Rozdział II
Nastał pewien wtorek. Spojrzałem w blask słońca. Obserwowało moją nagość i bezbronność w obliczu nie do końca przespanej nocy. Wstałem bez uśmiechu. Założyłem kapcie i udałem się do łazienki, by znowu w lustrze zobaczyć tego samego człowieka - tę zmorę, na którą w średniowieczu wieśniacy mogliby polować bez żadnego problemu.
Czekał mnie ciężki dzień - musiałem udać się do szpitala, aby lekarze zrobili mi badania i potwierdzili, czy wszystko jest ze mną w porządku. Czułem, że nawet jeśli wyniki okażą się w porządku, coś było jednak nie w porządku. Miałem dziś okropny koszmar, z którym walczyłem całą noc i który niejednokrotnie mnie budził, bym potem znowu cierpiał.
Widziałem swojego ojca, jak coś do mnie krzyczał. Staliśmy oddaleni od siebie kilkaset metrów. Biel roznoszącego się nad nami nieba uniemożliwiała mi swobodną obserwację jego sylwetki - czasami miałem wrażenie, jakby ta biel go pożerała. Jakby on w tej bieli się chował, a ja, bezbronny, nie mogłem do niego podejść, nie mogłem odkrzyknąć... nie mogłem nic.
W pewnej chwili wszystko zgasło. Zjawiliśmy się w jakimś szpitalu. On leżał w łóżku, ciężko oddychał i smutnymi oczami próbował mi przekazać, że jest mu ciężko. Czułem (nie czując) jego chłodną dłoń, która swobodnie spacerowała po mojej ręce opartej o brzeg łóżka. Znowu nie mogłem niczego powiedzieć. Panowała głośna cisza, która dobitnie dowodziła, że ojciec już jest na skraju śmierci. Ale czemu umierał? - nie mam pojęcia. Jednak to mną wstrząsnęło. Za każdym razem, gdy się budziłem, mózg mnie zmuszał, bym na nowo patrzył na to samo. By dalej ten obraz widniał przed potrzebującymi snu oczami. Nie rozumiem tego wszystkiego.
W ciągu dnia byłem nieobecny - i to właśnie za sprawą tego snu. W głębi pragnąłem, by ktoś mnie przytulił, ale nie miałem nikogo, więc przytuliłem samego siebie. Skrzyżowałem ręce i ułożyłem je w taki sposób, by imitowały, jakby ktoś się w tamtym momencie we mnie wtulał. Nie czułem zupełnego spełnienia, ale przynajmniej w pewnym stopniu uspokoiłem swój ból - ból, który kierował moimi emocjami; który bezgranicznie krzyczał i powodował, że byłem blisko, by samemu zacząć krzyczeć.
KRZYK. Tego potrzebowałem, ale nie krzyknąłem. Z milczeniem słuchałem własnych myśli, które jak huragan szalały po mojej głowie. Z oczu wypłynęła łza - tak mnie to bolało. Przecież ta skóra nie powinna aż tak reagować na przepływ słonej kropelki... a jednak bardzo bolało.
Do wizyty w szpitalu zostały trzy godziny. Obliczyłem sobie, że najlepiej będzie, jeśli godzinę wcześniej wyjdę z mieszkania. Pojadę komunikacją miejską, chwilę się przejdę, a potem przeczekam w kolejce (gdyby jakaś była). Przez te dwie godziny postanowiłem oddać się kontemplacjom.
Po zjedzeniu małego śniadania w ciszy usiadłem na łóżku i zacząłem myśleć. Myślałem tylko o złych rzeczach. Nie widziałem jakiegokolwiek pozytywnego aspektu tego dnia. Pragnąłem płakać, ale nie mogłem. Nie wiem... ten koszmar, ten stres, ta samotność. Ten brak kogokolwiek, ten brak czegokolwiek, ta pustka. Na suficie moich powiek malowałem sobie wszystkie obrazy, które przedstawiały coś smutnego. Jak leżałem w szpitalu, jak nie poszedłem na pogrzeb najbliższych (najbliższych). Po prostu jakoś się złamałem. Trochę to wyglądało tak, jakby ktoś złamał rurkę z kremem i zaczęło z niej wszystko wypływać, po czym została w niej pustka. To byłem ja. Emocje (jako krem) ciągłe wypływały i choć czułem, że pustoszeję, to proces ten zdawał się o wiele dłuższy, niż pierwotnie zakładałem.
Pragnąłem się do kogoś przytulić. Do mojej babci, która mieszkała kilka ulic stąd. Ale nie byłem w stanie do niej przyjść w takim stanie. Jeszcze by mnie otoczyła opieką... ale ja się tego tak boję... Najwyraźniej boję się opieki, a jednak tak jej potrzebuję... Jestem skomplikowanym człowiekiem. Jestem jak włóczka, którą bawi się kot. Każdy fragment nici trafia w inne strony, wszystko się plącze, kot mną rzuca i jeszcze miauczy, a ja - z zorganizowanej struktury stałem się bezhołowiem.
Czemu choć mogę w każdej chwili pójść do babci i jej wszystko powiedzieć, to po prostu nie umiem? Gdzie leży problem? A może ja - jako całość - jestem problemem? Najwyraźniej taki mój los - dziękuję Szanownemu Panu Sobie za to, jakim jestem głąbem.
Och i och, i och. Ciągle tylko się nad sobą użala.
No dobrze, to w takim razie pomińmy kolejną godzinę spędzoną w mieszkaniu i przejdźmy do podróży do szpitala i pobytu w nim.
Wyszedłem chwilę przed dwunastą. Dwie minuty po dwunastej miałem autobus pod sam szpital. Przed wyjściem założyłem na głowę kominiarkę, żeby nikt się mną zbytnio nie zainteresował. Była bawełniana, w dodatku dość przewiewna i dzięki niej mogłem choć udawać, że jestem zwykłym człowiekiem. Mało kto zwracał uwagę na kolesia w kominiarce, a tym bardziej, gdy na dworze temperatury zbliżały się do zera. Oczywiście gdybym choć lekko odsłonił twarz, to stałbym się swoistą sensacją dla mijających mnie przechodniów. Prawda jest taka, że nie chciałem tworzyć sobie niepotrzebnego stresu.
Jadąc autobusem, obserwowałem oczami siedzących nieopodal mnie pasażerów (a dokładniej tych, których miałem w zasięgu wzroku). Robiłem to potajemnie, by nikt mi nie zwrócił uwagi, że (przykładowo) szpieguję. Dwa siedzenia przede mną usadowiły się matka z córką. Dziewczynka miała, na oko, siedem - osiem lat, jej mama również wyglądała na dość młodą. Siedziały odwrócone do mnie plecami, dlatego trudno mi było zorientować się, jakie emocje im towarzyszyły podczas tej krótkiej jazdy autobusem. Mimo wszystko starałem się wyobrażać sobie, że mama jest dość zmęczona, a dziewczynka próbuje pozwolić jej się zrelaksować poprzez milczenie. Co szczególnie przykuło moją uwagę, to główka dziewczynki, która opierała się o ramię mamy. Najwyraźniej dla obu to komfortowa pozycja. W głębi czułem, że gdybym teraz miał przy sobie mamę, to też tak bym się położył na jej ramieniu. Nie obchodziłoby mnie to, co ktoś sobie pomyśli. Miałbym gdzieś uwagi typu: A pani syn nie jest za duży, by tak się czulić w miejscu publicznym? Dla mnie najważniejsze byłoby, żeby mama poczuła, że jej ufam; że nie wstydzę się jej i nie chcę się od niej oddalać. Tak jej teraz pragnąłem obok siebie...
Równolegle do mnie - po drugiej stronie przejścia - siedział pewien starszy pan. Ubrany w ciemny płaszcz, który wyglądał, jakby przeżył dobre czterdzieści lat, oraz niedużą, czarną czapkę. W jednym uchu miał słuchawkę, z której prawdopodobnie wydobywała się muzyka. Muzyka, która pozwoliła mu się uspokoić i nie myśleć o jakichkolwiek problemach. Widziałem ułamek jego twarzy, z której dało sie wywnioskować, że jest zrelaksowany, a zarazem skupiony na samochodach mijających autobus. Widoczne zmarszczki, wory pod oczami i bladość jego skóry powodowały, że wyglądał jak swoisty weteran życia. Miało się wrażenie, jakby przeżył kilka wojen, a teraz próbował odpocząć od ciężaru egzystencji. Każdy jego oddech zbliżał go do nieuchronionej śmierci - czegoś, z czym nie chciał zostać zapoznany. Jakby odejście z tego świata nie było dla niego czymś oczywistym. Zapewne próbował rozładować się poprzez kojące dźwięki ulubionej muzyki, która przepływała przez jego kruche ciało.
Po dwudziestu minutach znalazłem się na przystanku, na którym wysiadłem. Nie był usytuowany przy szpitalu. Postanowiłem wysiąść dwa przystanki wcześniej, aby wybrać się na niedługi spacer. Otaczały mnie wysokie bloki, a przede mną rozciągała się ścieżka okryta kostką.