Five Nights at Freddys: Fazbear Frights. Podejdź bliżej - Scott Cawthon

Kup ebooka

29.90 zł
23.32 zł (23,02 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Podejdź bli­żej

Żółte oczy Foxy'ego zalśniły w ciem­no­ściach pokoju. W jego otwar­tej pasz­czy błysz­czały ostre kły. Uniósł hak i mach­nął jego ostrym czub­kiem tuż przed twa­rzą Pete'a, aż świ­snęło. Pete stur­lał się z łóżka. Cały się trząsł. Gdy tak leżał bez­rad­nie na pod­ło­dze, skrę­cał mu się żołą­dek. Nad nim góro­wał Foxy. Gdy zwie­rzak uniósł hak, zgrzyt kół zęba­tych wypeł­nił pokój.

- Możesz zostać pira­tem, ale naj­pierw musisz stra­cić oko i dłoń.

- Nie - jęk­nął Pete.

Kiedy Foxy wbił hak w oko Pete'a, roz­legł się trzask. Z oczo­dołu popły­nęła krew, a Pete wrza­snął...

Piz­ze­ria Freddy'ego Fazbe­ara pełna była małych dzieci i ich umę­czo­nych rodzi­ców idio­tów. Z gło­śni­ków na ścia­nach dud­niła muzyka, a auto­maty do gier pisz­czały i pod­ska­ki­wały. W powie­trzu czuć było zapach przy­pa­lo­nego pep­pe­roni, wymie­szany z aro­ma­tem waty cukro­wej. Pete opie­rał się o ścianę z nogami skrzy­żo­wa­nymi w kost­kach. Na gło­wie miał cza­peczkę z dasz­kiem zało­żoną tyłem do przodu. Popi­jał wiśniową colę i żuł gumę arbu­zową. Jego młod­szy brat z kum­plami sku­pili się przy jed­nym z auto­ma­tów.

Pete nie chciał tu być, ale mama musiała pra­co­wać, a Chuck znów musiał spo­tkać się po szkole z kole­gami. Do opieki został tylko Pete. I po raz setny zada­wał sobie pyta­nie, czemu to zada­nie przy­pa­dło wła­śnie jemu? I czy ten kur­du­pel w ogóle był wdzięczny?

Nie.

Chuck wiecz­nie tylko jęczał o swój inha­la­tor. Non stop jęczał, że jest głodny. Zawsze zada­wał mnó­stwo pytań. Cią­gle cze­goś chciał. Od kiedy ojciec ich zosta­wił, Pete był wiecz­nie uwią­zany do Chucka.

Wciąż pamię­tał słowa mamy. Teraz ty jesteś głową rodziny, Pete. Opie­kuj się młod­szym bra­cisz­kiem.

Ale jak miał być głową rodziny, skoro miał tylko szes­na­ście lat? Czy kto­kol­wiek spy­tał go, co sądzi o tych nowych obo­wiąz­kach?

Oczy­wi­ście, że nie.

Pete obser­wo­wał, jak do dwóch pra­cow­ni­ków sprzą­ta­ją­cych stoły po przy­ję­ciu uro­dzi­no­wym pod­cho­dzi mały chło­piec. Pocią­gnął jed­nego z nich za rękaw.

Męż­czy­zna spoj­rzał na dziecko i uśmiech­nął się.

- Mogę ci w czymś pomóc? - zapy­tał.

- Zasta­na­wia­łem się, gdzie jest Pirat Foxy - powie­dział chło­piec.

Męż­czy­zna odparł słod­kim tonem:

- Och, Foxy wyje­chał na waka­cje. Mamy nadzieję, że nie­długo wróci.

Dziecko wydęło dolną wargę, ale ski­nęło głową i ode­szło.

Drugi pra­cow­nik roze­śmiał się.

- Dobre - zwró­cił się do kolegi.

- Jasne, na waka­cjach w warsz­ta­cie. Nie mam poję­cia, kiedy znów będą grali przed­sta­wie­nie.

Pete roz­my­ślał nad tym, gdy uświa­do­mił sobie, że ktoś wypo­wiada jego imię.

- Pete?

Ode­rwał się od roz­mowy i spoj­rzał na Marię Rodri­guez, która sta­nęła obok niego. Miała czarne włosy do ramion i lśniące czer­wone usta. Do tego inten­syw­nie zie­lone oczy z dłu­gimi rzę­sami i kilka pie­gów na nosie. Była che­er­le­aderką w ich liceum, a Pete znał ją od szó­stej klasy. Czemu więc nagle ogar­nęło go takie zde­ner­wo­wa­nie?

- Cześć, Maria.

- Utkną­łeś tu z małym Chuc­kiem, co?

Pete się skrzy­wił.

- Tak.

- Ja też. Uro­dziny młod­szej sio­stry. - Maria wska­zała na stół uro­dzi­nowy przed sceną, przy któ­rym sie­działy małe dzieci w papie­ro­wych kape­lu­si­kach i zaja­dały tort. - Trudno uwie­rzyć, że byli­śmy tacy jak oni.

Pete uśmiech­nął się krzywo.

- Nie wiem jak ty, ale ja ni­gdy taki nie byłem.

Maria odpo­wie­działa uśmie­chem.

- No jasne. To co u cie­bie? Nie widzia­łam cię ostat­nio na tre­nin­gach.

Zbyt czę­sto grzał ławkę za zbędną agre­sję i złe podej­ście. A prze­cież to był fut­bol! No więc po pro­stu zre­zy­gno­wał. Prawda była taka, że kie­dyś Pete z niczego nie rezy­gno­wał. Kie­dyś koń­czył wszystko, do czego się zabrał. Ale po tym, jak jego rodzice zre­zy­gno­wali z sie­bie, to nie było już takie ważne.

Poza tym nie potrze­bo­wał wię­cej łaja­nia od tre­nera - wystar­czyło mu to, które zbie­rał od nauczy­cieli i mamy. Są pewne gra­nice wytrzy­ma­ło­ści.

Wzru­szył ramio­nami.

- Zmę­czy­łem się tym wszyst­kim, wiesz?

- No tak. To co robisz z całym tym wol­nym cza­sem?

- Cóż...

Ktoś przy sto­liku poma­chał do Marii, a ona się roz­pro­mie­niła.

- Super! Wresz­cie się zbie­ramy. - Na odchod­nym dodała jesz­cze: - Hej, spo­ty­kamy się w kilka osób pod sta­rym mostem Beacon, jeśli miał­byś ochotę się przy­łą­czyć.

Pete uśmiech­nął się.

- Tak?

Ski­nęła głową.

- Będzie faj­nie.

A wtedy on potrzą­snął głową.

- Nie mogę. Muszę pil­no­wać tego małego dur­nia, Chucka.

- Och, no dobra. Może następ­nym razem. Do zoba­cze­nia w szkole.

Gdy Pete patrzył za odcho­dzącą Marią, ogar­niała go iry­ta­cja. To wszystko wina Chucka. Głupi kur­du­pel. Wszystko zawsze krę­ciło się wokół młod­szego brata. Nikogo nie obcho­dziło, czego chciał Pete, bo nic, co zwią­zane z Pete'em, nie miało zna­cze­nia. Ojciec odszedł. Mama żyła w swoim świe­cie. Uznali, że zosta­wią Chucka pod opieką Pete'a, bo sami nie mają czasu się nim zaj­mo­wać. Ale Pete wcale nie chciał przej­mo­wać ich obo­wiąz­ków. Był dzie­cia­kiem, a dzie­ciaki powinny być wolne, zamiast o wszystko się mar­twić. Powinny robić to, na co mają ochotę, na przy­kład spę­dzać czas z przy­ja­ciółmi, a nie opie­ko­wać się młod­szymi braćmi. Ale naj­wy­raź­niej jego rodzi­ców to nie obcho­dziło. W końcu ni­gdy nawet nie spy­tali go, czy chce, żeby się roz­stali. Po pro­stu się roz­wie­dli i już. To wszystko było nie­spra­wie­dliwe.

Pete nosił w sobie tyle emo­cji, że cza­sem nie wie­dział, jak sobie z nimi pora­dzić. Nie­kiedy miał wra­że­nie, jakby był tyka­jącą bombą, która zaraz wybuch­nie, jakby całe napię­cie w jego ciele gro­ma­dziło się tuż pod skórą, gotowe się wyrwać. Przez jakiś czas poma­gał mu fut­bol. Na boisku był bestią, powa­la­jącą innych gra­czy i zmia­ta­jącą ich z drogi. Pod koniec tre­ningu czuł się wykoń­czony i pusty. Pustka była lep­sza. Była dobra. Od kiedy nie uczęsz­czał na tre­ningi, nie miał jak roz­ła­do­wać emo­cji. Nie cier­piał tych uczuć. Cza­sami wszyst­kiego nie cier­piał. Teraz patrzył, jak jego brat odłą­cza się od kum­pli i idzie do łazienki. Zmarsz­czył brwi, widząc nada­rza­jącą się oka­zję. Odsta­wił puszkę z napo­jem na pusty sto­lik, szybko pod­szedł do chłopca i mocno zła­pał go za ramię.

Chuck się skrzy­wił.

- Pete, boli!

- Zamknij się i idź - wark­nął Pete i wydmuch­nął balon z gumy z taką zło­ścią, że ten aż pękł.

- Czemu? Gdzie idziemy?

- Zoba­czysz. - Pete szybko spoj­rzał przez ramię, po czym popro­wa­dził brata dłu­gim, ciem­nym kory­ta­rzem.

Pod­łoga była stara i wybla­kła, a ze ścian odła­ziły pla­katy z ani­ma­tro­ni­kami. Pete już wcze­śniej się tu zapu­ścił i odkrył duży warsz­tat. Teraz, gdy pod­słu­chał, kto się tam udał na waka­cje, posta­no­wił w to samo miej­sce zabrać na wycieczkę swo­jego brata, szcze­gól­nie że Chuck zawsze bał się pew­nego ani­ma­tro­nicz­nego plu­szaka.

Chło­piec zaczął pro­te­sto­wać.

- Gdzie idziemy?

- A co, boisz się?

- Nie! Ale chcę zostać z kum­plami!

- Idziemy coś spraw­dzić.

Chuck dostał czkawki. Obli­zał zaschnięte wargi i apa­rat na zębach. Kiedy się dener­wo­wał, brzmiał jak ropu­cha.

- Prze­stań albo powiem mamie.

- Ale z cie­bie skar­ży­pyta. Teraz to już nie ma odwrotu.

Pete wcią­gnął swo­jego zaska­ku­jąco sil­nego brata do warsz­tatu, na spo­tka­nie z Pira­tem Foxym.

Za ich ple­cami zatrza­snęły się cięż­kie drzwi i ogar­nęła ich ciem­ność.

- Pete, pusz­czaj!

- Cicho! Ktoś może usły­szeć, poza tym nie chcę słu­chać two­jego jęcze­nia. Wiesz, jakie to wku­rza­jące?

Pete nie zamie­rzał pusz­czać brata. Nie, nade­szła pora, by dać mu nauczkę. Nade­szła pora, by to Pete zro­bił coś, na co ma ochotę, a w tym momen­cie miał ochotę porząd­nie wystra­szyć brata.

Może nawet mały dureń Chuck popu­ści w spodnie. Zachi­cho­tał na tę myśl.

Wciąż trzy­ma­jąc jedną ręką brata, drugą wycią­gnął z kie­szeni tele­fon i włą­czył latarkę, by popro­wa­dzić ich w ciem­no­ści. W pomiesz­cze­niu było zaska­ku­jąco cicho, zupeł­nie jakby nie­opo­dal nie było tłumu ludzi. Było duszno, śmier­działo stę­chli­zną, a powie­trze zda­wało się... pozba­wione życia. Jakby w ostat­nim cza­sie nikt tu nie wcho­dził. Co było dziwne, bio­rąc pod uwagę, że reszta budynku tęt­niła życiem.

- Hik!

Pete trą­cił nogą butelkę, która poto­czyła się po pod­ło­dze. Ude­rzyła w coś i się stłu­kła. Bra­cia zamarli, zasta­na­wia­jąc się, czy ktoś ich sły­szał, ale wyglą­dało na to, że w pobliżu nikogo nie ma.

- Hik!

Pete poświe­cił na pod­łogę i ujrzał podra­pane kafelki w czarno-białą kratkę. W sali poroz­sta­wiane były zaku­rzone stoły i leżało kilka poła­ma­nych krze­seł. Na sto­łach stały kar­to­nowe pudła, do połowy zapeł­nione papie­ro­wymi kape­lu­si­kami, a wokół roz­rzu­cone były tale­rzyki. Snop świa­tła padł na wiel­kiego czar­nego pająka, który przy­cup­nął na brzegu jed­nego z pudeł.

- Och, spójrz na to paskudz­two. Ale wielki! - zawo­łał Pete.

Pająk odsko­czył, a chłopcy rzu­cili się do tyłu.

- Nie­na­wi­dzę pają­ków. Chodźmy stąd - jęk­nął znów Chuck.

- Jesz­cze nie. Jest tyle do zoba­cze­nia. Wyobraź sobie, że to jedna z tych two­ich gier przy­go­do­wych, które tak lubisz. Musimy odna­leźć ukryty skarb - powie­dział Pete, śmie­jąc się pod nosem.

Czy raczej to on musiał jesz­cze bar­dziej wystra­szyć swo­jego bra­ciszka.

Znów skie­ro­wał świa­tło na pod­łogę. Zatrzy­mał się na czymś, co wyglą­dało na roz­to­pione świece i dziwne czarne ślady.

- Co to? Jakieś znaki? - zapy­tał Chuck.

- Co za róż­nica. - Pete dalej świe­cił po pomiesz­cze­niu.

Nagle zoba­czył małą scenę z zacią­gniętą fio­le­tową kur­tyną i uśmiech­nął się od ucha do ucha. Na kur­ty­nie ktoś krzywo przy­piął zawieszkę z napi­sem: "Nie­czynne".

- Tra­fiony. Mam nadzieję, że na­dal działa.

- Hik! Pete... chyba nie powin­ni­śmy tu wcho­dzić. Możemy wpa­ko­wać się w kło­poty. Poważne kło­poty. Jeste­śmy na pry­wat­nym tere­nie, wiesz? To nie­zgodne z pra­wem.

- To nie­zgodne z pra­wem - powtó­rzył piskli­wie Pete. - Ale z cie­bie głu­pek. Wiesz, kim zosta­niesz, jak doro­śniesz? Gliną! Obie­cuję, że w dro­dze powrot­nej kupię ci pączka.

Skie­ro­wał świa­tło za scenę i dostrzegł zardze­wiały panel kon­tro­lny na bocz­nym sto­liku. Ktoś odła­mał pokrywę.

- To będzie genialne. - Pocią­gnął brata pod scenę. - Baw się dobrze, bra­ciszku.

- Prze­stań, Pete!

Chło­pak zła­pał Chucka za koszulkę i spodnie, zamach­nął się i wrzu­cił go na scenę.

Chuck upadł na deski i jęk­nął, a Pete pod­biegł do panelu ste­ro­wa­nia.

Ude­rzył dło­nią w przy­cisk z napi­sem "Start". A potem znowu i znowu. Roz­le­gło się ciche bucze­nie, a następ­nie zdu­szony trzask i zgrzyt.

- No dalej, rusz się! - wrza­snął, gdy nic się nie stało.

W końcu nie­wielka kur­tyna zaczęła się odsu­wać.

- Hik! Hik! Hik!

Szyb­kim ruchem Chuck prze­to­czył się na bok.

- Chuck, ty tchó­rzu! - Pete pod­biegł do sceny i zła­pał brata za teni­sówki, by go tam zatrzy­mać.

Ten jed­nak, z pręd­ko­ścią, którą wywo­łać mógł tylko strach, zdo­łał się wymsknąć bratu. Pod­niósł się na równe nogi, zesko­czył ze sceny i zaczął biec.

Pete jesz­cze ni­gdy nie widział, by brat biegł tak szybko. Gdyby nie to, że ucie­kał przed nim, byłby nawet pod wra­że­niem. Ruszył za nim, ale nagle zatrzy­mał się przed sceną, bo coś zła­pało go za koszulkę.

- Cho­lera - mruk­nął.

Spró­bo­wał się wyrwać, ale mate­riał zaha­czył się o jakiś głupi gwóźdź.

W sali roz­le­gła się zgrzy­tliwa melo­dia, a kur­tyna roz­su­nęła się na boki. Pete stał nie­ru­chomo przed znisz­czo­nym ani­ma­tro­nicz­nym Foxym, który spo­glą­dał na niego z góry. Pod rudymi brwiami lśniły żółte źre­nice, a prze­pa­ska nad pra­wym okiem zawi­nęła się do góry. Dolna szczęka pełna ostrych, spi­cza­stych zębów zwi­sała bez ruchu, pod­czas gdy wielki lis zaczął nie­udol­nie śpie­wać pio­senkę o tym, jak zostać pira­tem. Jedna z jego łap koń­czyła się hakiem, a na dru­giej bra­ko­wało futra, które skry­wa­łoby robo­tyczny szkie­let. Koła zębate zgrzy­tały, a dziwne odgłosy zda­wały się nieść echem po całej sali. Pierś robota wyda­wała się roz­darta, widoczne były w niej kolejne mecha­niczne ele­menty. Foxy poru­szał się powoli i strasz­nie. I cho­ciaż Pete wie­dział, że to tylko robot, prze­ra­żało go jego znisz­czone ciało, które wyglą­dało jak na wpół zje­dzone przez jakie­goś potwora.

Pete zadrżał.

Połknął gumę, którą żuł.

Nie mógł ode­rwać wzroku od żół­tych oczu śpie­wa­ją­cego lisa.

Nie wie­dział czemu... To po pro­stu głupi, stary robot...

- Możesz zostać pira­tem, ale naj­pierw musisz stra­cić oko i dłoń! Arr! Naj­pierw musisz stra­cić oko i dłoń! Arr! Naj­pierw musisz stra­cić oko i dłoń! Arr!

Stary robot zaciął się na jed­nym zda­niu...

- Naj­pierw musisz stra­cić oko i dłoń! Arr!

Pete zamru­gał, gdy ogar­nęło go dziwne uczu­cie, jakby całe jego ciało okrył nie­wi­doczny zimny, ciężki koc, który zaczął wsią­kać w jego skórę i kości.

- Naj­pierw musisz stra­cić oko i dłoń! Arr!

Zapa­dła nagła cisza, ale Pete dalej stał w ciem­no­ści. Nie­ru­chomo.

Mru­gnął i rozej­rzał się wokół, pró­bu­jąc sobie przy­po­mnieć, gdzie się znaj­duje. Był w ciem­no­ściach. Sam. Serce mu łomo­tało, gdy zro­bił krok do tyłu. A potem zoba­czył, że jego koszulka zaha­czyła się o gwóźdź, i nagle wszystko do niego wró­ciło. Potarł oczy, po czym pobiegł szu­kać brata.

- Cho­lera, Chuck!

Pete obser­wo­wał, jak Chuck zaciąga się inha­la­to­rem, po czym siada do stołu. Wie­dział, że młod­szy brat wciąż jest cały w ner­wach po tym, jak zabrał go na spo­tka­nie z Pira­tem Foxym. Chuck rzu­cił bratu wymowne spoj­rze­nie nad sto­łem i się skrzy­wił. Pete nie wie­dział, czemu Chuck jest taki zde­ner­wo­wany. Kur­du­pel nie obej­rzał nawet naj­lep­szego frag­mentu przed­sta­wie­nia. Uciekł i trzy­mał się kum­pli aż do czasu, gdy mieli wra­cać do domu.

- Jak było u Freddy'ego Fazbe­ara, chłopcy? - zapy­tała mama, sta­wia­jąc przed nimi tale­rze z mię­sem i ziem­nia­kami.

- Dobrze - odparł Chuck, nawet nie pod­no­sząc wzroku.

- Tak, wspa­niale - mruk­nął Pete, prze­ły­ka­jąc purée.

- Hm? Coś się stało?

- Nie, nic - odpo­wie­dzieli chó­rem.

Pete posłał Chuc­kowi ostrze­gaw­cze spoj­rze­nie. Lepiej nic nie mów...

Mama, sia­da­jąc do stołu, unio­sła brwi.

- No dobrze. Mam wam do powie­dze­nia coś faj­nego. Pomy­śla­łam, że naj­wyż­sza pora, byśmy zro­bili coś wspól­nie, jako rodzina. Coś, co będzie dobre dla świata.

Pete ugryzł się w język, by nie powie­dzieć cze­goś, co pew­nie zra­ni­łoby uczu­cia jego matki. Jaka rodzina? Minęło już pra­wie pół roku, od kiedy ojciec ich zosta­wił, nisz­cząc rodzinę. I od kiedy to ona chce robić coś dla innych?

- Coś nowego. Coś, co wyzna­czy nowy począ­tek dla naszej trójki jako komórki rodzin­nej. Coś, co pozwoli zacząć od nowa. - Wycią­gnęła z teczki kartkę i odwró­ciła ją do chłop­ców.

Pete z nie­do­wie­rza­niem prze­czy­tał grube litery.

- Dawcy orga­nów?

Mama z prze­ję­ciem kiw­nęła głową.

- Tak, zosta­niemy rodziną daw­ców orga­nów. Czy to nie wspa­niałe?

Chuck spoj­rzał na Pete'a z nie­do­wie­rza­niem.

- I to są te wspa­niałe wie­ści? Naprawdę chcesz, żeby­śmy oddali czę­ści ciała? - zapy­tał Pete.

Matka mach­nęła ręką.

- Głup­ta­sie, tylko jeśli coś nam się sta­nie! Czego oczy­wi­ście nie chcemy. Ale w razie czego mogli­by­śmy pomóc innym ludziom, któ­rzy są cho­rzy i potrze­bują nowego serca czy nerki. Mogli­by­śmy ura­to­wać komuś życie. Być boha­te­rami.

- Mar­twymi boha­te­rami - stwier­dził Chuck.

Mama się roze­śmiała.

- Och, Chuc­kles, ależ ty mnie cza­sem roz­śmie­szasz!

- Tak, Chuc­kles, jesteś prze­ko­miczny - dodał ponuro Pete.

Chuck się skrzy­wił.

- Mamo, a wiesz, co Pete zro­bił dziś w piz­ze­rii?

Pete zmarsz­czył brwi i spoj­rzał na Chucka. Wie­dział, że wredny kur­du­pel nie będzie trzy­mał gęby na kłódkę.

- Co takiego?

- Wypił zde­cy­do­wa­nie za dużo coli. - Chło­piec uśmiech­nął się, uka­zu­jąc dru­ciki apa­ratu.

Mama wes­tchnęła.

- Pete, no wiesz? Mówi­łam ci, co te wszyst­kie napoje robią z zębami.

Pete tylko na nią spoj­rzał. Co się z nią ostat­nio działo? Mie­siąc temu zaczęła cho­dzić do kogoś, kogo nazy­wała "tre­ne­rem per­so­nal­nym". A potem zajęła się ćwi­cze­niem jogi, ścięła dłu­gie włosy i zde­cy­do­wała się na jakieś dziwne oczysz­cza­nie sokami. Zebrała też sporo ich rze­czy i oddała bied­nym. A teraz... chciała oddać ich organy?

- Skar­bie, prze­czy­taj ulotkę - powie­działa mama. - Na pewno się do tego prze­ko­nasz.

Chło­pak wziął do ręki kartkę, którą pod­ty­kała mu pod nos. Lista orga­nów do odda­nia była cał­kiem długa: kości, serce, nerka, wątroba, trzustka, skóra, jelito, gałki oczne...

Gałki oczne.

Możesz zostać pira­tem, ale naj­pierw musisz stra­cić oko i dłoń! Arr!

Pete znów pomy­ślał o Foxym. Wyobra­ził sobie, jak zwie­rzak nagle scho­dzi ze sceny i skrada się do niego z tym wiel­kim, ostrym hakiem. Mecha­niczne łapy zgrzy­tają po pod­ło­dze. Nagle ziem­niaki prze­wró­ciły się w żołądku Pete'a, a chło­pa­kowi zro­biło się słabo. Zamru­gał, by pozbyć się z głowy tej wizji.

- Mamo, co za idio­tyczny pomysł.

- Wcale nie jest idio­tyczny. Boli mnie, że tak uwa­żasz.

Tak, ostat­nio mama zaczęła też mówić o swo­ich uczu­ciach.

Pete odsu­nął krze­sło i wstał. Pobladł, po czym gwał­tow­nie się zaczer­wie­nił.

- Nie zro­bię tego, mamo.

- Pete.

- Nie chcę o tym roz­ma­wiać. Idę spać. - Wyszedł z jadalni. Usły­szał jesz­cze słowa mamy:

- Co mu się stało?

Chuck wes­tchnął.

- Okres doj­rze­wa­nia.

- Pośpiesz się, Pete!

Następ­nego ranka Chuck walił w drzwi łazienki. Wie­dział, że jeśli Pete szybko nie wyj­dzie, to on spóźni się na auto­bus do gim­na­zjum W.H. Jame­sona. A jeśli spóźni się na auto­bus, to będzie musiał jechać pra­wie osiem kilo­me­trów na rowe­rze, a jego mama będzie pani­ko­wać, że poje­chał sam. Miała jakąś para­noję, że coś mu się sta­nie, jeśli nie będzie z nim Pete'a, czego zupeł­nie nie mógł zro­zu­mieć, bo prze­cież miał już pra­wie dwa­na­ście lat! (No dobra, jede­na­ście i pół). Wielu jego przy­ja­ciół zosta­wało samych w domu, ale nie on. Pete zawsze mówił, że to dla­tego, że Chuck był dziec­kiem i ich mama wciąż w ten spo­sób o nim myślała.

Sły­sząc, jak Pete wymio­tuje do toa­lety, Chuck odsu­nął się od drzwi i skrzy­wił. Pomy­ślał, że brat jest chory. Uśmiech­nął się lekko. To kara za to, że pró­bo­wa­łeś mnie wczo­raj prze­stra­szyć. Ale gdy tylko usły­szał, jak Pete znów wymio­tuje, porzu­cił tę myśl. Oparł się o drzwi i posta­no­wił cze­kać. Zauwa­żył, że wszy­scy się zmie­nili, od kiedy ojciec ich opu­ścił. Pete był cią­gle wście­kły. Mama nie­ustan­nie szu­kała cze­goś, co by ją uszczę­śli­wiło. A on sam? Po pro­stu sta­rał się być zajęty. Lubił spę­dzać czas z kum­plami i grać na kom­pu­te­rze w sieci. Inte­re­so­wały go zagadki.

Ow­szem, gim­na­zjum było bez­na­dziejne, ale szkoła to po pro­stu część życia, którą trzeba prze­trwać. Od czasu do czasu jego uwagę przy­ku­wało jakieś zada­nie; koń­czył je i znów zaczy­nał się nudzić, dopóki nie poja­wiło się coś nowego. Wie­dział, że star­szy brat go nie­na­wi­dzi, bo mama kazała mu się nim opie­ko­wać. Sta­rał się nie być dener­wu­jący, ale Pete'a wku­rzało wszystko, co mówił. Może tak było ze wszyst­kimi braćmi? Chuck nie wie­dział, bo nie miał dru­giego brata, by to spraw­dzić.

Usły­szał dźwięk spłu­ki­wa­nia toa­lety. Chwilę póź­niej Pete gwał­tow­nie otwo­rzył drzwi. Chucka owiał smród, aż poma­chał dło­nią przed nosem. Pete nie wyglą­dał za dobrze. Był tak blady, że piegi na jego policz­kach przy­po­mi­nały malut­kie robaczki. Ciemne włosy ster­czały mu na wszyst­kie strony, zupeł­nie jakby wsa­dził palec w kon­takt i pora­ził go prąd. I miał sińce pod oczami.

- Rany, Pete, co ci się stało?

- Nic - wark­nął brat. - Coś mi zaszko­dziło. Pew­nie coś z tej głu­piej piz­ze­rii Freddy'ego Fazbe­ara.

Chuck był innego zda­nia.

- Chcesz, żebym zadzwo­nił do mamy?

Pete ode­pchnął go na bok.

- Nie, nie jestem takim dzi­dziu­siem jak ty, mały dur­niu.

Chuck cały się spiął. Nie­na­wi­dził, gdy brat do niego tak mówił.

- Jak chcesz - mruk­nął.

Wpadł do łazienki, trza­snął drzwiami i zamknął je na klucz.

Bie­gnąc na bio­lo­gię, Pete wypił napój ener­ge­tyczny z potrójną dawką kofe­iny, ale wciąż czuł się wyczer­pany. Ostat­niej nocy miał jakieś sza­lone sny. Nie­wiele pamię­tał poza tym, że było w nich mnó­stwo krwi. Była wszę­dzie, spły­wała po nim, po jego twa­rzy, na klatkę pier­siową i ramiona. A kiedy się ock­nął, cały był zaplą­tany w pościel. Aż zsu­nął się na pod­łogę, pró­bu­jąc się uwol­nić, po czym pognał do łazienki i puścił pawia.

Zadrżał na to wspo­mnie­nie, ale otrzą­snął się i spró­bo­wał o nim zapo­mnieć. Pew­nie powi­nien był zostać w domu, ale gdyby zadzwo­nił do mamy do pracy, ta by spa­ni­ko­wała i zaczęła zada­wać setki pytań. Posta­no­wił po pro­stu prze­trwać jakoś dzień. Wpadł do klasy pięć minut po dzwonku.

- Spóź­nił się pan, panie Din­gle­wood - wymam­ro­tał pan Wat­son znu­dzo­nym tonem. - Ma pan uspra­wie­dli­wie­nie?

Pete zdjął czapkę i potrzą­snął prze­cząco głową. Usiadł z tyłu klasy, obok dzie­ciaka w czar­nej skó­rza­nej kurtce i z fio­le­to­wymi wło­sami. Wsu­nął czapkę do ple­caka i posta­wił go na pod­ło­dze, a potem otarł pot z czoła. Zaczął się krę­cić na stołku. Czemu nie był w sta­nie usie­dzieć spo­koj­nie?

- Jak już mówi­łem, będziemy dziś prze­pro­wa­dzać sek­cję żaby - powie­dział pan Wat­son. - Prze­py­ta­łem was z zasad bez­pie­czeń­stwa i spo­sobu prze­pro­wa­dze­nia zabiegu. Będzie­cie pra­co­wać w parach. Macie do wypeł­nie­nia arkusz labo­ra­to­ryjny. Liczę, że zacho­wa­cie się jak doj­rzali mło­dzi ludzie. Wiem, że dla czę­ści z was będzie to trudne, ale nie życzę sobie wygłu­pów, ina­czej nie zali­czy­cie. A tego byście nie chcieli. Macie pół godziny, zaczy­na­jąc od teraz.

Kiedy Pete i chło­pak w skó­rza­nej kurtce odwró­cili się do roz­ło­żo­nej przed nimi mar­twej żaby, kolega pochy­lił się i zapy­tał:

- Stary, co ci jest?

Pete potrzą­snął głową.

- Nic.

Chło­pak posłał mu wymowne spoj­rze­nie, po czym się­gnął po nie­wielki skal­pel.

Dzie­sięć minut póź­niej Pete ziew­nął. W ustach mu zaschło, a ręka zaczęła drżeć od pre­cy­zyj­nego cię­cia.

Chło­pak w skó­rze zachi­cho­tał.

- Hej, patrz na to - powie­dział i dźgnął żabę skal­pe­lem w oko. Ze środka wypły­nął dziwny płyn. - Obrzy­dliwe, co?

Następ­nie wbił ostrze w łapkę żaby i ją odciął. Uniósł malutką koń­czynę i zaczął nią machać do Pete'a.

Pete potrzą­snął głową.

- Muszę zro­bić sobie prze­rwę.

- Prze­pra­szam. Obie­cuję, że już nie będę się wygłu­piał - powie­dział chło­pak w skó­rze i wycią­gnął w stronę Pete'a maleńką żabią łapkę. - Uścisk dłoni na zgodę?

Chło­pak zachi­cho­tał, a Pete odszedł od stołu i ruszył w kie­runku kla­so­wego poidełka. Rany, jak mu się chciało pić. I konał z głodu! W tym momen­cie zabur­czało mu w brzu­chu, bo rano nie zjadł śnia­da­nia, by zdą­żyć na czas do szkoły.

Już wra­cał na swoje sta­no­wi­sko, gdy zatrzy­mał go pan Wat­son.

- Wszystko dobrze, panie Din­gle­wood? - zapy­tał.

Pan Wat­son był niż­szy od Pete'a, miał siwe włosy i wąsy. Na czubku czer­wo­nego nosa miał oku­lary, przez co wyglą­dał tak, jakby patrzył na Pete'a z góry, cho­ciaż było to fizycz­nie nie­moż­liwe.

- Tak, dobrze - odparł Pete.

Pan Wat­son zmarsz­czył brwi.

- Cie­szę się. A teraz wra­caj do pracy. Kto jak kto, ale ty nie możesz sobie pozwo­lić na obla­nie.

- Już idę - wyszep­tał i odwró­cił się na pię­cie.

Od tej pory było już tylko gorzej.

Pete zro­bił długi krok i tra­fił stopą na pasek od ple­caka, a nie na pod­łogę. W tym momen­cie się pośli­zgnął i pole­ciał do tyłu. Poczuł, jak z dużą siłą kopie chło­paka w skó­rze. Ten krzyk­nął, a w odpo­wie­dzi zawo­łał coś pan Wat­son.

Pete upadł bez tchu na plecy. Mru­gnął, a gdy otwo­rzył oczy, w powie­trzu ujrzał skal­pel kolegi. Naj­wy­raź­niej wypadł mu z dłoni przy ude­rze­niu. I wtedy Pete z nie­do­wie­rza­niem zoba­czył, jak skal­pel zaczyna opa­dać, a malut­kie ostrze celuje pro­sto w jego oko.

Ciało chło­paka prze­szyła adre­na­lina. Z nie­wia­ry­god­nym reflek­sem, wypra­co­wa­nym przez lata gry w fut­bol, Pete odtrą­cił skal­pel niczym groź­nego owada w chwili, gdy ten miał mu się wbić w oko. Nóż ude­rzył w nogę stołu i upadł na pod­łogę.

- Rany... - syk­nął kolega w skó­rze.

- Dobry Boże, Peter, nic ci się nie stało? - zapy­tał pan Wat­son, sto­jąc nad nim niczym prze­ra­żony ojciec. - Nie ruszaj się, wezwę pie­lę­gniarkę. Klasa, zostać na miej­scach! Niech nikt się nie rusza! Pro­ce­dura awa­ryjna, pro­szę! Z drogi!

Klasa zigno­ro­wała pana Wat­sona i oto­czyła leżą­cego Pete'a. Chło­pak z tru­dem oddy­chał. Miał zawroty głowy, cho­ciaż nie sądził, by się w nią ude­rzył; czuł się jakoś dziw­nie, a do tego ogar­nął go wstyd.

Ktoś wyszep­tał:

- Nie­źle, Din­gle­berry.

Kilka osób zachi­cho­tało.

- Taaa, ale nie­udacz­nik. Już wiemy, czemu wywa­lili go z dru­żyny.

Pete powoli usiadł, czer­wony na twa­rzy. Cho­lera, naprawdę nale­żało zostać w domu.

Jakimś cudem udało mu się prze­trwać resztę dnia. Pie­lę­gniarka zba­dała go, dała mu zimny okład i ode­słała. Ode­tchnął z ulgą, gdy wresz­cie roz­legł się ostatni dzwo­nek. Szybko minął snu­ją­cych się po kory­ta­rzu uczniów i zbiegł po scho­dach na zewnątrz. Kiedy spoj­rzał na komórkę, zoba­czył wia­do­mość od matki. Prze­tarł twarz dło­nią.

Co tym razem? Czy naprawdę nie mogło być dnia bez jej próśb? Ow­szem, kochał mamę, ale teraz, gdy ojciec jej nie poma­gał, to Pete wciąż dosta­wał od niej kolejne zada­nia do wyko­na­nia. Lepiej, żeby nie pro­siła, by znów zabrał gdzieś Chucka. Nie zrobi tego. Powie: "Nie, przy­kro mi, jestem chory".

Naci­snął na ikonkę wia­do­mo­ści.

Cześć, Pete, możesz po szkole zaj­rzeć do rzeź­nika i ode­brać scha­bowe, które zamó­wi­łam?

Odpo­wie­dział krótko: Dobra.

Odpi­sała: Dzię­kuję! (ser­duszko)

Pete wsu­nął do ust arbu­zową gumę do żucia i ruszył do sklepu mię­snego, który znaj­do­wał się kilka prze­cznic dalej. Chciał zro­bić prawo jazdy. Przy­naj­mniej taki był plan pół roku temu, przed roz­wo­dem, ale teraz wszy­scy o tym zapo­mnieli.

Gdy dotarł do sklepu Bar­neya, było w nim pusto. Par­king przed budyn­kiem świe­cił pust­kami - ide­al­nie. Szybko odbie­rze zamó­wie­nie i wyj­dzie. Pete pchnął szklane drzwi, ale za kon­tu­arem nikogo nie było. Na szy­bie wypi­sano pro­mo­cje, a z zaple­cza dobie­gała stara muzyka roc­kowa.

Chło­pak pod­szedł do lady z suro­wym mię­sem i rozej­rzał się w lewo i prawo.

- Halo? - zawo­łał. - Hej, mam do ode­bra­nia zamó­wie­nie.

Nie było dzwonka, więc stał tak jesz­cze chwilę, cze­ka­jąc, aż ktoś do niego podej­dzie. A kiedy nikt się nie zja­wił, miał już dość. Kilka razy zastu­kał w szklaną ladę.

- Halo!

W końcu posta­no­wił wziąć sprawy w swoje ręce i obszedł ladę.

- Hej, jest tu ktoś?

Po dru­giej stro­nie stał długi stół rzeź­nicki, pokryty wod­ni­stym czer­wo­nym pły­nem. Powie­trze prze­peł­niał zapach mięsa i krwi, który przy­pra­wiał Pete'a o mdło­ści. Guma, którą żuł, zro­biła się nagle nie­smaczna. Przy­ło­żył dłoń do brzu­cha, jakby to miało jakoś pomóc.

Nie pusz­czę pawia. Nie pusz­czę pawia - myślał.

Rozej­rzał się wokół, by sku­pić się na czymś innym, ale ujrzał tylko zdję­cia zaszlach­to­wa­nych zwie­rząt. Kiedy się odwró­cił, zoba­czył rzędy zabój­czo wyglą­da­ją­cych noży i tasa­ków, wiszą­cych mu nad głową. Znów poczuł zawroty głowy. Aby utrzy­mać rów­no­wagę, oparł dłoń o stół, a gdy poczuł pod pal­cami wil­goć, oblał go zimny pot.

Łubudu!

W drewno wbił się potężny tasak rzeź­nicki, pra­wie tra­fia­jąc go w nad­gar­stek. Pete usko­czył do tyłu, tuląc dłoń do piersi, i ude­rzył ple­ca­kiem w ladę. Gapił się na tkwiący w stole tasak. Rączka wciąż drżała, jakby siła ude­rze­nia była nie­zwy­kle potężna. Chło­pak spoj­rzał w górę, na wiszące tam narzę­dzia.

Jeden pusty hak koły­sał się wolno. Ten tasak musiał spaść z tego haka! Spaść? Pete nie sądził, by coś mogło spaść z taką siłą, ale jak ina­czej wytłu­ma­czyć to, co się stało?

- Hej, co ty tutaj robisz? - Do pomiesz­cze­nia wszedł potężny star­szy męż­czy­zna w zakrwa­wio­nym far­tu­chu, wycie­ra­jąc dło­nie w ręcz­nik. - Tylko dla pra­cow­ni­ków. Nie umiesz czy­tać?

Pete wska­zał na wbity w stół tasak.

- Ja... ja...

- O nie, nie możesz się bawić moimi nożami. Chcesz mi naro­bić kło­po­tów, młody? Odbiorą mi licen­cję.

- Ja... ja...

- No wykrztuś w końcu, co się stało?

- Ja niczego nie doty­ka­łem. To... samo spa­dło.

Star­szy męż­czy­zna zmru­żył oczy.

- Młody, te noże na pewno nie spa­dają same z haków. Gdyby tak było, bra­ko­wa­łoby mi znacz­nie wię­cej pal­ców niż te, które już sobie odcią­łem.

Męż­czy­zna uniósł lewą dłoń, w któ­rej bra­ko­wało małego palca, a ser­deczny stra­cił ostatni pali­czek. Skóra na nich wyda­wała się gładka.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki