Podejdź bliżej
Żółte oczy
Foxy'ego zalśniły w ciemnościach pokoju. W jego otwartej paszczy
błyszczały ostre kły. Uniósł hak i machnął jego ostrym czubkiem tuż
przed twarzą Pete'a, aż świsnęło. Pete sturlał się z łóżka. Cały się
trząsł. Gdy tak leżał bezradnie na podłodze, skręcał mu się żołądek. Nad
nim górował Foxy. Gdy zwierzak uniósł hak, zgrzyt kół zębatych wypełnił
pokój.
- Możesz zostać piratem, ale najpierw musisz stracić oko i dłoń.
- Nie - jęknął Pete.
Kiedy Foxy wbił hak w oko Pete'a, rozległ się trzask. Z oczodołu
popłynęła krew, a Pete wrzasnął...
Pizzeria Freddy'ego Fazbeara pełna była małych dzieci i ich umęczonych
rodziców idiotów. Z głośników na ścianach dudniła muzyka, a automaty do
gier piszczały i podskakiwały. W powietrzu czuć było zapach przypalonego
pepperoni, wymieszany z aromatem waty cukrowej. Pete opierał się o ścianę z nogami skrzyżowanymi w kostkach. Na głowie miał czapeczkę z daszkiem założoną tyłem do przodu. Popijał wiśniową colę i żuł gumę
arbuzową. Jego młodszy brat z kumplami skupili się przy jednym z automatów.
Pete nie chciał tu być, ale mama musiała pracować, a Chuck znów musiał
spotkać się po szkole z kolegami. Do opieki został tylko Pete. I po raz
setny zadawał sobie pytanie, czemu to zadanie przypadło właśnie jemu? I czy ten kurdupel w ogóle był wdzięczny?
Nie.
Chuck wiecznie tylko jęczał o swój inhalator. Non stop jęczał, że jest
głodny. Zawsze zadawał mnóstwo pytań. Ciągle czegoś chciał. Od kiedy
ojciec ich zostawił, Pete był wiecznie uwiązany do Chucka.
Wciąż pamiętał słowa mamy. Teraz ty jesteś głową rodziny, Pete. Opiekuj
się młodszym braciszkiem.
Ale jak miał być głową rodziny, skoro miał tylko szesnaście lat? Czy
ktokolwiek spytał go, co sądzi o tych nowych obowiązkach?
Oczywiście, że nie.
Pete obserwował, jak do dwóch pracowników sprzątających stoły po
przyjęciu urodzinowym podchodzi mały chłopiec. Pociągnął jednego z nich
za rękaw.
Mężczyzna spojrzał na dziecko i uśmiechnął się.
- Mogę ci w czymś pomóc? - zapytał.
- Zastanawiałem się, gdzie jest Pirat Foxy - powiedział chłopiec.
Mężczyzna odparł słodkim tonem:
- Och, Foxy wyjechał na wakacje. Mamy nadzieję, że niedługo wróci.
Dziecko wydęło dolną wargę, ale skinęło głową i odeszło.
Drugi pracownik roześmiał się.
- Dobre - zwrócił się do kolegi.
- Jasne, na wakacjach w warsztacie. Nie mam pojęcia, kiedy znów będą
grali przedstawienie.
Pete rozmyślał nad tym, gdy uświadomił sobie, że ktoś wypowiada jego
imię.
- Pete?
Oderwał się od rozmowy i spojrzał na Marię Rodriguez, która stanęła obok
niego. Miała czarne włosy do ramion i lśniące czerwone usta. Do tego
intensywnie zielone oczy z długimi rzęsami i kilka piegów na nosie. Była
cheerleaderką w ich liceum, a Pete znał ją od szóstej klasy. Czemu więc
nagle ogarnęło go takie zdenerwowanie?
- Cześć, Maria.
- Utknąłeś tu z małym Chuckiem, co?
Pete się skrzywił.
- Tak.
- Ja też. Urodziny młodszej siostry. - Maria wskazała na stół urodzinowy
przed sceną, przy którym siedziały małe dzieci w papierowych
kapelusikach i zajadały tort. - Trudno uwierzyć, że byliśmy tacy jak
oni.
Pete uśmiechnął się krzywo.
- Nie wiem jak ty, ale ja nigdy taki nie byłem.
Maria odpowiedziała uśmiechem.
- No jasne. To co u ciebie? Nie widziałam cię ostatnio na treningach.
Zbyt często grzał ławkę za zbędną agresję i złe podejście. A przecież to
był futbol! No więc po prostu zrezygnował. Prawda była taka, że kiedyś
Pete z niczego nie rezygnował. Kiedyś kończył wszystko, do czego się
zabrał. Ale po tym, jak jego rodzice zrezygnowali z siebie, to nie było
już takie ważne.
Poza tym nie potrzebował więcej łajania od trenera - wystarczyło mu to,
które zbierał od nauczycieli i mamy. Są pewne granice wytrzymałości.
Wzruszył ramionami.
- Zmęczyłem się tym wszystkim, wiesz?
- No tak. To co robisz z całym tym wolnym czasem?
- Cóż...
Ktoś przy stoliku pomachał do Marii, a ona się rozpromieniła.
- Super! Wreszcie się zbieramy. - Na odchodnym dodała jeszcze: - Hej,
spotykamy się w kilka osób pod starym mostem Beacon, jeśli miałbyś
ochotę się przyłączyć.
Pete uśmiechnął się.
- Tak?
Skinęła głową.
- Będzie fajnie.
A wtedy on potrząsnął głową.
- Nie mogę. Muszę pilnować tego małego durnia, Chucka.
- Och, no dobra. Może następnym razem. Do zobaczenia w szkole.
Gdy Pete patrzył za odchodzącą Marią, ogarniała go irytacja. To wszystko
wina Chucka. Głupi kurdupel. Wszystko zawsze kręciło się wokół młodszego
brata. Nikogo nie obchodziło, czego chciał Pete, bo nic, co związane z Pete'em, nie miało znaczenia. Ojciec odszedł. Mama żyła w swoim świecie.
Uznali, że zostawią Chucka pod opieką Pete'a, bo sami nie mają czasu się
nim zajmować. Ale Pete wcale nie chciał przejmować ich obowiązków. Był
dzieciakiem, a dzieciaki powinny być wolne, zamiast o wszystko się
martwić. Powinny robić to, na co mają ochotę, na przykład spędzać czas z przyjaciółmi, a nie opiekować się młodszymi braćmi. Ale najwyraźniej
jego rodziców to nie obchodziło. W końcu nigdy nawet nie spytali go, czy
chce, żeby się rozstali. Po prostu się rozwiedli i już. To wszystko było
niesprawiedliwe.
Pete nosił w sobie tyle emocji, że czasem nie wiedział, jak sobie z nimi
poradzić. Niekiedy miał wrażenie, jakby był tykającą bombą, która zaraz
wybuchnie, jakby całe napięcie w jego ciele gromadziło się tuż pod
skórą, gotowe się wyrwać. Przez jakiś czas pomagał mu futbol. Na boisku
był bestią, powalającą innych graczy i zmiatającą ich z drogi. Pod
koniec treningu czuł się wykończony i pusty. Pustka była lepsza. Była
dobra. Od kiedy nie uczęszczał na treningi, nie miał jak rozładować
emocji. Nie cierpiał tych uczuć. Czasami wszystkiego nie cierpiał. Teraz
patrzył, jak jego brat odłącza się od kumpli i idzie do łazienki.
Zmarszczył brwi, widząc nadarzającą się okazję. Odstawił puszkę z napojem na pusty stolik, szybko podszedł do chłopca i mocno złapał go za
ramię.
Chuck się skrzywił.
- Pete, boli!
- Zamknij się i idź - warknął Pete i wydmuchnął balon z gumy z taką
złością, że ten aż pękł.
- Czemu? Gdzie idziemy?
- Zobaczysz. - Pete szybko spojrzał przez ramię, po czym poprowadził
brata długim, ciemnym korytarzem.
Podłoga była stara i wyblakła, a ze ścian odłaziły plakaty z animatronikami. Pete już wcześniej się tu zapuścił i odkrył duży
warsztat. Teraz, gdy podsłuchał, kto się tam udał na wakacje, postanowił
w to samo miejsce zabrać na wycieczkę swojego brata, szczególnie że
Chuck zawsze bał się pewnego animatronicznego pluszaka.
Chłopiec zaczął protestować.
- Gdzie idziemy?
- A co, boisz się?
- Nie! Ale chcę zostać z kumplami!
- Idziemy coś sprawdzić.
Chuck dostał czkawki. Oblizał zaschnięte wargi i aparat na zębach. Kiedy
się denerwował, brzmiał jak ropucha.
- Przestań albo powiem mamie.
- Ale z ciebie skarżypyta. Teraz to już nie ma odwrotu.
Pete wciągnął swojego zaskakująco silnego brata do warsztatu, na
spotkanie z Piratem Foxym.
Za ich plecami zatrzasnęły się ciężkie drzwi i ogarnęła ich ciemność.
- Pete, puszczaj!
- Cicho! Ktoś może usłyszeć, poza tym nie chcę słuchać twojego
jęczenia. Wiesz, jakie to wkurzające?
Pete nie zamierzał puszczać brata. Nie, nadeszła pora, by dać mu
nauczkę. Nadeszła pora, by to Pete zrobił coś, na co ma ochotę, a w tym
momencie miał ochotę porządnie wystraszyć brata.
Może nawet mały dureń Chuck popuści w spodnie. Zachichotał na tę myśl.
Wciąż trzymając jedną ręką brata, drugą wyciągnął z kieszeni telefon i włączył latarkę, by poprowadzić ich w ciemności. W pomieszczeniu było
zaskakująco cicho, zupełnie jakby nieopodal nie było tłumu ludzi. Było
duszno, śmierdziało stęchlizną, a powietrze zdawało się... pozbawione
życia. Jakby w ostatnim czasie nikt tu nie wchodził. Co było dziwne,
biorąc pod uwagę, że reszta budynku tętniła życiem.
- Hik!
Pete trącił nogą butelkę, która potoczyła się po podłodze. Uderzyła w coś i się stłukła. Bracia zamarli, zastanawiając się, czy ktoś ich
słyszał, ale wyglądało na to, że w pobliżu nikogo nie ma.
- Hik!
Pete poświecił na podłogę i ujrzał podrapane kafelki w czarno-białą
kratkę. W sali porozstawiane były zakurzone stoły i leżało kilka
połamanych krzeseł. Na stołach stały kartonowe pudła, do połowy
zapełnione papierowymi kapelusikami, a wokół rozrzucone były talerzyki.
Snop światła padł na wielkiego czarnego pająka, który przycupnął na
brzegu jednego z pudeł.
- Och, spójrz na to paskudztwo. Ale wielki! - zawołał Pete.
Pająk odskoczył, a chłopcy rzucili się do tyłu.
- Nienawidzę pająków. Chodźmy stąd - jęknął znów Chuck.
- Jeszcze nie. Jest tyle do zobaczenia. Wyobraź sobie, że to jedna z tych twoich gier przygodowych, które tak lubisz. Musimy odnaleźć ukryty
skarb - powiedział Pete, śmiejąc się pod nosem.
Czy raczej to on musiał jeszcze bardziej wystraszyć swojego braciszka.
Znów skierował światło na podłogę. Zatrzymał się na czymś, co wyglądało
na roztopione świece i dziwne czarne ślady.
- Co to? Jakieś znaki? - zapytał Chuck.
- Co za różnica. - Pete dalej świecił po pomieszczeniu.
Nagle zobaczył małą scenę z zaciągniętą fioletową kurtyną i uśmiechnął
się od ucha do ucha. Na kurtynie ktoś krzywo przypiął zawieszkę z napisem: "Nieczynne".
- Trafiony. Mam nadzieję, że nadal działa.
- Hik! Pete... chyba nie powinniśmy tu wchodzić. Możemy wpakować się w kłopoty. Poważne kłopoty. Jesteśmy na prywatnym terenie, wiesz? To
niezgodne z prawem.
- To niezgodne z prawem - powtórzył piskliwie Pete. - Ale z ciebie
głupek. Wiesz, kim zostaniesz, jak dorośniesz? Gliną! Obiecuję, że w drodze powrotnej kupię ci pączka.
Skierował światło za scenę i dostrzegł zardzewiały panel kontrolny na
bocznym stoliku. Ktoś odłamał pokrywę.
- To będzie genialne. - Pociągnął brata pod scenę. - Baw się dobrze,
braciszku.
- Przestań, Pete!
Chłopak złapał Chucka za koszulkę i spodnie, zamachnął się i wrzucił go
na scenę.
Chuck upadł na deski i jęknął, a Pete podbiegł do panelu sterowania.
Uderzył dłonią w przycisk z napisem "Start". A potem znowu i znowu.
Rozległo się ciche buczenie, a następnie zduszony trzask i zgrzyt.
- No dalej, rusz się! - wrzasnął, gdy nic się nie stało.
W końcu niewielka kurtyna zaczęła się odsuwać.
- Hik! Hik! Hik!
Szybkim ruchem Chuck przetoczył się na bok.
- Chuck, ty tchórzu! - Pete podbiegł do sceny i złapał brata za
tenisówki, by go tam zatrzymać.
Ten jednak, z prędkością, którą wywołać mógł tylko strach, zdołał się
wymsknąć bratu. Podniósł się na równe nogi, zeskoczył ze sceny i zaczął
biec.
Pete jeszcze nigdy nie widział, by brat biegł tak szybko. Gdyby nie to,
że uciekał przed nim, byłby nawet pod wrażeniem. Ruszył za nim, ale
nagle zatrzymał się przed sceną, bo coś złapało go za koszulkę.
- Cholera - mruknął.
Spróbował się wyrwać, ale materiał zahaczył się o jakiś głupi gwóźdź.
W sali rozległa się zgrzytliwa melodia, a kurtyna rozsunęła się na boki.
Pete stał nieruchomo przed zniszczonym animatronicznym Foxym, który
spoglądał na niego z góry. Pod rudymi brwiami lśniły żółte źrenice, a przepaska nad prawym okiem zawinęła się do góry. Dolna szczęka pełna
ostrych, spiczastych zębów zwisała bez ruchu, podczas gdy wielki lis
zaczął nieudolnie śpiewać piosenkę o tym, jak zostać piratem. Jedna z jego łap kończyła się hakiem, a na drugiej brakowało futra, które
skrywałoby robotyczny szkielet. Koła zębate zgrzytały, a dziwne odgłosy
zdawały się nieść echem po całej sali. Pierś robota wydawała się
rozdarta, widoczne były w niej kolejne mechaniczne elementy. Foxy
poruszał się powoli i strasznie. I chociaż Pete wiedział, że to tylko
robot, przerażało go jego zniszczone ciało, które wyglądało jak na wpół
zjedzone przez jakiegoś potwora.
Pete zadrżał.
Połknął gumę, którą żuł.
Nie mógł oderwać wzroku od żółtych oczu śpiewającego lisa.
Nie wiedział czemu... To po prostu głupi, stary robot...
- Możesz zostać piratem, ale najpierw musisz stracić oko i dłoń! Arr!
Najpierw musisz stracić oko i dłoń! Arr! Najpierw musisz stracić oko i dłoń! Arr!
Stary robot zaciął się na jednym zdaniu...
- Najpierw musisz stracić oko i dłoń! Arr!
Pete zamrugał, gdy ogarnęło go dziwne uczucie, jakby całe jego ciało
okrył niewidoczny zimny, ciężki koc, który zaczął wsiąkać w jego skórę i kości.
- Najpierw musisz stracić oko i dłoń! Arr!
Zapadła nagła cisza, ale Pete dalej stał w ciemności. Nieruchomo.
Mrugnął i rozejrzał się wokół, próbując sobie przypomnieć, gdzie się
znajduje. Był w ciemnościach. Sam. Serce mu łomotało, gdy zrobił krok do
tyłu. A potem zobaczył, że jego koszulka zahaczyła się o gwóźdź, i nagle
wszystko do niego wróciło. Potarł oczy, po czym pobiegł szukać brata.
- Cholera, Chuck!
Pete obserwował, jak Chuck zaciąga się inhalatorem, po czym siada do
stołu. Wiedział, że młodszy brat wciąż jest cały w nerwach po tym, jak
zabrał go na spotkanie z Piratem Foxym. Chuck rzucił bratu wymowne
spojrzenie nad stołem i się skrzywił. Pete nie wiedział, czemu Chuck
jest taki zdenerwowany. Kurdupel nie obejrzał nawet najlepszego
fragmentu przedstawienia. Uciekł i trzymał się kumpli aż do czasu, gdy
mieli wracać do domu.
- Jak było u Freddy'ego Fazbeara, chłopcy? - zapytała mama, stawiając
przed nimi talerze z mięsem i ziemniakami.
- Dobrze - odparł Chuck, nawet nie podnosząc wzroku.
- Tak, wspaniale - mruknął Pete, przełykając purée.
- Hm? Coś się stało?
- Nie, nic - odpowiedzieli chórem.
Pete posłał Chuckowi ostrzegawcze spojrzenie. Lepiej nic nie mów...
Mama, siadając do stołu, uniosła brwi.
- No dobrze. Mam wam do powiedzenia coś fajnego. Pomyślałam, że
najwyższa pora, byśmy zrobili coś wspólnie, jako rodzina. Coś, co będzie
dobre dla świata.
Pete ugryzł się w język, by nie powiedzieć czegoś, co pewnie zraniłoby
uczucia jego matki. Jaka rodzina? Minęło już prawie pół roku, od kiedy
ojciec ich zostawił, niszcząc rodzinę. I od kiedy to ona chce robić coś
dla innych?
- Coś nowego. Coś, co wyznaczy nowy początek dla naszej trójki jako
komórki rodzinnej. Coś, co pozwoli zacząć od nowa. - Wyciągnęła z teczki
kartkę i odwróciła ją do chłopców.
Pete z niedowierzaniem przeczytał grube litery.
- Dawcy organów?
Mama z przejęciem kiwnęła głową.
- Tak, zostaniemy rodziną dawców organów. Czy to nie wspaniałe?
Chuck spojrzał na Pete'a z niedowierzaniem.
- I to są te wspaniałe wieści? Naprawdę chcesz, żebyśmy oddali części
ciała? - zapytał Pete.
Matka machnęła ręką.
- Głuptasie, tylko jeśli coś nam się stanie! Czego oczywiście nie
chcemy. Ale w razie czego moglibyśmy pomóc innym ludziom, którzy są
chorzy i potrzebują nowego serca czy nerki. Moglibyśmy uratować komuś
życie. Być bohaterami.
- Martwymi bohaterami - stwierdził Chuck.
Mama się roześmiała.
- Och, Chuckles, ależ ty mnie czasem rozśmieszasz!
- Tak, Chuckles, jesteś przekomiczny - dodał ponuro Pete.
Chuck się skrzywił.
- Mamo, a wiesz, co Pete zrobił dziś w pizzerii?
Pete zmarszczył brwi i spojrzał na Chucka. Wiedział, że wredny kurdupel
nie będzie trzymał gęby na kłódkę.
- Co takiego?
- Wypił zdecydowanie za dużo coli. - Chłopiec uśmiechnął się, ukazując
druciki aparatu.
Mama westchnęła.
- Pete, no wiesz? Mówiłam ci, co te wszystkie napoje robią z zębami.
Pete tylko na nią spojrzał. Co się z nią ostatnio działo? Miesiąc temu
zaczęła chodzić do kogoś, kogo nazywała "trenerem personalnym". A potem
zajęła się ćwiczeniem jogi, ścięła długie włosy i zdecydowała się na
jakieś dziwne oczyszczanie sokami. Zebrała też sporo ich rzeczy i oddała
biednym. A teraz... chciała oddać ich organy?
- Skarbie, przeczytaj ulotkę - powiedziała mama. - Na pewno się do tego
przekonasz.
Chłopak wziął do ręki kartkę, którą podtykała mu pod nos. Lista organów
do oddania była całkiem długa: kości, serce, nerka, wątroba, trzustka,
skóra, jelito, gałki oczne...
Gałki oczne.
Możesz zostać piratem, ale najpierw musisz stracić oko i dłoń! Arr!
Pete znów pomyślał o Foxym. Wyobraził sobie, jak zwierzak nagle schodzi
ze sceny i skrada się do niego z tym wielkim, ostrym hakiem. Mechaniczne
łapy zgrzytają po podłodze. Nagle ziemniaki przewróciły się w żołądku
Pete'a, a chłopakowi zrobiło się słabo. Zamrugał, by pozbyć się z głowy
tej wizji.
- Mamo, co za idiotyczny pomysł.
- Wcale nie jest idiotyczny. Boli mnie, że tak uważasz.
Tak, ostatnio mama zaczęła też mówić o swoich uczuciach.
Pete odsunął krzesło i wstał. Pobladł, po czym gwałtownie się
zaczerwienił.
- Nie zrobię tego, mamo.
- Pete.
- Nie chcę o tym rozmawiać. Idę spać. - Wyszedł z jadalni. Usłyszał
jeszcze słowa mamy:
- Co mu się stało?
Chuck westchnął.
- Okres dojrzewania.
- Pośpiesz się, Pete!
Następnego ranka Chuck walił w drzwi łazienki. Wiedział, że jeśli Pete
szybko nie wyjdzie, to on spóźni się na autobus do gimnazjum W.H.
Jamesona. A jeśli spóźni się na autobus, to będzie musiał jechać prawie
osiem kilometrów na rowerze, a jego mama będzie panikować, że pojechał
sam. Miała jakąś paranoję, że coś mu się stanie, jeśli nie będzie z nim
Pete'a, czego zupełnie nie mógł zrozumieć, bo przecież miał już prawie
dwanaście lat! (No dobra, jedenaście i pół). Wielu jego przyjaciół
zostawało samych w domu, ale nie on. Pete zawsze mówił, że to dlatego,
że Chuck był dzieckiem i ich mama wciąż w ten sposób o nim myślała.
Słysząc, jak Pete wymiotuje do toalety, Chuck odsunął się od drzwi i skrzywił. Pomyślał, że brat jest chory. Uśmiechnął się lekko. To kara
za to, że próbowałeś mnie wczoraj przestraszyć. Ale gdy tylko usłyszał,
jak Pete znów wymiotuje, porzucił tę myśl. Oparł się o drzwi i postanowił czekać. Zauważył, że wszyscy się zmienili, od kiedy ojciec
ich opuścił. Pete był ciągle wściekły. Mama nieustannie szukała czegoś,
co by ją uszczęśliwiło. A on sam? Po prostu starał się być zajęty. Lubił
spędzać czas z kumplami i grać na komputerze w sieci. Interesowały go
zagadki.
Owszem, gimnazjum było beznadziejne, ale szkoła to po prostu część
życia, którą trzeba przetrwać. Od czasu do czasu jego uwagę przykuwało
jakieś zadanie; kończył je i znów zaczynał się nudzić, dopóki nie
pojawiło się coś nowego. Wiedział, że starszy brat go nienawidzi, bo
mama kazała mu się nim opiekować. Starał się nie być denerwujący, ale
Pete'a wkurzało wszystko, co mówił. Może tak było ze wszystkimi braćmi?
Chuck nie wiedział, bo nie miał drugiego brata, by to sprawdzić.
Usłyszał dźwięk spłukiwania toalety. Chwilę później Pete gwałtownie
otworzył drzwi. Chucka owiał smród, aż pomachał dłonią przed nosem. Pete
nie wyglądał za dobrze. Był tak blady, że piegi na jego policzkach
przypominały malutkie robaczki. Ciemne włosy sterczały mu na wszystkie
strony, zupełnie jakby wsadził palec w kontakt i poraził go prąd. I miał
sińce pod oczami.
- Rany, Pete, co ci się stało?
- Nic - warknął brat. - Coś mi zaszkodziło. Pewnie coś z tej głupiej
pizzerii Freddy'ego Fazbeara.
Chuck był innego zdania.
- Chcesz, żebym zadzwonił do mamy?
Pete odepchnął go na bok.
- Nie, nie jestem takim dzidziusiem jak ty, mały durniu.
Chuck cały się spiął. Nienawidził, gdy brat do niego tak mówił.
- Jak chcesz - mruknął.
Wpadł do łazienki, trzasnął drzwiami i zamknął je na klucz.
Biegnąc na biologię, Pete wypił napój energetyczny z potrójną dawką
kofeiny, ale wciąż czuł się wyczerpany. Ostatniej nocy miał jakieś
szalone sny. Niewiele pamiętał poza tym, że było w nich mnóstwo krwi.
Była wszędzie, spływała po nim, po jego twarzy, na klatkę piersiową i ramiona. A kiedy się ocknął, cały był zaplątany w pościel. Aż zsunął się
na podłogę, próbując się uwolnić, po czym pognał do łazienki i puścił
pawia.
Zadrżał na to wspomnienie, ale otrząsnął się i spróbował o nim
zapomnieć. Pewnie powinien był zostać w domu, ale gdyby zadzwonił do
mamy do pracy, ta by spanikowała i zaczęła zadawać setki pytań.
Postanowił po prostu przetrwać jakoś dzień. Wpadł do klasy pięć minut po
dzwonku.
- Spóźnił się pan, panie Dinglewood - wymamrotał pan Watson znudzonym
tonem. - Ma pan usprawiedliwienie?
Pete zdjął czapkę i potrząsnął przecząco głową. Usiadł z tyłu klasy,
obok dzieciaka w czarnej skórzanej kurtce i z fioletowymi włosami.
Wsunął czapkę do plecaka i postawił go na podłodze, a potem otarł pot z czoła. Zaczął się kręcić na stołku. Czemu nie był w stanie usiedzieć
spokojnie?
- Jak już mówiłem, będziemy dziś przeprowadzać sekcję żaby - powiedział
pan Watson. - Przepytałem was z zasad bezpieczeństwa i sposobu
przeprowadzenia zabiegu. Będziecie pracować w parach. Macie do
wypełnienia arkusz laboratoryjny. Liczę, że zachowacie się jak dojrzali
młodzi ludzie. Wiem, że dla części z was będzie to trudne, ale nie życzę
sobie wygłupów, inaczej nie zaliczycie. A tego byście nie chcieli. Macie
pół godziny, zaczynając od teraz.
Kiedy Pete i chłopak w skórzanej kurtce odwrócili się do rozłożonej
przed nimi martwej żaby, kolega pochylił się i zapytał:
- Stary, co ci jest?
Pete potrząsnął głową.
- Nic.
Chłopak posłał mu wymowne spojrzenie, po czym sięgnął po niewielki
skalpel.
Dziesięć minut później Pete ziewnął. W ustach mu zaschło, a ręka zaczęła
drżeć od precyzyjnego cięcia.
Chłopak w skórze zachichotał.
- Hej, patrz na to - powiedział i dźgnął żabę skalpelem w oko. Ze środka
wypłynął dziwny płyn. - Obrzydliwe, co?
Następnie wbił ostrze w łapkę żaby i ją odciął. Uniósł malutką kończynę
i zaczął nią machać do Pete'a.
Pete potrząsnął głową.
- Muszę zrobić sobie przerwę.
- Przepraszam. Obiecuję, że już nie będę się wygłupiał - powiedział
chłopak w skórze i wyciągnął w stronę Pete'a maleńką żabią łapkę. -
Uścisk dłoni na zgodę?
Chłopak zachichotał, a Pete odszedł od stołu i ruszył w kierunku
klasowego poidełka. Rany, jak mu się chciało pić. I konał z głodu! W tym
momencie zaburczało mu w brzuchu, bo rano nie zjadł śniadania, by zdążyć
na czas do szkoły.
Już wracał na swoje stanowisko, gdy zatrzymał go pan Watson.
- Wszystko dobrze, panie Dinglewood? - zapytał.
Pan Watson był niższy od Pete'a, miał siwe włosy i wąsy. Na czubku
czerwonego nosa miał okulary, przez co wyglądał tak, jakby patrzył na
Pete'a z góry, chociaż było to fizycznie niemożliwe.
- Tak, dobrze - odparł Pete.
Pan Watson zmarszczył brwi.
- Cieszę się. A teraz wracaj do pracy. Kto jak kto, ale ty nie możesz
sobie pozwolić na oblanie.
- Już idę - wyszeptał i odwrócił się na pięcie.
Od tej pory było już tylko gorzej.
Pete zrobił długi krok i trafił stopą na pasek od plecaka, a nie na
podłogę. W tym momencie się poślizgnął i poleciał do tyłu. Poczuł, jak z dużą siłą kopie chłopaka w skórze. Ten krzyknął, a w odpowiedzi zawołał
coś pan Watson.
Pete upadł bez tchu na plecy. Mrugnął, a gdy otworzył oczy, w powietrzu
ujrzał skalpel kolegi. Najwyraźniej wypadł mu z dłoni przy uderzeniu. I wtedy Pete z niedowierzaniem zobaczył, jak skalpel zaczyna opadać, a malutkie ostrze celuje prosto w jego oko.
Ciało chłopaka przeszyła adrenalina. Z niewiarygodnym refleksem,
wypracowanym przez lata gry w futbol, Pete odtrącił skalpel niczym
groźnego owada w chwili, gdy ten miał mu się wbić w oko. Nóż uderzył w nogę stołu i upadł na podłogę.
- Rany... - syknął kolega w skórze.
- Dobry Boże, Peter, nic ci się nie stało? - zapytał pan Watson, stojąc
nad nim niczym przerażony ojciec. - Nie ruszaj się, wezwę pielęgniarkę.
Klasa, zostać na miejscach! Niech nikt się nie rusza! Procedura
awaryjna, proszę! Z drogi!
Klasa zignorowała pana Watsona i otoczyła leżącego Pete'a. Chłopak z trudem oddychał. Miał zawroty głowy, chociaż nie sądził, by się w nią
uderzył; czuł się jakoś dziwnie, a do tego ogarnął go wstyd.
Ktoś wyszeptał:
- Nieźle, Dingleberry.
Kilka osób zachichotało.
- Taaa, ale nieudacznik. Już wiemy, czemu wywalili go z drużyny.
Pete powoli usiadł, czerwony na twarzy. Cholera, naprawdę należało
zostać w domu.
Jakimś cudem udało mu się przetrwać resztę dnia. Pielęgniarka zbadała
go, dała mu zimny okład i odesłała. Odetchnął z ulgą, gdy wreszcie
rozległ się ostatni dzwonek. Szybko minął snujących się po korytarzu
uczniów i zbiegł po schodach na zewnątrz. Kiedy spojrzał na komórkę,
zobaczył wiadomość od matki. Przetarł twarz dłonią.
Co tym razem? Czy naprawdę nie mogło być dnia bez jej próśb? Owszem,
kochał mamę, ale teraz, gdy ojciec jej nie pomagał, to Pete wciąż
dostawał od niej kolejne zadania do wykonania. Lepiej, żeby nie prosiła,
by znów zabrał gdzieś Chucka. Nie zrobi tego. Powie: "Nie, przykro mi,
jestem chory".
Nacisnął na ikonkę wiadomości.
Cześć, Pete, możesz po szkole zajrzeć do rzeźnika i odebrać schabowe,
które zamówiłam?
Odpowiedział krótko: Dobra.
Odpisała: Dziękuję! (serduszko)
Pete wsunął do ust arbuzową gumę do żucia i ruszył do sklepu mięsnego,
który znajdował się kilka przecznic dalej. Chciał zrobić prawo jazdy.
Przynajmniej taki był plan pół roku temu, przed rozwodem, ale teraz
wszyscy o tym zapomnieli.
Gdy dotarł do sklepu Barneya, było w nim pusto. Parking przed budynkiem
świecił pustkami - idealnie. Szybko odbierze zamówienie i wyjdzie. Pete
pchnął szklane drzwi, ale za kontuarem nikogo nie było. Na szybie
wypisano promocje, a z zaplecza dobiegała stara muzyka rockowa.
Chłopak podszedł do lady z surowym mięsem i rozejrzał się w lewo i prawo.
- Halo? - zawołał. - Hej, mam do odebrania zamówienie.
Nie było dzwonka, więc stał tak jeszcze chwilę, czekając, aż ktoś do
niego podejdzie. A kiedy nikt się nie zjawił, miał już dość. Kilka razy
zastukał w szklaną ladę.
- Halo!
W końcu postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i obszedł ladę.
- Hej, jest tu ktoś?
Po drugiej stronie stał długi stół rzeźnicki, pokryty wodnistym
czerwonym płynem. Powietrze przepełniał zapach mięsa i krwi, który
przyprawiał Pete'a o mdłości. Guma, którą żuł, zrobiła się nagle
niesmaczna. Przyłożył dłoń do brzucha, jakby to miało jakoś pomóc.
Nie puszczę pawia. Nie puszczę pawia - myślał.
Rozejrzał się wokół, by skupić się na czymś innym, ale ujrzał tylko
zdjęcia zaszlachtowanych zwierząt. Kiedy się odwrócił, zobaczył rzędy
zabójczo wyglądających noży i tasaków, wiszących mu nad głową. Znów
poczuł zawroty głowy. Aby utrzymać równowagę, oparł dłoń o stół, a gdy
poczuł pod palcami wilgoć, oblał go zimny pot.
Łubudu!
W drewno wbił się potężny tasak rzeźnicki, prawie trafiając go w nadgarstek. Pete uskoczył do tyłu, tuląc dłoń do piersi, i uderzył
plecakiem w ladę. Gapił się na tkwiący w stole tasak. Rączka wciąż
drżała, jakby siła uderzenia była niezwykle potężna. Chłopak spojrzał w górę, na wiszące tam narzędzia.
Jeden pusty hak kołysał się wolno. Ten tasak musiał spaść z tego haka!
Spaść? Pete nie sądził, by coś mogło spaść z taką siłą, ale jak
inaczej wytłumaczyć to, co się stało?
- Hej, co ty tutaj robisz? - Do pomieszczenia wszedł potężny starszy
mężczyzna w zakrwawionym fartuchu, wycierając dłonie w ręcznik. - Tylko
dla pracowników. Nie umiesz czytać?
Pete wskazał na wbity w stół tasak.
- Ja... ja...
- O nie, nie możesz się bawić moimi nożami. Chcesz mi narobić kłopotów,
młody? Odbiorą mi licencję.
- Ja... ja...
- No wykrztuś w końcu, co się stało?
- Ja niczego nie dotykałem. To... samo spadło.
Starszy mężczyzna zmrużył oczy.
- Młody, te noże na pewno nie spadają same z haków. Gdyby tak było,
brakowałoby mi znacznie więcej palców niż te, które już sobie odciąłem.
Mężczyzna uniósł lewą dłoń, w której brakowało małego palca, a serdeczny
stracił ostatni paliczek. Skóra na nich wydawała się gładka.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki