Uderzenie pioruna wstrząsnęło starymi,
zmatowiałymi szybami szkolnych okien w momencie, gdy pani Soto napisała
na tablicy "Fikcja przesuwa granice rzeczywistości".
Tony przeniósł wzrok ze schludnych, drukowanych liter napisanych przez
nauczycielkę na duże krople deszczu, które uderzały teraz w okno tuż
obok ławki chłopca w ostatnim rzędzie śmierdzącej stęchlizną klasy z wysokim sufitem.
Zamrugał. Nie interesowało go już nic, co robiła pani Soto; całą uwagę
skupił na burzy.
Mógłby przysiąc, że przez chwilę widział coś poruszającego się wśród
ulewy. Wydłużony, rozmiarem w przybliżeniu odpowiadający człowiekowi
kształt wydawał się prześlizgiwać wśród strumieni wody; pojawił się
dokładnie wtedy, gdy ucichł pomruk grzmotu.
To oczywiście nie było możliwe, ponieważ sala, w której pani Soto
prowadziła zajęcia z kreatywnego pisania, znajdowała się na trzecim
piętrze studwudziestoletniego budynku szkoły zbudowanego z kamienia
wapiennego. W deszczu i dwanaście metrów nad ziemią Tony mógłby zobaczyć
jedynie coś spadającego albo latającego.
Żałował, że nie może wstać i wyjrzeć przez okno, aby zobaczyć, czy to
coś spadło na ziemię. Ale gdyby zrobił jakikolwiek ruch, pani Soto
rzuciłaby mu jedno ze swoich miażdżących spojrzeń. Nie znosił ich.
Głos nauczycielki zlał się w jego głowie w jedno z dudniącym rytmem
deszczu. Wsłuchując się w ten jednostajny szum, Tony pogodził się z tym,
że pozostaje mu jedynie zastanawianie się nad tym, co zobaczył. W porządku. To fajnie, że życie skrywa małe tajemnice. Fascynowało go
poszukiwanie odpowiedzi na pytania, dlaczego i jak coś się dzieje.
Nadal obserwował deszcz, zastanawiając się, co właściwie zobaczył. Na
pewno nie była to istota ludzka, przynajmniej to było jasne. Gdyby wśród
deszczu na ziemię spadł człowiek, Tony usłyszałby plusk nawet przez
odgłosy burzy. Poza tym ten ktoś musiałby krzyknąć. A może nie.
Czasami złe rzeczy dzieją się tuż przed naszym nosem. Niebezpieczeństwo
czai się wszędzie, nawet w miejscach, które człowiek uważa za
bezpieczne. Tony nauczył się tego po wielu przeprowadzonych
"dochodzeniach".
Grzmot rozległ się ponownie. Tym razem zatrząsł się cały budynek. Dwie
sekundy później Tony zobaczył przeszywająco białe, rozgałęzione pasma
światła nad wzgórzami za terenem szkoły. Było blisko, pomyślał.
Po błyskawicy powietrze przecięła spadająca gałąź. Przeleciała przed
oknem, pikując, po czym zniknęła. Tony zdał sobie sprawę, że to samo
musiał widzieć wcześniej. Niektóre drzewa wokół szkoły miały jasnoszarą
korę. Nie wiedział, jaki to gatunek.
Nawałnica pojawiła się znikąd. Trzydziestometrowe drzewa, które jak
rządek surowych dyrektorów otaczały szkolny dziedziniec, w jednej chwili
stały nieruchomo, a ich gałęzie były wiotkie i rozluźnione. W następnym
momencie zaczęły się trząść i miotać, szarpane podmuchami wiatru, który
nadszedł bez ostrzeżenia.
Takie właśnie jest życie, pomyślał Tony. Tego również nauczył się ze
swoich "dochodzeń". W jednej chwili wszystko było dobrze. A już następna
sekunda mogła przynieść najgorsze niespodzianki.
Coś szturchnęło Tony'ego w ramię. Sapnął i spojrzał w prawo.
- Ale odleciałeś, nie? - zapytał jego najlepszy przyjaciel, przechylając
się przez odstęp dzielący jego ławkę od ławki Tony'ego. Podał mu plik
niebieskich kartek.
Tony uśmiechnął się nonszalancko, jakby nie wzdrygnął się przed chwilą
tak, że prawie wyskoczył ze skóry. Zorientował się, że kartki to arkusze
zadań. Pani Soto stosowała różne kolory do różnych rodzajów materiałów
dydaktycznych; niebieski oznaczał pracę domową.
Tony wręczył plik arkuszy Zoey, ładnej blondynce, która siedziała w kolejnej ławce. Biorąc kartki, nawet na niego nie spojrzała. Należała do
najpopularniejszych dziewczyn w siódmej klasie, a więc była o kilka
szczebli drabiny społecznej wyżej od Tony'ego i jego przyjaciół.
Spuścił wzrok na kartkę i przeczytał zadanie. Westchnął. Kolejna
wymyślona historia.
Przygotowywał się do kariery reportera śledczego (miał tylko dwanaście
lat, ale uważał, że należy planować wszystko z odpowiednim
wyprzedzeniem), więc bardzo się cieszył, że będzie mógł szlifować swoje
pisarskie umiejętności na zajęciach u pani Soto... ale chodziło mu raczej
o literaturę faktu. Program zajęć mówił o ćwiczeniu wszystkich aspektów
dobrej kompozycji, ale jak dotąd pani Soto skupiała się tylko na fikcji.
Na zewnątrz deszcz ustał tak samo nagle, jak się zaczął. Przez mokre
okno wpadł snop światła słonecznego, rzucając rozszczepione jak w pryzmacie promienie na ławkę Tony'ego. Chłopiec wsunął palec w różowożółtą smugę tańczącą na bejcowanym na ciemno i porysowanym dębowym
drewnie. Widzicie? - pomyślał. Rzeczywistość jest o wiele ciekawsza od
fikcji.
Teraz, gdy przestało padać, do uszu Tony'ego z zewsząd docierał szelest
arkuszy z zadaniami; wszyscy w klasie czytali, co mają zrobić. Kilkoro
dzieci zaczęło szeptać między sobą. Tony słyszał, że jego przyjaciele
także rozmawiają.
Sala, w której odbywały się zajęcia z kreatywnego pisania, nie miała, o dziwo, szczególnie kreatywnego wystroju. Prawie wszystkie inne sale
lekcyjne w budynku były ozdobione plakatami lub wykresami, związanymi
tematycznie z przedmiotem nauczanym w danej klasie - ta jednak pozostała
dziwnie naga. Żółtawe gipsowe ściany były puste, poza tablicą na
przedzie sali, białym ekranem na bocznej ścianie i regałem pełnym
powieści w głębi pomieszczenia. Piętnaście ławek ustawionych w równym
rzędzie pośrodku nie zapełniało ogromnej przestrzeni, więc każdy dźwięk
odbijał się między rzędem okien a gołymi murami po przeciwległej stronie
i nawet najcichsze odgłosy wydawały się narastać.
- Dobrze, proszę o ciszę! - zawołała pani Soto.
Tony podniósł wzrok znad niebieskiej kartki. Napotkał spojrzenie
nauczycielki. Uśmiechnął się do niej. Ta jednak nie odwzajemniła
uśmiechu.
Chociaż była jedną z młodszych nauczycielek w szkole, nie należała do
miłych osób. Wysoka i szczupła, nosiła zawsze ciemny brąz i beż, a jej
kasztanowe włosy były przystrzyżone prosto i równo do długości
podbródka. Ich dolna krawędź była ścięta tak precyzyjnie, że wydawała
się wręcz ostra, jakby przy niewłaściwym ruchu mogła zranić podbródek
właścicielki. Pani Soto była dobrą nauczycielką; Tony wiele się od niej
nauczył, mimo że nie zajmowała się wystarczająco dogłębnie literaturą
faktu. Często jednak zastanawiał się, dlaczego jest taka nieszczęśliwa.
Miał ochotę napisać o tym opowiadanie.
- Chciałabym, abyście w tej historii skupili się na tajemnicy - zaczęła
pani Soto, gdy ucichły szelest papieru i szepty. - Jednocześnie zaś
obudujcie ją wątkami pozornie z nią niezwiązanymi, które jednak koniec
końców okażą się nieodzowne dla fabuły. Będziecie pracowali w zespołach
po trzy osoby. Możecie dobrać się w grupy z tym, z kim chcecie. Jeśli
ktoś będzie potrzebował pomocy, proszę dać mi znać. Jakieś pytania?
Spojrzała na klasę. Tony podniósł rękę.
- A jeśli ktoś znalazłby prawdziwą zagadkę, która spełnia te warunki? -
zapytał.
Pani Soto potrząsnęła głową.
- Możecie zainspirować się rzeczywistością - odparła. - Ale chcę,
żebyście wyszli poza świat realny.
Gdy skończyła mówić, rozległ się dzwonek. Był piątek, a ta lekcja była
tego dnia ostatnia, więc połowa dzieci wstała z miejsc, zanim jeszcze
umilkło brzęczenie. Tony się nie ruszył. Patrzył na kartkę z zadaniami i marszczył brwi, już zaczynając bawić się w głowie pomysłami na historię.
To on miał przejąć dowodzenie w pisaniu; zawsze tak było.
- Jak zwykle trzej amigos, o, cudowny i genialny Wielki Amerykański
Pisarzu? - zapytał jego najlepszy przyjaciel, wyrywając chłopca z zamyślenia.
Tony podniósł wzrok na kolegów.
- Już wybraliśmy nasze psydominy - oznajmił kędzierzawy, czarnowłosy
dzieciak, z którym Tony przyjaźnił się od czasu, gdy ich mamy, sąsiadki
z naprzeciwka, zorganizowały dla nich spotkanie zapoznawcze, kiedy mieli
po cztery lata. Błysnął swoim charakterystycznym krzywym uśmiechem. - Ja
będę Boots - dodał.
Tony pokręcił głową. Kiedy na początku roku szkolnego jego przyjaciele
poznali pojęcie "pseudonim literacki", od razu przekręcili je na
"psydomin" i uznali, że powinni wybierać sobie inny za każdym razem, gdy
będą mieli coś do napisania. Podczas całego procesu domagali się, żeby
zwracać się do nich szalonymi imionami, które sobie nadali.
Tony wstał i włożył arkusz z zadaniem do plecaka.
- Dlaczego Boots? - zainteresował się.
- Bo to brzmi jak But. Mówi się "głupi jak but", a ja mam łeb na karku.
Taki żart. Łapiesz?
- Jasne, łapię, Boots - odparł Tony.
- A on będzie Doktor Rabbit. - "Boots" wskazał ostatniego z paczki.
Tony uniósł brew.
- Doktor Rabbit? A to co?
- W skrócie możesz mówić na mnie Rab - odparł właściciel przezwiska i wzruszył ramionami. - Jakoś tak mi przyszło do głowy.
Z szerokim uśmiechem przeczesał dłonią niesforne brązowe włosy. Tydzień
wcześniej przyznał, że sam je sobie ściął; i dokładnie tak wyglądały.
"Rab" był w ich paczce od stosunkowo niedawna. Kilka miesięcy wcześniej,
na początku roku szkolnego, Tony zauważył nieznanego sobie chłopaka,
który wyglądał na trochę zagubionego. Przedstawił się, żeby zachować się
po przyjacielsku. Od razu dogadał się z "nowym" i zaprosił go do
współpracy ze sobą i "Bootsem" od pierwszego zadanego im grupowego
wypracowania.
Teraz wycelował w Tony'ego palec jak pistolet.
- A ty?
Tony zastanowił się przez chwilę.
- Ja będę Tarbell.
Boots chwycił swój plecak i ruszył w kierunku drzwi.
- Niech zgadnę - rzucił przez ramię. - Reporter, tak?
Tony skinął głową. Nie zadał sobie trudu, aby wyjaśnić, że Ida Tarbell
była jedną z demaskatorów - grupy publicystów i pisarzy, którzy na
przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku zwracali uwagę opinii
publicznej na liczne nieprawidłowości systemu politycznego, społecznego
i obyczajowego. Ani Bootsa, ani Raba by to nie obeszło. Historia
interesowała ich jeszcze mniej niż bieżące wydarzenia.
Wychodząc za Bootsem i Rabem z klasy i zgodnie przedzierając się wraz z nimi przez tłum dzieci wypełniających korytarz, Tony zastanawiał się -
nie po raz pierwszy - jak długo jeszcze potrwa ich przyjaźń. Już latem
zaczął odczuwać pewne zniecierpliwienie swoim najlepszym kolegą. Jakby
Tony zaczynał dorastać, podczas gdy jego kumpel nadal z zadowoleniem
tkwił w roli dziecka.
To, że w ich paczce zjawił się nowy kolega, nieco pomogło, bo trochę
odświeżyło ich relację. Rab był czymś w rodzaju pośredniego ogniwa
między Bootsem a Tonym; lubił się wygłupiać, ale zdarzało się też, że
mówił rzeczy bardzo ciekawe, a nawet głębokie. Tony nieraz zauważał, jak
Rab zastyga z dziwną, sztywną miną, jakby rozmyślał nad czymś niezwykle
poruszającym. Jakby krył w sobie głębię, której Boots nigdy nie zobaczy.
Tony miał okropne przeczucie, że "wyrasta" z relacji z Bootsem i niedługo może chcieć zadawać się już tylko z Rabem. To byłoby diabelnie
niezręczne.
Zdał sobie sprawę, że pozostaje w tyle za przyjaciółmi, i przyspieszył
kroku, aby ich dogonić.
- Hej, chcecie się spotkać i zacząć burzę mózgów w kwestii naszego
opowiadania? - zawołał.
Tamci się odwrócili i spojrzeli na Tony'ego. Boots przewrócił oczami, a Rab pokręcił głową.
- To może poczekać - zauważył Boots. - Właśnie gadaliśmy o grach w Pizzapleksie.
Tony z frustracji wykrzywił usta.
- Ale...
- Najlepszych kreatywnych pomysłów nie można popędzać - pouczył Rab. -
Muszą same wykiełkować na żyznej glebie nicnierobienia.
Proszę bardzo, pomyślał Tony. Rab zdecydowanie potrafi być głęboki.
Dotarli do końca korytarza i skręcili w boczny, który prowadził do ich
szafek. Boots ominął dwóch ósmoklasistów, z których jeden celowo
potrącił Raba. Oczy tego ostatniego zwęziły się i rzucił palantowi ostre
spojrzenie. Oczywiście popularny i uwielbiany przez dziewczyny chłopak
nawet tego nie zauważył.
Tony i jego przyjaciele byli niewidzialni dla większości dzieciaków ze
szkoły. Udawał, że go to nie obchodzi... ale okłamywał sam siebie.
Uwielbiał poszukiwać sedna tajemnic życia i poświęcił wiele godzin na
próby zrozumienia, co sprawia, że ktoś staje się popularny. Doszedł do
kilku oczywistych wniosków. Na przykład bycie kujonem nie stanowiło
drogi do popularności, podobnie jak dziwny wygląd czy równie dziwne
zwyczaje. Niezawodnym sposobem na utratę szansy na popularność były
także zbyt częste zabieranie głosu na lekcjach i niewłaściwy ubiór. Ale
poza tym było coś jeszcze, coś nieuchwytnego. Musiało być, ponieważ Tony
i jego przyjaciele nie byli kujonami. Nie mieli dziwnych nawyków. Nie
odzywali się za dużo w klasie i ubierali się jak wszyscy inni. Nie
wyglądali też źle... przynajmniej jego zdaniem.
Tony, Boots i Rab byli brunetami (kolor włosów Tony'ego plasował się
gdzieś pomiędzy kruczą czernią Bootsa i czekoladowym brązem Raba) i wszyscy mieli dość regularne rysy. Boots był prawdopodobnie
najprzystojniejszy z całej trójki. Najwyższy w klasie, smukły i umięśniony, miał głębokie zielone oczy, całkiem zwyczajny nos, zwykle
uśmiechnięte usta i kwadratową szczękę.
W przeciwieństwie do Bootsa Rab był jednym z najmniejszych chłopców w klasie. On również był chudy, a ponieważ miał skórę jaśniejszą niż
ciemna karnacja Bootsa, mógł wydawać się czasem nieco słaby i wątły.
Jego naprawdę duże brązowe oczy sprawiały, że czasami wyglądał jak małe
dziecko, które dziwi się światu. Poza tym jednak jego rysy były w porządku. Tony słyszał, jak kilka dziewczyn mówiło, że Rab jest "ładny".
W kwestii wzrostu plasował się gdzieś pomiędzy Bootsem i Rabem. Sądził,
że jest przeciętny jak na swój wiek. Może zawsze miał taki być. Jego
ciemnoniebieskie oczy były może trochę za małe i trochę za blisko
osadzone, ale nie wyglądały jakoś dziwacznie. Jego nos nie miał w sobie
zupełnie nic dziwnego, a usta, choć także trochę małe, nie wyglądały
głupio. Może policzki były nieco bardziej pulchne, niżby sobie życzył
(również dlatego, że gdyby były mniej okrągłe, ciotka Melva może nie
szczypałaby go w nie za każdym razem, gdy go widziała), ale nie sądził,
by którakolwiek z jego cech stanowiła powód wykluczenia społecznego.
- Ziemia do Torbala!
Coś szarpnęło go w bok. Zamrugał i zdał sobie sprawę, że to Boots
ciągnie go w stronę ich szafek.
- Tarbell - poprawił machinalnie. - Nie Torbal.
- To ty tak mówisz - odparł Boots. - Ale będziemy na ciebie wołać
Kosmita, jeśli nie przestaniesz się zawieszać na środku korytarza z miną, jakby twój mózg wyjechał na wakacje.
- Przepraszam - powiedział Tony. - Po prostu się zamyśliłem.
- To właśnie twój problem - zauważył Rab. Dotarli już do swoich szafek i chłopak zaczął obracać zamkiem szyfrowym. - Za dużo myślisz. To źle
wpływa na twoje zdrowie.
- Dobrze mówi - zgodził się Boots, otwierając zamaszyście i z głośnym
hukiem drzwi szafki. Odbiły się i prawie uderzyły go w twarz. Wydawał
się tym jednak niewzruszony.
Tony podszedł do swojej szafki, obrócił zamek i otworzył wgniecione
metalowe drzwi. Rozpiął plecak i wymienił wyjęte z niego zeszyty na to,
co musiał zabrać do domu na weekend.
- Ruchy, ruchy - popędzał kolegów Boots, podskakując na piętach, jak
zawsze, kiedy się niecierpliwił... czyli prawie zawsze. - Fazcade czeka!
- Nadal uważam, że powinniśmy zacząć od burzy mózgów - powiedział Tony.
Boots prychnął.
- Mamy dwa tygodnie na napisanie opowiadania. Kupa czasu.
- Damy radę to sklecić w parę godzin - zgodził się Rab. - Co masz zrobić
dziś, zrób pojutrze, będziesz miał dwa dni wolne.
- Poza tym, Torbal - Boots trącił Tony'ego w ramię - wiemy, że zaczniesz
bez nas. Zawsze to robisz.
Tony westchnął i zatrzasnął szafkę. Miał trochę za złe swoim
przyjaciołom, że po prostu założyli, że sam wykona większość pracy nad
opowiadaniem, ale trochę mu także ulżyło. Zawsze się ekscytował, gdy
miał przed sobą nowy projekt pisarski. Planował pracować nad nim
codziennie i dobrze się przy tym bawić.
Mega Pizzaplex Freddy'ego Fazbeara był dokładnie taki, jak obiecywała
jego nazwa - mega. Choć Tony'ego to miejsce nie kręciło aż tak jak jego
kolegów, musiał przyznać, że rozmiar budynku robił wrażenie. A do tego
na każdym centymetrze kwadratowym potężnego kompleksu rozrywkowego można
było znaleźć olśniewające, fascynujące i sygnalizujące dobrą zabawę
widoki, dźwięki i doznania.
Tony i jego koledzy wypróbowali już każde miejsce w tym ogromnym
kompleksie. Kilkadziesiąt razy przejechali się zaawansowaną
technologicznie kolejką górską, zbadali rury wspinaczkowe, rozegrali
niezliczone rundy na polu minigolfa Monty's Gator Golf, zagrali w kręgle
w Bonnie Bowl i często ścigali się na torze Roxy Raceway. Widzieli także
tak wiele animatronicznych koncertów, że Tony znał na pamięć wszystkie
piosenki zespołu.
Najlepszą częścią Pizzapleksu, przynajmniej w opinii Tony'ego, był
jednak największy z kilku mieszczących się tu salonów gier - Fazcade,
którego trzy piętra połączone były spiralnymi schodami. Jego motyw
przewodni stanowiła dyskoteka, jego rezydentem był zatem DJ Music Man,
animatroniczny didżej, który puszczał rozmaite melodie dla grających na
automatach i maszynach, a także dla dziwaków, którzy korzystali z pokoi
karaoke na trzecim piętrze Fazcade (Tony uważał, że każdy, kto chce
wstać i śpiewać na oczach - i uszach - innych, musi być kompletnie
ześwirowany).
Salon Fazcade oświetlała równie ogromna liczba wielokolorowych neonów i diod, jak w całym Pizzapleksie. Miał poza tym przyprawiające o oczopląs
fioletowe ściany i pluszową jasnofioletową wykładzinę w gwiazdy i zawijasy, a do tego znajdowały się w nim podobizny Freddy'ego Fazbeara,
animatronicznego niedźwiedzia, filaru całego imperium korporacji
Fazbear. W tym fioletowym wnętrzu upchnięto niezliczone metalowe
automaty do gier, których obudowy zdobiły chromowane ramy i malunki w niemal każdym możliwym kolorze. Wnętrze Fazcade było tak
opalizująco-lśniące, że Tony zawsze czuł się tu, jakby opuszczał
prawdziwy świat i wchodził do kalejdoskopowego równoległego wymiaru.
W tym ogromnym salonie gier nie tylko widoki odpowiadały zresztą za
wrażenie znalezienia się w innym świecie; swój udział miały w tym także
dźwięki. Poza pulsującymi basowymi rytmami utworów, które odtwarzał DJ
Music Man, w salonie panował nieustanny hałas. To było istne słuchowe
multiwersum - niezliczone warstwy upakowanych razem dźwięków. Tony lubił
opisywać w myślach różne rzeczy (aby ćwiczyć umiejętności potrzebne
pisarzowi) i czasami starał się wyodrębnić wszystkie dźwięki, które
tutaj słyszał, ale nigdy nie czuł się do końca na siłach. Ping, zing,
ding - dobiegało zewsząd, słyszał brzęczenia, stuknięcia, jakby korek
wyskoczył z butelki, świergotanie i gongi. Oprócz odgłosów produkowanych
przez automaty byli też gracze oraz ich krzyki, śmiechy, gwar rozmów i triumfalne pohukiwania. Wszystko to mieszało się razem w jeden
skondensowany zgiełk, od którego czasem bolała go głowa.
Tak jak dzisiaj. Hałas, światło i ruch w salonie bardziej go irytowały,
niż bawiły, zapewne dlatego, że zamiast grać w gry zręcznościowe,
wolałby omawiać pomysły na opowiadanie.
Zagrał w Bon-Bon Funball, Chica's Feeding Frenzy i Monty's Gator Golf
(ta ostatnia gra była zręcznościową wersją prawdziwego mieszczącego się
tu pola do minigolfa) i poczuł, że ma dość. Zostawił Raba i Bootsa
podkręcających piłki do koszykówki w zajadłej rozgrywce na symulatorze
sygnowanym przez Marionetkę i poszedł połazić po salonie gier.
Tak naprawdę jego wędrówka nie była do końca pozbawiona celu. Miał
pewien powód, aby przechadzać się w tę i z powrotem po alejkach między
automatami i przyglądać graczom. Szukał pomysłu na opowiadanie. Z doświadczenia wiedział, że jeśli trochę poobserwuje ludzi, znajdzie to,
czego potrzebuje.
Chociaż gry w Fazcade były kreatywne - wszystkie w jakiś sposób wiązały
się z postaciami z uniwersum Fazbeara - a do tego zabawne, Tony uważał,
że obserwowanie grających w nie osób jest jeszcze ciekawsze. Wszyscy,
którzy spędzali tu czas na grach zręcznościowych, od najmłodszych dzieci
po najstarszych seniorów (zwykle babć lub dziadków, którzy
przyprowadzali do Pizzapleksu swoje wnuki), mieli tendencję do
zatracania się. Pochłonięci manipulowaniem przyciskami i dżojstikami, ze
wzrokiem utkwionym w ekranach i skupieni całkowicie na gromadzeniu
punktów, przestawali interesować się rzeczywistością. Dzieci i nastolatki niczym się nie krępowały, nie dbały już o to, co mogliby
pomyśleć o nich inni, a dorośli wyraźnie się relaksowali, na chwilę
odsuwając na bok codzienne problemy.
Tony miał tylko dwanaście lat, ale był już na tyle dojrzały, żeby
wiedzieć, że życie może być trudne. Być może inni dwunastolatkowie o tym
nie wiedzieli, bo nie doświadczyli tego na własnej skórze, ale on tak.
W ciągu ostatnich dwóch lat ojciec Tony'ego z odnoszącego sukcesy i dobrze zarabiającego księgowego dużej korporacji stał się skazanym
przestępcą. Oskarżono go o defraudację setek tysięcy dolarów w firmie,
dla której pracował. Utrzymywał, że jest niewinny, ława przysięgłych
jednak mu nie uwierzyła. Grupa dwunastu osób zdecydowała, że argumenty
prokuratury były bardziej przekonujące niż twierdzenia ojca. Otrzymał
wyrok dwudziestu lat więzienia i grzywnę, której nie był w stanie
spłacić.
Pierwsze jedenaście i pół roku życia Tony spędził w ładnym, dużym domu z jeszcze większym ogrodem w jednej z najlepszych dzielnic w mieście.
Teraz on i mama dzielili z babcią (mamą jego mamy) mały, stary dom na
niewiele większym niechlujnym podwórku na przedmieściu. Gdy wyglądał
przez okno, zamiast zielonych trawników i eleganckich samochodów widział
pożółkły spłachetek trawy i zapuszczony park przyczep po drugiej stronie
ulicy. Zamiast rytmicznego dźwięku automatycznych zraszaczy lub śmiechu
bawiących się dzieci budził go teraz stukot kół porannego pociągu, który
przejeżdżał po torach niecałe sześćdziesiąt metrów za domem.
Jasne, mogło być gorzej. Gdyby babcia nie przygarnęła jego i mamy, kto
wie, gdzie by zamieszkali? Od urodzenia syna mama Tony'ego nie
pracowała, a teraz, kiedy mąż trafił do więzienia, dostała pracę jako
asystentka w biurze. Zarabiała tyle, że ledwie mogła jakoś związać
koniec z końcem. Jedynym powodem, dla którego Tony mógł sobie pozwolić
na tak częste chodzenie do Pizzapleksu, było to, że większość popołudni
i niejeden wieczór spędzał na pracach ogrodniczych, malowaniu i wykonywaniu drobnych napraw dla emerytów, którzy mieszkali w parku
przyczep albo po sąsiedzku, w starych domach, stojących tu i ówdzie przy
drodze wiodącej z północy na południe.
Dzieciaki takie jak Boots i Rab, z zamożnych rodzin, nie rozumiały
jeszcze, z jakimi zmartwieniami i trudnościami przychodziło się zmagać
innym. Koledzy Tony'ego (i większość dzieciaków z klasy) mieli łatwe
życie. On jednak wiedział, że wielu innym rówieśnikom i większości
dorosłych, których spotykał na swojej drodze, życie dawało w kość w ten
czy inny sposób.
Jeszcze zanim aresztowano jego ojca, Tony interesował się tym, co
słyszał w wiadomościach i znajdował w gazecie, którą jego tata
codziennie czytał od deski do deski. Gdy był w drugiej klasie, zaczął
bawić się w reportera. Na urodziny w trzeciej klasie rodzice
sprezentowali mu aparat cyfrowy i chłopak zaczął wędrować po całej
okolicy, robiąc zdjęcia. Od tego momentu zaczął pisać "artykuły" o wydarzeniach z sąsiedztwa. Skrupulatnie wystukiwał je dwoma palcami na
klawiaturze (to było, jeszcze zanim nauczył się porządnie pisać), a potem drukował w wielu egzemplarzach na domowej drukarce taty i dostarczał na ganek każdego sąsiada. "Wrony porywają ulubioną lalkę
małej sąsiadki", "Panele słoneczne psują sąsiadowi widok z okna",
"Bezpański pies zżera konkursowe pomidory" - oto kilka przykładów jego
wczesnych publikacji.
Kiedy zaczął mieć hyzia na punkcie dziennikarstwa śledczego, rodzice
poparli tę pasję. Stali się jednak nieco sceptyczni, gdy Tony napisał
artykuł pod tytułem "Pan Markham. Skąd te wszystkie kanały, skoro nie ma
kablówki?". Rozpowszechnił tę historię po okolicy i wkrótce dom
Markhamów odwiedziło kilku bardzo oficjalnie wyglądających panów w garniturach. Następnego dnia ktoś przeciął opony w aucie ojca Tony'ego.
Po tym wydarzeniu rodzice oznajmili, że nie powinien już kolportować
swoich artykułów w sąsiedztwie.
- Może powinieneś zacząć pisać jakieś opowiadania, kochanie -
zasugerowała mama. - To bezpieczniejsze.
- Co masz na myśli? - zapytał Tony.
Tata wziął go wtedy na rozmowę i wyjaśnił:
- Czasami pisanie o prawdziwych wydarzeniach bywa trudne, synu. Nie jest
łatwo zebrać wszystkie fakty, a jeśli w czymś nie masz racji... a nawet,
jeśli masz... możesz napytać komuś biedy. Dziennikarstwo śledcze jest
ważne dla społeczeństwa, ale może być... - tata Tony'ego zmarszczył brwi.
- ...niebezpieczne.
Wtedy Tony tego nie rozumiał. Teraz już tak, ale nie dbał o to.
Po tym, co przytrafiło się tacie, bardziej niż kiedykolwiek zależało mu
na poszukiwaniu odpowiedzi. Chciał zgłębić każdą możliwą sprawę.
Próbował nawet zbadać sytuację taty, ale znalazłszy się w więzieniu,
tata powiedział mu, że musiał zobowiązać się, iż nie będzie starał się
wyjaśnić sprawy defraudacji na własną rękę.
- Daj temu spokój - podkreślił tata. - Obiecaj mi to.
Nie miał wyboru. Musiał złożyć obietnicę.
I jak dotąd jej dotrzymywał.
Jednak to, że nie był w stanie dowiedzieć się, co tak naprawdę stało się
z pieniędzmi, które zdaniem wszystkich ukradł jego ojciec, czuł jeszcze
większą determinację, by rozwikłać każdą napotkaną tajemnicę.
Nienawidził pytań bez odpowiedzi.
A skoro mowa o pytaniach bez odpowiedzi...
Zamyślony, dotarł do rzędu fliperów do gry w pinball. Na maszynach obok
siebie grały dwie ładne nastolatki, na oko co najmniej dwa lub trzy lata
starsze od Tony'ego. Z wymiany obelg i docinków mógł się domyślić, że
jedna próbuje pokonać drugą na punkty.
- Nawet nie próbuj! - krzyknęła wyższa z dwóch dziewczyn, długowłosa
brunetka z warkoczem, gdy fliper koleżanki rozbłysnął światłami, a liczba punktów wzrosła czterokrotnie.
Druga dziewczyna, drobna i rudowłosa, zaśmiała się perliście.
- Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz? - zakpiła śpiewnie.
Tony skierował wzrok na tablice wyników obu maszyn, a kiedy to zrobił,
coś drgnęło w głębi jego umysłu. Zmarszczył brwi, studiując tabele.
- GGY - powiedział na głos, odczytując rządek liter przy rekordzie. GGY,
kimkolwiek był, wyprzedził innych graczy o miliony punktów. I to na obu
maszynach, na których grały teraz dziewczyny.
Tony znowu zaczął obserwować zawody pinballowe. Twarze dziewczyn
wyrażały najwyższą koncentrację; obie musiały być mistrzyniami w tej
grze. Własne umiejętności Tony oceniał całkiem nieźle, ale one były
niewiarygodne. Królowe pinballa! Miały niezwykłą kontrolę nad piłeczką i oczywiście obie doskonale orientowały się w czułości przechyłu swoich
automatów. Często w nie waliły bez negatywnych konsekwencji.
Dziewczyna z długim warkoczem stała przed swoją maszyną prawie na
baczność. Krzywiła się; miała ogromne zęby i wyglądało na to, że nimi
zgrzyta, gdy jej palce - serdeczny i środkowy - śmigały nad kontrolkami
tak szybko, że aż się rozmazywały przed oczami Tony'ego.
Rudowłosa, która miała kilka tysięcy punktów więcej niż koleżanka, stała
w bardziej zrelaksowanej pozie. Obsługując stery maszyny, opierała się o nią pozornie swobodnie. Nie pokazywała zębów, ale miała zaciśniętą
szczękę, a żyły na jej szyi nabrzmiały tak, że Tony dostrzegał, jak
przyspiesza jej puls.
Dziewczęta wykonywały perfekcyjne podania i odbicia; srebrne kulki
śmigały, odbijały się od zderzaków i przelatywały od jednej pary łapek
do drugiej; lampki automatów migotały, rzucając czerwono-pomarańczowe
błyski na twarze graczek. Tony obserwował to wszystko jak
zahipnotyzowany, choć próbował śledzić rozgrywany z niesamowitym
kunsztem mecz i tablicę wyników jednocześnie.
Systemy punktacji na automatach do pinballa w Fazcade były bardzo
zróżnicowane. Ten sam strzał w jednej grze mógł dać ci sto punktów, więc
wynik miliona punktów w niej osiągnięty był imponujący. W innych grach
dało się za jednym strzałem zyskać sto tysięcy punktów. Rekordy tych
automatów sięgały zatem nawet miliarda. Dwie maszyny, na których grały
dziewczyny, miały te same systemy punktacji - musiały, bo inaczej
koleżanki nie byłyby w stanie rywalizować na oddzielnych maszynach.
Tutaj większość rekordów wynosiła kilka milionów punktów. Każda z dziewczyn przekroczyła już pięć milionów, a ich wyniki były wyższe niż
wszystkie inne na listach rekordów - z wyjątkiem tajemniczego GGY. Te
inicjały widniały na trzech pierwszych miejscach list obu automatów, a wyniki wpisane przy nich były wyższe o pięćdziesiąt milionów od wyników
innych graczy.
Tony odwrócił się i spojrzał za siebie, w głąb alejki, którą właśnie
przeszedł. Gdzie wcześniej widział inicjały GGY?
Zostawił dziewczyny ich rozgrywce i wrócił po własnych śladach,
sprawdzając listy rekordów w każdej grze. Szybko znalazł GGY na innym
automacie do pinballa kilka maszyn dalej.
Kontynuował śledztwo, systematycznie przeglądając listy najlepszych
graczy na wszystkich automatach na tym piętrze Fazcade. Gracz
podpisujący się jako GGY nie wypróbował tu zbyt wielu gier, ale w tych,
w które grał, bił wszystkich na głowę. Ilekroć te inicjały pojawiały się
na liście, wyniki przy nich zostawiały całą resztę daleko w tyle.
Kim był ten geniusz gier? W jaki sposób osiągał tak wysokie wyniki? Czy
był po prostu tak dobry... a jeśli tak, to jak to zrobił?... A może w jakiś
sposób oszukiwał?
Tony uśmiechnął się szeroko, czując lekkie łaskotanie w brzuchu. Budziła
się w nim ekscytacja. Oto zagadnienie, które pobudza jego kreatywność.
Prawdziwa tajemnica, którą zamierzał rozwiązać, i która mogła stać się
kanwą dla ich opowiadania. Nieważne, że nie była fikcyjna. Musiał tylko
zmienić kilka szczegółów na temat swego odkrycia, by śledztwo mogło stać
się centralnym punktem ich historii.
Przede wszystkim musiał znaleźć tajemniczego GGY, a żeby to zrobić,
musiał dowiedzieć się, kim jest ten gracz. Z pewnością ktoś go widział,
biorąc pod uwagę niesamowite wyniki, jakie osiągnął na niejednej
przecież maszynie.
Znów zawrócił w kierunku królowych pinballa. Tajemniczy gracz korzystał
z tamtych dwóch maszyn, na których i one najwyraźniej sporo grały.
Istniała niemała szansa, że widziały GGY.
Kiedy skręcił za róg, prawie wpadło na niego dwóch rozbrykanych
chłopaków; pokręcił głową, gdy obaj odbili się od najbliższego automatu,
próbując nie zderzyć się z Tonym. Mieli na sobie szare koszulki i czapki
z daszkiem. Wyglądają jak małe ludzkie kulki do pinballa, pomyślał
Tony, szczerząc zęby w uśmiechu.
Chłopcy krzyknęli do siebie, poganiając jeden drugiego, i odbiegli. Tony
szedł dalej, starając się wyprzeć z głowy myśli o otaczającym go
zgiełku, by móc zastanowić się nad tajemniczym GGY i jego wysokimi
wynikami.
Dotarłszy do nastoletnich mistrzyń, zadał sobie pytanie, czy może je
zagadnąć w trakcie gry. Niektórzy nie mieli z tym żadnego problemu. Inni
traktowali grę tak serio, że rzuciliby się do gardła każdemu, kto
próbowałby ją zakłócić.
Podszedł i zdecydował, że równie dobrze może spróbować. Co mogło się
zdarzyć najgorszego? Mogły rzucić mu najwyżej zirytowane spojrzenie albo
wyzwisko. Bywało gorzej. Bycie synem skazanego malwersanta pozwoliło mu
wyhodować sobie grubą skórę. Sprawa jego ojca cieszyła się wielkim
zainteresowaniem mediów; przez jakiś czas prasa koczowała nawet na ich
trawniku. Tony szybko się nauczył, że przejmując się tym, co myślą inni,
człowiek gwarantuje sobie permanentne poczucie nieszczęścia.
Królowe pinballa ciągle grały. Ruda już nie prowadziła, teraz to
brunetka miała przewagę, a grymas na jej twarzy ustąpił miejsca
zarozumiałemu uśmieszkowi.
Tony uznał, że bardziej przystępnie z nich dwóch wygląda rudowłosa, więc
to ją postanowił zagadnąć. Dbając, by nie podchodzić zbyt blisko (żaden
gracz nie lubi, gdy ktoś dyszy mu w kark), poczekał, aż grająca zwróci
na niego uwagę. Następnie uniósł dłoń, pomachał do niej nonszalancko i powiedział:
- Genialnie to rozgrywasz. - Nie chciał urazić brunetki, pomijając ją,
więc dodał: - Obie genialnie gracie. Jesteście niesamowite.
Czarnowłosa dziewczyna nie odpowiedziała, ale uśmieszek na jej twarzy
rozszerzył się w szeroki uśmiech. Rudowłosa zacisnęła wargi, manipulując
łopatkami maszyny, aby wykonać idealny chwyt, bezbłędnie spowolnić pęd
piłki i przygotować się do kolejnego strzału. Ten okazał się
bezkonkurencyjny. Piłka przeleciała rykoszetem przez całą maszynę jak
pocisk, suma punktów także poszybowała w górę. Rudowłosa wysunęła się na
prowadzenie i dostała prawdziwego przyspieszenia.
Tony musiał odczekać w milczeniu następną pełną minutę, podczas gdy
dziewczyna znęcała się nad maszyną, rozbijając w pył czarnowłosą
koleżankę. Kiedy nieco wyhamowała, zerknęła na chłopca.
- Co ty, stalkujesz nas? - zapytała. - Nie jesteś na to za mały?
Uśmiechnął się. To nie był najlepszy początek rozmowy, ale przynajmniej
nie kazała mu spadać.
- Nie stalkuję - odparł. - Próbuję się dowiedzieć, kim jest GGY, a skoro
ty i twoja koleżanka dużo gracie, to może widziałyście tę osobę.
- GGY? - powtórzyła brunetka. Podrzuciła piłkę w odpowiednim momencie, a ta odbiła się rykoszetem, dzięki czemu suma punktów dziewczyny znowu
prawie zrównała się z sumą punktów jej koleżanki.
Tony wskazał na listę rekordów.
- Wyniki gracza GGY są znacznie wyższe niż kogokolwiek innego -
powiedział. - Oprócz tej osoby to wy jesteście najlepsze na tych
maszynach. A wyniki GGY są, cóż, zupełnie z innej bajki.
Ruda się skrzywiła.
- Nie zwracam uwagi na listę rekordów. Nie obchodzi mnie. Chcę tylko
pokonać ją. - Wskazała podbródkiem na przyjaciółkę.
- Chyba w twoim śnie - odcięła się brunetka.
- O, widzę, że masz urojenia - odparła ruda.
Tony się roześmiał. Rudowłosa rzuciła mu kolejne spojrzenie.
- Całkiem miły jesteś - powiedziała. - Ile masz lat?
Zarumienił się.
- Dwanaście. Jestem w siódmej klasie.
Rudowłosa westchnęła głośno.
- Za młody. My już chodzimy do drugiej licealnej.
Nie wiedział, co na to odpowiedzieć. Postanowił więc to zignorować.
- A zatem nie wiecie, kim jest GGY? - powtórzył pytanie.
Wzruszyła ramionami.
- Nie mam pojęcia. Powinieneś zapytać Axela.
- Kim jest Axel? - zapytał Tony.
Brunetka zarechotała.
- ABC - odparła.
Zdziwiony tą alfabetyczną odpowiedzią Tony wydukał:
- Co?
Ruda wskazała głową listę rekordów.
- Axel Brandon Campbell. Pewnie jest gdzieś tam na górze.
Tony też spojrzał na listę. Faktycznie, litery ABC widniały kilka
linijek poniżej inicjałów dziewczyn, KXT i CRF. Zastanawiał się, co
oznaczają, ale nie zapytał.
Rudowłosa na kilka sekund skoncentrowała się na grze, po czym wreszcie
się odezwała:
- Axel jest z nami w klasie i zawsze nawija o tym, jak to bije tutaj
rekordy na automatach. To on nam powiedział, że i my znalazłyśmy się na
liście. Kto jak kto, ale on powinien wiedzieć, co to za GGY.
- Jak wygląda ten Axel? - dopytywał Tony.
- Niski - zaczęła opisywać rudowłosa - mniej więcej twojego wzrostu,
chociaż jest cztery lata starszy od ciebie. Długa twarz, małe usta. Duże
uszy.
- Nosi głupią czapkę - dodała brunetka.
- Zgadza się - przytaknęła jej przyjaciółka.
- Jaką czapkę? - chciał wiedzieć chłopiec.
Rudowłosa wzruszyła ramionami.
- Taką, w jakiej chodzi się na ryby, przynajmniej mój tata w takiej
chodzi.
- Taką z rondem - podsunęła brunetka.
- No właśnie - zgodziła się ruda. - Paskudny odcień zieleni.
- No, a teraz zmykaj - ucięła brunetka. - Zakłócasz mi energię.
Rudowłosa prychnęła.
- Taaa, bo ty masz jakąś energię - docięła przyjaciółce.
Tamta warknęła i podjęły przerwaną grę. Tony się uśmiechnął.
- Dzięki - powiedział.
Żadna z dziewczyn nie zwróciła na to uwagi.
Ruszył w swoją stronę, wyciągając szyję i rozglądając się wśród graczy.
Nie zauważył żadnej brzydkiej zielonej rybackiej czapki.
Szedł przejściem wśród automatów, obracając głowę w prawo i lewo. Teraz
miał jakiś punkt zaczepienia. Jak trudno może być znaleźć stałego
bywalca tego miejsca, który nosi charakterystyczne nakrycie głowy?
- No, jesteś! - zawołał Boots.
Tony się odwrócił. Boots i Rab szli niespiesznie w jego kierunku.
- Gdzieś ty był? - zapytał Rab.
Tony wzruszył ramionami.
- Obserwowałem ludzi.
Boots wydał z siebie głośny odgłos chrapania.
- Nudy - zawyrokował. Stuknął Tony'ego lekko w biceps. - Naprawdę musisz
sobie znaleźć lepsze hobby.
Tony ponownie wzruszył ramionami. Nie chciał mówić Bootsowi ani Rabowi o swoim nowym śledztwie. Tylko by go wyśmiali, że jest ciekawski, i powiedzieliby, że jego pomysł to głupota. Zawsze uważali, że jego
śledztwa to nudne bzdury.
- Jesteśmy głodni - oznajmił Rab. - Pizza?
Tony skinął głową.
- Jasne.
Uznał, że może poszukać Axela później. I tak nie chciał, aby kumple byli
w pobliżu, gdy będzie prowadził swoje śledztwo.
Gdy wychodzili z salonu gier, musiał się mocno starać, żeby nie
szczerzyć cały czas zębów w uśmiechu. Nie mógł się doczekać, aby zgłębić
tajemnicę GGY. Miał osobliwe i silne przeczucie, że to coś wielkiego,
jakby był to ledwie wierzchołek góry lodowej, której odkrycie powali go
na kolana. Nie wiedział, dlaczego tak myśli, ale nauczył się ufać swojej
intuicji. Coś tu się działo, a on zamierzał to rozwikłać. To będzie po
prostu epickie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki