Five Nights at Freddys. Five Nights At Freddy's. W pułapce - Scott Cawthon

-
Proszę czekać

Ten martwy opos wciąż tu leży. - Oswald patrzył przez okno od strony pasażera na szare futerkowe zwłoki na poboczu.

Co ciekawe, wyglądały na jeszcze bardziej martwe niż poprzedniego dnia. Nocny deszcz na pewno im nie pomógł.

- Nic nie wygląda bardziej martwo od martwego oposa - powiedział tata Oswalda.

- Poza tym miastem - wymamrotał Oswald, spoglądając na zabite dechami witryny sklepów i okna wystawowe prezentujące wyłącznie kurz.

Tata nie dosłyszał.

- Co takiego? - odezwał się.

Miał już na sobie tę głupią czerwoną kamizelkę, którą kazali mu nosić do pracy za ladą w Snack Space. Oswald wolałby, gdyby ojciec założył ją dopiero po odstawieniu go do szkoły.

- To miasto - powtórzył głośniej Oswald. - To miasto wygląda bardziej martwo niż martwy opos.

Jego ojciec wybuchnął śmiechem.

- Cóż, z tym stwierdzeniem chyba muszę się zgodzić.

W wieku siedmiu lat Oswald naprawdę miał co robić w tym mieście - działało tu kino, sklep z grami i kartami, a także lodziarnia z niesamowitymi rożkami. To było zaledwie trzy lata temu. A potem zamknęli fabrykę.

Właściwie to miasto istniało tylko z powodu fabryki. Po jej likwidacji pracę stracił tata Oswalda, podobnie jak setki innych mam i ojców. Wiele rodzin się wyprowadziło, włącznie z najlepszym przyjacielem Oswalda, Benem, i jego rodziną.

Rodzina Oswalda została, ponieważ jego mama pracowała w szpitalu, a poza tym nie chcieli się przenosić daleko od babci. Tata zatrudnił się więc na pół etatu w Snack Space, gdzie dostawał za godzinę pięć dolarów mniej niż w fabryce, a Oswald obserwował, jak miasto umiera.

Kolejne firmy się zamykały, gasnąc niczym narządy umierającego ciała, ponieważ nikt nie miał pieniędzy na chodzenie do kina ani na kupowanie gier czy niesamowitych lodowych rożków.

- Cieszysz się, że to ostatni dzień szkoły? - zapytał tata.

To było jedno z tych pytań, które tak uwielbiali dorośli. Inne tego typu to: "Jak ci minął dzień?" i "Czy umyłeś już zęby?".

Oswald wzruszył ramionami.

- Chyba tak. Ale od wyjazdu Bena nie ma tu nic do roboty. Szkoła jest nudna, ale w domu też mi się nudzi.

- Kiedy ja miałem dziesięć lat, całe lato spędzałem poza domem i wracałem dopiero, gdy zawołali mnie na kolację - odparł tata. - Jeździłem na rowerze, grałem w piłkę i pakowałem się w różne kłopoty.

- Mówisz, że mam się pakować w kłopoty? - zapytał Oswald.

- Nie, mówię, że powinieneś dobrze się bawić. - Ojciec podjechał przed szkołę podstawową Westbrook.

"Dobrze się bawić". Jakby to było takie proste.

Oswald wszedł przez podwójne drzwi i wpadł wprost na Dylana Coopera, ostatnią osobę, jaką miał ochotę w tym momencie spotkać. Wyglądało jednak na to, że Dylan chciał spotkać właśnie Oswalda, bo uśmiechnął się na jego widok od ucha do ucha. Dylan był najwyższym dzieckiem w piątej klasie i wyraźnie lubił górować nad swoimi ofiarami.

- Kogóż to ja widzę, to nasz Oswald Ocelot! - powiedział i o dziwo zdołał uśmiechnąć się jeszcze szerzej.

- Nigdy ci się to nie znudzi, prawda? - Oswald minął Dylana i odetchnął z ulgą, gdy chłopak za nim nie poszedł.

Kiedy Oswald i jego koledzy z piątej klasy byli mali, na jednym z kanałów dla dzieci leciała kreskówka o dużym różowym ocelocie imieniem Oswald. W związku z tym od pierwszego dnia przedszkola Dylan i jego kumple zaczęli nazywać Oswalda "Oswaldem Ocelotem" i nie przestali do tej pory. Dylan był typem, który przyczepiał się do wszystkiego, co jakoś człowieka wyróżniało. Gdyby nie chodziło o imię Oswalda, powodem stałyby się jego piegi albo opadający na czoło kosmyk.

W tym roku pojawiły się znacznie gorsze przezwiska z powodu lekcji historii Stanów Zjednoczonych, na których kumple dowiedzieli się, że mężczyzna, który zastrzelił Johna F. Kennedy'ego, nazywał się Lee Harvey Oswald. Oswald wolał już być ocelotem niż zabójcą.

Jako że był to ostatni dzień szkoły, nikt nawet nie udawał, że zajmą się nauką. Pani Meecham ogłosiła dzień wcześniej, że uczniowie mogą przynieść do szkoły elektroniczne gadżety, jeśli tylko wezmą odpowiedzialność za zniszczone i zgubione przedmioty. To oznaczało, że nie zostanie podjęty jakikolwiek wysiłek edukacyjny.

Oswald nie miał żadnej nowoczesnej elektroniki. Co prawda w domu był laptop, ale korzystała z niego cała rodzina i nie mógł go zabrać do szkoły. Miał komórkę, ale to był żałosny, kompletnie przestarzały model i nie zamierzał wyciągać go z kieszeni, bo jeszcze ktoś by zobaczył i zaczął się z niego nabijać. Kiedy więc inne dzieci grały na tabletach i przenośnych konsolach, Oswald po prostu siedział.

Po jakimś czasie stwierdził, że nie może już dłużej tego wytrzymać, więc wyjął zeszyt i ołówek i zaczął rysować. Nie doszedł w tym do mistrzostwa, ale umiał na tyle dobrze szkicować, by dało się rozpoznać, o co chodzi. Poza tym jego kreskówkowy styl naprawdę mu się podobał. Jednak najfajniejsze w rysowaniu było to, że mógł się w nim kompletnie zatracić. Zupełnie jakby zapadał się w papier i stawał się częścią ilustracji, którą tworzył. To była miła ucieczka.

Nie wiedział czemu, ale ostatnimi czasy rysował mechaniczne zwierzęta - niedźwiedzie, króliki i ptaki. W jego wyobraźni były wysokie jak ludzie i miały urywane ruchy jak roboty w starych filmach science fiction. I okrywało je futro, ale pod nim znajdowały się twarde metalowe szkielety pełne kółek zębatych i drukowanych płytek. Czasami rysował same szkielety tych stworzeń albo postacie, u których spod odsłoniętego futra przezierały mechanizmy. Efekt był dość upiorny, jakby spod skóry wystawała czaszka człowieka.

Oswald był tak zajęty rysowaniem, że aż podskoczył, gdy pani Meecham zgasiła światło, by puścić film. Filmy zawsze wydawały się ostatnią deską ratunku dla nauczycieli na dzień przed wakacjami - sposobem na to, by uczniowie siedzieli w miarę cicho i spokojnie przez półtorej godziny, nim wypuści się ich na lato. Wybrany przez panią Meecham film był zdaniem Oswalda zbyt dziecinny jak dla piątoklasistów. Opowiadał o farmie z gadającymi zwierzętami i Oswald już go widział, ale i tak obejrzał, bo co innego miał do roboty?

Podczas przerwy dzieciaki stały w kółku i rzucały do siebie piłkę, rozmawiając o tym, co będą robić latem.

- Jadę na obóz piłkarski.

- A ja na siatkarski.

- Będę chodził na basen niedaleko domu.

- Pojadę do dziadków na Florydę.

Oswald siedział na ławce i słuchał. Jego nie czekały żadne obozy, wyjścia na basen czy wycieczki, bo nie mieli pieniędzy. Będzie więc dalej rysował, grał w stare gry komputerowe, które przeszedł już z tysiąc razy, i może chodził do biblioteki.

Byłoby inaczej, gdyby Ben wciąż tu mieszkał. Nawet gdyby robili to, co zawsze, robiliby to razem. A Ben zawsze potrafił rozśmieszyć Oswalda, podkładając głos postaciom z gier komputerowych czy idealnie naśladując któregoś ze szkolnych nauczycieli. Oswald zawsze bawił się z nim doskonale, bez względu na to, czym się zajmowali. Ale teraz czekało go całe długie i samotne lato bez Bena.

Zazwyczaj mama Oswalda pracowała od dwunastej w południe do północy, więc to jego tata szykował obiad. Zwykle odgrzewali mrożonki, jak lazania czy kurczak w cieście, albo brali mięso na zimno i sałatkę kartoflaną z kafejki Snack Space, które wciąż jeszcze nadawały się do jedzenia, ale nie można ich już było sprzedać. Kiedy ojciec rzeczywiście coś gotował, były to zwykle rzeczy, które wymagały tylko doprowadzenia wody do wrzenia.

Podczas gdy tata szykował kolację, Oswald miał za zadanie nakarmić Jinx, ich rozpuszczoną do niemożliwości kotkę. Otwierając puszkę ze śmierdzącym kocim jedzeniem, Oswald często dochodził do wniosku, że podanie posiłku kotu wymaga zbliżonych umiejętności kucharskich do tych, jakich jego tata potrzebuje do przygotowania obiadu.

Tego wieczora Oswald i jego tata zasiedli do makaronu z serem z kartonu i kukurydzy z puszki, które ojciec podgrzał w mikrofalówce.

- Wiesz, tak sobie myślałem... - Ojciec wycisnął keczup na makaron.

Po co on to robi? - zdziwił się Oswald.

- Wiem, że jesteś już na tyle duży, by zostać sam w domu, ale nie podoba mi się pomysł, żebyś spędzał tu całe dnie, podczas gdy mama i ja jesteśmy w pracy. Pomyślałem, że mógłbyś jeździć ze mną rano do miasta i podrzucałbym cię do biblioteki. Mógłbyś sobie poczytać, posurfować po internecie...

Oswald nie mógł tego przepuścić. Jak to możliwe, że jego ojciec jest tak bardzo nie na czasie?

- Tato, już nikt nie mówi "surfować po internecie".

- A właśnie że tak, ponieważ... przed chwilą tak powiedziałem. - Ojciec nadział na widelec kilka klusek. - W każdym razie pomyślałem, że mógłbyś posiedzieć rano w bibliotece. A gdy zgłodniejesz, pójść do pizzerii Jeffa na kawałek pizzy i napój, a o trzeciej, po mojej zmianie, zabierałbym cię do domu.

Oswald się zastanowił. Pizzeria Jeffa była dość dziwna. Nie była właściwie brudna, ale na pewno mocno podupadła. Materiał na kanapach połatano szeroką taśmą klejącą, a z menu nad kontuarem poodpadały litery i wśród wymienionych nazw potraw i ich składników widniały pepperon i am urger. Lokal musiał być kiedyś większy i w lepszym stanie. Teraz nie wykorzystywano ani całego miejsca, ani wszystkich kontaktów elektrycznych - a było ich mnóstwo - zamontowanych w ścianach. W tylnej części pomieszczenia znajdowała się nieduża scena, chociaż nie odbywały się tu żadne występy, nawet karaoke. Było to dziwne miejsce, smutne i zupełnie inne niż kiedyś - tak jak reszta miasta.

Natomiast pizzę serwowano tam niezłą. Co więcej, jeśli nie liczyć mrożonek, które można było kupić w dziale spożywczym Snack Space, była to jedyna pizza w mieście. Kilka dobrych, w tym pizzeria Gina i pizzeria Marca (które, w odróżnieniu od pizzerii Jeffa, zostały nazwane od imion swoich szefów kuchni), zamknęło się niedługo po tym, jak upadła fabryka.

- I dasz mi pieniądze na obiad? - zapytał Oswald.

Od kiedy jego ojciec stracił pracę w fabryce, kieszonkowe Oswalda skurczyło się prawie do zera.

Ojciec uśmiechnął się, ale zdaniem Oswalda był to smutny uśmiech.

- Synu, jest ciężko, ale stać mnie jeszcze na to, żeby dać ci trzy pięćdziesiąt na pizzę i picie.

- Dobra - odparł Oswald.

Trudno było odmówić ciepłego kawałka pizzy z ciągnącym się serem.

Jako że następnego dnia nie szedł do szkoły, Oswald nie położył się spać w tym samym czasie co jego ojciec, tylko włączył sobie stary japoński film o potworach, a Jinx zwinęła mu się na kolanach i zaczęła mruczeć. Oswald oglądał sporo japońskich horrorów klasy B, ale tego - Zendrelix contra Mechazendrelix - jeszcze nie widział. Zendrelix jak zawsze wyglądał niczym olbrzymi smok, natomiast Mechazendrelix przypominał Oswaldowi rysowane przez niego mechaniczne zwierzęta bez futra. Bawiły go efekty specjalne w filmie - pociąg, który rozwalił Zendrelix, na pewno był zabawką - a ruch ust aktorów nie pasował do podłożonych angielskich głosów. Z jakiegoś powodu za każdym razem brał stronę Zendrelixa. I chociaż potwora grał po prostu człowiek w gumowym kostiumie, zdołał nadać mu osobowość.

Kiedy Oswald już leżał w łóżku, pomyślał o tym, co ma. Nie miał Bena, ale miał filmy z potworami, bibliotekę i pizzę na obiad. Lepsze to niż nic, ale nie wystarczy na całe lato.

Proszę - pomyślał, zaciskając oczy. - Proszę, niech wydarzy się coś ciekawego.

Obudził go zapach kawy i bekonu. Kawa go nie ruszała, ale bekon pachniał cudownie.

Śniadanie oznaczało czas spędzany z mamą. Często były to jedyne momenty w ciągu tygodnia, poza weekendem, gdy się widzieli. Po jednym niezbędnym przystanku pobiegł korytarzem do kuchni.

- I kogo ja widzę! Obudził się mój przyszły szóstoklasista!

Mama stała przy kuchence w puszystym różowym szlafroku. Blond włosy ściągnęła w kitkę i przewracała... czyżby to były naleśniki?

- Cześć, mamo.

Wyciągnęła do niego ręce.

- Oczekuję porannego uścisku.

Oswald westchnął, jakby go to denerwowało, ale podszedł i ją przytulił. Ojcu zawsze mówił, że jest już za stary na przytulanie, ale nigdy nie powiedział tego mamie. Może dlatego, że nie miała dla niego zbyt wiele czasu w ciągu tygodnia, podczas gdy z tatą spędzali go razem tyle, że czasami już działali sobie na nerwy.

Wiedział, że mama za nim tęskni i źle jej z tym, że musi tak długo pracować. Miał też jednak świadomość, że ojciec pracuje tylko na pół etatu i mama musi spędzać tyle czasu w pracy, by starczało im na życie. Mama zawsze mówiła, że dorosłe życie to ciągła walka pomiędzy czasem a pieniędzmi. Im więcej się zarabia, tym mniej czasu ma się dla rodziny. Trudno utrzymać równowagę.

Oswald usiadł przy kuchennym stole i podziękował mamie za sok pomarańczowy, który nalała mu do szklanki.

- Pierwszy dzień wakacji, co? - Mama podeszła do kuchenki i przerzuciła naleśnik na drugą stronę.

- Yhy. - Pewnie powinien był się postarać, żeby zabrzmiało to weselej, ale nie miał siły.

Mama zsunęła gruby naleśnik na jego talerz i dołożyła dwa kawałki bekonu.

- To nie to samo co z Benem, prawda?

Potrząsnął głową. Nie zamierzał płakać.

Mama potarmosiła mu czuprynę.

- Wiem. To okropne. Ale może do miasta niedługo wprowadzi się ktoś nowy.

Oswald spojrzał na jej pełną nadziei twarz.

- A czemu ktoś miałby się tu sprowadzić?

- No, masz trochę racji - odparła mama, dokładając kolejny naleśnik. - Ale nigdy nic nie wiadomo. Może ktoś fajny już tu mieszka. Ktoś, o czyim istnieniu nawet nie wiesz.

- Może, ale wątpię - stwierdził Oswald. - Za to naleśniki są świetne.

Mama uśmiechnęła się i znów zmierzwiła mu włosy.

- Przynajmniej tyle. Chcesz więcej bekonu? Jeśli tak, to łap szybko, bo zaraz przyjdzie tata i wszystko pożre.

- Jasne. - Oswald nigdy nie odmawiał dokładki bekonu.

Biblioteka okazała się całkiem ciekawa. Znalazł w niej najnowszą książkę z serii science fiction, którą lubił, i mangę, która wyglądała interesująco. Jak zawsze musiał czekać w nieskończoność na komputer, bo wszystkie zajęli ludzie, którzy sprawiali wrażenie, jakby nie mieli gdzie się podziać. Mężczyźni ze skołtunionymi brodami, którzy mieli na sobie po kilka warstw rozsypujących się ubrań, i zbyt chude kobiety o smutnych oczach i popsutych zębach. Czekał grzecznie na swoją kolej, wiedząc, że część z tych ludzi spędza dnie w bibliotece, a noce na ulicach.

Pizzeria Jeffa była tak dziwna, jak ją pamiętał. Duża pusta przestrzeń pomiędzy boksami i stolikami wyglądała jak parkiet, na którym nikt nie tańczył. Ściany pomalowano na bladożółto, ale albo użyto taniej farby, albo położono tylko jedną warstwę, bo wciąż dało się dostrzec zarysy tego, co znajdowało się pod spodem. Przypuszczalnie był to jakiś mural przedstawiający ludzi i zwierzęta, ale teraz spod cienkiej warstwy żółtej farby prześwitywały tylko cienie. Oswald próbował czasem ustalić, co przedstawiają te kształty, ale były zbyt niewyraźne.

No i jeszcze ta scena, której nigdy nie używano. Stała, zupełnie pusta, jakby na coś czekała. A jeszcze dziwniejsza rzecz znajdowała się w kącie po prawej stronie: duża prostokątna zagroda odgrodzona żółtą taśmą, ze znakiem zakazującym wstępu. Była wypełniona czerwonymi, niebieskimi i zielonymi kuleczkami, które pewnie kiedyś miały intensywne barwy, ale teraz wyblakły i pokryły się kurzem.

Oswald wiedział, że baseny z kulkami były bardzo popularne wśród dzieci, ale w większości zniknęły z powodu obaw o czystość - w końcu kto miał te kulki dezynfekować? Oswald był przekonany, że gdyby baseny z kulkami były popularne za jego wczesnego dzieciństwa, mama i tak nie pozwoliłaby mu się w nich bawić. Jako licencjonowana pielęgniarka uwielbiała wskazywać miejsca, w których liczba potencjalnych zarazków wykluczała zabawę. A kiedy Oswald marudził, że nigdy nie pozwala mu na nic fajnego, odpowiadała:

- Wiesz, co nie jest zabawne? Zapalenie spojówek.

Poza pustą sceną i basenem z kulkami najdziwniejszą rzeczą w pizzerii Jeffa był sam Jeff. Wyglądało na to, że tylko on tu pracuje, ponieważ sam przyjmował zamówienia i robił pizzę, ale lokalu nigdy nie nawiedzały takie tłumy, by stanowiło to problem. Tego dnia, jak zawsze zresztą, Jeff wyglądał tak, jakby nie spał od tygodnia. Ciemne włosy sterczały mu na wszystkie strony, a pod przekrwionymi oczami rysowały się cienie. Na jego fartuchu widniały stare i świeże plamy po sosie pomidorowym.

- Co ci podać? - zapytał Oswalda znudzonym głosem.

- Kawałek pizzy z serem i napój pomarańczowy poproszę - powiedział Oswald.

Jeff spojrzał gdzieś w dal, jakby musiał się zastanowić, czy to zamówienie ma sens. W końcu stwierdził:

- Dobra, trzy pięćdziesiąt.

Jedno na pewno można było powiedzieć o kawałkach pizzy Jeffa - były wielkie. Jeff podawał je na cienkich papierowych talerzykach, które szybko nasiąkały tłuszczem, a pizza zawsze wystawała poza ich krawędzie.

Oswald usiadł w boksie z pizzą i napojem. Pierwszy gryz - czubka trójkąta - zawsze był najlepszy. W tym kęsie była idealna równowaga smaków. Oswald napawał się ciepłym, ciągnącym się serem, pikantnym sosem i przyjemnie tłustym ciastem. Jedząc, zaczął się rozglądać wokół. Dwóch mechaników z warsztatu wymiany oleju złożyło swoje kawałki pepperoni i jadło je niczym kanapki. Grupa pracowników biurowych nieudolnie zaatakowała swoje kawałki plastikowymi sztućcami, pewnie żeby nie ubrudzić sobie ubrań, uznał.

Kiedy skończył jeść, pomyślał, że chętnie zjadłby jeszcze jeden kawałek, ale ponieważ nie miał więcej pieniędzy, wytarł otłuszczone palce w serwetkę i wyciągnął wypożyczoną książkę. Popijał napój i czytał. Pochłonął go świat, w którym dzieci miały tajemne moce i chodziły do specjalnej szkoły, by uczyć się, jak zwalczać zło.

- Mały! - Głos mężczyzny wyrwał Oswalda z głębi opowieści.

Uniósł wzrok i zobaczył Jeffa w fartuchu ubrudzonym sosem. Uznał, że pewnie za długo tu przebywa. Siedział w boksie przez dwie godziny, a zapłacił za posiłek niecałe cztery dolary.

- Słucham, proszę pana? - powiedział, ponieważ dobre wychowanie zawsze się opłaca.

- Zostało mi parę kawałków pizzy z serem, które nie sprzedały się w porze lunchu. Chciałbyś je?

- Yyy, nie, dziękuję. Nie mam więcej pieniędzy. - Żałował, że tak było.

- Na koszt firmy - odparł Jeff. - Inaczej będę je musiał wyrzucić.

- Och, w takim razie dobrze. Pewnie. Dziękuję.

Jeff podniósł pusty kubek Oswalda.

- Przy okazji doleję ci oranżady.

- Dziękuję.

To było zabawne. Twarz Jeffa nie zmieniła wyrazu ani na moment. Wyglądał na zmęczonego i nieszczęśliwego, nawet gdy był bardzo miły.

Jeff przyniósł dwa kawałki pizzy na jednym talerzyku i kubek oranżady.

- Masz, mały. - Postawił przed Oswaldem jedzenie.

- Dziękuję. - Przez chwilę Oswald zastanawiał się, czy Jeff mu współczuł, czy może uznał, że jest równie biedny, jak ci bezdomni ludzie, którzy spędzają cały dzień w bibliotece, a nie po prostu przeciętnie biedny, z trudem łączący koniec z końcem, jak w rzeczywistości.

Ale potem pomyślał, że jeśli dostaje się za darmo pizzę, to nie jest to odpowiedni moment na takie rozważania. Trzeba jeść.

Oswald bez problemu wciągnął dwa wielkie kawałki. Przez ostatni miesiąc miał wilczy apetyt.

Kiedy mama usmażyła mu stertę naleśników na śniadanie, stwierdziła, że to chyba jego okres gwałtownego wzrostu sprawia, iż pochłania wszystko, jakby miał żołądek bez dna.

Kiedy dopił oranżadę, w jego kieszeni zabrzęczała komórka. Spojrzał na esemes od taty:

Bede pod pizzeria za 2 min

Idealnie. To był naprawdę dobry dzień.

Mijały kolejne dni w bibliotece i pizzerii Jeffa.

Przez pierwsze dwa tygodnie było świetnie, ale teraz okazało się, że biblioteka nie kupiła kolejnego tomu czytanej przez Oswalda serii i znudziła go sieciowa gra fantasy, która miała być darmowa, ale okazało się, że nie mógł przejść dalej bez opłaty. Znudziło mu się też to, że nie miał do towarzystwa nikogo w swoim wieku. Pizza mu się jeszcze nie znudziła, ale zaczynał podejrzewać, że do tego też dojdzie.

Tego dnia wypadał "wieczór rozrywek rodzinnych". Odbywał się raz w tygodniu, w różne dni, w zależności od grafiku mamy. Kiedy fabryka jeszcze działała, wieczór rozrywek rodzinnych oznaczał obiad w restauracji - pizzę albo kuchnię chińską czy meksykańską. Po posiłku szli razem zrobić coś fajnego. Jeśli w kinie grano coś dla dzieci, oglądali film, a jeśli nie, szli na kręgle albo do wrotkarni, gdzie mama z tatą chodzili na randki jeszcze w liceum. Obydwoje byli świetnymi wrotkarzami, a Oswald beznadziejnym, ale trzymali go za ręce i pilnowali, by się nie przewrócił. Zwykle kończyli wieczór lodami w centrum miasta. Oswald i mama zawsze śmiali się z ojca, ponieważ bez względu na to, jakie smaki były do wyboru, za każdym razem prosił o waniliowy.

Od kiedy jednak zamknięto fabrykę, wieczory rozrywek rodzinnych zamieniły się w imprezy domowe. Mama szykowała na kolację coś łatwego, ale świątecznego, jak taco z proszku albo hot dogi. Jedli posiłek, a potem grali w gry planszowe albo oglądali film z wypożyczalni.

Oczywiście wciąż było miło, ale czasami Oswald głośno narzekał, że przestali chodzić na nowe filmy do kina, a później na lody. Wtedy ojciec przypominał mu, że najważniejsze jest to, że spędzają czas wszyscy razem.

Czasami, gdy była ładna pogoda, urządzali sobie wieczór rozrywek rodzinnych na zewnątrz. Pakowali mięso na zimno i sałatki ze Snack Space i wybierali się do parku narodowego. Zjadali obiad przy drewnianym stole i obserwowali wiewiórki, ptaki i szopy pracze.

Później szli na wycieczkę którymś z wyznaczonych szlaków. Te wypady zawsze stanowiły miłą odmianę, ale Oswald wiedział, dlaczego podczas wieczorów rozrywek rodzinnych wychodzili z domu tylko na pikniki: były za darmo.

Tego wieczora zostali w domu. Mama przygotowała spaghetti i chleb czosnkowy. Zagrali w Cluedo - mama jak zwykle wygrała, po czym wszyscy razem rozsiedli się w piżamach na kanapie z olbrzymią miską popcornu i obejrzeli nową wersję starego filmu science fiction.

Kiedy film się skończył, tata stwierdził:

- To było niezłe, ale nie tak dobre jak prawdziwa wersja.

- Jak to prawdziwa? - zdziwił się Oswald. - Ta jest prawdziwa.

- Niezupełnie - odparł tata. - Ten film dzieje się w tym samym świecie co oryginał, ale to tylko tania podróbka w porównaniu z tym, co oglądałem w dzieciństwie.

Ojciec zawsze był taki zawzięty. Nie mógł po prostu obejrzeć czegoś dla przyjemności.

- Więc najlepsze filmy to zawsze te, które oglądałeś w dzieciństwie? - zapytał Oswald.

- Nie zawsze, ale w tym wypadku tak.

Oswald widział, że tata szykuje się na jedną ze swoich ulubionych rzeczy: dyskusję.

- Ale efekty specjalne w oryginalnej wersji były beznadziejne - stwierdził Oswald. - Same kukiełki i gumowe maski.

- Wolę kukiełki i modele niż efekty komputerowe - odparł ojciec, odchylając się na kanapie i kładąc nogi na stoliku do kawy. - To wszystko jest takie płytkie i sztuczne. Nie ma w tym ciepła, głębi. Poza tym lubisz stare filmy o Zendrelixie, a w nich efekty specjalne są okropne.

- Tak, ale oglądam je dla zgrywu - odparł Oswald, chociaż tak naprawdę uważał, że Zendrelix jest całkiem fajny.

Z kuchni wyszła mama z miseczkami pełnymi lodów. Nie tak dobrymi, jak w zamkniętej lodziarni, ale też nie można było na nie kręcić nosem.

- Słuchajcie, chłopaki, jeśli zaraz nie skończycie się kłócić, to następny film wybiorę ja i będzie to komedia romantyczna!

Oswald i ojciec natychmiast zamilkli.

- Tak myślałam. - Mama rozdała lody.

Oswald leżał w łóżku i rysował mechaniczne zwierzęta, gdy na stoliku nocnym zabzyczała komórka. Poza rodzicami tylko jedna osoba pisała do niego esemesy.

Czesc - napisał Ben.

Czesc - odpisał Oswald. - Jak tam lato?

Super. Wakacje w Myrtle Beach. Jest swietnie. Wszedzie minigolf i jaskinie gier.

Zazdroszcze - odpisał szczerze Oswald.

Plaża, jaskinie gier i minigolf - to brzmiało naprawdę świetnie.

Zaluje, ze cie tu nie ma - napisał Ben.

Ja tez

A jak u ciebie?

OK. - odpisał Oswald.

Przez chwilę miał ochotę napisać, że jego lato jest znacznie fajniejsze niż w rzeczywistości, ale nie mógł kłamać Benowi.

Duzo chodze do biblioteki, obiad w pizzerii Jeffa

Tylko tyle?

Rzeczywiście - w porównaniu z wyjazdem Bena nad morze wyglądało to żałośnie.

Na to wygląda

Przykro mi - odpisał Ben, po czym dodał: - Ta pizzeria przyprawia o gesia skorke

Esemesowali jeszcze przez chwilę i chociaż Oswald cieszył się, że kolega się odezwał, to smutno mu było, że Ben jest tak daleko i tak dobrze się bawi bez niego.

W poniedziałek rano Oswald był w złym humorze. Nie pomogły nawet usmażone przez mamę naleśniki. W samochodzie ojciec włączył za głośno radio. Leciała jakaś głupia piosenka o traktorze. Oswald ściszył muzykę.

- Hej, stary, to kierowca wybiera muzykę. Wiesz o tym - zawołał tata.

Podkręcił potworną piosenkę jeszcze głośniej.

- To zła muzyka - odparł Oswald. - Próbuję cię uratować przed tobą samym.

- Cóż, mnie nie podobają się piosenki z gier, których słuchasz - powiedział tata. - Ale nie wpadam do twojego pokoju i ich nie wyłączam.

- No tak. Ale ja cię nie zmuszam, żebyś ich słuchał.

Ojciec ściszył radio.

- Co się dzieje, synu? Coś cię gnębi, bo na pewno nie chodzi o moje upodobanie do muzyki country.

Oswald nie miał ochoty gadać, ale najwyraźniej zostanie do tego zmuszony. Gdy zaczął mówić, zdziwił się, że z jego ust popłynęła fala narzekań.

- Mam dość robienia w kółko tego samego. Wczoraj napisał do mnie Ben. Jest w Myrtle Beach i doskonale się bawi. Chciał wiedzieć, co u mnie, a gdy powiedziałem mu o bibliotece i codziennym obiedzie w pizzerii Jeffa, to wiesz, co odpisał? Że mu przykro i że ta pizzeria przyprawia o gęsią skórkę.

Ojciec westchnął.

- Przykro mi, że nie możesz pojechać na wakacje i świetnie się bawić, Oz. Marnie stoimy finansowo. Żałuję, że to dotyka również ciebie. Jesteś dzieckiem. Nie powinieneś się martwić o pieniądze. Mam nadzieję, że na jesieni dadzą mi w końcu cały etat. To bardzo pomoże, a jeśli awansują mnie na menedżera, dostanę dodatkowe półtora dolara za godzinę.

Oswald wiedział, że nie powinien mówić tego, co właśnie mu się nasunęło, ale się nie pohamował.

- Tata Bena dostał pracę, która jest jeszcze lepiej płatna niż ta, którą miał w fabryce.

Ojciec zacisnął palce na kierownicy.

- Tak, cóż. I musiał się przeprowadzić pięćset mil stąd, żeby pracować - powiedział z napięciem ojciec, zaciskając zęby. - Dużo o tym rozmawialiśmy z twoją mamą i postanowiliśmy się nie przeprowadzać, zwłaszcza że mieszka tu twoja babcia i czasem potrzebuje pomocy. To nasz dom, synu, i chociaż nie wszystko układa się idealnie, musimy się cieszyć tym, co mamy.

Oswald czuł, że przekracza granicę marudzenia i zbliża się do miejsca, w którym czeka na niego kara. Ale czemu niektórzy ludzie dostają od życia to, co najlepsze, a inni muszą się zadowolić bezpłatnymi wizytami w bibliotece i tanią pizzą?

- I dlatego codziennie wyrzucasz mnie na ulicę niczym śmiecia. Jeśli to z tego mam się cieszyć, nie wiem, jak wygląda coś gorszego.

- Nie sądzisz, że trochę przesadzasz z...

Oswald nie czekał na słowa krytyki ojca. Wyskoczył z samochodu i zatrzasnął drzwi. Tata odjechał, pewnie zadowolony, że się go pozbył.

Tak jak podejrzewał, w bibliotece nie było książki, którą miał ochotę przeczytać. Przejrzał kilka czasopism - takich z egzotycznymi zwierzętami, jakie zwykle lubił, ale dziś nie zrobiły na nim wrażenia. Kiedy przyszła jego kolej na komputer, założył słuchawki i obejrzał parę filmików na YouTube, ale nie był w nastroju do śmiechu.

Na obiad poszedł jak zawsze do pizzerii Jeffa, gdzie kupił kawałek pizzy i napój. Codziennie pizza z serem. Gdyby jego ojciec nie był takim kutwą, dałby mu jeszcze dolara i Oswald mógłby zjeść kawałek z pepperoni albo kiełbasą. Ale nie, mógł sobie pozwolić jedynie na najtańszą pizzę z możliwych. No owszem, z pieniędzmi było słabo, ale czy jeden dolar zrobiłby tak wielką różnicę?

Oswald rozejrzał się po pizzerii i stwierdził, że Ben miał rację - to miejsce rzeczywiście przyprawiało o gęsią skórkę. Te wszystkie przebijające spod farby postacie na ścianach, zakurzony i opuszczony basen z kulkami... A jak się nad tym zastanowić, to Jeff też był dziwny. Wyglądał, jakby miał ze sto lat, a pewnie był ledwie trzydziestolatkiem. Z opadającymi powiekami, przekrwionymi oczami, wiecznie poplamionym fartuchem, powolną mową i ruchami wyglądał jak kucharz-zombie.

Oswald zaczął się zastanawiać nad poranną kłótnią z ojcem. Zbliżała się pora, o której tata pisał do niego esemesa, by wyszedł przed pizzerię do samochodu. Cóż, dziś będzie inaczej. Dziś ojciec będzie się musiał po niego pofatygować osobiście.

Jedno miejsce idealnie nadawało się na kryjówkę.

Oswald zamierzał wejść do basenu z piłkami.

Basen był dość ohydny. Widać było, że od lat nikt z niego nie korzystał. Plastikowe kulki pokrywała gruba warstwa kurzu. Ale taka kryjówka była świetnym rozwiązaniem. Ojciec, który zawsze podrzucał go i odbierał niczym czyjeś pranie, będzie musiał wreszcie wyjść z samochodu i trochę się wysilić. A Oswald dopilnuje, by nie poszło mu za łatwo.

Zdjął buty. Owszem, basen był obrzydliwy, ale ukrycie się tam oznaczało, że przynajmniej ten dzień przebiegnie inaczej niż dotychczasowe. Oswald wszedł do basenu i poczuł, jak kulki rozsuwają się, by zrobić mu miejsce. Poruszył rękami i nogami. Przypominało to trochę pływanie, jeśli można pływać na sucho wśród kulek. Dotknął dna. Niektóre piłeczki były niepokojąco lepkie, ale starał się nad tym nie zastanawiać. Jeśli miał nabrać ojca, musiał się w nich zanurzyć z głową.

Wziął haust powietrza, jakby miał wskoczyć do basenu z wodą, i opadł na kolana. Teraz był już zanurzony po szyję. Zaczął się kręcić, by usiąść na dnie i tym sposobem schować głowę. Mógł oddychać swobodnie, bo piłki nie przylegały do siebie zbyt ściśle, ale ciemność sprawiała, że zaczął odczuwać klaustrofobię. Wszystko śmierdziało kurzem i stęchlizną. Przypomniał sobie słowa matki:

- Zapalenie spojówek. Dostaniesz zapalenia spojówek.

Ten smród naprawdę mu przeszkadzał. W nosie kręciło go od kurzu, ale nie zdążył zasłonić ust i zdusić kichnięcia. Kichnął trzy razy, za każdym razem głośniej.

Oswald nie wiedział, czy tata już go szuka, ale jeśli tak, kichający basen z piłami pewnie zdradził jego położenie. Poza tym tu było zbyt ciemno i obrzydliwie. Musiał się podnieść.

Kiedy wstawał, usłyszał piszczenie elektroniki oraz krzyki i śmiech dzieci.

Potrzebował kilku sekund, by oczy przyzwyczaiły się do blasku, jaki go otaczał, błyskających świateł i intensywnych kolorów. Rozejrzał się i szepnął:

- Toto, mam wrażenie, że nie jesteśmy już w Kansas1.

Pod ścianami stały lśniące automaty do gier. Ojciec opowiadał mu, że grał na takich w dzieciństwie w pac-mana, donkey konga, froggera, q*berta, galagę. Maszyna do łowienia zwierzaków pełna była niebieskich postaci przypominających elfy i pomarańczowych kotów jak z kreskówki. Oswald opuścił wzrok i zobaczył, że wokół niego, wśród zaskakująco czystych i kolorowych kulek, kręcą się małe dzieci. Górował nad tymi przedszkolakami niczym olbrzym. Wyszedł z basenu po buty, ale ich nie znalazł.

Stojąc na kolorowej wykładzinie w samych skarpetkach, rozejrzał się wokół. Kłębił się tu tłum dzieci w jego wieku i młodszych, ale było w nich coś dziwnego. Wszystkie miały poukładane, napuszone włosy, chłopcy nosili koszulki polo w kolorach, w których mało który facet by się pokazał - różowym czy bladoniebieskim - a włosy dziewcząt ułożone były w niesamowicie wysokie fryzury o wielkich grzywkach, które sterczały z ich czół niczym pazury. Dziewczynki miały na sobie pastelowe koszulki i pasujące do nich kolorowe buty. Te barwy, światła i odgłosy - po prostu nadmiar bodźców. I co to za muzyka?

Oswald rozejrzał się w poszukiwaniu jej źródła. Po drugiej stronie sali, na małej scenie, trójka mechanicznych zwierząt mrugała wielkimi pustymi oczami, otwierała i zamykała paszcze i poruszała się w tę i z powrotem w rytm brzęczącej, denerwującej muzyki. Byli tam brązowy niedźwiedź, niebieski królik z czerwoną muszką i jakaś ptaszyca. Przypominały Oswaldowi mechaniczne zwierzęta, które ostatnio rysował. Jedyną różnicę stanowiło to, że on nigdy nie mógł się zdecydować, czy rysować je w miłej, czy przerażającej wersji. Te tutaj były przerażające.

Zaskoczyło go natomiast, że jakieś dwanaścioro dzieci, które otaczały scenę, najwyraźniej nie podzielało jego zdania. Dzieci miały na głowach urodzinowe czapeczki z obrazkami przedstawiającymi te stwory. I bawiły się w najlepsze, tańcząc i się śmiejąc. Kiedy Oswald poczuł zapach pizzy, zrozumiał.

Wciąż znajdował się w pizzerii Jeffa - czy raczej w restauracji, która istniała, zanim przejął ją Jeff. Basen z kulkami lśnił nowością i był dostępny dla każdego, wszystkie kontakty w ścianach były zajęte przez automaty do gier, a gdy Oswald się odwrócił w lewo, zobaczył, że te dziwne kształty wyzierające spod farby w pizzerii Jeffa układają się w mural ukazujący te same postacie, które "występowały" na scenie - brązowego niedźwiedzia, niebieskiego królika i ptaszycę. Pod nimi widniał napis: "Pizzeria Freddy'ego Fazbeara".

Oswald zamarł z przerażenia. Jak to się mogło stać? Wiedział, gdzie jest, ale nie miał pojęcia, kiedy ani jak się tu dostał.

Ktoś wpadł na niego, a on podskoczył z zaskoczenia zdecydowanie wyżej niż zwykle. Skoro jednak poczuł kontakt fizyczny, to nie mógł to być sen. Nie wiedział, czy uznać to za dobrą, czy złą wiadomość.

- Sorry, stary - powiedział chłopak.

Był mniej więcej w wieku Oswalda. Miał na sobie jasnozielone polo z ustawionym na sztorc kołnierzykiem wsunięte w workowate dżinsy z wysokim stanem. Jego białe tenisówki były wielkie niczym u klauna. Wyglądało na to, że spędził sporo czasu nad swoją fryzurą.

- Wszystko w porządku? - zapytał.

- Jasne - odparł Oswald.

Nie był tego wcale taki pewien, ale nie umiał opisać sytuacji, w jakiej się znalazł.

- Nie widziałem cię tu wcześniej - zauważył chłopak.

- No... - Oswald zaczął kombinować, co odpowiedzieć, by nie zabrzmiało to zbyt dziwnie. - Przyjechałem tylko na kilka tygodni... do babci. Ale to miejsce jest świetne. Wszystkie te stare gry...

- Stare? - Chłopak uniósł brew. - Żartujesz, co? Nie wiem, skąd jesteś, ale u Freddy'ego są najnowsze gry w okolicy. To dlatego ludzie ustawiają się tu w takich kolejkach.

- No jasne, żartowałem - odparł natychmiast Oswald, bo nie wiedział, co powiedzieć.

Pamiętał, jak jego ojciec wielokrotnie opowiadał, że grał w takie gry, gdy był mały. Strasznie trudne gry, na które stracił mnóstwo czasu i dwudziestopięciocentówek.

- Jestem Chip - powiedział chłopak i przeczesał palcami napuszoną fryzurę. - Razem z moim kumplem Mikiem - skinął w stronę wysokiego, czarnego chłopaka w wielkich okularach i koszulce w czerwone i niebieskie pasy - zamierzamy zagrać w skee-ball. Chcesz dołączyć?

- Chętnie - stwierdził Oswald.

Fajnie było spędzać czas z innymi dzieciakami, nawet jeśli wyglądały tak, jakby były z innych czasów. Nie podejrzewał, by mu się to przyśniło, ale rzeczywistość była co najmniej równie dziwna.

- A ty masz jakoś na imię? - zapytał Mike, spoglądając na Oswalda jak na jakieś oryginalne zjawisko.

- Och, sorry. Jestem Oswald. - Cała ta sytuacja tak go wyprowadziła z równowagi, że zapomniał się przedstawić.

Mike klepnął go przyjacielsko po plecach.

- Wiesz, muszę cię ostrzec, Oswaldzie. Jestem niezły w skee-ball. Ale dam ci fory, bo jesteś tu nowy.

- Doceniam to - odparł Oswald.

Poszedł za nimi w stronę automatów do gry w skee-ball. Gra polegała na tym, że turlało się piłkę po torze, na którego końcu ta podskakiwała i w zależności od siły i kierunku rzutu, wpadała do jednej z punktowanych łuz.

Po drodze minęli kogoś w króliczym stroju. Wyglądał jak żółta wersja animatronicznego królika na scenie. Nikt nie zwrócił uwagi na tego przebierańca, więc Oswald nic nie powiedział. Był to pewnie jeden z pracowników Freddy'ego Fazbeara, przebrany tak, by bawić małe dzieci na przyjęciu urodzinowym.

Mike rzeczywiście był mistrzem w skee-ball. Trzy razy bez problemu pokonał Chipa i Oswalda, ale zachowywał się jak dobry kolega i przez cały czas świetnie się bawili i żartowali. Miło było poczuć się członkiem grupy.

Po kilku kolejnych grach Oswald zaczął się niepokoić. Która to była godzina? Ile czasu szukał go ojciec? I jak Oswald miał wrócić do swojego świata? Pewnie, chciał trochę przestraszyć ojca, ale nie na tyle, by ten wezwał policję.

- Chłopaki, muszę lecieć - powiedział Oswald. - Moja babcia...

Chciał już powiedzieć, że przysłała mu esemes, ale uświadomił sobie, że Chip i Mike nie mieliby pojęcia, o czym mówi.

Nie wiedział, co to za rok, ale na pewno nie było w nim telefonów komórkowych.

- Babcia ma mnie odebrać za kilka minut.

- Jasne, może zobaczymy się później - stwierdził Chip, a Mike skinął mu głową i machnął na pożegnanie.

Oswald zostawił nowych kolegów, stanął w kącie, wciąż bez butów, i zaczął się zastanawiać, co ma robić. Wyraźnie wydarzyło się tu coś magicznego, ale robiło się późno, a on nie miał butów. Zupełnie jak jakiś pokręcony Kopciuszek.

Jak miał wrócić? Mógłby wyjść przed restaurację, ale gdzie by wtedy wylądował? Trafiłby w miejsce, gdzie miał na niego czekać ojciec, ale nie w odpowiedni czas. I wtedy go olśniło. Może wyjście jest w tym samym miejscu co wejście? W basenie z kulkami jakaś mama tłumaczyła dwójce małych dzieci, że pora wychodzić. Próbowały protestować, ale mówiła bardzo stanowczym tonem i postraszyła je wcześniejszym pójściem spać. Kiedy tylko cała trójka zniknęła, Oswald wszedł do basenu. Zanim ktoś zauważył, że w basenie znajduje się zbyt wysokie dziecko, szybko zanurzył się pod powierzchnię. Jak długo miał tak czekać? W końcu postanowił policzyć do stu i wstać.

Uniósł się i zobaczył, że stoi w zakurzonym, odgrodzonym liną basenie w pizzerii Jeffa. Wyszedł z niego i znalazł buty w tym samym miejscu, gdzie je zostawił. W kieszeni zawibrował mu telefon. Wyjął go i przeczytał:

Bede za 2 min.

Czyżby nie minęła ani chwila?

Ruszył do wyjścia, a Jeff zawołał za nim:

- Do zobaczenia, mały.

- Wygląda świetnie, mamo. - Oswald nabił kiełbaskę na widelec.

- Jesteś dziś w dobrym nastroju. - Mama zsunęła mu na talerz gofra. - Gdzie się podział wczorajszy pan maruda?

- Hm - powiedział Oswald. - Dziś mają dostarczyć moją książkę do biblioteki.

Mówił prawdę, ale wcale nie dlatego był w takim dobrym humorze. Oczywiście nie mógł powiedzieć, co tak naprawdę go cieszyło. Gdyby zakomunikował mamie: "W pizzerii Jeffa znalazłem basen z piłkami, który przenosi w czasie", rzuciłaby gofry i złapała za telefon, by zadzwonić do najbliższego psychologa dziecięcego.

Oswald odebrał z biblioteki książkę, ale był zbyt niecierpliwy, by ją czytać. Ruszył do pizzerii Jeffa, gdy tylko ją otwarto o jedenastej.

Kiedy wszedł do środka, Jeff był w kuchni, więc po cichu zakradł się do basenu.

Zdjął buty, wszedł do środka i zanurkował w głąb. A że poprzednim razem to zadziałało, postanowił policzyć do stu, nim wstał.

Mechaniczne zwierzęta znów "grały" jakąś dziwną brzęczącą piosenkę, zagłuszaną przez rozliczne piski i dzwonki gier. Oswald rozejrzał się po sali - po automatach do gier wideo, "Przywal w kreta" i lśniących neonowo jednorękich bandytach, w których można było wygrać żetony (a może i nie), jeśli nacisnęło się w odpowiednim momencie guzik. Starsze dzieciaki zebrały się przy automatach. Przedszkolaki szalały w kolorowym figloraju.

Zapalenie spojówek - pomyślał Oswald, chociaż nie miał prawa komentować ich zachowania, biorąc pod uwagę, jak nurkował ostatnio w basenie z piłkami.

Wszystko wyglądało tak jak poprzednio. Dostrzegł nawet kalendarz w biurze i ustalił, że jest w 1985 roku.

- Zobacz, to Oswald! - Chip paradował w jasnoniebieskiej koszulce polo, dżinsach z wysokim stanem i olbrzymich adidasach. Fryzurę miał jak spod igły.

- Cześć, Oz - powiedział Mike.

Miał koszulkę z obrazkiem z filmu Powrót do przyszłości.

- Ktoś cię tak czasem nazywa? Jak tego Czarnoksiężnika z Krainy Oz?

- Teraz już tak - odparł z szerokim uśmiechem Oz.

Jego samotne wakacje się skończyły. Teraz miał dwóch kumpli, a nawet przezwisko. Co prawda wyglądało na to, że wszystko dzieje się w połowie lat osiemdziesiątych, ale kto by się przejmował takimi drobiazgami?

- Hej - powiedział Chip - przed chwilą zamówiliśmy pizzę. Chcesz się przyłączyć? Zamówiliśmy dużą, więc nie damy rady zjeść całej sami.

- Mów za siebie - odparł Mike, ale z uśmiechem.

- No dobra - zgodził się Chip. - Może jest jej więcej, niż powinniśmy zjeść. Chcesz kawałek?

Oswald był ciekaw, jak smakuje pizza Freddy'ego w porównaniu z tą od Jeffa.

- Pewnie, dzięki.

W drodze do stolika minęli kogoś w tym samym żółtym stroju królika. Stał w kącie niczym posąg. Chip i Mike albo go nie zauważyli, albo zignorowali, więc Oswald starał się zrobić to samo. Ale czemu on się tak chował w kącie? Jeśli pracował w restauracji, to chyba nie powinien się zachowywać tak dziwnie?

Przy stole młoda kobieta o wielkiej blond fryzurze i z niebieskim cieniem na powiekach podała im dużą pizzę i dzbanek oranżady. W tle wciąż grał animatroniczny zespół. Dostali pizzę z pepperoni i kiełbaskami, miała chrupiące brzegi. Była to miła odmiana po kawałkach z samym serem.

- Wiecie - powiedział w trakcie jedzenia Mike. - Jak byłem mały, to uwielbiałem zespół Freddy'ego Fazbeara. Miałem nawet pluszowego Freddy'ego, z którym spałem. A teraz te stwory przyprawiają mnie o dreszcze.

- To dziwne, co? To, co podoba nam się w dzieciństwie, staje się straszne, gdy stajemy się starsi. - Chip sięgnął po kolejny kawałek. - Na przykład klauni.

- Albo lalki - wtrącił Mike. - Czasami patrzę na lalki mojej siostry, jak tak stoją na półce w jej pokoju, i mam wrażenie, że się we mnie wpatrują.

Albo jak ten facet w kostiumie żółtego królika - pomyślał Oswald, ale nic nie powiedział.

Kiedy skończyli jeść, poszli pograć w skee-ball, a Mike znów rozłożył ich na łopatki, ale był przy tym bardzo miły. Oswald przestał się przejmować upływem czasu, bo ten najwyraźniej mijał w tym miejscu inaczej niż u niego. Po skee-ballu zaczęli grać na zmianę w cymbergaja. Oswaldowi szło zaskakująco dobrze i nawet pokonał raz Mike'a.

Kiedy zaczęły im się kończyć żetony, Oswald podziękował chłopakom za gościnność i powiedział, że ma nadzieję, iż znów się niedługo zobaczą. Pożegnali się, a potem Oswald poczekał, aż nikt nie będzie patrzył, i zniknął w basenie z piłkami.

Spotkania z Chipem i Mikiem stały się jego codziennością. Tego dnia nie grali na automatach. Siedzieli przy stole, popijali napoje i rozmawiali, próbując nie zwracać uwagi na okropną muzykę mechanicznych zwierzaków.

- Wiecie, jaki film mi się podobał? - zapytał Chip.

Miał na sobie koszulkę polo w kolorze brzoskwiniowym. Oswald uwielbiał tego gościa, ale czy naprawdę nie miał on choć jednej koszulki, która byłaby w kolorze innym niż te pastelowe barwy jak z pisanek?

- Niekończąca się pieśń.

- Serio? - zawołał Mike, poprawiając na nosie wielkie okulary. - Ten film był potwornie nudny! Stwierdziłem nawet, że tytuł pasuje idealnie, bo wyglądało na to, że nigdy się nie skończy.

Roześmieli się wszyscy, a potem Chip dodał:

- Oz, a tobie się podobał?

- Nie widziałem go - odpowiedział Oswald.

Często to powtarzał w towarzystwie Chipa i Mike'a.

Oswald zawsze słuchał, jak opowiadali o ulubionych filmach i programach. Jeśli wspominali jakiś, którego nie znał, wyszukiwał informacje o nim w sieci po powrocie do domu. Zrobił listę filmów z lat osiemdziesiątych, które chciał obejrzeć, i sprawdzał w programie telewizyjnym, czy nie znajdzie ich na którymś kanale. Włączał się w rozmowy Chipa i Mike'a na tyle, na ile mógł. Czuł się trochę jak uczeń z wymiany zagranicznej. Czasami tylko uśmiechał się i kiwał głową, by nie rozgryźli jego tajemnicy.

- Stary, musisz częściej wychodzić - powiedział Mike. - Może któregoś dnia wybierzesz się z nami do kina?

- Byłoby świetnie - odparł Oswald, bo co innego miał powiedzieć?

Tak się składa, że jestem z odległej przyszłości i podejrzewam, że to niemożliwe, bym spotkał się z wami w jakimś innym miejscu poza restauracją Freddy'ego Fazbeara w 1985 roku. Obaj uznaliby to za żart z Mike'a, ponieważ jego ulubionym filmem był Powrót do przyszłości.

- Podaj choć jeden tytuł filmu, który ci się naprawdę podobał - zwrócił się do Oswalda Chip. - Chciałbym wiedzieć, co lubisz.

Oswald zamarł. Jaki film pochodził z lat osiemdziesiątych?

- Eee... E.T.?

- E.T. - Mike ze śmiechem klepnął dłonią w stół. - E.T. to film sprzed... jakichś trzech lat. Naprawdę musisz więcej wychodzić. Tam, skąd pochodzisz, nie mają kin?

Mają - pomyślał Oswald. - Mają też Netflixa i PlayStation, i YouTube, i media społecznościowe.

Ale nic z tego nie powiedział na głos.

Oczywiście Chip i Mike rozmawiali także o nowinkach technicznych, o których on miał bardzo słabe pojęcie, na przykład o wideo, przenośnych radiomagnetofonach i kasetach. I wciąż musiał się pilnować, by nie wspominać o telefonach komórkowych, tabletach czy internecie. Starał się też nie zakładać koszulek z postaciami i odwołaniami do filmów, które mogłyby zaskoczyć ludzi z 1985 roku.

- Chłopie, jesteś nie na czasie i musimy to zmienić - powiedział Chip.

Gdybyś tylko wiedział, jak bardzo - pomyślał Oswald.

- Chcecie w coś zagrać? - zapytał Mike. - Czuję, jak wzywa mnie skee-ball, ale obiecuję, że będę delikatny.

Chip się zaśmiał.

- Nieprawda. Wykończysz nas.

- Idźcie sami - powiedział Oswald. - Ja chyba zostanę tutaj.

- Co? Żeby oglądać przedstawienie? - Mike wskazał głową upiorne zwierzaki na scenie. - Coś się stało? Jeśli nagle uznałeś, że podoba ci się muzyka Freddy'ego Fazbeara, to musimy szybko wezwać pomoc.

- Nie, nic się nie stało - odparł Oswald, ale nie mówił szczerze.

Podczas pierwszych kilku wizyt u Freddy'ego w 1985 roku Oswald nie myślał o tym, że żeruje na dobroci Chipa i Mike'a, bo nigdy nie miał własnych pieniędzy. Nawet gdyby nie był spłukany w swoich czasach, to czy jego pieniądze w 1985 roku w ogóle byłyby ważne? To żałosne, ale był biedny w obu strefach czasowych.

W końcu powiedział:

- Po prostu czuję, że nadużywam waszej gościnności, bo nigdy nie mam swoich pieniędzy.

- Stary, to nic - odparł Chip. - Nawet nie zauważyliśmy.

- Jasne - dodał Mike. - Uznaliśmy po prostu, że babcia nie daje ci forsy. Moja daje mi kasę tylko na urodziny.

Byli uprzejmi, ale Oswald wciąż był zażenowany. Skoro wspomnieli o tym, że nie ma pieniędzy, to najwyraźniej musieli to zauważyć.

- Może po prostu popatrzę, jak gracie? - powiedział.

Kiedy wstał, poczuł w kieszeniach dziwny ciężar. Znajdowało się w nich coś tak ciężkiego, że bał się, iż zsuną mu się spodnie. Sięgnął do kieszeni i wyciągnął dwie garście żetonów do gier u Freddy'ego Fazbeara.

- Albo zagramy tymi - powiedział.

Nie miał pojęcia, jak wyjaśnić czary, które przed chwilą się zadziały.

- Chyba zapomniałem, że mam na sobie te spodnie... te z żetonami.

Chip i Mike popatrzyli na niego z pewnym zaskoczeniem, ale po chwili uśmiechnęli się szeroko i zaczęli wsypywać żetony do kubków po napojach.

Oswald zrobił to samo. Uznał, że nie będzie się nad tym dziwnym zjawiskiem zastanawiać. Nie wiedział, skąd się wzięły żetony, ale z drugiej strony nie miał też pojęcia, jakim cudem się tu dostał.

Rano, gdy ojciec odwoził go do biblioteki, Oswald zapytał:

- Tato, ile miałeś lat w osiemdziesiątym piątym?

- Byłem tylko kilka lat starszy od ciebie - powiedział tata. - I poza baseballem myślałem tylko o tym, ile ćwierćdolarówek wydam na automaty do gier. A czemu pytasz?

- Tak po prostu - odpowiedział Oswald. - Zbieram informacje. Pizzeria Jeffa, zanim została pizzerią Jeffa, była restauracją z automatami do gier, prawda?

- Tak, to prawda. - Głos ojca zabrzmiał dziwnie, jakby się zdenerwował. Przez kilka sekund milczał, po czym dodał: - Ale ją zamknięto.

- Tak jak wszystko w tym mieście - stwierdził Oswald.

- No cóż, tak.

Zatrzymali się przed biblioteką.

Oswaldowi mogło się tylko wydawać, ale miał wrażenie, że gdy dojechali na miejsce, jego ojciec odetchnął z ulgą, że nie będzie musiał już odpowiadać na więcej pytań.

Punkt jedenasta Oswald jak zwykle ruszył do pizzerii Jeffa. Jako że Jeffa nigdzie nie dostrzegł, poszedł prosto do basenu z piłkami. Doliczył do stu i wstał. Panował hałas, ale nie ten co zwykle. Krzyki. Płaczące dzieci. Wołania o pomoc. Odgłos biegnących stóp. Chaos.

Czy Chip i Mike byli tutaj? Czy nic im się nie stało? Co tu się w ogóle wydarzyło?

Oswald się bał. Z jednej strony miał ochotę zniknąć z powrotem w basenie piłek, ale z drugiej martwił się o kolegów. A poza tym był bardzo ciekawy, co się stało, chociaż wiedział, że musiało to być coś okropnego.

Powiedział sobie, że on sam nie jest w niebezpieczeństwie, ponieważ znajdował się w przeszłości, w czasie przed swoim urodzeniem. Jego życie nie mogło być zagrożone, skoro w 1985 roku nawet nie było go na świecie. Chociaż żołądek mu się skręcał, ruszył przez tłum. Mijał biegnące matki z dziećmi w ramionach, ojców trzymających pociechy za ręce i prowadzących je do wyjścia. Wszyscy mieli przerażone miny.

- Chip? Mike? - zawołał, ale nigdzie nie widział swoich przyjaciół.

Może tego dnia nie przyszli do Freddy'ego Fazbeara. Może byli bezpieczni.

Oswalda ogarnął niepokój, ale musiał się dowiedzieć, co się dzieje. Ruszył w przeciwnym kierunku niż biegnący tłum. A jego strach narastał.

Przed nim stał mężczyzna w kostiumie żółtego królika... O ile w środku rzeczywiście był mężczyzna. Królik otworzył drzwi z napisem: "Dla personelu" i wszedł do środka.

Oswald ruszył za nim.

Korytarz był długi i ciemny. Królik spojrzał na Oswalda pustymi oczami, z nieodłącznym uśmiechem na ustach, po czym ruszył korytarzem. Chłopiec go nie gonił. Pozwalał się prowadzić, zupełnie jakby się znalazł w upiornej wersji Alicji w Krainie Czarów i wszedł do króliczej nory.

Nawiązanie do Czarnoksiężnika z Krainy Oz (przyp. red.). [wróć]

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki