Five Nights at Freddys. Five Nights at Freddy's: Tales from the Pizzaplex. Bobbiedoty. Finał Tom 5 - Scott Cawthon

Kup ebooka

31.90 zł
24.87 zł (24,56 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Uderze­nie pio­runa wstrzą­snęło sta­rymi, zma­to­wia­łymi szy­bami szkol­nych okien w momen­cie, gdy pani Soto napi­sała na tablicy "Fik­cja prze­suwa gra­nice rze­czy­wi­sto­ści".

Tony prze­niósł wzrok ze schlud­nych, dru­ko­wa­nych liter napi­sa­nych przez nauczy­cielkę na duże kro­ple desz­czu, które ude­rzały teraz w okno tuż obok ławki chłopca w ostat­nim rzę­dzie śmier­dzą­cej stę­chli­zną klasy z wyso­kim sufi­tem.

Zamru­gał. Nie inte­re­so­wało go już nic, co robiła pani Soto; całą uwagę sku­pił na burzy.

Mógłby przy­siąc, że przez chwilę widział coś poru­sza­ją­cego się wśród ulewy. Wydłu­żony, roz­mia­rem w przy­bli­że­niu odpo­wia­da­jący czło­wie­kowi kształt wyda­wał się prze­śli­zgi­wać wśród stru­mieni wody; poja­wił się dokład­nie wtedy, gdy ucichł pomruk grzmotu.

To oczy­wi­ście nie było moż­liwe, ponie­waż sala, w któ­rej pani Soto pro­wa­dziła zaję­cia z kre­atyw­nego pisa­nia, znaj­do­wała się na trze­cim pię­trze stu­dwu­dzie­sto­let­niego budynku szkoły zbu­do­wa­nego z kamie­nia wapien­nego. W desz­czu i dwa­na­ście metrów nad zie­mią Tony mógłby zoba­czyć jedy­nie coś spa­da­ją­cego albo lata­ją­cego.

Żało­wał, że nie może wstać i wyj­rzeć przez okno, aby zoba­czyć, czy to coś spa­dło na zie­mię. Ale gdyby zro­bił jaki­kol­wiek ruch, pani Soto rzu­ci­łaby mu jedno ze swo­ich miaż­dżą­cych spoj­rzeń. Nie zno­sił ich.

Głos nauczy­cielki zlał się w jego gło­wie w jedno z dud­nią­cym ryt­mem desz­czu. Wsłu­chu­jąc się w ten jed­no­stajny szum, Tony pogo­dził się z tym, że pozo­staje mu jedy­nie zasta­na­wia­nie się nad tym, co zoba­czył. W porządku. To faj­nie, że życie skrywa małe tajem­nice. Fascy­no­wało go poszu­ki­wa­nie odpo­wie­dzi na pyta­nia, dla­czego i jak coś się dzieje.

Na­dal obser­wo­wał deszcz, zasta­na­wia­jąc się, co wła­ści­wie zoba­czył. Na pewno nie była to istota ludzka, przy­naj­mniej to było jasne. Gdyby wśród desz­czu na zie­mię spadł czło­wiek, Tony usły­szałby plusk nawet przez odgłosy burzy. Poza tym ten ktoś musiałby krzyk­nąć. A może nie.

Cza­sami złe rze­czy dzieją się tuż przed naszym nosem. Nie­bez­pie­czeń­stwo czai się wszę­dzie, nawet w miej­scach, które czło­wiek uważa za bez­pieczne. Tony nauczył się tego po wielu prze­pro­wa­dzo­nych "docho­dze­niach".

Grzmot roz­legł się ponow­nie. Tym razem zatrząsł się cały budy­nek. Dwie sekundy póź­niej Tony zoba­czył prze­szy­wa­jąco białe, roz­ga­łę­zione pasma świa­tła nad wzgó­rzami za tere­nem szkoły. Było bli­sko, pomy­ślał.

Po bły­ska­wicy powie­trze prze­cięła spa­da­jąca gałąź. Prze­le­ciała przed oknem, piku­jąc, po czym znik­nęła. Tony zdał sobie sprawę, że to samo musiał widzieć wcze­śniej. Nie­które drzewa wokół szkoły miały jasno­szarą korę. Nie wie­dział, jaki to gatu­nek.

Nawał­nica poja­wiła się zni­kąd. Trzy­dzie­sto­me­trowe drzewa, które jak rzą­dek suro­wych dyrek­to­rów ota­czały szkolny dzie­dzi­niec, w jed­nej chwili stały nie­ru­chomo, a ich gałę­zie były wiot­kie i roz­luź­nione. W następ­nym momen­cie zaczęły się trząść i mio­tać, szar­pane podmu­chami wia­tru, który nad­szedł bez ostrze­że­nia.

Takie wła­śnie jest życie, pomy­ślał Tony. Tego rów­nież nauczył się ze swo­ich "docho­dzeń". W jed­nej chwili wszystko było dobrze. A już następna sekunda mogła przy­nieść naj­gor­sze nie­spo­dzianki.

Coś szturch­nęło Tony'ego w ramię. Sap­nął i spoj­rzał w prawo.

- Ale odle­cia­łeś, nie? - zapy­tał jego naj­lep­szy przy­ja­ciel, prze­chy­la­jąc się przez odstęp dzie­lący jego ławkę od ławki Tony'ego. Podał mu plik nie­bie­skich kar­tek.

Tony uśmiech­nął się non­sza­lancko, jakby nie wzdry­gnął się przed chwilą tak, że pra­wie wysko­czył ze skóry. Zorien­to­wał się, że kartki to arku­sze zadań. Pani Soto sto­so­wała różne kolory do róż­nych rodza­jów mate­ria­łów dydak­tycz­nych; nie­bie­ski ozna­czał pracę domową.

Tony wrę­czył plik arku­szy Zoey, ład­nej blon­dynce, która sie­działa w kolej­nej ławce. Bio­rąc kartki, nawet na niego nie spoj­rzała. Nale­żała do naj­po­pu­lar­niej­szych dziew­czyn w siód­mej kla­sie, a więc była o kilka szcze­bli dra­biny spo­łecz­nej wyżej od Tony'ego i jego przy­ja­ciół.

Spu­ścił wzrok na kartkę i prze­czy­tał zada­nie. Wes­tchnął. Kolejna wymy­ślona histo­ria.

Przy­go­to­wy­wał się do kariery repor­tera śled­czego (miał tylko dwa­na­ście lat, ale uwa­żał, że należy pla­no­wać wszystko z odpo­wied­nim wyprze­dze­niem), więc bar­dzo się cie­szył, że będzie mógł szli­fo­wać swoje pisar­skie umie­jęt­no­ści na zaję­ciach u pani Soto... ale cho­dziło mu raczej o lite­ra­turę faktu. Pro­gram zajęć mówił o ćwi­cze­niu wszyst­kich aspek­tów dobrej kom­po­zy­cji, ale jak dotąd pani Soto sku­piała się tylko na fik­cji.

Na zewnątrz deszcz ustał tak samo nagle, jak się zaczął. Przez mokre okno wpadł snop świa­tła sło­necz­nego, rzu­ca­jąc roz­sz­cze­pione jak w pry­zma­cie pro­mie­nie na ławkę Tony'ego. Chło­piec wsu­nął palec w różo­wo­żółtą smugę tań­czącą na bej­co­wa­nym na ciemno i pory­so­wa­nym dębo­wym drew­nie. Widzi­cie? - pomy­ślał. Rze­czy­wi­stość jest o wiele cie­kaw­sza od fik­cji.

Teraz, gdy prze­stało padać, do uszu Tony'ego z zewsząd docie­rał sze­lest arku­szy z zada­niami; wszy­scy w kla­sie czy­tali, co mają zro­bić. Kil­koro dzieci zaczęło szep­tać mię­dzy sobą. Tony sły­szał, że jego przy­ja­ciele także roz­ma­wiają.

Sala, w któ­rej odby­wały się zaję­cia z kre­atyw­nego pisa­nia, nie miała, o dziwo, szcze­gól­nie kre­atyw­nego wystroju. Pra­wie wszyst­kie inne sale lek­cyjne w budynku były ozdo­bione pla­ka­tami lub wykre­sami, zwią­za­nymi tema­tycz­nie z przed­mio­tem naucza­nym w danej kla­sie - ta jed­nak pozo­stała dziw­nie naga. Żół­tawe gip­sowe ściany były puste, poza tablicą na prze­dzie sali, bia­łym ekra­nem na bocz­nej ścia­nie i rega­łem peł­nym powie­ści w głębi pomiesz­cze­nia. Pięt­na­ście ławek usta­wio­nych w rów­nym rzę­dzie pośrodku nie zapeł­niało ogrom­nej prze­strzeni, więc każdy dźwięk odbi­jał się mię­dzy rzę­dem okien a gołymi murami po prze­ciw­le­głej stro­nie i nawet naj­cich­sze odgłosy wyda­wały się nara­stać.

- Dobrze, pro­szę o ciszę! - zawo­łała pani Soto.

Tony pod­niósł wzrok znad nie­bie­skiej kartki. Napo­tkał spoj­rze­nie nauczy­cielki. Uśmiech­nął się do niej. Ta jed­nak nie odwza­jem­niła uśmie­chu.

Cho­ciaż była jedną z młod­szych nauczy­cie­lek w szkole, nie nale­żała do miłych osób. Wysoka i szczu­pła, nosiła zawsze ciemny brąz i beż, a jej kasz­ta­nowe włosy były przy­strzy­żone pro­sto i równo do dłu­go­ści pod­bródka. Ich dolna kra­wędź była ścięta tak pre­cy­zyj­nie, że wyda­wała się wręcz ostra, jakby przy nie­wła­ści­wym ruchu mogła zra­nić pod­bró­dek wła­ści­cielki. Pani Soto była dobrą nauczy­cielką; Tony wiele się od niej nauczył, mimo że nie zaj­mo­wała się wystar­cza­jąco dogłęb­nie lite­ra­turą faktu. Czę­sto jed­nak zasta­na­wiał się, dla­czego jest taka nie­szczę­śliwa. Miał ochotę napi­sać o tym opo­wia­da­nie.

- Chcia­ła­bym, aby­ście w tej histo­rii sku­pili się na tajem­nicy - zaczęła pani Soto, gdy uci­chły sze­lest papieru i szepty. - Jed­no­cze­śnie zaś obu­duj­cie ją wąt­kami pozor­nie z nią nie­zwią­za­nymi, które jed­nak koniec koń­ców okażą się nie­odzowne dla fabuły. Będzie­cie pra­co­wali w zespo­łach po trzy osoby. Może­cie dobrać się w grupy z tym, z kim chce­cie. Jeśli ktoś będzie potrze­bo­wał pomocy, pro­szę dać mi znać. Jakieś pyta­nia?

Spoj­rzała na klasę. Tony pod­niósł rękę.

- A jeśli ktoś zna­la­złby praw­dziwą zagadkę, która speł­nia te warunki? - zapy­tał.

Pani Soto potrzą­snęła głową.

- Może­cie zain­spi­ro­wać się rze­czy­wi­sto­ścią - odparła. - Ale chcę, żeby­ście wyszli poza świat realny.

Gdy skoń­czyła mówić, roz­legł się dzwo­nek. Był pią­tek, a ta lek­cja była tego dnia ostat­nia, więc połowa dzieci wstała z miejsc, zanim jesz­cze umil­kło brzę­cze­nie. Tony się nie ruszył. Patrzył na kartkę z zada­niami i marsz­czył brwi, już zaczy­na­jąc bawić się w gło­wie pomy­słami na histo­rię. To on miał prze­jąć dowo­dze­nie w pisa­niu; zawsze tak było.

- Jak zwy­kle trzej ami­gos, o, cudowny i genialny Wielki Ame­ry­kań­ski Pisa­rzu? - zapy­tał jego naj­lep­szy przy­ja­ciel, wyry­wa­jąc chłopca z zamy­śle­nia.

Tony pod­niósł wzrok na kole­gów.

- Już wybra­li­śmy nasze psy­do­miny - oznaj­mił kędzie­rzawy, czar­no­włosy dzie­ciak, z któ­rym Tony przy­jaź­nił się od czasu, gdy ich mamy, sąsiadki z naprze­ciwka, zor­ga­ni­zo­wały dla nich spo­tka­nie zapo­znaw­cze, kiedy mieli po cztery lata. Bły­snął swoim cha­rak­te­ry­stycz­nym krzy­wym uśmie­chem. - Ja będę Boots - dodał.

Tony pokrę­cił głową. Kiedy na początku roku szkol­nego jego przy­ja­ciele poznali poję­cie "pseu­do­nim lite­racki", od razu prze­krę­cili je na "psy­do­min" i uznali, że powinni wybie­rać sobie inny za każ­dym razem, gdy będą mieli coś do napi­sa­nia. Pod­czas całego pro­cesu doma­gali się, żeby zwra­cać się do nich sza­lo­nymi imio­nami, które sobie nadali.

Tony wstał i wło­żył arkusz z zada­niem do ple­caka.

- Dla­czego Boots? - zain­te­re­so­wał się.

- Bo to brzmi jak But. Mówi się "głupi jak but", a ja mam łeb na karku. Taki żart. Łapiesz?

- Jasne, łapię, Boots - odparł Tony.

- A on będzie Dok­tor Rab­bit. - "Boots" wska­zał ostat­niego z paczki.

Tony uniósł brew.

- Dok­tor Rab­bit? A to co?

- W skró­cie możesz mówić na mnie Rab - odparł wła­ści­ciel prze­zwi­ska i wzru­szył ramio­nami. - Jakoś tak mi przy­szło do głowy.

Z sze­ro­kim uśmie­chem prze­cze­sał dło­nią nie­sforne brą­zowe włosy. Tydzień wcze­śniej przy­znał, że sam je sobie ściął; i dokład­nie tak wyglą­dały.

"Rab" był w ich paczce od sto­sun­kowo nie­dawna. Kilka mie­sięcy wcze­śniej, na początku roku szkol­nego, Tony zauwa­żył nie­zna­nego sobie chło­paka, który wyglą­dał na tro­chę zagu­bio­nego. Przed­sta­wił się, żeby zacho­wać się po przy­ja­ciel­sku. Od razu doga­dał się z "nowym" i zapro­sił go do współ­pracy ze sobą i "Boot­sem" od pierw­szego zada­nego im gru­po­wego wypra­co­wa­nia.

Teraz wyce­lo­wał w Tony'ego palec jak pisto­let.

- A ty?

Tony zasta­no­wił się przez chwilę.

- Ja będę Tar­bell.

Boots chwy­cił swój ple­cak i ruszył w kie­runku drzwi.

- Niech zgadnę - rzu­cił przez ramię. - Repor­ter, tak?

Tony ski­nął głową. Nie zadał sobie trudu, aby wyja­śnić, że Ida Tar­bell była jedną z dema­ska­to­rów - grupy publi­cy­stów i pisa­rzy, któ­rzy na prze­ło­mie dzie­więt­na­stego i dwu­dzie­stego wieku zwra­cali uwagę opi­nii publicz­nej na liczne nie­pra­wi­dło­wo­ści sys­temu poli­tycz­nego, spo­łecz­nego i oby­cza­jo­wego. Ani Bootsa, ani Raba by to nie obe­szło. Histo­ria inte­re­so­wała ich jesz­cze mniej niż bie­żące wyda­rze­nia.

Wycho­dząc za Boot­sem i Rabem z klasy i zgod­nie prze­dzie­ra­jąc się wraz z nimi przez tłum dzieci wypeł­nia­ją­cych kory­tarz, Tony zasta­na­wiał się - nie po raz pierw­szy - jak długo jesz­cze potrwa ich przy­jaźń. Już latem zaczął odczu­wać pewne znie­cier­pli­wie­nie swoim naj­lep­szym kolegą. Jakby Tony zaczy­nał dora­stać, pod­czas gdy jego kum­pel na­dal z zado­wo­le­niem tkwił w roli dziecka.

To, że w ich paczce zja­wił się nowy kolega, nieco pomo­gło, bo tro­chę odświe­żyło ich rela­cję. Rab był czymś w rodzaju pośred­niego ogniwa mię­dzy Boot­sem a Tonym; lubił się wygłu­piać, ale zda­rzało się też, że mówił rze­czy bar­dzo cie­kawe, a nawet głę­bo­kie. Tony nie­raz zauwa­żał, jak Rab zastyga z dziwną, sztywną miną, jakby roz­my­ślał nad czymś nie­zwy­kle poru­sza­ją­cym. Jakby krył w sobie głę­bię, któ­rej Boots ni­gdy nie zoba­czy. Tony miał okropne prze­czu­cie, że "wyra­sta" z rela­cji z Boot­sem i nie­długo może chcieć zada­wać się już tylko z Rabem. To byłoby dia­bel­nie nie­zręczne.

Zdał sobie sprawę, że pozo­staje w tyle za przy­ja­ciółmi, i przy­spie­szył kroku, aby ich dogo­nić.

- Hej, chce­cie się spo­tkać i zacząć burzę mózgów w kwe­stii naszego opo­wia­da­nia? - zawo­łał.

Tamci się odwró­cili i spoj­rzeli na Tony'ego. Boots prze­wró­cił oczami, a Rab pokrę­cił głową.

- To może pocze­kać - zauwa­żył Boots. - Wła­śnie gada­li­śmy o grach w Piz­za­plek­sie.

Tony z fru­stra­cji wykrzy­wił usta.

- Ale...

- Naj­lep­szych kre­atyw­nych pomy­słów nie można popę­dzać - pouczył Rab. - Muszą same wykieł­ko­wać na żyznej gle­bie nic­nie­ro­bie­nia.

Pro­szę bar­dzo, pomy­ślał Tony. Rab zde­cy­do­wa­nie potrafi być głę­boki.

Dotarli do końca kory­ta­rza i skrę­cili w boczny, który pro­wa­dził do ich sza­fek. Boots omi­nął dwóch ósmo­kla­si­stów, z któ­rych jeden celowo potrą­cił Raba. Oczy tego ostat­niego zwę­ziły się i rzu­cił palan­towi ostre spoj­rze­nie. Oczy­wi­ście popu­larny i uwiel­biany przez dziew­czyny chło­pak nawet tego nie zauwa­żył.

Tony i jego przy­ja­ciele byli nie­wi­dzialni dla więk­szo­ści dzie­cia­ków ze szkoły. Uda­wał, że go to nie obcho­dzi... ale okła­my­wał sam sie­bie.

Uwiel­biał poszu­ki­wać sedna tajem­nic życia i poświę­cił wiele godzin na próby zro­zu­mie­nia, co spra­wia, że ktoś staje się popu­larny. Doszedł do kilku oczy­wi­stych wnio­sków. Na przy­kład bycie kujo­nem nie sta­no­wiło drogi do popu­lar­no­ści, podob­nie jak dziwny wygląd czy rów­nie dziwne zwy­czaje. Nie­za­wod­nym spo­so­bem na utratę szansy na popu­lar­ność były także zbyt czę­ste zabie­ra­nie głosu na lek­cjach i nie­wła­ściwy ubiór. Ale poza tym było coś jesz­cze, coś nie­uchwyt­nego. Musiało być, ponie­waż Tony i jego przy­ja­ciele nie byli kujo­nami. Nie mieli dziw­nych nawy­ków. Nie odzy­wali się za dużo w kla­sie i ubie­rali się jak wszy­scy inni. Nie wyglą­dali też źle... przy­naj­mniej jego zda­niem.

Tony, Boots i Rab byli bru­ne­tami (kolor wło­sów Tony'ego pla­so­wał się gdzieś pomię­dzy kru­czą czer­nią Bootsa i cze­ko­la­do­wym brą­zem Raba) i wszy­scy mieli dość regu­larne rysy. Boots był praw­do­po­dob­nie naj­przy­stoj­niej­szy z całej trójki. Naj­wyż­szy w kla­sie, smu­kły i umię­śniony, miał głę­bo­kie zie­lone oczy, cał­kiem zwy­czajny nos, zwy­kle uśmiech­nięte usta i kwa­dra­tową szczękę.

W prze­ci­wień­stwie do Bootsa Rab był jed­nym z naj­mniej­szych chłop­ców w kla­sie. On rów­nież był chudy, a ponie­waż miał skórę jaśniej­szą niż ciemna kar­na­cja Bootsa, mógł wyda­wać się cza­sem nieco słaby i wątły. Jego naprawdę duże brą­zowe oczy spra­wiały, że cza­sami wyglą­dał jak małe dziecko, które dziwi się światu. Poza tym jed­nak jego rysy były w porządku. Tony sły­szał, jak kilka dziew­czyn mówiło, że Rab jest "ładny".

W kwe­stii wzro­stu pla­so­wał się gdzieś pomię­dzy Boot­sem i Rabem. Sądził, że jest prze­ciętny jak na swój wiek. Może zawsze miał taki być. Jego ciem­no­nie­bie­skie oczy były może tro­chę za małe i tro­chę za bli­sko osa­dzone, ale nie wyglą­dały jakoś dzi­wacz­nie. Jego nos nie miał w sobie zupeł­nie nic dziw­nego, a usta, choć także tro­chę małe, nie wyglą­dały głu­pio. Może policzki były nieco bar­dziej pulchne, niżby sobie życzył (rów­nież dla­tego, że gdyby były mniej okrą­głe, ciotka Melva może nie szczy­pa­łaby go w nie za każ­dym razem, gdy go widziała), ale nie sądził, by któ­ra­kol­wiek z jego cech sta­no­wiła powód wyklu­cze­nia spo­łecz­nego.

- Zie­mia do Tor­bala!

Coś szarp­nęło go w bok. Zamru­gał i zdał sobie sprawę, że to Boots cią­gnie go w stronę ich sza­fek.

- Tar­bell - popra­wił machi­nal­nie. - Nie Tor­bal.

- To ty tak mówisz - odparł Boots. - Ale będziemy na cie­bie wołać Kosmita, jeśli nie prze­sta­niesz się zawie­szać na środku kory­ta­rza z miną, jakby twój mózg wyje­chał na waka­cje.

- Prze­pra­szam - powie­dział Tony. - Po pro­stu się zamy­śli­łem.

- To wła­śnie twój pro­blem - zauwa­żył Rab. Dotarli już do swo­ich sza­fek i chło­pak zaczął obra­cać zam­kiem szy­fro­wym. - Za dużo myślisz. To źle wpływa na twoje zdro­wie.

- Dobrze mówi - zgo­dził się Boots, otwie­ra­jąc zama­szy­ście i z gło­śnym hukiem drzwi szafki. Odbiły się i pra­wie ude­rzyły go w twarz. Wyda­wał się tym jed­nak nie­wzru­szony.

Tony pod­szedł do swo­jej szafki, obró­cił zamek i otwo­rzył wgnie­cione meta­lowe drzwi. Roz­piął ple­cak i wymie­nił wyjęte z niego zeszyty na to, co musiał zabrać do domu na week­end.

- Ruchy, ruchy - popę­dzał kole­gów Boots, pod­ska­ku­jąc na pię­tach, jak zawsze, kiedy się nie­cier­pli­wił... czyli pra­wie zawsze. - Faz­cade czeka!

- Na­dal uwa­żam, że powin­ni­śmy zacząć od burzy mózgów - powie­dział Tony.

Boots prych­nął.

- Mamy dwa tygo­dnie na napi­sa­nie opo­wia­da­nia. Kupa czasu.

- Damy radę to skle­cić w parę godzin - zgo­dził się Rab. - Co masz zro­bić dziś, zrób poju­trze, będziesz miał dwa dni wolne.

- Poza tym, Tor­bal - Boots trą­cił Tony'ego w ramię - wiemy, że zaczniesz bez nas. Zawsze to robisz.

Tony wes­tchnął i zatrza­snął szafkę. Miał tro­chę za złe swoim przy­ja­cio­łom, że po pro­stu zało­żyli, że sam wykona więk­szość pracy nad opo­wia­da­niem, ale tro­chę mu także ulżyło. Zawsze się eks­cy­to­wał, gdy miał przed sobą nowy pro­jekt pisar­ski. Pla­no­wał pra­co­wać nad nim codzien­nie i dobrze się przy tym bawić.

Mega Piz­za­plex Freddy'ego Fazbe­ara był dokład­nie taki, jak obie­cy­wała jego nazwa - mega. Choć Tony'ego to miej­sce nie krę­ciło aż tak jak jego kole­gów, musiał przy­znać, że roz­miar budynku robił wra­że­nie. A do tego na każ­dym cen­ty­me­trze kwa­dra­to­wym potęż­nego kom­pleksu roz­ryw­ko­wego można było zna­leźć olśnie­wa­jące, fascy­nu­jące i sygna­li­zu­jące dobrą zabawę widoki, dźwięki i dozna­nia.

Tony i jego kole­dzy wypró­bo­wali już każde miej­sce w tym ogrom­nym kom­plek­sie. Kil­ka­dzie­siąt razy prze­je­chali się zaawan­so­waną tech­no­lo­gicz­nie kolejką gór­ską, zba­dali rury wspi­nacz­kowe, roze­grali nie­zli­czone rundy na polu mini­golfa Monty's Gator Golf, zagrali w krę­gle w Bon­nie Bowl i czę­sto ści­gali się na torze Roxy Race­way. Widzieli także tak wiele ani­ma­tro­nicz­nych kon­cer­tów, że Tony znał na pamięć wszyst­kie pio­senki zespołu.

Naj­lep­szą czę­ścią Piz­za­pleksu, przy­naj­mniej w opi­nii Tony'ego, był jed­nak naj­więk­szy z kilku miesz­czą­cych się tu salo­nów gier - Faz­cade, któ­rego trzy pię­tra połą­czone były spi­ral­nymi scho­dami. Jego motyw prze­wodni sta­no­wiła dys­ko­teka, jego rezy­den­tem był zatem DJ Music Man, ani­ma­tro­niczny didżej, który pusz­czał roz­ma­ite melo­die dla gra­ją­cych na auto­ma­tach i maszy­nach, a także dla dzi­wa­ków, któ­rzy korzy­stali z pokoi kara­oke na trze­cim pię­trze Faz­cade (Tony uwa­żał, że każdy, kto chce wstać i śpie­wać na oczach - i uszach - innych, musi być kom­plet­nie ześwi­ro­wany).

Salon Faz­cade oświe­tlała rów­nie ogromna liczba wie­lo­ko­lo­ro­wych neo­nów i diod, jak w całym Piz­za­plek­sie. Miał poza tym przy­pra­wia­jące o oczo­pląs fio­le­towe ściany i plu­szową jasno­fio­le­tową wykła­dzinę w gwiazdy i zawi­jasy, a do tego znaj­do­wały się w nim podo­bi­zny Freddy'ego Fazbe­ara, ani­ma­tro­nicz­nego niedź­wie­dzia, filaru całego impe­rium kor­po­ra­cji Fazbear. W tym fio­le­to­wym wnę­trzu upchnięto nie­zli­czone meta­lowe auto­maty do gier, któ­rych obu­dowy zdo­biły chro­mo­wane ramy i malunki w nie­mal każ­dym moż­li­wym kolo­rze. Wnę­trze Faz­cade było tak opa­li­zu­jąco-lśniące, że Tony zawsze czuł się tu, jakby opusz­czał praw­dziwy świat i wcho­dził do kalej­do­sko­po­wego rów­no­le­głego wymiaru.

W tym ogrom­nym salo­nie gier nie tylko widoki odpo­wia­dały zresztą za wra­że­nie zna­le­zie­nia się w innym świe­cie; swój udział miały w tym także dźwięki. Poza pul­su­ją­cymi baso­wymi ryt­mami utwo­rów, które odtwa­rzał DJ Music Man, w salo­nie pano­wał nie­ustanny hałas. To było istne słu­chowe mul­ti­wer­sum - nie­zli­czone war­stwy upa­ko­wa­nych razem dźwię­ków. Tony lubił opi­sy­wać w myślach różne rze­czy (aby ćwi­czyć umie­jęt­no­ści potrzebne pisa­rzowi) i cza­sami sta­rał się wyod­ręb­nić wszyst­kie dźwięki, które tutaj sły­szał, ale ni­gdy nie czuł się do końca na siłach. Ping, zing, ding - dobie­gało zewsząd, sły­szał brzę­cze­nia, stuk­nię­cia, jakby korek wysko­czył z butelki, świer­go­ta­nie i gongi. Oprócz odgło­sów pro­du­ko­wa­nych przez auto­maty byli też gra­cze oraz ich krzyki, śmie­chy, gwar roz­mów i trium­falne pohu­ki­wa­nia. Wszystko to mie­szało się razem w jeden skon­den­so­wany zgiełk, od któ­rego cza­sem bolała go głowa.

Tak jak dzi­siaj. Hałas, świa­tło i ruch w salo­nie bar­dziej go iry­to­wały, niż bawiły, zapewne dla­tego, że zamiast grać w gry zręcz­no­ściowe, wolałby oma­wiać pomy­sły na opo­wia­da­nie.

Zagrał w Bon-Bon Fun­ball, Chica's Feeding Frenzy i Monty's Gator Golf (ta ostat­nia gra była zręcz­no­ściową wer­sją praw­dzi­wego miesz­czą­cego się tu pola do mini­golfa) i poczuł, że ma dość. Zosta­wił Raba i Bootsa pod­krę­ca­ją­cych piłki do koszy­kówki w zaja­dłej roz­grywce na symu­la­to­rze sygno­wa­nym przez Mario­netkę i poszedł poła­zić po salo­nie gier.

Tak naprawdę jego wędrówka nie była do końca pozba­wiona celu. Miał pewien powód, aby prze­cha­dzać się w tę i z powro­tem po alej­kach mię­dzy auto­ma­tami i przy­glą­dać gra­czom. Szu­kał pomy­słu na opo­wia­da­nie. Z doświad­cze­nia wie­dział, że jeśli tro­chę poob­ser­wuje ludzi, znaj­dzie to, czego potrze­buje.

Cho­ciaż gry w Faz­cade były kre­atywne - wszyst­kie w jakiś spo­sób wią­zały się z posta­ciami z uni­wer­sum Fazbe­ara - a do tego zabawne, Tony uwa­żał, że obser­wo­wa­nie gra­ją­cych w nie osób jest jesz­cze cie­kaw­sze. Wszy­scy, któ­rzy spę­dzali tu czas na grach zręcz­no­ścio­wych, od naj­młod­szych dzieci po naj­star­szych senio­rów (zwy­kle babć lub dziad­ków, któ­rzy przy­pro­wa­dzali do Piz­za­pleksu swoje wnuki), mieli ten­den­cję do zatra­ca­nia się. Pochło­nięci mani­pu­lo­wa­niem przy­ci­skami i dżoj­sti­kami, ze wzro­kiem utkwio­nym w ekra­nach i sku­pieni cał­ko­wi­cie na gro­ma­dze­niu punk­tów, prze­sta­wali inte­re­so­wać się rze­czy­wi­sto­ścią. Dzieci i nasto­latki niczym się nie krę­po­wały, nie dbały już o to, co mogliby pomy­śleć o nich inni, a doro­śli wyraź­nie się relak­so­wali, na chwilę odsu­wa­jąc na bok codzienne pro­blemy.

Tony miał tylko dwa­na­ście lat, ale był już na tyle doj­rzały, żeby wie­dzieć, że życie może być trudne. Być może inni dwu­na­sto­lat­ko­wie o tym nie wie­dzieli, bo nie doświad­czyli tego na wła­snej skó­rze, ale on tak.

W ciągu ostat­nich dwóch lat ojciec Tony'ego z odno­szą­cego suk­cesy i dobrze zara­bia­ją­cego księ­go­wego dużej kor­po­ra­cji stał się ska­za­nym prze­stępcą. Oskar­żono go o defrau­da­cję setek tysięcy dola­rów w fir­mie, dla któ­rej pra­co­wał. Utrzy­my­wał, że jest nie­winny, ława przy­się­głych jed­nak mu nie uwie­rzyła. Grupa dwu­na­stu osób zde­cy­do­wała, że argu­menty pro­ku­ra­tury były bar­dziej prze­ko­nu­jące niż twier­dze­nia ojca. Otrzy­mał wyrok dwu­dzie­stu lat wię­zie­nia i grzywnę, któ­rej nie był w sta­nie spła­cić.

Pierw­sze jede­na­ście i pół roku życia Tony spę­dził w ład­nym, dużym domu z jesz­cze więk­szym ogro­dem w jed­nej z naj­lep­szych dziel­nic w mie­ście. Teraz on i mama dzie­lili z bab­cią (mamą jego mamy) mały, stary dom na nie­wiele więk­szym nie­chluj­nym podwórku na przed­mie­ściu. Gdy wyglą­dał przez okno, zamiast zie­lo­nych traw­ni­ków i ele­ganc­kich samo­cho­dów widział pożół­kły spła­che­tek trawy i zapusz­czony park przy­czep po dru­giej stro­nie ulicy. Zamiast ryt­micz­nego dźwięku auto­ma­tycz­nych zra­sza­czy lub śmie­chu bawią­cych się dzieci budził go teraz stu­kot kół poran­nego pociągu, który prze­jeż­dżał po torach nie­całe sześć­dzie­siąt metrów za domem.

Jasne, mogło być gorzej. Gdyby bab­cia nie przy­gar­nęła jego i mamy, kto wie, gdzie by zamiesz­kali? Od uro­dze­nia syna mama Tony'ego nie pra­co­wała, a teraz, kiedy mąż tra­fił do wię­zie­nia, dostała pracę jako asy­stentka w biu­rze. Zara­biała tyle, że led­wie mogła jakoś zwią­zać koniec z koń­cem. Jedy­nym powo­dem, dla któ­rego Tony mógł sobie pozwo­lić na tak czę­ste cho­dze­nie do Piz­za­pleksu, było to, że więk­szość popo­łu­dni i nie­je­den wie­czór spę­dzał na pra­cach ogrod­ni­czych, malo­wa­niu i wyko­ny­wa­niu drob­nych napraw dla eme­ry­tów, któ­rzy miesz­kali w parku przy­czep albo po sąsiedzku, w sta­rych domach, sto­ją­cych tu i ówdzie przy dro­dze wio­dą­cej z pół­nocy na połu­dnie.

Dzie­ciaki takie jak Boots i Rab, z zamoż­nych rodzin, nie rozu­miały jesz­cze, z jakimi zmar­twie­niami i trud­no­ściami przy­cho­dziło się zma­gać innym. Kole­dzy Tony'ego (i więk­szość dzie­cia­ków z klasy) mieli łatwe życie. On jed­nak wie­dział, że wielu innym rówie­śni­kom i więk­szo­ści doro­słych, któ­rych spo­ty­kał na swo­jej dro­dze, życie dawało w kość w ten czy inny spo­sób.

Jesz­cze zanim aresz­to­wano jego ojca, Tony inte­re­so­wał się tym, co sły­szał w wia­do­mo­ściach i znaj­do­wał w gaze­cie, którą jego tata codzien­nie czy­tał od deski do deski. Gdy był w dru­giej kla­sie, zaczął bawić się w repor­tera. Na uro­dziny w trze­ciej kla­sie rodzice spre­zen­to­wali mu apa­rat cyfrowy i chło­pak zaczął wędro­wać po całej oko­licy, robiąc zdję­cia. Od tego momentu zaczął pisać "arty­kuły" o wyda­rze­niach z sąsiedz­twa. Skru­pu­lat­nie wystu­ki­wał je dwoma pal­cami na kla­wia­tu­rze (to było, jesz­cze zanim nauczył się porząd­nie pisać), a potem dru­ko­wał w wielu egzem­pla­rzach na domo­wej dru­karce taty i dostar­czał na ganek każ­dego sąsiada. "Wrony pory­wają ulu­bioną lalkę małej sąsiadki", "Panele sło­neczne psują sąsia­dowi widok z okna", "Bez­pań­ski pies zżera kon­kur­sowe pomi­dory" - oto kilka przy­kła­dów jego wcze­snych publi­ka­cji.

Kiedy zaczął mieć hyzia na punk­cie dzien­ni­kar­stwa śled­czego, rodzice poparli tę pasję. Stali się jed­nak nieco scep­tyczni, gdy Tony napi­sał arty­kuł pod tytu­łem "Pan Mar­kham. Skąd te wszyst­kie kanały, skoro nie ma kablówki?". Roz­po­wszech­nił tę histo­rię po oko­licy i wkrótce dom Mar­khamów odwie­dziło kilku bar­dzo ofi­cjal­nie wyglą­da­ją­cych panów w gar­ni­tu­rach. Następ­nego dnia ktoś prze­ciął opony w aucie ojca Tony'ego.

Po tym wyda­rze­niu rodzice oznaj­mili, że nie powi­nien już kol­por­to­wać swo­ich arty­ku­łów w sąsiedz­twie.

- Może powi­nie­neś zacząć pisać jakieś opo­wia­da­nia, kocha­nie - zasu­ge­ro­wała mama. - To bez­piecz­niej­sze.

- Co masz na myśli? - zapy­tał Tony.

Tata wziął go wtedy na roz­mowę i wyja­śnił:

- Cza­sami pisa­nie o praw­dzi­wych wyda­rze­niach bywa trudne, synu. Nie jest łatwo zebrać wszyst­kie fakty, a jeśli w czymś nie masz racji... a nawet, jeśli masz... możesz napy­tać komuś biedy. Dzien­ni­kar­stwo śled­cze jest ważne dla spo­łe­czeń­stwa, ale może być... - tata Tony'ego zmarsz­czył brwi. - ...nie­bez­pieczne.

Wtedy Tony tego nie rozu­miał. Teraz już tak, ale nie dbał o to.

Po tym, co przy­tra­fiło się tacie, bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek zale­żało mu na poszu­ki­wa­niu odpo­wie­dzi. Chciał zgłę­bić każdą moż­liwą sprawę.

Pró­bo­wał nawet zba­dać sytu­ację taty, ale zna­la­zł­szy się w wię­zie­niu, tata powie­dział mu, że musiał zobo­wią­zać się, iż nie będzie sta­rał się wyja­śnić sprawy defrau­da­cji na wła­sną rękę.

- Daj temu spo­kój - pod­kre­ślił tata. - Obie­caj mi to.

Nie miał wyboru. Musiał zło­żyć obiet­nicę.

I jak dotąd jej dotrzy­my­wał.

Jed­nak to, że nie był w sta­nie dowie­dzieć się, co tak naprawdę stało się z pie­niędzmi, które zda­niem wszyst­kich ukradł jego ojciec, czuł jesz­cze więk­szą deter­mi­na­cję, by roz­wi­kłać każdą napo­tkaną tajem­nicę. Nie­na­wi­dził pytań bez odpo­wie­dzi.

A skoro mowa o pyta­niach bez odpo­wie­dzi...

Zamy­ślony, dotarł do rzędu fli­pe­rów do gry w pin­ball. Na maszy­nach obok sie­bie grały dwie ładne nasto­latki, na oko co naj­mniej dwa lub trzy lata star­sze od Tony'ego. Z wymiany obelg i docin­ków mógł się domy­ślić, że jedna pró­buje poko­nać drugą na punkty.

- Nawet nie pró­buj! - krzyk­nęła wyż­sza z dwóch dziew­czyn, dłu­go­włosa bru­netka z war­ko­czem, gdy fli­per kole­żanki roz­bły­snął świa­tłami, a liczba punk­tów wzro­sła czte­ro­krot­nie.

Druga dziew­czyna, drobna i rudo­włosa, zaśmiała się per­li­ście.

- Co mi zro­bisz, jak mnie zła­piesz? - zakpiła śpiew­nie.

Tony skie­ro­wał wzrok na tablice wyni­ków obu maszyn, a kiedy to zro­bił, coś drgnęło w głębi jego umy­słu. Zmarsz­czył brwi, stu­diu­jąc tabele.

- GGY - powie­dział na głos, odczy­tu­jąc rzą­dek liter przy rekor­dzie. GGY, kim­kol­wiek był, wyprze­dził innych gra­czy o miliony punk­tów. I to na obu maszy­nach, na któ­rych grały teraz dziew­czyny.

Tony znowu zaczął obser­wo­wać zawody pin­bal­lowe. Twa­rze dziew­czyn wyra­żały naj­wyż­szą kon­cen­tra­cję; obie musiały być mistrzy­niami w tej grze. Wła­sne umie­jęt­no­ści Tony oce­niał cał­kiem nie­źle, ale one były nie­wia­ry­godne. Kró­lowe pin­balla! Miały nie­zwy­kłą kon­trolę nad piłeczką i oczy­wi­ście obie dosko­nale orien­to­wały się w czu­ło­ści prze­chyłu swo­ich auto­ma­tów. Czę­sto w nie waliły bez nega­tyw­nych kon­se­kwen­cji.

Dziew­czyna z dłu­gim war­ko­czem stała przed swoją maszyną pra­wie na bacz­ność. Krzy­wiła się; miała ogromne zęby i wyglą­dało na to, że nimi zgrzyta, gdy jej palce - ser­deczny i środ­kowy - śmi­gały nad kon­tro­l­kami tak szybko, że aż się roz­ma­zy­wały przed oczami Tony'ego.

Rudo­włosa, która miała kilka tysięcy punk­tów wię­cej niż kole­żanka, stała w bar­dziej zre­lak­so­wa­nej pozie. Obsłu­gu­jąc stery maszyny, opie­rała się o nią pozor­nie swo­bod­nie. Nie poka­zy­wała zębów, ale miała zaci­śniętą szczękę, a żyły na jej szyi nabrzmiały tak, że Tony dostrze­gał, jak przy­spie­sza jej puls.

Dziew­częta wyko­ny­wały per­fek­cyjne poda­nia i odbi­cia; srebrne kulki śmi­gały, odbi­jały się od zde­rza­ków i prze­la­ty­wały od jed­nej pary łapek do dru­giej; lampki auto­ma­tów migo­tały, rzu­ca­jąc czer­wono-poma­rań­czowe bły­ski na twa­rze gra­czek. Tony obser­wo­wał to wszystko jak zahip­no­ty­zo­wany, choć pró­bo­wał śle­dzić roz­gry­wany z nie­sa­mo­wi­tym kunsz­tem mecz i tablicę wyni­ków jed­no­cze­śnie.

Sys­temy punk­ta­cji na auto­ma­tach do pin­balla w Faz­cade były bar­dzo zróż­ni­co­wane. Ten sam strzał w jed­nej grze mógł dać ci sto punk­tów, więc wynik miliona punk­tów w niej osią­gnięty był impo­nu­jący. W innych grach dało się za jed­nym strza­łem zyskać sto tysięcy punk­tów. Rekordy tych auto­ma­tów się­gały zatem nawet miliarda. Dwie maszyny, na któ­rych grały dziew­czyny, miały te same sys­temy punk­ta­cji - musiały, bo ina­czej kole­żanki nie byłyby w sta­nie rywa­li­zo­wać na oddziel­nych maszy­nach. Tutaj więk­szość rekor­dów wyno­siła kilka milio­nów punk­tów. Każda z dziew­czyn prze­kro­czyła już pięć milio­nów, a ich wyniki były wyż­sze niż wszyst­kie inne na listach rekor­dów - z wyjąt­kiem tajem­ni­czego GGY. Te ini­cjały wid­niały na trzech pierw­szych miej­scach list obu auto­ma­tów, a wyniki wpi­sane przy nich były wyż­sze o pięć­dzie­siąt milio­nów od wyni­ków innych gra­czy.

Tony odwró­cił się i spoj­rzał za sie­bie, w głąb alejki, którą wła­śnie prze­szedł. Gdzie wcze­śniej widział ini­cjały GGY?

Zosta­wił dziew­czyny ich roz­grywce i wró­cił po wła­snych śla­dach, spraw­dza­jąc listy rekor­dów w każ­dej grze. Szybko zna­lazł GGY na innym auto­ma­cie do pin­balla kilka maszyn dalej.

Kon­ty­nu­ował śledz­two, sys­te­ma­tycz­nie prze­glą­da­jąc listy naj­lep­szych gra­czy na wszyst­kich auto­ma­tach na tym pię­trze Faz­cade. Gracz pod­pi­su­jący się jako GGY nie wypró­bo­wał tu zbyt wielu gier, ale w tych, w które grał, bił wszyst­kich na głowę. Ile­kroć te ini­cjały poja­wiały się na liście, wyniki przy nich zosta­wiały całą resztę daleko w tyle.

Kim był ten geniusz gier? W jaki spo­sób osią­gał tak wyso­kie wyniki? Czy był po pro­stu tak dobry... a jeśli tak, to jak to zro­bił?... A może w jakiś spo­sób oszu­ki­wał?

Tony uśmiech­nął się sze­roko, czu­jąc lek­kie łasko­ta­nie w brzu­chu. Budziła się w nim eks­cy­ta­cja. Oto zagad­nie­nie, które pobu­dza jego kre­atyw­ność. Praw­dziwa tajem­nica, którą zamie­rzał roz­wią­zać, i która mogła stać się kanwą dla ich opo­wia­da­nia. Nie­ważne, że nie była fik­cyjna. Musiał tylko zmie­nić kilka szcze­gó­łów na temat swego odkry­cia, by śledz­two mogło stać się cen­tral­nym punk­tem ich histo­rii.

Przede wszyst­kim musiał zna­leźć tajem­ni­czego GGY, a żeby to zro­bić, musiał dowie­dzieć się, kim jest ten gracz. Z pew­no­ścią ktoś go widział, bio­rąc pod uwagę nie­sa­mo­wite wyniki, jakie osią­gnął na nie­jed­nej prze­cież maszy­nie.

Znów zawró­cił w kie­runku kró­lo­wych pin­balla. Tajem­ni­czy gracz korzy­stał z tam­tych dwóch maszyn, na któ­rych i one naj­wy­raź­niej sporo grały. Ist­niała nie­mała szansa, że widziały GGY.

Kiedy skrę­cił za róg, pra­wie wpa­dło na niego dwóch roz­bry­ka­nych chło­pa­ków; pokrę­cił głową, gdy obaj odbili się od naj­bliż­szego auto­matu, pró­bu­jąc nie zde­rzyć się z Tonym. Mieli na sobie szare koszulki i czapki z dasz­kiem. Wyglą­dają jak małe ludz­kie kulki do pin­balla, pomy­ślał Tony, szcze­rząc zęby w uśmie­chu.

Chłopcy krzyk­nęli do sie­bie, poga­nia­jąc jeden dru­giego, i odbie­gli. Tony szedł dalej, sta­ra­jąc się wyprzeć z głowy myśli o ota­cza­ją­cym go zgiełku, by móc zasta­no­wić się nad tajem­ni­czym GGY i jego wyso­kimi wyni­kami.

Dotarł­szy do nasto­let­nich mistrzyń, zadał sobie pyta­nie, czy może je zagad­nąć w trak­cie gry. Nie­któ­rzy nie mieli z tym żad­nego pro­blemu. Inni trak­to­wali grę tak serio, że rzu­ci­liby się do gar­dła każ­demu, kto pró­bo­wałby ją zakłó­cić.

Pod­szedł i zde­cy­do­wał, że rów­nie dobrze może spró­bo­wać. Co mogło się zda­rzyć naj­gor­szego? Mogły rzu­cić mu naj­wy­żej ziry­to­wane spoj­rze­nie albo wyzwi­sko. Bywało gorzej. Bycie synem ska­za­nego mal­wer­santa pozwo­liło mu wyho­do­wać sobie grubą skórę. Sprawa jego ojca cie­szyła się wiel­kim zain­te­re­so­wa­niem mediów; przez jakiś czas prasa koczo­wała nawet na ich traw­niku. Tony szybko się nauczył, że przej­mu­jąc się tym, co myślą inni, czło­wiek gwa­ran­tuje sobie per­ma­nentne poczu­cie nie­szczę­ścia.

Kró­lowe pin­balla cią­gle grały. Ruda już nie pro­wa­dziła, teraz to bru­netka miała prze­wagę, a gry­mas na jej twa­rzy ustą­pił miej­sca zaro­zu­mia­łemu uśmiesz­kowi.

Tony uznał, że bar­dziej przy­stęp­nie z nich dwóch wygląda rudo­włosa, więc to ją posta­no­wił zagad­nąć. Dba­jąc, by nie pod­cho­dzić zbyt bli­sko (żaden gracz nie lubi, gdy ktoś dyszy mu w kark), pocze­kał, aż gra­jąca zwróci na niego uwagę. Następ­nie uniósł dłoń, poma­chał do niej non­sza­lancko i powie­dział:

- Genial­nie to roz­gry­wasz. - Nie chciał ura­zić bru­netki, pomi­ja­jąc ją, więc dodał: - Obie genial­nie gra­cie. Jeste­ście nie­sa­mo­wite.

Czar­no­włosa dziew­czyna nie odpo­wie­działa, ale uśmie­szek na jej twa­rzy roz­sze­rzył się w sze­roki uśmiech. Rudo­włosa zaci­snęła wargi, mani­pu­lu­jąc łopat­kami maszyny, aby wyko­nać ide­alny chwyt, bez­błęd­nie spo­wol­nić pęd piłki i przy­go­to­wać się do kolej­nego strzału. Ten oka­zał się bez­kon­ku­ren­cyjny. Piłka prze­le­ciała ryko­sze­tem przez całą maszynę jak pocisk, suma punk­tów także poszy­bo­wała w górę. Rudo­włosa wysu­nęła się na pro­wa­dze­nie i dostała praw­dzi­wego przy­spie­sze­nia.

Tony musiał odcze­kać w mil­cze­niu następną pełną minutę, pod­czas gdy dziew­czyna znę­cała się nad maszyną, roz­bi­ja­jąc w pył czar­no­włosą kole­żankę. Kiedy nieco wyha­mo­wała, zer­k­nęła na chłopca.

- Co ty, stal­ku­jesz nas? - zapy­tała. - Nie jesteś na to za mały?

Uśmiech­nął się. To nie był naj­lep­szy począ­tek roz­mowy, ale przy­naj­mniej nie kazała mu spa­dać.

- Nie stal­kuję - odparł. - Pró­buję się dowie­dzieć, kim jest GGY, a skoro ty i twoja kole­żanka dużo gra­cie, to może widzia­ły­ście tę osobę.

- GGY? - powtó­rzyła bru­netka. Pod­rzu­ciła piłkę w odpo­wied­nim momen­cie, a ta odbiła się ryko­sze­tem, dzięki czemu suma punk­tów dziew­czyny znowu pra­wie zrów­nała się z sumą punk­tów jej kole­żanki.

Tony wska­zał na listę rekor­dów.

- Wyniki gra­cza GGY są znacz­nie wyż­sze niż kogo­kol­wiek innego - powie­dział. - Oprócz tej osoby to wy jeste­ście naj­lep­sze na tych maszy­nach. A wyniki GGY są, cóż, zupeł­nie z innej bajki.

Ruda się skrzy­wiła.

- Nie zwra­cam uwagi na listę rekor­dów. Nie obcho­dzi mnie. Chcę tylko poko­nać ją. - Wska­zała pod­bród­kiem na przy­ja­ciółkę.

- Chyba w twoim śnie - odcięła się bru­netka.

- O, widzę, że masz uro­je­nia - odparła ruda.

Tony się roze­śmiał. Rudo­włosa rzu­ciła mu kolejne spoj­rze­nie.

- Cał­kiem miły jesteś - powie­działa. - Ile masz lat?

Zaru­mie­nił się.

- Dwa­na­ście. Jestem w siód­mej kla­sie.

Rudo­włosa wes­tchnęła gło­śno.

- Za młody. My już cho­dzimy do dru­giej lice­al­nej.

Nie wie­dział, co na to odpo­wie­dzieć. Posta­no­wił więc to zigno­ro­wać.

- A zatem nie wie­cie, kim jest GGY? - powtó­rzył pyta­nie.

Wzru­szyła ramio­nami.

- Nie mam poję­cia. Powi­nie­neś zapy­tać Axela.

- Kim jest Axel? - zapy­tał Tony.

Bru­netka zare­cho­tała.

- ABC - odparła.

Zdzi­wiony tą alfa­be­tyczną odpo­wie­dzią Tony wydu­kał:

- Co?

Ruda wska­zała głową listę rekor­dów.

- Axel Bran­don Camp­bell. Pew­nie jest gdzieś tam na górze.

Tony też spoj­rzał na listę. Fak­tycz­nie, litery ABC wid­niały kilka lini­jek poni­żej ini­cja­łów dziew­czyn, KXT i CRF. Zasta­na­wiał się, co ozna­czają, ale nie zapy­tał.

Rudo­włosa na kilka sekund skon­cen­tro­wała się na grze, po czym wresz­cie się ode­zwała:

- Axel jest z nami w kla­sie i zawsze nawija o tym, jak to bije tutaj rekordy na auto­ma­tach. To on nam powie­dział, że i my zna­la­zły­śmy się na liście. Kto jak kto, ale on powi­nien wie­dzieć, co to za GGY.

- Jak wygląda ten Axel? - dopy­ty­wał Tony.

- Niski - zaczęła opi­sy­wać rudo­włosa - mniej wię­cej two­jego wzro­stu, cho­ciaż jest cztery lata star­szy od cie­bie. Długa twarz, małe usta. Duże uszy.

- Nosi głu­pią czapkę - dodała bru­netka.

- Zga­dza się - przy­tak­nęła jej przy­ja­ciółka.

- Jaką czapkę? - chciał wie­dzieć chło­piec.

Rudo­włosa wzru­szyła ramio­nami.

- Taką, w jakiej cho­dzi się na ryby, przy­naj­mniej mój tata w takiej cho­dzi.

- Taką z ron­dem - pod­su­nęła bru­netka.

- No wła­śnie - zgo­dziła się ruda. - Paskudny odcień zie­leni.

- No, a teraz zmy­kaj - ucięła bru­netka. - Zakłó­casz mi ener­gię.

Rudo­włosa prych­nęła.

- Taaa, bo ty masz jakąś ener­gię - docięła przy­ja­ciółce.

Tamta wark­nęła i pod­jęły prze­rwaną grę. Tony się uśmiech­nął.

- Dzięki - powie­dział.

Żadna z dziew­czyn nie zwró­ciła na to uwagi.

Ruszył w swoją stronę, wycią­ga­jąc szyję i roz­glą­da­jąc się wśród gra­czy. Nie zauwa­żył żad­nej brzyd­kiej zie­lo­nej rybac­kiej czapki.

Szedł przej­ściem wśród auto­ma­tów, obra­ca­jąc głowę w prawo i lewo. Teraz miał jakiś punkt zacze­pie­nia. Jak trudno może być zna­leźć sta­łego bywalca tego miej­sca, który nosi cha­rak­te­ry­styczne nakry­cie głowy?

- No, jesteś! - zawo­łał Boots.

Tony się odwró­cił. Boots i Rab szli nie­spiesz­nie w jego kie­runku.

- Gdzieś ty był? - zapy­tał Rab.

Tony wzru­szył ramio­nami.

- Obser­wo­wa­łem ludzi.

Boots wydał z sie­bie gło­śny odgłos chra­pa­nia.

- Nudy - zawy­ro­ko­wał. Stuk­nął Tony'ego lekko w biceps. - Naprawdę musisz sobie zna­leźć lep­sze hobby.

Tony ponow­nie wzru­szył ramio­nami. Nie chciał mówić Boot­sowi ani Rabowi o swoim nowym śledz­twie. Tylko by go wyśmiali, że jest cie­kaw­ski, i powie­dzie­liby, że jego pomysł to głu­pota. Zawsze uwa­żali, że jego śledz­twa to nudne bzdury.

- Jeste­śmy głodni - oznaj­mił Rab. - Pizza?

Tony ski­nął głową.

- Jasne.

Uznał, że może poszu­kać Axela póź­niej. I tak nie chciał, aby kum­ple byli w pobliżu, gdy będzie pro­wa­dził swoje śledz­two.

Gdy wycho­dzili z salonu gier, musiał się mocno sta­rać, żeby nie szcze­rzyć cały czas zębów w uśmie­chu. Nie mógł się docze­kać, aby zgłę­bić tajem­nicę GGY. Miał oso­bliwe i silne prze­czu­cie, że to coś wiel­kiego, jakby był to led­wie wierz­cho­łek góry lodo­wej, któ­rej odkry­cie powali go na kolana. Nie wie­dział, dla­czego tak myśli, ale nauczył się ufać swo­jej intu­icji. Coś tu się działo, a on zamie­rzał to roz­wi­kłać. To będzie po pro­stu epic­kie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki