Five Nights at Freddys. Five Nights at Freddy's: Tales from the Pizzaplex. Submechanofobia Tom 4 - Scott Cawthon

Kup ebooka

34.90 zł
27.22 zł (26,87 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Bam, bam, bam.

- Hej, mały, nie powinno cię tu być.

Bam, bam.

- Pro­szę nie stu­kać w szybę - zawo­łał Caden Wykow­ski ze swo­jego sta­no­wi­ska nie­opo­dal głów­nej atrak­cji, zwa­nej przez wła­ści­ciela tego miej­sca Mor­skim Mecha­kwa­rium Freddy'ego. Tylko tu w całym parku wod­nym Freddy'ego znaj­do­wały się pod­wodne ani­ma­tro­niki. Sam Caden był zachwy­cony, gdy po raz pierw­szy zoba­czył te mecha­niczne stwo­rze­nia: mor­skiego smoka, dwa węże mor­skie, kilka reki­nów, różne ryby, syrenę i nurka w sta­ro­świec­kim kom­bi­ne­zo­nie. W akwa­rium była też sztuczna pod­wodna sce­ne­ria - kora­lowce, rośliny i muszle.

Maluch pew­nie chciał zoba­czyć ani­ma­tro­niki z bli­ska i musiał prze­do­stać się tu przez dział kon­ser­wa­cji. Mecha­kwa­rium jed­nak było prze­zna­czone do podzi­wia­nia wyłącz­nie z daleka, w trak­cie korzy­sta­nia z innych atrak­cji.

- Dla­czego smok na mnie nie patrzy? - maru­dził dzie­ciak. - Popatrz na mnie, smoku!

Miał na sobie czer­wone kąpie­lówki, żółtą koszulkę z logo parku wod­nego Freddy's Fan­tasy i klapki. Naj­praw­do­po­dob­niej urwał się swoim opie­ku­nom.

- Nie patrzy, bo nie jest praw­dziwy, młody. To ani­ma­tro­nik, robot. Wra­caj do rodziny, na pewno się już zasta­na­wiają, gdzie się podzia­łeś.

- To miej­sce jest do bani! - Dzie­ciak ponow­nie ude­rzył w szybę otwartą dło­nią.

- Hej! - Caden pod­szedł do niego. - Dość tego.

Dzie­ciak wypluł gumę do żucia na szybę, obró­cił się na pię­cie i strze­lił Cade­nowi pro­sto w klatkę pier­siową z pla­sti­ko­wego pisto­letu na wodę - dwa razy - co zatrzy­mało męż­czy­znę w pół kroku. Potem pobiegł w stronę drzwi, przez które nie powi­nien był w ogóle wcze­śniej wejść.

Caden wes­tchnął i wytarł dłoń w mokre robo­cze polo, patrząc, jak pecyna różo­wej, prze­żu­tej gumy zsuwa się powoli po szy­bie zbior­nika. Wyjął z kie­szeni szmatkę, pochy­lił się i posprzą­tał. Następ­nie pochu­chał na szkło i spró­bo­wał naj­le­piej, jak mógł, doczy­ścić zabru­dze­nie.

- Hej, Wykow­ski! Jak tam leci?

Szybko się wypro­sto­wał, usły­szaw­szy głos Mar­tina Cop­pera. Mar­tin, wła­ści­ciel parku wod­nego, był jego nowym sze­fem.

Caden ski­nął głową i odchrząk­nął.

- Ekhm... Dobrze, panie Cop­per.

Mar­tin uśmiech­nął się i mach­nął ręką.

- Wystar­czy "sze­fie", jasne?

Caden sta­rał się nie gapić na jego sze­roki uśmiech.

- Jasne, sze­fie.

Mar­tin Cop­per był prze­cięt­nie wyglą­da­ją­cym męż­czy­zną w śred­nim wieku, o śred­nim wzro­ście i takiejże wadze. Miał nieco już prze­rze­dzone włosy. Jego jedyną przy­ku­wa­jącą wzrok cechą był uśmiech, na który naj­wy­raź­niej wydał sporo pie­nię­dzy. Jego duże, ide­al­nie pro­ste zęby miały kolor jasnej kości sło­nio­wej. Kiedy się uśmie­chał, trudno było zigno­ro­wać ich błysk.

- Za mną, Wykow­ski - pole­cił i Caden posłusz­nie poszedł za nim wąską ścieżką wokół okrą­głego zbior­nika. Węże mor­skie, jeden w kolo­rze wybla­kłego fio­letu, a drugi - bla­dego różu, prze­śli­zgnęły się obok Mar­tina. Ich dłu­gie, reali­stycz­nie wyko­nane ciała wiły się tuż przy szy­bie. Roy, współ­pra­cow­nik Cadena, nadał im przy­domki Marco i Polo, ponie­waż czę­sto mysz­ko­wały po zaka­mar­kach zbior­nika jak praw­dziwi odkrywcy.

- Cza­sami potra­fią być tro­chę prze­ra­ża­jące, co? - powie­dział Mar­tin. Caden ski­nął głową z wymu­szo­nym uśmie­chem, odwra­ca­jąc wzrok od ani­ma­tro­ni­ków i roz­glą­da­jąc się po ota­cza­ją­cym ich parku wod­nym.

Jak na pią­tek nie było wiel­kiego tłumu, ale park dopiero tydzień wcze­śniej został otwarty po prze­rwie. Był zbu­do­wany na pla­nie ogrom­nego koła, któ­rego cen­trum sta­no­wiło mecha­kwa­rium. Po pół­noc­nej stro­nie znaj­do­wało się główne wej­ście i biuro admi­ni­stra­cyjne parku. W zachod­niej czę­ści usy­tu­owano stawy Bon­nie's Sea Ponds z dwoma base­nami dla dzieci i głów­nym base­nem do nur­ko­wa­nia. Od połu­dnia zbu­do­wano kom­pleks skle­powo-restau­ra­cyjny Freddy's Tre­asu­res and Eatery, a także pomost, z któ­rego star­to­wały łódki - Chica's Fairy Boats. Wschod­nią część sta­no­wiła wyspa Foxy'ego ze zjeż­dżal­niami wod­nymi, a mię­dzy prze­zro­czy­stymi rurami zjeż­dżalni a salo­nem gier upchnięto pomiesz­cze­nia dla pra­cow­ni­ków i warsz­tat, gdzie doko­ny­wano kon­ser­wa­cji i napraw.

Łódeczki z nama­lo­waną Chiką pły­nęły małym stru­mie­niem, który oddzie­lał wodne atrak­cje od mecha­kwa­rium. W tej chwili było w nich kil­koro dzieci, które pró­bo­wały zna­leźć się jak naj­bli­żej ani­ma­tro­ni­ków. Caden wie­dział, że Mar­ti­nowi nie było to w smak i że chciał im to unie­moż­li­wić. Ani­ma­tro­niki były mocno zużyte, miały odpry­ski farb, plamy rdzy, a tu i ówdzie ich czę­ści były poła­mane. Nie było jed­nak tego widać, dopóki czło­wiek nie zna­lazł się naprawdę bli­sko nich. Park wodny swoje lata świet­no­ści prze­ży­wał dawno temu, potem przez długi czas pozo­sta­wał zamknięty, aż w końcu dwa mia­sta dalej otwo­rzył się Mega Piz­za­pleks Freddy'ego Fazbe­ara. Mar­tin miał nadzieję, że uda mu się wyko­rzy­stać suk­ces Piz­za­pleksu, ale nie zamie­rzał wkła­dać żad­nych pie­nię­dzy w reno­wa­cję Mecha­kwa­rium. Zada­niem Cadena było utrzy­ma­nie w ruchu cen­nych atrak­cji.

Co oka­zało się trud­niej­sze, niż się spo­dzie­wał.

Zarzą­dza­nie mecha­kwa­rium było jedyną przy­zwo­icie płatną pracą, jaką mógł zdo­być w mia­steczku Meadow Brook bez dodat­ko­wych szkół i kur­sów. A nie lubił się uczyć. Szkoły nie wspo­mi­nał dobrze, zresztą naj­le­piej zawsze mu szło zdo­by­wa­nie umie­jęt­no­ści w spo­sób prak­tyczny, kiedy mógł coś zro­bić wła­sno­ręcz­nie.

Mar­tin prych­nął i zła­pał się za nos.

- Wiem, że już to powie­dzia­łem, Wykow­ski, ale powta­rzam, akwa­rium musi być czy­ste. Bez jed­nej plamki.

Kiedy mówił, mocno gesty­ku­lo­wał. Pod­kre­śla­jąc coś waż­nego, dźgał pal­cem powie­trze albo machał dło­nią, jakby ciął coś przed sobą topo­rem. Caden nie­raz zasta­na­wiał się, czy szef wie, jakie wra­że­nie robi to na roz­mów­cach.

- To mecha­kwa­rium jest gwoź­dziem pro­gramu, z niego żyje cały park. Musi przy­nieść zysk.

Obna­żył zęby i wska­zał mie­dzia­nego koloru kieł.

- Te zęby się same nie spłacą. Praw­dziwa miedź, łapiesz?

Caden ski­nął głową.

- Nie­źle. Tak, pa... sze­fie. Spraw­dzam para­me­try wody co wie­czór, żeby upew­nić się, że wszystko działa bez zarzutu, podob­nie jak w innych base­nach.

- Dobrze, dobrze. A kiedy ani­ma­tro­nik się zepsuje, musisz go natych­miast napra­wić. Żad­nego guz­dra­nia i fuszerki. Zamknięta atrak­cja to mniej ludzi i mniej pie­nię­dzy. A mniej pie­nię­dzy to mniej pracy. Bez pie­nię­dzy nie będzie pracy dla nikogo. Jasne?

Caden znowu ski­nął głową w kie­runku wyce­lo­wa­nego w jego twarz palca.

- Zro­zu­mia­łem, sze­fie. Natych­miast napra­wić.

- Zatrud­ni­łem cię, bo masz wykształ­ce­nie mecha­niczne i doświad­cze­nie. Uczy­łeś się tego w szkole, prawda?

- Tak, mia­łem zaję­cia prak­tyczno-tech­niczne, a potem w lecie pra­co­wa­łem w piz­ze­rii Pen­guin i obsłu­gi­wa­łem minia­ni­ma­tro­niki. Dobrze sobie radzę z napra­wami. Już bab­cia mi to zawsze powta­rzała.

Caden zer­k­nął do akwa­rium, szybko prze­li­czył w myślach pły­wa­jące ani­ma­tro­niki i podra­pał się po gło­wie. Zdał sobie sprawę, że nie widzi syreny. Ups.

Mar­tin jakby czy­tał w jego myślach, bo zatrzy­mał się i też spoj­rzał na zbior­nik.

- Chwila moment. A syrena? Gdzie syrena?

Oparł pła­skie czoło o grubą szybę akwa­rium i spoj­rzał w dół. Caden podą­żył za jego wzro­kiem. Syrena leżała na dnie mechakwa­rium, na skale. Ramiona miała dziw­nie wykrzy­wione, oczy sze­roko otwarte, jedno czarne jak smoła, bo bra­ko­wało w nim gałki. Usta otwie­rała, jakby uto­nęła.

- Syrena padła, Wykow­ski, powta­rzam, syrena padła! - Mar­tin pokrę­cił głową, pocie­ra­jąc dło­nią kark. - Zamknij skle­pik i zaj­mij się nią, do dia­ska.

Nie­mal odbiegł, zaafe­ro­wany, wyma­chu­jąc rękami w powie­trzu.

- Im czę­ściej to zamy­kam, tym wię­cej tracę pie­nię­dzy - mam­ro­tał. - Napraw ją, Wykow­ski!

- Jasne, sze­fie - odparł cicho Caden. - Żaden pro­blem. Natych­miast.

- Dam radę - cicho mruk­nął do sie­bie, wspi­na­jąc się po dra­bi­nie na zamkniętą plat­formę, która ota­czała szczyt mecha­kwa­rium. - Jestem nie­ustra­szony.

Jego bab­cia zawsze mu powta­rzała, że sto­so­wa­nie afir­ma­cji może pomóc mu prze­trwać trudne chwile. Dzia­łało, kiedy był nasto­lat­kiem, ale teraz odkry­wał, że słowa nie były w sta­nie spro­stać wyzwa­niom sta­wia­nym przez nową pracę.

- Jestem odważny. - Spoj­rzał ponad par­kiem i dostrzegł Roya zamy­ka­ją­cego łódki i ofe­ru­ją­cego gościom dar­mowe kupony na gry. Caden się­gnął po pian­kowy kom­bi­ne­zon wiszący na kołku i zdał sobie sprawę, że trzę­sie mu się ręka. Zaci­snął dłoń w pięść i otwo­rzył ją, a następ­nie chwy­cił mokry kom­bi­ne­zon uży­wany do nur­ko­wa­nia w mecha­kwa­rium.

Obli­zał suche usta i spró­bo­wał zapa­no­wać nad odde­chem. Zamknął oczy i pokrę­cił głową.

- Oddy­cham bez pro­blemu. Dam radę. - Roze­brał się do kąpie­ló­wek, zało­żył obci­sły kom­bi­ne­zon i zapiął go. - Nie jestem już małym dziec­kiem.

Miał dzie­więt­na­ście lat i był samo­dzielny, tylko rachunki babci pię­trzyły się coraz wyżej. Wycho­wy­wała go, odkąd miał sześć lat i był zobo­wią­zany zadbać o jej dom, gdy poszła do domu opieki. Było to ostat­nie, co mu powie­działa, zanim zabrała ją karetka, gdy przy­pad­kowo zra­niła się w zamro­cze­niu wywo­ła­nym począt­ko­wym sta­dium cho­roby Alzhe­imera. Zacho­wać dom - to było dla niej ważne i nie zamie­rzał jej zawieść.

Potrze­bo­wał tej pracy. Musiał więc być w sta­nie ją wyko­ny­wać.

Pod­szedł do kon­tro­lek mecha­kwa­rium i prze­su­nął dźwi­gnię zasi­la­nia. Klik­nęło i umilkł syk elek­trycz­no­ści. Caden naci­snął przy­cisk, aby odsu­nąć nie­bie­ską pokrywę na górze zbior­nika. Usły­szał powolny szum cofa­ją­cej się mecha­nicz­nie ste­ro­wa­nej osłony. Spod pokrywy buch­nął odór sil­nych che­mi­ka­liów prze­sy­ca­ją­cych wodę.

Caden wsu­nął stopy w płe­twy do nur­ko­wa­nia, pod­niósł ciężką butlę z powie­trzem i zało­żył ją. Przy­piął torbę z narzę­dziami do kara­biń­czyka na ska­fan­drze i wsu­nął maskę na głowę. Spoj­rzał w dół, na wodę, na cie­nie nie­ru­cho­mych ani­ma­tro­ni­ków. Po ple­cach prze­biegł mu dreszcz. Stopy miał cięż­kie, jakby były przy­kle­jone do plat­formy. Pod­niósł jedną nogę, potem drugą, żeby je roz­ru­szać, i zato­czył kilka kółek zesztyw­nia­łymi bar­kami.

Kiedy wyłą­czał zasi­la­nie, ani­ma­tro­niczne mor­skie stwory zamie­rały w róż­nych miej­scach mecha­kwa­rium. Nie­które uno­siły się bli­sko powierzchni, inne zawi­sały gdzieś pośrodku, a jesz­cze inne opa­dały na sztuczne mor­skie dno.

To miało być jego dru­gie zej­ście do zbior­nika. Za pierw­szym razem zanur­ko­wał i pły­wał nad ani­ma­tro­ni­kami. Za bar­dzo się bał, by się do nich zbli­żyć. Nie miał pew­no­ści, czy uda mu się zejść głę­biej na dno. Ale tym razem musiał. Musiał.

Miał nadzieję, że to tylko pro­blem z sil­ni­kiem. Ich budowa była pro­sta: oka­blo­wa­nie i przy­cisk resetu, który można było wci­snąć na miej­scu, pod wodą. Gdyby coś było poważ­nie nie tak, ani­ma­tro­nika trzeba by wyło­wić i prze­nieść do warsz­tatu. Caden był pewien, że Mar­tin wyszedłby z sie­bie, gdyby ze zbior­nika miał znik­nąć kolejny robot.

Usiadł na kra­wę­dzi i wsu­nął upłe­twione stopy do wody.

- Dam radę. Będzie dobrze. Niech będzie dobrze.

Nasu­nął maskę na oczy, wziął w zęby ust­nik butli z tle­nem i szybko ześli­zgnął się do wody, zanim zdą­żył się roz­my­ślić. Opa­da­jąc pro­sto w dół, poczuł chłód wody...

I wylą­do­wał dokład­nie przed nosem rekina, a także przed jego sze­roko roz­wartą, pełną wiel­kich, ostrych i zardze­wia­łych zębów pasz­czą.

Otwo­rzył sze­roko oczy, czu­jąc ogar­nia­jącą go falę paniki.

Serce tłu­kło mu się w piersi i na chwilę zapo­mniał, gdzie jest. Widział tylko prze­ra­ża­ją­cego mecha­nicz­nego rekina i mrok zapo­mnie­nia, czy­ha­jący w głębi jego gar­dzieli. Zatrze­po­tał ramio­nami w pró­bie ucieczki.

Obró­cił się, ude­rzył w zabyt­ko­wego nurka i zaplą­tał się w jego koń­czy­nach.

Zła­pał go. Trzyma!

Aaaa! Caden otwo­rzył usta, by krzyk­nąć, i momen­tal­nie wypu­ścił ust­nik. Woda zalała mu gar­dło. Jed­nym pchnię­ciem wystrze­lił ku powierzchni, prze­bi­ja­jąc wodę i pospiesz­nie sunąc ku brze­gowi, na który się pod­cią­gnął.

Prze­wró­cił się na bok, krztu­sząc się i dła­wiąc wodą. Miał wra­że­nie, że zaraz mu pęk­nie klatka pier­siowa. Jego cia­łem wstrzą­sały drgawki. Zdjął maskę i dał sobie chwilę, żeby uspo­koić oddech, w miarę jak spły­wało z niego prze­ra­że­nie. Woda nalała mu się do oczu i zamru­gał. Nagle zdał sobie sprawę, gdzie jest i co robi.

Był w pracy, w parku wod­nym. Nur­ko­wał w mecha­kwa­rium, aby napra­wić syrenę. Nie było tam nic, co mogłoby go zra­nić.

Był bez­pieczny.

- Rany, stary - mruk­nął do sie­bie, zamy­ka­jąc oczy. - Ty głupku, głupi głupku.

Caden od wielu lat cier­piał na tak zwaną sub­me­cha­no­fo­bię.

Był to strach przed maszy­nami znaj­du­ją­cymi się pod wodą.

Jego rodzice zagi­nęli na morzu pod­czas dru­giego mie­siąca mio­do­wego. Caden tra­fił wów­czas na tera­pię. Zamiesz­kał z bab­cią, wró­cił do szkoły i wyda­wało się, że wszystko jest w naj­lep­szym porządku. Przez jakiś czas. Powoli wra­cał do nor­mal­no­ści, aż nad­szedł pamiętny dzień, który zapi­sał się jego w pamięci pod hasłem: "Druga klasa i feralna wycieczka szkolna".

Oka­zało się, że śmierć rodzi­ców odbiła się na nim bar­dziej, niż myślał, i spra­wiła, że w jego gło­wie powstał nie­moż­liwy do prze­ła­ma­nia lęk przed pod­wod­nymi maszy­nami. Nie wie­dział, co dokład­nie stało się z jego rodzi­cami, ale jego mózg naj­wy­raź­niej zde­cy­do­wał, że w grę musiała wcho­dzić jakaś maszy­ne­ria w głę­bi­nach, i chło­piec ni­gdy nie zmie­nił na ten temat zda­nia. Po incy­den­cie na wycieczce kole­dzy doku­czali mu aż do końca szkoły. Bez względu na to, jak dobrze radził sobie w spo­rcie, czy był miły, czy opry­skliwy, nie zapo­mnieli tam­tego dnia i nie dali zapo­mnieć o nim rów­nież jemu.

Przez całe lata chciał wyje­chać, uciec, ale nie mógł tak po pro­stu zosta­wić babci. Trwał więc przy niej i pró­bo­wał sobie jakoś radzić.

Może nawet gdzieś w głębi ducha miał nadzieję, pra­gnął, marzył, że pew­nego dnia rodzice wrócą do domu.

A do tego wciąż się bał i nie rozu­miał, skąd się to bie­rze. Pod­czas napa­dów lęku miał wra­że­nie, że opusz­cza go zdrowy roz­są­dek. Był roze­dr­ga­nym, bez­rad­nym kłęb­kiem ner­wów. Dok­tor Marks, jego tera­peuta, stwier­dził, że praw­do­po­dob­nie tak pla­stycz­nie wyobra­ził sobie los, który spo­tkał rodzi­ców, że spo­wo­do­wało to u niego fobię. Dodał jed­nak, że to tylko robo­cza hipo­teza.

Robo­cza hipo­teza.

Trudno było wyle­czyć coś, czego przy­czyn się nie znało.

Cho­ciaż tera­pia nie dała mu odpo­wie­dzi, któ­rych potrze­bo­wał, nauczyła go kilku tech­nik, dzięki któ­rym mógł radzić sobie z fobią. Nauczył się uni­kać stra­chu.

Wie­dział o tym, że uni­ka­nie nie zawsze jest naj­lep­szym spo­so­bem roz­wią­za­nia pro­blemu, ale tylko to mu poma­gało. Dla­tego uwiel­biał kon­stru­ować i napra­wiać przed­mioty. Kiedy zagłę­biał się w pro­jekt, absor­bo­wał on jego uwagę, sku­tecz­nie odwra­ca­jąc ją od trud­niej­szych pro­ble­mów.

Caden sie­dział na kra­wę­dzi plat­formy, powoli wdy­cha­jąc i wydy­cha­jąc powie­trze, dopóki się nie uspo­koił. Zapla­no­wał w myślach całą drogę do znaj­du­ją­cej się po dru­giej stro­nie zbior­nika syreny, tak aby omi­nąć wszyst­kie inne mecha­niczne mor­skie stwo­rze­nia. Czy­ste wej­ście, czy­ste wyj­ście.

Tak przy­go­to­wany opa­no­wał swój strach i na powrót wśli­zgnął się do wody, zanim mózg miał szansę mu pod­po­wie­dzieć, by tego nie robił.

Opa­da­jąc, dostrzegł nie­opo­dal ogrom­nego, zie­lo­nego smoka mor­skiego. Był to naj­więk­szy z ani­ma­tro­ni­ków, wypo­sa­żony w prze­ra­ża­jące meta­lowe kolce na grzbie­cie i ogo­nie. Serce Cadena zatrze­po­tało. Zanur­ko­wał pro­sto w kie­runku syreny. Czuł wyrzut adre­na­liny, naka­zu­jący mu się spie­szyć, robić wszystko, by jak naj­szyb­ciej zna­leźć się z dala od ani­ma­tro­nika.

Uspo­kój się - powta­rzał sobie. Byle do przodu.

Nie wolno szybko nur­ko­wać. Musiał kon­tro­lo­wać oddech i ciśnie­nie. I posta­rać się oczy­ścić umysł.

Co dziwne, ile­kroć scho­dził pod wodę, jego głowę wypeł­niał nie­po­ko­jący sta­tyczny szum. Można by pomy­śleć, że pod wodą będzie cicho. Ten biały szum był jed­nak kolejną nie­zro­zu­miałą dla niego sprawą zwią­zaną z fobią.

Pły­nąc dalej, czuł, jak ści­ska mu się żołą­dek. Łyp­nął na ogo­nia­stego węża mor­skiego Marco, który wpa­try­wał się w niego z odle­gło­ści nie­ca­łych dwóch metrów. Ani­ma­tro­nik był wyłą­czony, ale utkwione w Cade­nie spoj­rze­nie węża spra­wiało tak nie­sa­mo­wite wra­że­nie, że chło­pa­kowi się wyda­wało, że śle­dził go praw­dziwy dra­pież­nik. Jakby zna­lazł się na celow­niku.

Przez moment zda­wało mu się, że w oku gada bły­snęło żółte świa­tełko.

Wyłą­czy­łem prąd - przy­po­mniał sobie, kiedy dotarł wresz­cie do syreny, któ­rej oczu na szczę­ście nie widział. Odblo­ko­wał pokrywę na ple­cach figury i popra­wił oblu­zo­wany prze­wód. Potem pstryk­nął prze­łącz­niki, żeby doko­nać resetu. Ramiona syreny nagle ożyły i ani­ma­tro­nik zaczął nimi machać dookoła. Caden wzdry­gnął się i odsko­czył, ude­rza­jąc butlą z tle­nem o szklaną ścianę.

Na chwilę zła­pała go w swoje szpony panika.

Kiedy syrena się uspo­ko­iła, on też zmu­sił się do tego samego i znowu się poru­szył. Spoj­rzał na szkło, żeby upew­nić się, że go nie uszko­dził. Zamknął klapkę osła­nia­jącą mecha­nizm, wsu­nął śru­bo­kręt do woreczka i tak szybko, jak tylko mógł, popły­nął w górę. Pły­nął, jakby ktoś albo coś poru­szało się za nim, żeby pochwy­cić jego płe­twę ostrymi meta­lo­wymi zębi­skami. Nie mógł pozbyć się wra­że­nia, że smok obser­wuje pil­nie wszystko, co robi. Wresz­cie jed­nym ruchem wysko­czył na brzeg plat­formy, zrzu­cił nie­wy­godny sprzęt i cią­gle ocie­ka­jąc wodą, pod­biegł do panelu zasi­la­nia.

- No dalej, dzia­łaj.

Pocią­gnął dźwi­gnię i odwró­cił się, by spoj­rzeć na zbior­nik. Oczy ani­ma­tro­ni­ków roz­bły­sły i figury powoli pod­jęły swój taniec w wodzie.

Caden odna­lazł wzro­kiem syrenę, która pły­wała przy samym dnie, poru­sza­jąc ramio­nami i ogo­nem. Jej wybla­kłe czer­wone włosy falo­wały w wodzie.

Spięte barki chło­paka opa­dły z ulgą.

Udało się.

Prze­tarł dło­nią twarz i mokre włosy. Następ­nie roze­brał się do kąpie­ló­wek, wysu­szył i zaczął porząd­ko­wać sprzęt do nur­ko­wa­nia.

Mar­tin nie udzie­lił mu wska­zó­wek, jak dbać o wszystko, ale Caden zawsze utrzy­my­wał porzą­dek w warsz­ta­cie i wokół niego. Dowie­dział się, jak kon­ser­wo­wać sprzęt do nur­ko­wa­nia i jak wła­ści­wie go użyt­ko­wać. Każde narzę­dzie, każdy ele­ment wypo­sa­że­nia, miały wyzna­czone miej­sce, więc gdy ich potrze­bo­wał, wie­dział, gdzie się znaj­dują.

Zawsze uzu­peł­niał zbior­nik powie­trza, bez względu na to, ile z niego ubyło. Zro­bił to i tym razem. Wytarł maskę, po czym odwie­sił płe­twy i saszetkę na narzę­dzia na wła­ściwe miej­sce na ścia­nie. Ust­nik butli uło­żył w czy­stym pudełku. Kiedy już się ubrał i upo­rząd­ko­wał wszystko, wyszedł, by powia­do­mić Evę, kie­row­niczkę biura, że mecha­kwa­rium i łodzie już dzia­łają.

Punkt dla Wykow­skiego.

Był jed­nak tak wyczer­pany, że nie czuł zbyt wiel­kiej rado­ści.

- Hej, Caden!

Odwró­cił się i zoba­czył idą­cego w jego stronę Roya, kolegę z pracy. Pra­wie pół­to­rej dekady star­szy od niego Roy zawsze wyglą­dał tak, jakby dopiero co wstał z łóżka. Jego ciemne włosy ster­czały na wszyst­kie strony. Uni­form miał przy­cia­sny i pomięty.

Wygląd męż­czy­zny na to nie wska­zy­wał, ale Roy był praw­dziwą gwiazdą wśród pra­cow­ni­ków parku wod­nego. Wie­dział, jak uru­cho­mić i obsłu­gi­wać każdą kabinę do gier oraz jak przy­go­to­wać nie­sa­mo­wi­tego hot doga na patyku, a także peł­nił obo­wiązki dozorcy. Kiedy Caden zapy­tał go, jak mu się to wszystko udaje, ten odparł, że już za dzie­ciaka przy­cho­dził tutaj i od zawsze uwiel­biał każdy skra­wek tego miej­sca. To była jego wyma­rzona praca.

- Tak, Roy? - Caden zawi­ro­wał pro­bówką z wodą z base­ni­ków dla dzieci. Spraw­dzał, czy ma odpo­wiedni skład che­miczny, co było konieczne, by móc dopu­ścić malu­chy do zabawy w wodzie.

Roy wska­zał kciu­kiem przez ramię.

- Hank chyba padł.

Caden wes­tchnął znu­żony i wlał zawar­tość pro­bówki z powro­tem do basenu. Hank był mecha­nicz­nym reki­nem z przy­po­mi­na­jącą młot plamą rdzy na ogo­nie. Hank Młot, tak lubił go nazy­wać Roy. Nazwał też pozo­stałe dwa rekiny: Mac Mię­śniak i Sly Spry­ciarz - ten drugi zawsze się ukry­wał wśród sztucz­nych skał i roślin.

Zeus to był oczy­wi­ście smok mor­ski, syrena otrzy­mała imię Deli­lah, nurek został nazwany Fran­kiem, a węże to Marco i Polo.

- Jasne. Dzięki.

Roy podra­pał się po zaro­ście na pod­bródku.

- Jedyna robota, do jakiej nie udało mi się tutaj zała­pać, to wła­śnie posada tech­nika. Nie jestem naj­moc­niej­szy w łami­głów­kach. I chyba bym nie mógł nur­ko­wać w akwa­rium.

Caden wzru­szył ramio­nami.

- Robisz tu pra­wie wszystko, Roy. Zostaw tro­chę pracy dla innych.

Roy uśmiech­nął się, poka­zu­jąc żółte zęby, i par­sk­nął cha­rak­te­ry­stycz­nym śmie­chem.

- Taa, fakt, chyba coś ci musia­łem zosta­wić. Ale co ja bym oddał za twoją robotę. Popły­wać sobie z Zeu­sem i Deli­lah. To by było nie­sa­mo­wite!

Caden zaśmiał się ner­wowo.

- Tak...

- Dobra, kolego, rób swoje. Ja nadam komu­ni­kat, że mecha­kwa­rium i łódki będą jakiś czas nie­czynne. Postaw Hanka na płe­twy, niech pływa z całą resztą.

- Dzięki, już się robi.

Caden poka­zał wycią­gnięty w górę kciuk, odło­żył zestaw do testo­wa­nia wody i ruszył w kie­runku mecha­kwa­rium. Po dro­dze minął kilku gości parku.

Dzień był nieco pochmurny, ale w porze lun­chu poka­zało się słońce i wypa­liło resztki chmur. Dookoła bie­gały dzieci z jaskra­wymi balo­ni­ka­mii. Rodzice besz­tali je, żeby były grzeczne. Powy­żej uno­siło się kilka mew, które wypa­try­wały porzu­co­nych resz­tek jedze­nia, a gołę­bie gru­chały tak gło­śno, że ich głosy prze­bi­jały się przez muzykę gra­jącą z radio­wę­zła.

- Ja nie mogę. Caden Wykow­ski, tutaj?

Caden zamarł. O nie. Nie­stety znał ten głos. Odwró­cił się i zoba­czył daw­nego kolegę z klasy, Dar­ryla Cun­nin­ghama, Yasmine Men­dozę i małą dziew­czynkę.

Minął rok, odkąd ukoń­czyli szkołę, i Caden miał nadzieję, że już ni­gdy nie zoba­czy swo­jej neme­zis. Jed­nak w Meadow Brook nie spo­sób było kogo­kol­wiek unik­nąć.

Uśmiech­nął się sztucz­nie i prze­cze­sał ner­wowo ręką włosy.

- Dar­ryl. Hej, Yasmine. Jak leci?

- Cześć, Caden, nie wie­dzie­li­śmy, że tu pra­cu­jesz - powie­działa Yasmine, odrzu­ca­jąc falu­jące czarne włosy. - Faj­nie.

- Żar­tu­jesz sobie? - wypa­lił Dar­ryl. - Park wodny to ostat­nie miej­sce, w któ­rym spo­dzie­wał­bym się Wykow­skiego.

Dar­ryl nie zmie­nił się ani tro­chę. Mio­do­wo­blond włosy, szczu­pły i dobrze ubrany. Na pierw­szy rzut oka nie­stety nie było widać tego, co naj­waż­niej­sze, czyli jego wred­nego cha­rak­terku. Był pro­wo­dy­rem wielu sesji wyzwisk, popy­cha­nia i bicia, któ­rych Caden doświad­czał przez lata. Wszystko z powodu głu­piej fobii, która ujaw­niła się tylko na tej jed­nej wycieczce.

Dzie­ciaki ni­gdy nie zapo­mi­nały takich rze­czy.

Caden spoj­rzał na dziew­czynkę, która ssała lizaka.

- A to kto?

Yasmine poło­żyła rękę na jej ramie­niu.

- Moja młod­sza sio­stra, Marie. Zabra­li­śmy ją do parku, żeby zoba­czyła mor­skie stwo­rze­nia, ale wygląda na to, że aku­rat zamy­ka­cie to, co nas inte­re­so­wało.

- No jasne - odparł Dar­ryl z szy­der­czym uśmie­chem. - To miej­sce to straszna nora. Po co w ogóle je na nowo otwie­rali? Mega Piz­za­pleksy to co innego. Cho­dzi­łem do jed­nego przy naszej szkole... To miej­sce może się scho­wać.

Dar­ryl chark­nął i splu­nął na zie­mię.

- Tak, cóż - powie­dział Caden. - Miejmy nadzieję, że to nie potrwa długo. Muszę tylko dostać się do zbior­nika i zre­star­to­wać jed­nego z ani­ma­tro­ni­ków.

Spoj­rzał na Marie.

- Wtedy będziesz mogła zoba­czyć, jak pły­wają, wiesz?

Oczy Dar­ryla roz­sze­rzyły się, a usta wykrzy­wiły w gry­ma­sie.

- Cze­kaj, co? Jesteś tutaj tech­ni­kiem? Jasna cho­lera. Ja chyba naprawdę śnię. Sły­szysz to, Yasmine? Caden wcho­dzi do wody, żeby napra­wiać ani­ma­tro­niki. Czy masz już kałużę pod nogami?

Par­sk­nął, wypi­na­jąc chudą klatkę pier­siową, jak wtedy, kiedy naśmie­wał się z Cadena w szkole.

- Musie­li­śmy się dziś obu­dzić w alter­na­tyw­nej rze­czy­wi­sto­ści. Opo­wiem wszystko chło­pa­kom!

Caden skrzy­żo­wał ramiona i z fru­stra­cji zaci­snął pię­ści.

- Tak, cóż, ludzie się zmie­niają. Trzeba jakoś zacząć zara­biać na życie. A ty, czym się teraz zaj­mu­jesz, Dar­ryl?

Dar­ryl wypro­sto­wał się i lekko nadął.

- Przy­je­cha­łem tu na długi week­end, mam teraz prze­rwę na uczelni. Dosta­li­śmy się z Yasmine na ten sam uni­we­rek. Stu­diu­jemy, żeby potem mieć praw­dziwą pracę.

Caden wzru­szył ramio­nami.

- Nie każdy chce iść na stu­dia.

- Raczej nie każdy jest na tyle bystry. Nie, Wykow­ski?

Caden zmarsz­czył brwi.

- Sły­sza­łam o two­jej babci, Caden, przy­kro mi - wtrą­ciła się Yasmine. Spoj­rze­nie jej brą­zo­wych oczu było szczere. Nale­żała do garstki uczniów, któ­rzy byli dla niego mili, ale zawsze trzy­mała się z Dar­ry­lem i jego grupą palan­tów, tak więc to Caden jej uni­kał.

- Dzięki, teraz ma się dobrze. Ma cało­do­bową opiekę.

Spoj­rzał w dal i udał, że dostrzegł Mar­tina.

- Oj, mój szef na hory­zon­cie. Muszę wra­cać do pracy.

- Miło było cię zoba­czyć - powie­działa Yasmine, a Caden odda­lił się naj­szyb­ciej, jak mógł.

- Niech cię nie zeżre żaden robot! - zawo­łał Dar­ryl, chi­cho­cząc. - I pamię­taj, naj­pierw sko­rzy­staj z łazienki! Ha, ha, ha, ha, ha!

Caden tylko pokrę­cił głową, kipiąc z iry­ta­cji.

Potarł pod­bró­dek, przy­glą­da­jąc się mecha­kwa­rium z zewnątrz. Tak, to z Han­kiem Mło­tem były kło­poty. Ani­ma­tro­nik uno­sił się do góry brzu­chem pośrodku zbior­nika niczym praw­dziwa mar­twa ryba.

Jak, do cho­lery, to się stało? - pomy­ślał. I jak ma prze­wró­cić Hanka na brzuch?

Prze­tarł twarz dło­nią.

Wziął kilka dużych odde­chów i wspiął się po dra­bi­nie na plat­formę. Wdech, wydech. Rany, na myśl o ponow­nym wej­ściu do wody już czuł mdło­ści. Nawet zaczęły mu się pocić dło­nie.

Ale to była jego praca!

Praca, któ­rej praw­do­po­dob­nie by się nie pod­jął, gdyby wie­dział, jak czę­sto te mecha­niczne stwo­rze­nia będą się psuć. Ale nie było też zbyt wielu ofert dla świeżo upie­czo­nych mecha­ni­ków w naj­bliż­szej oko­licy domu babci, tak żeby mógł bez pro­blemu każ­dego dnia do nich dojeż­dżać. Wziął więc to, co się tra­fiło, i miał nadzieję, że codzienne sta­wia­nie czoła naj­głęb­szym lękom pomoże mu w jakiś spo­sób prze­zwy­cię­żyć fobię.

Jak dotąd jed­nak było coraz gorzej.

Wszedł na plat­formę i zbli­żył się do dźwi­gni, aby wyłą­czyć główne zasi­la­nie. Usły­szał, jak wibra­cje zbior­nika zamie­rają. Gdy umil­kły, naci­snął przy­cisk, aby otwo­rzyć plan­dekę. Zaczął zakła­dać sprzęt do nur­ko­wa­nia.

Prze­szedł się wokół mecha­kwa­rium, pró­bu­jąc zna­leźć naj­lep­szą trasę na dół, która pozwo­li­łaby mu unik­nąć innych ani­ma­tro­ni­ków. Nie­stety, tym razem maszyny były chyba wszę­dzie, usta­wione pod każ­dym moż­li­wym kątem. Musiał opły­nąć przy­naj­mniej jedną z nich, by dostać się do Hanka.

Świet­nie.

Ode­tchnął sfru­stro­wany.

- Daj spo­kój, dasz radę. Nie ma się czym mar­twić.

Uznał, że naj­le­piej będzie prze­pły­nąć do Hanka trasą pro­wa­dzącą przez małą grupę przy­pad­ko­wych ryb. Usiadł na kra­wę­dzi w peł­nym rynsz­tunku, zało­żył maskę, ust­nik i zsu­nął się do zim­nej wody. Naj­pierw prze­pły­nął tuż nad pozo­sta­łymi dwoma reki­nami. Mac Mię­śniak był ciem­no­nie­bie­ski i naj­więk­szy z całej trójki.

Kiedy Caden prze­pły­wał nad jego wiel­kim cia­łem, poczuł na ple­cach dreszcz. Sly był jasno­nie­bie­ski i mniej­szy, miał pacior­ko­wate oczy i mały ogon. Hank był po pro­stu szary.

Caden wypchnął nogi ener­gicz­nie do tyłu, kie­ru­jąc się ku ławicy i przedarł się przez nią. Za każ­dym razem, gdy ocie­rał się o rybę, czuł się, jakby raził go prąd. Wresz­cie z walą­cym ser­cem pod­pły­nął do Hanka.

Nie­stety rekin leżał na grzbie­cie, przez co Caden nie mógł dosię­gnąć panelu ste­ro­wa­nia. Musiał pod­pły­nąć pod ani­ma­tro­nika, żeby go napra­wić.

Raju, jakby za każ­dym razem, kiedy musiał się zanu­rzyć, spe­cjal­nie działo się coś, co mu utrud­niało pracę.

Pod­pły­nął do rekina od dołu i, jak praw­dziwy tchórz, prędko się wyco­fał. Oddy­chał szybko, ury­wa­nie. Wiszący nad nim kor­pus mecha­nicz­nego rekina prze­ra­żał go.

Oddy­chaj. Wdech, wydech - powta­rzał sobie w gło­wie, pró­bu­jąc się uspo­koić. Wyj­rzał przez szybę mecha­kwa­rium i stwier­dził, że odwie­dza­jący nie zwra­cają więk­szej uwagi na zbior­nik. Na szczę­ście. Dostrzegł coś kątem oka i prędko się odwró­cił. Zoba­czył Zeusa, mor­skiego smoka. Był o nie­całe dwa metry od niego i lekko otwie­rał pasz­czę.

Skąd się tu wziął, do licha?

Smok mor­ski był nie tylko naj­więk­szym, ale i naj­strasz­niej­szym z ani­ma­tro­ni­ków. Miał wiel­kie ciel­sko i małe, szpo­nia­ste łapy. Z boków gada wyra­stały skrzy­dła. Wielka szczęka jeżyła się zębi­skami. Wystar­czyło, że Caden przy­glą­dał mu się o moment za długo z zewnątrz akwa­rium, by poczuł zbli­ża­jący się atak paniki.

Nie przy­po­mi­nał sobie, by widział Zeusa w pobliżu Hanka. Ale był tak zaab­sor­bo­wany tym, aby dotrzeć do niego bez kom­pli­ka­cji, że może po pro­stu go nie zauwa­żył. Kto wie? Był kom­plet­nie roz­ko­ja­rzony!

Rób swoje, i tyle.

Szybko wpły­nął pod Hanka, otwo­rzył śru­bo­krę­tem panel i sku­pił się na roz­wią­za­niu pro­blemu.

Spraw­dził prze­wody. Pomaj­stro­wał przy nich, upew­nia­jąc się, że nic się nie polu­zo­wało, po czym naci­snął przy­cisk resetu. Hank zadrżał i szarp­nął ogo­nem. Caden cof­nął się, cze­ka­jąc, aż rekin się uspo­koi, a następ­nie pospiesz­nie zamknął i uszczel­nił panel. Odwró­cił się, by wypły­nąć na powierzch­nię, ale zamarł.

Zeus uno­sił się teraz w wodzie tuż przed nim.

Caden szybko odpły­nął w tył, żeby uciec od ani­ma­tro­nika, ale zde­rzył się z czymś twar­dym. Obej­rzał się za sie­bie. Była to mor­ska skała. Odwró­cił się na powrót do Zeusa. Prze­ra­ża­jący smok w jakiś spo­sób zna­lazł się jesz­cze bli­żej i Caden zadrżał na całym ciele.

Jak?

Prąd był wyłą­czony. Nie było moż­li­wo­ści, by robot poru­szał się bez zasi­la­nia. Wszystko tu było z metalu. Gdyby miał się w ogóle prze­mie­ścić, to jedy­nie na dno, i to tylko wtedy, gdyby pękł kabel.

Jak to się stało, że jest tak bli­sko?

Co się tu, do cho­lery, dzieje?!

Caden obser­wo­wał smoka mor­skiego.

Ten zbli­żył się jesz­cze bar­dziej.

O nie!

Caden rozej­rzał się, szu­ka­jąc drogi ucieczki.

Smok zatrzy­mał się gwał­tow­nie tuż przy gło­wie chło­paka, przy­gważ­dża­jąc go do ściany. Czu­bek łusko­wa­tego pyska zna­lazł się o cen­ty­me­try od twa­rzy Cadena. Ogromne, ostre zęby były wystar­cza­jąco bli­sko, by go ugryźć.

Caden chciał krzy­czeć!

Jego klatka pier­siowa uno­siła się i opa­dała. Ple­cami przy­warł do skal­nej ściany. Pró­bo­wał nie wcią­gać zbyt dużo tlenu naraz, żeby nie dostać zawro­tów głowy.

Umrę tu!

Był cał­ko­wi­cie spa­ra­li­żo­wany stra­chem.

Niech ktoś mi pomoże!

Pró­bo­wał spoj­rzeć gdzie­kol­wiek indziej, ale jego wzrok wra­cał do otwar­tej pasz­czy smoka. Nie wyglą­dała naj­le­piej. Nie­które zęby były poła­mane. Zie­lona farba na łuskach pokry­wa­ją­cych głowę starła się tu i ówdzie. Plama na jego pysku, powstała od wycie­ka­ją­cego przez lata czar­nego oleju, w ciem­no­ści zbior­nika, przy­po­mi­nała Cade­nowi zaschniętą krew.

Nie wie­dział, jak długo trwał tak spa­ra­li­żo­wany, przy­party do skał przez ani­ma­tro­nika.

W końcu zauwa­żył brudne prze­wody zwi­sa­jące z dol­nych zębów smoka.

Skup się na prze­wo­dach. Skup się na tech­nicz­nych kwe­stiach - powta­rzał sobie. - Możesz to napra­wić.

Wpa­try­wał się w kabel, kon­cen­tru­jąc na nim uwagę, aż prze­ra­że­nie ści­ska­jące go za serce nieco zwol­niło uścisk zim­nych pazu­rów.

Jego puls jed­nak cią­gle trze­po­tał, a żołą­dek się wywra­cał.

Napraw to teraz, żeby nie trzeba było tu wra­cać póź­niej.

Przez chwilę nie mógł się ruszyć. Zaczął więc wyobra­żać sobie pla­stycz­nie mecha­nizm, który wpra­wiał w ruch ani­ma­tro­niki. Prze­ko­ny­wał sie­bie, że to naprawdę tylko maszyny. Bez­silne. Drżącą ręką się­gnął po zwi­sa­jący, uno­szony przez wodę kabel. Mate­riał oka­zał się miękki, giętki, jak... sznu­rek. Pocią­gnął moc­niej, ale to coś utkwiło mocno mię­dzy zębami smoka. Zamknął oczy i szarp­nął z całej siły. Coś wysko­czyło z wnę­trza pasz­czy i popły­nęło w jego stronę.

Caden zdał sobie sprawę, że to, co zła­pał, nie było prze­wo­dem, ale sznu­rówką. Wycią­gnął z ogrom­nej pasz­czy Zeusa pokryty czar­nym ole­jem mały, dzie­cięcy but.

Tej nocy Cade­nowi śniło się, że jest znowu w dru­giej kla­sie i poje­chał na wycieczkę do parku roz­rywki. Przy­dzie­lono go razem z Dar­ry­lem, Pete­rem, Sally i Tonym do grupy pod opieką pani Thomp­son. Z początku, gdy dotarli do parku, było cał­kiem faj­nie. Prze­je­chali się na kilku karu­ze­lach, pojeź­dzili kolej­kami, pograli w różne gry. Cade­nowi spodo­bała się karu­zela z wiru­ją­cymi fili­żan­kami. Jego kolega Dar­ryl wolał tę z dłu­gimi łań­cu­chami. Wszy­scy kupili sobie watę cukrową i hot dogi. Caden nie mógł się docze­kać, aż opo­wie babci, jak dobrze się bawił.

Następ­nym punk­tem pro­gramu była prze­jażdżka łodzią pod­wodną. Tak naprawdę nie była to żadna łódź pod­wodna, ale zwy­kły jacht, gdzie scho­dziło się pod pokład i przez prze­szklone ściany oglą­dało dno wiel­kiego stawu, po któ­rym żeglo­wał.

Z gło­śni­ków grała muzyka w jakby bla­sza­nej tona­cji. Wcho­dząc na pokład, Caden czuł lek­kie pode­ner­wo­wa­nie. Prze­wra­cało mu się w żołądku, jakby czymś się struł. Gdy spoj­rzał na zie­lon­kawą, mętną wodę ota­cza­jącą łódź, zaczęły mu się pocić dło­nie. Nie czuł się tu dobrze, ale musiał trzy­mać się grupy.

Chciał do domu.

Łódź koły­sała się pod jego sto­pami. W wodzie uno­siły się fał­szywe wodo­ro­sty, dry­fu­jąc to tu, to tam. Toń za szkla­nymi ścia­nami nie była jed­nak przej­rzy­sta, a mętna. Pły­wały w niej grudy ziemi.

- Ale faj­nie! - zawo­łał Dar­ryl, wska­zu­jąc ręką dookoła. - Super, co nie?

Pozo­stałe dzieci zgo­dziły się z nim i z okrzy­kami zachwytu obser­wo­wały małe rybki prze­pły­wa­jące obok łodzi.

Caden nie widział w tym nic faj­nego.

Dar­ryl chwy­cił go za ramię i przy­cią­gnął do szyby.

- Zobacz, Caden, eks­tra, co nie? Jak­by­śmy byli pod wodą! Kiedy doro­snę, zamiesz­kam w łodzi pod­wod­nej! Będzie super. Też chcesz miesz­kać w łodzi pod­wod­nej?

- Hm... - bąk­nął Caden, który wła­śnie zauwa­żył coś w męt­nej wodzie. Zmru­żył oczy. Obser­wo­wał, jak wodo­ro­sty prze­su­wają się tam i z powro­tem. Coś się... poru­szało, a łódź się do tego zbli­żała.

Poczuł, że serce wali mu jak mło­tem. Wska­zał na szybę.

- Eee... - wybeł­ko­tał.

Opu­ścił ręce wzdłuż ciała, a dło­nie zaci­snął w pię­ści.

Spo­mię­dzy dłu­gich pasm wodo­ro­stów wysko­czył nagle ogromny wie­lo­ryb, otwie­ra­jąc sze­roko pasz­czę. Jego zęby były brą­zo­wa­wo­czarne, a gar­dło ziało ciemną cze­lu­ścią i wyda­wało się wystar­cza­jąco duże, by połknąć Cadena w cało­ści.

Cade­nowi aż oddech uwiązł w gar­dle.

Dar­ryl pocią­gnął go jesz­cze bli­żej szyby, a on wyrwał mu się i odsko­czył.

Wstrzy­mał oddech na tak długo, że myślał, iż zemdleje. Wypu­ścił go wresz­cie, nabrał duży haust powie­trza i wrza­snął tak gło­śno, jak jesz­cze ni­gdy w życiu.

Wrzesz­czał, jakby ktoś go zaata­ko­wał.

Tor­tu­ro­wał. Mor­do­wał. Poże­rał żyw­cem.

Pani Thomp­son, Dar­ryl i inne dzieci pró­bo­wali go uspo­koić, ale Caden miał przed oczami tylko jedno: mecha­nicz­nego wie­lo­ryba, który tak go prze­ra­ził.

Pani Thomp­son chwy­ciła go za ramiona. Była blada i miała sze­roko otwarte oczy.

- Caden! Prze­stań natych­miast!

Caden szarp­nął się, krzy­cząc. Ude­rzył w jakiś prze­łącz­nik awa­ryjny na ścia­nie łodzi i głowy wszyst­kich prze­szyło gło­śne wycie alarmu.

Dzieci poza­kry­wały uszy, by ochro­nić się przed hała­sem.

Łodzią szarp­nęło tak, że się zatrzy­mała. Wie­lo­ryb zamarł z otwartą pasz­czą tuż obok.

Pani Thomp­son ponow­nie chwy­ciła Cadena i zasło­niła mu widok na wodę.

- Caden, pro­szę, prze­stań! Nic ci nie jest! Prze­stań krzy­czeć! Pro­szę, niech ktoś wyłą­czy ten alarm!

Caden w końcu ucichł. Całe jego ciało się trzę­sło. Klatka pier­siowa chłopca pod­no­siła się i opa­dała poru­szana cięż­kimi odde­chami. Gar­dło paliło go od krzyku. Łzy spły­wały mu po twa­rzy, a z nosa cie­kły smarki. Powoli odzy­ski­wał zmy­sły i zaczął przy­po­mi­nać sobie, gdzie jest i co się dzieje.

A działo się to, że Dar­ryl wyty­kał go pal­cem.

- Patrz­cie! Caden zsi­kał się w spodnie! Ha, ha, ha, ha, ha!

Dzieci zaczęły skan­do­wać:

- Caden zsi­kał się w spodnie! Caden zsi­kał się w spodnie!

Chło­piec spoj­rzał w dół i zoba­czył u swo­ich stóp kałużę, a w uszach brzmiał mu szy­der­czy śmiech kole­gów.

Ha, ha, ha, ha, ha!

Caden obu­dził się w swoim łóżku pokryty war­stewką potu. Poszewka przy­kle­iła mu się do skóry, więc odrzu­cił koł­drę i usiadł. Upew­nił się, że nie zmo­czył się naprawdę, a następ­nie prze­tarł twarz. Dzięki Bogu, im był star­szy, tym lepiej kon­tro­lo­wał swoje funk­cje fizjo­lo­giczne.

Spoj­rzał na zega­rek. Była trze­cia trzy, więc wstał, omi­nął stertę ubrań na pod­ło­dze i wyszedł z sypialni, kie­ru­jąc się wąskim kory­ta­rzem do kuchni. Wyko­nał parę krą­żeń głowy, żeby roz­luź­nić sztywny kark, i prze­cią­gnął się, zie­wa­jąc. Stara drew­niana pod­łoga skrzy­piała pod jego sto­pami. W domu babci były dwie sypial­nie, a na ścia­nach - różowa tapeta w malut­kie kwia­tuszki. Meble - brą­zo­wo­po­ma­rań­czowa kanapa i fotel z odchy­la­nym opar­ciem do kom­pletu - pocho­dziły jesz­cze z lat sie­dem­dzie­sią­tych. Przy­kry­wały je szy­deł­kowe ser­wety. Na pod­ło­dze i sto­liku do kawy pię­trzyły się gazety i cza­so­pi­sma. Cały salon zasta­wiony był koszy­kami z włóczką i nie­do­koń­czo­nymi robót­kami. W kuchni blaty w kolo­rze awo­kado gry­zły się z żół­tym lino­leum pod­łogi. Nawet naczy­nia w szaf­kach były stare.

Cza­sami Caden czuł się, jakby miesz­kał w muzeum.

Przy­ja­ciele ni­gdy do niego nie przy­cho­dzili, więc nie musiał czuć się zakło­po­tany z powodu prze­sta­rza­łego wystroju. Prawda była taka, że dom babci sta­no­wił dla niego wygodną i bez­pieczną przy­stań, gdzie mógł się schro­nić przed doku­cza­ją­cymi mu dziećmi i gdzie nie czuł się wyrzut­kiem. Kiedy wcho­dził do środka, świat zewnętrzny zni­kał. Następ­nego dnia jed­nak musiał znów wyjść na zewnątrz i zmie­rzyć się ze szkolną rze­czy­wi­sto­ścią.

Przez lata zawarł jakieś przy­jaź­nie, zawsze z nowymi uczniami w szkole, ale jeden z jego przy­ja­ciół się wypro­wa­dził, a drugi prze­szedł w końcu na stronę opraw­ców.

Caden nauczył się po pro­stu zni­kać. W gim­na­zjum i liceum zna­lazł w końcu swoje bez­pieczne prze­strze­nie w warsz­ta­cie spa­wal­ni­czym i salach do zajęć tech­nicz­nych. Były to miej­sca, do któ­rych mógł uciec przed Dar­ry­lem i jego bandą, gdzie cho­wał się w prze­rwach mię­dzy lek­cjami i po szkole, dopóki dzie­ciaki nie roze­szły się do domów.

Ni­gdy nie czuł się samotny.

Samot­ność stała się jego drugą naturą, podob­nie jak napra­wia­nie róż­nych urzą­dzeń.

Otwo­rzył drzwi lodówki i wziął schło­dzoną butelkę wody. Wypił pra­wie połowę zawar­to­ści. Zamknął lodówkę i odwró­cił się, by spoj­rzeć na ciem­ność spo­wi­ja­jącą dom. Zabawne, że bycie samemu w ciem­no­ści nie prze­ra­żało go ani tro­chę, a prze­by­wa­nie pod wodą z maszy­nami nawet w biały dzień było w sta­nie dopro­wa­dzić go do łez.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki