Angel otworzyła oczy i zobaczyła... Nic nie
zobaczyła. Ciemność. Oślepła? Próbowała zamrugać, ale okazało się, że
nie jest w stanie. Czyżby jeszcze jej się pogorszyło?
Czuła się słaba i ociężała. Bolało ją całe ciało. Podniosła ręce, żeby
przetrzeć oczy, oczyścić je z kleistej substancji, którą w nich czuła,
ale dłonie uderzyły o coś twardego.
Próbowała nie panikować, macając na oślep, żeby zorientować się, co to
było. Czuła dookoła siebie tylko drewno - płaskie, gładkie,
nieustępujące pod naciskiem dłoni.
Była w jakimś pudle! I to bardzo ciasnym.
Angel chciała krzyknąć, ale usta odmawiały jej posłuszeństwa. Zaczęła
więc się wić, uderzać na oślep kończynami. Nic z tego. Waliła ciągle w drewniane ściany pudła.
Była uwięziona. Do tego czuła się naprawdę dziwnie, w głowie jej się
kręciło, jakby miała zaraz zemdleć.
Dlaczego przytrafiło jej się coś takiego?
Angel żałowała, że nie ma zatyczek do uszu. I do nosa. I klapek na oczy.
Nie, wróć.
Angel żałowała, że nie umie się teleportować. Tak, to by było spoko.
Gdyby umiała się teleportować, mogłaby po prostu w jednej sekundzie
znaleźć się daleko stąd.
Ale najpierw musiałaby stać się niewidzialna, żeby uszła jej na sucho ta
ucieczka. A może przydałaby jej się niszczycielska moc, która
pozwoliłaby po prostu unicestwić wszystko, co się tu znajdowało.
Nie, to trochę przesada. Wystarczy teleportacja.
Dokąd by uciekła? Wolałaby być właściwie gdziekolwiek, byle nie tutaj -
wysypisko, kanały, najbardziej niebezpieczna dzielnica miasta. Była w stanie wyobrazić sobie milion paskudnych miejsc, które byłyby znacznie
lepsze od obecnego otoczenia. Bo co mogłoby być gorsze od tego tutaj?
Angel z rodziną byli w pizzerii Freddy'ego Fazbeara. Dziewczyna nie
znała miejsca, które by bardziej przypominało piekło. Lokal Freddy'ego
sam w sobie był koszmarny: oślepiająco jasne, nieznośnie wesołe miejsce
o wystroju utrzymanym wyłącznie w podstawowej palecie kolorów i podłodze
w biało-czarną szachownicę, od której bolała głowa. A do tego dzieciaki.
Nie, nie po prostu "dzieciaki". Nakręcone dzieciaki. Rozszalałe,
rozwrzeszczane, sikające do basenu z kulkami, rzygające na automaty z grami. Niewiele może równać się z grupą kilkudziesięciu maluchów na
imprezie urodzinowej.
Masakra i żenada z solidną dawką myśli "zastrzelcie mnie".
Angel rozejrzała się i przyznała, że jej zdegustowanie mogło po części -
a może i całkowicie - wynikać z zazdrości i poczucia żalu. Jej urodziny
były miesiąc wcześniej i nikt nie pomyślał o urządzeniu dla niej
imprezy.
Kiedyś pewnie mógłby jej się podobać taki kinderbal. Teoretycznie
fajnie, gdyby miała taką imprezę tutaj, kiedy była mała. Czuła pewność,
że gdyby taką dla niej urządzono, nie zachowywałaby się tak głośno i nieznośnie jak dzieciaki wypełniające teraz lokal Freddy'ego. Jasne,
cieszyłaby się, ale z klasą... Przynajmniej miała takie odczucie. Z drugiej strony i tak nigdy nie sprawdzi, jak by to było naprawdę.
W związku z tym, że jej ojciec - nie nędzna namiastka ojczyma, którą
miała teraz, ale ten prawdziwy, biologiczny (najwyraźniej jednak równie
nędzny i żałosny) - odszedł, zanim ona jeszcze nauczyła się chodzić,
matka musiała zarabiać na dom i spełniać rolę jedynego rodzica w jej
życiu. W tamtych latach matki wiecznie nie było w domu, ciągle
pracowała, a jednak pieniędzy zawsze brakowało. Nie było ich stać na
takie rzeczy jak imprezy urodzinowe. A teraz, kiedy matka wyszła za
Myrona (czyli "Mów mi tato" - nie, dziękuję), budżet na imprezy był
dostępny, ale cóż... Angel była już starsza i wyrosła z ostentacyjnego
rozpływania się nad takimi błahostkami jak urodziny.
A w ogóle dajcie spokój, czy urodziny jakiegoś malucha serio są tak
istotne, żeby wywalać grube tysiące na balony, pizzę, napoje, ciasta,
cukierki i prezenty? Nie ma mowy. To była strata kasy. Za te pieniądze
Angel mogłaby mieć samochód albo zapłacić czesne w studium teatralnym,
do którego chciała pójść. Na szczęście udało jej się dostać pożyczkę
studencką, a to dzięki niskim dochodom matki przed ślubem z Myronem. Ale
nie powinna być zmuszona do szukania pomocy w banku, skoro Myron mógł
sobie z palcem w nosie pozwolić na to, żeby ją wesprzeć. Nie nazywała go
wprawdzie "tatą", ale to dlatego, że sobie na to nie zasłużył. Tato
powinien zapłacić za naukę dziecka, prawda?
Angel zerknęła na kobietę, przez którą znalazła się w tej pokręconej
sytuacji: matkę - osobę słabą, egoistyczną, goniącą za forsą. Gdyby
tylko zwracała na córkę choć ułamek tej uwagi, jaką poświęcała swojemu
wyglądowi. Matka Angel była ciągle dosyć młoda, miała krótką, puszystą
blond fryzurkę, jasnobłękitne oczy i twarz, której atrakcyjność
utrzymywała za tysiące dolarów rocznie. Zapomnij o odrabianiu z dzieckiem zadań czy wspólnych wypadach mamy i córki; matka Angel była
zbyt zajęta treningami na siłowni i bieganiem po galeriach handlowych w poszukiwaniu nowych ciuchów.
Może matka byłaby lepsza, gdyby miała u boku jakiegoś fajnego faceta. A może i nie. Nie była wzorem cierpliwości i wyrozumiałości. Nie była też
dobra w gotowaniu, sprzątaniu, organizowaniu ani planowaniu. Nie miała
fajnej pracy, jak na przykład montażystka filmowa, projektantka mody
albo łowczyni talentów. Angel długo obserwowała matki swoich znajomych i na tej podstawie doszła do wniosku, że to są właśnie cechy, jakimi
powinna się charakteryzować świetna matka. Tymczasem to, co potrafiła
jej rodzicielka, zdecydowanie się do takich nie zaliczało - czarny pas w dbaniu o własną urodę, nakładaniu makijażu i kupowaniu modnych ciuchów,
mistrzostwo świata we flirtowaniu z facetami, upodobanie do długiego
spania i genialny poziom skupienia na sobie samej, do tego stopnia, że
zapominała o wszystkim, co nie wiązało się z jej własnym dobrostanem.
Za plecami Angel rozpiszczała się mała dziewczynka; wydawanie dźwięków o takim natężeniu powinno być zakazane prawem. Angel zatkała uszy palcami.
- Przestań - ofuknęła ją matka. - Masz osiemnaście lat, a nie osiem.
No tak. Kolejna rzecz na liście kwalifikacji: ekspertka w podlizywaniu
się temu facetowi, który akurat płacił rachunki. Tak naprawdę matka
Angel nie lubiła rozwrzeszczanych dzieciaków równie mocno jak córka, ale
w tej chwili odgrywała przecież rolę żony Myrona. A żona Myrona była
matką pięciolatki. To oznaczało, że musiała udawać wielce zadowoloną z bycia na tej imprezie, a częścią tego przedstawienia było karcenie
Angel, kiedy zachowywała się niezgodnie ze scenariuszem.
Angel przewróciła oczami. Matka była żałosna. Myron zresztą też. I Ofelia, jego wstrętna córunia. Cała ta rodzina to obraz nędzy i rozpaczy. Angel także, bo z konieczności była jej częścią.
Musiała się wyrwać.
Prawie jej się udało przetrwać dzieciństwo bez konieczności użerania się
z jakimikolwiek ojczymami. Kiedy dorastała, jej matka szukała "tego
właściwego na męża i ojca", co oznaczało kogoś, kto miałby masę szmalu.
Angel straciła rachubę, ilu kandydatów przewinęło się przez te lata
przez ich dom. Zawsze ktoś się tam kręcił. Niektórzy mieli dzieci,
niektórzy nie. Ale nawet ciągana na wspólne "rodzinne randki" Angel była
w tej komfortowej sytuacji, że wiedziała, iż to wszystko tymczasowe. Nie
musiała wracać do domu z tym facetem czy jego dzieciakami. W końcu
jednak matka poznała Myrona. A razem z Myronem zjawiła się Ofelia.
Kto tak w ogóle nazywa dziecko? Ofelia? Ofelia była ukochaną Hamleta,
kobietą, która oszalała, kiedy duński książę, jak sądziła, popadł w obłęd. Kto normalny inspiruje się taką historią do nadania imienia
dziecku?
Angel z ciekawości poszukała informacji o imieniu Ofelia. Dowiedziała
się, że pochodzi ono z greki, od słowa ophelos oznaczającego "pomoc".
Nieźle się uśmiała, kiedy to przeczytała. Wszystko się zgadza: "Pomocy,
dali mi imię po jakiejś tragicznej świrusce!". Wyobrażała sobie, jak
Ofelia woła to tym swoim piskliwym głosikiem.
A propos wkurzającego głosiku...
- Nie chcesz pizzy? - zapytała ją Ofelia. Zanim Angel zdołała
odpowiedzieć, dodała: - Podzielę się z tobą.
Potem podsunęła Angel pod nos plaster cuchnącej namiastki pizzy.
Angel nie znosiła pizzy od Freddy'ego - w sosie było zdecydowanie za
dużo bazylii, przez co naprawdę nieznośnie śmierdział i był według Angel
zupełnie niejadalny. Ofelia nie trafiła do jej ust i umazała sosem
policzek dziewczyny. Angel czuła też, że włosy jej się kleją.
Pacnęła rękę małej.
- Zabieraj to ode mnie!
Ofelia skrzywiła się boleśnie. Odskoczyła i wypuściła pizzę z rąk,
wierzchem prosto na dekolt Angel, skąd plaster zsunął się na kolana
dziewczyny.
Angel zerwała się na równe nogi i pizza spadła na podłogę. Spojrzała na
swoje najlepsze dżinsy, teraz poplamione na czerwono.
- Ty bachorze! - wrzasnęła.
Podbródek Ofelii zadrżał, a z jej oczu polały się łzy.
- Chciałam tylko się podzielić.
- Nie krzycz na siostrę! - wtrąciła się ostro matka Angel.
- To nie jest moja siostra! - krzyknęła Angel. Złapała garść serwetek i zaczęła wycierać twarz i włosy.
Robiąc to, zauważyła, że gapią się na nią dzieci i dorośli z sąsiednich
stolików. Super. Udało jej się zrobić z siebie przedstawienie nawet w sali pełnej rozwrzeszczanych maluchów. Poczuła, że się czerwieni, i prędko usiadła.
- Angel - warknął Myron, piorunując ją wzrokiem w sposób, który w ostatnim czasie rezerwował tylko dla pasierbicy. Potem zwrócił się do
Ofelii: - Chodź do taty, księżniczko.
Zapłakana już na serio Ofelia wspięła się na jego kolana.
- Uderzyła mnie, tato. A ja tylko chciałam się podzielić pizzą! - Ofelia
podniosła rączkę, żeby Myron mógł ją obejrzeć. Nie było tam nic poza
sosem z pizzy, ale mężczyzna uważnie przyjrzał się biednej, skrzywdzonej
dłoni i ją cmoknął. Potem znowu spojrzał na Angel.
- Nie uderzyłam jej - zastrzegła dziewczyna, zanim zdołał się odezwać. -
Po prostu odsunęłam jej rękę.
Technicznie rzecz biorąc, to nie była prawda, ale gdyby przyznała się do
skrzywdzenia małej, dostałaby szlaban na rok.
Myron otworzył usta, ale przerwał mu jeden z animatroników na scenie tuż
przed ich stolikiem. Jako solenizantka Ofelia otrzymała najlepsze
możliwe miejsce na widowni, by obejrzeć koncert Fazbear Extravaganza.
Byli pół metra od sceny. Gdyby Angel chciała, mogłaby wyciągnąć rękę i gwizdnąć trochę lukru z wysokiego na półtora metra tortu urodzinowego,
który stał na brzegu sceny, nieopodal zespołu animatroników.
Drżała na myśl o koncercie, bo wiedziała, że będzie głośny i chaotyczny
- do granic wytrzymałości. Ale teraz cieszyła się, że przyszedł na niego
czas. Przynajmniej odciągał uwagę od rodzinnej sceny, która rozgrywała
się przy ich stoliku.
Ofelia w jednej chwili zapomniała o brutalnym ataku na swoją cenną
kończynę. Zwróciła się do Myrona:
- Tato, do góry!
Posłusznie podniósł ją tak, żeby mogła stanąć mu na kolanach. Obfite
falbanki żółtej, koronkowej sukienki Ofelii wciskały mu się w twarz.
Myron jedną ręką trzymał córeczkę, a drugą próbował odsuwać od siebie
natarczywy tiul.
Ofelia wpatrywała się w scenę roziskrzonym wzrokiem. Kręciła biodrami i machała ramionami w dziwacznym, niezgrabnym tańcu.
Angel nie cierpiała Ofelii. Była nieznośna, zawsze się jej czepiała, a to podsuwała jakąś grę planszową, a to błagała, żeby pobawiły się w odgrywanie scenek. Prawie co wieczór wskakiwała jej do łóżka z książką i piszczała żałośnie: "Poczytasz mi?". Angel czasami czytała, ale miała
małej za złe, że tak ją absorbuje. Była przecież zajęta i nie miała
czasu na zajmowanie się młodszą siostrą.
I jeszcze te konie. Ofelia miała bzika na ich punkcie. Wypełniały cały
jej pokój: pluszaki, plastikowe i drewniane figurki... plakaty, zdjęcia,
olejne obrazy przedstawiające konie. Miała wielkiego konia na biegunach
i ujeżdżała go codziennie, choć robiła się na to za duża. Urządzała
także przejażdżki lalkom. Taki był świat Ofelii. Konie i lalki. W rzeczy
samej taki był też motyw imprezy. Angel miała już po dziurki w nosie
koni: słuchania o nich, czytania na ich temat i uczestniczenia w koniocentrycznych zabawach Ofelii.
Kiedy dziewczynka zażądała, żeby imprezę urodzinową zrobić jej u Freddy'ego, bo - niestety - była to jej ulubiona restauracja, Angel
zauważyła, że tam nie można urządzić przyjęcia z motywem przewodnim
koni, a tego Ofelia również się domagała. U Freddy'ego nie było zabawek
przedstawiających konie. Ale Ofelii to nie zniechęciło. Miała swoje
życzenia i ich się trzymała.
U Freddy'ego motywem przewodnim imprez był zwykle Freddy. Myron musiał
wynegocjować z kierownictwem restauracji możliwość przyniesienia
specjalnych serwetek, talerzyków, kapelusików i dekoracji. Kupił też
wszystkim dzieciakom po zabawkowym koniu. Angel nasłuchała się za
wszystkie czasy udawanego rżenia.
- Super przyjęcie, tato - zawołała Ofelia. Wyszczerzyła w uśmiechu
poplamione sosem zęby. Przypominała małego kanibala. Nie było w tym
widoku nic ładnego.
Prawdę mówiąc, w wyglądzie Ofelii nie było nic ładnego. Jakkolwiek ją
wystroić, była brzydkim dzieckiem. Biedaczka. Tylko to sprawiało, że
Angel czuła w stosunku do niej odrobinę sympatii. Oczywiście Ofelia
zalazła jej za skórę, ale dziewczynka nic nie mogła poradzić na to, jak
wyglądała. Tak jak Angel wzięła urodę po mamie, tak Ofelia odziedziczyła
swoją po Myronie.
Angel nie potrafiła pojąć, z jakiego powodu jej matka uważa, że
poszczęściło jej się z tym facetem - i nie miała na myśli tylko
pieniędzy, naprawdę uważała, że to przystojniak. Według Angel wyglądał
raczej jak goryl. Wysoki i zwalisty, o ciemnych włosach... na całym ciele.
Był najbardziej kudłatym mężczyzną, jakiego w życiu widziała. Ofelia tej
cechy oczywiście po nim nie odziedziczyła, ale za to miała wydatne łuki
brwiowe ojca, jego duży nos i małe oczka. A do tego nieproporcjonalnie
długie ramiona. Wyglądała jak szympans, co było niewesołe. Jasne,
szympansy są śmieszne i urocze, ale o dzieciaku, który przypomina małpę,
nie sposób było powiedzieć tego samego.
Na scenie przed Ofelią animatroniki Freddy'ego szykowały się do występu.
Konferansjer, pracownik restauracji w cylindrze i jaskrawoczerwonym
smokingu, przekomarzał się z publicznością. Był młody, miał jasne włosy
i okrągłą twarz, z której nie schodził uśmiech.
- Wszyscy się bawią ekstrasuperancko? - zapytał.
- Tak! - wrzasnęły chórem dzieci.
Ofelia wywrzeszczała swoją odpowiedź jeszcze głośniej. Ten dźwięk
sprawił, że skronie Angel przeszył ból.
- Jesteście gotowi na jeszcze więcej frajdy?! - zawołał teraz sam
Freddy.
- Tak! - padła kolejna chóralna odpowiedź.
- Frajda, więcej frajdy! - zapiszczała Ofelia. Zaczęła tak gwałtownie
wiercić się na kolanach ojca, że omal jej nie upuścił.
- Gotowi na rock'n'roll?! - krzyknął Freddy.
Cała restauracja zabrzmiała gromkim "Tak!". Tylko Angel nie przyłączyła
się do krzyku. Potem rozległy się wiwaty.
Angel zauważyła, że Myron łypie na nią groźnie zza rozłożystej spódnicy
córki. Nie obeszło jej to. W restauracji było za głośno, żeby mógł na
nią wsiąść. Zignorowała ojczyma, wstała od stolika i ruszyła na
poszukiwanie łazienki, żeby spróbować uratować dżinsy.
Długie, prostokątne stoły restauracji Freddy'ego były stłoczone razem, a wokół nich roiło się od niebezpiecznie pobudzonych dzieci. Tu i ówdzie
siedział jakiś wymęczony i zrezygnowany dorosły. Angel musiała nieźle
kluczyć, żeby wyswobodzić się spomiędzy niesfornej czeredy.
Kiedy już prawie wydostała się ze strefy walk, zderzyła się z pracownikiem restauracji. Zaczęła przepraszać, ale wtedy on odwrócił się
do niej. Zamilkła po pierwszym słowie, bowiem patrzyła na jednego z najprzystojniejszych facetów, jakich zdarzyło jej się widzieć w życiu.
Ten obraz odebrał jej mowę.
- Sorki - powiedział przystojniak. - Powinienem patrzeć, jak chodzę.
Angel otworzyła usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk.
Przystojny chłopak wyszczerzył zęby w uśmiechu i znowu zaczął coś mówić,
ale w tej właśnie chwili animatroniki na scenie zaczęły ryczeć jakiś
rockowy numer głosami, od których więdły uszy. Ich wokal, któremu
towarzyszyła muzyka wygrywana głównie na perkusji i gitarach
elektrycznych, zagłuszał wszystko i uniemożliwiał rozmowę.
Angel ruszyła w swoją stronę, ale chłopak wziął ją za rękę i wyprowadził
z sali restauracyjnej. Pomyślała, że ma tupet, ale nie protestowała, bo
jego dłoń była ciepła i silna... a na jej drugim końcu znajdował się...
przystojniak. No i ostatecznie ratował ją od hałasu i wściekłego
rozgardiaszu na scenie i na widowni.
Boleśnie świadoma, że we włosach ciągle ma sos z pizzy, Angel podniosła
rękę, żeby wytrzeć twarz. Żałowała, że nie ma lustra, żeby doprowadzić
się do porządku.
Gdyby nie sos, byłaby całkiem zadowolona ze swojego wyglądu. Choć matka
niewiele dla niej zrobiła, przynajmniej przekazała jej swoje dobre geny.
Angel miała więc jasne włosy matki (tyle że sama nosiła je długie do
ramion), jej niebieskie oczy, regularne rysy i smukłą sylwetkę. Nie
interesowała się modą i kosmetykami tak jak matka, ale miała swój własny
styl. Nie nosiła wiele makijażu, podkreślała tylko oczy czarną kredką, a usta - błyszczykiem. Lubiła sklepy z używaną odzieżą w stylu retro i miała dryg do dodatków - apaszek, biżuterii i tym podobnych. Tak chętnie
się nimi bawiła, że zwykle nosiła w torebce zapasową apaszkę albo sznur
paciorków, żeby móc zmienić wizerunek, kiedy zajdzie taka potrzeba. Dziś
owinęła wąską talię paskiem z lat siedemdziesiątych, a pod nim miała
zwiewną tunikę w stylu lat sześćdziesiątych, która otulała jej kształty
dokładnie tak, jak trzeba. Gdyby Ofelia nie zdecydowała się jej oblać
sosem, Angel mogłaby w tym stroju spokojnie iść na randkę.
Przystojniak poprowadził ją korytarzem za salą restauracyjną. Korytarz,
którego ściany zdobiły rzędy rysunków przedstawiających animatroniki od
Freddy'ego, biegł przez całą długość sali restauracyjnej i łączył
wejście z zapleczem restauracji, gdzie zapewne znajdowały się kuchnia i biura. Rysunki oprawione były w żółte ramki, a postacie na nich miały
wesołe, zawadiackie miny.
Od korytarza odchodziło kilkoro drzwi, w tym te prowadzące do toalet.
Angel zerknęła na wejście do damskiej łazienki, kiedy je mijali.
Żałowała, że nie może wejść i nieco się oczyścić.
Szli jednak w stronę wyjścia z restauracji. Angel zastanawiała się, czy
przystojniak poprosi ją, żeby razem uciekli. Ale zaprowadził ją tylko do
małej poczekalni nieopodal wyjścia, umeblowanej czerwonymi plastikowymi
krzesłami.
Kiedy do nich dotarli, wskazał jedno z nich.
- Usiądź. Zaraz wrócę.
Pomknął z powrotem w głąb korytarza, którym właśnie przyszli.
Kiedy jej pośladki klapnęły na plastik, zaczęła zastanawiać się,
dlaczego tak posłusznie robi to, co każe jej tamten chłopak. Czyżby
miała w sobie więcej z matki, niż sądziła? Czy zamienia się w lalkę
stworzoną do usługiwania facetom?
Nie potrafiła sobie tego wytłumaczyć, ale siedziała cierpliwie przez
dobrą minutę. Potem, zaniepokojona faktem, że oto być może rezygnuje
całkowicie ze swojej niezależności, zaczęła się podnosić. Dlaczego w ogóle pozwoliła się tu przyprowadzić?
Przystojniak znowu się zjawił. Niósł zwitek papierowych ręczników i butelkę z rozpylaczem, napełnioną czymś, co wyglądało jak woda. Usiadł
na krześle obok Angel.
Rany, ale z niego było ciacho! Chłopak był odrobinę wyższy od Angel,
szeroki w barach, wąski w biodrach i wysportowany. Miał ciemne włosy i oczy oraz zdecydowane rysy; stanowił typ, któremu nie oparłaby się chyba
żadna dziewczyna.
- Jestem Dominic - przedstawił się przystojniak. Głos też miał cudowny,
głęboki i dźwięczny.
Angel bezwiednie opadła z powrotem na krzesło.
- Angel - powiedziała.
- Jak anioł? Coś w tym jest.
Przewróciła oczami. Dominic wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Już to słyszałaś. Oczywiście.
Uśmiechnęła się. Nie potrafiła się powstrzymać. Nie sposób było się temu
chłopakowi oprzeć.
- Z twoich ust zabrzmiało najlepiej.
Dominic się roześmiał.
- O, to dobry tekst. Powinienem się od ciebie uczyć.
Angel też się zaśmiała.
- Nie, to słaby pomysł. Zwykle po prostu gadam, co mi ślina na język
przyniesie. To nie zawsze najlepsza opcja.
- Nie zgadzam się. Szczerość jest zdecydowanie niedoceniana.
Z sali restauracyjnej wysypała się grupka rozchichotanych dziewczynek.
Przebiegły korytarzem i wpadły do damskiej łazienki jak rój różowych,
koronkowych pszczółek. Angel ucieszyła się, że jednak tam nie weszła.
Odwróciła się znowu do Dominica, uznając, że może równie dobrze
przekonać się, co będzie dalej.
- Dzięki za ratunek.
- Ratunek? Wykonuję tylko swoją pracę. Jestem asystentem kierownika i muszę między innymi dbać o to, żeby klienci byli zadowoleni. Zobaczyłem
ładną dziewczynę umazaną sosem z pizzy i uznałem, że czysta będzie
bardziej zadowolona. - Podniósł butelkę i ręczniki. Potem wyciągnął rękę
i dotknął sklejonych sosem włosów Angel. - Nie to, żeby źle ci było w tej stylówce na bazie włoskiego jedzenia.
Angel znowu się roześmiała.
Dominic nachylił się do niej.
Wstrzymała oddech.
- Pozwolisz? - powiedział. - Sos pomidorowy to chyba kiepska odżywka, a jeśli chodzi o kolor, to cóż, ta czerwień nie pasuje do reszty fryzury.
Angel milczała. Starała się przypomnieć sobie, co ostatnio zjadła. Nie
spróbowała ani odrobiny pizzy, którą zamówili Myron i jej matka. Zjadła
tylko parę cukierków czekoladowych. Od tego nie powinna mieć nieświeżego
oddechu.
Dominic wycierał jej włosy i skórę na policzku i szyi papierowym
ręcznikiem zwilżonym zawartością butelki. Cokolwiek to było, pachniało
kwiatami i było ciepłe. Bardzo kojąco działało na skórę na szczęce i uchu, a Dominic wykazywał się taką delikatnością.
Kim on był? Miała wrażenie, że jest z zupełnie innej planety niż kolesie
z jej szkoły. W porównaniu z nim były z nich buraki. Żaden nie umiałby
wyczyścić włosów z sosu do pizzy.
- No, tak lepiej - odezwał się Dominic. Założył Angel kosmyk włosów za
ucho. Potem spojrzał w dół, na jej dżinsy. Wyciągnął do niej rękę z pozostałymi ręcznikami. - Myślisz, że dasz radę z resztą? Nie chciałbym
cię urazić.
Roześmiała się, biorąc od niego papier.
- Doceniam to.
Zaczęła pracować nad usunięciem plamy z dżinsów. Głęboka czerwień nieco
przybladła, ale nie zniknęła. Angel miała nadzieję, że zejdzie w praniu.
- Zakładam, że jesteś tu z rodziną, mam rację? - odezwał się Dominic,
kiedy skończyła czyścić spodnie.
- Tak. Coś w tym guście. Moja przybrana siostra świętuje urodziny.
- A, łapię. Czyli naprawdę cię uratowałem. Każe ci też czyścić palenisko
i szorować podłogi, Kopciuszku?
- Pewnie by kazała, gdyby miała już dość lat, żeby się przejmować takimi
rzeczami. Jak na razie dręczy mnie głównie jej tatuś, czyli mój ojczym.
- Rozumiem. Tak, takie coś potrafi dać w kość.
- Zgadza się.
- Nie widziałem cię tu wcześniej. Do której szkoły chodzisz?
- Za miesiąc kończę Merrimount. A ty?
- Też kończę za miesiąc... ale Graves Academy.
- O, wypas.
Graves Academy było prywatną szkołą dla prawdziwych mózgowców. Wbrew
sobie Angel musiała przyznać, że jej to zaimponowało.
- No nie? - Dominic wskazał na służbową kamizelkę i identyfikator. -
Wiem, że i te ciuchy z naszej pizzerii fajnie na mnie leżą, ale powinnaś
zobaczyć mnie w szkolnym mundurku. Skarpetki by ci spadły z wrażenia.
Angel zerknęła na swoje odziane w sandałki stopy. Dominic podążył za jej
spojrzeniem.
- No widzisz? - dodał. - Wystarczyło, że pomyślałaś o mnie w szkolnym
mundurku i już nie ma skarpetek.
Angel jęknęła, ale jednocześnie się roześmiała. Dominic odpowiedział
uśmiechem.
- A zatem jak to się stało, że skończyłaś z pizzą wszędzie, tylko nie w brzuchu? Nie mów tylko, że któryś kelner tak zawalił.
- Nie, nie kelner. Ofelia.
Dominic uniósł brew.
- Ta od Hamleta?
- Dokładnie, widzisz? Właśnie o tym myślałam. Kto normalny daje dziecku
na imię Ofelia?
- To całkiem ładne imię, ale kojarzy się słabo. Ofelia to...?
- Moja przybrana siostra.
- A, zła przybrana siostra. "Precz, przeklęta plamo!"1.
Angel znowu się roześmiała.
- Chyba już się pogubiłeś w tym Szekspirze.
- "Jakiś potwór tu nadchodzi" - powiedział Dominic.
Angel zaśmiała się jeszcze głośniej.
- To już bliżej, ale nadal nie ta sztuka.
- Aha. "Słowem, rzetelnym bądź sam względem siebie".
- Dzyń, dzyń, dzyń. Nagroda dla tego gracza - zawołała Angel. - Udało mu
się znaleźć drogę z powrotem do Hamleta.
Zaśmiali się oboje, a potem jednocześnie zaczęli mówić.
- Dziękuję za... - powiedziała Angel.
- Słuchaj, może... - odezwał się w tej samej chwili Dominic.
Oboje urwali i uśmiechnęli się szeroko.
Zanim którekolwiek z nich dokończyło zdanie, rozległ się damski głos,
wołający:
- Dominic!
Angel i Dominic odwrócili się w stronę, z której dobiegało wołanie. Przy
wyjściu z sali restauracyjnej stała pracownica, kobieta po trzydziestce.
- No, tu jesteś - skomentowała, widząc chłopaka.
Była wysoka i wysportowana, miała ciemne włosy upięte w kucyk i nosiła
służbowy strój pizzerii Freddy'ego. Wyglądała na uosobienie spokoju mimo
chaosu, który szalał wokół niej.
Dominic wstał.
- Hej, Nancy, już idę.
- Przyjdź do mnie do kuchni - powiedziała Nancy.
Dominic odwrócił się i wyciągnął rękę. Angel ją ujęła. Cieszyła się, że
znów ma okazję trzymać dłoń chłopaka.
- Przepraszam, że muszę zostawić cię samą z tym wszystkim - zatoczył
krąg ramieniem - i z twoją złą przybraną siostrą, ale obowiązki wzywają.
- Nie ma sprawy.
Uśmiechnął się do niej.
- Zanim szefowa tak brutalnie nam przerwała, chciałem zapytać, czy masz
ochotę spotkać się jutro wieczorem. W Rocket House gra jakaś kapela
indie. Co ty na to?
- Bardzo chętnie.
- Super. Jeśli dasz mi numer, to dogadamy się i przyjadę po ciebie.
Jeśli wolisz mi go nie dawać, spotkajmy się na miejscu.
Angel wyrecytowała prędko numer domowego telefonu. Dominic się
roześmiał.
- Jasna sprawa.
Powtórzył numer, a ona kiwnęła głową.
- Nie zapomnisz? - zapytała, widząc, że go nie zapisuje. Miała ochotę
kopnąć się za to w kostkę, bo zabrzmiała jak desperatka.
Dominica chyba to nie zniechęciło.
- Mam świetną pamięć. Nie zapomnę numeru. Ani ciebie.
Oblała się rumieńcem.
Dominic sięgnął do kieszeni służbowej kamizelki.
- Proszę. To moja wizytówka. Dzwoń o każdej porze.
Angel wzięła wizytówkę w barwach pizzerii i wsunęła do kieszeni dżinsów.
- Ale nie będziesz musiała - dodał Dominic. - Będę szybszy. Dzisiaj
zapowiada się praca do późna. Dużo sprzątania, a potem trzeba
przygotować restaurację na kolejną imprezę jutro. Ale zadzwonię dziś
wieczorem, żeby dogadać godzinę spotkania.
Angel skinęła głową.
- Wracasz tam? - zapytał. Wzruszyła ramionami i znów kiwnęła głową.
- Chyba muszę.
Zaśmiał się i podsunął jej ramię.
- Czy mogę zaoferować wielmożnej pani eskortę do bram piekieł?
Odpowiedziała śmiechem, ujmując go pod rękę.
- Oczywiście, wasza wysokość Książę z Bajki.
Dominic zachichotał i poprowadził ją z powrotem do sali restauracyjnej.
Zanim puścił jej rękę i pozwolił wejść do środka, lekko uścisnął jej
dłoń.
- Do usłyszenia później - powiedział.
Pokiwała głową.
- Gdzie się podziewałaś? - zaatakował Myron, gdy Angel wróciła do
stolika.
Animatroniczny zespół szykował się teraz do rundy śpiewania z publicznością.
Angel łypnęła niechętnie na ojczyma.
- Musiałam iść się umyć po tym, jak twoja niezdarna córunia wysmarowała
mnie pizzą.
Matka Angel nachyliła się ku nim.
- Po co ten ton, Angel? Ofelia ma dopiero pięć lat.
- Jasne, wiem. A mimo to rządzi całym domem. Gdzie tu sens, gdzie
logika?
Myron pokręcił głową.
Zaczęło się wspólne śpiewanie i Angel zauważyła Dominica, który też
śpiewał, chodząc z gracją od stolika do stolika. Jego głos przebijał się
ponad głosikami dzieci. I był naprawdę niezły!
Patrzyła, jak wtóruje triu rozbrykanych chłopców, i zastanawiała się,
czy myślał o karierze estradowej. O tym marzyła ona. Chciała zostać
aktorką, piosenkarką i tancerką. Do wszystkich tych rzeczy miała
jednakowy talent. Naprawdę. Każdy nauczyciel na zajęciach teatralnych i na muzyce powtarzał, że stać ją na to, żeby przebić się w branży
rozrywkowej. To dzięki ich namowom zdecydowała się zdawać do studium
teatralnego. Bez tego pewnie nie miałaby odwagi.
- Publiczność będzie cię ubóstwiać, Angel - powiedziała jej ulubiona
nauczycielka aktorstwa, dając jej formularz zgłoszeniowy. - Będziesz
wyjątkowa, nie ma i nie będzie takiej drugiej jak ty.
Składając podanie o przyjęcie do szkoły, nie miała pojęcia, jak ją
opłaci, bo Myron stwierdził, że nie ma zamiaru finansować jakiejś
"szkoły dla komediantów, która nie przygotowuje nikogo do prawdziwego
życia". Nie posiadała się z radości, gdy dowiedziała się, że przyznano
jej kredyt studencki.
Patrzyła, jak Dominic tańczy z kilkorgiem dzieci coś w rodzaju rumby.
Maluchy były rozpromienione. Dziwne - wcześniej ta scena sprawiłaby, że
Angel przewracałaby co sił oczami, ale teraz myślała, jak dobrze chłopak
radzi sobie z dziećmi... i całe to miejsce zaczęło jawić jej się w zupełnie innym świetle.
Matka popukała ją w ramię.
- Dlaczego nie śpiewasz? Przecież tak to lubisz.
Wzruszyła ramionami. W sumie matka miała rację. Dlaczego by nie
zaśpiewać?
I zaśpiewała.
- Nie tak głośno - upomniała ją momentalnie matka.
Angel zamilkła i skrzyżowała ramiona na piersi. Próbowała odszukać
wzrokiem Dominica, ale grupa dzieciaków wspięła się teraz na krzesła i tańczyła na nich, zasłaniając widok.
Minęła cała wieczność, nim wreszcie śpiewy umilkły i konferansjer zaczął
prawdziwe przedstawienie. Robił wiele hałasu wokół Ofelii, którą
wprowadził na scenę, żeby mogła zdmuchnąć świeczki na gigantycznym
torcie. Dziewczynka oczywiście nie była w stanie sobie poradzić z pięcioma świeczkami. Animatroniki jej więc pomogły. Angel przez sekundę
zastanawiała się, jak to działa. Musiały chyba mieć w pyskach jakieś
dmuchawy.
Kiedy Ofelię już nagrodzono oklaskami, pełnymi uznania pogwizdywaniami i nawet owacjami na stojąco za zdmuchnięcie dwóch z pięciu świeczek,
kelnerzy zaczęli kroić tort i rozdawać go gościom; tymczasem
animatroniczne kukły kontynuowały występ. Angel zgarbiła się na krześle
i patrzyła, jak tańczą. Żałowała, że nie może zaplanować im inaczej
układu.
Zakończono rozdawanie tortu; wśród zgiełku rozległ się przenikliwy pisk
zakłóceń dobywających się z mikrofonu, po czym odezwał się konferansjer:
- A teraz wielki finał naszej imprezy. Czy mogę prosić solenizantkę
ponownie na scenę?
Ofelia wyszczerzyła zęby w uśmiechu i wbiegła na estradę. Rozległy się
wiwaty.
Angel rozejrzała się po sali i wreszcie dostrzegła Dominica. Rozmawiał z szefową, stojąc pod ścianą na samym skraju. Dostrzegł jednak, że
dziewczyna na niego zerka. Pomachał do niej, na co Angel się
uśmiechnęła. Może jednak wszystko idzie ku dobremu. Przecież do końca
szkoły został tylko miesiąc, potem miała pojechać do koleżanki w innym
stanie na trwające przez całe wakacje warsztaty teatralne. Angel dostała
stypendium na tę okoliczność, do tego odkładała pieniądze na bilety i jedzenie, które miały być jej jedynymi wydatkami, bo koleżanka przecież
nie zażąda od niej czynszu. A po wakacjach - studium teatralne! Już
niedługo będzie miała swoje życie, będzie dokonywała własnych wyborów i przestanie być zmuszona słuchać rozkazów Myrona i ustępować we wszystkim
Ofelii.
- A teraz gwóźdź programu! - krzyknął konferansjer. - Opuszczajcie!
Zespół zagrał głośne fanfary i coś zaczęło zjeżdżać spod sufitu w dół.
Angel spodziewała się, że zobaczą piniatę w kształcie Freddy'ego czy coś
w tym rodzaju. Piniaty były ostatnimi czasy bardzo modne na
kinderbalach.
Jednym okiem śledziła zjeżdżający spod sufitu obiekt. Zamrugała i przyjrzała się uważniej, kiedy zobaczyła, że to nie piniata, a przynajmniej nie taka, do jakich była przyzwyczajona.
Drżąc i wibrując, ku scenie opuszczało się powoli coś w rodzaju posągu,
który sprawiał wrażenie miękkiego. Posąg miał z grubsza kształt
dziewczynki i nie był wykonany z kartonu.
Przypominał raczej... czy to coś słodkiego?
Angel wychyliła się nieco do przodu, mrużąc oczy. Tak. Materiał wyglądał
na żelkę. Posąg był wielką żelką. Niech będzie, tu im się udało ją
zaskoczyć.
Równie teraz zaciekawiona, co zniesmaczona Angel patrzyła, jak żelkowa
postać rozkłada ramiona, kopie nogami i wierci się w powietrzu. Musiała
być animatronikiem podobnym do Freddy'ego i jego kapeli, bo ustawicznie
się poruszała. Miotała się na wszystkie strony.
Dziwaczne. Ohydne. Może trochę fajne.
- Drogie dzieci! - zawołał konferansjer. - Oto coś specjalnego dla
waszych brzuszków. Urodzinowa żelka!
Dzieci zaczęły wiwatować.
Konferansjer spojrzał tymczasem na Ofelię.
- Młoda damo, do ciebie, jako naszej solenizantki, należy przywilej
wzięcia pierwszego kęsa pysznej żelki. Zaczniesz od palców u nóg. I podobnie na tobie spoczywa obowiązek zjedzenia ostatniego kawałka - nosa
naszej figurki.
Ofelia roześmiała się, klaszcząc w dłonie. Ruszyła w stronę żelkowego
posągu.
Konferansjer podniósł rękę.
- Zanim zaczniesz, droga solenizantko, chcę jeszcze raz powtórzyć, tak
żeby wszyscy słyszeli. Tylko solenizantka ma prawo zjeść nos żelki.
Należy do Ofelii, tylko i wyłącznie do niej. Czy wszyscy zrozumieli?
- Tak! - odpowiedziały chórem dzieci.
- Doskonale - odparł konferansjer. - Możesz zaczynać, Ofelio, a potem
dołączy reszta. Wszyscy weźcie gryza, żeby pożreć całą naszą pyszną
żelkę! Do biegu, gotowi - start!
Ofelia podbiegła do gumowego posągu i odgryzła mu wielki palec u nogi.
Chociaż był zrobiony z cukrowej masy, Angel poczuła lekkie mdłości na
ten widok. Pomyślała, że to dziwne - posąg ciągle się ruszał, gdy reszta
dzieci wpadła na scenę i zaczęła pożerać jego nogi. Spodziewałaby się,
że wyłączą mechanizm, zanim pozwolą dzieciom dobrać się do tego czegoś.
Znowu znudzona widokiem dzieci rojących się wokół żelki i ją
pożerających, Angel rozparła się na krześle i zaczęła wystukiwać stopą
rytm. Przez kilka minut patrzyła, jak dzieci jedzą, ale potem zaczęła
czuć się nieswojo. Cała ta scena przypominała wstrętne filmy
przyrodnicze tak uwielbiane przez Myrona. Te, w których lwy doganiały
zebrę i zaczynały ją rozszarpywać. Angel nie znosiła takich filmów.
- To natura, Angel - mawiał Myron, kiedy to budziło jej zastrzeżenia. -
Musisz się uodpornić.
Natura, nie natura, nie lubiła patrzeć, jak coś zjadane jest żywcem. Nie
lubiła nawet widoku homarów w restauracyjnych akwariach.
Żelkowy posąg był odrobinę zbyt realistyczny, żeby mogło ją cieszyć jego
rozszarpywanie przez rój dziecięcych ząbków. Kiedy zatem dzieci do
połowy pożarły już nogi, sięgnęła do torebki i wyjęła pilnik. Zaczęła
poprawiać manicure.
W jej odczuciu minęło kilkanaście lat, nim konferansjer zawołał:
- Świetnie, dzieciaki! Pamiętajcie, żelkowy nos jest dla Ofelii i tylko
dla niej!
Angel podniosła wzrok i zobaczyła, że dzieci dotarły już do szyi. Z posągu została tylko głowa. Opuszczono ją niżej, tuż nad scenę, żeby
dzieci mogły i do niej się dobrać. Angel patrzyła, jak pulchny dzieciak
odrywa białymi ząbkami ucho żelki. Żołądek podszedł jej do gardła.
Prędko opuściła z powrotem wzrok na paznokcie. Nie podniosła go, dopóki
konferansjer nie zawołał:
- Wszyscy stop!
Dzieci zamarły.
Z głowy prawie nic nie zostało.
- Ofelio, nasza solenizantko, zapraszam po nos urodzinowej żelki -
zachęcił konferansjer.
Angel jeszcze raz podniosła wzrok. Zobaczyła, że Ofelia siedzi na brzegu
sceny i wygląda, jakby było jej niedobrze. Niezrażony konferansjer
podszedł do niej tanecznym krokiem, pociągnął do góry, stawiając ją na
równe nogi, i podprowadził do resztek żelki.
- Weź swój żelkowy nos - powiedział.
Ofelia zerknęła na konferansjera, po czym wyciągnęła rękę i oderwała nos
od niemal całkowicie pożartej głowy. Potem pociągnęła za spodnie młodego
mężczyzny, a on nachylił się do niej. Wyszeptała mu coś do ucha. Ten
wyprostował się.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki