ROZDZIAŁ 1
Charlie! - John przedzierał się przez
gruzy do miejsca, gdzie się znajdowała, krztusząc się pyłem poderwanym
przez wybuch. Pozostałości ścian przesuwały mu się pod stopami, a gdy
nadepnął na kawał betonu, zachwiał się i ledwie utrzymał na nogach.
Złapał się połamanej nawierzchni i zdarł sobie ręce do krwi. Dotarł tam,
do miejsca, w którym była ona - czuł pod zwałami jej obecność. Ujął
olbrzymi kawałek betonu i zaczął go z całej siły ciągnąć. Zdołał go
unieść i przewrócić na bok; beton zsunął się z hukiem, aż zatrzęsła się
ziemia. Nad jego głową zgrzytnęła metalowa belka i zadrżała
niepokojąco.
- Charlie! - John znów wykrzykiwał jej imię, usuwając kolejny kawałek
betonu. - Charlie, nadchodzę!
Z trudem łapał powietrze, rozkopując resztki domu z desperacką siłą,
wzmocnioną przez adrenalinę, ale i adrenalina już się kończyła.
Zacisnął zęby i parł naprzód. Ręce mu się poślizgnęły, gdy próbował
poderwać kolejny kawałek ściany, a gdy spojrzał w dół, uświadomił sobie
zszokowany, że wszędzie zostawia plamy krwi. Otarł dłonie o dżinsy i spróbował jeszcze raz. Tym razem odłamek betonu poruszył się, a on oparł
go o uda, odsunął się o trzy kroki, po czym upuścił go na kupę gruzu.
Upadając na stertę, beton rozbił leżące pod spodem kamienie oraz kawałki
szkła, wywołując tym samym lawinę. Wtedy, ledwo słyszalny przez cały ten
hałas, rozległ się szept:
- John...
- Charlie. - Serce przestało mu bić, gdy odezwał się do niej, a gruz
znów zadrżał mu pod stopami.
Tym razem się przewrócił i upadł na plecy z takim impetem, że aż
stracił oddech. Próbował oddychać, ale płuca odmawiały mu posłuszeństwa.
W końcu zdołał nabrać powietrza. Usiadł. Kręciło mu się w głowie. I wtedy zobaczył, co odsłoniło osuwisko: był w małym ukrytym pokoju w rodzinnym domu Charlie. Przed nim widać było gładką metalową ścianę.
Pośrodku znajdowały się drzwi. Widział tylko ich obrys, bez zawiasów i klamki, ale wiedział, co to było, ponieważ wiedziała o tym Charlie.
Pamiętał, że podczas ich ucieczki zatrzymała się w tym miejscu i przycisnęła policzek do ściany, wołając do kogoś - albo czegoś - w środku.
- John... - Znów wyszeptała jego imię, a dźwięk ten zdawał się dochodzić
ze wszystkich stron jednocześnie, odbijając się od ścian pomieszczenia.
John poderwał się na równe nogi i przycisnął ręce od drzwi. Były zimne
w dotyku. Przyłożył do nich policzek, dokładnie tak, jak wcześniej
Charlie, a one stały się jeszcze zimniejsze, jakby wysysały ciepło z jego skóry. Odsunął się i roztarł zmarzniętą twarz, wciąż wpatrując się
w lśniący metal, który na jego oczach zaczął szarzeć. Kolor drzwi bladł,
a następnie one same zaczęły się robić coraz cieńsze. Zanikały i zanikały, aż wreszcie zaczęły wyglądać jak matowe szkło. Za nimi John
ujrzał cień, jakąś postać, która się przysunęła, a drzwi zrobiły się tak
przeźroczyste, że prawie mógł ją zobaczyć. Podszedł bliżej, podobnie jak
postać z drugiej strony drzwi. Miała gładką i lśniącą twarz, a oczy
niczym posąg, wyrzeźbione, ale niewidzące. John popatrzył przez drzwi,
na których od jego oddechu zrobiła się ledwie widoczna mgiełka. I nagle
te oczy się otworzyły.
Postać stała przed nim spokojnie, wpatrując się w przestrzeń. Jej oczy
były zamglone i nieruchome - martwe. Ktoś roześmiał się gwałtownie,
ponuro, a odgłos ten odbił się echem po niedużym zaplombowanym
pomieszczeniu. John rozejrzał się wokół, szukając źródła dźwięku. Śmiech
stawał się coraz głośniejszy. John nie mógł go już dłużej znieść i zasłonił uszy rękami.
- CHARLIE! - krzyknął znowu.
* * *
John poderwał się na łóżku. Serce mu waliło - śmiech słychać było dalej,
jakby podążył za nim ze snu. Zdezorientowany chłopak rozejrzał się po
pokoju, aż spojrzał na telewizor, którego ekran wypełniała wymalowana
twarz klauna, śmiejącego się do rozpuku. John wstał i roztarł policzek w miejscu, gdzie dotykał do niego zegarek. Spojrzał na godzinę i odetchnął
- miał akurat tyle czasu, by zdążyć do pracy. Usiadł z powrotem i nabrał
tchu. Na ekranie telewizora dziennikarz miejscowej telewizji kierował
mikrofon w stronę mężczyzny przebranego za cyrkowego klauna, z wymalowaną twarzą, czerwonym nosem i peruką we wszystkich kolorach
tęczy. Klaun miał na szyi kołnierz, który wyglądał, jakby pochodził z renesansowego obrazu. Miał też żółty kostium, z czerwonymi pomponami
zamiast guzików.
- Proszę mi powiedzieć - odezwał się wesoło dziennikarz. - Miał pan już
ten kostium, czy zrobił go pan specjalnie na wielkie otwarcie?
John wyłączył telewizor i poszedł pod prysznic.
Był tu już cały dzień, ale wciąż nie mógł znieść tego hałasu - stukanie
i dzwonienie przerywane krzykami, a od czasu do czasu jeszcze
wstrząsający stukot młotów pneumatycznych. John zamknął oczy, próbując
się od tego odciąć - w piersi czuł wibracje, które wprost go wypełniały.
W pewnej chwili wśród całego tego hałasu w uszach znów mu rozbrzmiał ten
okropny śmiech. Przypomniał sobie postać ze snu, tuż poza zasięgiem
wzroku, i poczuł, że gdyby tylko odwrócił w tym momencie głowę,
zobaczyłby twarz zza drzwi...
- John!
John odwrócił się. O krok od niego stał Luis i patrzył na niego z niepokojem.
- Wołałem cię ze trzy razy - powiedział.
John wzruszył ramionami i wskazał ręką na otaczający ich chaos.
- Słuchaj, chłopaki idą później na miasto, dołączysz się? - zapytał
Luis.
John się zawahał.
- No, dalej, dobrze ci to zrobi... nic tylko pracujesz i śpisz. -
Roześmiał się dobrodusznie i klepnął Johna w ramię.
- Dobrze mi to robi - powtórzył John z uśmiechem, po czym opuścił wzrok
i spoważniał. - Po prostu ostatnio tyle się dzieje.
Próbował mówić przekonująco.
- Jasne, tyle się dzieje. Daj znać, jakbyś zmienił zdanie. - Luis
klepnął Johna po ramieniu i ruszył z powrotem do wózka widłowego.
John popatrzył za nim. Nie po raz pierwszy odrzucił jego propozycję. Ani
nie drugi czy trzeci. I przyszło mu do głowy, że w końcu przestaną
próbować. W pewnym momencie po prostu zrezygnują. Może i lepiej.
- John! - rozległ się inny głos.
Co tym razem?
To był majster. Krzyczał do niego z drzwi swojej kanciapy - przyczepy,
którą sprowadzono na czas budowy i która stała niebezpiecznie blisko
skraju sterty żwiru.
John powoli przeszedł przez budowę i otworzył siatkowe drzwi przyczepy.
Chwilę później stał już naprzeciw majstra, oddzielony od niego składanym
stolikiem. Plastikowa wykładzina naśladująca drewno pod ścianami
odłaziła od podłogi.
- Chłopaki mówią, że jesteś jakiś rozkojarzony.
- Po prostu skupiam się na pracy i tyle - odparł John, zmuszając się do
uśmiechu, by nie okazać frustracji.
Olivier uśmiechnął się bez przekonania.
- Skupiony - powtórzył.
Zaskoczony John przestał się uśmiechać.
Oliver westchnął.
- Słuchaj, dałem ci szansę, ponieważ twój kuzyn powiedział, że jesteś
dobrym pracownikiem. Zignorowałem to, że porzuciłeś poprzednią pracę i nigdy do niej nie wróciłeś. Wiesz, że ryzykowałem?
John przełknął z trudem ślinę.
- Tak, proszę pana. Wiem.
- Przestań z tym "proszę pana". Po prostu mnie posłuchaj.
- Przecież robię to, co mi się każe. Nie rozumiem, w czym jest problem.
- Wolno reagujesz. Wyglądasz tak, jakbyś śnił na jawie. Nie jesteś
częścią zespołu.
- Co?
- To jest praca na budowie. Jeśli bujasz w obłokach i nie myślisz o bezpieczeństwie innych, komuś może stać się krzywda, ktoś może nawet
zginąć. Nie mówię, że macie sobie nawzajem opowiadać swoje sekrety czy
zaplatać warkoczyki. Mówię, że masz być częścią zespołu. Muszą ci ufać,
że nie zawiedziesz ich w potrzebie.
John ze zrozumieniem skinął głową.
- John, to dobra praca. I myślę, że oni są dobrymi facetami. Ostatnimi
czasy o pracę nie jest łatwo i musisz się na niej skupić. Bo jeśli znów
zobaczę, że bujasz w obłokach... cóż, po prostu nie stawiaj mnie w podobnej sytuacji. Jasne?
- Tak, jasne - wydukał John.
Nie poruszył się. Stał tak na wyświechtanej brązowej wykładzinie, jakby
czekał, aż zostanie odprawiony.
- Dobra, wynocha.
John wyszedł. Bura zajęła ostatnie minuty jego dnia pracy. Pomógł
Siergiejowi uprzątnąć jakiś sprzęt, po czym rzucił cicho "na razie" i ruszył do swojego samochodu.
- Hej! - zawołał za nim Siergiej.
John się zatrzymał.
- Ostatnia szansa!
- Ja... - John zamilkł, gdy kątem oka zauważył Olivera. - Może następnym
razem.
Siergiej był jednak uparty.
- No weź, to moja wymówka, żeby nie musieć iść do tego nowego miejsca
dla dzieciaków, córka prosi mnie o to od tygodnia. Zabiera ją tam Lucy,
ale mnie te roboty przerażają.
John się zatrzymał. Wokół zapadła cisza.
- Jakie miejsce? - zapytał.
- To co, idziesz? - powtórzył Siergiej.
John cofnął się o kilka kroków, jakby podszedł za blisko przepaści.
- Może innym razem - powiedział i stanowczym krokiem udał się do
samochodu.
Auto było stare, brązowoczerwone, i może za czasów liceum byłoby fajne.
Teraz tylko mu przypominało, że wciąż jest dzieciakiem, który nie ruszył
naprzód, było oznaką statusu, która w ciągu ostatniego roku zamieniła
się w powód do wstydu. Usiadł ciężko, a z boków siedzenia uniósł się
obłoczek kurzu. Ręce mu się trzęsły.
- Ogarnij się! - Zamknął oczy i zacisnął ręce na kierownicy, by się
uspokoić. - Życie toczy się dalej i dasz sobie radę - wyszeptał, po czym
otworzył oczy i westchnął. - Zabrzmiało jak kiepski tekst mojego taty.
Odpalił auto.
Drogę do domu powinien pokonać w dziesięć minut, ale wybrał trasę, która
zajęła mu prawie pół godziny, jako że omijała miasto. W ten sposób nie
ryzykował spotkania z ludźmi, z którymi nie chciałby rozmawiać. A co
ważniejsze z tymi, z którymi by chciał. Bądź częścią zespołu. Nie
potrafił zmusić się do niechęci wobec Olivera. John nie był częścią
zespołu, już nie. Przez prawie sześć miesięcy poruszał się na trasie
praca-dom, niczym pociąg na szynach, czasem tylko zbaczał po jakieś
zakupy spożywcze, ale niewiele więcej. Odzywał się wyłącznie wtedy,
kiedy musiał. Unikał kontaktu wzrokowego. Podskakiwał, gdy ktoś się do
niego odezwał, bez względu na to, czy to jego współpracownicy mówili mu
cześć, czy obcy pytali o godzinę. Odpowiadał, ale coraz lepiej szło mu
mówienie i odchodzenie w tym samym momencie. Zawsze był grzeczny, a zarazem dawał do zrozumienia, że gdzieś się śpieszy, a jeśli zaszła taka
potrzeba, nagle odwracał się w przeciwną stronę. Czasami miał wrażenie,
że znika, a gdy ktoś mu przypominał, że nadal go widać, ogarniały go
zawód i irytacja.
Skręcił na parking przed swoim domem, piętrowym budynkiem, tak naprawdę
nieprzeznaczonym na długoterminowy wynajem. W biurze zarządcy świeciło
się światło - przez miesiąc próbował ustalić godziny otwarcia, aż w końcu zrezygnował, dochodząc do wniosku, że po prostu nie ma żadnych
zasad.
Złapał kopertę ze schowka na rękawiczki i ruszył w stronę drzwi.
Zapukał, ale nie dostał odpowiedzi, chociaż w środku wyraźnie słychać
było jakiś ruch. Znów zapukał. Tym razem drzwi się uchyliły. Wyjrzała
starsza kobieta o cerze zapamiętałej palaczki.
- Cześć, Delio. - John się uśmiechnął.
Nie odpowiedziała uśmiechem.
- Czek z czynszem. - John podał jej kopertę. - Wiem, że się spóźniłem.
Byłem wczoraj, ale nikogo nie było.
- Podczas godzin urzędowania? - Delia ostrożnie zajrzała do koperty,
jakby się bała, co odkryje w środku.
- Światło się nie paliło, więc...
- Więc to nie były godziny urzędowania. - Delia pokazała zęby, ale nie
był to prawdziwy uśmiech. - Widziałam, że powiesiłeś roślinę - dodała
gwałtownie.
- A tak. - John spojrzał przez ramię w stronę swojego mieszkania, jakby
mógł je dostrzec z miejsca, w którym stali. - Miło jest się czymś
opiekować, prawda?
John znów próbował się uśmiechnąć, ale szybko zrezygnował, przytłoczony
oceniającym spojrzeniem.
- Tak można, prawda? Mieć roślinkę?
- Możesz mieć roślinkę. - Delia cofnęła się o krok i wyglądało na to, że
zamierza zamknąć drzwi. - Po prostu ludzie zwykle tu nie osiadają.
Zwykle jest dom, potem żona, a dopiero potem roślinka.
- Jasne. - John spuścił wzrok. - To był po prostu ciężki... - zaczął, ale
drzwi zatrzasnęły mu się przed nosem - ...rok.
John zapatrzył się przez chwilę na drzwi, po czym ruszył do mieszkania
znajdującego się na parterze z przodu budynku, będącego jego własnością
przez następny miesiąc. Apartament składał się z sypialni, pokoju
dziennego połączonego z aneksem kuchennym i łazienki. Kiedy wychodził,
zostawiał odsłonięte okna, by pokazać, że nic nie posiada - w okolicy
często dochodziło do włamań, więc wydawało mu się, że dobrze będzie
poinformować, iż nie ma tu czego ukraść.
Kiedy wszedł, starannie zamknął za sobą drzwi i zasunął łańcuch. W środku było chłodno, ciemno i cicho. Westchnął i roztarł skronie. Wciąż
bolała go głowa, ale zaczął się do tego przyzwyczajać.
Mieszkanie było słabo umeblowane - tak je zastał - a jedyne, co dodał od
siebie, to cztery kartony pełne książek, stojące przy ścianie pod oknem.
Spojrzał na nie z zawodem. Poszedł do sypialni i usiadł na łóżku, a sprężyny zgrzytnęły pod jego ciężarem. Nie włączał światła. Przez małe
brudne okno nad jego łóżkiem wpadało go wystarczająco wiele.
Popatrzył w stronę komody i zobaczył znajomą twarz - głowę pluszowego
królika, pozbawioną ciała.
- Co dziś robiłeś? - zapytał John, wpatrując się w oczy pluszaka, jakby
ten mógł go rozpoznać.
Teodor patrzył tylko niewidzącymi oczami.
- Wyglądasz okropnie, gorzej ode mnie. - John się podniósł i podszedł do
głowy królika.
Nie był w stanie zignorować zapachu naftaliny i brudnego materiału.
Uśmiech zniknął mu z twarzy. Złapał królika za uszy i podniósł go do
góry. Pora cię wyrzucić. Myślał o tym prawie codziennie. Zacisnął
zęby, po czym ostrożnie odstawił głowę na komodę i odwrócił się, nie
chcąc już na nią patrzeć.
Zamknął oczy, nie oczekując snu, ale mając na niego nadzieję.
Poprzedniej nocy nie spał dobrze, wcześniejszej też nie. Zaczął bać się
snu. Odsuwał go, jak tylko się dało - chodził na długie spacery, wracał
późno i próbował czytać albo tylko wpatrywał się w ścianę. Ten schemat
był frustrujący. Złapał poduszkę i poszedł z powrotem do pokoju
dziennego. Położył się na kanapie i przerzucił nogi przez podłokietnik,
by się na niej zmieścić. Cisza w małym mieszkaniu zaczynała dzwonić mu w uszach, sięgnął więc po leżącego na podłodze pilota i włączył telewizor.
Ekran był czarno-biały, a odbiór okropny. Z trudem rozpoznawał twarze
przez zakłócenia, ale rozmowa, która wyglądała na talk show, była szybka
i wesoła. Ściszył, oparł się wygodnie i tkwił tak, wpatrując się w sufit
i jednym uchem słuchając telewizora, aż zasnął.
Jej ramię było bezwładne - to była jej jedyna część wystająca z poskręcanego metalowego kadłuba. Krew spływała strumyczkami po jej
skórze i tworzyła na ziemi małe jeziorko. Charlie odeszła. Gdy o tym
pomyślał, wciąż mógł usłyszeć jej głos:
- Nie puszczaj! John! - zawołała moje imię.
A potem to coś... zadrżał, przypominając sobie dźwięk zatrzaskującego się
i miażdżącego swoją zawartość animatronicznego kadłuba. Wpatrywał się w pozbawione życia ramię Charlie tak, jakby świat wokół nich zniknął, a gdy powtarzał te odgłosy w głowie, jego myśli zeszły na nieproszony tor
- odgłosy miażdżenia to były jej kości. A rozrywania wszystko
pozostałe.
John nagle otworzył oczy. Kilka metrów od niego widownia w studiu śmiała
się. Spojrzał na telewizor, a jego obraz i dźwięk przywróciły go do
przytomności.
Usiadł i pokręcił głową, by rozprostować kark - kanapa była za mała,
więc musiał kulić plecy. Bolała go głowa, był wyczerpany, ale
niespokojny, a zastrzyk adrenaliny wciąż płynął w jego żyłach. Wyszedł
na dwór, starannie zamknął za sobą drzwi i odetchnął nocnym powietrzem.
Ruszył wzdłuż drogi, w stronę miasta i tego, co jeszcze będzie w nim
otwarte. Latarnie przy szosie były rzadko rozstawione i nie było
chodnika, a tylko wąskie bite pobocze. Mijało go niewiele samochodów,
ale gdy jakieś się pokazywały, wyskakując zza zakrętów lub pagórków,
oślepiały go światłami i przemykały z taką prędkością, że czasem z trudem utrzymywał równowagę. Zauważył, że podchodzi coraz bliżej drogi,
mało entuzjastycznie grając w cykora. Gdy schodził z pobocza zbyt daleko
na drogę, zawsze z rozmysłem wracał na nie znowu i za każdym razem czuł
skryty zawód, że to robi.
Kiedy zbliżał się do miasta, w ciemności znów rozbłysły światła, a on
osłonił oczy i odsunął się od szosy. Ten samochód, mijając go, zwolnił,
po czym nagle się zatrzymał. John odwrócił się i ruszył w jego stronę,
gdy otworzyło się okno kierowcy.
- John? - zwołał ktoś ze środka.
Kierowca wrzucił wsteczny i samochód na chybił trafił zaczął się cofać
na pobocze. John odskoczył na bok. Z auta wysiadła kobieta i zrobiła w jego stronę kilka kroków, jakby chciała go uściskać, ale on ani drgnął.
Stał z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała, dopóki się nie zatrzymała.
- John, to ja! - Uśmiech na twarzy Jessiki szybko znikał. - Co ty tu
robisz?
Miała na sobie koszulkę z krótkim rękawem i zaczęła rozcierać zmarznięte
ramiona, rozglądając się po prawie pustej drodze.
- Cóż, mógłbym spytać o to samo - odparł, jakby go o coś oskarżała.
Jessica wskazała na coś nad jego ramieniem.
- Benzyna. - Uśmiechnęła się do niego promiennie, a on nie mógł się
powstrzymać i odpowiedział tym samym. Prawie zapomniał o tej jej
umiejętności, polegającej na rozsiewaniu gejzerów radości.
- Jak się masz? - zapytała ostrożnie.
- Dobrze. Głównie pracuję. - Skinął głową na swoje zakurzone ubranie,
którego nie chciało mu się zmienić. - A co nowego u ciebie? - zapytał i nagle uświadomił sobie absurdalność tej rozmowy przy mijających ich
samochodach.
- Naprawdę muszę lecieć, dobranoc. - Odwrócił się i zaczął odchodzić,
nie dając jej czasu na odpowiedź.
- Tęsknię za tobą - zawołała Jessica. - I ona też.
John zatrzymał się i zaczął kopać ziemię czubkiem buta.
- Słuchaj... - Jessica podeszła do niego szybko. - Carlton przyjeżdża na
kilka tygodni. Są ferie wiosenne. Spotykamy się wszyscy razem.
Jessica czekała z niecierpliwością, ale nie odpowiedział.
- Nie może się doczekać, aż pokaże nam swój nowy wielkomiejski styl -
dodała wesoło. - Kiedy rozmawiałam z nim przez telefon w zeszłym
tygodniu, udawał brookliński akcent, by sprawdzić, czy zauważę.
Zmusiła się do śmiechu. John uśmiechnął się słabo.
- Kto jeszcze będzie? - zapytał, patrząc wprost na nią po raz pierwszy,
od kiedy wysiadła z samochodu.
Jessica zmarszczyła brwi.
- John, musisz z nią kiedyś porozmawiać.
- A to czemu? - zapytał gwałtownie i znów odszedł na parę kroków.
- John, zaczekaj! - Usłyszał, jak zaczyna za nim biec.
Szybko go dogoniła i zrównała z nim krok.
- Mogę tak cały dzień - ostrzegła, ale nie odpowiedział. - Musisz z nią
porozmawiać.
Spojrzał na nią z ukosa.
- Charlie nie żyje - odparł ostro, a słowa te dławiły go w gardle.
Wiele czasu minęło, od kiedy wypowiedział to na głos. Jessica zatrzymała
się. On szedł dalej.
- To chociaż porozmawiaj ze mną!
Nie odpowiedział.
- Krzywdzisz ją - dodała.
Zatrzymał się.
- Nie rozumiesz, co jej robisz? Po tym, przez co przeszła? John, to
szaleństwo. Nie wiem, co ta noc zrobiła z tobą, ale wiem, co zrobiła z Charlie. Nie sądzę, aby cokolwiek bolało tak bardzo jak to, że nie
chcesz z nią rozmawiać. I mówisz, że ona nie żyje.
- Widziałem, jak umierała. - John zapatrzył się na światła miasta.
- Nieprawda - odparła Jessica, po czym się zawahała. - Słuchaj, martwię
się o ciebie.
- Jestem po prostu zagubiony. - John odwrócił się do niej. - I po tym,
przez co przeszedłem, po tym, przez co przeszliśmy, to wcale nie jest
nietypowa reakcja.
Poczekał chwilę na jej odpowiedź, po czym odwrócił wzrok.
- Rozumiem to, naprawdę. Też myślałam, że ona nie żyje. - John otworzył
usta, by coś powiedzieć, ale Jessica mówiła dalej. - Myślałam, że nie
żyje, a ona pojawiła się, żywa!
Jessica pociągnęła Johna za rękę, aż w końcu spojrzał jej w oczy.
- Widziałam ją - powiedziała łamiącym się głosem. - Rozmawiałam z nią.
To ona. A to... - Puściła jego ramię i machnęła na niego ręką, jakby
rzucała czar. - To, co robisz, to właśnie ją zabija.
- To nie ona - wyszeptał John.
- Dobra - warknęła Jessica i odwróciła się na pięcie.
Wróciła do samochodu i kilka chwil później znów wyjechała na drogę i zawróciła z piskiem opon. John ani drgnął. Jessica minęła go z rykiem
silnika, po czym zatrzymała się gwałtownie i cofnęła do niego.
- Spotykamy się w domu Claya w sobotę - powiedziała zmęczonym głosem. -
Proszę.
Spojrzał na nią. Nie płakała, ale oczy jej lśniły, a twarz miała
czerwoną. Skinął głową.
- Może.
- Tyle mi wystarczy. Do zobaczenia! - zawołała i odjechała, nie mówiąc
nic więcej, a silnik jej auta ryczał w nocnej ciszy.
- Powiedziałem "może" - wymamrotał w ciemnościach John.
ROZDZIAŁ 2
Ołówek zgrzytał o papier, gdy mężczyzna
przy biurku starannie wypełniał formularz. Zatrzymał się nagle, czując,
jak zaczyna mu się kręcić w głowie. Litery na stronie rozmazały się,
poprawił zatem okulary do czytania. Nic to nie dało, więc je zdjął i potarł oczy. A potem, równie nagle, jak się pojawiły, zawroty głowy
zniknęły. Pokój znów stał prosto, a słowa na stronie były idealnie
czytelne. Podrapał się po brodzie, wciąż zaniepokojony, po czym zaczął
pisać. Rozległ się dzwonek i ktoś otworzył frontowe drzwi.
- Słucham pana? - rzucił, nie podnosząc wzroku.
- Chciałabym się rozejrzeć po złomowisku - rozległ się delikatny kobiecy
głos.
- Och, przepraszam panią. - Mężczyzna podniósł wzrok i uśmiechnął się,
po czym wrócił do wypełniania formularza. - Złom jest po pięćdziesiąt
centów za funt - mówił, nie przestając pisać. - Jeśli znajdzie pani
konkretną część, to czasem więcej, ale to się zobaczy, jak pani wróci.
Proszę się rozejrzeć. Musi pani mieć własne narzędzia, ale możemy pomóc
przy ładowaniu, jak będzie pani gotowa.
- Szukam czegoś konkretnego... - kobieta spojrzała na niego z góry,
przyglądając się plakietce z imieniem - ...Bob - dodała po chwili.
- Cóż, nie wiem, co pani powiedzieć. - Odłożył ołówek, odchylił się na
fotelu i założył ręce za głowę. - To śmietnik. - Roześmiał się. -
Staramy się przynajmniej oddzielić resztki samochodów od puszek, ale
widzi pani, jak to wygląda.
- Bob, przyjęliście tu kilka ciężarówek metalowego złomu tego dnia, z tego miejsca. - Kobieta położyła na formularzu Boba kartkę papieru.
Bob wziął ją, poprawił okulary, po czym spojrzał znad szkieł na kobietę.
- Cóż, jak już mówiłem, to śmietnik - powiedział powoli, z każdą chwilą
coraz bardziej zaniepokojony. - Może będę mógł pani wskazać odpowiedni
kierunek. To znaczy... nie katalogujemy towaru.
Kobieta obeszła biurko i stanęła obok Boba, a on wyprostował się z niepokojem.
- Słyszałam, że mieliście tu wczoraj jakieś kłopoty - powiedziała od
niechcenia.
- Żadnych kłopotów. - Bob zmarszczył brwi. - Jakieś dzieciaki się
zakradły. To się zdarza.
- Słyszałam co innego. - Kobieta przyjrzała się zdjęciu na ścianie. -
Twoje córki?
- Tak, dwu- i pięciolatka.
- Są śliczne. - Zamilkła na chwilę. - Dobrze je traktujesz?
Bob się wzburzył.
- Oczywiście, że tak - odparł, starając się zapanować nad
zdenerwowaniem.
Nastała dłuższa cisza. Kobieta przechyliła głowę, wciąż wpatrując się w zdjęcie.
- Słyszałam, że zadzwoniłeś po policję, bo wydawało ci się, że ktoś jest
uwięziony pod jedną ze stert złomu - odezwała się.
Bob nie odpowiedział.
- Słyszałam - mówiła dalej, nachylając się bliżej zdjęcia - że wydawało
ci się, iż słyszysz krzyki, odgłosy niepokoju i paniki. Coś było
uwięzione. Myślałeś, że dziecko. Może nawet kilkoro.
- Proszę posłuchać, mamy tu porządną firmę o dobrej reputacji.
- Nie podważam waszej reputacji. Wręcz przeciwnie. Uważam, że to, co
zrobiłeś, było honorowe, tak pobiec na ratunek w środku nocy, kalecząc
sobie nogi o ostre kawałki metalu, gdy biegłeś na oślep przez
złomowisko.
- Skąd... - Bobowi zadrżał głos.
Zamilkł. Schował też nogi pod biurko z nadzieją, że ukryje bandaże,
których obrys widać było pod jego nogawkami.
- Co znalazłeś? - zapytała kobieta.
Nie odpowiedział.
- Co tam było? - naciskała. - Kiedy upadłeś na kolana i czołgałeś się
pomiędzy belkami i drutem? Co tam było?
- Nic - wyszeptał. - Nic nie było.
- A policja? Znaleźli coś?
- Nie, nic. Nic nie było. Poszedłem tam dziś jeszcze raz, by się... -
Rozłożył ręce na biurku, starając się nad sobą zapanować. - Mamy tu
porządny biznes - powiedział stanowczo. - Nie chcę o tym rozmawiać.
Jeśli wpakowałem się w jakieś problemy, to myślę...
- Nie będzie żadnych problemów, Bob, o ile tylko wyświadczysz mi jedną
przysługę.
- To znaczy?
- To proste. - Kobieta nachyliła się do Boba, opierając obie ręce o jego
krzesło, tak że jej twarz prawie dotykała jego twarzy. - Zabierz mnie
tam.
* * *
John skręcił na parking przy budowie, na której pracował, i natychmiast
zauważył Olivera, stojącego przed bramą wieńczącą ogrodzenie z siatki.
Ramiona skrzyżował na piersi i przeżuwał coś z ponurą miną. Kiedy John
się zorientował, że Oliver nie zamierza się ruszyć, zatrzymał samochód i wysiadł.
- Co się dzieje? - zapytał.
Oliver dalej żuł coś, co miał w ustach.
- Muszę cię zwolnić - powiedział w końcu. - Znów się spóźniłeś.
- Nie spóźniłem się. - John zaprotestował, po czym spojrzał na zegarek.
- To znaczy nie bardzo - dodał. - Oj, Oliver, to się już nie powtórzy.
Przykro mi.
- Mnie też - odparł Oliver. - Powodzenia, John.
- Oliver! - zawołał John.
Oliver wszedł przez bramę i po raz ostatni spojrzał za siebie, po czym
odszedł.
John opierał się przez chwilę o samochód. Kilku współpracowników
wpatrywało się w niego, ale gdy tylko na nich spojrzał, odwracali wzrok.
Wsiadł więc do samochodu i odjechał tą samą drogą.
Kiedy wrócił do swojego mieszkania, usiadł na brzegu łóżka i ukrył twarz
w dłoniach.
- I co teraz? - zaczął się głośno zastanawiać.
Rozejrzał się po pokoju. Jego wzrok trafił na jedyną ozdobę tego
wnętrza.
- Nadal wyglądasz okropnie - zwrócił się do pozbawionej tułowia głowy. -
I nadal jesteś w gorszym stanie ode mnie.
Znów naszła go chęć, by pójść na przyjęcie. Myśl o tym przyprawiała go o skurcz żołądka, ale nie był pewien, czy to ze strachu, czy z podniecenia.
- Też myślałam, że ona nie żyje - powiedziała poprzedniego wieczoru
Jessica. - Widziałam ją. Rozmawiałam z nią. To ona.
John zamknął oczy.
- A co, jeśli to jest ona? - Znów to zobaczył, ten moment co zawsze:
drżący kadłub, Charlie uwiezioną w środku, gdy się zaciskał i szarpał, a potem jej dłoń i krew. Nie mogła tego przetrwać. Ale potem zupełnie
nieproszony pojawił się drugi obraz. Dave, który stał się Springtrapem.
On przetrwał to, co spotkało Charlie. Nosił żółty strój królika, jakby
to była jego druga skóra, i zapłacił za to dwukrotnie: blizny
pokrywające jego tułów niczym koszula z upiornymi falbankami opowiadały
historię jednej ucieczki, a druga... Charlie zabiła go, gdy uruchomiła
zamki zatrzaskowe, a przynajmniej tak im się zdawało. Nikt nie mógł
przeżyć tego, co ujrzeli. John przez moment wyobrażał sobie Charlie,
poranioną i połamaną, a jednak, jakimś cudem, żywą.
- Ale to nie brzmi jak osoba, którą widziała Jessica - zwrócił się John
do Teodora. - Ktoś połamany i poraniony. Nie taką osobę opisywała
Jessica. - Potrząsnął głową. - To nie tę osobę widziałem w tamtej
restauracji.
Następnego dnia wyglądała, jakby właśnie wyszła z bajki. John opanował
się i potrząsnął głową, próbując skupić się na teraźniejszości. Naprawdę
nie wiedział, co się stało z Charlie. Poczuł, że zaczyna nabierać
nadziei.
Może się myliłem. Może nic jej nie jest. Tego właśnie pragnął, tego
pragną wszyscy, którzy są w żałobie: Może to się nie wydarzyło. Niech
wszystko będzie dobrze. Niepewność zamieniła się w solidną podstawę, a John poczuł, jak ciężar znika mu z ramion, szyja i ramiona prostują się
z pozycji, której nawet nie był świadom. Nagle dopadło go całe zmęczenie
wywołane tyloma miesiącami ciężkich snów.
Spojrzał na Teodora. Ściskał głowę królika tak mocno, że aż mu pobielały
knykcie. Powoli rozprostował palce i oparł zabawkę na poduszce.
- Nie idę - powiedział. - Tak naprawdę nigdy tego nie planowałem.
Chciałem po prostu, by Jessica zostawiła mnie w spokoju.
Na chwilę wstrzymał oddech.
- Jasne? - odezwał się podenerwowany. - I co miałbym powiedzieć tym
ludziom?
Teodor patrzył na niego niewidzącym wzrokiem.
- Cholera - westchnął John.
* * *
Skręcający się żołądek dawał się we znaki coraz bardziej, im bliżej był
domu Claya. Spojrzał na zegarek na desce rozdzielczej. Była dopiero
szósta.
Może jeszcze nikogo nie będzie - pomyślał, ale gdy jechał krętą drogą
prowadzącą do ich domu, ujrzał po obu stronach uliczki mnóstwo
samochodów. Wcisnął swoje auto pomiędzy pickupa i zardzewiałego sedana,
prawie tak zniszczonego jak jego własny, a potem wysiadł i ruszył w stronę domu.
Wszystkie okna dwupiętrowego domu były rozświetlone i odcinały się od
drzew niczym latarnia morska. John zatrzymał się poza kręgiem światła. Z wnętrza dobiegała muzyka. I śmiech, odgłos, który przyprawiał go o dreszcze. Zmusił się, by podejść do drzwi, ale przed nimi znów się
zatrzymał. Wejście do środka wydawało mu się niezwykle poważną decyzją,
czymś, co zmieni wszystko. Z drugiej strony tak samo poważne byłoby
odejście.
Uniósł rękę, by zadzwonić, po czym się zawahał. Zanim zdążył się
zdecydować, drzwi się otwarły. Zamrugał oślepiony i stwierdził, że stoi
twarzą w twarz z Clayem Burke'em, który wydawał się równie zaskoczony
jak on sam.
- John! - Clay złapał Johna w objęcia, wciągnął do środka i uścisnął, a następnie odepchnął go w to samo miejsce i poklepał po ramionach.
- Dobra, wchodź! - Clay cofnął się, by zrobić mu miejsce, a John ruszył
za nim, ostrożnie rozglądając się po pokoju.
Ostatnim razem, gdy tu był, cały dom wyglądał niczym pobojowisko, dowód
na to, że mieszkający tu człowiek jest w rozsypce. Teraz brudne ubrania
i teczki z dowodami zniknęły. Kanapy i podłoga były czyste, a Clay
uśmiechał się szczerze. Zauważył spojrzenie Johna i spoważniał.
- Wiele się zmieniło. - Uśmiechnął się, jakby odczytał myśli Johna.
- Czy Betty... - John ugryzł się w język. Potrząsnął głową. - Przepraszam,
nie chciałem...
- Nie, nadal jej nie ma - odparł spokojnie Clay. - Chciałbym, aby
wróciła, może tak zrobi, ale póki co, życie toczy się dalej - dodał z uśmiechem.
John skinął głową, nie wiedząc, co na to odpowiedzieć.
- John! - Marla pomachała mu ze schodów i natychmiast podbiegła do niego
z typowym dla siebie zapałem. Złapała go w objęcia, zanim jeszcze zdążył
się przywitać.
Z kuchni wyszła Jessica.
- Cześć, John - odezwała się spokojnie, ale uśmiechała się szeroko.
- Tak się cieszę, że znów cię widzę, minęło tyle czasu - powiedziała
Marla i w końcu wypuściła go z uścisku.
- Tak - odparł. - Za dużo.
Próbował wymyślić, co jeszcze powiedzieć, gdy Marla i Jessica wymieniły
spojrzenia.
Jessica otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale przerwał jej Carlton,
który radośnie zbiegł po schodach.
- Carlton! - zawołał John i po raz pierwszy tego wieczoru szczerze się
uśmiechnął.
Carlton uniósł dłoń i zbiegł do grupy.
- Cześć - powiedział.
- Cześć - powtórzył John, gdy Carlton zmierzwił mu włosy.
- Co to, zostałeś nagle moim dziadkiem? - John od niechcenia próbował
zapanować nad fryzurą, rozglądając się przy tym wokół.
- Dziwię się, że przyszedłeś. - Marla dała Johnowi kuksańca.
- To znaczy, no jasne, że przyszedłeś! - poprawił się Carlton. - Po
prostu wiem, że byłeś zajęty! Za dużo dziewczyn, prawda?
- Jak tam Nowy Jork? - zapytał John, szukając jakiegoś tematu i poprawiając ubranie.
- Świetnie! Uniwerek, miasto, nauka, przyjaciele. Byłem w sztuce o koniu. Jest świetnie. - Zaczął szybko kiwać głową.
- Marla też się uczy.
- W Ohio - włączyła się Marla. - Na kursach przygotowujących do studiów
medycznych.
- Świetnie. - John wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Owszem, kosztowało mnie to mnóstwo pracy, ale było warto - odparła
wesoło, a John zaczął się odprężać, czując, jak wchodzą w znajome tryby
przyjaźni. Marla wciąż była Marlą. Carlton wciąż był nieprzenikniony.
- Jest gdzieś Lamar? - zapytał Carlton, rozglądając się wokół.
Marla potrząsnęła głową.
- Zadzwoniłam do niego, gdy... kilka miesięcy temu - odparła. - Pracuje
nad tym, by wcześniej skończyć studia.
- Ale nie przyjedzie? - naciskał Carlton.
Marla uśmiechnęła się lekko.
- Powiedział "nigdy, przenigdy nie pojawię się znów w tym mieście, tak
długo jak żyję, a wy też nie powinniście". Ale powiedział, że wszystkich
nas zaprasza do siebie.
- Do New Jersey? - Carlton skrzywił się i odwrócił głowę do Jessiki. -
Jessica, a co ty teraz porabiasz? Słyszałem, że masz cały pokój w akademiku dla siebie.
John zesztywniał, uświadamiając sobie nagle, o co tak naprawdę pytał
Carlton. Światła zaczęły go oślepiać, a hałas zrobił się trudniejszy do
zniesienia. Jessica spojrzała na niego, ale on nie zareagował.
- Tak - odparła i odwróciła się do pozostałych. - Nie wiem, co się
stało, ale pewnego dnia wróciłam do siebie, zaraz po... jakieś pół roku
temu, a ona pakowała to, co była w stanie zabrać ze sobą. Zostawiła mnie
i Johna, byśmy uprzątnęli resztę. Gdybyśmy nie weszli, pewnie nawet nie
powiedziałaby nam, że wyjeżdża.
- Powiedziała, dokąd się udaje? - zapytała Marla, marszcząc brwi.
Jessica potrząsnęła głową.
- Uścisnęła mnie i powiedziała, że będzie tęsknić, ale stwierdziła
tylko, że musi wyjechać. Nie mówiła gdzie.
- Cóż, zawsze możemy ją spytać - odezwał się Carlton.
John spojrzał na niego zaskoczony.
- Widziałeś ją?
Carlton potrząsnął głową.
- Jeszcze nie. Wylądowałem dzisiaj, ale przyjdzie tu. Jessica mówi, że
wygląda dobrze.
- Jasne - odparł John.
Wszyscy spojrzeli na niego, jakby wiedzieli, co on myśli: Wygląda
dobrze, ale nie wygląda jak Charlie.
- John, chodź pomóc mi w kuchni! - zawołał Clay, więc John z ulgą
zostawił przyjaciół. Ale też zdawał sobie sprawę, że nie jest w stanie
pomóc w kuchni.
- Co tam? - zapytał.
Clay oparł się o zlew i zmierzył go wzrokiem.
- Chcesz, żebym otworzył butelkę z ketchupem? - zapytał coraz bardziej
zdenerwowany John. - Coś z wysokiej półki?
Clay westchnął.
- Chciałem się tylko upewnić, że radzisz tam sobie.
- Co masz na myśli?
- Pomyślałem, że możesz być zdenerwowany. Wiem, że minęło trochę czasu,
od kiedy rozmawiałeś z Charlie.
- Od rozmowy z tobą też minęło trochę czasu - odparł John, nie mogąc
ukryć napięcia w głosie.
- To co innego i wiesz o tym - odezwał się sucho Clay. - Pomyślałem, że
przyda ci się pogadanka.
- Pogadanka? - prychnął John.
Clay wzruszył ramionami.
- To jak? - Clay popatrzył na Johna poważnie, ale ciepło, co go
uspokoiło.
- Jessica ci mówiła? - zapytał, a Clay odchylił na bok głowę.
- Trochę. Pewnie nie wszystko. Masz. - Clay otworzył lodówkę, o którą
się opierał, i podał Johnowi napój. - Spróbuj się rozluźnić, jesteś tu z przyjaciółmi. Ci ludzie cię kochają. - Uśmiechnął się.
- Wiem - odrzekł John i odstawił puszkę na blat obok.
Przez moment na nią patrzył, ale jej nie podnosił, bo czuł, że jeśli się
napije, to się podda, zaakceptuje wszystko, co mu powiedziano. Zupełnie
jakby wziął tę tabletkę, którą wszyscy inni już połknęli.
Popatrzył na drzwi.
- Nawet o tym nie myśl - zawołał gwałtownie Clay.
John nie próbował udawać, że o tym nie myśli. Clay westchnął.
- Wiem, że to musi być dla ciebie trudne.
- Naprawdę? - odparł ostro John, ale mina Claya się nie zmieniła.
- Zostań i porozmawiaj z nią. Myślę, że jesteś jej to winien. I sobie
też.
John wciąż wpatrywał się w drzwi.
- Cały ten ból, który sobie sprawiasz... Przecież nie tego chcesz. - Clay
odchylił się i zasłonił Johnowi widok.
- Masz rację - odparł John.
Wyprostował się i spojrzał Clayowi w oczy.
- Nie tego chcę.
Podszedł do tylnych drzwi, otworzył je i zbiegł po betonowych schodach
tak szybko, jakby Clay miał go gonić, po czym ruszył na przód domu w kierunku swojego samochodu. Serce mu waliło. Czuł lekkie zawroty głowy i wcale nie wiedział, czy podjął słuszną decyzję.
- John! - zawołał ktoś za nim.
Znajomy głos przyprawił go o dreszcz, więc zatrzymał się i na moment
zamknął oczy.
Słyszał, jak jej obcasy stukają o kamienny chodnik. Ucichły, gdy weszła
na trawnik, by do niego podejść. Otworzył oczy i odwrócił się w stronę
głosu. Stała kilka kroków od niego.
- Dziękuję, że się zatrzymałeś - powiedziała Charlie.
Patrzyła na niego z niepokojem. Oplatała się ramionami, jakby zmarzła,
chociaż powietrze było dość ciepłe.
- Szedłem tylko po kurtkę - odezwał się John, starając się, by to
kłamstwo zabrzmiało naturalnie.
Zmierzył ją wzrokiem, a ona nie ruszała się, jakby wiedziała, co on robi
i dlaczego. Wyglądała jak jakaś przepiękna kuzynka Charlie, ale nie ona
sama. Nie ta niezdarna dziewczyna o okrągłej twarzy i kędzierzawych
włosach, którą znał przez prawie całe życie. Była wyższa, szczuplejsza,
miała dłuższe i ciemniejsze włosy. Jej postawa, nawet gdy oplatała się
rękami z niepokoju, była elegancka. Gdy tak na nią patrzył, pierwszy
szok minął i ogarnęła go odraza. Cofnął się odruchowo.
Jak ktokolwiek może sądzić, że to ona? - pomyślał. - Jak ktoś może
myśleć, że to moja Charlie?
Przygryzła wargę.
- John, powiedz coś - odezwała się błagalnie.
Wzruszył ramionami i uniósł zrezygnowany dłonie.
- Nie wiem co - przyznał.
Skinęła głową. Rozprostowała ręce, jakby dopiero uświadomiła sobie, jak
je trzymała, i zaczęła skubać paznokcie.
- Tak się cieszę, że cię widzę. - Brzmiało to tak, jakby zaraz miała się
rozpłakać.
John zaczął łagodnieć, ale zdusił to uczucie.
- Ja też - powiedział bez przekonania.
- Tęskniłam za tobą - zaczęła, patrząc na niego wyczekująco.
John nie miał pojęcia, jak teraz wygląda, ale czuł się jak kamień.
- Ja em... musiałam na trochę wyjechać - mówiła dalej niepewnie. - Tej
nocy, John, myślałam, że umrę.
- Myślałem, że umarłaś - odparł, próbując przełknąć rosnącą mu w gardle
gulę.
Zawahała się.
- Uważasz, że to nie ja? - zapytała w końcu cicho.
Spuścił na chwilę wzrok, nie mogąc oznajmić jej tego w twarz.
- Jessica mi powiedziała. Nie szkodzi, John - rzekła. - Chcę, żebyś
wiedział, że nie szkodzi.
Oczy lśniły jej od łez.
Serce mu się ścisnęło i nagle cały świat ujrzał z innej perspektywy.
Popatrzył na kulącą się przed nim, próbującą opanować łkanie kobietę.
Zdecydowane różnice, które w niej widział, nagle wydały mu się tak łatwe
do wytłumaczenia. Była w butach na obcasie, więc wydawała się wyższa.
Miała podkreślającą kształty sukienkę, zamiast typowych dla niej dżinsów
i koszulki, więc wydawała się szczuplejsza. Była elegancko ubrana, a jej
ruchy były pewniejsze, wyrafinowane, ale wszystko to było niczym
stylizacja, którą Jessica groziła jej od dawna. Jakby Charlie po prostu
dorosła.
Wszyscy musieliśmy dorosnąć.
John pomyślał o tym, jak jeździł z pracy do domu i o tym, jak - aż do
tego ranka - unikał nawet okolic jej domu i miejsca, gdzie był Freddy
Fazbear. Może Charlie też miała sprawy, których starała się unikać? Może
chciała po prostu stać się inna?
Może pragnęła zmiany, tak jak ty. Kiedy myślisz o tamtym momencie, o tym, co ci zrobił - a co musiał zrobić jej? Charlie, jakie ty miewasz
koszmary?
Nagle ogarnęło go instynktowne pragnienie, by ją o to spytać, i po raz
pierwszy pozwolił sobie na to, by spojrzeć jej w oczy. Kiedy to zrobił,
żołądek mu się skurczył, a serce zaczęło walić jak oszalałe. Uśmiechnęła
się do niego niepewnie, a on odpowiedział tym samym, nieświadomie
naśladując ją, ale coś lodowatego ściskało mu wnętrzności.
To nie są jej oczy.
John odwrócił wzrok i ogarnął go spokój. Charlie poczuła się
zdezorientowana.
- Charlie - odezwał się ostrożnie. - Pamiętasz ostatnią rzecz, jaką ci
powiedziałem, zanim ty... zostałaś uwięziona w tym stroju?
Popatrzyła mu w oczy, po czym potrząsnęła głową.
- Przepraszam, John - powiedziała. - Wielu rzeczy z tamtej nocy nie
pamiętam, brakuje całych kawałków. Pamiętam, że byłam w kostiumie...
zemdlałam, chyba na wiele godzin.
- Więc nie pamiętasz? - powtórzył ponuro. Wydawało się niemożliwe, by
mogła to zapomnieć. Może mnie nie usłyszała.
- Byłaś ranna? - zapytał szorstko.
W milczeniu skinęła głową, a oczy znów wypełniły jej się łzami i oplotła
się ramionami. Tym razem nie wyglądała na zmarzniętą, ale jakby
cierpiała. Może tak było. John zrobił krok w jej stronę, pragnąc nagle,
beznadziejnie, obiecać jej, że wszystko będzie dobrze. Ale wtedy znów
spojrzał jej w oczy i zatrzymał się. Cofnął się o krok. Wyciągnęła rękę,
ale nie przyjął jej, więc znowu oplotła się ramionami.
- John, spotkałbyś się ze mną jutro? - zapytała poważnie.
- Po co? - odpowiedział pytaniem, nim zdołał się pohamować, ale nie
zareagowała.
- Chcę porozmawiać. Daj mi szansę. - Głos jej zadrżał, a on skinął
głową.
- Jasne. Pewnie, spotkamy się jutro. - Zamilkł na chwilę. - To samo
miejsce, dobra? - Dodał ostrożnie, czekając, jak zareaguje.
- Włoska knajpka? Nasza pierwsza randka? - odparła z prostotą i uśmiechnęła się ciepło. Łzy chyba przestały lecieć. - Około szóstej?
John westchnął głęboko.
- Dobra. - Znów spojrzał jej w oczy i tym razem nie odwrócił wzroku, po
raz pierwszy tej nocy skupiając się na nich. Ona także patrzyła na
niego, bez ruchu, jakby się bała, że go spłoszy.
Skinął głową, po czym odwrócił się i odszedł bez słowa. Powędrował
szybko do swojego samochodu, z trudem utrzymując równy krok. Czuł się
tak, jakby zrobił coś wspaniałego, a także popełnił jakiś straszny błąd.
Czuł się dziwnie, ogarnięty adrenaliną, gdy jechał przez ciemne miasto,
a przed oczami stanęła mu jej twarz.
To nie były jej oczy.
Charlie patrzyła, jak odchodził, przykuta do miejsca, jakby to był
jedyny punkt, w jakim kiedykolwiek stała. On mi nie wierzy. Jessica
nie chciała jej mówić o tym dziwnym, ale zdecydowanym przekonaniu Johna,
ale jego odmowa, by teraz porozmawiali, jego niechęć, by choćby przyjąć
do wiadomości jej obecność tamtego dnia w restauracji, była taka dziwna.
Zbyt dziwna, by ją zignorować. Jak może myśleć, że ja to nie ja?
Tylne światła samochodu Johna zniknęły za zakrętem.
Charlie wpatrywała się w ciemność, nie chciała wracać do jasnego,
gwarnego domu. Carlton powiedziałby jej dowcip. Jessica i Marla
pocieszałyby tak, jak wtedy w restauracji, gdy przyszła im pokazać, że w jakiś niewytłumaczalny sposób przetrwała. Droga od jej samochodu - a tak
naprawdę pożyczonego od ciotki Jen - do restauracji zdawała się ciągnąć
w nieskończoność. Żołądek skręcał jej się ze strachu, chociaż oczywiście
wiedziała, że ucieszą się na jej widok. Bo jakże by nie? Każdy krok był
sztywny, niepewny. Za każdym razem, gdy się ruszała, bolało; całe jej
ciało było obolałe z powodu wydarzeń poprzedniego dnia, ale nie było na
nim żadnych śladów, które by to potwierdzały.
Nawet oddychanie było wymuszone i obce, i wciąż miała wrażenie, że jeśli
o nim zapomni, to przestanie oddychać i umrze z braku tlenu tam, na
chodniku, dlatego wciąż sobie przypominała weź oddech. Widziała ich
przez okno, gdy szła do drzwi, a serce jej waliło. A oni dostrzegli ją i wydarzyło się wszystko to, na co miała nadzieję: Marla i Jessica
pobiegły do drzwi, przepychając się, by ją uściskać i płacząc na widok
jej żywej osoby. Pozwoliła się otoczyć ich poczuciu ulgi, ale zanim
jeszcze wyplątała się z ich objęć, rozglądała się za Johnem. Kiedy go
zobaczyła, odwróconego plecami do drzwi, prawie zawołała jego imię, ale
coś ją powstrzymało. Powiedział coś, czego nie usłyszała, i patrzyła z niedowierzaniem, że on zaciska dłoń na łyżce niczym na jakimś orężu, ale
do niej nie podchodzi.
- John! - zawołała w końcu.
Ale się nie odwrócił. Marla i Jessica wyciągnęły ją z restauracji i zaczęły wydawać pocieszające dźwięki, które musiały być słowami, a Charlie próbowała go dostrzec przez okno - nie poruszył się. Jak może
udawać, że mnie tu nie ma?
Nagle przeszywający ból przywrócił ją do rzeczywistości. Objęła się
mocno rękami, chociaż to tak naprawdę nie pomagało. Był wszędzie, ostry
i piekący. Zacisnęła zęby, nie chcąc wydać żadnego dźwięku. Czasami
łagodniał i mogła go zepchnąć gdzieś na skraj świadomości. Czasami
znikał na całe dnie, ale zawsze wracał.
Byłaś ranna? - Zapytał ją o to John i był to pierwszy i jedyny znak,
że nadal może mu zależeć, a ona nie zdołała mu odpowiedzieć.
Tak - mogła odpowiedzieć. - Byłam i nadal jestem. Czasami myślę, że
od tego umrę, a to, co czuję teraz, to ledwie cień tego, co było
wcześniej. Czuję się, jakby połamało mi wszystkie kości. Jakby moje
wnętrzności poskręcano i porwano. Jakby moja głowa została rozłupana,
jakby mi wszystko wypłynęło ze środka i tak w kółko.
Zaciskała zęby, z rozmysłem oddychając głęboko, aż ból zaczął powoli
słabnąć.
- Charlie, wszystko w porządku? - zapytała cicho Jessica, podchodząc do
niej chodnikiem przy domu Claya.
Charlie skinęła głową.
- Nie słyszałam, kiedy przyszłaś - wydusiła z trudem.
- On nie chce cię skrzywdzić. Ma po prostu...
- Traumę - warknęła Charlie. - Wiem.
Jessica westchnęła, a Charlie potrząsnęła głową.
- Przepraszam, nie chciałam być niegrzeczna.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki