zmysłów, szczególnie wrażliwości na utarę - wyjaśnił spokojnie.

- Nie sądziłam, że one jeszcze istnieją - mruknęła Ana. Mrużąc oczy, Tamerka śledziła ułożenie elastycznych łusek na brzuchu gada i większych, twardszych płytek na grzbiecie. - Mówią o nich przecież historie jeszcze sprzed wojen, poza tym... To zawsze były bardziej legendy, nie? - Dziewczyna przeniosła pytające spojrzenie na pozostałych.

Irgrip uśmiechnął się przelotnie.

- To, że nie mamy w historii opowieści o masakrach dokonanych przez urtroki, nie czyni ich jedynie legendami - zauważył skyrma. - One istniały... Istnieją - poprawił się, spoglądając na pogrążonego w dziwnej hibernacji smoka.

Ana zmarszczyła brwi nieusatysfakcjonowana odpowiedzią. Wyraźnie chciała o coś zapytać i drążyć temat, uprzedziła ją jednak Silje.

- Co wy w ogóle o nich wiecie? - spytała Maral bezpośrednio, jeszcze przez chwilę zerkając na gada. - Coś poza tym, że istnieją?

Renn parsknął cicho. Zdążył już przespacerować się wzdłuż całej długości gadziego ciała i wrócić do pozostałych.

- Urtroki to symbol - stwierdził, spoglądając na Silje spod oka i oceniając jej ignorancję. Niewzruszona twarz Hadharki nie pozwalała stwierdzić, czy kobieta udawała tylko, czy rzeczywiście nie słyszała dotąd o tym fragmencie kultury bjortari.

Widząc pytające spojrzenie tropicielki, Ylfgrim chrząknął krótko, niczym rasowy opowiadacz, przygotowując się do rozpoczęcia historii.

- Rzeczywiście, nie mamy konkretnych historii o urtrokach, Renn ma jednak rację, twierdząc, że są one symbolem - zaczął Fjolnhodd, z zamyśleniem przyglądając się śpiącej bestii. - Są... Duchem gór, tak zawsze o nich mówiliśmy. Potrafiły nagle pojawić się nad górskimi szczytami i równie nagle zniknąć, nie czyniąc nikomu krzywdy. Mówi się, że na długo przed wojnami klanów obecność urtroków i te nieliczne przypadki, kiedy je widziano, były pierwszym, co tak silnie łączyło wszystkie klany. Niezależnie od przynależności plemiennej, ku niebu spoglądało się zawsze z tym samym szacunkiem. - Ylfgrim wzruszył lekko ramionami.

- To bardzo piękne - rzuciła Maral. - Ale wydaje mi się, że poza Euxanirem mówią co innego.

Renn prychnął z nieskrywaną pogardą.

- Poza Euxanirem gówno wiedzą - stwierdził. - W Falhasie, w Etallarze czy w Porcie Harour - nigdzie tam nigdy urtroka nie widziano, wszyscy jednak snują te swoje śmieszne historyjki o nagłych atakach, pożeraniu stad i porywaniu dziewic. Nie wiem, który z południowych czy wschodnich przybłędów jako pierwszy wpadł na pomysł podobnych opowieści, ale padły one na podatny grunt. Chuj z tym, że nie mają nic wspólnego z rzeczywistością.

Silje uśmiechnęła się nieznacznie rozbawiona oburzeniem Brodhirsta.

- Urtroki nigdy nie zwróciły się przeciwko ludziom - dodał Odhim. - Te wszystkie, o których cokolwiek wiadomo, miały imiona nadane im przez bjortari - niektórzy twierdzili wręcz, że same się przedstawiały - i w wielu przypadkach były nieodłącznym elementem społeczności danego rejonu. Nawet jeśli były widziane tylko przez jednostki. - Irgrip wzruszył ramionami.

- A bitwa nad Innoll? Rzeczywiście miała miejsce? - spytała Ana, spoglądając to na Odhima, to na Ylfgrima, jakby nie mogąc się zdecydować, który z nich będzie bardziej skłonny kontynuować opowieść. Ostatecznie odpowiedzi udzielił jej jednak zupełnie ktoś inny.

- Miała - przyznała Diqna. Bitwa nad Innoll nie dotyczyła bezpośrednio jej klanu, uczyli się o niej jednak wszyscy Insorv. To, co powinna zakorzenić w Pierwszych, to świadomość, że nieważne jak dobrze byliby przygotowani, zawsze może wydarzyć się coś, czego nie będą w stanie przewidzieć.

- Nad potokiem rzeczywiście pojawił się urtrok? - Tamerka zmarszczyła brwi. Wychowana w Tamerze, słyszała o tej historii tylko raz, a i wtedy był to ledwie jej urywek.

Diqna skinęła głową.

- Smok, którego wspominasz, był największym, o jakim wtedy mówiono. Ciemny jak nocne niebo, o ślepiach koloru lodu... - Łowczyni parsknęła cicho. - Tak mówili ci, którzy tak naprawdę go nie widzieli. To, że był gigantyczny, powtarza się jednak we wszystkich opowieściach. Przesłonił nagle pół nieboskłonu, a jego cień okrył wszystkich walczących. Skyrmowie uznali to za omen i argument, by przerwać starcie. Wycofał się i przegrywający wtedy Klan Nidi, i mające przewagę, sprzymierzone ówcześnie klany Malali i Skivy. Samą bitwę uznano za nierozstrzygniętą - wyjaśniła Heidveurr, nieświadomie przyjmując nieco bardziej mentorski ton.

- Ale dlaczego właściwie? - Silje przekrzywiła głowę, spoglądając na Diqnę z zaciekawieniem. - Z tego, co mówisz, wynika, że urtrok nic nie zrobił. Po prostu... był. Przefrunął. Tak samo przecinają niebo ptaki, a jednak nie odwołuje się przez to bitew.

Renn fuknął zdegustowany.

- Urtroki nie są zwierzętami - stwierdził stanowczo. - To, że pojawił się akurat wtedy, było znakiem. Euxanir był niezadowolony, duch gór burzył się na nasze poczynania. Nie walczy się wtedy, gdy góry mówią, że walka nie jest słuszna.

Maral przyglądała się berserkowi przez chwilę, nie odzywając się już jednak. Milczeli przez dłuższą chwilę, przyglądając się masywnej, nieruchomej bestii, gdy ponownie odezwała się Ana.

- To w zasadzie nie jest smok - stwierdziła niespodziewanie z pełnym przekonaniem osoby, która wie, o czym mówi.

Chatzka, dotąd węsząca intensywnie, jakby w ten sposób mogła lepiej poznać naturę leżącego przed nią urtroka, skierowała na Tamerkę przenikliwe spojrzenie.

- To wiwerna - wyjaśniła młoda łowczyni, niespeszona nagłym zainteresowaniem ze strony pozostałych. - Smoki mają cztery łapy... No, przynajmniej cztery. A ten tu ma dwie. - Dziewczyna wskazała palcem potężne, tylne kończyny gada. - Przednie są zdeformowane i przekształcone w skrzydła. To cecha charakterystyczna wiwern.

Ylfgrim roześmiał się, rozbawiony analizą, jakiej nieoczekiwanie dokonała Varrthasir.

- Znasz się na tym, co? - Woj spojrzał na dziewczynę z zaciekawieniem.

Ana dumnie zadarła głowę.

- Znam - przyznała bez skrępowania. - Czasem widujemy gady z południa. Poza tym w Tamerze, na wybrzeżu, mamy populację małych wiwern, które przeniosły się tam z Hadharu. Za morzem nazywają je dainat murjem, furkoczące węże, bo mają nieproporcjonalnie długie, cienkie skrzydła, które na wietrze wydają takie charakterystyczne dźwięki.

Silje słuchała Varrthasir z uwagą.

- Słyszałam, że jedno stado się przeniosło, ale nie sądziłam, że to prawda. - Tropicielka pokręciła głową z rozbawieniem. - Kto by pomyślał, że nasze gady postanowią migrować.

Zamilkli znowu, delektując się ciszą jaskini. Teraz, gdy nikt się nie odezwał, słychać było cichy szum płytkiego, wolnego oddechu urtroka.

- Co z nim zrobimy? - zapytał wreszcie Renn, spoglądając na śpiącego gada. Po zachowaniu berserka było widać, że wojownik wciąż czuje się dziwnie, mając legendarne, starożytne stworzenie na wyciągnięcie ręki.

- Myślę, że zostawimy - powiedział Odhim po chwili namysłu. - Niech śpi. - Skyrma wzruszył ramionami.

Regwald skinął powoli głową.

- Nie wiadomo, jak długo tu jest i po co - stwierdził. - Nie widzę powodu, dla którego mielibyśmy robić cokolwiek.

- On czeka - stwierdził nagle Thekkir.

Bjortari wzdrygnęli się, nadal nieprzyzwyczajeni do jego niepokojącego towarzystwa. Przyglądając się urtrokowi jeszcze przez moment, Aheidvahl obejrzał się na pozostałych.

- Nie możemy zakłócać mu spokoju. Obudzi się, kiedy uzna, że już czas.

Irgrip zmarszczył brwi, podobnie podejrzliwie spojrzeli na Thekkira Renn i Chatzka. Żadne z nich nie wydawało się zachwycone perspektywą, że bestia mogłaby się obudzić. Pomimo opowieści o łagodności urtroków aż dotąd nie mieli własnych związanych z nimi doświadczeń i nie wiedzieli, czego się spodziewać.

Diqna westchnęła i ruchem głowy wskazała wyjście.

- Chodźmy - rzuciła krótko. - A on niech... Niech śpi - stwierdziła nie do końca przekonana do używania akurat takiego określenia, nie mogła jednak znaleźć lepszego.

Fitse skinęło nieznacznie głową. Od chwili, kiedy powstrzymało Renna, nie uczestniczyło w rozmowie. Z wyraźną ulgą przyjęło decyzję o nienaruszaniu spokoju urtroka.

Po opuszczeniu jaskini zatrzymali się na chwilę, znowu przyzwyczajając wzrok do ostrości wczesnowiosennego słońca. Potem nie zwlekali dłużej, zbierając rzeczy pozostawione w skalnej wnęce, i ponownie ruszyli na szlak. Nie odeszli daleko, zbliżając się tylko do granicy pasma wysokich gór, gdy widoczne za szczytami niebo na zachodzie zaczęło zaciągać się ciemnymi chmurami. Ylfgrim wskazał grafitowe, coraz gęstsze kłęby ruchem głowy.

- Będzie burza - rzucił z przekonaniem. Po chwili zmarszczył brwi w zaniepokojeniu. Ciężka, wisząca nisko nad pogórzem warstwa chmur rozrastała się szybko, obejmując coraz większą połać nieba. - Powinniśmy się gdzieś schować albo wrócić do wnęki.

Regwald obserwował przez chwilę rodzącą się w oddali burzę.

- Wnęka nas nie osłoni, jest zbyt płytka - mruknął. - Ale moglibyśmy wrócić do jaskini smoka... wiwerny - dodał Unn, spoglądając z uśmiechem na Anę.

Fitse gwałtownie potrząsnęło głową.

- Nie - zaprotestowało stanowczo. - Tamta jaskinia... Nie możemy tam już wejść. Urtrok powinien zostać pozostawiony w spokoju.

Diqna westchnęła cicho.

- W takim razie idźmy dalej - rzuciła. - Może po drodze trafimy na jakieś lepsze miejsce. Tak czy inaczej, mamy jeszcze trochę czasu, nim burza tu dotrze. Jeśli dotrze.

Regwald skinął głową i ruszył dalej, prowadząc grupę niezbyt szeroką ścieżką przez góry. Przez dłuższą chwilę szli w milczeniu.

- Dziwnie pachnie - rzuciła nagle Eyjagrani, marszcząc nos.

Chatzka spojrzała na nią kątem oka, uniosła głowę i powęszyła przez chwilę.

- Rzeczywiście - przytaknęła, nagle wyraźnie spięta. - To nie jest zapach normalnej burzy.

Renn spojrzał na vartę uważnie, potem ponownie przeniósł wzrok na chmury. Niebo nad pogórzem niemal całe już pociemniało, wisząc ciężką warstwą nad wzgórzami. Cisza i bezruch sprawiały wrażenie typowych dla każdej burzy, gdy jednak rozległy się w końcu pierwsze grzmoty i napłynęły echem znad otwartej przestrzeni, były głębsze, bardziej dudniące i głośniejsze niż te towarzyszące naturalnym zjawiskom.

- Idziemy dalej? - zapytała Ana z wyczuwalnym napięciem, spoglądając to na chmury, to na pozostałych. Przez krótką chwilę nikt nie udzielił jej odpowiedzi.

Ostatecznie Regwald gestem nakazał wznowienie marszu.

Niebo za górami było już całkiem czarne, kłęby chmur sięgały do samej ziemi i zaczęły coraz bardziej rozlewać ku linii Euxaniru. Wiatr wzmógł się gwałtownie, wypełniając górskie ścieżki swoim wyciem i silniejszym, przyniesionym znad wzgórz ostrym zapachem.

- To utara - warknęła ostro Chatzka. - To cholerna burza utary.

Nikt nie odpowiedział, Unn przyspieszył jednak kroku, a wraz z nim także pozostali. Dla wszystkich było jasne, że potrzebowali jakiejkolwiek kryjówki, choć nikt nie potrafił powiedzieć, gdzie mieliby się schronić przed szalejącym spaczeniem. Skalne wnęki czy jaskinie z pewnością by teraz nie wystarczyły.

Burzowe pomruki przerodziły się w nieustające, jednostajne dudnienie, gdy szare kłęby utary zaczęły formować się w najpierw niewielki, rosnący jednak z zastraszającą prędkością wir. Trąba gęstej mgły kręciła się jakby leniwie, powoli, sprawiając mylne wrażenie spokojnej i niestanowiącej zagrożenia. Towarzyszące jej potępieńcze wycie i trzaski docierały jednak do gór coraz głośniejsze, a smagający podróżnych wicher, wdzierający się znad wzgórz między skały, nawet po pokonaniu takiej odległości był niezwykle gwałtowny i silny. Niesiony porywami piasek, drobne kamyki i drzazgi odłamane z pożartych przez spaczenie drzew drapały odsłoniętą skórę, pozostawiając na niej różowe pręgi.

Bjortari zaczęli biec. Diqna krzyczała coś, jednak w ogłuszającym huku kłębiącej się gwałtownie utary nikt nie rozumiał słów łowczyni. Gdzieś ponad szalejący żywioł przedarło się pojedyncze "szybciej!", rzucone ostro przez Renna albo Regwalda, nikogo nie trzeba było jednak popędzać. Kamyki usuwały im się spod nóg, gdy gnali po wąskich górskich ścieżkach.

Masywne, solidne szczyty Euxaniru w obliczu nieokiełznanego spaczenia stały się nagle żałośnie wątłe i słabe.

Powietrze smakowało krwią - pozostawiało na językach charakterystyczny, metaliczny posmak, jaki kojarzyło się z przygryzieniem języka czy czerwonymi kroplami zlizanymi z rozciętego palca. Ryk spaczenia zaczął brzmieć inaczej, gdy z gęstych kłębów wyłoniła się gigantyczna, krocząca majestatycznie postać olbrzyma. Wydłużony, kościany łeb humanoidalnego stwora zdobiło rozłożyste poroże, a długie ręce zakończone były zagiętymi szponami. Szara skóra bestii była nierówna, pofałdowana, łuszczyła się i odpadała od ciała dużymi, znikającymi w ciężkiej mgle płatami.

- Co to jest, do kurwy nędzy?! - Eyja usłyszała ostry krzyk zazwyczaj spokojnego Odhima.

Skyrmie odpowiedział coś biegnący tuż obok Ylfgrim, słowa woja utonęły jednak w ogłuszającym, raniącym uszy ryku bestii.

Eyjagrani zadygotała i zgięła się, szarpnięta nagłymi spazmami bólu. Chatzka warknęła coś do niej, Heidveurr jednak nawet na nią nie spojrzała. Z ust vartahel nagle trysnęła krew, karmazynowe krople wypłynęły jej także przez skórę i zaczęły przesiąkać przez odzienie w miejscach, gdzie ciało dziewczyny zaczęło pękać.

- ...uje się! - krzyknęła ostrzegawczo Chatzka, połowa jej słów nie przedarła się jednak ponad dudnienie burzy i wycie wichru.

Vartahel biegła jeszcze przez chwilę, wreszcie zataczając się i opadając na cztery masywne, porośnięte gęstym futrem łapy gharra.

Zwierzę ryknęło donośnie, poprzedzając zew kilkoma narastającymi, gardłowymi chrząknięciami. Uderzając ogonem po bokach, bestia miotała się przez chwilę po ścieżce, zdezorientowana, susami skacząc od jednej do drugiej strony szlaku. Śnieżnobiałą, cętkowaną sierść znaczyły krople krwi, czerwień spływała też z kącików rozwartego pyska i zasychała na dwóch parach wydłużonych, lekko zagiętych kłów. W końcu kot zatrzymał się, obejrzał na kroczącego przez utarę olbrzyma i zaryczał ponownie. Rozognione spojrzenie jasnobłękitnych ślepi prześlizgnęło się po bjortari, którzy nagle zatrzymali się, zaskoczeni. Gharra dyszała ciężko, grzebiąc pazurami w twardej ziemi i strzelając spojrzeniem między ludźmi a stworem spaczenia. Mięśnie zwierzęcia drżały pod skórą w niekontrolowanych skurczach.

- Dalej! - ryknęła Chatzka, popychając Renna i szarpiąc za ramię Diqnę. - Nie zatrzymujcie się!

Nie spoglądając na pozostałych, sama w kolejnej chwili zaskowyczała przeraźliwie, przestając powstrzymywać własną transformację i susem dopadając masywnego cielska rozdrażnionego gharra. Psie pazury wczepiły się w kocią sierść, zwierzęta przeturlały się po szlaku w kakofonii wrogich ryków, warknięć i szczeknięć.

Bjortari ruszyli dalej, a kilka chwil później usłyszeli za sobą głuche tąpnięcia czterech par szerokich, zwierzęcych łap. Fitse obejrzało się przez ramię, przelotnie spoglądając na gharra i doga atyrskiego biegnące bark w bark za resztą.

Rogaty olbrzym ryknął raz jeszcze, po czym rozpadł się i ponownie wtopił w otaczające go kłęby.

Burza skończyła się nagle, gdy utara dosięgnęła masywów górskich i rozbiła się o nie z impetem. Donośny huk poniósł się echem między wzniesieniami, ze zboczy osunęły się ukruszone fragmenty skał, kępy ziemi, grudy błota i topniejącego śniegu. Spaczenie rozlało się wysoką, wzburzoną falą na linii gór. Między szczyty wpełzły pojedyncze szare smugi, szybko rozwiane cichnącym powoli wiatrem. Chmury tchnienia kłębiły się jeszcze przez chwilę, stopniowo także rozwiewając się i niknąc wraz z cichnącymi coraz bardziej pomrukami. Kilka chwil później niebo znów było przejrzyście błękitne.

Uciekający zatrzymali się, dysząc ciężko.

- To już? - sapnęła Ana, pochylając się i wspierając dłonie o uda. Wilgotne od potu włosy przykleiły jej się do czoła i policzków, dziewczyna jednak nie poprawiła ich na razie, spazmatycznie łapiąc oddech.

Żadne z nich nie wiedziało, jak długo biegli, płuca wszystkich trawił jednak teraz ogień, a mięśnie drżały z wysiłku.

- Już - mruknął Regwald po chwili, gdy opanował atak suchego kaszlu. - Na to wygląda.

- Już - powiedział bardziej zdecydowanie Thekkir.

Pochylone i oddychające ciężko Fitse spojrzało na Insorv z dołu. Nawet Aheidvahl wyglądał na wyczerpanego, chociaż w jego spojrzeniu nie widać było szoku i lęku, jakie dostrzegało się u pozostałych.

Diqna otarła mokre czoło i odetchnęła głębiej. Rozglądając się, zatrzymała wzrok na Eyjagrani, w kolejnej chwili dopadając do siostry. Młodsza Heidveurr dygotała skulona, kucając na szlaku i obejmując się ramionami. Krew znaczyła jej twarz i dłonie, zaschnięte plamy widoczne były także na myśliwskich skórach. Gdy skrzywiła się z bólu, Insorv widziała, jak kły dziewczyny to przybierały ludzkie kształty, to znowu zaostrzały się i wydłużały nieco. W szare włosy Eyji zaplątały się kosmyki cętkowanej sierści, a gdy zmiennokształtna uniosła na siostrę rozpalone spojrzenie, jej oczy były nieco wydłużone i przymrużone, w kształcie bardziej kocie niż ludzkie.

Chatzka, też już w ludzkim ciele, zaciskała silnie dłoń na ramieniu Eyji.

- Nie panuje nad sobą - mruknęła cicho do Diqny, spoglądając na Insorv poważnie. - Nie kontroluje transformacji. Ona... - Varta odetchnęła powoli. - To kurewsko silny Zew, Heidveurr. Silniejszy niż jakikolwiek, który dotąd widziałam. - Kobieta skrzywiła się lekko. - I dla nas, i dla niej lepiej byłoby, gdyby nigdy nie dokończyła przemiany i została vartahel - dodała ciszej.

Diqna nie odpowiedziała, spoglądając na siostrę z troską.

Nagle obok przepchnęła się Silje. Hadharka była wyraźnie wyczerpana. Jej śniada skóra pobladła nienaturalnie, a dłonie drżały silnie. Spojrzenie Maral płonęło jednak determinacją, gdy kobieta minęła bjortari bez pytania i kucnęła przed Eyją.

- Mała - mruknęła cicho, kojąco, kładąc czule dłonie na ramionach dygoczącej dziewczyny. - Skarbie, spójrz na mnie.

Varta warknęła gardłowo, uniosła jednak głowę powoli, wbijając w tropicielkę uważne, zmęczone spojrzenie.

- Pomogę ci - powiedziała spokojnie Maral. W jej głosie brzmiała siła i pewność, której brakowało Chatzce i Diqnie. - Musimy tylko dotrzeć do miasta. Do Var Arrod.

Eyjagrani nie odpowiedziała, wciąż patrząc tylko na tropicielkę.

- Nie zostawię cię - kontynuowała Silje, niezrażona milczeniem młodej varty. Kiedy mięśnie dziewczyny spięły się w kolejnym, gwałtownym skurczu, a z gardła wydobył się chrapliwy warkot, gdy Eyja usilnie próbowała zapanować nad wyrywającą się jej przemianą, tahalka zacisnęła silniej dłonie na ramionach bjortari i pochyliła głowę tak, by zmiennokształtna była zmuszona znów na nią spojrzeć. - Nie zostawię cię, słyszysz? Dotrzesz do miasta. Dotrzesz tam ze mną. Nie pozwolę, żeby coś ci się stało. - Kobieta przerwała na chwilę. - Rozumiesz? - zapytała.

Eyjagrani bardzo powoli skinęła głową.

- Będę przy niej - stwierdziła Silje, podnosząc się z kucek i oglądając się na Chatzkę i Diqnę. - Powstrzymam jej transformację, a jak dotrzemy do miasta, założę jej ibhrim.

Chatzka skrzywiła się, nie zaprotestowała jednak. Ibhrim był czymś, na co każdy zmiennokształtny reagował niechęcią. Nazywali go obrożą, bo dokładnie tym był skórzany pas zapinany na szyi szczególnie trudnych vart. Przesycony magią hadharski wynalazek osłabiał zmiennokształtnego i uniemożliwiał zmianę formy, tak kontrolowaną, jak i tę, której varta po prostu nie mogła powstrzymać. Półzwierzęcy bjortari uważali ibhrim za upokarzający, obroża uzależniała ich w końcu od łowców z południa, teraz jednak Chatzka zdawała sobie sprawę, że dla Eyji takie spętanie będzie na razie najlepszym rozwiązaniem.

W którymś momencie dziewczynie zabrakłoby sił i gharra znów rozerwałaby jej ciało, wyrywając się na zewnątrz. Heidveurr byłaby coraz słabsza i gdyby trwało to dłużej - a trwałoby, tak mówiła Chatzce intuicja i doświadczenie - Eyjagrani ostatecznie by się poddała i zmarła, rozerwana przez żyjące w niej zwierzę. Ibhrim był dla niej ratunkiem, jedynym wyjściem. Niezależnie od tego, jak silna była varta, odpowiednio spleciona obroża była w stanie powstrzymać każdy Zew.

Wreszcie Chatzka skinęła lekko głową, a spoglądająca na nią niepewnie Diqna westchnęła i uczyniła to samo.

***

Szybko okazało się, że zgubili drogę. Gdy odpoczęli chwilę i Silje stwierdziła, że Eyjagrani da radę iść dalej, wrócili na szlak, który był jednak zupełnie inną ścieżką niż ta, którą dotąd podążali. Zapytany, Regwald nie był pewien, gdzie powinien ich poprowadzić.

- Poprzednio nie szliśmy tędy - stwierdził Unn, gdy grupa zatrzymała się na chwilę, a on sam wrócił po krótkim rozpoznaniu po okolicy. - Prawdopodobnie dojdziemy do miasta od innej strony, ale nie wiem, czy...

- To tutaj.

Regwald spojrzał na Thekkira. Mężczyzna przerwał mu w pół słowa, spoglądając gdzieś między góry. Gdy nikt mu nie odpowiedział, Insorv obejrzał się przez ramię na pozostałych. Przytomność spojrzenia mężczyzny była niepokojąca. Przez całą drogę jakby zupełnie nieobecny, teraz Thekkir wyglądał... Cóż, wyglądał tak, jak w dniu, gdy przed ponad dwudziestu laty opuszczał Yrkazaan. Normalnie.

- Jesteśmy na miejscu. Var Arrod jest za tamtym szczytem - powiedział spokojnie.

Milczeli przez dłuższą chwilę. Diqna spojrzała po pozostałych, ostatecznie kiwając głową.

- Prowadź - rzuciła po prostu, bez przekonania.

Thekkir pewnym krokiem ruszył przed siebie, a reszta podążyła za nim.

Parę minut później Aheidvahl zatrzymał się na brzegu łagodnego stoku, schodzącego w dół ku płytkiej, rozległej kotlinie. Na drugim jej skraju, przyklejone do stromych, górujących nad nią skalnych ścian, leżało Var Arrod.

Odhim wciągnął gwałtownie powietrze. Renn, zatrzymując się obok Thekkira, chrząknął skonsternowany.

Miasto było ciche i spokojne. Otaczający je łukiem mur, wysoki i szeroki, czynił z osady twierdzę, której nienaruszalność zapewniła jej przed laty miano neutralnego, bezpiecznego azylu. Niskie, parterowe w większości zabudowania zachowały swój kształt, trudno było dostrzec choćby jedną zrujnowaną chatę. Miasto wyglądało na zamieszkane, tylko po prostu śpiące. Łatwo było wyobrazić sobie, jak mogłoby zaraz zacząć się budzić - na ulice wylałyby się strumienie bjortari, handlarze rozłożyliby swoje kramy, a rzemieślnicy otwarli warsztaty; nad miastem poniosłoby się echo rytualnych śpiewów z centralnej świątyni, wzywające na poranne celebracje, a główna brama miejska rozwarłaby się ze zgrzytem, otwierając miasto dla przyjezdnych.

- Wygląda jak na obrazach - rzuciło Fitse, spoglądając z fascynacją na zabudowania w dole. - Jak na rycinach w księgach.

Thekkir uśmiechnął się łagodnie.

- Tak - przyznał z nieoczekiwaną czułością i ciepłem. - Właśnie tak. Jest takie jak kiedyś... I czeka.

Silje zmrużyła oczy, przyglądając się Aheidvahlowi w zamyśleniu.

- Chodźmy - rzucił Insorv po chwili, oglądając się na resztę. - Możemy rozłożyć obóz na dole.

Wciąż nie mogąc oswoić się z nagłą przemianą Thekkira, Diqna skinęła głową i ruszyła zboczem w dół. Insorv podążył za nią, także pozostali zaczęli ostrożnie schodzić w kotlinę.

Jeszcze nim dotarli do miasta, zaczęli czuć się nieswojo. Maral wciągnęła gwałtownie powietrze, krzywiąc się. Idąca u jej boku Eyjagrani sapnęła, wpijając nagle paznokcie w drobną dłoń tropicielki, którą trzymała kurczowo od czasu burzy.

- Dasz radę - rzuciła Silje z przekonaniem, choć sama drżała wyraźnie, a głos je załamał się. - Wytrzymasz. Już niedługo.

Eyja warknęła krótko i zwiesiła głowę, z determinacją prąc w dół.

Gdy wreszcie zatrzymali się, kilkanaście kroków przed sobą mając górujące nad miastem gigantyczne mury, Thekkir odetchnął powoli.

- Utara nie będzie tu słabła, ale przyzwyczaicie się - powiedział i spojrzał na Eyję i Silje z troską. - Godzinę, dwie i powinno być lepiej.

Maral sprawiała wrażenie, jakby chciała o coś zapytać, ostatecznie jednak potrząsnęła głową.

Regwald spoglądał na miasto w milczeniu. Renn zrobił parę kroków do przodu ku częściowo wyłamanej, uchylonej bramie, ostatecznie zatrzymał się jednak nie docierając do wrót.

- Czyli to już, co? - mruknął cicho. - Var Arrod.

- Var Arrod - przytaknął Aheidvahl. Mężczyzna rozprostował plecy, jakby z ramion spadł mu nagle przygniatający go dotąd ciężar. - Odpocznijmy teraz - rzucił. - Miasto czekało na nas tak długo, zaczeka i teraz.

Fitse spojrzało na Insorv z uwagą. Gdy Ana, szukając oparcia, wsunęła swoją dłoń w jego, nastolatek ścisnął ją lekko i uśmiechnął się do dziewczyny pokrzepiająco.

Byli u celu.

Rozdział 19

Minęły trzy dni, odkąd dotarli do Var Arrod, nim zdecydowali się wreszcie wejść do miasta. Na zwłokę najpierw złożyło się złe samopoczucie Eyjagrani i konieczność przygotowania dla niej ibhrimu, którego splecenie zajęło Silje ponad dobę. Potem argumentem stała się podkreślana na każdym kroku konieczność zachowania ostrożności. Nie wiemy, co czeka nas w mieście, mówił Odhim. Nie powinniśmy wchodzić tam wszyscy bez wcześniejszego rekonesansu, wtórowała mu Diqna. Trzeciego dnia, gdy Thekkir wrócił z samodzielnej wycieczki za miejskie mury, nie mieli powodu, by dalej odwlekać wejście.

Poprowadził ich Aheidvahl. Po raz pierwszy od wyruszenia z Yrkazaanu Insorv wyglądał na nie tylko w pełni świadomego tego, co dzieje się dookoła, ale też zainteresowanego. Raźnym krokiem szedł do Var Arrod, po drodze opowiadając pokrótce pozostałym, czego mogą się spodziewać po przejściu przez bramę miejską. Dzięki temu po znalezieniu się za murami nikt nie był zaskoczony.

Miasto było dokładnie takie, jakie wydawało się z daleka i jakie przedstawił je Thekkir. Ciche i spokojne, nie wyglądało na stare. Wydawało się, jakby minęło ledwie parę lat od czasów jego największej świetności. Budynki były przykurzone, każdy krok wyłożoną wygładzonymi kamieniami aleją wzbijał w powietrze małe kłęby szarego pyłu, poza tym jednak nic nie wskazywało na upływ wielu stuleci, jakie dzieliły ostatnie wzmianki o Var Arrod od obecnego dnia. Zasłony widoczne w oknach nie straciły nic na swych kolorach, podobnie nienaruszone były elementy wyposażenia domów, widoczne czasem przez uchylone okna zabudowań. W jednej z chat jadalniany stół wciąż zastawiały naczynia pozostałe po skończonym obiedzie, a w małym warsztacie rzemieślniczym na kowadle nadal leżało niedokończone ostrze, odłożone jakby tylko na chwilę i czekające na powrót kowala.

- Wygląda na wciąż gorące - rzuciła Ana, zaglądając do kolejnego z domów i wskazując garniec wiszący nad kuchennym paleniskiem. Nad naczyniem unosiły się smugi pary, nie czuć było jednak żadnych zapachów towarzyszących gotowaniu. Czas jakby się zatrzymał, uczynił to jednak nie w pełni.

Thekkir skinął głową.

- Prawdopodobnie takie jest - przyznał, zerkając na Anę. - W Var Arrod wiele rzeczy pozostało takimi, jakimi było przed laty.

Tamerka zmarszczyła lekko brwi. Podążając parę kroków przed grupą, zaglądała w boczne, ciche uliczki i do mijanych domów, nie komentując już jednak niczego, co widziała.

- Tu jest tak, jakby zaraz mieli pojawić się ludzie - mruknął Renn, rozglądając się. Zatrzymał wzrok na Thekkirze. - Ale nie pojawią się - ni to stwierdził, ni zapytał berserk.

Aheidvahl westchnął.

- Nie pojawią się. Przynajmniej nie w podstawowym tych słów rozumieniu - potwierdził, oglądając się przez ramię na Brodhirsta. Insorv nie rozglądał się po mieście, prowadził grupę główną aleją z pewnością kogoś, kto porusza się po własnym, doskonale znajomym terenie. Dużo uwagi poświęcał za to reakcjom swych towarzyszy, co i raz zerkając na każdego z nich.

Fitse, od chwili wejścia do miasta rozglądające się czujnie, teraz spojrzało na Thekkira uważnie.

- Ja jednak słyszę - powiedziało cicho. - Słyszę tych, którzy tu żyli... Żyją.

Aheidvahl przyjrzał się medium uważnie.

- Bo oni wciąż tu są - przyznał. - Trwają, tylko... Inaczej. - Mężczyzna wzruszył lekko ramionami. Patrząc na niego, trudno było nie odnieść wrażenia, że Thekkir doskonale wie, co dzieje się w mieście, tylko nie potrafi tego wytłumaczyć tak, by pozostali byli to w stanie zrozumieć.

- A utara? - spytał Odhim, w pewnym momencie zrównując krok z Aheidvahlem.

Skyrma nie wyglądał na zaniepokojonego dziwną, nienaturalną ciszą i bezruchem miasta. Wszystkiemu przyglądał się z nieskrywaną ciekawością i fascynacją.

- Wiem, że tu jest, czuć ją, ale nie ma... - Mężczyzna szukał przez chwilę odpowiednich słów. - Nie widać jej - stwierdził wreszcie po prostu.

Łatwo było zrozumieć, o co mu chodzi - nigdzie nie snuły się charakterystyczne, dymne smugi, nie było widać też kryształów ani żadnego innego namacalnego śladu obecności spaczenia. Wszystko sprowadzało się tylko do dziwnego napięcia i niepokoju, jakie zaczęły towarzyszyć wędrującym jeszcze przed wejściem do Var Arrod, gdy zaczęli się tylko do niego zbliżać.

- Utara wygląda tu inaczej - odpowiedział Thekkir, zerkając przelotnie na Regwalda.

Unn odpowiedział mu uważnym, czujnym spojrzeniem, którego już od pewnego czasu nie spuszczał z przyjaciela. Aheidvahl patrzył na woja przez chwilę, ostatecznie potrząsnął głową i zwrócił się ku Odhimowi.

- Tak, jak zauważyłeś... Jak wszyscy na pewno zauważyliście, jest obecna, ale nie manifestuje się w tak oczywisty sposób. Ona... - Insorv zawahał się. - Żyje tu, ale pod inną postacią.

Odhim zmarszczył brwi, nie rozumiejąc do końca. Thekkir westchnął cicho.

- Zobaczycie. Gdy będziemy zwiedzać miasto, spaczenie samo wszystko wyjaśni.

Przez dłuższą chwilę nikt się nie odzywał. Słychać było jedynie stukot butów o bruk i cichy brzęk sprzączek przy strojach podróżnych. Renn i Ylfgrim rozglądali się czujnie na boki, jakby spodziewając się, że z którejś z mijanych bocznych uliczek w pewnym momencie wyskoczy na nich ktoś - lub coś - przed kim będzie trzeba się bronić. Podobną nieufność prezentowała Diqna, spięta, idąca za Thekkirem szybkim krokiem i lustrująca budynki po obu stronach ostrym, uważnym spojrzeniem. Tylko co jakiś czas przerywała obserwację, oglądając się na Eyję z troską. Od chwili założenia ibhrimu zmiennokształtnej nie groziła wprawdzie niekontrolowana transformacja, obroża nie łagodziła jednak innych trudności związanych z silnym Zewem varty. Heidveurr była wyraźnie wyczerpana. Jasnobłękitne oczy dziewczyny podkreślały teraz głębokie, ciemne cienie, a dotąd łagodnie zaokrąglone, zarumienione lekko policzki stały się nagle chorobliwie wychudłe i blade. Napotykając spojrzenie siostry, Eyjagrani uśmiechnęła się krzywo. Diqna westchnęła cicho, odwracając wzrok.

Na końcu, za wszystkimi, podążała Silje. Od chwili, w której przekroczyli granice miasta, tropicielka umilkła nagle i jak dotąd nie odezwała się ani słowem. Maral wyraźnie starała się nie pokazywać po sobie niczego poza zainteresowaniem zwiedzanym miastem, przyglądając się jednak kobiecie uważniej, łatwo było dostrzec drobne zmiany w jej mimice i postawie. Krok Hadharki był bardziej sztywny, usta zaciśnięte mocno w cienką linię, a w spojrzeniu wbitym w czubki podróżnych butów pojawiło się jakieś nieobecne dotąd zacięcie.

- Wszystko w porządku? - Ylfgrim obejrzał się na haaim, gdy ta została nieco z tyłu.

Kobieta drgnęła, zaskoczona zadanym pytaniem.

- Tak - odpowiedziała krótko, zbyt szybko i zbyt pewnie, by można było uwierzyć w prawdziwość deklaracji. - Wszystko w porządku.

Fjolnhodd zmrużył oczy, przyglądając się Silje jeszcze przez chwilę, ostatecznie jednak wzruszył ramionami i ponownie pozostawił tahalkę samą sobie.

Tropicielka odetchnęła bezgłośnie, jeszcze silniej zaciskając usta i wbijając paznokcie we wnętrza zwiniętych w pięści dłoni. Szła przed siebie z determinacją człowieka, dla którego każdy krok jest wyzwaniem, ale który wie, że musi przeć przed siebie, jeśli chce się ocalić.

Oglądając się na Maral, Thekkir przyjrzał się jej uważnie. Tylko on zdawał się w jakimś stopniu rozumieć, czemu stawia teraz czoła Hadharka. Gdy jednak kobieta uniosła na niego wyzywające spojrzenie, Aheidvahl uśmiechnął się tylko lekko i odwrócił wzrok.

Silje sapnęła cicho sfrustrowana i ponownie zwiesiła głowę, studiując przebieg przerw między kamieniami wykładającymi ulicę.

Kilka chwil później Thekkir zatrzymał się nagle. Podążająca za nim Diqna niemal wpadła mu na plecy, a Renn szedł przed siebie jeszcze przez chwilę, nim zorientował się, że Aheidvahl nie idzie dalej. Także Ana, która od samego początku zaglądała do wszystkich mijanych ulic i zabudowań, była kilka solidnych kroków dalej, nim obejrzała się i zatrzymała, spoglądając na resztę pytająco.

Insorv rozejrzał się po dużym, opustoszałym placu, potem spojrzał kolejno na pozostałych.

- Dokąd chcecie iść dalej? - zapytał i nagle stało się jasne, jak bardzo nieprzygotowani byli na to pytanie.

- No... - zaczęła powoli Ana, wracając do grupy. Mijając wysoki, ukruszony częściowo kamienny Posąg Sześciu Klanów - jak zwano figurę sześciu wojów, według licznych opowieści wzniesioną na samych początkach istnienia Var Arrod - Tamerka zadarła głowę, objęła wzrokiem nieruchome postaci bjortari, potem spojrzała na swych towarzyszy. - Wszędzie, tak myślę.

Aheidvahl roześmiał się krótko.

- Wszędzie to bardzo wiele miejsc - stwierdził, przyglądając się Varrthasir z rozbawieniem. Po chwili uniósł wzrok, popatrzył na Diqnę i Renna, a potem również na resztę. - Chata. Świątynie. Arena i dom ćwiczebny. Zakładam, że heidrowie chcieliby usłyszeć o tym wszystkim.

Diqna skinęła głową.

- Na pewno - przytaknęła, rozglądając się w zamyśleniu. - Chcą wiedzieć o mieście jak najwięcej. O tym, jak wygląda i w jakim stopniu jest tym, które znamy z opowieści. Te wszystkie miejsca... Są kluczowe dla każdej naszej osady. Gdybyśmy ich nie zobaczyli, heidrowie z pewnością byliby nieusatysfakcjonowani.

- Powinniśmy ułożyć jakiś plan - rzucił Renn, spoglądając na Heidveurr pytająco.

Łowczyni skinęła głową.

Brodhirst parsknął cicho.

- Plan wycieczki, co? - dodał i potrząsnął głową. - Wpadliśmy w to miasto jak dzikie świnie w gówno, a tu się okazuje, że chyba jednak jest tego wszystkiego za dużo na swobodną przebieżkę.

- Lepiej bym tego nie ujęła - stwierdziła Diqna z rozbawieniem. Odetchnęła lekko i spojrzała na Thekkira. - Jeśli wierzyć historiom, najbliżej powinny być świątynie i targowisko.

- Tak w istocie jest - przyznał Thekkir. - Proponowałbym jednak... - Insorv zawahał się, co było dziwne, bo jak dotąd Aheidvahlowi nie brakowało pewności siebie. Mężczyzna chrząknął krótko. - Myślę, że dzisiaj bardziej przysłuży nam się powrót do obozu niż rzucanie się przed siebie do miejsc wskazanych naprędce.

Heidveurr zmarszczyła brwi, ostatecznie jednak powoli kiwnęła głową.

- Może rzeczywiście - zgodziła się ostrożnie.

Ylfgrim przytaknął Thekkirowi z nieco większym przekonaniem.

- Wróćmy i zaplanujmy na spokojnie, dokąd chcemy iść. Podzielimy to na dni i poznamy miasto na spokojnie. - Woj wzruszył lekko ramionami. - Nie musimy eksplorować całego Var Arrod w ciągu jednego dnia. Co więcej, jeśli wrócimy zbyt szybko, heidrowie mogą być wręcz rozczarowani i będą podawać w wątpliwość naszą... Skrupulatność.

- Skrupulatność. - Renn pokręcił głową z rozbawieniem. - Chuj z heidrami, dla samych siebie powinniśmy wrócić. Ja w zasadzie jestem już trochę zmęczony tą całą depresyjną otoczką... - Mężczyzna ruchem głowy wskazał otaczające ich ciche zabudowania. - I nie miałbym nic przeciw jakiemuś, wiecie, obiadkowi.

Chatzka uniosła znacząco brwi.

- Czy ty kiedykolwiek miałeś coś przeciw żarciu? - spytała bezpośrednio, świdrując berserka rozbawionym spojrzeniem.

Brodhirst wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.

- Nie w czasach, które mógłbym pamiętać - przyznał z rozbrajającą szczerością, na co varta roześmiała się tylko i pokręciła głową.

Milczące dotąd Fitse uśmiechnęło się, reagując na przekomarzania towarzyszy.

- A biblioteka? - zapytało po chwili, spoglądając na Thekkira. - Var Arrod szczyciło się swoimi zbiorami ksiąg i artefaktów.

Aheidvahl milczał. Przelotny cień, jaki zaległ w jego spojrzeniu, zaniepokoił Fitse, ale nie skłonił nastolatka do cofnięcia swojego pytania.

- Legendy mówią prawdę, rzeczywiście jest tu imponująca biblioteka - przyznał w końcu Insorv i można było odnieść wrażenie, że nagłe spochmurnienie mężczyzny było tylko złudzeniem. Aheidvahl uśmiechał się teraz łagodnie, spoglądając na Fitse i przytakując jego obserwacjom. - Jeśli będziecie mieli ochotę, tam również możemy się udać.

Medium skinęło głową, wyraźnie usatysfakcjonowane odpowiedzią.

- Dobra, czyli teraz wracamy, a potem pomyślimy o wycieczkach - podsumował tymczasem Renn gromko, wspierając się pod boki. - Znaczy, do obozu?

Odhim sapnął cicho.

- Zrobiłeś się cholernie nadaktywny - rzucił w kierunku Brodhirsta i spojrzał na Diqnę. - Do obozu - przytaknął, gdy również Heidveurr skinęła głową. - Sądzę, że powinniśmy... - urwał nagle, przyglądając się w skupieniu czemuś za plecami berserka.

Renn spojrzał na Odhima podejrzliwie, potem obejrzał się przez ramię i znów zerknął na skyrmę.

- Co jest? - mruknął zaniepokojony. Nie widział, czemu przyglądał się Irgrip, czujność na twarzy Odhima wskazywała jednak, że cokolwiek dostrzegał rytualista, wciąż tam było.

- Miasto się budzi - stwierdził Aheidvahl, rozglądając się. Na twarzy mężczyzny błąkał się łagodny uśmiech. - Nie musicie się bać. Var Arrod nikomu nie zrobi krzywdy. - Insorv przerwał na chwilę, potem lekkim ruchem głowy wskazał zaułek na prawo. - Spójrzcie.

W miejscu wskazanym przez Thekkira pojawili się ludzie. Zza jednego z domów wyszedł najpierw samotny mężczyzna, za nim w podskokach podążała dwójka dzieci, na oko kilkuletnich bliźniaków.

- Tato, ona znowu to robi! - krzyknął rozdrażniony chłopiec, strzelając na chichoczącą dziewczynką niezadowolonym spojrzeniem.

Mała blondyneczka roześmiała się głośniej i niewzruszona skargami brata szturchnęła go małym, drewnianym toporkiem w bok.

Chłopiec najeżył się na to jeszcze bardziej.

- Tato!

- Mira, przestań. - Mężczyzna zganił ostro dziewczynkę, oglądając się przez ramię. Był postawnym, ciemnowłosym wojem. Podróżny ubiór jego i dzieci wskazywał na niedawne przybycie do miasta. - Chcesz, żeby ci kiedyś oddał?

Blondyneczka parsknęła cicho.

- Nie odda - stwierdziła przemądrzałym tonem, wywijając toporkiem kółka. - Esa nigdy mi nie odda, bo... się... boi! - zakończyła, podkreślając każde słowo kolejnymi szturchnięciami brata.

Mężczyzna pokręcił głową z rezygnacją. Razem z dziećmi minął grupę Thekkira, zupełnie nie zwracając na nią uwagi. W kolejnej chwili cała trójka rozpadła się na szare, szybko rozwiewające się smugi utary.

- Ja pierdolę - podsumował Renn po chwili znaczącej, pełnej zdumienia ciszy.

- Co to było? - spytał Ylfgrim Aheidvahla, zerkając w kierunku, w którym jeszcze przed momentem maszerowała całkiem rzeczywista trójka bjortari.

- Echo - odpowiedział Thekkir, a milczące Fitse skinęło głową, jakby odpowiedź Insorv zgadzała się z jego własnymi przemyśleniami. - Var Arrod przypomina sobie minione lata. Zanim wrócimy do domu, zobaczycie znacznie więcej.

Oglądając się na prawo, Aheidvahl uśmiechnął się łagodnie.

W cieniu kolejnej z mijanych chat stali mała Uni i Garun. Ich obecność zupełnie Thekkira nie zaskoczyła. Ze spokojem słuchał przez chwilę, jak dziewczynka peroruje coś staremu wojowi zawzięcie, a jej cieniutki głosik przybiera na sile wraz z narastającą irytacją. Wojownik nie był w stanie rozróżnić słów. Nie potrafił tego też nikt inny, co więcej, Insorv był pewien, że swoją córkę i dawnego mistrza widzi i słyszy tylko on. Var Arrod wiele obrazów pokazywało wszystkim, część jednak różniła się zależnie od tego, kto patrzył. Było tak, jakby miasto przenikało ducha wędrujących i wyciągało z nich to, za czym ci tęsknili, czego potrzebowali najbardziej lub czego bali się najbardziej.

Obok bjortari coraz tłumniej pojawiających się na placu, pochodzących z różnych klanów i reprezentujących różne rzemiosła, Odhim widział więc utarę wyrastającą z budowli, szare kryształy rozrastające się w zastraszającym tempie i obejmujące kolejne ulice i chaty. Ponad gwarem głosów niosących się nad miastem, ponad śmiechami i gromkim pokrzykiwaniem handlarzy zachęcających do podejścia do ich stoisk, Ylfgrim usłyszał rubaszne okrzyki własnych zaginionych przed laty braci. Diqnę w jednej chwili otoczyli klanowi myśliwi, noszący jednak oznaczenia, których Klan Gharra dawno już nie stosował, zaś u boku Renna stanęła rudowłosa kobieta, na widok której Brodhirst potrząsnął gwałtownie głową i skrzywił się. Ze wszystkich stron otoczeni spieszącymi gdzieś ludźmi bjortari z coraz większym trudem odróżniali to, co rzeczywiste, od tego, co było tylko manifestacją minionych lat. Nagle trudno było pamiętać, że Var Arrod jest tak naprawdę od lat ciche, wymarłe. Mijający ich pobratymcy byli rzeczywiści, jedna z kobiet otarła się ramieniem o ramię Any, a prący przed siebie jak taran postawny woj przepchnął z drogi nie tylko rudowłosą towarzyszkę Renna, ale też samego berserka, który zachwiał się, cofając o krok przed rozdrażnionym, nieznajomym mężczyzną.

Eyjagrani strzelała na boki spojrzeniem osaczonego zwierzęcia, przerażona. W przeciwieństwie do pozostałych otaczający ich tłum nie tylko widziała, ale też czuła. Gdy centralny plac zapełnił się ludźmi, Eyję zaatakowały nagle gwałtowne fale bodźców, którym nie potrafiła stawić czoła. W jednej chwili jej uszy boleśnie raniły zbyt głośne dźwięki, a nozdrza zalała mnogość zapachów tak intensywnych, że varta nie była w stanie złapać oddechu, by nie zakrztusić się przy tym, podrażniona ostrymi woniami.

- Eyja - warknął ktoś koło jej ucha i Heidveurr dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że to Chatzka. Spoglądając na starszą zmiennokształtną nieprzytomnym spojrzeniem, dziewczyna widziała napięcie obecne w oczach varty z Klanu Atyra. Chatzka pozostawała jednak świadoma i, choć ręce jej drżały, a oddech miała przyspieszony, wciąż panowała nad sobą i trzymała Zew na wodzy. - ...słyszysz, co do ciebie mówię?

Heidveurr potrząsnęła głową, zdając sobie sprawę, że kobieta coś do niej mówiła, lecz jej słowa gdzieś jej umknęły.

- Oddychaj płycej i zamknij usta - powtórzyła Chatzka, świdrując Eyję uważnym spojrzeniem. Varta zacisnęła silną dłoń na ramieniu dziewczyny, co pomogło dziewczynie skoncentrować się na słowach zmiennokształtnej. - Ograniczysz w ten sposób ilość odbieranych zapachów. Wsłuchuj się we własną krew, pozwól jej zagłuszyć całą resztę.

Eyja zmusiła się, by posłuchać instrukcji Chatzki. Zacisnęła usta, zwiesiła głowę i zaczęła brać dużo płytsze i częstsze oddechy. Zamykając oczy, skoncentrowała się też na wrażeniu ucisku na ramieniu w miejscu, w którym ściskała je Chatzka i szumie krwi krążącej szybko w jej żyłach. Pozwoliła, by uszy w większej mierze wypełniło jej jednostajne dudnienie własnego serca i odetchnęła powoli, rejestrując skurcze coraz drobniejszych włókienek mięśniowych nieustannie pracujących w jej ciele.

- Tak. Dobrze - rzuciła krótko, szczekliwie Chatzka i skinęła głową, ostrożnie rozluźniając uścisk na ramieniu dziewczyny. - Bardzo dobrze. Nie zwracaj uwagi na nic wokół. Myśl o sobie, o własnym ciele.

Heidveurr z wahaniem skinęła głową. Gdy ponownie uniosła wzrok, napotkała roziskrzone spojrzenie jasnych, niemal srebrnych oczu Silje, w tej chwili zupełnie pozbawionych tęczówek. Eyjagrani warknęła cicho, Maral nie zwróciła jednak na to uwagi. Zdawała się w ogóle dziewczyny nie widzieć, podobnie, jak nie była świadoma wydarzeń dokoła. Szarowłosa bjortari stwierdziła ze zdumieniem, że zmienił się także zapach Hadharki. Słodka, lekko korzenna nuta, która zawsze kojarzyła jej się z tropicielką, rozmyła się teraz, ustępując ostrej, metalicznej woni, niepasującej do żadnego człowieka.

- Silje... - zaczęła chrapliwie Eyja, nagle odwracając jednak wzrok od kobiety, gdy za rękę ścisnęła ją drobna, zimna dłoń Fitse.

- To ona - szepnął nastolatek, sprawiając przy tym wrażenie, jakby nie był do końca świadom, co i do kogo mówi. Gdy po chwili zorientował się, że przytrzymywał dłoń Eyji, wciągnął gwałtownie powietrze i cofnął się jak oparzony.

- To ona - powtórzyło jednak medium po chwili, a patrząc tam, gdzie ono, varta dostrzegła smukłą, białowłosą dziewczynę.

Nie, nie dziewczynę, poprawiła się Heidveurr w myślach. Kobietę. Ta, choć wiekowo młoda, nosiła wyraźne ślady doświadczenia przez życie, które nie pozwalały traktować jej zgodnie z jej metryką.

- Ylva - szepnęło Fitse, a wojowniczka uśmiechnęła się ciepło.

Zauważyli ją także pozostali, skupiając teraz spojrzenia na nieznajomej. Jej zbroja była prosta i pozbawiona znaków klanowych, nie miała też ozdób wplecionych w gruby, jasny warkocz ani charakterystycznej broni, która mogłaby pomóc ją zidentyfikować. Była jedną z wielu, przeciętną tarczowniczką klanów, jednak Fitse z pełnym przekonaniem użyło wobec niej jednego, jakby dobrze znanego imienia.

- Ylva - powtórzyło, spoglądając na kobietę z mieszaniną ulgi i niepewności. - Czemu tu jesteś? To nie twoje miejsce, ty byłaś...

Białowłosa potrząsnęła głową, przerywając nastolatkowi w połowie.

- To jest moje miejsce, kochanie - zaprzeczyła miękko. - Var Arrod, nie grobowce. Tam byłam martwa, tu... - Kobieta uśmiechnęła się, jakby zakłopotana tym, że nie potrafi wyjaśnić lepiej. - Tu żyję.

Przerwała na chwilę, spoglądając kolejno na każde z nich. Regwald zadrżał, gdy kobieta uśmiechnęła się do niego ciepło, a Ana sapnęła cicho, gdy Vilma skinęła głową, jakby w wyrazie uznania, którego Tamerka nie rozumiała.

- Czekałam na was - powiedziała jasnowłosa. - Wszyscy czekaliśmy - dodała, zerkając na boki, na bjortari mijających ją z lewej i prawej, kłębiących się za jej plecami i za plecami wędrowców.

Thekkir skinął powoli głową i uśmiechnął się do Vilmy ciepło.

- Miałem nadzieję, że tu będziesz. Że właśnie ty wyjdziesz im naprzeciw - powiedział.

Kobieta roześmiała się krótko, melodyjnie.

- Zawsze jestem, Insorv - odpowiedziała, a w jej głosie brzmiał szacunek, z którym dawno już nikt do Aheidvahla się nie zwracał. - Prosiłeś mnie, bym ich powitała, a ja czynię to z przyjemnością.

Mężczyzna skinął głową w podziękowaniu. Ylva postąpiła krok do przodu, szeroko rozkładając ręce.

- Var Arrod spało długo, może zbyt długo - stwierdziła cicho, nikt jednak nie miał problemów ze zrozumieniem jej słów. - Zdążyliśmy się jednak obudzić - dodała z rozbawieniem i uśmiechnęła się szerzej. - Witajcie, kochani.

Nagle miasto znów stało się ciche i puste. Po Ylvie nie pozostał nawet ślad, podobnie jak po bjortari, jeszcze przed momentem wylewających się z okolicznych uliczek i kręcących się po placu.

Fitse wciągnęło gwałtownie powietrze, zaskoczone nagłością zmiany. Po kilku chwilach - minutach? godzinach? - wśród rozmów, okrzyków i śmiechów cisza dźwięczała teraz w uszach wędrowców, oszołomionych nieoczekiwanym doświadczeniem.

Thekkir czekał spokojnie, pozwalając im dojść do siebie.

- Aha - rzuciła wreszcie Ana. Jej głos był pełen niewyjaśnionej wrogości. - Tak to będzie teraz wyglądać?

Aheidvahl nie odpowiedział. Tamerka prychnęła cicho, potrząsnęła głową, i zaczęła masować pulsujące bólem skronie.

Eyjagrani ostrożnie wzięła głębszy oddech. Miasto znów pachniało sobą, surowością opuszczonych budynków, kurzem i specyficzną nutą typową dla miejsc, które wiele lat pozostawały w zapomnieniu. Przecierając dłońmi pobladłą, naznaczoną cieniami zmęczenia twarz, Heidveurr spojrzała kątem oka na Silje. Oczy Maral znów miały swój miodowy kolor, a Hadharka pachniała na powrót sobą.

Diqna powoli wciągnęła powietrze i jeszcze wolniej wypuściła je, chcąc w ten sposób uspokoić drżenie całego ciała.

- Wracamy do obozu - rzuciła krótko, tonem nieznoszącym sprzeciwu.

Heidveurr odwróciła się na pięcie i, nie czekając, ruszyła drogą, którą przyszli. Wszyscy kolejno podążali za nią - najpierw Chatzka i Eyja, potem Silje, dalej Fitse z Aną, Odhim i Renn z Ylfgrimem.

Ociągał się tylko Thekkir. Gdy pozostali szybkim krokiem zmierzali ku miejskiej bramie, Aheidvahl odwrócił się do niej plecami i raz jeszcze spojrzał na ciche miasto. Na ustach mężczyzny błąkał się zamyślony uśmiech, który nie opuszczał go także wtedy, gdy wreszcie i on ruszył w drogę powrotną.

***

- Mogę? - spytała Silje cicho, ostrożnie odchylając połę namiotu i niepewnie zaglądając do środka.

Od powrotu z miasta minęły dwie godziny, podczas których zdążyli zjeść - czy raczej wmusić w siebie - szybką kolację i ustalić plan działania na kolejne dni. W tej chwili myśl o ponownym wejściu do Var Arrod nikogo szczególnie nie bawiła, wszyscy jednak zdawali sobie sprawę, że właśnie po to tu przyszli. Mieli poznać miasto, odkryć jego historię i wrócić do domów dopiero wtedy, gdy będą mogli podzielić się czymś więcej, niż tylko ogólnymi wrażeniami. Z ociąganiem więc ustalono, że, choć ich głównym celem będzie biblioteka - Thekkir dziwnie ponuro stwierdził, że to właśnie tam odnajdą wszystkie szukane odpowiedzi - najpierw rozejrzą się także w samym mieście. Mieli więc udać się do kompleksu świątynnego i na targowisko, zwiedzić Chatę i arenę, dopiero na koniec skierować się ku miejskim księgozbiorom. Według Aheidvahla eksploracja miasta powinna zająć im około czterech dni, Diqna pozwoliła więc sobie na ostrożne założenie, że za tydzień będą mogli już ruszyć w drogę powrotną. Potem znów siedzieli w milczeniu, stopniowo rozchodząc się do namiotów bądź na obrzeża obozowiska, szukając spokoju i okazji do zmierzenia się ze wszystkim, czego dotąd doświadczyli.

Eyjagrani była pierwszą, która opuściła grupę, wstając od ognia jeszcze w czasie rozmów. Odprowadzana przez chwilę zatroskanym spojrzeniem Diqny, nie obejrzała się, bez słowa wyjaśnienia znikając pod ciężkimi płachtami podróżnego legowiska. Silje została przy ognisku jeszcze przez moment, ostatecznie jednak zdecydowała się dołączyć do Heidveurr.

Eyja przyglądała się Maral przez chwilę, wreszcie powoli skinęła głową. Hadharka ledwo dostrzegła ten gest w półmroku namiotu.

Tropicielka usiadła obok varty, nie odzywając się. Heidveurr również nie zainicjowała rozmowy, toteż przez kilka dłuższych chwil przestrzeń pod grubym, zasznurowanym płótnem wypełniał tylko cichy szum oddechów obu kobiet.

Nagle Silje przytuliła się do skrytego pod podróżnym płaszczem ramienia Eyjagrani. Varta uniosła lekko brwi, zaskoczona. Odruchowo rozdęła nozdrza, pozwalając, by wypełnił je znajomy, kojący zapach kobiety, a uchylając lekko usta, pozwoliła sobie także na posmakowanie jej słodkiej woni.

Silje obserwowała Eyję spod na wpół zmrużonych powiek. Miodowe oczy haaim połyskiwały ciepło w mroku namiotu. Zmiennokształtna odpowiedziała spokojnym spojrzeniem, a gdy Maral uniosła lekko głowę, by musnąć wargi dziewczyny w łagodnym pocałunku, drgnęła tylko lekko, w wyrazie zaskoczenia raczej niż oporu.

Położyły się przytulone na miękkich futrach śpiwora. Gdy Silje wtuliła się w bok varty, gładząc ją delikatnie po linii szyi, ramienia, ręki, Heidveurr z cichym westchnieniem obróciła się na bok, silnie przytulając tahalkę do siebie. Drobne dłonie tropicielki ostrożnie, jakby nieśmiało rozpięły zapięty pod szyją płaszcz Eyji i wsunęły się pod podróżne skóry dziewczyny, gładząc jej plecy. Pod dotykiem Hadharki mięśnie dziewczyny, dotąd boleśnie spięte, rozluźniały się powoli.

Eyjagrani nie drgnęła, gdy w pewnym momencie Silje zaczęła rozsznurowywać ostrożnie także jej skórzaną kurtę i znoszoną, płócienną koszulę, odsłaniając piersi przewiązane pasem miękkiego, zawiązanego ciasno materiału. Mimo braku protestów Maral zawahała się, nim rozluźniła i tę część ubioru. Varta przyglądała się kobiecie uważnie, lecz choć oddychała nieco szybciej, a policzki zaróżowiły jej się odrobinę, dziewczyna nie wykonała żadnego ruchu w stronę Silje. Po prostu patrzyła i Hadharka czuła się nieswojo.

- Mogę? - spytała wreszcie cicho tropicielka, po raz wtóry tego wieczoru, choć w innym kontekście.

Eyjagrani uśmiechnęła się nieznacznie.

- Możesz - mruknęła przyzwalająco, jednocześnie po raz pierwszy przesuwając dłonią wzdłuż pleców Silje - najpierw po materiale jej ubrań podróżnych, potem zaś pod nimi, po nagiej, zmarzniętej skórze Maral.

Hadharka westchnęła cicho, mrużąc oczy. Przysuwając się jeszcze kawałek, odchyliła nieco bardziej ubrania dziewczyny i musnęła ustami zagłębienie w szyi Eyji, składając kolejne, delikatne pocałunki wzdłuż linii jej obojczyka. Gdy jednak Heidveurr chwyciła lekko brodę tropicielki, unosząc jej twarzyczkę do pocałunku, Silje z gracją umknęła przed wargami varty. Dziewczyna zmarszczyła brwi, Maral nie dała jej jednak okazji do zaprotestowania. Z namysłem powiodła palcami po krągłościach dziewczyny i ześlizgnęła się wzdłuż jej brzucha, ostatecznie płynnym ruchem wślizgując się między jej uda i dalej, w rozkoszne ciepło.

Eyjagrani wciągnęła gwałtownie powietrze i przymknęła oczy, prężąc się pod dotykiem Silje. Gdy Maral odkrywała powoli jej wnętrze, badając wrażliwość poszczególnych kawałeczków rozpalonego ciała, Heidveurr na dotyk szukała drogi pod ubraniami kobiety. Gdy wsunęła dłoń między ochoczo rozchylone uda partnerki, musnęła kobiecość tropicielki delikatnie, jakby rozpoznawczo, stopniowo odnajdując rytm najbardziej odpowiadający Hadharce.

W którymś momencie Silje zarzuciła udo na biodro Eyjagrani, jeszcze bardziej przywierając do dziewczyny. Varta mruknęła gardłowo, wtulając twarz w zagłębienie szyi Maral i chwytając lekko zaostrzonymi zębami delikatną skórę kobiety. Jeśli przedtem wydawała się nieprzekonana do czułości, to teraz oddała się im z pełnym zaangażowaniem, chłonąc bliskość tropicielki każdym zmysłem, każdym skrawkiem własnego ciała.

W pewnej chwili Silje wyrwało się ciche, jakby nieśmiałe westchnienie rozkoszy. Kobieta wyprężyła się, przywierając do Eyji i wbiła paznokcie w podróżne skóry varty. Sama Heidveurr chwilę później wciągnęła gwałtownie powietrze i warknęła głucho, biodrami przylegając do bioder tropicielki i ostatni raz ocierając się o palce partnerki.

Jeszcze przez chwilę leżały przytulone, chłonąc bliskość własnych ciał i uspokajając oddechy. Wysuwając ostrożnie palce, Eyjagrani w rozmyślnie leniwy sposób oblizała je i uśmiechnęła się przekornie.

Maral zaczerwieniła się, zawstydzona i sapnęła cicho, ostrożnie cofając także własną dłoń i opierając czoło o ramię varty.

Gdy Heidveurr przeciągnęła się wreszcie z cichym pomrukiem i odsunęła nieco, na jej twarzy błąkał się rozbawiony uśmiech.

- Nie ukrywam, że jest przyjemnie, ale trochę gorąco - mruknęła, gładząc jeszcze czule plecy Maral.

Silje sapnęła i z niechęcią przetoczyła się na plecy, zerkając z ukosa na połowicznie roznegliżowaną, bezwstydnie rozciągniętą na futrach dziewczynę.

Eyja przyglądała się Maral jeszcze przez chwilę, wodząc pieszczotliwie dłonią od szyi aż po biodra Hadharki. Ostatecznie zatrzymała się na wzgórku między udami kobiety, czule muskając go przez okrywający go materiał.

- Zakładam, że chcesz tu zostać - mruknęła ni to pytająco, ni twierdząco, z nieznacznym uśmiechem spoglądając na tropicielkę.

Silje mruknęła coś niezrozumiale, nie unosząc nawet ponownie zamkniętych powiek.

- No - rzuciła wreszcie półgłosem, z wyraźnym trudem formułując odpowiedź. - Chcę.

Eyjagrani parsknęła cicho.

- To zostań - rzuciła beztrosko i z cichym westchnieniem raz jeszcze przeciągnęła się, prężąc ciało z kocią gracją.

Układając się potem do snu, nie kłopotała się ponownym zasznurowaniem koszuli ani zabraniem dłoni z ciała Silje, zwiniętej przy jej boku jak małe zwierzątko.

Rozdział 20

Wrócili do miasta z samego rana. Teraz, mając już konkretny plan na eksplorację Var Arrod, nagle wszyscy zapragnęli zrealizować go jak najszybciej - tak przez ciekawość samego miasta, jak też, przede wszystkim, chęć rychłego powrotu do domu. Choć wciąż niespokojni i coraz bardziej odczuwający skutki przeciągających się kontaktów z utarą, bjortari dawno nie byli tak zmotywowani do stawiania czoła nieprzyjemnym doświadczeniom.

Zarówno przez całą drogę do miasta, jak i później, po przekroczeniu bramy Var Arrod, Eyjagrani czuła na plecach świdrujące spojrzenie Silje. Nie rozmawiały ze sobą tego ranka. Obudzone przez Diqnę - nieszczególnie przejętą widokiem swojej siostry z Maral, choć przez chwilę przyglądała im się nieco uważniej - szybko ogarnęły się i w milczeniu dołączyły do grupy. Eyji cisza ta, przerwana tylko na rzecz beztroskiego powitania i przelotnego cmoknięcia w policzek, w ogóle nie przeszkadzała. Maral czuła się zupełnie zagubiona.

Wlekąc się na samym końcu grupy, Hadharka w pewnym momencie przestała zwracać większą uwagę na otoczenie, pogrążając się we własnych myślach. Wciskając ręce w kieszenie podróżnej kurty, wbiła spojrzenie w czubki własnych butów i zmarszczyła brwi.

- Beznadziejne - mruknęła cicho pod nosem, nie zastanawiając się, czy ktoś ją usłyszy.

Znała Eyjagrani od małego i choć już od dłuższego czasu czuła, że coś się między nimi zmienia, to dopiero teraz uświadomiła sobie, jak duża była skala tych zmian. Duża i, jeśli miała być szczera, także przerażająca. Od dnia, kiedy Silje po raz pierwszy pojawiła się w Yrkazaanie, przypływając do ojczyzny bjortari w odpowiedzi na pojawienie się nowej vartahel potrzebującej przewodnictwa i opieki, upłynęło już wiele lat. Przez ten czas Maral towarzyszyła młodej Heidveurr w jej dorastaniu, wspierała ją w problemach, z którymi ta zmagała się jako vartahel, ale też po prostu jako mała kobietka. Hadharka pojawiała się w górach z doskoku, raz pozostając w nich dwa dni, innym razem dwa tygodnie, mimo tego uważała, że nawet tak poszatkowany, wspólny czas wystarczył, by dobrze poznała Eyję. Na pewno też wystarczył, by zdążyła się do niej przywiązać - teraz, po upływie lat, Silje nie potrafiła sobie do końca wyobrazić, by miała kiedykolwiek zerwać kontakt z młodą vartą.

Tahalka była też niemal absolutnie pewna, że Eyjagrani czuje podobnie. Heidveurr nigdy nie obnosiła się ze swoimi uczuciami, Maral nie widziała jednak powodu, by nie wierzyć jej sporadycznym wyznaniom, w których zmiennokształtna nazywała ją swoją bliską czy ważną. Te słowa zawsze były ciepłe, kojące i, zdaniem Silje, zupełnie szczere. Eyja przywiązała się do niej tak samo, jak ona do Eyji i tropicielka była skłonna pozwolić sobie na ostrożne założenie, że podobnie jak ona, tak i varta nie chciałaby, by w którymś momencie miały zobaczyć się po raz ostatni - a potem zapomnieć o sobie.

A teraz przespały się ze sobą i Maral nie wiedziała, naprawdę nie wiedziała, co w tej sytuacji powinna zrobić.

Czuła się dziwnie. Nie źle, ale w jakiś sposób niekomfortowo. Nie tak, jakby przespała się z własną córką czy młodszą siostrą - Silje nigdy nie odczuwała podobnych rodzinnych więzi z kimkolwiek, tak bliskie nie było jej nawet własne plemię. Mimo wszystko nie mogła pozbyć się wrażenia, że to, co zrobiła, nie było do końca właściwe.

Najbardziej zaś nie odpowiadało jej, że Eyjagrani zachowywała się tak, jakby w ogóle nic się nie stało.

Podczas gdy Silje szarpała się z własnymi myślami, Heidveurr szła na przedzie szybkim, pewnym krokiem, żartując beztrosko z Diqną. Od czasu transformacji varta nie była dotąd tak rozluźniona i jak z jednej strony Maral mogłaby to uznać za, powiedzmy, komplement dla samej siebie, tak z drugiej strony nie potrafiła powstrzymać narastającej irytacji. Eyjagrani zupełnie się nie przejmowała. Eyjagrani nie widziała nic dziwnego w tym, że jednego dnia zachowują się wobec siebie poprawnie, jak bliskie znajome, drugiego lądują w łóżku. Eyjagrani była cholerną bjortari, dla której seks nie był niczym innym jak rozrywką.

Silje zacisnęła zęby. Nie wiedziała, czego tak naprawdę się spodziewała, ale chyba jednak czegoś więcej. Nie zamierzała dobierać się do Eyji i nie brała też pod uwagę, że może Heidveurr chciałaby dobierać się do niej, gdy jednak już się to stało, chciała, by miało ciąg dalszy. Próbowała tłumaczyć ten nagły poryw trudami podróży, wyczerpaniem i potrzebą odprężenia, w duchu wiedziała jednak, że to wszystko gówno prawda. Gdzieś po drodze pojawiły się uczucia, których się bała. Co więcej, Maral musiała przyznać, że to nie była ani kwestia ostatniego dnia, ani ostatnich miesięcy.

- Długo - burknęła pod nosem, garbiąc się jeszcze bardziej. - Tak cholernie długo - prychnęła cicho. - Żałosne.

Silje była doskonałą aktorką i, jak się okazuje, potrafiła oszukać nawet samą siebie.

Od pełnych złości rozważań oderwał ją dopiero głos utary, gdy ponownie zagłębili się w miasto.

To był zaledwie szept, miękki i ulotny. Pokonywali tę samą trasę, co poprzedniego dnia, tym razem jednak nie zatrzymali się na centralnym placu, lecz poszli dalej, ku prześwitującym między budynkami wewnętrznym murom otaczającym kompleks świątynny. Spaczenie zaczęło mówić, gdy rząd chat mijanych po lewej stronie skończył się nagle, odsłaniając trzy poświęcone aspektom budowle.

- Rozumiecie, co ona mówi? - zapytał Renn, gdy rozległy się pierwsze, jakby nieśmiałe, niewyraźne słowa. Nikt już nie podawał w wątpliwość tego, z czym się stykali.

Odhim zmarszczył brwi, rozejrzał się i chrząknął krótko.

- Nie. Nie do końca - mruknął. Głos skyrmy był bardziej chrapliwy niż na początku wyprawy i łamał się czasem, jakby mężczyzna nie do końca nad nim panował. Spoglądając na Irgripa, dało się dostrzec więcej niepokojących sygnałów - smukłe, teraz niemal wysuszone ręce rytualisty drżały, a rozbiegane spojrzenie pełne było niewyjaśnionego ognia. Od chwili dotarcia do Var Arrod Odhim częściej mamrotał sam do siebie, nierzadko w dialekcie, którego nikt z grupy nie rozumiał, czasem zaś siadał na uboczu, jak najdalej od pozostałych, i kołysał się w jednostajnym rytmie.

Nie tylko na nim spaczenie odcisnęło swoje piętno. Zbliżając się do Var Arrod, także Fitse stawało się coraz bardziej nieobecne. Gdy opuszczali obóz, rozglądało się czujnie, choć nikt poza nim nie widział nic niepokojącego, a gdy pozostawali w pobliżu namiotów, siedziało zazwyczaj z dłońmi przyciśniętymi do skroni lub głową całkiem objętą ramionami, krzywiąc się z bólu. Zaniepokojona stanem swojego przyjaciela Ana początkowo próbowała mu pomóc, przesiadując obok w ciszy, czasem gładząc go po plecach i przynosząc kubki dimu. Gdy jednak Fitse nie reagowało, spoglądając tylko na Tamerkę nierozumiejąco lub wzdrygając się pod jej dotykiem, Varrthasir zaczęła się odsuwać, nie wiedząc, co jeszcze mogłaby zrobić.

Niełatwo było także vartom. Wrażliwe, półzwierzęce zmysły odbierały wszystko dwa razy silniej niż w przypadku niezmiennokształtnych, zmuszając Eyjagrani i Chatzkę do codziennego stawiania czoła silnemu przebodźcowaniu. Oczy kobiet zaczerwieniły się wskutek podrażnienia, uszy bolały od nieustannego zmagania się z niemal niecichnącymi, niesłyszalnymi dla reszty dźwiękami, a od nadmiaru woni - było ich znacznie więcej, niż powinno być w opuszczonym mieście - i jedna, i druga musiały radzić sobie z mdłościami, na które nie pomagały żadne z ziół Odhima.

Wszyscy byli wyczerpani wędrówką przez utarę i choć, zgodnie z przewidywaniami Thekkira, zaczęli się do niej przyzwyczajać, każdy z utęsknieniem wypatrywał momentu, kiedy będą mogli wrócić do domu.

Wkraczając na teren świątynny, Odhim odetchnął powoli, rozglądając się. Gdzieniegdzie dało się dostrzec snujące się smugi spaczenia, a posąg stojący na placu między budynkami tak bardzo przerósł kryształami utary, że nie sposób było powiedzieć, co przedstawiał wcześniej.

Kompleks składał się z trzech oddzielnych świątyni poświęconych każdemu z aspektów. Poza odmiennymi symbolami wyrytymi na głównych wrotach święte miejsca niemal niczym się nie różniły. Budynki przypominały te mieszkalne, były jednak większe i bardziej przestronne. Ściany nie posiadały okien, a jedynym oświetleniem ciemnych wnętrz był zazwyczaj ciepły blask centralnych palenisk i zamocowanych na ścianach pochodni. Każda ze świątyń posiadała ołtarz - masywny, kamienny stół ustawiony pod najdalszą od wejścia ścianą oraz rzędy prostych, drewnianych ław, na których mogli przysiąść uczestniczący w ceremoniach. Na tyłach każdego z budynków mieściły się pomieszczenia dla rytualistów - dwie bądź trzy niewielkie, pozbawione zbędnych wygód salki, w których akolici mogli przebrać się i przygotować zioła wykorzystywane przy przeprowadzaniu rytuałów.

W przylegających do świątyń ogrodach wzniesiono także chatę, która przed laty służyła za mieszkanie tym skyrmom, którzy z własnej woli zrezygnowali z domostw bądź też nie posiadali już rodzin, z którymi mogliby mieszkać. Zajmujący ją rytualiści oprócz kontemplowania trzech aspektów, poświęcali się też praktycznym zajęciom - dbali o czystość chaty i świątyń, naprawiali i szyli nowe odzienie, tak dla siebie, jak i dla potrzebujących bjortari, doglądali także świątynnych ogrodów pełnych ziół i wonnego kwiecia. Patrząc na wypielęgnowane zarośla, trudno było uwierzyć, że od setek lat już nie widziały ludzkiej ręki.

- Utara... - mruknął Irgrip, spoglądając na widoczny między świątyniami fragment rozciągającego się na tyłach kompleksu ogrodów.

Thekkir skinął głową w odpowiedzi.

- Nie pozwala ogrodom umrzeć, tak jak nie pozwala umrzeć samemu miastu - wyjaśnił Insorv.

Odhim raz jeszcze wciągnął głęboko powietrze, pozwalając, by nozdrza wypełnił mu słodki zapach świątynnej roślinności.

Spaczenie mówiło do nich przez cały czas, gdy zwiedzali kompleks, podzieleni na mniejsze grupki. Nie formułowało zdań, rzucało tylko pojedynczymi słowami, które nagle zaczęli rozumieć. Jestem, zaszemrała utara, a Fitse uśmiechnęło się przelotnie. Przyszłość, wymruczało tchnienie głosem ni to męskim, ni to żeńskim. Ylfgrim westchnął cicho. Boję, dodało spaczenie nie do końca poprawnie, a Chatzka zmrużyła oczy, rozglądając się. W jednej chwili głos docierał do nich zewsząd, płynął ze wszystkich stron, wszystkich uliczek i zakątków. W kolejnej, niezakłócony dźwiękami z zewnątrz, rozbrzmiewał bezpośrednio w ich głowach.

- Rozumiecie, co ona mówi? - spytał Renn, nieświadomie nadając spaczeniu żeńską formę. Wydawało się, że nikt nie zwrócił na to uwagi.

- Nie... Nie do końca - mruknął Regwald. Od przybycia do miasta był jeszcze bardziej milczący niż dotąd. Unn spoglądał na Var Arrod z niewyjaśnionym smutkiem, nie uczestnicząc ani w wymianie pierwszych wrażeń, ani w późniejszym podejmowaniu decyzji co do planu zwiedzania osady. Gdy Aheidvahl przejął rolę przewodnika, Regwald wycofał się, stając się jakby cieniem samego siebie.

Diqna spojrzała ku Insorv, jednak nawet on pokręcił głową przecząco.

- Nie - odpowiedział. - Ona dopiero się uczy i nie... - Mężczyzna zawahał się, szukając odpowiednich słów. - Chyba sama nie wie jeszcze, co chciałaby powiedzieć.

Silje pokiwała głową powoli, w zamyśleniu wodząc spojrzeniem po budynkach świątyń. Jej oczy znów stały się nienaturalnie jasne, tracąc swój miodowy kolor.

Gdy opuszczali teren kompleksu, kryształy przerastające posąg jakby świdrowały plecy odchodzących uważnym spojrzeniem.

Po opuszczeniu świątyń skręcili w lewo, znów podążając kawałek główną ulicą miasta. Gdy ta ponownie rozdzieliła się, wybrali odnogę na prawo. Thekkir wskazał ją jako prowadzącą na miejskie targowisko. Ledwie parę minut zajęło im dotarcie do miejsca, w którym niegdyś tętniło serce handlu całego Heimareldu.

Rynek był zaskakująco mały. Po najbardziej znanym targowisku w kraju spodziewano się raczej ogromnej przestrzeni zastawionej labiryntem mniejszych i większych straganów, bud i porządniejszych stanowisk, tutaj natomiast wszystko sprowadzało się do zacisznego, kameralnego placu wciśniętego między rzemieślnicze chaty. W czasach świetności Var Arrod z pewnością można było spędzić tu cały dzień albo i dwa, szperając w bogactwach zwiezionych ze wszystkich krańców kontynentu, mimo tego pierwsze wrażenie było niemalże rozczarowujące.

- Trochę bida - podsumował Renn. Choć towarom wyłożonym na wciąż rozstawionych kramach trudno było odmówić różnorodności i wartości, Brodhirst nie krył niedowierzania. - Var Arrod miało być centrum kulturalnym i centrum handlu, a szczerze mówiąc... - Mężczyzna nie dokończył, wzruszając tylko ramionami.

Thekkir roześmiał się.

- Rozejrzyjcie się - zachęcił po prostu. - Targowisko jest małe, nie określałbym go jednak mianem bidy.

Brodhirst parsknął cicho, przenosząc jednak wzrok na najbliższe kramy. Te, ustawione ciasno jeden obok drugiego na całej przestrzeni placu, tworzyły skomplikowaną sieć wąskich przejść. Pozostawione tak, jak były rozstawione za życia Var Arrod, sprawiały wrażenie, jakby handlarze ledwie na moment skryli się na zapleczach własnych straganów, przez szpary namiotów wciąż bacznie obserwując, co dzieje się na zewnątrz. Choć rynek był opustoszały, każde z bjortari czuło się nieswojo na samą myśl o możliwości zabrania jakiejkolwiek z wystawionych rzeczy.

Gdy kolejno zaczęli zagłębiać się w labirynt ciasnych alejek, jasnr stało się, jak złudne było pozorne ubóstwo targowiska. Na małej przestrzeni zmieszczono niezmierzone bogactwa, każące zatrzymywać się niemal przy każdym straganie i zachwycać się przez chwilę każdą najdrobniejszą rzeczą. Doskonałe futra Klanu Gharra i Atyra leżały obok misternie zdobionej ceramiki ze wschodnich rubieży. Pozornie delikatne, wątłe szable zachodnich królestw, w rzeczywistości wykute z niesamowicie trwałego kruszcu wulkanicznego, rozkładały się dumnie w gablotach wyściełanych jedwabiem. Bele wspaniałych materiałów z południa sąsiadowały z piękną biżuterią od jubilerów Marchii Halskiej i Ammerburga, a małe arcydzieła z kości północnych wali, dostarczane przez plemiona Suvi - figurki pełne detali, płaskorzeźby, ale też noże, zestawy igieł i kości do gry - wylegiwały się obok wonnych ziół z północy, wschodu i południa. Były tu kramy mistyków różnych wierzeń, oferujących wywary własnego wytwórstwa i stoiska pomniejszych cwaniaczków, próbujących skusić jakoby stuprocentowo skutecznymi afrodyzjakami. Rozstawieni przed własnymi warsztatami rzemieślnicy z radością udostępniali miejsca przyjezdnym fachowcom, czas między obsługą kolejnych kupujących spędzając na niekończących się wymianach uwag na temat swego rzemiosła. Ludzie gór handlowali tu obok egzotycznych nomadów spod sztandarów Himtei, a dumni, majętni kupcy z Hadharu spoglądali spod oka na rozstawionych obok prostodusznych, głośnych handlarzy z Republiki Tavli-Sonne.

Początkowo ciche targowisko stopniowo zaczęło rozbrzmiewać echami głosów. Ktoś targował się z nomadzkim rzemieślnikiem o zestaw strzał o podwójnych piórach, ktoś inny zachwycał się świeżo nabytą, starannie zdobioną skrzynią apteczną, po brzegi wypełnioną medykamentami z całego świata. Gdy z jednej strony matka pozwalała dwójce dzieci buszować w stoisku z drewnianymi zabawkami, z drugiej kramarz z północy przyjmował na siebie krzyki klienta niezadowolonego z jakości nabytego płaszcza.

Rynek był również przesycony mieszanką woni, których nie powinno tu być. I Chatzka, i Eyja rozglądały się na wszystkie strony, węsząc intensywnie i oddzielając ostre zapachy ziół od dobrze znanej woni metalu, słodkie aromaty południowych perfum od kwaśnej nuty olejów konserwujących z zachodu. Uliczki pachniały potem, brzmiały szelestem rozwijanych i zawijanych pakunków, a czasem zdawało się, że gdzieś ktoś przemyka, przeskakując między jednym stoiskiem a drugim. Gdy w pewnej chwili Ylfgrim ruchem głowy wskazał na jeden ze straganów, przy którym zdawało mu się, że dostrzegł cień strojnego, opływającego w złoto handlarza, ani towarzyszący wojowi Renn, ani podążająca wraz z nimi Ana nie podali słów mężczyzny w wątpliwość. Wszyscy wiedzieli już, że Var Arrod było znacznie mniej wymarłe, niż początkowo się wydawało.

***

- Możemy porozmawiać?

Eyja drgnęła lekko. Odkąd ponownie weszli do miasta, Silje nie odzywała się, targowisko również zwiedzały oddzielnie - varta spacerowała u boku Diqny, Maral zaś przez większość czasu włóczyła się sama, przyglądając się mijanym straganom bez szczególnego zainteresowania. Teraz, gdy Heidveurr zatrzymała się przy jednym kramie osamotniona, pozostawiając siostrę kilka sklepików wcześniej, Hadharka nieoczekiwanie stanęła u jej boku.

- Możemy - rzuciła bjortari w odpowiedzi, przyglądając się tropicielce uważnie. - A o czym?

Silje skrzywiła się.

- Poważnie? - mruknęła. - Pytasz o czym? Przespałyśmy się ze sobą, do cholery.

Eyjagrani milczała przez dłuższą chwilę, jakby nie rozumiejąc do końca. Maral odetchnęła bardzo powoli.

- Nie sądzisz, że coś się zmieniło? - spytała, powoli dobierając słowa.

Heidveurr wzruszyła ramionami.

- Nie wiem. Może - odpowiedziała, poziomem nonszalancji i beztroski doprowadzając Hadharkę do szewskiej pasji. - A ty? Sądzisz, że się zmieniło?

Silje odwróciła wzrok. Nie odpowiedziała, bo nie wiedziała, co miałaby powiedzieć. Eyjagrani zdawała się rzeczywiście nie rozumieć. Dla młodej varty to wszystko jakby nie miało znaczenia, jakby... Jakby naprawdę nic się nie stało.

- Jak mam cię teraz traktować? - zapytała krótko, nie odpowiadając na pytanie varty.

Zmiennokształtna uśmiechnęła się, jakby w ogóle nie zauważając rozdrażnienia Silje.

- A jak byś chciała? - spytała przekornie, po chwili kręcąc lekko głową. - Normalnie, Maral - stwierdziła. - Normalnie. Przespałyśmy się, bo obie tego potrzebowałyśmy. Nie przestałaś być przez to moim kuratorem... - Oficjalne określenie roli, jaką Silje, hadharska haaim, pełniła w stosunku do Eyji, było teraz jak uderzenie w twarz. - ...a ja nie przestałam traktować cię jak przyjaciółkę. - Zmiennokształtna przerwała na chwilę. - Jesteś dla mnie ważna, Maral.

Silje spojrzała na dziewczynę z zamyśleniem.

- Tak - dodała cicho, niemal szeptem, głosem prawie zupełnie wypranym z emocji. - Pewnie jestem.

Milcząc przez dłuższą chwilę, Maral uśmiechnęła się w końcu krzywo.

- Świetnie. Mamy więc wszystko wyjaśnione - skwitowała tropicielka, zmuszając się do nadania swemu głosowi lżejszego, bardziej beztroskiego tonu. - A teraz, jeśli pozwolisz, wrócę do tych paru stoisk, którym chciałam przyjrzeć się szczególnie uważnie. - Nie czekając na odpowiedź, kobieta odwróciła się na pięcie i oddaliła szybkim krokiem, chwilę później rozpływając się między straganami.

Gdy drobna postać Hadharki znikła z zasięgu jej wzroku, Eyjagrani w jednej chwili jakby skurczyła się w sobie, garbiąc się i kuląc w ramionach. Nie była tak głupia ani tak niedojrzała, jak sądziła Silje. Każde słowo Maral rozumiała dokładnie tak, jak powinna, tylko odpowiadała na nie inaczej, niż oczekiwała Hadharka. Eyjagrani jednak aż nazbyt dobrze wiedziała, do czego zmierzała tropicielka. Kobieta oczekiwała deklaracji, której Heidveurr nie mogła jej dać.

Bjortari sapnęła cicho i potrząsnęła głową, jakby w ten sposób mogła pozbyć się trudnych myśli. Nie chciała się nad tym zastanawiać. Nie chciała rozważać, dlaczego tak łatwo przyszło jej udawanie beztroskiej, choć w rzeczywistości było jej tak cholernie dziwnie i źle. Minionej nocy było przyjemnie. Chciała, żeby tak zostało.

Dziewczyna westchnęła i wyprostowała się, chwilę później uśmiechając się do Diqny, która zdążyła już naoglądać się interesujących ją towarów i ponownie stanęła u boku siostry.

- Wszystko w porządku? - spytała łowczyni, przyglądając się Eyji uważnie. - Widziałam, że rozmawiałyście z Silje. Maral wyglądała... inaczej.

- Wszystko gra - stwierdziła varta, a domyślając się, że nie zabrzmiało to szczególnie przekonująco, cmoknęła lekko siostrę w policzek. - Naprawdę, Di. Wszystko w porządku. Silje po prostu źle znosi utarę. Chciała o tym pogadać, a... No, tak jakby średnio ma z kim. Thekkirowi nie ufa, a Odhim od jakiegoś czasu nie jest już... no, wiarygodny.

Diqna milczała przez chwilę, przyglądając się zmiennokształtnej spod zmrużonych powiek.

- W porządku - rzuciła wreszcie. - A teraz, mam nadzieję, jesteś gotowa na dalsze zakupy? - spytała, szczerząc zęby w szerokim uśmiechu.

Eyja zmusiła się, by odpowiedzieć podobnie radosnym wyrazem twarzy.

- Wiadomo - zapewniła, na potwierdzenie swych słów raźnym krokiem ruszając ku kolejnemu ze straganów. - Gdy ty bawiłaś się świecidełkami, ja znalazłam naprawdę fascynujące stoisko, na którym...

***

Spędzili na targowisku znacznie więcej czasu, niż początkowo planowano. Thekkir jednak, którego po dotarciu do Var Arrod wszyscy szybko zaczęli traktować jako nowego przewodnika i opiekuna wyprawy, nie pospieszał ich, więc nikt nie przejmował się marnowaniem czasu. Wszyscy musieli przyznać, że potrzebowali takiego dnia, chwili oddechu bez oglądania się z lękiem przez ramię.

Gdy wreszcie zdecydowali się na powrót, zbierali się z ociąganiem. Ogrom bogactw oszałamiał i kusił, a myśl, że mieli wracać z pustymi rękami, nie pozwalając sobie na spełnienie choćby najdrobniejszych zachcianek, nie należała do przyjemnych. Wreszcie, zbierając się na odwagę, by wypowiedzieć pytanie dręczące wszystkich, Ana zatrzymała się przed Thekkirem i odetchnęła głęboko.

- Myślisz, że moglibyśmy coś stąd zabrać? - wyrzuciła szybko, nim zdążyła się rozmyślić. Kontakty z Aheidvahlem wciąż ją onieśmielały, choć chyba nieco mniej, niż pozostałych. Pochodząc z Tameru, Varrthasir nie wychowywała się w cieniu legend tutejszych Insorv - jej klan miał własnych bohaterów. Aż dotąd Ana nie wiedziała do końca, kim Thekkir był przed swoją wyprawą do Var Arrod. Zmiana, jaka w nim zaszła, nie uderzała jej więc aż tak bardzo.

Mężczyzna roześmiał się.

- Byłem ciekaw, kiedy o to zapytacie - stwierdził z rozbawieniem, jednocześnie kiwając głową. - Możecie. Każdemu z was coś się należy, Var Arrod niczego wam nie odmówi.

Tamerka uśmiechnęła się nieśmiało i w podskokach wróciła do pozostałych, przekazując im radosną wieść. Renn wyszczerzył zęby radośnie, a oczy Chatzki rozbłysły zadowoleniem, gdy jeszcze na chwilę wrócili między stragany.

Nikt nie miał problemu z wyborem. Ylfgrim, Renn i Ana szybkim krokiem oddalili się do długiego, wystawnego stoiska z bronią zachodniego, halskiego rzemiosła, zabierając odpowiednio miecz o szerokim ostrzu, jednoręczny tasak i krótką szablę, wszystkie pozbawione większych zdobień, jednak wciąż piękne w swej prostocie. Diqna i Eyja udały się najpierw do stoiska łowieckiego, z którego starsza Heidveurr zabrała zestaw trzech myśliwskich noży, potem zatrzymały się przy straganie zielarskim, gdzie varta wzbogaciła się o paczuszkę aromatycznej herbaty nomadów Hintei. Fitse zdecydowało się na zabranie małego lusterka w pięknie rzeźbionej, kościanej oprawie - dzieła północnych plemion z Vigrennu. Silje i Chatzka zaś dyskutowały przez chwilę nad ammerburską biżuterią z białego złota, wybierając wreszcie odpowiednio nausznicę w kształcie węża morskiego, zdobioną drobnymi, wiszącymi łańcuszkami, i szeroką bransoletę luźno obejmującą nadgarstek. Odhim, mamrocząc coś do siebie pod nosem, dłuższą chwilę spędził przy koszach pełnych minerałów i kamieni szlachetnych, to zanurzając w nich dłonie, to wyciągając je i pozwalając, by kamyki wysypywały mu się przez palce. Wreszcie sapnął cicho i zamknął dłoń na garści małych okruchów barwy głębokiej szarości.

Tylko Thekkir i Regwald nie dołączyli do radosnego wybierania pamiątek, stojąc na uboczu i dyskutując półgłosem. Na twarzy Unna malowała się ulga, gdy mężczyzna mógł wreszcie swobodnie porozmawiać z przyjacielem, dokładnie tak, jak przed laty.

Do obozu wracali w znacznie lepszych nastrojach. Renn tubalnym głosem relacjonował Anie przebieg swych treningów przed unarokiem, kiedy to na Ścieżkach Klanu Atyra udowadniał rówieśnikom, jak bardzo są cherlawi. Ylfgrim przysłuchiwał się temu z rozbawieniem, potem dyskutując z Chatzką o ostatniej hadharskiej zmianie, w której varta brała udział. Diqna z Eyją zaśmiewały się, wymieniając ploteczki o pozostawionych w Yrkazaanie znajomych, Regwald opowiadał Fitse o rejonach Heimareldu, których medium nigdy dotąd nie widziało, i nawet Silje, od rana ponura i wycofana, gawędziła spokojnie z Odhimem, nie zwracając uwagi na dziwne, nieprzewidywalne czasem zachowanie pogrążającego się w szaleństwie skyrmy.

Potem, gdy siedzieli przy ognisku i później, gdy szykowali się do spania, po raz pierwszy od wyruszenia w drogę wszyscy czuli się tak beztrosko i dobrze. Bliskość utary wciąż im doskwierała - oblicza bjortari nosiły coraz głębsze ślady wyczerpania, ale teraz, na jedną chwilę, Var Arrod pozwoliło im o tym zapomnieć. Mogli odpocząć, a gdy kolejnego dnia wyruszyli do miasta, nikt już nie obawiał się go tak bardzo, jak na początku.

Rozdział 21

- Thekkir? - rzuciła Ana zaczepnie, gdy kolejnego ranka skończyli już wspólne, niespieszne śniadanie i rozsiedli się wygodniej z kubkami gorącego dimu.

Mężczyzna spojrzał na nią pytająco, a ona uśmiechnęła się szeroko.

- Opowiedziałbyś coś o swojej wyprawie? - spytała, spontanicznie poruszając temat, który wszystkich interesował. - Tej pierwszej do Var Arrod.

Siedzący po lewej od Varrthasir Regwald poruszył się, nagle wyraźnie spięty. Mrużąc oczy, wbił w Aheidvahla świdrujące spojrzenie. Insorv jednak nie wyglądał na poruszonego. Nie odzywał się przez dłuższą chwilę, by wreszcie uśmiechnąć się lekko.

- To było bardzo dawno - zaczął powoli. - Dla was dwie, trzy dekady, ale dla mnie to... Chyba dłużej. Tak mi się wydaje. Czas płynął wtedy inaczej.

Unn zmarszczył brwi, spoglądając na przyjaciela czujnie. Odkąd wrócili, Thekkir nie poruszał tematu minionej wyprawy. Zresztą, aż dotąd w ogóle prawie nic nie mówił. Może teraz to tutaj Thekkir jest sobą, pomyślał Regwald i westchnął cicho, uzmysławiając sobie, jak bliskie mogło to być prawdy. Nie w Yrkazaanie, nie w Urkari czy Viliskyi, ale tu, w Var Arrod.

- Powinienem pewnie zacząć od początku, co? - zapytał tymczasem Aheidvahl i roześmiał się krótko. - Var Arrod to środek, a wcześniej były przecież przygotowania, decyzje, sam pomysł na wyprawę.

Renn skinął głową, taksując Thekkira uważnym spojrzeniem.

- Jak już tak mówisz, to rzeczywiście, dobrze byłoby od początku - przytaknął, przyglądając się Aheidvahlowi bez skrępowania. - Pomysł. Skąd ci... Skąd wam się wzięło to Var Arrod w ogóle? - poprawił się Brodhirst, kątem oka zerkając na Regwalda. - Przecież to była legenda, bajka opowiadana przy ogniskach. Z jednej strony wszyscy wiedzieli, że takie miasto istniało, ale z drugiej nikomu do głowy by nie przyszło, że ono jeszcze gdzieś jest. Pozostały obrazki, jakieś historyjki dla dzieci i tęskne westchnienia poszukiwaczy przygód, ale żeby go szukać? - Berserk parsknął cicho, dając wyraz temu, co przed laty musieli myśleć sobie wszyscy bjortari obserwujący wymarsz Aheidvahla i jego svadunaru.

Thekkir uśmiechnął się, nieporuszony bezpośredniością Renna. Zarówno wtedy, jak i teraz Insorv doskonale zdawał sobie sprawę, jak szalona była decyzja o takiej wyprawie.

- Szczerze mówiąc, żadne z nas nie wierzyło wtedy, że faktycznie znajdziemy to miasto - zaczął wreszcie. W jego głosie pobrzmiewało łagodne rozbawienie. - Mieliśmy nadzieję, że znajdziemy cokolwiek, ale ani ja, ani Vinniret, ani Regwald... - Thekkir spojrzał przelotnie ku Unnowi, a ten skinął głową w niemej zgodzie. - ...nie łudziliśmy się, że będzie to Var Arrod. Znaliśmy te wszystkie legendy, historie, ale, podobnie jak wszyscy, traktowaliśmy je raczej jak bajki. Miasto kiedyś istniało, potem jakiś kataklizm starł je z powierzchni ziemi, a same opowieści przez lata rozrosły się i nabrały kolorytu bardzo dalekiego od prawdy. Tak myśleliśmy, ale zdecydowaliśmy się na tę podróż, bo... Bo chyba każde z nas potrzebowało wtedy coś udowodnić. Potrzebowaliśmy nabrać znaczenia, wnieść coś wielkiego do naszej społeczności, coś osiągnąć, tak dla siebie, jak też dla klanu. Var Arrod było dobrym czymś. Nikt nie potrafił wyobrazić sobie odkrycia bardziej doniosłego, niż odnalezienie właśnie tego miasta.

Ylfgrim westchnął cicho. Zarówno on, jak i pozostali doskonale rozumieli, o czym mówił Thekkir. Niewielu było bjortari, którzy w swoim życiu nie doświadczyli nagłego, głębokiego pragnienia wykazania się. Ich kultura niejako wymagała, by każdy dał coś swojej rodzinie, swojemu klanowi czy, najlepiej, wszystkim ludziom gór. To był specyficzny instynkt, coś, co bjortari mieli w genach. Spokojne życie pozbawione przygód nie było ujmą, wiodąc takie jednak w którymś momencie zaczynało się tęsknić. Wzdychać za czymś, co uczyniłoby własne imię rozpoznawalnym.

- Pierdolisz - rzucił tymczasem Renn, spoglądając na Thekkira z pewną dozą niedowierzania. - Coś udowodnić? Byłeś - jesteś - Insorv, zrekrutowanym jako jeden z młodszych. - Berserk odruchowo zerknął ku Diqnie, która również została zauważona przez Pierwszych bardzo wcześnie. - Klan cię cenił, szanowaliśmy cię za twą wprawę bojową i zmysł taktyczny. Nie miałeś czego udowadniać.

Regwald westchnął. Spodziewał się, że Brodhirst poprawi się, zamieni czas przeszły na teraźniejszy, woj jednak najwyraźniej nie zamierzał tego uczynić.

Sam Aheidvahl zdawał się nie zwracać na to uwagi.

- Tak, byłem Insorv, a klan mnie cenił. Ja jednak siebie nie ceniłem - wytłumaczył spokojnie Thekkir. - Miałem ambicje, którym bycie Pierwszym nie wystarczało. Potrzebowałem więcej. - Mężczyzna zamyślił się. - Poza tym, chodziło też o utarę. Już wtedy zaczęła przybierać na sile i choć nikt nie spodziewał się, że ledwie pięć, dziesięć lat później tak... oszaleje, to coraz częściej się nad tym zastanawiano. Rytualiści byli zaniepokojeni, my, Pierwsi, byliśmy zaniepokojeni. Działo się coś, czego nikt nie potrafił wytłumaczyć, coś, co wszystkim wydawało się złe. To mnie męczyło, te zmiany i brak odpowiedzi. A potem połączyłem to z Var Arrod. Nikt tego nie robił, bo to przecież było naciągane, szyte tak grubymi nićmi, że nikt nie pokusiłby się o wiarę w podobne teorie, ale dla mnie wtedy miało to sens. Var Arrod stało się moim demonem. Nie było chwili, bym nie zastanawiał się nad nim i nad utarą. Wyruszenie na poszukiwanie miasta wydawało mi się w danym momencie idealnym rozwiązaniem. Musiałem działać, żeby nie oszaleć, a to... - Thekkir wzruszył ramionami - nie miało znaczenia, czy ta podróż cokolwiek przyniesie. W pewnym sensie wędrówka sama w sobie była już wystarczająca.

Chatzka przyglądała się Aheidvahlowi przez chwilę, potem przenosząc wzrok na Regwalda.

- A wy? Ty i Vinniret? - spytała. - To były motywy Thekkira, nie wasze. Dlaczego poszliście z nim?

Unn uśmiechnął się nieznacznie, kątem oka spoglądając na przyjaciela.

- Poszliśmy z nim, ale w większym stopniu poszliśmy za nim - odpowiedział po namyśle. - Byliśmy jego svadunarem, jego rodziną. Od wielu lat podążaliśmy za jego przewodnictwem, oddaliśmy mu swą broń, swe ręce, które nią władały, i swoją lojalność. Żadne z nas nie zastanawiało się wtedy, czy ta podróż ma sens. Czy raczej - obydwoje wątpiliśmy w celowość tej wyprawy, ale skoro Thekkir tak bardzo jej pragnął, żadne z nas nie brało pod uwagę, by nie podążyć za nim. - Regwald umilkł na krótką chwilę. - Był naszym przewodnikiem, ale też, przede wszystkim, przyjacielem. To znaczyło więcej niż nasze wątpliwości.

Aheidvahl uśmiechnął się smutno, spoglądając na Unna z niespodziewaną czułością i ciepłem.

- Przygotowania do drogi nie zajęły nam wiele czasu - kontynuował po chwili Insorv. - Po uzyskaniu zgody heidra - a Eyran w zasadzie nie miał powodu, by się nie zgodzić - spakowaliśmy się i dwa, może trzy dni później byliśmy już w drodze. Zanim dotarliśmy do Var Arrod, minęło... - Thekkir zawahał się.

- Sześć lat - rzucił Regwald, a na pytające spojrzenie Aheidvahla uśmiechnął się łagodnie. - Wedle rachunków, na jakie pozwoliłem sobie po powrocie do Yrkazaanu. Czas zupełnie się podczas tej podróży rozjechał. Z naszej perspektywy wędrówka nie trwała dłużej, niż ta teraz. - Unn wzruszył lekko ramionami.

Odhim zmarszczył brwi. Z każdym dniem sprawiał wrażenie coraz bardziej nieobecnego. Teraz jednak słuchał uważnie, chłonąc każde słowo Thekkira i Regwalda.

- Nasza podróż... Ile będzie trwała dla nich? - wymruczał skyrma cicho.

Fitse spojrzało na rytualistę zaniepokojone. Nie pomyślało o tym, podobnie jak nie zastanowili się nad tym pozostali. Gdy wrócą do domu, może nagle okazać się, że nie było ich dziesięć, dwadzieścia czy trzydzieści lat. Żadne z nich nie było chyba na to gotowe.

Regwald potrząsnął głową przepraszająco.

- Nie wiem. To... - Mężczyzna rozłożył ręce gestem człowieka pogodzonego już z tym, że większość rzeczy nie idzie po jego myśli. - Tego nie da się przewidzieć. Dowiemy się po powrocie.

Renn pokręcił głową. Diqna przygryzła wargę, po chwili kiwając głową Thekkirowi.

- Mów dalej.

- Sześć lat - mruknął po chwili Aheidvahl i chrząknął cicho. - Jak powiedział Regwald, dla nas to nie trwało aż tyle, ale i tak wystarczająco długo, byśmy zżyli się ze sobą jeszcze bardziej. Nie chodziło o sam czas, ale też o to, jak ta podróż wyglądała. Utara była wtedy słabsza niż teraz, ale i tak im bliżej Var Arrod, tym było mniej przyjemnie.

- Bardzo dyplomatyczne określenie - rzuciła półgłosem Eyjagrani, a Thekkir uśmiechnął się przelotnie.

- Spaczenie mieszało nam w głowach - mówił dalej. - Nie jest to określenie mogące usatysfakcjonować skyrmów, ale najlepiej oddaje to, czego doświadczaliśmy. Świat nie wyglądał normalnie. Spaczenie zaburzało czas, wypaczało rzeczywistość wedle własnego uznania. Zwierzęta gnały obok nas na złamanie karku, uciekając przed czymś, czego nie widzieliśmy. W kolejnej chwili umierały nagle i rozkładały się, by w jeszcze następnej wstać i iść dalej jakby nic się nie stało. Drzewa schły i owocowały jednocześnie. Suche trawy łąk w jednej chwili eksplodowały kwieciem. Widzieliśmy echa bitew i obrazy, których źródeł nie potrafiliśmy umiejscowić w czasie. Pojawiały się postaci, które znaliśmy, i ci umarli na długo przed naszymi narodzinami. Widzieliśmy też żywych, choć pokazywali nam się... - Thekkir przerwał, zbierając myśli. - Pozostawiłem swoją córkę w Yrkazaanie, ale widziałem ją też na szlaku, młodszą, dziecko jeszcze. Szła za rękę z moją zmarłą żoną gdzieś, gdzie nie mogłem za nimi podążyć.

Aheidvahl zamilkł na dłuższą chwilę. Bjortari spoglądali na niego z mieszaniną smutku, zrozumienia i ciekawości.

- W którymś momencie pojawiło się też wrażenie obecności. - Insorv odezwał się ponownie, wodząc nieobecnym spojrzeniem po okolicy. - Nie wiem, czy było to w połowie drogi, czy może później. Któregoś dnia po prostu nie byliśmy już we trójkę, a w czwórkę.

Silje zmarszczyła brwi i spojrzała na Thekkira, nie do końca rozumiejąc, o czym mówił.

- Fizycznie nikt do nas nie dołączył. Mimo tego nie było już tak, jak przedtem. - Aheidvahl sapnął sfrustrowany. - Nie umiem tego wytłumaczyć, ja...

- Nikt nie szedł obok nas, nikt nie dźwigał czwartego plecaka i nie rozstawiał dodatkowego namiotu, ale gdy chcieliśmy z kimś porozmawiać, mieliśmy wrażenie, że do wyboru mamy o jedną osobę więcej. Pytając o samopoczucie, niemal spodziewałem się, że poza Thekkirem i Vinniret odpowie mi ktoś jeszcze. Ktoś, kogo dobrze znam, a jednak nie wiem, jak się nazywa - wyjaśnił bardziej obrazowo Regwald, a Thekkir odetchnął cicho i skinął głową w podziękowaniu za pomoc.

- Ta obecność nie znikła aż do Var Arrod - dodał Aheidvahl.

- Nas opuściła w chwili, w której Thekkir wszedł do miasta - uzupełnił Unn. - Zupełnie tak, jakby poszła za nim.

Chatzka przekrzywiła lekko głowę. Jej gest do złudzenia przypominał zachowanie zasłuchanego w ludzkie słowa psa.

- Nie weszliście do Var Arrod razem? - spytała, spoglądając to na Aheidvahla, to na Regwalda. - Po całej wspólnej podróży rozdzieliliście się właśnie tutaj, u jej celu?

Unn skinął głową.

- Thekkir nas odprawił. Rozwiązał svadunar, przedtem dając nam ostatnie polecenie powrotu.

Ylfgrim spojrzał pytająco na Aheidvahla. Insorv odetchnął powoli.

- Nie spodziewałem się, że stąd wrócę - powiedział Thekkir. - Już od pewnego czasu znosiłem utarę gorzej niż Regwald i Vinniret. Moje zmysły oszalały, a moje ciało jakby zapomniało, jak funkcjonować. - Aheidvahl parsknął cicho, choć bez faktycznego rozbawienia. - Samo miasto nie wyglądało też jak miejsce, w którym będzie bezpiecznie. Bałem się tego, co czekało za murami Var Arrod i po tej długiej, wspólnej wędrówce tym bardziej nie mogłem pozwolić, by moi przyjaciele, moja rodzina, tam weszli. Chciałem, by wrócili do domów. Chciałem ich ochronić.

- Dlaczego w takim razie sam zdecydowałeś się wejść? - zapytała wreszcie Silje. Już od kilku chwil widać było, że Maral nosi się z wcięciem się w opowieść Thekkira, pozwoliła sobie na to jednak dopiero teraz. - Skoro było tak źle, skoro sam nie radziłeś sobie z utarą i zdecydowałeś się odprawić svadunar - dlaczego razem nie ruszyliście wtedy w drogę powrotną?

Thekkir milczał przez chwilę, zastanawiając się nad odpowiedzią. Gdy jednak wreszcie jej udzielił, nie była ona satysfakcjonująca ani dla Hadharki, ani dla niego samego.

- Nie mogłem odejść - powiedział po prostu. - Miasto mnie wzywało. Tylko mnie.

Renn parsknął cicho.

- Bez urazy, ale to brzmi jak wzorowy przykład kompleksu bohatera.

Aheidvahl skrzywił się.

- Wiem - przyznał. - Wiem, jak to brzmi. - Bjortari spoglądali na niego, spodziewając się kontynuacji, Thekkir jednak milczał.

- Kim jesteś? - zapytała po chwili Silje.

Ana spojrzała na nią pytająco, Ylfgrim zmarszczył brwi, nie rozumiejąc, Fitse jednak odetchnęło cicho, a Odhim skinął lekko głową. Nie było ważniejszego pytania od tego, które zadała Maral.

- Co stało się w Var Arrod? Co stało się w Var Arrod z tobą?

Thekkir zakołysał trzymanym w dłoniach kubkiem, wciąż w połowie pełnym dimu. Ziołowy napar zdążył już ostygnąć, stając się zimny i średnio smaczny.

- Wszedłem do miasta, gdy tylko upewniłem się, że Regwald i Vinniret ruszyli do domu. To znaczy, wiedziałem, że nie udadzą się do Yrkazaanu... - Mężczyzna uśmiechnął się. - Chciałem jednak, by chociaż trochę się oddalili. By nie widzieli tego, co będzie działo się w mieście, co będzie działo się ze mną. Gdy przekraczałem bramę - wtedy otwartą tak samo, jak teraz - było tak, jakbym zanurzał się w jeziorze pełnym utary. Widziałem prądy spaczenia wypełniającego miasto, kotłującego się między budynkami, przelewającego się przez uliczki jak wzburzony potok. Tchnienie przypominało morze, a ja wchodziłem w sam jego środek. Tonąłem w nim. Zaczęło brakować mi tchu, gdy wypełniła moje płuca. Moje zmysły oszalały, gdy wlała mi się do ust i do uszu. Ja... - Thekkir zawahał się. - W którymś momencie w moich żyłach nie płynęła już gorąca krew, lecz zimna, lepka utara. Moje serce nie pulsowało już w rytmie znanym mi od narodzin, lecz inaczej, szybciej, silniej. Smakowałem zapachy. Słyszałem smaki. Zacząłem widzieć... Wszystko, znacznie więcej, niż widziałem dotąd, a Var Arrod zaczęło do mnie mówić.

Aheidvahl przerwał na chwilę. Bjortari zebrani przy niemal zupełnie już wygasłym ognisku spoglądali na mężczyznę uważnie, chłonąc jego słowa może bez zrozumienia, ale z całkowitą ufnością. Przez cały czas, jaki spędzili wspólnie, nauczyli się mu wierzyć i nie podawać w wątpliwość wszystkiego, co mówił czy robił.

- Myślałem najpierw, że to wszystko to omamy - kontynuował po chwili Thekkir. - Wtedy, kiedy jeszcze byłem w stanie myśleć racjonalnie, zrzucałem to na karb skutków ubocznych samej utary. Dopuszczałem do siebie myśl, że Var Arrod może być szczególnie silnym źródłem, że wszedłem do czegoś w rodzaju Kręgu, a całą resztę próbowałem połączyć właśnie z tym, zamiast rozpatrywać oddzielnie. Tylko że to było... Myślenie życzeniowe, tak bym to określił. Bo wtedy z pewnością chodziło o utarę, ale określenie wszystkiego skutkami ubocznymi było uproszczeniem. - Aheidvahl potarł dłonią o dłoń w nerwowym geście.

- W którymś momencie musiałem zacząć słuchać. Nie mogłem odciąć się od głosu miasta, który nie tylko nie cichł, ale przybierał na sile. Var Arrod było natarczywe, zdeterminowane, żeby do mnie dotrzeć. Var Arrod było - jest - utarą. Utara jest Var Arrod. - Mężczyzna zwiesił głowę i odetchnął cicho. - I ja jestem utarą.

Znów zamilkł na moment. Potem podniósł wzrok, spoglądając prosto na Silje.

- Odpowiadając na twoje pytanie - nie wiem, kim jestem. Czuję się sobą, ale jednocześnie jakbym... Jakby coś we mnie żyło. Coś świadomego, z własną wolą, postrzegającego świat na swój własny sposób, choć moimi zmysłami. Mówię, że to utara, bo nie umiem wyjaśnić tego inaczej. Gdy opuściłem miasto i ruszyłem do domu, zacząłem tęsknić, tęsknić tak cholernie mocno. - Thekkir skrzywił się, jakby odczuwając faktyczny fizyczny ból. - Nie chodziło o to, że miasto tak mi się spodobało. - Mężczyzna uśmiechał się krzywo. - Ja nie potrafiłem z dala od niego funkcjonować. To było... Przeżywałem to jak rozstanie ze swą największą miłością, z kochanką i przyjaciółką, z kimś, kto gwarantował mi bezpieczeństwo, kto troszczył się o mnie i chronił przed złym światem. Głos Var Arrod cichł tym bardziej, im dalej od niego byłem, a ja wyłem z rozpaczy i bólu. Nie rozumiałem, co się dzieje, ale nie potrafiłem się też nad tym zastanawiać. Żal palił jak ogień i, szczerze mówiąc, nie było w tym nic poetyckiego. - Thekkir roześmiał się. - Po powrocie do Yrkazaanu chciałem, by Sigai wprowadziła mnie do Kręgu, ale tak naprawdę mógłbym tam wejść sam. Nie potrafiłem odnaleźć się na znajomych ścieżkach, w znajomym mieście, świat stał się dla mnie inny, dziwny, obcy. Sądziłem, że w Kręgu będzie lepiej - i rzeczywiście było. Nie potrafiłem tego jednak wytłumaczyć. W ogóle nie potrafiłem z wami rozmawiać. I nadal nie potrafię, kiedy nie mam w pobliżu utary. - Aheidvahl westchnął krótko. - Potrzebuję jej do życia, do tego, żeby normalnie funkcjonować. Jestem sobą, ale jednocześnie jestem kimś - czymś więcej. To musi być spaczenie. Nie wiem, co innego mogłoby to być. Utara jest częścią mnie, ale jest też sobą we mnie - świadomą, myślącą, niezależną.

Gdy umilkł i nie odzywał się przez kilka dłuższych chwil, jasne stało się, że opowieść dobiegła końca. Pogrążeni we własnych myślach bjortari próbowali przyswoić i choćby w małym stopniu zrozumieć wszystko, co usłyszeli.

- Sądzisz, że Var Arrod da ci odpowiedzi? - zapytała w pewnej chwili Silje, spoglądając na Thekkira uważnie. - Teraz, kiedy sam rozumiesz więcej, gdy tu wróciłeś, sądzisz, że ci pomoże?

- Tak - odpowiedział Aheidvahl bez wahania, za to z nutą desperacji w głosie. - Tak. Wtedy, w Kręgu, chciałem, by cię do mnie przyprowadzono, bo widzisz więcej i rozumiesz więcej. Bo wiesz i czujesz - podkreślił Insorv, wbijając w Silje ostre spojrzenie.

Maral ani drgnęła, spokojnie wytrzymując wzrok Thekkira. Eyjagrani zmarszczyła brwi, spoglądając na nich podejrzliwie.

- Wiesz lepiej niż ja, kim jestem - kontynuował Thekkir. - I sądzę, że wiesz też, że Var Arrod musi mi odpowiedzieć. Musi, bo... - Aheidvahl wciągnął powietrze powoli. - Bo inaczej nie wiem, kim mógłbym się stać.

***

Arena Var Arrod, podobnie jak ta w Urkari, mieściła się w obrębie miejskich murów. Położona w naturalnym zagłębieniu w masywie skalnym otaczającym osadę od północy, miała układ amfiteatrów popularnych na południu kontynentu. Rzędy ław wyrzeźbione w kamiennej ścianie wznosiły się kolejnymi poziomami ponad dużym, piaszczystym placem w taki sposób, by każdy, niezależnie które miejsce zajmował, mógł widzieć wszystko, co działo się na dole.

- Mieli rozmach - mruknął Renn, gdy po przemaszerowaniu przez całe miasto zatrzymali się u stóp skalnego amfiteatru. Chwilę później, kiedy zdecydowali się wejść do środka, przechodząc przez szeroki tunel wykuty w grubym murze budowli, berserk skinął głową, utwierdzając się w swym komentarzu. - No, mieli - stwierdził, wiodąc wzrokiem po pnących się ku niebu trybunach.

Z podobnym uznaniem mężczyzna wypowiedział się też o domu ćwiczebnym, gdy po krótkim rozejrzeniu się po pustym placu Areny skierowali się ku towarzyszącemu jej budynkowi. Podobnie jak amfiteatr, on również przylegał do skalnej ściany, do której przyklejone było miasto. Dwa bliźniacze budynki składające się na kompleks ćwiczebny, połączone były stosunkowo szerokim, zabudowanym mostem tworzącym korytarz między piętrami budowli. Same chaty nie różniły się szczególnie od tych, które można było zobaczyć w innych miastach - podobnie jak tamte były przestronne, zbudowane z masywnych bali, wzmocnione kamiennymi wstawkami. Jedyny dekoracyjny element budynków stanowiły płaskorzeźby thynów - Eyjavada, Agnari i Flotha - wyryte na dwuskrzydłowych drzwiach obu budynków. Spoglądając na wizerunki patronów, Diqna skrzywiła się.

- Powinniśmy je zdemontować - burknęła buńczucznie Eyjagrani, jakby czytając w myślach siostry.

Thekkir pozwolił im przyjrzeć się dokładnie budynkowi z zewnątrz, nim gestem zachęcił ich, by podążyli za nim do środka. Skorzystali z wejścia do budynku po prawej, po obejrzeniu go planując skorzystać z łączącego chaty korytarza i w ten sposób dostać się do bliźniaczego budynku. Podwójne drzwi uchyliły się powoli i z oporem. Tuż za nimi mieściła się przestronna sala będąca głównym pomieszczeniem ćwiczeniowym. Na jego tyłach znajdowały się dwie pary drzwi prowadzących w głąb chaty. Posiłkując się znajomością własnych domów ćwiczebnych, bjortari skierowali się do przejścia po prawej, które powinno było prowadzić do zbrojowni.

- Wszystko wciąż tu jest - potwierdziła Ana z entuzjazmem, zaglądając przez uchylone drzwi do środka.

Zbrojownia, podobnie jak inne pomieszczenia chaty, pachniała stęchlizną i kurzem, poza tym jednak wyglądała na nienaruszoną. Stare stelaże i wieszaki dźwigały rzędy długich i krótkich mieczy, toporów jedno- i dwuręcznych, ciężkich buław, szerokich noży i twardych, solidnych łuków. W skrzyniach pod ścianami zalegały z kolei noszące ślady czasu, wciąż jednak zdatne do użytku elementy lekkich pancerzy, obok nich zaś ustawiono w rzędzie pojemniki i kołczany pełne różnego rodzaju strzał.

- Wygląda jak u nas - stwierdziła Diqna, rozglądając się po sali. Podchodząc do jednej z ram, zdjęła z niej nieduży topór. Głowicę broni zdobiły częściowo zatarte, wciąż jednak wyczuwalne runy dawno nieużywanego już dialektu.

- Ale to nie jest nasze. - Zatrzymując się przy innym ze stelaży, Ylfgrim sięgnął po długi, a jednocześnie niezwykle szeroki miecz. Duże ostrze zwężało się dopiero przy samym końcu, formując nieproporcjonalnie wąski w stosunku do reszty sztych. - Nie wygląda na praktyczne.

- Czytałem o takich - rzucił Renn, oglądając się przez ramię i spoglądając na znalezisko Fjolnhodda. - To z Ammerburga. Nie pamiętam, jak się nazywają, ale w większości przypadków nie służą do walki. Mają funkcje ozdobne, paradne, jakieś takie pokazowe. - Berserk wzruszył ramionami.

- To po co ktoś to tu zostawił? - Ana zmarszczyła brwi. - Tu powinna być broń użytkowa, a nie dekoracyjna, to zbrojownia w końcu.

Chatzka uśmiechnęła się nieznacznie.

- Nie wiem, jak u was, ale w Urkari w zbrojowni też potrafi leżeć dużo dziwnych, teoretycznie niepotrzebnych rzeczy - stwierdziła, a Eyjagrani parsknęła cicho.

- U nas też. - Szarowłosa dziewczyna spojrzała na Diqnę z rozbawieniem. - Pamiętasz te takie dziwne kulki? Ulf niby twierdził, że to jakaś egzotyczna broń do miotania, używana przez wschodnie plemiona, ale nikt mu nie wierzył, bo za bardzo to było ozdobne, a spinający te niby-pociski łańcuszek był taki jakiś cienki i delikatny.

Łowczyni wyszczerzyła zęby w szerokim uśmiechu.

- Arkvali się tym strasznie wtedy podniecił - przypomniała sobie. - Przez tydzień wywijał tym dziwactwem, przekonany, że będzie w stanie opracować jakąś wybitną sztukę walki i się w niej wyspecjalizuje.

- Udało mu się? - spytał Renn, spoglądając to na Eyję, to na Diqnę.

- Nie - odpowiedziała Eyjagrani, nie kryjąc rozbawienia. - Jedyne, co osiągnął, to krwiak rozlany na pół uda, jak mu się ten fikuśny łańcuszek wysunął z ręki. Kulki okazały się cholernie ciężkie.

Brodhirst parsknął i pokręcił głową.

Nie zabawili w zbrojowni długo. Pomimo że nie weszli do pomieszczenia wszyscy - Fitse, Odhim, Regwald i Thekkir nie próbowali wciskać się do środka, niezbyt zainteresowani zgromadzonymi tam zbiorami - w sali szybko zrobiło się duszno i ciasno. Opuszczając ją, Renn odetchnął pełną piersią z wyraźną ulgą, a Ylfgrim rozprostował ostentacyjnie plecy.

Na piętrze nie było jednak wiele luźniej. Ciasna klatka schodowa prowadziła do wąskiego korytarza ciągnącego się między dwoma rzędami równie małych pomieszczeń. Pokoje w wielu przypadkach były puste, dawne położenie mebli sugerowały tylko jaśniejsze ślady i otarcia na drewnianej podłodze.

- Posprzątali je? - rzuciła Ana z niedowierzaniem, gdy kolejna z sal, do których zajrzeli, okazała się równie opustoszała. Do tej pory jedynie w dwóch z kilku obejrzanych pomieszczeń znajdowały się te same ławy, stoły i tablice, przy których przed laty musieli uczyć się młodzi bjortari.

- Może po prostu... - zaczął Ylfgrim, urwał jednak w pół słowa.

Spokój.

Głos był cichy, przyjemny dla ucha, ani męski, ani żeński. Dobiegał przy tym zewsząd, płynął przez szpary w drewnianych ścianach i uchylone drzwi.

- Co? - Renn obejrzał się na Ylfgrima i pozostałych, marszcząc brwi. Na twarzach reszty malowało się takie samo zdumienie, jak jego własnej.

Był taki spokój.

W sympatycznym, grzecznym głosiku dało się dosłyszeć jakby ciche westchnienie, choć trudno było stwierdzić, czy stanowiło wyraz tęsknoty, czy może jednak ulgi, że coś się zmieniło.

Tak długo. Czekaliśmy.

W prostych, krótkich stwierdzeniach przebrzmiał uśmiech.

Fitse zmarszczyło brwi, w kolejnej chwili zwracając uwagę na to, co reszcie jakby umknęło:

- Rozumiecie, co ona... co to mówi? - spytało. Nie spodziewało się jednak odpowiedzi. Po minach bjortari było widać, że rozumieli, tylko nie od razu to sobie uświadomili.

Odhim wciągnął powietrze powoli.

- Uczy się - stwierdził krótko. Jego głos stał się już niemal boleśnie zgrzytliwy, suchy. Skyrma wypowiadał słowa nie do końca wyraźnie, jakby powoli tracił zdolność formułowania własnych myśli. - Utara nas słucha i się uczy.

Ana spojrzała pytająco na Thekkira, a ten skinął głową, w milczeniu zgadzając się ze zdaniem Irgripa.

Wy... tutaj?

Spaczenie zawahało się. Milczało przez chwilę, a gdy odezwało się ponownie, użyło nieco innych, bardziej poprawnie złożonych słów.

Co robicie w miejscu?

Głosik zamilkł na dłuższą chwilę. Diqna przygryzła lekko wargę, ostatecznie zwracając się do Aheidvahla:

- Mamy jej odpowiedzieć?

Mężczyzna uśmiechnął się.

- Wydaje mi się, że tego właśnie by chciała - odpowiedział i skinął zachęcająco głową w kierunku towarzyszących mu bjortari.

Diqna chrząknęła, rozejrzała się, jakby szukając, gdzie powinna się zwracać, wreszcie westchnęła, zakłopotana.

- Zwiedzamy - odpowiedziała, jednocześnie krzywiąc się, niezadowolona. Czuła, że powinna powiedzieć więcej, tak dziwna dyskusja z czymś - kimś? - nieznanym była jednak trudna. Brak widocznego współrozmówcy nie ułatwiał wartkiej wymiany poglądów, podobnie jak sam charakter pytającego.

Nikt z nich nie był przygotowany na rozmawianie z utarą, samo spaczenie nie wydawało się jednak poruszone zdawkową odpowiedzią. Gdy odezwało się ponownie, brzmiało radością i łagodną ekscytacją.

Podoba?

Eyjagrani mimowolnie się roześmiała. Nadzieja w głosiku tchnienia była aż nadto słyszalna.

- Chyba naprawdę jest ciekawe, jakie mamy wrażenia po zwiedzaniu jego... jej królestwa - rzuciła zmiennokształtna, spoglądając na pozostałych.

Chatzka uśmiechnęła się krzywo.

- Nie sądziłam, że kiedykolwiek to powiem, ale utara jest naprawdę słodkim stworzeniem. Przynajmniej ta tutaj - rzuciła półgłosem.

Renn parsknął cicho.

Diqna spojrzała na towarzyszy z rozbawieniem, potem znów rozejrzała się i zawiesiła wzrok gdzieś w przestrzeni.

- Jest bardzo... ładnie - stwierdziła powoli, w jednej chwili jakby bojąc się, że innym stwierdzeniem zrani uczucia dziwnego tworu. - Ale pusto - dodała z wahaniem.

Pusto, potwierdziło. Cicho. Głosik umilkł, utara znów się wahała.

Intarr, rzuciła nieoczekiwanie, jakby niepewnie.

Brodhirst zmarszczył krzaczaste brwi.

- No, a tego to akurat nie rozumiem - stwierdził.

Chatzka również pokręciła głową, podobnie Diqna i Fitse.

Intarr, powtórzyła utara uparcie, potem znów zamilkła na chwilę. Gdy żadne z bjortari nie zareagowało, spaczenie westchnęło cicho.

Dalej, powiedziało wreszcie. Dalej... Taki jak wy, kontynuowało po namyśle. Dalej, powtórzyło w końcu po raz trzeci. Tam czeka, dodało, by potem zamilknąć jakby z wyczekiwaniem.

Bjortari stali jeszcze dłuższą chwilę na środku korytarza, niezdecydowani. Wreszcie Regwald odetchnął cicho.

- Chyba po prostu powinniśmy iść dalej - stwierdził Unn. - Tak czy inaczej, mieliśmy w planach obejrzeć cały budynek.

Diqna wzruszyła lekko ramionami i skinęła głową.

- Chodźmy - rzuciła, jednocześnie ruszając powoli przed siebie. Mijając drzwi do kolejnych salek, nie zaglądała już do pomieszczeń. W pewnym momencie obejrzała się przez ramię na Thekkira. - Jak wielu bjortari tu szkolono? Dwa bliźniacze budynki to bardzo dużo jak na dom ćwiczebny.

- Strzelałbym, że kilkudziesięciu w jednym cyklu. Dwudziestu, może trzydziestu - powiedział Aheidvahl, rozglądając się po mijanych wnętrzach.

Eyjagrani westchnęła. Podane przez Insorv liczby były bardzo duże. W aktualnie istniejących domach ćwiczebnych nie szkolono na raz więcej niż kilku młodych wojów.

Z tego, co wiedziała, wynikało, że najwięcej było ich teraz w Urkari, ale i tam ich liczba nie przekraczała dziesięciu.

- Skąd było tyle dzieciaków? - spytał Ylfgrim, nie kierując pytania do nikogo konkretnie. - Teraz, jak mamy więcej niż pięciu jednocześnie, to już jest sukces - mruknął.

- Szkoliły się tu wszystkie klany - stwierdził nagle Renn. Widząc pytające spojrzenie Any, berserk wzruszył lekko ramionami. - Tak mówią legendy. Przed wojnami Var Arrod było neutralnym miejscem spotkań wszystkich bjortari. Jako pierwsze tak duże miasto nie miało w zasadzie konkurencji pod tym względem. Tutejsza szkoła była dostępna dla wszystkich. Po wybuchu wojen to się zmieniło, ale czytałem, że nawet wtedy trafiało tu trochę dzieciaków, których rodzice uważali, że odpowiednie szkolenie jest ważniejsze niż unoszenie się źle pojmowaną dumą.

Ana przyjrzała się berserkowi podejrzliwie.

- Czytałeś - uczepiła się nieoczekiwanie jednego słowa. - Gdzie czytałeś?

Tradycja bjortari była przede wszystkim tradycją ustną, na welinie spisywane były jedynie ważniejsze dokumenty i pojedyncze księgi. Ponadto tylko nieliczni potrafili czytać - umiejętność tę posiadali przeważnie rytualiści, co majętniejsi, wędrowni handlarze i, czasami, artyści. Renn nie należał do żadnej z tych grup, zaskoczenie Any było więc w pełni uzasadnione.

Brodhirst wyszczerzył zęby.

- W książkach - wypalił, a gdy Tamerka nachmurzyła się, mężczyzna uśmiechnął się szeroko. - Ojciec mnie nauczył - wyjaśnił. - Tak samo, jak pisać. Był klanowym skyrmą i archiwistą.

- Skyrmą? - Chatzka przekrzywiła lekko głowę, spoglądając na berserka pytająco. Nie było oficjalnych reguł zakazujących rytualistom zakładania rodzin, podobne przypadki były jednak tak rzadkie, że niezaangażowanie emocjonalne kapłanów stało się w końcu niepisaną zasadą. Uważano, że zobowiązania utrudniają kontakty z utarą i mogą odciągać rytualistę od jego codziennych, wyczerpujących zadań. Nie skreślano skyrmy, jeśli postanowił z kimś się związać.

- Skyrmą - potwierdził Renn i wzruszył ramionami. - To długa historia - uciął.

Kilka chwil później dotarli do końca korytarza.

- Tu powinna być sala taktyczna - rzuciła Diqna. Uchylając ostrożnie drzwi, łowczyni rzuciła okiem do środka, a gdy jej podejrzenia potwierdziły się, skinęła głową i pchnęła mocniej ciężkie skrzydło.

Fitse otworzyło szerzej oczy, a Ylfgrim spiął się wyraźnie.

- Utara mówiła o kimś takim jak my - mruknął woj i skrzywił się. - Zdaje się, że chyba tego kogoś znaleźliśmy.

Siedziała przy końcu szerokiego stołu, w całości zajętego przez mapy różnych regionów Heimareldu. Jej strój wskazywał na to, że za życia kobieta nie stroniła od walki, a charakterystyczne zdobienia określały jej przynależność do Klanu Atyra. Zwieszoną nad blatem głowę przesłaniały nieuporządkowane pasma kruczoczarnych włosów, pod którymi prześwitywał nieduży vegdr - dwie szare linie pociągnięte ukosem na krzywiźnie policzka.

W nieruchomym ciele nie sposób było dostrzec choćby okruchu życia. Wyzierająca spod lekkiego pancerza skóra pozostawała blada, w niektórych miejscach zażółcona w sposób charakterystyczny dla leżących od jakiegoś czasu zwłok.

- To... - Gdy Diqna zdecydowała się wreszcie przerwać przeciągającą się ciszę, głos jej zadrżał. Zaciskając zęby, łowczyni rzuciła desperackie spojrzenie w kierunku Thekkira. - Zwłoki. Dlaczego tu są zwłoki?

Odkąd weszli do Var Arrod, nigdzie nie napotkali wyraźnych zniszczeń ani ciał tych, którzy przebywali w osadzie w dniu jej końca. Miasto było ciche, spokojne i puste, w żaden sposób niepróbujące przypominać, jak tragicznych wydarzeń było świadkiem. Odnosiło się wrażenie, jakby sama utara chciała zatrzeć ślady tego, co się wydarzyło - co zrobiła - choć nikt nie potrafił do końca wyjaśnić, czemu miałaby to robić.

Po pytaniu zadanym przez Diqnę wszyscy odruchowo spojrzeli ku Thekkirowi, mężczyzna był jednak równie zaskoczony, jak oni.

- Ja... Nie wiem - odpowiedział w końcu, wpatrując się w ciało wojowniczki Atyra z mieszanką niezrozumienia i przerażenia. - Nie wiem - powtórzył i potrząsnął głową.

- Wiemy chociaż, kim ona jest? - zapytał mrukliwym, zduszonym głosem Renn, zwracając się ku Chatzce. Mężczyzna zaciskał pięści, próbując w ten sposób opanować narastającą w nim złość.

Varta z Urkari potrząsnęła głową.

- Nie - odpowiedziała cicho, nie odrywając wzroku od zmarłej. - Nie poznaję w niej nikogo, o kim bym wiedziała, a w historiach i legendach nie mamy wzmianki o zaginionej tarczowniczce. O w ogóle jakiejkolwiek tarczowniczce w Var Arrod. - Kobieta zawahała się, a gdy odezwała się ponownie, twarz wykrzywiał jej lekki grymas: - Musiała być jedną z wielu. Nikim szczególnie ważnym, po prostu... - Zmiennokształtna wzruszyła ramionami, nie kończąc.

- Kim ona jest? - warknęła nagle Eyjagrani.

Diqna spojrzała na nią zaskoczona, jej siostra nie patrzyła jednak na nikogo z nich. Szarowłosa bjortari zadzierała głowę i wodziła rozognionym spojrzeniem po sali.

- Dlaczego tu jest?

Odpowiedź nie przyszła ubrana w słowa. Zamiast tego w jednej chwili wszystkich napełniło wrażenie głębokiego, bezgranicznego żalu.

Milczeli przez dłuższą chwilę.

- Powinniśmy ją pochować - stwierdził w końcu Ylfgrim, spoglądając ponuro na pozostałych. - Nie możemy...

- Nie - warknął nagle Odhim, strzelając rozbieganymi oczami po reszcie grupy. Gwałtowność jego reakcji była dla wszystkich zaskoczeniem, podobnie jak siła i zdecydowanie w zachrypniętym, drżącym głosie skyrmy. - Nie możemy. Nikt z nas jej nie ruszy. Ona musi tu zostać.

- Ale... - Silje zawahała się, ostatecznie jednak, widząc ogień szalejący w spojrzeniu skyrmy, potrząsnęła tylko głową i nie dokończyła.

- Ona musi tu zostać - powtórzył z uporem rytualista, nerwowo to zaciskając, to rozluźniając prawą pięść.

Diqna westchnęła bezgłośnie, przyglądając się Irgripowi. Cichy, spokojny mężczyzna podczas ich wyprawy bardzo się zmienił. Utara pozbawiała go zmysłów i wpędzała w szaleństwo. Odhim oddalał się od nich, zatracał w jakimś świecie, którego nie dostrzegali i z którego nie mogli go wyciągnąć. Pozostało im tylko patrzeć, jak mężczyzna umiera powoli, nie mogąc udźwignąć ciężaru, jaki spadł mu na barki.

Wreszcie zdecydowali się posłuchać Odhima. Niezależnie od tego, w jakim był teraz stanie, nie dało się nie odnieść wrażenia, że mężczyzna wciąż wie, widzi i rozumie znacznie więcej od nich. Skoro teraz protestował tak gwałtownie, być może rzeczywiście było tak, jak mówił. Może, z jakichś niezrozumiałych dla nich powodów, kobieta rzeczywiście musiała pozostać w mieście, przy tym stole, przy którym przed wiekami pokazywała młodym bjortari, jak odnaleźć się w zawiłościach map.

Nikt też nie zdecydował się wzywać thynów. Od paru dni ten temat już nie wracał - przestali ze sobą rozmawiać o żalu, rozczarowaniu i złości, uczucia te jednak ich nie opuszczały. Żadne z nich nie potrafiło wyobrazić sobie wzywania tych, którzy okazali się kłamstwem. Nie wiedzieli, co mieliby zrobić zamiast tego, ale przywoływanie imion fałszywych bogów z pewnością nie byłoby słuszne.

Opuścili salę, nie oglądając się. Jedynie Fitse zatrzymało się jeszcze na chwilę w progu pomieszczenia, by po raz ostatni spojrzeć na nieznajomą kobietę i wyszeptać cichą prośbę o spokój dla zmarłej. Medium nie wiedziało, kogo prosi, ktoś jednak musiał go przecież usłyszeć.

Rozdział 22

Po dniu spędzonym w Var Arrod Odhimowi znacznie się pogorszyło, a noc stała się dla niego wyzwaniem, z którym nie potrafił sobie poradzić.

Gdy wrócili do obozu, skyrma był wyjątkowo przytomny, w pewnej chwili wdał się nawet w dyskusję z młodym Fitse, potem jednak, tuż przed zmierzchem, do reszty się pogubił.

Nad ranem nie było lepiej. Zaczerwienione oczy mężczyzny wyraźnie świadczyły o nieprzespanej nocy.

- Widziałem, jak opuszczał obóz - rzucił Ylfgrim półgłosem. - Nie wiem, jak długo włóczył się po okolicy, ale wrócił wyczerpany.

Mimo wyraźnego zmęczenia Irgrip nie dał się jednak zostawić w obozie i, gdy grupa zaczęła zbierać się do miasta, był gotów jako jeden z pierwszych. Niepewnej sugestii Any, że może lepiej by było, by trochę odpoczął, jakby w ogóle nie usłyszał, podobnie jak nie zauważył niespokojnych spojrzeń, jakimi odprowadzali go pozostali, gdy powłócząc nogami, skierował się ścieżką do Var Arrod.

- Wychodzi na to, że nie mam nic do powiedzenia - mruknęła Diqna, jeszcze przez chwilę świdrując wzrokiem plecy odchodzącego skyrmy. Wreszcie pokręciła głową z rezygnacją. - Chodźmy - rzuciła z westchnieniem do reszty.

Mając w pamięci widok ciała zmarłej tarczowniczki pozostawionej w domu ćwiczebnym, nikt nie wykazywał szczególnej chęci, by wracać na ulice miasta. Ostatecznie udali się na mury, przystając na sugestię Thekkira, by obejrzeć osadę z góry i jednocześnie rozejrzeć się po całej kotlinie.

- Jest całkiem ładne, gdy patrzy się na nie z pewnej odległości - stwierdziła w pewnym momencie Ana, gdy wspięli się już na szeroki chodnik murów. Zatrzymując się przy jego skraju, Tamerka przechyliła się przez sięgającą jej do piersi kamienną ściankę i spojrzała w dół. Oglądane z tego miejsca miasto jawiło się jako niezwykle regularne. Główna aleja prowadziła od bramy do widniejącego w dali, przyklejonego do stromego zbocza góry budynku biblioteki. Na centralnym placu, tym samym, który odwiedzili wcześniej, trakt rozwidlał się na dwie równie szerokie ulice - jedną okrążającą kompleks świątynny i drugą, kończącą się pod Areną i domem ćwiczebnym. Pomiędzy głównymi drogami ciągnęła się gęsta sieć niezliczonych drobnych przejść, chodników i zaułków wijących się między chatami.

Regwald roześmiał się, zatrzymując się obok Varrthasir.

- Z bliska ci się nie podoba? - spytał, wyglądając za mury i prześlizgując się wzrokiem po panoramie miasta.

Ana przygryzła wargę.

- Z bliska mnie przeraża - stwierdziła krótko, prostując się i odpychając od barierki.

Unn odprowadził dziewczynę uważnym spojrzeniem i westchnął ciężko.

Skierowali się na prawo, drugą, bardziej reprezentatywną część obwarowań pozostawiając sobie na jutro. Solidne, zdobione balkony, rozciągające się wzdłuż lewego półkola murów, wabiły zachwycającymi widokami na rozciągające się pod miastem lasy i górujące nad nimi górskie szczyty, Thekkir stwierdził jednak, że i tak przejdą tamtędy, udając się do Chaty. Ruszyli więc niespiesznie prawą odnogą fortyfikacji, wypatrując miejsc, w których już byli, oraz tych, które wciąż na nich czekały.

Na końcu murów, przyklejona do ściany gór otaczających miasto od północy, wznosiła się wieża głównej strażnicy. Jej ciężka i przysadzista forma sprawiała wrażenie, jakby wyrastała prosto z pobliskich szczytów.

- Wiecie, co jest dziwne? - rzucił Renn, gdy zatrzymali się przed budynkiem. Zadzierając głowę, berserk zmierzył wieżę wzrokiem, przeliczył otwory strzelnicze i okna, rozejrzał się na lewo, na panoramę miasta, i na prawo, na tereny poza murami. Wreszcie ponownie przeniósł wzrok na pozostałych. - Dziwne jest to, że ona przed niczym nie chroni. To znaczy, na pewno nie przed klanami.

Regwald obejrzał się przez ramię. Gdy Brodhirst oceniał budynek, Unn zatrzymał się przed drzwiami prowadzącymi do środka. Przejście było zamknięte na głucho - zwykłe naciśnięcie klamki nie poskutkowało niczym, ponad ciche skrzypniecie dawno nieużywanego mechanizmu. Zerkając pytająco na Thekkira, Regwald uśmiechnął się przelotnie, gdy Insorv skinął głową. Nie było dotąd takiego zamka, z którym Unn by sobie nie poradził, a skoro Aheidvahl nie zabraniał, mężczyzna od razu wziął się do roboty. Przerwał gmeranie wytrychem tylko na moment, by spojrzeć uważnie na Renna.

- Stąd nic nie widać - wyjaśnił Brodhirst, odpowiadając na niewypowiedziane pytania. - Nie muszę tam wchodzić, by to wiedzieć. Tam - mężczyzna wskazał gestem fragment kotliny, jaki można było objąć wzrokiem z tej wysokości i ścianę gór ograniczającą pole widzenia - nie ma dobrych ścieżek i nie spodziewam się, by wcześniej były. Nikt by tamtędy nie przyszedł, nawet najbardziej zdesperowani agresorzy wybraliby bardziej cywilizowane przejścia. - Woj wzruszył ramionami. - Pytanie brzmi więc, na chuj taka strażnica?

Eyjagrani zmrużyła oczy. Gdy Renn oceniał wieżę, mimowolnie podążała za jego spojrzeniem. Nie odzywała się jednak aż do teraz.

- Chodziło o inne zagrożenie - stwierdziła nagle. - O monolity.

Słysząc słowa młodej zmiennokształtnej, Chatzka spojrzała na ponure skalne posągi, jakby losowo rozrzucone za miejskimi murami.

Diqna odetchnęła cicho, milcząc przez dłuższą chwilę.

- Może - stwierdziła wreszcie krótko - Może tak. Zobaczymy. Na razie chcę wejść do środka.

Bez sprzeciwów podążyli za łowczynią, która raźnie przeszła przez drzwi otwarte w międzyczasie przez Regwalda.

W środku było pusto i cicho, podobnie jak w innych chatach Var Arrod. Surowe, pozbawione ozdób wnętrze przesycała charakterystyczna woń kurzu i stęchlizny, typowa dla długo zamkniętych pomieszczeń. Pojedyncze, proste meble - stoliki, krzesła, prycze na jednym z wyższych pięter strażnicy - nie gwarantowały szczególnych wygód, były jednak wystarczające dla pełniących służbę gwardzistów. Poza tym wszystko wyglądało tak, jakby strażnicy dopiero co odeszli od swych obowiązków - w skrzyniach wciąż dało się znaleźć zestawy ubrań na zmianę i zapasowe części opancerzenia, przy stanowiskach strzelniczych czekały w połowie pełne kołczany, na jednym ze stolików zaś poniewierały się rozsypane kości, pozostawione po w połowie przerwanej grze.

- Całkiem normalnie - stwierdziło Fitse, rozglądając się. - Strażnica jak każda inna.

- Używana - zwróciła jednocześnie uwagę Ana, schodząc po skrzypiących cicho schodach z wyższego poziomu. - Kołczany nie są pełne, te łuki też nie stały tu dla ozdoby. I te pancerze - rzuciła, wyciągając lekki hełm z pierwszej z brzegu skrzyni. Zaśniedziała, zmatowiała powierzchnia nakrycia głowy nosiła ślady zadrapań.

- Czyli że faktycznie te monolity, co? - mruknął Renn.

- Nie wiem, jak wy sobie to wyobrażacie, ale chyba monolity - parsknął Ylfgrim.

Brodhirst wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.

- Jak w tej sztuce... W "Lękach" Indhara. Kamienie się obudziły, stwierdziły, że na świecie jest chujowo, uzbroiły się i poszły reformować.

Silje spojrzała na berserka z rozbawieniem, Ana zmarszczyła brwi w niedowierzaniu. Wizja Renna oglądającego przedstawienia teatralne, a przy tym używającego jeszcze tak wyszukanego słowa jak reforma, nijak nie pasowała do wyobrażeń stereotypowego berserka.

- Chodźmy je zobaczyć - rzuciła w końcu Diqna, spoglądając pytająco na resztę. - Te wojownicze skały. - Uśmiechnęła się przelotnie, a gdy nikt nie zaprotestował, poprowadziła ich ponownie na zewnątrz.

- Możemy skorzystać z furty - rzucił Thekkir, wskazując na przejście w murze tuż przy strażnicy. W przeciwieństwie do drzwi strażnicy brama była lekko uchylona, jakby ktoś przed laty spieszył się i zapomniał o zabezpieczeniu wejścia.

Ruszyli w kierunku monolitów raźnie, zbliżywszy się jednak do skał, zwolnili kroku. Na miejsce dotarli, niemal powłócząc nogami, po drodze tracąc całą pewność, z jaką postanowili odwiedzić skupiska dziwnych figur.

Kamienie były proste, nie nadano im żadnych konkretnych kształtów. Nie zdobiły ich też rzeźby, surową powierzchnię niektórych monolitów przecinały tylko pojedyncze, wydrapane runy, zatarte już częściowo przez wiatry i deszcze. Symbole należały do dialektu, którym dawno już nikt tu się nie posługiwał, a ich znaczenie rozmyło się w czasie.

- Myślę, że to może... - zaczęło Fitse, muskając opuszkami palców rysy na jednym z monolitów. Kamień zdawał się drżeć lekko, czemu towarzyszyło ciche brzęczenie rozlegające się między figurami.

Medium chrząknęło cicho.

- Myślę, że to może oznaczać święta - powiedziało, starając się skupić myśli.

Silje i Eyja zaglądały mu przez ramię, przyglądając się znakom wyrytym w skale.

- Miejsca, na które pada światło księżyców w określonych dniach, podczas określonych ceremonii. Oznaczanie takich rzeczy to znana, stara praktyka, być może... - Nie dokończyło. Odetchnęło cicho i cofnęło dłoń, jakby zbyt długi kontakt z dziwnym kamieniem był czymś, czemu nie mogło podołać.

- Gyll i Vestra - mruknął cicho Ylfgrim, zerkając odruchowo ku niebu.

Zmierzchało powoli, potrzeba było jednak jeszcze kilku dłuższych chwil, by sylwetki obu księżyców wyłoniły się zza horyzontu. Woj rozprostował ramiona. Najwyraźniej spędzili na miejskich murach i w strażnicy znacznie więcej czasu, niż się wydawało.

- Niedługo się okaże - stwierdził mężczyzna. - Ściemni się, nim będziemy wracać.

Fitse skinęło głową. Podświadomie wiedziało, że ma rację, chciało jednak zobaczyć na własne oczy, jak blade promienie większego Gylla i mniejszej Vestry najpierw nieśmiało, potem zaś coraz odważniej obejmują runy na którymś z kamieni. Tak musiało być. Jasnowłose nie wiedziało, jakie miałoby być dziś święto, ale było pewne, że to nie jest zwykły dzień. Czuło to.

- Ten dźwięk... - mruknął w pewnej chwili Regwald. Mężczyzna rozglądał się, jakby w ten sposób mógł odnaleźć źródło ulotnego, drażniącego brzęczenia.

Chatzka zmrużyła oczy. Rozchyliła lekko wargi, pozwalając, by powietrze - ostre, smakujące żywicą i mrozem - osiadło jej na języku.

- To nie utara - stwierdziła. - Nie smakuje nią i nie pachnie. - Kobieta zawahała się. Mlasnęła cicho i oblizała się jak po najlepszym posiłku. - Chyba że to już po prostu... Przyzwyczajenie? Jesteśmy w niej już tak długo - mruknęła.

Silje potrząsnęła głową.

- To nie jest utara - zaprzeczyła z przekonaniem. - Nie może być. To... Jest inne. Obce.

Eyjagrani spojrzała na Hadharkę uważnie, nie pytała jednak, skąd kobieta ma tę pewność. Nie zrobił tego też nikt inny.

Diqna drgnęła, słysząc śmiech - cichy, zdławiony, urywany. Spojrzała w jego kierunku i westchnęła.

- Odhim - rzuciła, próbując przebić się przez niezrozumiały, bełkotliwy monolog skyrmy. - Odhim, proszę. - Złapała mężczyznę za jedną z dłoni, zalanych teraz strugami krwi cieknącymi spod zdartej skóry i paznokci zerwanych, gdy mężczyzna zapamiętale drapał jeden z monolitów. Czerwone, lepkie smugi układały się na skale w nowy wzór, symbol, który rytualista próbował wyryć gołymi dłońmi.

Odhim wyszarpnął rękę z uścisku Diqny, unosząc na łowczynię spojrzenie przekrwionych oczu. Karmazynowe krople zacierały mu ostrość widzenia, spływały po kościach policzkowych i ciekły na podróżne skóry.

- Nie możesz! - rzucił Irgrip, w kolejnej chwili zanosząc się histerycznym śmiechem. Śmiał się, a krwawe łzy szybciej wypełniały mu oczy. - Nie możesz, nie możesz! - zawodził donośnie, znów sięgając rękoma ku skale i wczepiając się w nią kurczowo.

Diqna cofnęła się, spoglądając na skyrmę bezradnie.

Odkąd dotarli do monolitów, nikt nie zwracał uwagi na Thekkira. Potrzeba było nowego głosu, śpiewnych, silnych słów wybijających się ponad nieustanne brzęczenie, by bjortari odnaleźli wzrokiem osamotnionego Aheidvahla stojącego w samym środku terenu zajętego przez skalne figury.

Z woli tych, którzy czekali.

Głos drżał. Płynął zewsząd, z każdego monolitu i gdzieś spoza nich. Pełen siły, stanowczy, zagrzmiał wśród skał jak pojedynczy burzowy pomruk, którego echo jeszcze przez dłuższą chwilę niosło się po okolicy.

Z pragnień i tęsknot, z westchnień i żalu.

Fitse skrzywiło się. Głos był obcy, inny, należał do kogoś - czegoś - czego nikt nie był w stanie nazwać. Medium wiedziało, że to nie utara.

Jam jest ten, który widzi.

Zmrok zapadł szybko, szybciej, niż powinno być to możliwe. Blady blask Gylla rozlał się na jednym z monolitów, sięgając wyrytych na nim run. Cieplejsze światło Vestry wypełniło rysy w skale, uwydatniając surowe, proste formy niezrozumiałych symboli.

Jam jest ten, który słucha.

Eyjagrani drżała, strzelając na boki rozognionym spojrzeniem. Zew wył, szarpiąc się na uwięzi. Obroża, hadharski ibhrim, wżynał się w delikatną skórę szyi, pozostawiając na niej nabiegłe krwią pręgi.

Ten, który śnił snami innych.

Renn świdrował Thekkira wzrokiem. Aheidvahl stał niewzruszony pośród monolitów, oddychając ciężko i na nikogo nie patrząc. Pod zamkniętymi powiekami widać było niespokojny ruch gałek ocznych Insorv. W pewnym momencie mężczyzna rozchylił wargi, drżące, sine usta próbował ułożyć w kształt określonych sylab. Milczał jednak, niezdolny do wypowiedzenia choćby jednego słowa.

Ten, który błagał o litość i ten, który nauczył się żyć bez niej.

Nozdrza Chatzki drgały, gdy varta łapczywie zaciągała się ostrym, górskim powietrzem. Słodko-ostry zapach żywicy z pobliskich lasów, mocna woń wysokogórskiego kwiecia i odległe nuty mokrej sierści nie były tymi, których szukała.

Jam jest...

Głos zawahał się. Cichy, niski szum przypominał powolne nabieranie oddechu. Pierś Thekkira uniosła się jednocześnie z pojedynczym podmuchem, płuca woja wypełniły się powietrzem.

- Jam jest... - zaczął Aheidvahl powoli, z rozmysłem, mówiąc jednocześnie z głosem skał.

Ana płonęła, wiedząc, co się stanie. Wiedziała, co usłyszy - co wszyscy usłyszą - a jej ciało trawiła gorączka. Tamerka wyła, gdy jej duch, ta dziwna, wewnętrzna siła, w którą wierzono, rozpadała się na okruchy.

- Jam jest Svarna - powiedział Thekkir, nieświadom jednak wypowiadanych słów. Był jak jeden z monolitów, nieruchomy, ociężały, pełen surowej siły, obojętny na to, co działo się wokół, zdolny udźwignąć wszystko, czemu musiałby stawić czoła.

- Jam jest Svarna, Wędrujący - powtórzył Thekkir za kamiennymi figurami.

Mężczyzna otworzył oczy. W ciemnych tęczówkach odbijał się blask Gylla i Vestry, w głębi uważnego spojrzenia kryły się obrazy niezliczonych światów.

- Jam jest Svarna - powtórzył Aheidvahl powoli, spoglądając kolejno na każdego z bjortari. - Wędrujący. Ostatni spośród dziesięciu.

Odhim roześmiał się histerycznie, drżącymi dłońmi rozmazując na polikach strugi krwawych łez.

- Oto on - stwierdził nagle rytualista z przekonaniem. - On, Wędrujący. Nowy, choć znajomy. On. - Irgrip zakołysał głową. W kilku chwiejnych krokach zbliżył się do Thekkira. Zatrzymując się przed mężczyzną, spojrzał w ciemne oczy Insorv i sięgnął ku twarzy woja brudnymi rękoma.

Aheidvahl nie odtrącił go, gdy skyrma wodził po jego szczęce, czole, policzkach brudnymi, okrwawionymi dłońmi. Odhim badał rysy twarzy mężczyzny tak, jak badałby je niewidomy, błądził palcami po wybrzuszeniu brwi i nosa, muskał na powrót ciepłe wargi wojownika, ześlizgnął się po szyi na silne, twarde ramiona.

Irgrip uśmiechnął się ciepło, pokrzepiająco.

- Nowy thyn - szepnął, przyglądając się Thekkirowi z bezgraniczną czułością. Spojrzenie znów miał świadome, przytomne, zamglone tylko z wyczerpania. - Nowy bóg - powiedział, a Aheidvahl odetchnął powoli. Poznawał imię, którym zwrócił się do niego Irgrip. Wędrujący. Svarna. To było jego imię.

Ana wciągnęła powietrze gwałtownie, nieświadoma, że dotąd je wstrzymywała.

- Powinniśmy coś zrobić - rzuciła półgłosem. - Jego nic już nie czeka, powinniśmy... - Nie dokończyła, patrząc na Odhima i kręcąc głową z rezygnacją.

Skyrma odszedł, nie odwracając się na wołania pozostałych bjortari. Nikt nie podążył za nim, gdy chwiejnie oddalał się od monolitów, powoli brnąc w ciemność szybko zapadającej nocy.

- Nie - rzucił cicho Thekkir, gdy Ana drgnęła lekko, jakby chciała iść śladem Irgripa. - Pozwólcie mu. Nic mu nie będzie - powiedział Svarna, Wędrujący, i nikt nie był w stanie podważyć jego słów.

***

Znaleźli go w drodze powrotnej do obozu. Siedział skulony pod jednym z drzew zagajnika, w którym rozłożyli namioty. Był cichy i spokojny, krew spływająca mu po policzkach dawno już zakrzepła. Usta mężczyzny zastygły w łagodnym uśmiechu.

Wiedzieli, że nie żyje. Podobnego spokoju nie mógłby znaleźć w inny sposób.

Chatzka odruchowo powęszyła nad ciepłym jeszcze ciałem, a Ylfgrim kucnął przy nim z westchnieniem, by potwierdzić to, czego wszyscy byli pewni.

Silje nie patrzyła na Odhima. Jej wzrok zatrzymał się na Fitse, spokojnie przyglądającemu się wygładzonym rysom skyrmy. Na nastolatka patrzył też Thekkir, uważnie śledząc zmiany mimiki młodego medium. Fitse było jednak spokojne. Nie zrobiło nic, czego powinno się wstydzić i nic, za co powinno być ukarane.

Ciało Odhima nie nosiło śladów mogących wskazywać na nienaturalność jego nagłej śmierci, ale jasnowłose pamiętało, gdzie trzymało ręce. Miejsca te jarzyły się dla niego własnym blaskiem, jakby wciąż rozgrzane ciepłem jego własnego, wciąż żywego ciała.

Nikt inny tego nie widział. Nie mógł widzieć. Zawsze trzymało się z tyłu, więc nikt nie zwrócił uwagi, gdy w pewnej chwili oddaliło się od grupy. Tylko na chwilę, by ominąć ich łukiem, wyprzedzić i dogonić Irgripa, zanim dotrze do niego reszta. Byli stadem, rodziną.

A ono troszczyło się o własną watahę. Najsłabszy członek był zagrożeniem, na które nie mogli sobie pozwolić.

Odwzajemniło spojrzenia Silje i Thekkira, uśmiechając się blado. Oni wiedzieli, ale nie martwiło go to. Tak było trzeba. Nie można było zrobić nic więcej.

Rozdział 23

Pochowali go nad ranem na miejskim cmentarzu w Var Arrod. Wszyscy byli zgodni co do tego, że właśnie to miasto pozbawiło Odhima życia, więc ono też powinno teraz go przyjąć. Poza tym Irgrip tak bardzo chciał je zobaczyć! Pragnął udziału w tej wyprawie, choć niewiele o tym mówił. Nie zakładał raczej, że ekspedycja skończy się dla niego w taki sposób, ale skoro już do tego doszło, przynajmniej tyle mogli mu dać - miejsce wiecznego spoczynku tam, gdzie najbardziej chciał dotrzeć. Zasłużył sobie na to.

Odprawili go bez rytuałów. Thekkir twierdził, że nie będą potrzebne - utara miała zadbać o Odhima, czy ją o to poproszą, czy nie.

Ylfgrim parsknął na to cicho.

- Skoro thyn tak mówi, jakże byśmy mogli nie posłuchać? - mruknął gorzko.

Opuścili cmentarz w milczeniu, pogrążeni w smutku tak własnym, jak i innym, obcym. Spaczenie nie potrafiło płakać, jej żal wypełniający nekropolię był jednak aż nadto wyraźny.

***

Do obozu wrócili tylko na chwilę, by posilić się przed ponownym wejściem do miasta. Tym razem nie zamierzali odwlekać dalszych odkryć, na powrót odczuwając silniejszą potrzebę pośpiechu i jak najwcześniejszego powrotu do domu. Var Arrod męczyło ich, władające miastem spaczenie dławiło i pozbawiało sił.

Wspięli się na miejskie mury, tym razem kierując się na lewe półkole obwarowań. Przejście szerokim chodnikiem miało być najwygodniejszym i najszybszym prowadzącym do Chaty, a przy okazji także najestetyczniejszym. Solidne, kamienne tarasy rozłożone wzdłuż tej nitki murów obiecywały zachwycające widoki na bujny las rozciągający się pod miastem i wznoszące się nad nim góry.

- Czemu to miało właściwie służyć? - spytała Ana w pewnej chwili, gdy dotarli do balkonów. Niezbyt duże, zadaszone tarasy chroniły przed deszczem i silniejszymi wiatrami. Tamerka rozglądała się wokół, spod zmarszczonych brwi studiując wady i zalety konstrukcji. Pochodziła z Klanu Hangtyrana i przyzwyczajona była do tego, że wszystko musiało być praktyczne, mieć jakieś wymierne zastosowanie. Dla balkonów nie mogła go znaleźć.

- Przyjemności - odpowiedział Regwald z nieznacznym uśmiechem. Nie dziwił się niedowierzaniu Any. Architektura bjortari była prosta, surowa, zazwyczaj pozbawiona zdobień. Budynki miały służyć, nie wyglądać. Tarasy nijak do tych założeń nie pasowały.

Ana zmrużyła oczy, nieprzekonana.

- Chodziło o robienie wrażenia - wyjaśnił Renn, zadzierając głowę i przyglądając się solidnym, kamiennym kolumnom podtrzymującym dach balkonu. - Heidrowie mogli tu sobie spacerować z dala od tłumów na ulicach, a przyjezdni mieli się zachwycać widokami. - Berserk wzruszył ramionami. - Póki nie mówiono o wojnach, a Var Arrod było kolebką kultury i najpiękniejszym miastem Heimareldu, to miało sens.

- Może - przyznała Tamerka niechętnie, wyglądając ku lasom i górom. Nie mogła zaprzeczyć, że widoki były rzeczywiście wspaniałe, podobnie przyjemna zdawała się też wizja włóczenia się w ciszy, z dala od ludzi. Mimo tego sam pomysł wzniesienia podobnych konstrukcji wciąż wydawał jej się abstrakcyjny. Nakład pracy musiał być ogromny i nie przyniósł nic poza... Możliwością chwalenia się przed obcymi? Głupie, stwierdziła Varrthasir w duchu.

Poświęcając chwilę na podziwianie widoków, skierowali się do Chaty. Zeszli z murów w miejscu, gdzie obwarowania przyklejały się do otaczających miasto gór, szybkim krokiem pokonując ostatnie kilka uliczek, dzielących ich od domostwa heidra. Ścisłe zabudowania miejskie kończyły się kawałek przed Chatą, tak, by stanąwszy za ostatnim z budynków, można było podziwiać siedzibę przewodnika w całej jej krasie.

Była ona rzeczywiście piękna. Nie odbiegała wprawdzie zanadto od współczesnych Chat, wzniesionych w innych miastach, zachwycała jednak większymi rozmiarami. Nie bez znaczenia pozostawała też świadomość, że ten dom, w przeciwieństwie do klanowych, pamięta dużo więcej, a jego właściciel pełnił w społeczności bjortari rolę, której w obecnych czasach nikt nie mógł dorównać. Heidr Var Arrod był niegdyś przewodnikiem i patronem wszystkich ludzi gór. Teraz, gdy plemiona stały się tak bardzo niezależne, podobna władza nie miała racji bytu.

Weszli do środka z wahaniem. Wrażenie zamieszkania było tu silniejsze niż w jakimkolwiek innym domostwie w Var Arrod.

- Oni tu są - stwierdziła Ana z przekonaniem, rozglądając się po obszernej głównej sali. Cztery długie ławy biesiadne były puste, na blatach stołów można było dostrzec ślady dawnych posiłków - rysy zostawione przez zbyt silnie dociskane noże i zaschnięte plamy, których nie dało się wywabić z ciemnego drewna. Duże, centralne palenisko było wygaszone, wciąż pozostawał w nim jednak niewymieciony popiół i trochę niewypalonego do końca węgla. Żadna z umocowanych przy ścianach pochodni nie paliła się, wydawało się jednak, że zgasły ledwie przed chwilą. Wrażenie ludzkiej obecności - spokojnej, uważnej i zainteresowanej - było tak silne, że bjortari niemal spodziewali się zobaczyć heidra rozpartego w swym siedzisku.

- Oni tu są, na pewno - powtórzyła twardo Varrthasir, czujnie strzelając spojrzeniem na boki.

- Może są. Wiem za to, kogo na pewno nie ma - rzucił jak gdyby nigdy nic Renn, jednocześnie lekkim ruchem głowy sugerując, by poszli dalej. Nikt nie protestował, więc już w kolejnej chwili przeszli do korytarza prowadzącego na tyły budynku. Podobnie jak sali, tego przejścia również nie rozświetlały pochodnie, były one jednak wciąż ciepłe - Ylfgrim sapnął cicho, muskając dłonią jedną z nich.

Ana zmarszczyła brwi, spoglądając na Brodhirsta pytająco.

- Szczurów. Ani innych takich - odpowiedział berserk i bjortari uświadomili sobie, że tak było też wszędzie indziej. Pod względem obecności szkodników miasto było zupełnie puste. Var Arrod pełne było pozostawionego w nim jedzenia, zachowanego w nienaturalnie dobrym stanie, na ulicach nie żerowały jednak ani gryzonie, ani padlinożerne ptactwo.

Teraz, gdy Renn zwrócił na to uwagę, Diqna zaczęła przyglądać się Chacie szczególnie uważnie. Mężczyzna miał rację - choćby nie wiadomo, jak bardzo starała się dostrzec cień łysego ogonka ani w kuchni, ani w przyległej do nich spiżarni nie było nawet śladu zwierząt. Pościele w sypialniach nie były nadgryzione, żaden ruch nie wskazywał na obecność gniazda gryzoni czy to pod łóżkiem, czy może w szafie lub pod podłogą. Chatzka powęszyła ostrożnie, podobnie uczyniła też Eyjagrani. Również one nie wyczuwały najmniejszego śladu szkodników.

Gdy po dłuższej chwili bjortari wrócili do głównej sali, zatrzymali się na jej progu, zaskoczeni.

- Och, na thynów - mruknął Ylfgrim półgłosem, nieświadomie sięgając po wezwanie, które stosował przez tak wiele lat.

Renn Brodhirst parsknął cicho.

- Ja pierdolę - rzucił z rozbawieniem wręcz niestosownym do zaistniałej sytuacji.

Między ławami i paleniskiem, na całej przestrzeni sali, oczekiwały na nich niezliczone etilimy. Stały spokojnie, patrząc tylko. Wszystkie były w pełni materialne - gdyby spróbować ich dotknąć, żaden nie rozmyłby się, a ludzka dłoń wsparłaby się na namacalnym, być może również ciepłym ciele. Wiele z nich zachowało postaci, jakie posiadali za życia - byli tu więc wojowie i tarczowniczki, myśliwi, rytualiści i rzemieślnicy. Niektórzy uśmiechali się, spoglądając na oszołomionych ludzi gór, znaczna większość jednak przyglądała im się tylko ze spokojnym zainteresowaniem, nie czyniąc w ich stronę żadnego gestu. Pośród nich można było dostrzec także inne etilimy, starsze, zupełnie nieprzypominające siebie za życia. Stały w tłumie jak ponure, nieruchome figury, tonące w fałdach długich, jakby nie do końca rzeczywistych płaszczy. Zwały ciężkiego, ciemnego materiału nie pozwalały zobaczyć, jak stworzenia tak naprawdę wyglądały. Etilimy przypominały ubranie zawieszone na wieszaku, a jedyną oznaką kryjącego się w nich życia były słabe łuny bladego, błękitnego światła wylewające się spod szerokich kapturów.

Przez długą chwilę nikt się nie odezwał. Bjortari nie czuli się na siłach, a etilimy jakby w ogóle nie miały podobnego zamiaru.

- Co teraz? - wychrypiała wreszcie Ana.

Wszyscy odruchowo zerknęli ku Fitse, nastolatek jednak potrząsnął tylko głową, równie zdezorientowany jak pozostali.

- One chcą... Czegoś chcą? - Diqna zmarszczyła brwi, spoglądając pytająco na Thekkira.

Aheidvahl milczał przez chwilę.

- Nie wiem - odpowiedział wreszcie półgłosem, a Chatzka sapnęła cicho.

Teraz gdy wedle wszelkich znaków Thekkir został thynem - Svarną, jak powiedział dziwny głos wśród monolitów - wszyscy podświadomie spodziewali się, że nie będzie pytania, na które nie znajdzie odpowiedzi.

Ponownie spojrzeli na Fitse, gdy wciągnęło powietrze z sykiem. Renn odruchowo sięgnął do pasa, coś jednak powstrzymało go przed dobyciem broni.

Jeden z etilimów, tych starszych, roztaczających wokół siebie aurę minionych wieków i niemal pachnących pyłem i kurzem, zatrzymał się tuż przed nastoletnim medium. Stworzenie przerastało jasnowłosego niemal dwukrotnie, pochyliło się jednak, by spojrzeć prosto w nierozumiejące, pełne lęku oczy. Nikt nie był w stanie powiedzieć, co widziało Fitse, zaglądając pod ciemny kaptur, im dłużej patrzyło jednak, tym bardziej przerażenie słabło, przeradzając się w wyraz zrozumienia.

Coś działo się także z Silje. Eyjagrani spojrzała ku niej, bo teraz, w tak dziwnej sytuacji, spodziewała się przynajmniej jednego komentarza ze strony Hadharki. Kobieta jednak milczała i Heidveurr chciała wiedzieć, dlaczego.

Okazało się, że Maral miała swoje problemy.

Część etilimów otoczyła ją, za wszelką cenę starając się odgrodzić od reszty. Została zamknięta w kręgu, a stworzenia uformowały mur między nią a pozostałymi bjortari. Eyjagrani zmrużyła oczy, niespokojna. Nie wiedziała, czy Silje coś grozi, ale sama myśl, że mogło tak być, sprawiała, że szarowłosa dziewczyna czuła się nieswojo.

Silna dłoń Chatzki zacisnęła się na ramieniu młodej varty.

- Nie - mruknęła kobieta gardłowo. - Niezależnie od tego, kim dla ciebie jest, nie możesz.

Heidveurr skrzywiła się.

Maral nie ruszyła się, gdy etilimy zaczęły kłębić się wokół niej. Patrzyła spokojnie na sylwetki wojów i kramarzy, rytualistów i rzemieślników, i na ponure, czarne widmo, jedyne, które również stanęło w kręgu. Nie uczyniła nic, by się przez nie przedrzeć i wrócić do bjortari.

Etilimy drżały, jakby pozostawanie tak blisko Silje nagle okazało się ponad ich siły. Dygotały i rozmywały się, to tracąc swą materialność, to odzyskując ją. Tylko najstarszy trwał niewzruszenie, blask spod jego kaptura rozlewał się w postaci rozciągających się, jaśniejących smug. Nawet i on jednak ustąpił, gdy światło latarenki, którą dzierżył w prawej dłoni, zadrżało w pewnym momencie i przygasło.

Etilimy cofnęły się, pozwalając Silje dołączyć do pozostałych.

Nie od razu zauważyli, że tron heidra nie był już pusty.

Rosły, sędziwy mężczyzna przyglądał im się od pierwszej chwili, gdy wrócili do sali. Grzywa bujnych włosów, kiedyś czarna lub, być może, kasztanowa, teraz oślepiała bielą starczej siwizny. Bogaty, ceremonialny strój woja, obszyty futrem i licznymi zdobieniami, rozlewał się wokół mężczyzny, niemal dwukrotnie powiększając jego postać. Ozdoby przedstawiały ornamenty charakterystyczne dla każdego z klanów - obok kłów gharra pojawiały się pióra malali, splecione w warkoczyki kępki sierści fjalloga dyndały obok pazurów atyra. Mężczyzna nosił też symbole klanu, którego dziś już nie było - grube, spiłowane zęby leśnego niedźwiedzia i łopatowate pazury były pozostałością po Klanie Lettfeti. To, co zaskakiwało natomiast, to brak najdrobniejszego vegdru, rytualnego malunku na surowej twarzy. Woj przekroczył już z pewnością wiek stuletni - bliżej było mu raczej do studwudziestych, a może i stutrzydziestych urodzin - i niewątpliwie był weteranem bjortari, miał postawę i spojrzenie bohatera, mimo tego nie zdobił go żaden symbol upamiętniający jego dokonania.

Mężczyzna długo nie odzywał się, jakby ciesząc się z pozostawania niezauważonym. Wsparty o boczne oparcie masywnego siedziska, z brodą ułożoną na zaciśniętej pięści, przyglądał się bjortari z uwagą. Gdy wreszcie zdecydował się zaznaczyć swą obecność, był wyraźnie rozbawiony.

- To niezbyt grzeczne tak zupełnie się nie przywitać. - Głos woja był dźwięczny, silny, choć drżał czasem w sposób typowy dla sędziwego wieku.

Żadne z bjortari się nie odezwało - przybysze okazali się zbyt zaskoczeni, by to zrobić.

Starzec uśmiechnął się leniwie, prezentując zaskakująco zdrowy, pełen garnitur lekko tylko zażółconych zębów.

- Nie pytacie, ale sam powiem - zaczął bez skrępowania. - Jestem Volshorn Ranari. Heidr tego miasta. Ostatni heidr, jak sądzę - stwierdził spokojnie.

Regwald chrząknął cicho. Spoglądając kątem oka na Thekkira, Unn widział zaskoczenie odmalowane na twarzy przyjaciela. Obecność heidra i dla Aheidvahla była nowością.

- Czy ty... - zaczął powoli Ylfgrim, przerwał jednak, łapiąc się na niestosowności pytania, które chciał zadać.

Volshorn roześmiał się rubasznie.

- Nie żyję - potwierdził przypuszczenia Fjolnhodda. - W tym podstawowym sensie. Bo poza tym... - Heidr rozłożył ręce na boki, pozwalając przyjrzeć mu się w pełnej krasie. - Jestem. Istnieję. I jakbyście pomacali, to siedzę tu całkiem rzeczywisty. - Zawahał się. - Nie róbcie tego - dodał po chwili. - Bardzo nie lubię, jak się mnie dotyka.

Ana nie zdołała powstrzymać cichego parsknięcia.

- My... - zaczęła Diqna.

Tym razem to Ranari nie pozwolił dokończyć. Uniósł dłoń znacząco i pokręcił głową.

- Nie - rzucił krótko. - Nie, nie, nie. Nie musicie się tłumaczyć.

Łowczyni sapnęła, sfrustrowana tym, jak łatwo Volshorn zgadł, o czym chciała mówić.

- Wydaje mi się, że czekałem na was długo - stwierdził Ranari.

Na dłuższą chwilę zatrzymał spojrzenie na Silje. Nawet jeśli obecność Hadharki go zdziwiła, nie pokazał tego po sobie.

- Dużo za długo, tak bym wręcz powiedział. Ale to nic. Ostatecznie co innego miałbym tu robić? - Ranari zruszył ramionami nonszalancko. - Wprawdzie teraz, jak już tu jesteście, nie sądzę, żeby cokolwiek to dla mnie zmieniło, ale to też nie ma znaczenia. Mam przynajmniej... - Ranari parsknął cicho. - Chwilę rozrywki. I przyjemnie wieje od was ciepłem. Takim żywym, wiecie.

Chatzka warknęła ostrzegawczo, na co Volshorn uśmiechnął się tylko szerzej.

Mężczyzna milczał przez chwilę, wodząc po zebranych uważnym spojrzeniem. Wreszcie zatrzymał się na Thekkirze.

- Tak myślałem - stwierdził, gdy nikt z bjortari, zbyt oszołomionych nieoczekiwaną obecnością, wciąż się nie odezwał. - Svarna, co? Słyszałem, jak ostatnio powtarzali to imię. Nie sądziłem jednak... A zresztą, chyba jednak sądziłem. Rzadko kiedy się przecież mylą, więc jak już jęczeli za thynem, to musiał się pojawić. Ona pewnie im pomogła. - Ponownie wzruszył ramionami, nie wyjaśniając, co dokładnie miał na myśli.

Po kolejnej chwili ciszy Ranari chrząknął i wyprostował się. W spokojnym spojrzeniu mężczyzny odmalowała się nuta rozdrażnienia.

- No, powiedzcie coś - mruknął nagląco. - To naprawdę głupie uczucie, mówić tak tylko samemu. - Mężczyzna uśmiechnął się krzywo. - A i wy nie wyglądacie w takim układzie zbyt mądrze.

Renn parsknął cicho.

- Kim oni są? - wypalił bez zastanowienia, ruchem głowy wskazując etilimy zebrane w sali. Istoty trwały na swoich miejscach, wciąż tak samo spokojne i uważne.

- To pewnie jego zmarli wojowie - wcięła się z odpowiedzią Ana. - Kto inny mógłby być? Walczyli u jego boku, a teraz...

- Nie - uciął ostro Volshorn, świdrując Varrthasir wzrokiem. - Moi wojownicy już dawno odeszli na zasłużony odpoczynek. Dość wycierpieli, by jeszcze wałęsać się teraz jak ostatnie włóczęgi - stwierdził stanowczo. Słowa Tamerki wyraźnie go uraziły. Myśl, że obecne w Chacie upiory miałyby być jego braćmi, przyjaciółmi, jego dumnymi, lojalnymi gwardzistami, była dla niego nie do zniesienia.

Ana skuliła się, speszona.

- Przepraszam - mruknęła.

Volshorn odetchnął powoli.

- To nie są moi wojownicy - powtórzył z przekonaniem. - Ale też nie są zupełnie od nich oderwani. Moi chłopcy odeszli już, całe szczęście, i nie muszą tego wszystkiego oglądać, ale miasto... Miasto próbuje. Ona próbuje. Intarr. Tak, jakby chciała przywrócić ich do życia. Nie może, oczywiście, pewnych rzeczy nawet ona nie potrafi, czy jej się to podoba, czy nie, ale na razie jakoś nie chce się poddać. Etilimy to cienie i jej nieudolne próby, oto, czym są - podsumował.

Fitse zmarszczyło brwi, skupiając się na jednym słowie. Intarr. Słyszało je już gdzieś, było pewne, nie było jednak w stanie powiedzieć, gdzie i kiedy. I w jakim kontekście. Utary? Tak wynikałoby ze słów Volshorna, ale... Medium potrząsnęło głową, przerywając bieg myśli.

Silje westchnęła cicho, jakby znudzona. Eyjagrani przeczuwała jednak, że to tylko pozory. Maral obserwowała wszystko uważnie, a Ranariego świdrowała spojrzeniem tak ostrym, że mogłaby nim go pokroić. Nie, Hadharka wcale nie uważała tego spotkania za nieważne czy niepotrzebne, wręcz przeciwnie. Chciała odpowiedzi, a westchnienie było wyrazem zniecierpliwienia, nie znudzenia.

- Co my tu właściwie robimy? - zapytała teraz wprost, spoglądając na Volshorna bez skrępowania.

Ranari roześmiał się krótko.

- Obca - rzucił. - Obca, niecierpliwa i słodka. - Uśmiechnął się szerzej.

Silje pokręciła głową z rozbawieniem, a Eyjagrani prychnęła zniesmaczona.

- Wy tu... Jesteście, tak myślę - stwierdził heidr, wracając do zadanego mu pytania. - I chyba nieszczególnie macie czas. - Volshorn rozparł się w fotelu wygodniej, starannie układając ręce na bocznych oparciach siedziska. - Nie wiem, czy właśnie po to mieliśmy się tu spotkać, czy to miała być moja rola, że coś wam powiem, popędzę was czy... - Nie dokończył, wzruszając ramionami. - Nieważne, zrobię to. Tyle mogę. Jestem stary i lubię być przydatny.

Maral przewróciła teatralnie oczami, tym razem nawet się z tym nie kryjąc.

- Do sedna? - mruknął Renn, a Ranari roześmiał się.

- Do biblioteki - rzucił krótko heidr. - Nie macie teraz wielkiego wyboru, obawiam się. Zresztą, i tak już widzieliście wszystko, co ciekawe. - Widząc pytające spojrzenie Chatzki, starzec uśmiechnął się leniwie. - Przyglądałem się trochę. Nie jestem jakimś... Nie wiadomo czym, ale w Var Arrod mało dzieje się bez mojej wiedzy. Prawie nic. Wiem, gdzie byliście. I że było was więcej.

Ylfgrim zacisnął zęby. Wiedzieli, że heidr mówi o Odhimie, nikt jednak nie podjął tematu.

- Do biblioteki - powtórzył Volshorn. - Musicie być tam, nigdzie indziej. Tam są odpowiedzi. Jakieś, może wszystkie. W każdym razie nigdzie nie będzie ich więcej. Tam jest głos i przyszłość. Och, jaka przyszłość, moi drodzy... - Ranari jakby się rozmarzył, jego spojrzenie stało się na chwilę nieobecne, odległe.

Szybko jednak do nich wrócił.

- Idźcie - ponaglił krótko. - Od razu. Zwłoka nic wam już nie da, czas teraz... - Wzruszył ramionami. - Przestał istnieć. Przynajmniej dla was. I dla mnie. Idźcie.

Coś, jakaś siła w pozornie spokojnym głosie starca i nonszalanckiej postawie, kazała im cofnąć się krok jeden, drugi. Etilimy nie przeszkadzały im, rozstępując się i otwierając drogę do wyjścia.

Ana zawahała się. Zatrzymała się na chwilę i obejrzała na heidra. Mężczyzna obserwował ich zadumanym spojrzeniem.

- Ta kobieta - zapytała Tamerka. - W domu ćwiczebnym. Kim była?

Volshorn westchnął i uśmiechnął się smutno.

- Moją córką.

Wyszli bez słowa. Drzwi Chaty zamknęły się za nimi cicho, a gdy Regwald sięgnął do klamki, by otworzyć je ponownie - ani drgnęły.

***

Gdy stanęli przed biblioteką, czas rzeczywiście się zatrzymał. Górujący nad Var Arrod budynek miejskiego księgozbioru, największego w historii bjortari, tonął w czerwieni i pomarańczach niekończącego się zmierzchu. Słońce zatrzymało się, jakby trwale zawieszone tuż nad linią gór. Blade sylwetki księżyców, Gylla i Vestry, niezwykle wątłe na tle palących kolorów zachodu, nie drgnęły ze swych miejsc przez cały czas, jaki wędrowcy potrzebowali, by przejść od Chaty do biblioteki.

Miasto czekało.

Rozdział 24

Wielka biblioteka wznosiła się nad miastem jak sztuczna góra. Położona na wzgórzu, przypominała kształtem przewróconą do góry dnem łódź, do której ktoś w przypływie architektonicznego impulsu dokleił nieproporcjonalnie wysoką, trójkątną formę głównego hallu. Tylko stojąc u stóp prowadzących do budynku schodów, można było objąć go wzrokiem w całości - potem, gdy pięło się coraz wyżej, stawało się to coraz trudniejsze. Masywne, dwuskrzydłowe drzwi biblioteki, choć niemal trzykrotnie wyższe od dorosłego bjortari, w porównaniu z resztą budynku wydawały się skromne i niewielkie.

- Czyli to tutaj, tak? - mruknął Renn. Mrużąc oczy, objął budynek wzrokiem w takim stopniu, w jakim mógł, na chwilę zatrzymując spojrzenie na dużej, ciężkiej płaskorzeźbie wiszącej mniej więcej w połowie wysokości trójkątnej przybudówki. Ani berserk, ani nikt z pozostałych nie rozpoznawał symboli składających się na skomplikowany wzór wpisany w formę tarczy.

Ana odetchnęła powoli.

- To... Bardzo duży budynek - wydukała niepewnie.

- Nasza historia - szepnęło Fitse jakby do siebie, wpatrując się w bibliotekę jak zaczarowane. W szeroko otwartych, szarych oczach gorzało nagłe pragnienie i tęsknota, którą nastolatek dotąd skrzętnie skrywał. - Nasza tradycja.

Silje uśmiechnęła się leniwie, nic nie mówiąc.

Drzwi otworzyły się łatwo i cicho. Podążyli do środka za Thekkirem i Regwaldem, którzy znów zajęli miejsce na czele grupy.

- Ogień - zauważyła Eyjagrani, marszcząc nos, gdy dotarła do niej woń palonego drewna.

Przechodząc przez nieduży, ciemny przedsionek i kolejne drzwi, weszli do ogromnej sali oświetlonej blaskiem płomieni tańczących na paleniskach i umocowanych przy ścianach pochodniach. W środku nikogo jednak nie było. Jeśli nie liczyć szerokich ław rozstawionych pod dłuższymi ścianami, pomieszczenie było zupełnie puste.

Ostrożnie zeszli z wejściowego podwyższenia do ogromnego, przestronnego hallu. Wokół całego pomieszczenia rozciągała się szeroka antresola, a wysoki sufit niknął w półmroku sali. Na samym końcu można było dostrzec kolejne schody, tym razem wyższe i prowadzące na piętro biblioteki. Wcześniej, po lewej i prawej stronie, mieściły się drzwi prowadzące do obu skrzydeł wydłużonego budynku.

Gdy za Thekkirem podążyli ku lewemu przejściu, echo ich kroków niosło się po budynku, zakłócając panującą w nim dotąd ciszę.

- Wszystko jest tu takie... symetryczne - zauważyło w pewnej chwili Fitse, a Thekkir skinął głową.

- Na dole są cztery pomieszczenia, po dwa na każde skrzydło - stwierdził z przekonaniem, choć wcześniej nie wspominał, by odwiedzał bibliotekę podczas swojej poprzedniej wyprawy. - Piętro to tylko jedna sala, za to bardzo duża i pełna ksiąg.

Diqna westchnęła cicho. Słowo pisane nie było podstawowe w tradycji bjortari. W większości niepiśmiennym społeczeństwie znacznie bardziej liczyły się opowieści i pamięć, w której je gromadzono. Myśl, że znajdują się w budynku pełnym tomów i płacht, zapisanych i zarysowanych przez dawno zmarłych autorów, była jednocześnie fascynująca i przerażająca.

Zatrzymali się w pierwszej sali, stopniowo rozchodząc między regały. Zgromadzone w nich księgi przetrwały w zaskakująco dobrym stanie, podobnie płachty welinu, pojedyncze rulony pergaminu i karty delikatnego papieru. Zbiory poukładano starannie na półkach, w szufladach i gablotach, w których spoczywały do dziś.

Nieśmiało zaczęli sięgać po księgi. Nie każde z nich potrafiło czytać - umiał to Renn i Thekkir, Silje i, odrobinę, także ucząca się Diqna - wszyscy jednak znaleźli coś dla siebie. Historie mówiły do każdego w taki sposób, jaki był dla niego najbardziej zrozumiały. Tekstem bądź barwnymi ilustracjami opowiadały o przeszłości, tej prawdziwej bądź złożonej z legend. Wśród ksiąg były i nowsze, pełne starannie nakreślonych, współczesnych symboli, i te pełne linijek starego dialektu. Były też pozycje przywiezione do Heimareldu przez handlarzy z południowego Hadharu, zachodniej Marchii Halskiej i Ammerburga, zebrane w małej salce na tyłach jednego z dużych pomieszczeń w prawym skrzydle budynku.

Część ksiąg mówiła także słowami i dźwiękami, echem zamkniętych w nich historii.

Wybranych przez bjortari opowieści było kilka. Jedna z ksiąg, pełna legend i mitów, otworzyła się na pierwszych kartach, tam, gdzie mówiono o pochodzeniu ludzi gór. Na początku, przed tekstem, była ilustracja - czarno-biała, naszkicowana jakby w pośpiechu, ale jednocześnie bardzo złożona i pełna szczegółów. Przedstawiała mężczyznę, wysokiego, szerokiego w ramionach, o kanciastych rysach twarzy i surowym spojrzeniu. Siedział przy masywnym kamieniu, z którego stopniowo wydobywał kształty ludzkiej kobiety. Obrazek nie zmieniał się, a jednak im dłużej się patrzyło, tym łatwiej było dostrzec czułość w spojrzeniu mężczyzny, gdy patrzył na swe dzieło.

Historia mówiła o tym, że mężczyzna ten zrodził się z gór. Jego ciałem były surowe skały, krwią - rwące, zimne górskie potoki, głosem zaś wiatr zawodzący wśród szczytów. Potem, rozprostowawszy po raz pierwszy szerokie plecy i odetchnąwszy mroźnym powietrzem Euxaniru, usiadł na najwyższym wzgórzu i czekał. Pozwalał, by ciepłe promienie słońca obmywały go i rozgrzewały zimne członki. Skała chłonęła słoneczny blask, uginając się i stając elastyczną, zimna krew rozgrzewała się, stopniowo nadając ciału mężczyzny zdrowych rumieńców. Wreszcie, gdy jego rysy wygładziły się, a w spojrzeniu zagościł blask, który potem miał przekazać swym dzieciom, mężczyzna wstał i przystąpił do pracy. Oddał się skałom, tym samym, z których sam się narodził. Nie chciał być samotny, poprosił więc otaczające go szczyty, by pozwoliły mu tworzyć. Góry zgodziły się. Usiadł i rzeźbił, tworząc kobiety i mężczyzn, swój klan. Potem kładł ich na wzgórzu, na którym sam spędził lata, i pozwalał, by podobnie jak jego, także ich rozgrzało i ożywiło górujące nad Euxanirem słońce. Gdy zaś powstali, byli długowieczni i hardzi dzięki tworzącym ich skałom.

Mężczyzna nazywał się Unuk i był pierwszym z bjortari, a jego dzieci - pierwszymi z klanów, plemieniem Unuka. Historia nie wspominała o thynach, bo też wtedy, gdy mówiono o narodzinach ludzi gór, nikt jeszcze o bogach nie słyszał.

Kolejna z ksiąg mówiła o klanowych wojnach. Tom szeptał imię Renna i grzmiał dźwiękami minionych walk. Berserk sięgnął po książkę i wertował ją tak długo, aż sama wybrała dla niego odpowiedni rozdział. Krwawa zemsta Trongara Ellhima. Brodhirst zmarszczył brwi, rozpoznając to imię.

Opowieść przedstawiała historię berserka Klanu Malali, który na cztery dni zupełnie zatracił się w szaleństwie. Po tym, jak łupieżcy z wrogiego wówczas Klanu Gharra natknęli się na obóz Trongara, ograbili go i wymordowali jego ludzi, Ellhim w całości poświęcił się zemście. Wraz z niedobitkami swego oddziału przez trzy dni nie odstępował na krok umykających oponentów, by czwartego dnia wypełnić ich krwią koryto rzeki Nagl. Mówiono, że Trongar nie reagował wtedy na swoje imię i jakby nie rozumiał kierowanych do niego słów. Pomszczenie swych braci i sióstr, ludzi, za których odpowiadał, miało uczynić z niego polującego drapieżnika. Gdy wreszcie nadszedł dzień sądu, Trongar nie dobył broni, gołymi rękami łamiąc karki, wyrywając tchawice, wyszarpując serca i rwąc zębami kawały ciepłych jeszcze ciał oponentów. Szał, który go owładnął, stał się potem podstawą legend o tym, jakoby berserkowie bjortari mogli popadać w podobny stan świadomie i celowo, stając się demonami spragnionymi ludzkiej krwi.

Trongar Ellhim został bohaterem swego klanu i symbolem słusznej zemsty. Choć chwalono go, sam Trongar dostrzegał jednak tylko lęk swych pobratymców. Ellhim nie zapomniał o tym, co uczynił, a nawracające obrazy jego samego napawały bezgranicznym przerażeniem. Do śmierci - naturalnej, która dosięgnęła go po stu trzydziestu sześciu przeżytych latach - nie sypiał już dobrze, każdego dnia widując cienie bestialsko zamordowanych wojów, stojących u boku jego własnych, umarłych braci. Po dokonaniu zemsty i powrocie do Niddkari Trongar umilkł podobno i już nigdy więcej do nikogo się nie odezwał.

Renn odłożył księgę, czując, jak ciężar przypomnianej mu historii przygniata go. Uczucie to towarzyszyło mu jeszcze długo po oddaleniu się od ponurego tomu.

Trzecia z historii przeznaczona była dla Eyjagrani i Chatzki. Obie przyciągnęła ta sama, stosunkowo cienka, niepozorna książeczka z pokracznym rysunkiem gharra na pierwszej ze stron. Ani jedna, ani druga z kobiet nie rozumiała słowa pisanego, opowieść przemówiła więc do nich przez mnogość prostych ilustracji, których pełno było pośród kart tekstu.

Była to opowieść o Ilkilli, gharra, który stał się człowiekiem. Dumne zwierzę długo opiekowało się mieszkającym w pobliżu klanem, przywiązując się do niego i traktując jak własne stado. Wreszcie, gdy tęsknota za życiem wśród nich stała się zbyt trudna do zniesienia, gharra wdrapał się na najbliższą górę i zawołał do thynów. Ci usłyszeli go i, poruszeni jego błaganiami, dali mu ciało mężczyzny. Było ono wybrakowane - kocur nie potrafił mówić, bo nigdy nie porozumiewał się w ten sposób i nie wiedział, jak to robić - mimo tego uszczęśliwiło go to. Gharra założył szaty rytualisty i tylko wyzierające spod kaptura dzikie, zwierzęce ślepia zdradzały, kim był. Klan przyjął go bez pytania i zaakceptował, ciesząc się z jego obecności. Nauczyli go rozumieć kierowane doń słowa i pomagali mu, gdy oswajał się z nowymi, uboższymi od jego własnych zmysłami. Tylko wzrok miał teraz lepszy, barwny i czuły, nie równoważył on jednak utraty zwierzęcego węchu i słuchu. Ilkilla starał się jednak, bo bardzo pragnął pozostać wśród swoich bjortari.

Nie podołał temu. Choć próbował długo, nigdy nie przyzwyczaił się w pełni do nowego ciała. Gdy przychodził lód, było mu zbyt zimno, a gdy był głodny, za każdym razem musiał powstrzymywać się przed gnaniem za zwierzyną, której i tak nie potrafiłby teraz upolować, nie panując do końca nad wątłym, pokracznym ludzkim ciałem. Wreszcie odszedł, a ci, którzy widzieli, jak opuszczał osadę, mówili, że nie był już tym, który do nich przyszedł. Nie pozostał nawet okruch radości, którą przedtem dostrzegali w złotych, kocich ślepiach, a plecy, niegdyś dumnie wyprostowane, teraz gięły się pod ciężarem trosk. Gharra opuścił miasto o świcie czternastego dnia sanngari, pory odwilży, i nikt potem już o nim nie słyszał.

Eyjagrani odłożyła księgę i westchnęła cicho, opuszkami palców muskając cieniutki grzbiet tomu.

Było jeszcze wiele historii, którym poświęcili swój czas. Ylfgrima zatrzymały wspomnienia jednego z wojów Klanu Fjalloga, weterana nie tylko pierwszej, ale też drugiej z wojen klanowych. Fitse skuliło się w kącie z katalogiem run, których od dawna już nikt nie używał - swoistym elementarzem starego dialektu, niegdyś służącym pewnie przyjezdnym handlarzom i podróżnikom próbującym w jakikolwiek sposób porozumieć się z surowymi ludźmi gór. Na Anę czekała encyklopedia zwierzyny gór Heimareldu i cieniutki, noszący mocne ślady używania atlas rzemieślniczy, pełen odręcznych szkiców łuków, noży i prostej broni drzewcowej, jakie niegdyś musiał oferować któryś z warsztatów. Bogaty księgozbiór krył historie o założeniu Heimareldu, o początkach klanów i pierwszych heidrach; o oddzielaniu się Tameru i o tym, jak część bjortari, wbrew trudnościom, postanowiła się osiedlić właśnie tam, stopniowo oddalając się od reszty klanów; o tym, jak Heimareld stał się celem wypraw banitów, dzięki którym z czasem powstały znane miasta handlowe - Etallar, Falhas czy Port Harour - otwierające kraj na zagranicę. Były tu zapisy utworów muzycznych i porady dla wędrownych artystów, bardów i opowiadaczy; przepisy na przeróżne potrawy, przewodniki łowieckie, powieści, stare mapy, atlasy nieba i księgi genealogiczne. Bjortari ostrożnie wertowali pamiętające wieki tomy, a czas, choć dla nich płynął nieustannie, tak naprawdę stał w miejscu.

Na koniec czekały na nich dwie historie, które, choć różne, mówiły o tych samych wydarzeniach definiujących przyszłość ludu gór. Pojedyncze, wyblakłe karty, niezszyte w żadnej księdze, leżały w gablocie w sali na piętrze, a ich poszarpane brzegi wskazywały, że kiedyś, być może, stanowiły część większego zbioru. Gdy zebrali się wokół wystawki, jakiś głos zaczął czytać.

Pierwsza opowieść mówiła o początkach utary w Heimareldzie. Nieznany autor wspominał dni, gdy góry zaczęły mówić, szepcząc do uszu wędrowców, i gdy ścieżki zaczęły zwodzić podróżników i myśliwych, prowadząc do miejsc, których potem nikt inny nie potrafił odnaleźć. Część szlaków wiodła ku mgłom dziwnym, lepkim, otulającym wędrowców jak mokry koc. Mówiono o wrażeniu obecności tam, gdzie z pewnością nikt nie mieszkał, i o trudnościach z rozpoznaniem miejsc, które przecież od dziecka doskonale się znało. Takich historii pojawiało się coraz więcej, a jednak początkowo nikt podróżnym nie wierzył. Niektórym sugerowano zbyt beztroskie oddawanie się używkom, innym zarzucano wybujałą wyobraźnię. Mało kto potrafił dopuścić do siebie myśl, że Heimareld się zmienia i robi to w sposób, którego nikt nie rozumiał.

Wreszcie jednak świadków było zbyt wielu. Wśród mówiących o niepokojących zjawiskach znaleźli się rytualiści i Insorv, weterani i szanowani rzemieślnicy. Opowieści coraz liczniejszych bjortari były spójne i składały się w jedną całość, której w pewnej chwili nie można już było ignorować.

Zbadaniem sprawy zajęli się rytualiści. Wtedy, gdy pojęcie utary - tchnienia gór - dopiero się rodziło, funkcja skyrmów wynikała raczej z rozległej wiedzy niż z nadprzyrodzonych mocy, jednak nie było w klanach nikogo innego, kto mógłby podjąć się wyjaśnienia dziwnych zjawisk. To skyrmowie ukuli pojęcie spaczenia. To oni też jako pierwsi stwierdzili, że to wszystko, co obserwują, to przebudzenie Euxaniru. Co dokładnie miało to znaczyć - nikt nie wiedział.

Rytualiści eksperymentowali z utarą, chcąc nie tylko jak najlepiej ją poznać, ale też, być może, wykorzystać. Spaczenie szybko stało się nieodłącznym elementem tradycji rytualnych. Potem nikt już nie wyobrażał sobie ceremonii bez tchnienia i skyrmy bez władzy nad utarą.

Gdy spaczenie rozlało się po całych górach, silna stała się potrzeba, by je ujarzmić i w jakiś sposób ograniczyć. Uznano, że powstrzymać tchnienie będą w stanie same góry, wzniesiono więc pierwsze Kręgi. Wtedy jeszcze były one po prostu obszarami otoczonymi monolitami, niczym więcej. To zaś nie wystarczało. Spaczenie kotłowało się w stworzonej dlań zagrodzie, wciąż jednak przeciekało, sięgając znacznie dalej, niż bjortari sobie życzyli. Dopiero wzmocnienie Kręgów samym tchnieniem, oplątanie ich siecią utkaną z pasm utary sprawiło, że ekspansja dziwnej siły została w znacznym stopniu powstrzymana. Wciąż pojawiały się nowe źródła, mniejsze bądź większe, a same Kręgi z czasem rozszczelniały się, szlaki znów stały się jednak bezpieczniejsze, a bjortari ponownie wrócili w góry, oswajając się z nową rzeczywistością.

Wtedy, gdy zaczęły pojawiać się pierwsze wzmianki o utarze, ludzie gór przypomnieli sobie historię, o której dawno nikt już nie mówił. Przekazywana przez kolejne pokolenia opowieść wielokrotnie zmieniała kształt, zawsze byli jednak tacy, którzy znali jej pierwotną wersję. Była to legenda Innurr, upadłej gwiazdy, i to właśnie ona była tą drugą spisaną na kartach zamkniętych w gablocie.

Rzecz miała mieć miejsce jeszcze w czasach, gdy klany nie istniały w takiej postaci, w jakiej znano je obecnie, i gdy w Heimareldzie nie wzniesiono jeszcze miast. Euxanir był wtedy zupełnie nieoswojony i obcy nawet dla ludzi gór. Bjortari jawili się jako potwory z baśni, dziwna rasa, o której niewiele wiadomo i z którą też niekoniecznie chce się mieć do czynienia. Byli też tacy, którzy zupełnie nie zdawali sobie sprawy, że Euxanir jest zamieszkany. Heimareld był szarą plamą na mapach znanych na zachodzie czy południu i niewielu było takich, którzy chcieli to zmienić.

Sama opowieść była krótka. Mówiła o tym, że to właśnie wtedy, na samych początkach istnienia Heimareldu, niebo nad nim przecięła oślepiająco jasna gwiazda o płonącym ogonie. Przez pewien czas rozjaśniane zimnym światłem noce były jasne jak dni. Biały ogień płonął na nieboskłonie coraz silniej, aż wreszcie zgasł, gdy gwiazda sięgnęła gór. Nazwano ją Innurr, Upadłą. Mówiono, że dokonała żywota tam, gdzie teraz stało Var Arrod, a kotlina miasta była jej grobowcem.

Na koniec historii nieznany autor dodał komentarz, który zaważył na znaczeniu opowieści. Ktoś nakreślił starannym pismem, że upadła gwiazda wróci do wołających ją gwiazd. Czarny tusz wyblakł, a słowa nieco zatarły się, wciąż jednak były czytelne.

Wielka biblioteka zadrżała, gdy głos odczytał ostatnie zdanie. Z głuchym dudnieniem część tylnej ściany budynku rozpadła się jakby zdmuchnięta przez gwałtowny poryw wiatru i osypała się gradem odłamków, wzbijając w powietrze chmury kurzu i pyłu. Osunęła się też zmarznięta ziemia. Kawały skał ułożyły się w przejście, szeroki trakt prowadzący pod bibliotekę - pod miasto.

- Nie możemy tam iść - rzuciła gwałtownie Diqna, zdjęta nagłym, bezgranicznym lękiem. - Nie możemy!

Budynek drgnął po raz wtóry, prowadzące doń schody rozsypały się, by w kolejnej chwili pojawić ponownie. Ogień płonący na szczycie kolumn ustawionych wzdłuż wiodącej do biblioteki alei zmieniał barwy, przechodząc od głębokiej czerwieni przez zimny błękit po jasną, oślepiającą biel. Płomienie tańczyły na wietrze, którego nie było, w budynku niosło się echo głosu, który w ogóle się nie odzywał.

Thekkir odetchnął bardzo powoli. Na osuwisku siedziała Uni, kołysząc nóżkami nad powstałą wyrwą. Z łobuzerskim uśmiechem zrzuciła pojedynczy kamyk, ten zaś potoczył się ze stukotem w dół przejścia, pod zmarzniętą ziemię. Stary Garun, mistrz Aheidvahla, wymamrotał coś opryskliwym tonem i potrząsnął skołtunioną, siwą grzywą.

- Musimy - powiedział wreszcie Regwald, odpowiadając na słowa Diqny. - Musimy tam iść. To jedyna droga.

Łowczyni załkała cicho, zaciskając kurczowo dłonie na pulsujących skroniach. Eyjagrani przytuliła ją mocno, niemal dusząc przy swojej piersi.

Silje zadrżała, nie z lęku jednak, lecz w oczekiwaniu. Tak, musieli tam iść. Właśnie tam. Tam coś czekało. Coś, czego potrzebowali... Czego ona potrzebowała. Var Arrod miało coś dla niej.

Miasto roześmiało się.

Na językach bjortari osiadł słodki smak, jakby miodu, albo może ciastek pani Tolje z Vegsvahlu.

- Tu nie chodziło o miasto - wymamrotało Fitse, tak cicho, że z trudem dało się rozróżnić poszczególne słowa. - Ani o bibliotekę. To miało być... To, co pod nimi. To, co w ziemi, tam, gdzie... - Nie dokończyło, gwałtownie wciągając powietrze. Już wiedziało. Domyślało się, co tam zobaczą.

Z oczu Renna spłynęły pojedyncze, krwawe łzy. Mężczyzna otarł je odruchowo, rozmazując na pobladłej twarzy. Zeszli pod bibliotekę, podążając za milczącym Thekkirem.

Miasto czekało.

***

- To już - powiedziała Atyrna i westchnęła.

Thorann potrząsnął głową z niedowierzaniem. Wiedzieli, wszyscy wiedzieli, że ten moment kiedyś nadejdzie, ale teraz nie czuli się... On nie czuł się gotowy.

Stali wysoko w górach, spoglądając na Var Arrod, rozłożone u ich stóp. Podążyli do miasta zaraz za bjortari, w przeciwieństwie do grupy Thekkira nie mogli jednak wejść za bramę.

- To musi być już - powtórzyła Szepcząca i uśmiechnęła się blado. - Nowy czas.

Agnari zacisnęła zęby. Widoczni w dole bjortari schodzili właśnie ostrożnie po nowo powstałym osuwisku, a Szukająca wiedziała, że choćby nawet próbowali ich powstrzymać - nie mogli nic zrobić. Tak wiele było już poza ich wpływami, tak wiele miało biec swoim torem, niezależnie od tego, co o tym myśleli.

- Fjolnmara - rzuciła krótko łowczyni. - Tak musi się zaczynać.

Floth uśmiechnął się. Nie patrzył już na Var Arrod ani na bjortari znikających w podziemiach miasta. Uniósł wzrok wyżej, na góry i poza nie. Odetchnął głęboko mroźnym powietrzem i rozprostował plecy. Fjolnmara, czas wędrówki.

Samahel zwiesił głowę, wsłuchując się w głos, który mówił do niego po raz pierwszy od wielu, wielu lat. Albinos westchnął cicho.

- Czy on do nas dołączy? - zapytał Widzący.

Eyjavad pokiwał głową w zamyśleniu. To było dobre pytanie. On - Thekkir Aheidvahl, Insorv. Svarna, nowy thyn. Powinni... Był teraz jednym z nich. Powinni być razem.

- Nie - odpowiedział powoli Thorann. - To my dołączymy do niego.

Rozdział 25

Kryształy były wszędzie. Duże i małe, rozsypane okruchy i całe tafle, którymi ktoś jakby wyłożył ściany korytarzy. Szare i ciemne, niemal czarne, matowe i te, które świeciły jakby własnym światłem, rozjaśniając mrok podziemi. Wyrastały ze ścian i sufitów, na sobie i obok siebie, a czasem, w niektórych miejscach, tworzyły struktury jakby wzniesione ludzkimi rękami - gładkie, wysokie kolumny i dziwne płaskorzeźby na surowych ścianach. Pomiędzy nimi snuła się szara, wilgotna mgła - duszne opary oplatały nogi idących i wspinały się po ich ciałach jakby spragnione ludzkiego ciepła. Spaczenie cały czas mówiło. Wypełniało korytarze brzęczeniem, raz cichym, raz głośniejszym. Szeptało i krzyczało, używając słów zrozumiałych i takich, których żadne z bjortari nie było w stanie rozpoznać.

Brzmiało to tak, jakby utara próbowała stworzyć coś swojego, zbudować własną mowę, korzystając z tego, co słyszała wokół siebie.

Bjortari szli przed siebie, coraz głębiej pod miasto. Mijali liczne korytarze - takie zupełnie zarośnięte kryształami, te, który osypały się przy powstawaniu szczeliny oraz te, które wciąż nadawały się do użytku. W niektórych było jaśniej niż w innych, światło zapadającego na zewnątrz zmierzchu wlewało się przez szpary w skale, wypełniając podziemia przygaszoną czerwienią.

W którymś momencie dołączył do nich Odhim. Jako pierwsza zauważyła go Chatzka - varta warknęła ostrzegawczo, kiedy jej wzrok padł na sylwetkę skuloną przy jednej ze ścian i obserwującą ich, gdy przechodzili obok. Irgrip był wyraźnie zmęczony, blada twarz skyrmy jeszcze bardziej wychudzona, niż ją zapamiętali, a zazwyczaj starannie spięte włosy teraz pozostawały w nieładzie. Mężczyzna odepchnął się od ściany, by stanąć im na drodze, a gdy nie zatrzymali się i minęli go, obrzucając tylko surowymi, nieufnymi spojrzeniami, podążył cicho za nimi. Kilka kroków dalej, gdy nikt nawet się nie obejrzał, rozsypał się na garść szarych kryształków.

Korytarz skończył się, przemieniając w dużą salę - pustą, jeśli nie liczyć utary kotłującej się między kilkoma strzelistymi kryształami spaczenia. Bjortari nie byli w stanie stwierdzić ani jak długo szli, ani jak głęboko pod Var Arrod byli.

Ylfgrim pochylił się, sięgając po skalny okruch, jeden z wielu rozrzuconych koncentrycznie wokół gejzeru tchnienia. Regwald westchnął cicho, spoglądając na surowy, nieoszlifowany kamień połyskujący w dłoni woja.

- Upadła gwiazda - stwierdził Unn z niedowierzaniem. - Ona...

- To tutaj - przytaknęła zdecydowanie Silje. Jej głos drżał dziwnie, wibrował w nieludzki sposób, Maral zdawała się jednak nie zwracać na to uwagi. - Wasze legendy mówią prawdę. Gwiazda, Innurr... Spadła właśnie tutaj.

Utara w kraterze wrzała, przelewała się gwałtownymi falami i wyła histerycznie, atakując przybyłych wrażeniem bezgranicznego bólu i lęku. W kipiącym kotle to pojawiały się, to rozpadały postaci - ludzkie, zwierzęce i jakieś pomiędzy, dziwaczne, wypaczone - i struktury raz do złudzenia podobne do dzieł ludzkich rąk, innym razem zupełnie od nich odmienne. Kłęby tchnienia wznosiły się aż pod sufit, by potem runąć z hukiem, roztrzaskując się na niewidocznej barierze wyznaczanej przez kilka wysokich, dużych kryształów wyrosłych na linii kręgu.

- Krąg - powiedziało Fitse, powtarzając na głos to, co wszyscy pomyśleli. - To Krąg, ona go stworzyła, sama, jakby... - Słowa przychodziły mu z trudem. Medium urwało nagle, nie kończąc myśli, łapiąc tylko spazmatycznie oddech.

Renn potrząsnął głową, cofnął się o krok i skrzywił z bólu. Po raz kolejny starł krwawe łzy, rozmazując je na policzkach.

Utara płakała i krzyczała, błagała i żądała pomocy, rozkazywała im odejść, w kolejnej chwili prosząc, by zostali. Z mgły splatały się sceny, obrazy Eskalacji, ostatecznego upadku Var Arrod. Spaczenie pokazywało im śmierć i ból, lęk i żal, gwałtowny koniec niegdyś pięknego, tętniącego życiem ośrodka, najstarszej, najwspanialszej osady Heimareldu. Tchnienie ukazało im, jak ulice zapłonęły ogniem. Dzieci wyrywały się z objęć matek, rzucając się za upadłą gwiazdą, a Innurr trawiła ciała ich pobratymców i wypluwała w postaci, w której nikt już nie był w stanie rozpoznać niczego ludzkiego. Utara kłębiła się w gwałtownej kipieli, przeplatając echa upadku Var Arrod z czasami po nim, gdy miasto znów powstało i gdy ona sama - ona, Innurr i przyniesione wraz z nią spaczenie - zaczęła mu pomagać.

Próbowałam naprawić, zawyła, desperacko szarpiąc się pomiędzy kryształami. Próbowałam.

Świat zadrżał i zaczął się sypać. W chmurach pyłu i gruzu runęły ściany wielkiej biblioteki, bezcenne zbiory kultury ludzi gór rozsypały się i rozwiały na wieczornym wietrze. Korytarze i sufit osunęły się, zapadły się podziemia. Gdy opadły chmury pyłu, nad bjortari rozciągał się przestwór nieba tak wielki, że nie sposób było objąć go wzrokiem. Miliony gwiazd migotały nad ich głowami, tworząc nowe konstelacje i wzory.

Diqna zachwiała się przytłoczona bezmiarem nocnego nieba. Z jej oczu spływały gorące łzy.

Upadła gwiazda wróci do wołających ją gwiazd, powiedział głos, smutny i cichy.

Thekkir drżał. Z kurczowo zaciśniętych pięści, tam, gdzie paznokcie mężczyzny rozcięły skórę wnętrza dłoni, spływały pojedyncze krople krwi.

Intarr, zaszemrał głos i westchnął cicho.

Tęsknota pojawiła się nagle, dojmująca i trudna do udźwignięcia. Towarzyszył jej żal i lęk, i to pragnienie, tak strasznie bolesne pragnienie, by wyrwać się, uciec, by... Wrócić. Wrócić do domu.

Upadła gwiazda wróci, powtórzył głos, łamiąc się w tłumionym szlochu. Wróci do wołających ją gwiazd.

Niebo nad nimi było ciche i cierpliwe.

Wróci, odezwał się głos po raz ostatni, z desperackim przekonaniem. Wróci.

Silje roześmiała się nagle.

- Wróci - powtórzyła za głosem, a słowo to w jej ustach drżało. To nie był już głos Hadharki. Przez kobietę mówiła czysta energia, siła zamknięta tylko w klatce ograniczonego ciała.

Tylko Thekkir w pełni pojmował, co się dzieje. Wiedział już dawno, już w Kręgu, gdy zażyczył sobie obecności Maral. Już od wyjścia z Yrkazaanu i Viliskyi, od pierwszych kroków postawionych na szlakach zajętych przez wylewającą się z Var Arrod utarę Silje zaczęła się zmieniać. Aheidvahl nie rozumiał tego wtedy, nie do końca pojmował, potem jednak wszystko stało się dla niego jasne. Wiedział jednak, że Hadharka nie była taka, jak oni - nie była człowiekiem, a utara wlewała się w nią i wypełniała stopniowo. Maral chłonęła tchnienie jak gąbka, gromadziła je i pozwalała, by zastępowało jej własną energię. Teraz, stojąc w miejscu upadku gwiazdy, spaczenie było już w całym jej ciele.

Thekkir nie wiedział, jak bardzo Silje była świadoma tego, co się z nią działo i czy celowo do tego doprowadziła, patrząc na nią jednak był coraz bardziej pewien, że wszystko to było od początku jej planem. Maral nie mogła wiedzieć, co dokładnie się wydarzy, ale postanowiła zaryzykować i spróbować. Jeszcze w Kręgu uświadomił sobie, kim Silje jest i jakie piętno nosi. Była rakmą, formą czystej siły, która tylko przybrała ludzką postać - wybrała ją spośród ogromu innych, w które mogła się ukształtować. Choć silna, nie była jednak wolna. Widział symbol wypalony pod jej obojczykiem, hadharskie piętno zniewolenia. Ktoś ją okiełznał i podporządkował swej woli. Została zamknięta w ciele, które sobie wybrała, na tak długo, jak długo trwałoby odnawiane piętno.

Thekkir nie wiedział, komu wystarczyło sił, by związać rakmę, hadharskiego pustynnego ducha. Ktokolwiek by to jednak nie był, przegrał w końcu, gdy Krąg uwolnił Silje. Piętno Maral pękło wtedy w Yrkazaanie, roztrzaskało się i straciło swą moc. Aheidvahl nie wiedział, dlaczego wtedy, po wyzwoleniu, Silje nie sięgnęła na powrót do swej mocy, teraz jednak zrozumiał. Hadharka nie chciała, by jej wyzwolenie stało się powszechnie znanym faktem, bo potrzebowała czasu.

Czasu, by zrealizować swój plan. Stać się kimś więcej.

W jej prawdziwej, nieskrępowanej formie ludzkie kształty Maral niemal zupełnie się zatarły, były ledwie zarysem kobiecej sylwetki. Na pobladłym ciele wykwitły gorące żyły energii, uwidoczniły się rwące, palące cieki siły stanowiącej szkielet rakmy. Misterne ornamenty pokrywały kobiecy tors, sięgały pachwin, obojczyków, rozpełzły się na plecy, ręce i uda. Płonęły światłem, na które nie sposób było patrzeć wprost, tak jasne i oślepiające się stało. Tak samo nie można było spojrzeć w jej oczy, pozbawione teraz źrenic i tęczówek, palące szalejącym w nich ogniem.

Fale duszącego gorąca rozlewały się wokół Silje, gdy utara wdzierała się w kobiece ciało, rozdzierała tworzącą ją energię i zmieniała ją. Spajając się z rakmą, spaczenie formowało nowy byt, którego moc nie była prostą sumą sił tchnienia i Maral, lecz czymś znacznie, znacznie większym.

Silje śmiała się głośno i nieskrępowanie.

Wróciła do ludzkiego ciała z własnej woli, przyzwyczajona już do wybranej przed laty postaci. Tatuaże, linie czystej energii na powrót znikły pod warstwami żywego ciała, zgasł też ogień w nieludzkim spojrzeniu - pozostały po nim zaledwie iskry, ledwie dostrzegalne ogniki czające się w kącikach ciemno oprawionych oczu. Maral odetchnęła bardzo powoli, rozprostowując plecy. Sięgnęła do nowo posiadanej siły, ta jednak nie ugięła się przed nią. Rakma zawahała się, ostatecznie uśmiechając się jednak szerzej. Chwilowa niemoc nie przerażała jej, wciąż czuła zamknięty w sobie kocioł czystej siły. To, że nie była dostępna - to nic. Nauczy się z niej korzystać, znajdzie drogę, by do niej dotrzeć.

Maral nie wiedziała, kim teraz jest, wystarczała jej jednak myśl, że kimś lepszym. Kimś więcej.

Utara wyła, szarpała się i wyciągała pazury po bjortari. Powietrze, zimne i ostre, smakowało słodyczą miodu, surowe skały pachniały jabłkami z wysokich gór.

Płakali krwawo, twarze Regwalda, Ylfgrima i Any znaczyło coraz więcej czerwonych strug, których nie potrafili powstrzymać. Varrthasir skowyczała z bólu, silnie zaciskając dłoń na ręce Fitse - teraz bezwładnej i mokrej od potu. Jasnowłose medium ledwie stało na nogach, chwiało się, gdy świat wirował pod jego stopami.

- Nie potrafię - szeptało, patrząc jednak nie na Anę, lecz przed siebie, wprost w szalejący kocioł utary. Kipiel spaczenia wabiła go, a ono drżało, zmuszając się do stania w miejscu. - Nie umiem, nie jestem... - mamrotało łamiącym się głosem. Wreszcie zabrakło mu sił, surowy świat zamknął się nad nim, gdy osunęło się i przytuliło do zimnej skały.

Eyjagrani skamlała, drapiąc zaciskający się na jej szyi ibhrim i próbując wcisnąć pod niego palce. Spod obroży ciekła krew, gdy pas twardej skóry wrzynał się w delikatną skórę. Artefakt drżał i palił, trzymając na uwięzi szalejący Zew.

Chatzka czuła lęk Heidveurr, jego smród wypełniał jej nozdrza. Sama jednak też się bała. Mimo wielu lat życia jako varta, mimo doskonałego szkolenia i ogromnej siły, nie potrafiła zatrzymać własnego Zewu, nie potrafiła go zagłuszyć. Jej ciało transformowało się niezależnie od jej woli, zmieniając się całkowicie z postaci ludzkiej w psią i na odwrót, bądź tylko częściowo, zaostrzając kły czy zastępując dłonie łapami. Zwierzęce ślepia strzelały na boki płomiennym spojrzeniem pełnym rosnącej z każdą chwilą paniki. Chatzka chciała uciec, gnać przez góry, byle dalej od tego dziwnego, strasznego miejsca.

Diqna cofnęła się o krok, potem drugi i kolejny. Teraz kuliła się przy wyjściu z sali, wymiotując palącą, ostrą żółcią.

Ogłuszający huk ranił uszy, kakofonia krzyków, płaczu i głosów przybierała na sile tak długo, aż nie było już nic poza nią. Z uszu Thekkira spłynęła krew, Renn skulił się, dławiony tłumionym szlochem. Świat walił się w posadach, a oni znajdowali się w samym środku katastrofy.

Nagle wszystko ustało.

Budynek biblioteki trwał nienaruszony, nad głowami bjortari wciąż wznosił się ciężki, solidny strop ze skał i zmarzniętej ziemi. Nie było otwartego nieba i płonących gwiazd ani wiatru szarpiącego ich ubrania. Było cicho i spokojnie.

Coś westchnęło, delikatny podmuch owiał wyczerpanych bjortari.

Intarr, powiedział głos, cichy, spokojny, jakby nieśmiały. Ja jestem... Zawahał się.

Eyjagrani podniosła zaszczute spojrzenie, spoglądając kolejno na swych pobratymców. Diqna ocierała usta, z trudem łapiąc oddech. Ylfgrim wyglądał okropnie, z krwią rozmazaną na całej ogorzałej, wykrzywionej bólem twarzy. Policzki Any były mokre od zaschniętych na nich łez. Chatzka dyszała ciężko, wsparta o ścianę. Renn klęczał obok Fitse łkającego na zimnej podłodze, gładząc je mechanicznie po jasnych włosach. Regwald dygotał, wtulony w szeroką pierś Thekkira.

Ja jestem... Intarr, powtórzył głos z nutą niedowierzania.

Milczeli przez chwilę. Ana roześmiała się nagle głośno, histerycznie. Nowe, gorące łzy płynęły jej po brudnych policzkach, znacząc jasne smugi w warstwie pokrywającego dziewczynę pyłu i krwi.

- To imię - rzuciła Varrthasir zdławionym głosem. - Nie utara. Intarr. Tak się nazywa.

Spaczenie uśmiechnęło się ciepło, ostrożnie, jaśniejąc miękkim światłem we wszystkich utworzonych przez siebie kryształach.

Epilog

Minęło niespełna pół roku, odkąd opuścili Yrkazaan. Dla nich samych cała wyprawa nie trwała dłużej niż dwa, może trzy tygodnie, gdy jednak wrócili do miasta, odwilż dawno już minęła, a ilvari, pora letniego ciepła, także chyliła się ku końcowi, zapowiadając kolejne ochłodzenie i lód.

Po wysłuchaniu opowieści przybyłych jasne stało się, jak wiele decyzji trzeba było podjąć - i jak wiele miało się zmienić.

Eyjagrani uznano za Głos Agnari, żywe wcielenie Szukającej. Podczas tradycyjnego okazania nowej varty, na czas którego Silje rozpięła ibhrim, by Heidveurr mogła się przemienić, obserwujący transformację bjortari nie mieli wątpliwości, z kim mają do czynienia. Zew Eyji był gwałtowny i niemożliwy do okiełznania. Gdy tylko opadły więzy obroży, dziewczyna zawyła z bólu, a jej ludzkie ciało rozpadło się, rozerwane na strzępy przez masywną postać dumnego gharra. Gdy miotała się między kręgiem otaczających ją wojów, tłukąc ogonem o boki, drapiąc pazurami zmarzniętą ziemię, pochrząkując i porykując z rozdrażnieniem, Klan Gharra widział w niej swój totem, swojego opiekuna.

Ani Eyja, ani nikt z towarzyszących jej na wyprawie nie zdecydowali się na wyprowadzenie swych pobratymców z błędu i ujawnienie prawdziwej tożsamości thynów. Już wcześniej, jeszcze przed powrotem do Yrkazaanu, ustalili, że wiara będzie im teraz potrzebna bardziej niż dotąd. Żadne ze znających prawdę nie potrafiło zdobyć się na pozbawienie swych klanów złudzeń. W efekcie Eyjagrani została symbolem, którym nie była; bohaterką, do której było jej bardzo, bardzo daleko.

Co jasne, wiele mówiono o samym Var Arrod. Na wezwanie Eyrana Thynlera w Yrkazaanie ponownie zebrali się heidrowie wszystkich klanów, by wspólnie zadecydować o najbliższej przyszłości. Uznano za konieczne dogłębne zbadanie zajętego przez utarę miasta, czym mieli zająć się bjortari wyznaczeni specjalnie do tego zadania. Nowa wyprawa do Var Arrod miała być pełnoprawną ekspedycją badawczą, związaną z obozowaniem w pobliżu osady tak długo, jak będzie potrzeba, by poznać wszystkie tajemnice miasta. Jednocześnie zaakceptowano również udział Aranmuku w prowadzonych badaniach. Zgodzono się, że zbadanie nowego zjawiska, jakim była utara w formie obecnej w Var Arrod - inteligentnej i świadomej - to wyzwanie, któremu łatwiej będzie podołać, mogąc korzystać z doświadczenia, wiedzy i możliwości hadharskich ludzi nauki.

Silje Maral miała wrócić do swej ojczyzny, by złożyć Kapitule sprawozdanie z wyprawy i zadbać o powodzenie współpracy bjortari z hadharskimi badaczami. Nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, jak wiele własnych planów i ambicji miała tropicielka w związku z utarą i ostatnimi wydarzeniami, których była świadkiem. Tylko Thekkir przyglądał się jej uważnie, zamyślony.

Z początkowym oporem spotkała się natomiast decyzja Silje o zabraniu ze sobą Eyjagrani. Podobne postępowanie nie było wprawdzie niczym nowym - łowcy z Hadharu wielokrotnie sprowadzali varty do swej ojczyzny po to, by uczyć je tam kontroli i badać. Mimo tego myśl, że tak samo Silje zamierza postąpić z Heidveurr, Głosem Agnari, ocierała się o bluźnierstwo. Jako opiekunka klanu powinna pozostać w domu, tu, gdzie jej miejsce. Silje była jednak nieugięta, z uporem powtarzając, jak wielkim zagrożeniem jest Eyjagrani w tej chwili i jak bardzo jest zagubiona w swym Zewie.

- Ona nie jest waszym totemem - mówiła Maral, spoglądając spokojnie na każdego z heidrów. - Jeszcze nie jest. Na razie potrzebuje pomocy. Musi nauczyć się żyć z tym, kim jest.

Wreszcie zadecydowało poparcie Chatzki. Starsza varta dłuższy czas przysłuchiwała się w milczeniu wymianie argumentów. Gdy wreszcie odezwała się, jej ostry ton nie pozostawiał wątpliwości:

- Eyjagrani będzie dobrą vartą. Silną. Ale jeszcze nią nie jest - rzuciła krótko, szczekliwie, wcinając się w pół słowa Girnirowi, heidrowi Klanu Malali, gdy po raz kolejny próbował upierać się, że Heidveurr w ogóle nie powinna wyjeżdżać ani teraz, ani w przyszłości. - Teraz to tylko zagubione i cholernie wyczerpane dziecko.

Ostatecznie heidrowie zgodzili się jednogłośnie, choć niektórzy z większą niechęcią niż inni.

Zaskoczeniem dla wracających okazała się też obecność Hamarra w Yrkazaanie. Na cień chłopca, skulonego za matką, szczególną uwagę zwróciła Chatzka. Varta przez dłuższą chwilę świdrowała Nires ostrym spojrzeniem. Na wyraźną podejrzliwość zmiennokształtnej kobieta odpowiedziała niewzruszonym spokojem.

Patrząc na Hamarra, Silje domyślała się tego, co innym umykało. Chłopiec niewątpliwie był chory, bardziej niż w dniu, w którym wyruszali do Var Arrod, ale jego choroba była inna i niemal na pewno nie do końca naturalna.

Zwrócono się też ku Diqnie. Wyprawa do Var Arrod miała być dla niej próbą. Pomimo pozytywnych komentarzy towarzyszących jej bjortari, Insorv postanowili nie kończyć jeszcze szkolenia Heidveurr. Dziewczyna miała dalej uczyć się i rozwijać pod okiem mentorów, jeszcze przez jakiś czas pozostając rekrutką. Sama łowczyni nie pokazała po sobie rozczarowania i z pokorą przyjęła decyzję nauczycieli, tym samym udowadniając, że przynajmniej te nauki - przyjmowania niepowodzeń z godnością - przyswoiła sobie w pełni.

Wreszcie ludzie gór rozjechali się do domów. Wraz z heidrami do swoich klanów wrócili Chatzka, Renn i Ana. Wróciło także Fitse, aż nadto świadome skrywanej, wyczuwalnej jednak niechęci Girnira. Nastolatek wiedział, że jego przywódca po cichu liczył na to, że dziwne dziecko nie wróci z wyprawy.

Yrkazaan opuścił także Ylfgrim, wyruszył jednak na dwa dni przed własnym klanem i, jak się potem okazało, nigdy nie dotarł do rodzinnej Viliskyi. Przez kolejne miesiące nikt nie był w stanie powiedzieć, co stało się z cichym wojem, choć rozpytywano o niego i szukano na pobliskich szlakach. Wreszcie pamięć o nim stopniowo rozmyła się, a jego imię wracało w rozmowach już tylko sporadycznie, jako kolejna z klanowych legend.

Thekkir postanowił wrócić do Var Arrod. Wyruszył do miasta razem z grupą badaczy mających oddać się studiowaniu miasta i zamieszkał w jednej z chat stojących w pobliżu głównej bramy.

Regwald wahał się przez chwilę, ostatecznie jednak nie podążył za Aheidvahlem. Ich pożegnanie było ciche i szalenie trudne, obaj jednak wiedzieli, że tak musi być. Gdy Aheidvahl osiedlał się w mieście, Unn wrócił do rodziny, żony i dzieci.

Wraz z upływem kolejnych dni Yrkazaan na powrót uspokajał się stopniowo i cichł. Przebrzmiały najgłośniejsze rozmowy, wygasł pierwszy ogień ekscytacji związany z powrotem wyprawy. Temat Var Arrod i utary, a przede wszystkim temat nadchodzącej przyszłości, nie zniknął jednak całkowicie. Nie mógł.

Zaczynał się przecież okres Fjolnmary, Wędrówki.

***

Svarna odetchnął głęboko, przytrzymując na chwilę mroźne, ostre powietrze w płucach. Rozciągający się nad nim przestwór ciemnego, usianego gwiazdami nieba wabił go licznymi obietnicami.

- Jest bardzo ładne.

Cichy, słodki głosik był zamyślony i niepewny. Svarna uśmiechnął się nieznacznie.

- Bardzo ładne - powtórzyła mała Uni w zadumie. Splotła drobne dłonie za plecami i razem z ojcem zadzierała głowę, z wyraźnym zafascynowaniem wpatrując się w bezkres nieba. - Myślisz, że coś tam czeka? - spytała cicho.

Svarna spojrzał na nią kątem oka.

- Tak - odparł spokojnie, przyglądając się swojej małej dziewczynce. Była tak bystra, tak inteligentna. Zawsze był z niej tak szalenie dumny. - Myślę, że tak, Uni. Coś czeka.

Stojący nieco z tyłu Thorann westchnął. To nie był pierwszy raz, gdy Svarna rozmawiał z kimś, kogo nikt poza nim nie dostrzegał.

- Musimy jej pewnie pomóc, co? - spytał wreszcie Śniący, stając u boku Svarny. Prześlizgnął się wzrokiem po mieście leżącym u ich stóp, po otaczających je górach i ponad nimi. - Ona musi wrócić do domu.

Wędrujący nie odpowiedział, patrząc w gwiazdy w milczeniu.

GLOSARIUSZ

Zastosowane oznaczenia:

hadh. - dialekt hadharski

heim. - mowa bjortari

Agnari - thyna, Szukająca. Reprezentuje podróż, przetrwanie, łowiectwo i walkę, a także ciekawość i determinację. Aspekt: nir. Przedstawienie: wysoka, jasnowłosa kobieta w lekkiej, łuskowej zbroi i płaszczu z futra gharra, z trzema barwnymi smugami namalowanymi na ukos twarzy, z blizną na linii żuchwy po lewej stronie. Uzbrojona w misk, zdobioną piórami arolfa świętą włócznię. Totem: gharra. Patronat: młodzi bjortari, myśliwi, zwiadowcy, podróżujący, wojownicy, także uczący się w dowolnej dziedzinie.

alhi - także: wrota, brama - jednostka strukturalna Kręgu; nie jest żadną namacalnie istniejącą bramą, a jedynie umownym określeniem kolejnych głębokości Kręgu, zależnych od siły utary. Wyróżniono jedenaście alhi, z których każde kolejne znajduje się bliżej źródła utary.

anan (hadh.) - młoda, ale też: naiwna, głupia.

Aranmuk (hadh.) - także: Kapituła, Dziewięć Wież - najwyższy organ rządzący w Hadharze. W skład Kapituły wchodzi dziewięciu jafratów - mężczyzn, reprezentantów poszczególnych plemion Konfederacji wskazywanych przez możnowładców Południa w powtarzających się co dekadę wyborach. Jest jedną z najbardziej znaczących instytucji politycznych na kontynencie. Znana z szerokiej działalności wywiadowczej. Siedzibą Aranmuku jest Dziewięć Wież w Ahl'Tahal.

arolf - stosunkowo niewielki wysokogórski orzeł spotykany w obrębie Pasm Euxanirskich. Brak dymorfizmu płciowego. Charakterystyczne siwo-brązowe upierzenie, jaśniejsza barwa brzucha i podgardla. Żywi się głównie małymi ssakami, jak lyfjalli, a także pisklętami większych ptaków drapieżnych.

asjorm - gatunek dużej dzikiej świni spotykanej na północnym pogórzu Euxaniru. Zwierzę o krępej budowie, z szeroką piersią i węższym, niższym zadem. Samce masywniejsze od samic. Charakterystyczne dwie pary górnych kłów wygiętych ku górze. Włosie twarde, szczeciniaste, barwy brązowej, brązowoczerwonej, brązowoszarej, szarej lub czarnej. U niektórych osobników widoczne pręgowanie rejonu zada i tylnych nóg. Asjormy wykorzystywane są przez Klan Atyra jako wierzchowce bojowe. Bjortari z Urkari opiekują się stadem liczącym średnio od 20 do 30 sztuk. W przypadku działań bojowych asjormy malowane są w barwy wojenne, których wzory zależne są od linii, z jakiej wywodzi się dany dzik.

asnar - typ długiej włóczni, na obu krańcach zakończonej ostrzami - jednym krótkim i smukłym, przeznaczonym do pchnięć, drugim zwyczajowo długim, szerokim, tnącym. Asnar wykorzystywany jest w walce zarówno jedno- jak i oburęcznej. Jest bronią trudną do opanowania, stąd władający nią wprawnie asnarczycy uchodzą wśród klanów za szczególnie cennych.

atrablik - święty symbol nir spotykany w większości świątyń bjortari.

atyr - także: dog atyrski - rasa psa myśliwskiego wysoce ceniona przez bjortari. Jest psem rosłym, o proporcjonalnej, atletycznej budowie ciała. Sierść krótka, zwykle o jednolicie białym umaszczeniu, choć zdarzają się również sporadyczne przypadki dogów o czarnych lub szarych przebarwieniach włosia. Wykorzystywane przez bjortari do łowów na dużą zwierzynę, także drapieżną. Szkolone są również jako psy bojowe. Rasa wywodzi się z psiarni w Urkari i okazy z tamtejszej hodowli wciąż uważane są za najcenniejsze. Nazwa pochodzi od Atyrny - klanowe psiarnie stanowią część kompleksu świątynnego poświęconego właśnie tej thynie.

Atyrna - thyna, Szepcząca. Reprezentuje sny, sumienie, duchowość, a także przywództwo i mądrość. Aspekt: ikth. Przedstawienie: kobieta o długich, mocno kręconych, kruczoczarnych włosach i zamkniętych oczach, naga lub w futrzanym, częściowo zsuniętym z ramion płaszczu, trzymająca w dłoni pęk piór bori. Totem: bori. Patronat: skyrmowie, wiedzący, szeptuchy, heidrowie.

berserk - typ wojownika bjortari znany ze swej nieustępliwości. Wbrew krążącym legendom ich umiejętności nie wywodzą się z utary, na którą berserkowie mieliby być wystawiani podczas szkolenia, i nie są od niej zależne. Podobnie nie istnieje też żaden specjalny szał, któremu mieliby zawdzięczać swą specjalną efektywność. Do standardowego wyposażenia berserka należy lekka lub średnio ciężka zbroja łuskowa, futrzany płaszcz oraz uzbrojenie dobierane przez każdego wedle preferencji. W szeregach berserków służą tak mężczyźni, jak i kobiety.

bjortari - także: ludzie gór, ludzie północy - rasa ludzka zamieszkująca Pasma Euxanirskie oraz przyległe wyżyny. Charakteryzuje się wyższym średnim wzrostem (ok. 175 cm dla kobiet, 190 cm dla mężczyzn) w stosunku do ras nizinnych i nadmorskich oraz bardziej masywną budową. Bjortari cechuje również niespotykana u innych długowieczność (średnio 150 lat). Ludzie gór są względnie zwartą społecznością klanową, o silnych, głęboko zakorzenionych tradycjach rytualistycznych.

bori - osiadły gatunek ptaka z rodziny krukowatych, powszechny na terenie całego kontynentu. Wyróżnia się kilka podgatunków różniących się między sobą wielkością, rozpiętością skrzydeł i ubarwieniem - od ciemnografitowego, do jasnego beżu. Znane ze swej siły, wykorzystywanej głównie do rozłupywania kości padłej zwierzyny. W niektórych rejonach dzioby bori uważa się za silne amulety ochronne.

dim - silnie rozgrzewający, ziołowy wywar powszechny wśród bjortari. Charakteryzuje się gorzkim, mocnym smakiem oraz znaczną ilością korzennych przypraw, którym zawdzięcza swój aromatyczny zapach.

etilim - jedna z silniejszych manifestacji aspektu ikth. Często zachowuje formę posiadaną za życia, zdolna do częściowej materializacji. Inteligentna, może kontaktować się z żywymi oraz oddziaływać na świat materialny. W przypadku ludzkich etilimów wspomina się o kontaktach tak werbalnych, jak i poprzez transfer myśli. Starsze etilimy charakteryzują się wysoką drażliwością, potrafią przejawiać także silny instynkt terytorialny w stosunku do miejsca, w którym przebywają lub do którego są przykute. Przeciętnie, jeśli nie zostanie rytualnie uwolniony, etilim istnieje około 400-500 lat (najstarszy znany przypadek: 632 lata).

Eyjavad - thyn, Dumny. Reprezentuje: dumę z własnych czynów, honor, umiejętność przyznania się do błędu, odpowiedzialność, konieczność podejmowania trudnych decyzji, ludzką skłonność do pomyłek. Aspekt: nir. Przedstawienie: postawny, siwowłosy woj w ciężkim pancerzu zdobionym sierścią asjormów. Nosi rozbudowany vegdr, obejmujący całą twarz i schodzący na prawą stronę szyi. Uzbrojony w kiliymir, na którego ostrzu wydrapano runy starożytnego dialektu bjortari, oznaczające odwagę i honor. Totem: asjorm. Patronat: wojowie, heidrowie, gospodarze domostw. Według wierzeń bjortari po śmierci ludzie gór mogą ucztować przy jego biesiadnym stole.

fjallog - gatunek wysokogórskiego gryzonia, spotykany powszechnie na terenie całego kontynentu. Samce większe od samic. Sierść ostra, szorstka, barwy od jasnoszarej do grafitowej bądź rdzawoczerwonej, z przejaśnieniami na brzuchu i piersi. Przebywa w rejonach trudno dostępnych, unikając uczęszczanych szlaków. Kopie labirynty podziemnych korytarzy i głębokie nory służące jako komory lęgowe bądź drogi ucieczki w razie zagrożenia. W czasie żerowania stada jeden bądź dwa osobniki stoją na czatach, charakterystycznym szczekiem ostrzegając przed potencjalnym niebezpieczeństwem. Żeruje głównie w ciągu dnia, w porze wiosennej także wczesnym wieczorem.

Floth - thyn, Gotowy. Reprezentuje: poświęcenie, brawurę, odpowiedzialność, zaufanie, zdecydowanie, posłuch rozkazom, oddanie i lojalność. Aspekt: nir. Przedstawienie: niewysoki, żylasty mężczyzna o charakterystycznej fryzurze - dwóch wygolonych bokach i długim, grubym warkoczu zaplecionym od czoła. W kasztanowe włosy wplecione ma liczne ozdoby ze zwierzęcych pazurów, piór i koralików. Nosi vegdr pokrywający połowę jego twarzy wizerunkiem łba arolfa. Lekka, skórzana zbroja jest przybrudzona i, podobnie jak myśliwska włócznia, w którą jest uzbrojony, nosi wyraźne ślady zużycia. Totem: arolf. Patronat: myśliwi, wojowie, podróżnicy, niezdecydowani co do własnej przyszłości, zagubieni tak metaforycznie, jak i dosłownie. Według wierzeń bjortari po śmierci ludzie gór mają walczyć u jego boku w niekończących się zmaganiach, nie musząc już bać się o własne zdrowie czy życie.

gharra - także: duch śnieżny, duch - kotowaty drapieżnik występujący endemicznie na terenach Pasm Euxanirskich. Dosyć masywny. Głowa i tułów mierzą 160-250 cm, ogon 80=120 cm. Wysokość w kłębie: 100-120 cm. Masa ciała: 180-300 kg, samice nieco lżejsze od samców. Charakterystyczne dwie pary wydłużonych kłów szczękowych, jedna nieco krótsza od drugiej. Gęste, średnio długie futro barwy od jasnokremowej do grafitowej, w nieregularne, czarne plamy. Polowania na gharra są integralną częścią rytuałów bjortari. Kły, pazury oraz futra duchów są cennymi towarami handlowymi.

gyrdir - gatunek dużego niedźwiedzia zamieszkujący góry i pogórze Euxaniru. Samce nieznacznie większe od samic. Sierść barwy od jasno- do ciemnobrązowej, czasem brązowoszara bądź niemal czarna. Ssak drapieżny, podstawę pożywienia stanowią drobne ssaki i ryby, zdarzają się przypadki gyrdirów polujących na młode jelenie. Średni czas życia wynosi do 80 lat. Stosunkowo łatwe do oswojenia, w czasie wojen klanowych pojedyncze grydiry bywały wykorzystywane przez bjortari jako zwierzęta bojowe.

haaim (hadh.) - oficjalny tytuł łowców oraz tropicieli Kapituły. Niegdyś przysługiwał jedynie łowcom, jednak ze względu na fakt, że obecnie służy jedynie kilku tropicieli niebędących jednocześnie łowcami, określenie zaczęto stosować w odniesieniu do obu tych grup.

hangtyran - także: wielkoróg - gatunek jelenia żyjący na terenie gór i pogórza Tameru. Samice wyraźnie mniejsze od samców. Ubarwione jednolicie, rdzawe, brązowopłowe lub szarawe. Sierść średnio długa, szorstka, na szyi dłuższa, tworząca rodzaj ciemniejszej grzywy zachodzącej na kłąb. Charakterystyczne duże, bardzo rozłożyste, łopatowate poroże u samców. Żyje w stadach liczących od kilku do kilkunastu osobników.

Hadhar - pełna nazwa: Konfederacja Med'Hadhar - państwo położone na południowym wybrzeżu Skliffu. Stolica: Ahl'Tahal. Organ rządzący: Aranmuk. System wierzeń: politeizm. Ustrój Hadharu oparty jest na silnych strukturach plemiennych - Konfederację tworzy dziewięć w dużej mierze autonomicznych prowincji przynależnych odpowiednio do dziewięciu największych klanów. Wśród plemion rządzących wymienia się: Minar, Zarriha, Arayn, Atara, Ghadab, Imaah, Kurghad, Tabur, Birhal. Dzięki odpowiednio prowadzonej polityce handlowej i finansowej Konfederacja Med'Hadhar jest jednym z najbogatszych państw kontynentu.

Hadharczyk, Hadharka - mieszkaniec, mieszkanka Hadharu.

heidr - oficjalny tytuł przywódcy klanowego bjortari. Heidrowie poszczególnych terytoriów wspólnie tworzą radę klanów, znaną także jako zgromadzenie.

heidryhm - także: głos heidra - rządca miasta Vegsvahl wybierany przez heidra Yrkazaanu. Oba miasta przynależą do Klanu Gharra.

Heimareld - państwo obejmujące teren Euxaniru oraz ziem do niego przyległych, położonych na półwyspie o tej samej nazwie. Stolica: Yrkazaan. Organ rządzący: rada klanów, wspierana przez pięciu posłów z ziem pozaeuxanirskich. System wierzeń: politeizm rytualistyczny, ponadto wierzenia przyniesione przez napływowych osadników. Heimareld jest krajem bjortari. Poza nimi zamieszkiwany jest przez ludzi mieszanej krwi oraz przybyłych z innych krajów kontynentu. Zasadniczo pasma euxanirskie są ziemiami przynależnymi ściśle ludziom gór, natomiast ziemie do nich przyległe prezentują kalejdoskop kulturowy.

hiva (heim.) - młody, młoda; także jako pobłażliwe: chłopczyku, dziewczynko.

ibhrim (hadh.) - także: obroża - hadharski artefakt, w wytwarzaniu którego specjalizują się tamtejsi haaim. Tajniki tworzenia obroży pozostają tajemnicą przekazywaną tropicielom podczas ich wieloletniego szkolenia. Zadaniem ibhrimu jest wygaszać Zew varty i uniemożliwiać transformację zmiennokształtnego. Zwykle wiąże się to z bólem dla samej varty, jest jednak jedynym skutecznym sposobem na powstrzymanie zmiany formy. Stosowany rzadko ze względu na znaczną niechęć i opór zmiennokształtnych, zazwyczaj w szczególnie trudnych przypadkach gwałtownego, niekontrolowanego Zewu.

idav - łapa; także w znaczeniu oddziału bjortari liczącego zwykle 30-50 wojów. W ramach idav mogą służyć również skyrmowie oraz varty. Idav tworzą zwykle bjortari z jednego klanu, chociaż istnieją także formacje mieszane. Dowództwo nad łapą sprawuje mianowany przez heidra lub wybierany przez tworzących oddział wojowników idavarra.

ikth - aspekt półżycia, jedna z trzech domen politeizmu rytualistycznego bjortari. Obejmuje cechy takie jak: mądrość, religijność, ciekawość, ambicja, niezdecydowanie, tchórzliwość, charyzma, dyplomacja, zachłanność, sprawiedliwość. Jest domeną snów, sumienia, chorób i zdrowienia, narodzin i dorastania, rozwoju duchowego. Thynowie ikth: Atyrna, Thorann, Samahel. Aspekt ten jako jedyny posiada swą określoną manifestację pod postacią form półżycia o różnej sile: szeptów, cieni, etilimów, naurrów i innych.

Illin - świątynia w Yrkazaanie, druga co do wielkości w Heimareldzie (ustępuje jedynie sigvalhskiemu Bergvegdr, Domowi Szeptów). Tradycyjnie zdominowana przez nir, jest jednak miejscem kultu wszystkich trzech aspektów rytualnych.

Insorv - także: Pierwsi - grupa najzdolniejszych, najbardziej zasłużonych wojów bjortari, silnie zapisanych w historii ludzi gór. Znani są z dokonań tak na polu walki, jak też w dziedzinie odkryć, łowów czy choćby nauczania. Nie z każdym Insorv łączy się określone, szczególne wydarzenie, każdy jednak wniósł znaczny wkład w kulturę i byt bjortari. Insorv zostają zarówno kobiety, jak i mężczyźni, tak młodzi, jak też ci w drugiej połowie swego życia.

Iruna (hadh.) - piąta inkarnacja Mah'Tali Ammaqat Dhibri, Patrzącej Przez Wieki, Najwyższej wyznawanej na terenach Konfederacji Med'Hadhar. Przedstawiana w szatach kapłanki własnego wyznania, z bliznami po rozległych oparzeniach pokrywających prawą połowę twarzy, z otwartą Księgą Losu, Raqabą, w dłoniach. Reprezentuje sumienie, przeznaczenie, przebaczenie. Symbol: diament w kształcie łzy.

jafrat - oficjalny tytuł radców wchodzących w skład Aranmuku. Jafratem może zostać jedynie mężczyzna, wskazany do Kapituły przez możnych swojego plemienia.

jossi (heim.) - wiedząca; zwrot grzecznościowy, niezwiązany z funkcją wiedzących pełnioną przez niektórych bjortari.

kiliymir - typ euxanirskiego krótkiego miecza o szerokim, charakterystycznie wygiętym ostrzu. Przypomina używane w Hadharze sejmitary, zwykle jednak jest znacznie mniej zdobiony.

kerlarva - szerokie pojęcie obejmujące praktykowany przez bjortari system walki. Składają się na nią zarówno ćwiczenia stricte fizyczne, zapewniające stałą poprawę wydolności organizmu, jak i rozwój umysłowy poprzez naukę filozofii, historii i strategii. Młodzi bjortari, chłopcy i dziewczeta, uczą się w domach ćwiczebnych pod okiem wojów, vart, ale też wiedzących i szeptuch. Nauka kerlarvy jest nierozerwalnie związana z dorastaniem bjortari, niezależnie od roli, jaką ten lub ta zamierzają później pełnić w społeczności.

Krąg - określenie stosowane w odniesieniu do sześciu największych źródeł utary, zamkniętych w kręgach kamiennych, przesyconych tchnieniem gór monolitów. Gwałtowne prądy energii zatrzymywane są wewnątrz tak wzniesionej bariery, co chroni pobliskie osady i miasta przed szkodliwym, nieprzewidywalnym oddziaływaniem utary. Tchnienie gór zamknięte w Kręgach ma tendencję do stopniowego przybierania na sile, co z kolei z czasem prowadzi do rozszczelniania pierścieni monolitów i przecieków utary. Kręgi mają istotne znaczenie rytualne - w ich pobliżu odbywa się część ceremoniałów bjortari, głównie domeny ikth i veurr, pełnią także funkcję więzienia. Strukturalnie kręgi podzielone są na alhi - niedostrzegalne gołym okiem sektory, z których każdy kolejny znajduje się bliżej gejzeru utary i wiąże się z silniejszą kondensacją tchnienia gór. Skyrmowie są w stanie dostrzec przepływy prądów tchnienia, splecione z nich struktury oraz wiodące między nimi ścieżki. Mniej wrażliwi i odporni na działanie utary bjortari strukturę Kręgu mogą dostrzec jedynie po przyjęciu uwrażliwiacza.

Lokityr - znajdujący się w Yrkazaanie dom ćwiczebny. Wybudowany dzięki wspólnej inicjatywie rady klanów w 846 roku trzeciego cyklu, jest największym domem ćwiczebnym w Heimareldzie.

lyfjalli - gatunek gryzonia licznie występującego na całym kontynencie. Sierść krótka, szorstka, barwy brązowej bądź rudej, z przejaśnieniami na pyszczku i brzuchu oraz charakterystycznym, równoległym do dłuższej osi ciała, czarnym pręgowaniem. Prowadzi wieczorno-nocny tryb życia, wychodzi też jednak za dnia w poszukiwaniu pożywienia. W porze dziennej lyfjalli nawołują się charakterystycznymi wrzaskliwymi krzykami. Żywi się pokarmem mieszanym - mniejszymi od siebie gryzoniami, ptasimi jajami, ale także ziarnami, owocami, kłączami. Polowania na lyfjalli są powszechną rozrywką dzieci bjortari.

malala - gatunek średniego ptaka wodnego zamieszkującego okolice większych rzek i jezior oraz nadmorskie wybrzeża. Powszechnie spotykany w zimniejszych, tundrowych rejonach kontynentu. Brak wyraźnego dymorfizmu płciowego. W szacie godowej grzbiet oraz barki popielate, końce skrzydeł czarne, głowa ciemnoszara, koniec dzioba jasnopomarańczowy. W szacie spoczynkowej upierzenie białe do jasnoszarego na końcach skrzydeł.

Malavel - Pani Zim, najstarsza gharra żyjąca u stóp Gollavy. Cechował ją charakterystyczny, niemal zupełny brak cętek na futrze i heterochromia. Dla Klanu Gharra Malavel jest symbolem i legendą. Bjortari z Yrkazaanu traktują ją jako swoją patronkę, zwierzę święte dla klanu.

mroźnica - inaczej: mroźna gorączka - choroba zakaźna wieku dziecięcego, powszechna wśród młodych bjortari. Szczególnie częsta w okresach srogich zim i zlodowaceń, charakteryzuje się rozległą, drobną wysypką, zasinieniami skóry wokół swędzących zmian oraz utrzymującą się podwyższoną temperaturą. Przeważnie mija po upływie dwóch tygodni i nie ma konieczności leczenia chorego. Dorosłych dotyka sporadycznie, może trwać dłużej i przebiegać bardziej gwałtownie, zawsze stanowi dla nich zagrożenie życia.

myrkin - łowca, myśliwy.

nidi - także: łosoś nidi, czerwobrzuch - gatunek dużej ryby słodkowodnej, występujący endemicznie w rzekach i potokach Pasm Euxanirskich. Ciało o kształcie torpedowatym. Dosyć szeroka płetwa grzbietowa. Paszcza duża, silnie uzębiona. Ubarwienie szare z ciemniejszymi cętkami na bokach oraz charakterystycznie czerwonawym brzuchu.

nir - aspekt życia, jedna z trzech domen politeizmu rytualistycznego bjortari. Obejmuje cechy takie jak: determinacja, odwaga, ambicja, empatia, cierpliwość, agresja, arogancja, pewność siebie, lojalność. Jest domeną przeznaczenia, przetrwania, poszukiwania własnego miejsca, rozwoju fizycznego. Thynowie nir: Agnari, Floth, Eyjavad.

Samahel - thyn, Widzący. Reprezentuje: sprawiedliwość, winę i niewinność, karę, odkupienie, honor, obietnice. Aspekt: ikth. Przedstawienie: albinos o niewidzących oczach, często przewiązanych pasem materiału. Pod prawym okiem, na kości policzkowej, dwie pionowe smugi z grafitowego barwnika. Często trzyma w dłoni garść niedźwiedzich zębów z wyrytymi nań symbolami aspektów. Totem: niedźwiedź szary. Patronat: heidrowie, rady klanów, akolici.

skeid - długi nóż rytualny o charakterystycznie wygiętym, częściowo ząbkowanym ostrzu, z rowkiem wzdłuż całej jego długości. Rękojeść zwykle rzeźbiona, przedstawiająca totem wybranego z thynów. U nasady ostrza barwnikiem kreślony jest zwykle symbol aspektu reprezentowanego przez dzierżącego skeid rytualistę.

skiva - także: pomór wielki - gatunek dużego gada z rodziny legwanów, spotykany na skalnych wyspach wulkanicznych północnych mórz. Prowadzi dzienny tryb życia. Swą nazwę - pomór - zawdzięcza czterem gruczołom produkującym silny, stężony jad, zabójczy dla większości żywych stworzeń, w tym ludzi. Substancja jadowa jest mechanizmem obronnym skiv, nie wykorzystuje jej przy polowaniach. Żywi się rybami, drobną zwierzyną, ptasimi jajami, także morskimi wodorostami i skorupiakami. Powszechne są wyprawy łowieckie na pomory dla ich pokrytych niezwykle twardą łuską skór i wspomnianego jadu, stosowanego jako trucizna, ale też w niektórych lekach.

Skjoldivarr - thyn, Samotny. Reprezentuje: determinację, rozwagę, ambicję, empatię, honor, godną śmierć, sumienie. Aspekt: veurr. Przedstawienie: mężczyzna w średnim wieku, średniego wzrostu i przeciętnej postury. W kasztanowych włosach (rozpuszczonych lub spiętych w luźny kucyk) i brodzie tej samej barwy widoczne pasma siwizny. Ubrany w typowe odzienie myśliwskie. Dolna połowa twarzy przesłonięta czasami szerokim szalem. Towarzyszy mu duży, siwy ogar myśliwski. Totem: jeleń olbrzymi. Patronat: walczący, myśliwi, terminalnie chorzy, szeptuchy.

skyrm, skyrma - także: wiedzący, wiedząca - określenie stosowane w odniesieniu do rytualistów bjortari.

Surre - thyn, Dwulicy. Reprezentuje: odmienność, wykluczenie, dociekliwość, sumienie, wątpliwości, sprawiedliwość, dobroć. Nie przynależy do żadnego aspektu. Przedstawienie: bjortari bez wyraźnie dominujących męskich lub żeńskich cech płciowych w prostej, płóciennej szacie bez charakterystycznych barw, symboli, oznaczeń. Totem: skiva. Patronat: brak.

svadunar - specjalna forma umowy i więzi między bjortari. Ludzie gór zwykli nazywać go "świadomie wybraną rodziną" i określenie to najlepiej oddaje charakter relacji w svadunarze. Założyciel grupy jest zwyczajowo również jej przewodnikiem, za którym pozostali z własnej woli podążają i któremu się podporządkowują. Nie ma jednak jako takiej hierarchii w svadunarze, działania oparte są na wspólnych decyzjach. Bazą dla zaistnienia svadunaru jest przyjaźń tworzących go bjortari, wzajemne zaufanie i cele wspólne dla całej grupy. Założyciel svadunaru ma prawo go rozwiązać i zwolnić pozostałych z obiecanej sobie wzajemnie wierności, podobne przypadki są jednak niezmiernie rzadkie. Zwyczajowo svadunar rozwiązany zostaje dopiero w momencie śmierci jego przewodnika. Znane są sytuacje jednoczesnego zakładania nowego svadunaru przez tę samą grupę, w którym jedno z bjortari przejmuje rolę przewodnika po zmarłym.

tahalczyk, tahalka - mieszkaniec, mieszkanka Ahl'Tahal, stolicy Hadharu.

Tamer - południowo-wschodni masyw górski Heimareldu i jednocześnie nazwa największej osady w regionie. Ze względu na swe znaczne odizolowanie od Pasm Euxaniru Tamer stał się domem klanu w dużej mierze mocno niezależnego od pozostałych. Migracja bjortari w ten rejon rozpoczęła się na długo przed wojnami klanowymi. Ściągali tu głównie żądni przygód podróżnicy szukający najlepszej drogi na południe, omijającej jednak Falhas. Ponadto Tamer stał się domem dla licznych banitów i drobnych rzezimieszków niemogących dłużej pozostawać we własnych domach. Aktualnie zamieszkujący w Tamerze Klan Hangtyrana nie ma nic wspólnego ze swoimi szemranymi przodkami. Bjortari Tameru zajmują się hodowlą swych totemicznych zwierząt, wielkorogów oraz poławianiem motyli, co jest praktyką zapożyczoną z krajów południa. Pozostają także w ściślejszych niż inne klany kontaktach z Konfederacją Med'Hadhar, kultura której wywiera wyraźny wpływ na tradycje Klanu Hangtyrana.

Thorann - thyn, Śniący. Reprezentuje: pytania i odpowiedzi, dążenie do poznania prawdy, wnikliwość, ambicję, upór. Aspekt: ikth. Przedstawienie: niezbyt wysoki, ciemnowłosy, brodaty mężczyzna o wyraźnie krągłym brzuchu. Na prawej skroni ma zapleciony warkoczyk z wplecionymi weń trzema srebrnymi dzwoneczkami. Zazwyczaj zasiada na masywnym siedzisku. Zależnie od przedstawienia na oparciu fotela ma dzban pełen dimu lub lekkiego piwa. Jego strój jest rytualnym strojem heidra, pozbawionym jednak zdobień typowych dla konkretnego klanu. Totem: fjallog. Patronat: uznaje się, że Thorann jest patronem wszystkich bjortari, niezależnie od pochodzenia, wieku czy funkcji pełnionej w społeczeństwie.

thyn, thyna - także: patron, patronka totemiczna - w rytualizmie politeistycznym bjortari są najwyższą siłą opiekuńczą i sprawczą. Nie są bogami w rozumieniu pojęcia jako istot wszechmocnych, zdolnych do narzucania ludziom własnej woli i decydowania o ich losie. Posiadają zdolności przekraczające możliwości śmiertelników i zobligowali się do opieki nad plemionami bjortari. Wyróżnia się dziewięciu thynów: Agnari, Eyjavad i Floth reprezentują aspekt nir; Atyrna, Thorann i Samahel reprezentują aspekt ikth; Urgoth i Skjoldivarr reprezentują aspekt veurr, natomiast Surre nie jest przyporządkowany do żadnego z aspektów. Każdemu z thynów przypisuje się określony patronat wskazujący, komu ma szczególnie sprzyjać i pomagać.

unarok - tradycyjny rytuał przejścia w dorosłość praktykowany przez bjortari. Składa się z zestawu prób, którym muszą poddać się młodzi, by udowodnić swą dojrzałość i gotowość do udźwignięcia pełni praw i obowiązków dorosłego oraz zdolność do radzenia sobie w surowych warunkach Heimareldu. Próby obejmują m.in. spożywanie niewielkich ilości trujących ziół i owoców, by uświadomić sobie ich działanie czy wystawienie na działanie utary. Przykre doświadczenia mają symbolicznie uczulić młodych bjortari na czyhające na nich niebezpieczeństwa tak, by w przyszłości nie narażali się niepotrzebnie. Do unaroku młodzi mogą przystąpić wtedy, kiedy sami uznają, że są gotowi. Większość ludzi gór podejmuje tę decyzję między 14 a 16 rokiem życia. Zdarzają się przypadki bjortari niezdolnych do przejścia unaroku - stają się wtedy valinn, wiecznymi dziećmi, fizycznie dorosłymi, pozbawionymi jednak praw i objętych przez społeczność taką opieką, jaką objęte są kilkuletnie dzieci.

urtrok - stworzenie z legend bjortari, obecnie niespotykane. Jest rodzajem gigantycznego gada z rodzaju wiwern, którego przednie łapy przekształcone są w parę rozłożystych skrzydeł. Urtroki nie posiadają oczu - miały utracić wzrok na rzecz wyostrzenia i uczulenia pozostałych zmysłów, w szczególności wrażliwości na utarę. Front ich pyska okryty jest wydłużoną, rogową płytą; posiadają także charakterystyczny wyrostek u nasady ogona, do którego przyczepiona jest cienka błona przypominająca mały żagiel. Według historii przekazywanych sobie przez bjortari urtroki miały pojawiać się nagle nad Heimareldem i równie nagle znikać. Nie ma wzmianek, by kiedykolwiek wyrządziły ludziom krzywdę czy w ogóle podjęły jakieś działania wobec ludzi.

Urgoth - thyn, Przegrany. Reprezentuje: przeznaczenie, nieuchronność losu, szczęście i pech, przedwczesną śmierć, bezradność, brawurę, lojalność, naiwność. Aspekt: veurr. Przedstawienie: jedna połowa twarzy sparaliżowana, oko zamknięte, połowa ust wykrzywiona w grymasie; druga połowa uśmiechnięta, ciepła, uważna. Jasne włosy spięte w krótki warkocz. Jego strój pozbawiony jest ozdób i cech charakterystycznych, przypominając klasyczny, mocno znoszony strój łowiecki. Nie posiada broni. Na szyi nosi skórzany woreczek z suszonymi ziołami, fragmentami kostnymi i drobnymi minerałami. Totem: trupożer. Patronat: nieszczęśliwie polegli, walczący, hazardziści, głupcy, żałobnicy, złodzieje.

utara - także: tchnienie gór, spaczenie - rodzaj siły spotykanej na terenie Pasm Euxanirskich. Jest specyficzną formą energii oddziałującej na układ nerwowy wszystkich żyjących stworzeń. Zależnie od intensywności prądów, budzi niepokoje i lęki, aż do skrajnej paniki, miesza zmysły, powoduje omamy. Rozregulowuje pracę serca, wywołuje też niekontrolowane drżenia mięśni i zaburzenia koordynacji ruchowej. Nierzadkie były przypadki szaleństwa dotykającego dłużej narażonych na działanie utary. Tchnienie gór jest zwykle niewidoczne, czasami tylko dostrzegalne są ulotne, przypominające gęstą mgłę lub dym smugi. Utara krąży w Euxanirze w systemie prądów przypominających te morskie, sączy się także ze skalnych szczelin bądź z pęknięć gruntu. Jest zimna i lepka, drażniąca dla układu oddechowego, pozostawia ostry posmak na języku. Skyrmowie charakteryzują się wyższą odpornością na utarę, potrafią ją także dostrzegać i wykorzystywać. Sześć największych źródeł utary - gejzerów - otoczonych zostało specjalnie wysyconymi nią kręgami kamiennych monolitów spełniających funkcję bariery utrzymującej gwałtowne prądy energii wewnątrz. Nie wiadomo, ile mniejszych źródeł znajduje się w obrębie gór. Wiedzący są w stanie rozproszyć wycieki utary, zawsze jednak ma to efekt tymczasowy - dotąd nikt nie odkrył sposobu na całkowite, trwałe wyplenienie tchnienia gór. Choć niebędąca żywym stworzeniem, utara zdaje się posiadać zalążki inteligencji.

uwrażliwiacz - mieszanina ziół, które podane w odpowiednich proporcjach wzmacniają wrażliwość ludzkich zmysłów i poszerzają spektrum postrzegania. Ich działanie ma być zasługą jakiegoś typu oddziaływania między uwrażliwiaczem a utarą. Mieszanina ma ostry zapach i gorzki smak. Po kilku godzinach od jej przyjęcia powoduje stan średnio nasilonego zatrucia, które samo mija. Dolegliwości można złagodzić naparem z podstawowych ziół leczniczych. Podany poza strefą wpływów utary uwrażliwiacz prowadzi do stanu przeładowania układu nerwowego nadmiarem bodźców, co w przypadku dłuższego trwania może prowadzić do szaleństwa, poważnych uszkodzeń struktur nerwowych czy śmierci.

vaihring - w rytualistycznym politeizmie bjortari stan wiecznego potępienia po śmierci, wiążący się z pozostaniem w formie półżywej i wygnaniu w rejon wiecznej zimy - swego rodzaju płaszczyznę ponad ziemskim światem, ale odgrodzoną od ziem thynów. Jest przeciwieństwem biesiadowania przy stole Eyjavada i walki u boku Flotha. Vaihringowi podlegać mają najgorsi szubrawcy, zbrodniarze i mordercy oraz inni, których czyny uniemożliwiają im zaznanie wiecznego spokoju i chwały.

valinn - określenie bjortari, który nie przystąpił do unaroku - rytuału dojrzałości. Valinn, niezależnie od biologicznego wieku, traktowani są przez klan jako dzieci i pozbawieni są praw przysługujących dorosłym członkom klanu. Określenie dotyczy zarówno tych, którzy nie przystąpili do rytuału ze względu na okoliczności od nich niezależne (na przykład znaczne upośledzenie intelektualne), jak też tych, którzy zrezygnowali z udziału w unaroku świadomie.

varta - także: zmiennokształtny - bjortari słyszący Zew, zdolny do zmiany postaci z ludzkiej na zwierzęcą i na powrót. Nie wiadomo, kiedy pojawiła się pierwsza varta i co sprawiło, że w ogóle się pojawiła. Jedna z legend ludzi gór mówi o tym, że zmiennokształtność była darem thynów dla Idryna, który wśród swych pobratymców miał się czuć tak źle, że przez sześć nocy błagał bogów o możliwość dołączenia do swych czworonożnych przyjaciół. Thynowie, wzruszeni rozżaleniem Idryna, mieli dać mu wilcze ciało, a gdy zobaczyli, jak szczęśliwy stał się wtedy mężczyzna, pozwolili mu przekazać tę zdolność jego potomkom. W rzeczywistości jednak zmiennokształtność nie jest dziedziczna, jej występowanie wydaje się zupełnie przypadkowe. Varty żyją krócej niż pozostali bjortari, zazwyczaj w chwili śmierci nie przekraczają 100 lat. Zmiennokształtny nie wybiera sam postaci zwierzęcia, jaką będzie przyjmował - jest ona dla niego wrodzona i ujawnia się podczas pierwszej transformacji. Zwykle w jakiś sposób współgra z charakterem varty i z jej cechami.

vartahel - ten, który słyszy Zew; określenie stosowane wobec zidentyfikowanych vart, które nie przeszły jeszcze swojej pierwszej transformacji. Zmysły vartahel są tak samo wrażliwe, jak przekształconych zmiennokształtnych, słyszący jednak dopiero uczą się ich używać. Czas oczekiwania na transformację jest dla nich zwykle trudny, związany nierzadko z fizycznym bólem towarzyszącym Zewowi - mówi się, że to wewnętrzne zwierze szarpie się, drapie i gryzie, chcąc wydostać się na zewnątrz.

vegdr - tradycyjny malunek twarzy bjortari, który wojownicy nakładają z okazji ważniejszych rytuałów czy też idąc do walki. Jego złożoność zależy od dokonań zarówno na polu bitwy, podczas polowań, jak również w innych dziedzinach życia. Rozbudowana sieć rytualnych barw charakteryzuje najwybitniejszych, darzonych największym szacunkiem członków społeczności klanowych.

veurr - aspekt śmierci, jedna z trzech domen politeizmu rytualistycznego bjortari. Obejmuje cechy takie jak: lękliwość, niepewność, determinacja, sprawiedliwość, lojalność, honorowość. Jest domeną walki z własnymi słabościami i przeciwnościami losu, rozwoju duchowego, dążenia do chwały, śmierci naturalnej i przedwczesnej. Thynowie veurr: Urgoth, Skjoldivarr. Za miejsca szczególnie odpowiednie do przeprowadzania rytuałów związanych z aspektem veurr uznaje się cmentarze, mogiły, ale także domy chorych, jaskinie i wszelkiego rodzaju opuszczone budynki z kamienia.

Vilmeti - odbywające się co cztery lata zgromadzenie klanów bjortari, podczas którego omawiane są najważniejsze wydarzenia minionego okresu oraz podejmowane są decyzje dotyczące przyszłości wszystkich klanów. Podczas Vilmeti organizowane są unaroki, w czasie których wykazać mogą się młodzi z każdego z plemion - przejście rytuału dojrzałości podczas rady klanów uważa się za szczególnie chwalebne i ważne z perspektywy młodego bjortari, który może być wtedy oceniony i zauważony przez heidrów i licznych Insorv. Trwająca zwykle kilka dni rada kończy się zwyczajowo wielką biesiadą, podczas której organizowane są zawody w różnych dziedzinach - m.in. zapasach czy rzutach toporkami. Pierwsze Vilmeti odbyło się po zakończeniu wojen klanowych. Od tego czasu rolę gospodarza rady pełni przechodnio każdy z klanów, co ma podkreślić zrównanie pozycji wszystkich plemion.

volh - dosłownie "ruszaj", komenda wywołująca atyra do ataku.

Zew - wrodzona przypadłość zmiennokształtnych bjortari. Według ludzi gór jest to manifestacja obecności zwierzęcia uwięzionego w ludzkim ciele, szukającego sposobu na uwolnienie się. Dotkniętego Zewem - czy też słyszącego Zew, jak zwykle mówiono - charakteryzowała większa pobudliwość, łatwa drażliwość, czasem agresja. Typowy był też zwiększony apetyt na surowe mięso bądź potrawy roślinne (zależnie od późniejszej postaci, jaką miał przyjmować varta). Zew jest przypadłością początkowo niekontrolowaną. Szkolenie z panowania nad nim uznaje się za najważniejsze, jakie musi przejść varta.