Hurra, hurra! Bzzz, bzzz, bzzz - zaśpiewał
głośno brzękliwy głosik.
Niedorzeczna piosenka przecięła jak bosak przyjemny sen Delili i wyrwała
ją z tego cudownego stanu nieświadomości.
- Co do...? - wymamrotała Delilah, siadając wśród pogniecionej flanelowej
pościeli, i zamrugała, porażona światłem słońca przesączającym się przez
żaluzje.
- To dzięki tobie mam tyle energii - śpiewał dalej niezrażony głosik.
Delilah rzuciła poduszką w cienką ścianę oddzielającą jej pokój od
mieszkania sąsiadki. Poduszka walnęła w oprawiony plakat, na którym
widniał spokojny nadmorski pejzaż. Delilah spojrzała nań tęsknie. Taki
właśnie widok chciałaby mieć.
Niestety okna Delili nie wychodziły na ocean, lecz na kosze na śmieci i paskudne zaplecze czynnej dwadzieścia cztery godziny na dobę knajpy, w której pracowała. Nie miała też spokoju, tylko denerwującą sąsiadkę o imieniu Mary, która wciąż śpiewała na całe gardło: "Dziękuję, dziękuję,
że zaczynasz mój dzień."
- Kto śpiewa o budzikach? - warknęła Delilah, jęcząc i pocierając oczy.
Już samo posiadanie śpiewającej sąsiadki było złe, a sto razy gorsze
było to, że sąsiadka sama wymyślała głupie piosenki i zawsze
rozpoczynała dzień od tej o budziku. Tak jakby budziki same w sobie nie
były dość okropne.
O wilku mowa. Delilah spojrzała na swój zegarek.
- Co? - jęknęła i wyskoczyła z łóżka jak oparzona.
Chwyciła nieduży elektroniczny budzik na baterie i zagapiła się na
wyświetlacz, na którym widniała 6:25.
- Co z ciebie za pożytek... - zawołała i rzuciła zegar na jasnoniebieską
kołdrę.
Delilah z całego serca nienawidziła budzików. Było to pokłosie
dziesięciu miesięcy, które spędziła u ostatniej rodziny zastępczej pięć
lat temu. W prawdziwym świecie trzeba było także niestety korzystać z budzików, a dziewczyna jeszcze się z tym nie pogodziła. Teraz odkryła
jednak, że jest coś, czego nienawidzi jeszcze bardziej niż budzików -
budzików, które nie działają!
Zadzwonił jej telefon. Kiedy odebrała, nie musiała nawet czekać, aż jej
rozmówca się odezwie. Przekrzykując stukot naczyń i szum głosów,
powiedziała:
- Wiem, Nate. Zaspałam. Dotrę za pół godziny.
- Już zadzwoniłem do Rianne, żeby cię zastąpiła. Możesz wziąć jej zmianę
o czternastej.
Delilah westchnęła. Nienawidziła tej zmiany. Było na niej mnóstwo pracy.
Właściwie to nienawidziła wszystkich zmian. Po prostu nienawidziła ich i już.
Jako kierowniczka zmiany w knajpie miała obowiązek pracować wtedy, kiedy
wymagał tego ogólny grafik. Jej dni pracy mogły więc trwać od szóstej do
czternastej, od czternastej do dwudziestej drugiej albo od dwudziestej
drugiej do szóstej. Jej zegar biologiczny kompletnie zwariował i w praktyce spała, gdy była na nogach, i nie była w stanie usnąć, gdy miała
spać. Żyła w stanie ciągłego wyczerpania. Była wiecznie nieprzytomna,
jakby do jej mózgu uszami wlewała się mgła. Nie dość, że utrudniało jej
to myślenie, to jeszcze nie pozwalało mózgowi współgrać ze zmysłami.
Zupełnie jakby jej wzrok, słuch i smak były wciąż przytłumione.
- Delilah? Mogę liczyć, że dotrzesz na czternastą? - zawołał Nate.
- Jasne. Tak, będę.
Nate chrząknął i się rozłączył.
- Też cię kocham - odezwała się do słuchawki Delilah, po czym ją
odłożyła.
Spojrzała na swoje wielkie łóżko. Gruby materac i jej ukochana poduszka
z pianki z pamięcią kształtu przyciągały ją niczym rozespany kochanek,
zachęcający, by wróciła do ciepłej pościeli. Delilah tak bardzo chciała
to zrobić. Kochała spać. Uwielbiała przebywać w łóżku. Było niczym
kokon, dorosła wersja baz z koców, które budowała, gdy była mała. Gdyby
mogła, spędzałaby cały dzień w łóżku. Marzyła o znalezieniu pracy, którą
mogłaby wykonywać z domu, z łóżka, w piżamie. Nie byłoby to najlepsze
rozwiązanie dla jej pracodawcy, bo wolałaby się wylegiwać i spać, ale na
pewno dobrze by wpłynęło na jej zdrowie. Gdyby pracowała dla siebie,
sama ustalałaby sobie godziny pracy.
Ale poszukiwania takiego zajęcia spełzły na niczym. Trafiała na same
oszustwa. Po rozstaniu z Richardem ta restauracja była jedynym miejscem,
gdzie chcieli ją zatrudnić. A wszystko przez to, że miała kartotekę z poprawczaka i wywalili ją z liceum za coś, czego już prawie nie
pamiętała. Życie było do bani.
Delilah spojrzała na bezużyteczny budzik. Nie. Nie mogła ryzykować. Nie
mogła znów zasnąć.
Ale jak to zrobić?
Za ścianą Mary śpiewała swoją głupią piosenkę o wstawaniu co najmniej
trzeci raz. Delilah wiedziała, że walenie w ścianę czy proszenie
sąsiadki, by śpiewała ciszej, nie ma sensu. Mary miała trochę nierówno
pod sufitem. Delilah nie była pewna, co jest z tą kobietą nie tak.
Wiedziała tylko, że jej poprzednie skargi rozpływały się w pustce, która
zdawała się kryć pod gęstymi, siwymi włosami Mary.
Delilah nie miała ochoty siedzieć w domu i słuchać Mary. W gruncie
rzeczy mogła zabrać się za coś użytecznego.
Podreptała do malutkiej, wykładanej różowymi kafelkami łazienki,
wyszorowała zęby i założyła szare spodnie od dresu i czerwoną koszulkę.
Uznała, że równie dobrze może pobiegać. Nie ćwiczyła już co najmniej od
trzech dni. Może stąd ta mgła mózgowa.
Nie. Wiedziała, że to nieprawda. Sprawdzała, czy ćwiczenia pomogą jej na
ciągłe zmęczenie. Wyglądało na to, że nie ma znaczenia, ile ćwiczy. Jej
ciało po prostu nie lubiło nieustannych zmian w harmonogramie dnia.
- To przez zimę - mówiła jej najlepsza przyjaciółka, Harper. - Kiedy
nadejdzie wiosna, to obudzisz się zupełnie jak kwiat.
Delilah miała co do tego wątpliwości, i to uzasadnione. Wiosna nadeszła.
Wszystko budziło się do życia... poza energią Delili.
Nie myśląc już o tym, czy ćwiczenia coś jej dadzą, Delilah założyła
adidasy, wrzuciła klucze, komórkę, trochę pieniędzy, prawo jazdy i kartę
kredytową do saszetki do biegania i zawiesiła ją na szyi. Wyszła z pełnego hałasu mieszkanka - Mary wciąż śpiewała - na wyłożony wykładziną
korytarz, śmierdzący bekonem, kawą i klejem. O co chodzi z tym klejem?
Delilah prychnęła, zbiegając trzy kondygnacje po wąskich, nierównych
stopniach. Pewnie klej służy do naprawy ścian czy czegoś. W końcu to nie
żaden elegancki budynek.
W holu na dole Delilah natknęła się na dwójkę ponurych, zgarbionych
nastolatków. Zmierzyli ją wzrokiem. Zignorowała ich i wyszła przez
szare, obdrapane metalowe drzwi w chwili, gdy słońce schowało się za
puchatą białą chmurą.
To był jeden z tych słonecznych, wietrznych wiosennych dni, które
uwielbiała Harper i których nienawidziła Delilah. Może gdyby mieszkała
na wybrzeżu lub w lesie, cieszyłoby ją to wesołe słoneczko i dziarski
wiaterek. W otoczeniu przyrody i kwitnących kwiatów taki dzień by jej
pasował. Ale tutaj?
W tym miejskim zlepku pasaży handlowych, warsztatów, dilerów aut,
pustych działek i budynków z mieszkaniami socjalnymi "słońce i wiatr"
nie były miłe, tylko irytujące. Pasowały jak kwiatek do kożucha.
Delilah starała się nie zwracać uwagi na smród rozkładającej się sałaty,
spalin i starego oleju do smażenia. Oparła stopę o brzeg pustego
kwietnika stojącego przed jej szarym, kwadratowym blokiem. Może łatwiej
byłoby poczuć wiosnę, gdyby w kwietnikach rosły kwiaty, a nie kamienie.
Delilah przeciągnęła się i potrząsnęła głową na te ponure myśli.
- Nie powinnaś tak robić - skarciła się.
Ruszyła truchtem na północ, w stronę najbliższego osiedla, by pobiegać
wśród domów i drzew, a nie upadających biznesów i samochodów.
Musiała się wydostać z tej ponurej matni, w której się znalazła. Jako
nastolatka wystarczająco dużo czasu spędziła na terapii, by wiedzieć, że
ma "osobowość obsesyjną" - kiedy raz się skupiła na jakieś wizji, nie
mogła się od niej oderwać. Teraz myślała tylko o tym, że jej życie jest
do bani. I wyglądało na to, że tak pozostanie, jeśli nie wpadnie na
jakąś inną myśl.
Teraz biegła po nierównym chodniku i próbowała myśleć o miłych sprawach,
by rozproszyć mgłę w swojej głowie.
- Codziennie jestem coraz lepsza - nuciła.
Po dziesięciu powtórzeniach tej afirmacji podśpiewywanie zaczęło ją
wkurzać, więc skupiła się na wizji życia, jakiego pragnęła. To sprawiło,
że zaczęła myśleć o życiu, które wiodła z Richardem, co tylko jeszcze
bardziej pogorszyło jej samopoczucie.
Kiedy Richard postanowił zastąpić swoją ciemnooką i ciemnowłosą panią
Richardową nową, niebieskooką blond żonką, Delilah nie miała specjalnego
wyboru. Przed ślubem z Richardem podpisała intercyzę. Wychodząc za
niego, nie wnosiła nic do ich małżeństwa, więc nic nie dostała przy
rozwodzie. No nie, to nie była prawda. Dzięki ugodzie stać było ją na
mieszkanie, trochę używanych mebli i niewielki, piętnastoletni
jasnobrązowy samochód. Zorganizowała sobie to wszystko dopiero, gdy
znalazła pracę w jedynym miejscu, które zgodziło się ją zatrudnić i wyszkolić. Biorąc pod uwagę jej cudowny życiorys - "ukończenie
pierwszego semestru klasy maturalnej", "opieka nad dziećmi" i "praca w fast foodzie" - miała szczęście, że tak jej się trafiło. I pomijając
okropne godziny pracy, wcale nie było jej tu tak źle. Nate wysłał ją na
kurs zarządzania i w ciągu kilku miesięcy awansowała z kelnerki na
kierowniczkę zmiany. Miała dwadzieścia trzy lata i była najmłodszą
kierowniczką zmiany w restauracji.
- Widzisz? - wydyszała Delilah. - Jest coraz lepiej.
Trzymała się tej w miarę pozytywnej myśli, biegnąc przez zaniedbane,
stare osiedle, za którym rozciągała się strefa przemysłowa. Wydawało się
zbyt podupadłe, by można było je nazwać ładnym, ale rosły tu przepiękne
stare klony i wysokie, gibkie topole, które delikatnie kołysały się na
wietrze. Na wszystkich drzewach widać było młode jasnozielone listki,
które napełniały Delilę nadzieją, choćby na parę minut.
Dziewczyna zaczęła się zastanawiać, czy okoliczni mieszkańcy zwracają
czasem uwagę na drzewa. Rozejrzała się wokół z powątpiewaniem. Kilkoro
apatycznych dzieci czekało na żółte szkolne autobusy, które, warkocząc i plując spalinami diesla, nadjechały w ślad za Delilą. Starszy mężczyzna
o lśniącej łysinie kosił zarośnięty zielskiem ogródek, a kobieta, która
wydawała się jeszcze bardziej ponura niż Delilah, stała na ganku i patrzyła ze złością na swój kubek z kawą.
Delilah uznała, że ma już dość tego miejsca, podobnie jak biegania.
Zawróciła przy nieczynnym sklepie z częściami samochodowymi i skierowała
się w stronę domu.
Dom.
Gdyby rzeczywiście nim był. Ale jej mieszkanie nie było prawdziwym
domem. Przez całe życie miała tylko dwa. W pierwszym żyła z rodzicami aż
do ich śmierci, gdy miała jedenaście lat. Domy rodzin zastępczych, u których później mieszkała, były dla niej tylko miejscami do
przeczekania. Drugi dom stworzyła z Richardem. Teraz miała tylko miejsce
do spania, a tego snu nigdy nie było dość.
Ostatnio odnosiła wrażenie, że życie to tylko kolejne irytujące przerwy
we śnie, tak jakby świat był budzikiem, włączającym się wciąż i wyrywającym ją ze snu, jedynego miejsca, w którym naprawdę była w stanie
natrafić na jakąś szczęśliwą myśl.
Kiedy wróciła do mieszkania, starała się za wszelką cenę nie zwracać
uwagi na prawie puste bladozielone ściany - od kiedy się wprowadziła,
nie wykrzesała z siebie dość energii, by je przemalować. Zdjęła buty i ustawiła je starannie przy drzwiach wejściowych. Podeszła do niedużej,
wytartej beżowej kanapy i poprawiła wiszący na oparciu zielonożółty koc.
Delilah go nie lubiła, ale to Harper go dla niej wydziergała. Pewnego
dnia Harper zajrzała do niej i było jej przykro, gdy nie zobaczyła
swojego koca. Po tym wydarzeniu Delilah przestała go chować.
- Po prostu musisz starannie podwinąć te mniej udane kawałki -
powiedziała Harper do Delili, wręczając jej prezent. A że było ich
niemało, zadanie to wymagało sporego wysiłku.
Za ścianą Mary dalej nuciła, gdy Delilah ściągnęła przepoconą koszulkę i otworzyła szafkę, w której trzymała zapasy ciasteczek. Na półkach było
pusto. No jasne.
Delilah westchnęła i otworzyła lodówkę. Wiedziała, że to nie ma sensu,
ponieważ nie gotowała i w lodówce nie było nic poza butelką wody, sokiem
jabłkowym i niedokończonym jedzeniem na wynos z jej knajpy. Zaletą pracy
w całodobowej restauracji było to, że na każdej zmianie dostawało się
dwa bezpłatne posiłki. A to pozwalało się całkiem nieźle najeść. Poza
tym Delilah potrzebowała tylko ciastek, mleka, kilku batoników
proteinowych i mrożonych dań na te dni, kiedy nie pracowała. Zajrzawszy
do lodówki, stwierdziła, że brakuje też mleka.
Zza ściany dobiegł śpiew Mary.
- Wiosna wybucha i robale wychodzą...
- Tak, tego się właśnie obawiam, Mary - westchnęła Delilah.
Nie mogła tu zostać.
Weszła do łazienki. Wzięła letni prysznic, a potem założyła brązowe
leginsy i kurtkę w złoto-czarną kratę. Kiedy suszyła swoje kręcone włosy
do ramion, starała się nie patrzeć w lustro. Nie nosiła już makijażu.
Zamiast wydawać pieniądze na kosmetyki i skupiać na sobie uwagę
mężczyzn, której wcale nie chciała, te kilka zaoszczędzonych dolarów
odkładała na konto. Nawet bez makijażu była na tyle ładna, że się za nią
oglądano. Kiedyś zgłosiła się do agencji modelek, gdzie poinformowano
ją, że gdyby nie zbyt duży podbródek, byłaby klasyczną pięknością. Dwie
agencje dały jej namiary na chirurgów plastycznych i powiedziały, żeby
wróciła, gdy jej podbródek będzie już mniejszy.
Delilah uznała, że skoro się nie maluje, to nie musi patrzeć w lustro.
Wiedziała, jak wygląda, i wcale nie miała ochoty patrzeć sobie w oczy.
Dostrzegała w nich coś, co ją przerażało, coś, co powodowało, że
zaczynała się zastanawiać nad swoją przyszłością.
Za ścianą Mary śpiewała na całe gardło o wyprawie na Marsa.
- Leć tam, Mary - powiedziała Delilah, marząc o tym, by Mary poleciała
na Marsa... i już stamtąd nie wracała.
Chwyciła torebkę i poszła do samochodu. Obliczyła, że zdąży podjechać do
sklepu po ciastka owsiane i mleko, a potem wrócić i jeszcze uciąć sobie
przed pracą drzemkę.
Po wizycie w spożywczym, gdzie uzupełniła zapasy, Delilah wyjechała z parkingu. Lubiła wracać do mieszkania spokojnymi bocznymi uliczkami, a nie zakorkowaną dwupasmówką biegnącą przez sam środek terenów
przemysłowych, na których mieszkała.
To osiedle było trochę ładniejsze od tego, po którym biegała dziś rano.
Tyle że tam rosły wielkie klony i topole, a tutaj tylko rachityczne
wiśnie. Musiała jednak przyznać, że ich różowe płatki były urocze.
Skręcając przy wyjątkowo ukwieconym drzewku, Delilah zauważyła znak
informujący o wyprzedaży garażowej. Strzałka wskazywała na wprost, więc
pod wpływem impulsu ruszyła w tamtym kierunku. Kolejne dwa znaki
nakazały jej skręcić w prawo, aż w końcu ujrzała piętrowy dom w stylu
kolonialnym, przed którym stało kilka stolików zastawionych różnymi
domowymi sprzętami.
Delilah nie mogła się oprzeć. Musiała się tu zatrzymać. Oprócz
skłonności do utykania w schematach myślowych, Delilah miała też słabość
do wyprzedaży garażowych. Uwielbiała je od czasów liceum. Jeden z jej
terapeutów, Ali, miał nawet na ten temat teorię. Uważał, że Delilah
kocha wyprzedaże garażowe, bo dają jej wgląd w życie rodzinne. Pokazują,
jak wygląda "normalne" życie.
Delilah nie była wyprzedażową zakupoholiczką. Owszem, zdarzało jej się
coś kupić - wszystkie meble w obecnym mieszkaniu pochodziły z takich
akcji. Zazwyczaj jednak była ich obserwatorką, archeolożką domowych
przedmiotów, detektywem klamotów. Chciała wiedzieć, czego ludzie
używają, co zbierają, co kochają i czego już nie potrzebują. Sprawiało
jej to wielką przyjemność.
Delilah uznała, że mleko może poczekać na nią kwadrans w samochodzie, i zaparkowała za brudnym czerwonym pick-upem. Przed domem stały tylko ten
pick-up i jasnoniebieski cadillac. Między stolikami kręciły się raptem
dwie osoby. Krępa kobieta, którą interesowały kuchenne utensylia, i szczupły chłopak, który przeglądał sterty książek i płyt. Delilah
skinęła głową tej dwójce, a także kobiecie w średnim wieku, siedzącej
przy rozkładanym stoliczku, na którym leżały metalowa kasetka na
pieniądze, notes i kalkulator.
- Dzień dobry - zawołała kobieta.
Jej kasztanowe włosy były ostrzyżone na jeża, a oczy obmalowane grubymi
czarnymi kreskami. Miała na sobie żółty dres i trzymała na kolanach
beżowego chihuahuę, tak spokojnego i potulnego, że Delilah zaczęła się
zastanawiać, czy pies jest prawdziwy. Ale gdy podeszła, by go pogłaskać,
pomachał ogonem.
- To Mumford - powiedziała kobieta.
- Cześć, Mumford. - Delilah podrapała pieska za uszami i tym samym stała
się jego nową najlepszą przyjaciółką.
W końcu Delilah porzuciła Mumforda oraz jego panią i ruszyła na obchód
stołów. Przerzucała nieduże sprzęty, narzędzia, gry, puzzle, elektronikę
i ubrania, a wśród nich znalazła czarną skórzaną kurtkę, która podobała
jej się do chwili, gdy ją powąchała i owiał ją zapach starych kulek na
mole. Przeszła do następnego stołu i trafiła na "dział zabawek". Rzut
oka na stertę lalek w stylu Barbie pogorszył jej już i tak nie najlepszy
nastrój, ponieważ lalki przypomniały jej, jak to w dzieciństwie nie
mogła powstrzymać innych dzieci w rodzinach zastępczych przed zabawą jej
rzeczami. Klocki z kolei sprawiły, że pomyślała o swoim młodszym bracie
zastępczym, z którym zaprzyjaźniła się w rodzinie numer trzy, ale
straciła go, gdy został adoptowany ledwie tydzień przed jej kolejnym
przeniesieniem. Już miała odejść od stołu i obejrzeć różne durnostojki
na kolejnym, gdy zauważyła inną lalkę.
Miała brązowe kręcone włosy, wielkie ciemne oczy i pucołowate różowe
policzki, i wyglądała prawie dokładnie jak dziecko, które Delilah
pragnęła mieć z Richardem. Na początku ich małżeństwa było ono dla niej
równie rzeczywiste jak wszystko w świecie rzeczywistym. Była przekonana,
że zostanie matką, i to do tego stopnia, że nadała córeczce imię, zanim
jeszcze ta została poczęta. Miała mieć na imię Emma.
Zaciekawiona Delilah obeszła stół, by zbliżyć się do lalki, upchniętej w dużej drewnianej skrzyni pełnej pluszaków i gadżetów elektronicznych.
Jej dziecięca twarz skrywała się częściowo w cieniu niebieskiego
kapelusza z szerokim rondem ozdobionym różowymi wstążkami. Dziwnie
wyglądał ten kapelusz wepchnięty między konsolę do gier i coś, co
wyglądało na zdalnie sterowany samolot. Delilah musiała przełożyć oba
przedmioty, by wyciągnąć lalkę.
Lalka miała jakieś sześćdziesiąt centymetrów wzrostu i była ubrana w długą niebieską sukienkę w stylu lat osiemdziesiątych, z bufiastymi
rękawami, różową marszczoną falbanką i grubą wstążką w pasie. Była
znacznie cięższa, niż mogło się na początku wydawać. Przyjrzawszy się
jej, Delilah odkryła, dlaczego tak jest: lalka była elektroniczna.
Delilah sięgnęła po intensywnie różową zawieszkę z książeczką z instrukcją obsługi, która zwisała z nadgarstka lalki. Było tan napisane:
"Mam na imię Ella".
Ella. Prawie jak Emma. Delilę przeszedł dreszcz. Czy to nie dziwne?
Lalka, która wygląda jak jej upragnione dziecko, i imię, które jest zbyt
podobne, by to był przypadek. Ale to przecież musiał być przypadek,
prawda?
Delilah otworzyła książeczkę. I zrobiła wielkie oczy. Rany! To była
zaawansowana technologia.
Instrukcja informowała, że Ella jest "lalą pomocniczką", skonstruowaną
przez Fazbear Entertainment.
- Fazbear Entertainment - wyszeptała Delilah.
Nigdy o nich nie słyszała.
W instrukcji podano listę umiejętności lalki. Trzeba przyznać, że robiło
to wrażenie. Ella bardzo wiele potrafiła. Mierzyła czas i służyła jako
budzik, przypominała o spotkaniach, odhaczała zadania z list, robiła
zdjęcia, czytała, śpiewała, a nawet podawała napoje.
Podawanie napojów? - Delilah potrząsnęła głową.
Dziewczyna rozejrzała się i odetchnęła z ulgą, widząc, że nikt nie
zwraca uwagi na jej zainteresowanie lalką. Mamusia Mumforda pomagała
chłopakowi wybrać płyty. Krępa kobieta była skupiona na ustawianiu
porcelanowych talerzy obok kasetki z pieniędzmi. Nikogo więcej nie było.
Delilah czytała dalej. Ella, jak mówiła instrukcja, umiała sprawdzić
współczynnik pH wody i przeprowadzić ocenę osobowości; wystarczyło
odpowiedzieć na zaprogramowaną listę dwustu pytań. Jak to możliwe, że
stara zabawka jest tak skomplikowana?
Zarówno wygląd Elli oraz jej ubranie, jak i instrukcja do niej
wskazywały na to, że została wykonana lata temu. Nie była więc nowa. Czy
naprawdę potrafiła to wszystko robić?
Delilah obróciła Ellę i zauważyła przypiętą do sukienki kartkę, na
której napisano, że w lalce działa tylko budzik. Ponownie obróciwszy
lalkę, spostrzegła, że Ella w piersi ma umieszczony mały elektroniczny
zegarek.
Dziewczyna przeczytała uważnie instrukcję i spróbowała uruchomić budzik,
naciskając odpowiednią sekwencję przycisków, które znalazła na okrągłym
brzuszku zabawki.
Prawie upuściła biedną Ellę, gdy po wciśnięciu ostatniego przycisku
lalka nagle otworzyła oczy. Ocknęła się dosłownie w jednej chwili,
wydając się siebie ostry dźwięk. Delilah ze świstem nabrała powietrza, a jej serce gwałtownie przyspieszyło.
Przyjrzała się Elli, trzymając ją w wyciągniętych rękach. Cóż, przecież
potrzebowała budzika. Spojrzała na nalepkę z ceną umieszczoną na karku
lalki. Nie tak źle. Mogła sobie na nią pozwolić. I może udałoby się
nieco tę cenę obniżyć. Setki wypraw na wyprzedaże garażowe sprawiły, że
potrafiła się całkiem nieźle targować.
Delilah wzięła Ellę i skierowała się do Mumforda i jego pani, którzy
znów tkwili przy stoliku z kasetką na pieniądze. Chłopak pakował pudło z płytami do swojego pick-upa.
- Spuści pani z ceny piętnaście dolarów? - zapytała Delilah. - Skoro
działa jej tylko jedna funkcja?
Kobieta wyciągnęła przed siebie dłoń z intensywnie czerwonymi
paznokciami. Obróciła Ellę, spojrzała na cenę, a potem na Delilę, która
starała się wyglądać na chętną i biedną jednocześnie.
- Dobra, jasne. Nie ma sprawy.
Delilah uśmiechnęła się szeroko.
- Wspaniale.
Kiedy zapłaciła, zmusiła się do zauważenia, że ten dzień rzeczywiście
zaczyna stawać się lepszy. Miła przebieżka, kupno ciastek w sklepie i świetnej lalki z bajerami za dobrą cenę na wyprzedaży garażowej - to
wszystko było fajne. Ella będzie świetnym tematem do rozmów, gdy postawi
się ją na starym dębowym stoliku do kawy. Harper się nią zachwyci.
A do tego Delilah miała teraz działający budzik! Mogła wrócić do domu i uciąć sobie drzemkę bez obaw, że spóźni się do pracy. Tak. Teraz
wszystko wyglądało lepiej. Może zdoła w końcu porzucić myśl o tym, jak
beznadziejne jest życie.
W mieszkaniu Delilah posadziła Ellę na szafce nocnej pod białą lampą z abażurem. Lalka w starannie rozpostartej bufiastej sukience wyglądała tu
naprawdę ładnie. Sprawiała wręcz wrażenie, jakby się tu dobrze czuła.
Wyglądała nawet na zadowoloną z siebie, co było oczywiście tylko
wrażeniem Delili, ponieważ Ella nie miała samoświadomości. To Delilah
była zadowolona z siebie. Czuła dumę, że znalazła sposób, by odmienić
ten dzień. Przełamała niechęć. A to już naprawdę dużo.
Delilah spojrzała na zegarek i ustawiła godzinę na budziku Elli. Była
dopiero jedenasta trzydzieści, więc pozostało jej jeszcze sporo czasu na
drzemkę. Ustawiła alarm lalki na pierwszą trzydzieści pięć po południu,
następnie wygładziła prześcieradło i koc i położyła się na nich,
podciągając kołdrę pod brodę, nie dlatego, że w mieszkaniu było zimno,
ale dla poczucia bezpieczeństwa. Wdzięczna, że Mary także zasnęła,
wyszła coś załatwić albo tak zdarła już struny głosowe, że nie była w stanie dalej śpiewać, dziewczyna rozluźniła się i oddała w objęcia
Morfeusza.
Dźwięk telefonu rozbił spokój Delili niczym pocisk niszczący ściany
klasztoru. Poderwała się, stając prawie na baczność, złapała komórkę i przeklęła, że nie wyłączyła dźwięku, by nic jej nie przerywało drzemki.
- Co? - warknęła.
- Gdzie jesteś, do cholery? - usłyszała w odpowiedzi warknięcie Nate'a.
- Eee? Jest... - Delilah spojrzała na Ellę. Zegarek lalki wskazywał drugą
dwadzieścia pięć po południu. - O kurde.
- Bądź tu za kwadrans albo więcej się nie pokazuj.
Delilah odsunęła telefon od ucha w samą porę, by uniknąć trzaśnięcia,
które po chwili nastąpiło. Nate używał starego stacjonarnego telefonu,
takiego z metalowymi widełkami na słuchawkę. Wyrażał swoje zdanie siłą,
z jaką odkładał telefon na widełki. Był wściekły.
Delilah pobiegła do łazienki, zrzucając po drodze ubrania. Ochlapała
twarz wodą, przejechała szczotką po włosach i wróciła szybko do
sypialni. Założyła granatową służbową sukienkę i chwyciła paskudne
czarne przeciwpoślizgowe buty do pracy, które Nate kazał nosić wszystkim
pracownikom. Kiedy je sznurowała, jej spojrzenie spoczęło na Elli.
- Zawiodłaś mnie - zwróciła się do lalki.
Ta odpowiedziała jej spojrzeniem spod gęstych rzęs. Loczek opadł jej na
oko. Wyglądała wręcz złośliwie.
Nic dziwnego, że ta lalka była taka tania. Jedyne, co w niej działało,
to zegarek na piersi. Ale jaki to miało sens bez budzika? Ella wciąż
była ładna i nadal wyglądała jak dziecko, którego kiedyś tak pragnęła
Delilah, ale teraz głównie przypominała dziewczynie o frustracji.
Gdy Delilah skończyła z butami, zabrała lalkę z nocnej szafki.
Zaskoczyło ją to, jak realistyczna w dotyku jest dziecinna "skóra" Elli.
Przeszła do dużego pokoju, wzięła torebkę i wyszła z mieszkania.
Zbiegając po schodach, potrząsnęła głową, bo usłyszała, jak Mary drze
się na całe gardło: "Kocham ten wielki wspaniały świat".
Na zewnątrz słońce zniknęło za niskimi chmurami, z których kapały
wielkie krople. Delilah przytrzymała drzwi dwóm starszym paniom, które
rozpaczliwie wolno wchodziły do środka. Potem pognała wzdłuż budynku w stronę śmietników.
Trzy wielkie zielone pojemniki stały niczym trójka trolli na skraju
parkingu należącego do budynku. Dwa z nich były otwarte, a jeden
zamknięty. Delilah wycelowała w drugi z otwartych i zamachnęła się
lalką, wypuszczając ją z dłoni, gdy ta znalazła się na szczycie łuku.
Ella przeleciała przez przecinane nielicznymi kroplami powietrze i wylądowała z metalicznym hukiem w jednym z otwartych śmietników. Delilah
skrzywiła się trochę na ten dźwięk i ogarnęło ją poczucie winy, że
wyrzuciła lalkę, która wyglądała jak jej dziecko i była zaskakująco
realistyczna w dotyku.
Nie zauważyła, w którym koszu ostatecznie wylądowała Ella, ponieważ w tym momencie w tylnych drzwiach restauracji pojawił się Nate. Pomachała
mu.
- Spóźniłaś się, bo bawiłaś się ze swoją laleczką? - zawołał.
- Bardzo zabawne. - Delilah pobiegła w stronę knajpy i dopadła wejścia w chwili, gdy lunęło.
Nate odsunął się, by ją wpuścić, po czym zamknął drzwi, za którymi
właśnie rozpętała się nawałnica.
Delilah poczuła zapach jego wody po goleniu, z delikatną nutką whiskey.
Był z niej niezmiernie dumny.
- Męska, prawda? - zapytał ją, gdy po raz pierwszy użył tych perfum.
Musiała przyznać, że tak.
Nate przeczył stereotypowi typowego właściciela knajpy - był wysoki,
wysportowany, przystojny i zadbany. Miał koło pięćdziesiątki, krótkie
siwiejące ciemne włosy i starannie przystrzyżoną bródkę. Gdy był
niezadowolony, spojrzenie jego grafitowych oczu przebijało człowieka na
wylot. I właśnie takim wzrokiem obrzucił teraz Delilę.
- Masz szczęście, że jesteś dobra i klienci cię lubią - powiedział. -
Ale musisz zapanować nad spóźnialstwem. Nie będę ci pozwalał na to bez
końca.
- Wiem, wiem. Staram się.
- No owszem.
Zmiana upłynęła szybko. Taka była zaleta pracy od czternastej do
dwudziestej drugiej. Duży ruch męczył, ale przynajmniej czas szybko
płynął.
Delilah wróciła do mieszkania około dwudziestej drugiej trzydzieści,
dzięki czemu przegapiła piosenkę, którą Maria śpiewała na dobranoc. W budynku było całkiem cicho. Słychać było tylko rap dudniący w jednym z mieszkań na końcu korytarza i śmiech z telewizora, który dochodził z piętra wyżej.
Dziewczyna zamknęła za sobą drzwi z nadzieją, że pozostawi za nimi smród
przypalonej brukselki i tak się stało. Jej mieszkanie pachniało sosnowym
płynem do sprzątania i pomarańczami. Na pewno miało lepszy zapach niż
Delilah, którą czuć było tłuszczem, jak zawsze na koniec zmiany.
Dziewczyna zdjęła ubranie i włożyła je do cedrowej skrzyni przy
drzwiach. Skrzynia w połączeniu z torebką oczyszczającego powietrze
węgla drzewnego w środku rozwiązała kwestię śmierdzącego tłuszczu, z którym Delilah nie mogła sobie poradzić przez pierwsze tygodnie od
rozpoczęcia pracy w knajpie.
Delilah zmyła resztę zapachu pod prysznicem, a następnie założyła
czerwoną koszulę nocną z długimi rękawami i umościła się w łóżku z połową pojemnika boeuf Stroganow z zieloną fasolką. Na tej zmianie
pracował najlepszy kucharz Nate'a. Stroganow był pyszny. Jedząc,
dziewczyna oglądała powtórkę serialu komediowego na starym telewizorze
stojącym na jej starej klonowej toaletce. Serial jej nie bawił. Nawet
się nie uśmiechnęła. Oglądając go podczas jedzenia, po prostu nie czuła
się tak samotnie.
Około wpół do dwunastej w nocy Delilah odłożyła pusty styropianowy
pojemnik na stertę magazynów wnętrzarskich leżących na szafce nocnej.
Wyłączyła lampę i skuliła się na boku. Światło latarni znad parkingu za
oknem rzucało na pokój niepokojące, zniekształcone cienie, które
wyglądały niczym olbrzymie kościste palce sięgające w stronę łóżka.
Dziewczyna zamknęła oczy, marząc, by sen przyszedł szybko... i tak się
stało.
I równie szybko się skończył.
Delilah otworzyła gwałtownie oczy. Jej eksbudzik wyświetlał pierwszą
trzydzieści pięć. Usiadła i rozejrzała się wokół.
CO obudziło ją w środku nocy?
Spojrzała w stronę okna i przetarła oczy. Zza okna dobiegał jakiś
dziwny, niepokojący odgłos, jakby dzwonienie czy brzęczenie.
Delilah przechyliła głowę i zaczęła nasłuchiwać. Nie usłyszała jednak
nic poza szumem przejeżdżających samochodów.
Spojrzała znów na zegar. Była pierwsza trzydzieści sześć.
Chwileczkę. Obudziła się o pierwszej trzydzieści pięć.
Nastawiła budzik w lalce na pierwszą trzydzieści pięć. Czyżby nie
zauważyła ustawień na dzień i noc?
- Ojej - wyszeptała. - Przepraszam, Ello.
Pomyślała nawet o tym, że powinna wyjść na zewnątrz i przynieść z powrotem być może wciąż działającą lalkę, ale była zbyt zmęczona. Zrobi
to rano.
Otuliła się szczelnie kołdrą i znów zasnęła.
- Wyrzuciłaś ją? - Harper wysunęła podbródek, uniosła brew i wydęła usta
w swojej minie pod tytułem "Co ci strzeliło do głowy?".
- Myślałam, że jest popsuta.
- No dobra, ale może by zainteresowała kolekcjonerów. Mogła być coś
warta. - Wielkie niebieskie oczy Harper zalśniły na myśl o pieniądzach.
Delilah prawie widziała kalkulator, który w głowie przyjaciółki dodawał
kolejne kwoty.
Dziewczyny siedziały przy wysokim okrągłym stoliku w ulubionej kafejce
Harper. Delilah popijała herbatę z cynamonem, a Harper, która była
uzależniona od kawy, wybrała jakieś wymyślne poczwórne espresso.
Kafejka mieściła się w wąskim pomieszczeniu o ceglanych ścianach, pełnym
nierdzewnej stali i chromu z niewielkim dodatkiem drewna. Tuż przed
jedenastą rano było tu luźno. Przy jednym ze stolików siedziała
ciemnoskóra kobieta z warkoczykami, skupiona na czymś w swoim laptopie,
a przy innym starszy mężczyzna zajadał muffinkę i czytał gazetę. Za
barem maszyny syczały i buchały parą.
- Czy ja cię niczego nie nauczyłam? - zapytała Harper. - Zawsze spróbuj
sprzedać to, co zamierzasz wyrzucić. Pamiętasz?
- Byłam spóźniona do pracy. I zestresowana.
- Musisz nauczyć się medytacji.
- Wtedy zapomnę pójść do pracy, bo zatracę się w medytacji.
Harper roześmiała się. Wszyscy w kafejce spojrzeli w jej stronę. Jej
śmiech przypominał szczekanie lwa morskiego. Po liczbie szczeknięć można
było ocenić, jak bardzo coś ją śmieszy. Riposta Delili została wyceniona
na jedno.
- Jak ci się podoba ta nowa sztuka? - zapytała Delilah.
- Przezabawna. Mam beznadziejne kwestie. Ale uwielbiam moją postać.
Delilah uśmiechnęła się.
Harper była jej najlepszą przyjaciółką od prawie sześciu lat, od kiedy
wylądowały w tej samej rodzinie zastępczej. Postanowiły, że to będzie
ich ostatnia rodzina zastępcza i postanowiły wspólnie przetrwać reżim
Geralda, byłego wojskowego, połówki pary, która je przyjęła.
Zawsze, gdy Gerald ganił je za nietrzymanie się harmonogramu i przypominał, że to należało zrobić o siedemnastej zero zero, a tamto o osiemnastej dziesięć, Harper szeptała pod nosem coś w stylu:
- A ty możesz rzucić się z mostu o godzinie zero pieprz się zero.
Rozśmieszała Delilę, a to pomagało jej przetrwać.
Były swoimi kompletnymi przeciwieństwami zarówno pod względem wyglądu,
jak i osobowości. Pewnie nigdy by się nie zaprzyjaźniły, gdyby nie
trafiły razem do tego piekła harmonogramów. Ich relacja się jednak
sprawdziła. Kiedy Harper ogłosiła sprytny plan, zgodnie z którym słynny
dramaturg miał ją angażować do swoich sztuk, Delilah powiedziała tylko:
- Uważaj na siebie.
A gdy Delilah oznajmiła, że zamierza wyjść za mąż za swojego księcia na
białym koniu i mieć dzieci, Harper powiedziała tylko:
- Nie podpisuj intercyzy.
Harper poszła za radą Delili, ale była na tyle miła, że nie powiedziała
"a nie mówiłam", gdy Delilah jej się nie posłuchała.
- Myślę, że powinnaś jej poszukać - uznała Harper.
- Kogo?
- Elli. Myślę, że powinnaś poszukać tej lalki. - Harper bawiła się
jednym z tuzina blond warkoczyków, które sobie zaplotła. W ostrym
kolorowym makijażu i wąskiej zielonej sukience wyglądała egzotycznie
niczym Meduza.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki