Five Nights at Freddy's. Pięć koszmarnych nocy. Oficjalna książka filmowa - Scott Cawthon

Kup ebooka

41.90 zł
32.68 zł (32,26 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Ostry meta­lowy gwint śruby wgry­zał się w opuszki pal­ców Boba, głę­boko je naci­na­jąc. Krew spla­miła łeb śruby i kapała na zardze­wiałą, szarą meta­lową pokrywę wen­ty­la­cyjną, którą Bob usi­ło­wał zdjąć ze ściany.

Odkrę­cił już dwie śruby. Pró­bo­wał odchy­lić pokrywę od ściany, ale metal trzy­mał zbyt mocno. Musiał wykrę­cić także trze­cią. Otwór wen­ty­la­cyjny był duży, wystar­cza­jąco duży, jak sądził Bob, żeby się przez niego prze­do­stać. Musiał być. Bo jeśli nie... Cóż, Bob wolał o tym nie myśleć.

- No dalej, rusz się - mruk­nął. Słowa padały w ryt­mie stac­cato, prze­ry­wane sap­nię­ciami. Serce Boba waliło tak mocno, że miał wra­że­nie, iż wyci­ska mu powie­trze z płuc.

Za nim roz­legł się gło­śny huk, który wpra­wił w drże­nie stół, pod któ­rym kucał Bob. Męż­czy­zna odru­chowo pode­rwał głowę, żeby spoj­rzeć przez ramię, i ude­rzył nią o blat. Pul­su­jący ból, który wybuchł w jego czaszce, dodał do listy jego pro­ble­mów także zawroty głowy. Bob wpa­try­wał się w barierę, którą zbu­do­wał przed meta­lo­wymi drzwiami biura. Czy wytrzyma?

Kolejny huk. Ten zatrząsł całym pomiesz­cze­niem; Bob poczuł wibra­cje prze­ni­ka­jące go do kości. Zmie­niły się one w skurcz paniki, gdy zachwiała się jedna z sza­fek na doku­menty, któ­rych kilka usta­wił na biurku. Biurko było zakli­no­wane przy drzwiach, ale jeśli szafki się prze­wrócą, to czy pozo­sta­nie na swoim miej­scu?

Chwie­jący się mebel ude­rzył w krze­sło na szczy­cie stosu mebli, który uło­żył Bob, by się zaba­ry­ka­do­wać. Krze­sło prze­wró­ciło się i upa­dło na wyło­żoną lino­leum pod­łogę. Biurko drgnęło, ale pozo­stało na swoim miej­scu.

Igno­ru­jąc mro­wie­nie mię­dzy łopat­kami, które poja­wiło się, gdy tylko odwró­cił się ple­cami do drzwi, Bob sku­pił się na śru­bie. Pokryty krwią metal sta­wiał opór jesz­cze przez parę sekund.

Zaci­snął zęby, kon­cen­tru­jąc się cał­ko­wi­cie na odkrę­ca­niu śruby. W końcu się oblu­zo­wała. Upu­ścił ją, a pokrywa wen­ty­la­cyjna zawi­sła na jedy­nej pozo­sta­łej śru­bie, odsła­nia­jąc tym samym otwór w ścia­nie.

Bob spoj­rzał w czarny szyb, który się przed nim roz­cią­gał. Wydo­by­wało się z niego stę­chłe powie­trze i kłęby kurzu. Bob stłu­mił kich­nię­cie.

Za nim roz­legł się wizg przy­po­mi­na­jący dra­pa­nie paznok­ciami po tablicy, a potem ogłu­sza­jący brzęk. Bob obró­cił głowę. Szafka na doku­menty nie stała już na biurku. Leżała na pod­ło­dze. A za nią biurko zaczęło powoli wysu­wać się spod klamki.

Bob wziął głę­boki wdech, roz­glą­da­jąc się za latarką. Odło­żył ją, gdy zaczął pra­co­wać nad śru­bami. Gdzie ona jest?

Dostrzegł ją może metr od sie­bie, po pra­wej stro­nie. Rzu­cił się po nią, a w tej samej chwili zza drzwi biura dobiegł kolejny ogłu­sza­jący, meta­liczny huk.

Gło­śniki pod sufi­tem zasy­czały, a potem wydo­był się z nich meta­liczny skrzek.

Czas na mnie, pomy­ślał Bob.

Włą­czył latarkę i wczoł­gał się w ciem­ność wąskiego tunelu. Przy­spie­szał, odda­la­jąc się od biura, moty­wo­wany kolej­nymi stuk­nię­ciami i łup­nię­ciami. Czoł­gał się tak szybko, jak tylko mógł.

Trzy­dzie­sto­pa­ro­letni Bob pogo­dził się już ze swoim wyglą­dem nerda i powięk­sza­ją­cymi się zako­lami, ale sto­sun­kowo wątła syl­wetka cią­gle go drę­czyła. Teraz jed­nak był wdzięczny losowi za swoje wąskie barki. Nawet pomimo szczu­płej syl­wetki musiał się porząd­nie napo­cić, żeby prze­do­stać się przez cia­sny szyb wen­ty­la­cyjny. Jed­nak posu­wał się do przodu cał­kiem szybko, gnany cią­głym jazgo­tem z gło­śni­ków oraz dono­śnymi ude­rze­niami i wstrzą­sami, które brzmiały tak, jakby ści­gały Boba z zawrotną pręd­ko­ścią przez atra­men­tową czerń tunelu.

Wyda­wało mu się, że minęły jed­no­cze­śnie sekundy, jak i całe wieki, nim dotarł do końca szybu, któ­rym wydo­stał się z biura. Teraz tunel się roz­ga­łę­ział. Bob skie­ro­wał świa­tło latarki w lewo, a potem w prawo. Po obu stro­nach zoba­czył to samo: ciem­ność, ciem­ność i jesz­cze raz ciem­ność.

Pot szczy­pał Boba w oczy i kapał mu z koniuszka nosa. Jego nie­zno­śny smród wypeł­niał całą cia­sną prze­strzeń.

Odło­żył latarkę, by wytrzeć twarz. Chwy­cił ją z powro­tem, gdy z gło­śni­ków dobie­gło kolejne mro­żące krew w żyłach wycie. Nie tra­cąc wię­cej czasu na zasta­no­wie­nie, ruszył w lewo.

Ponow­nie zatra­cił się w sza­leń­czym ryt­mie czoł­ga­nia, co unie­moż­li­wiło mu zare­je­stro­wa­nie upływu czasu - sekund, minut? Parł naprzód, aż tra­fił na pokrywę wen­ty­la­cyjną, taką jak ta, którą zdjął w biu­rze. Jęk­nął. Zna­lazł się w pułapce? Jeśli ta pokrywa była rów­nie mocno przy­krę­cona, co poprzed­nia...

Kako­fo­nia dobie­ga­jąca z gło­śni­ków przy­bie­rała na sile. Szyb wen­ty­la­cyjny zadrżał, podob­nie jak cały budy­nek.

Bob postu­kał w pokrywę latarką. Ku jego zasko­cze­niu - i uldze - polu­zo­wała się. Odbiła się i ude­rzyła w ścianę z trza­skiem, od któ­rego Bob się skrzy­wił. Dźwięk niósł się nawet ponad wypeł­nia­ją­cym budy­nek hała­sem, a to ozna­czało, że łatwo mógł zdra­dzić jego poło­że­nie.

Szybko wyczoł­gał się z wąskiego tunelu. Napięty i gotów w każ­dej chwili zerwać się do dzia­ła­nia, sta­nął i zaczął obra­cać się wokół wła­snej osi, świe­cąc latarką. Jej pro­mień ujaw­nił stosy pudeł, typowe restau­ra­cyjne sprzęty i zamknięte drzwi z okien­kiem z mlecz­nego szkła.

Bob wypu­ścił wstrzy­my­wany oddech. Znaj­do­wał się w jed­nym z maga­zy­nów piz­ze­rii. I był sam. Przy­naj­mniej na razie.

Zro­bił krok w stronę drzwi. Się­gnął po gałkę i się zawa­hał.

Co było po dru­giej stro­nie?

Cho­ciaż Bob nie widział za mętną szybą żad­nych cieni, jego tętno przy­spie­szyło jesz­cze bar­dziej. Czuł się, jakby jego klatkę pier­siową ści­skała meta­lowa obręcz. Naprawdę bar­dzo nie chciał otwie­rać drzwi, które stały mię­dzy jego obecną, jak dotąd bez­pieczną kry­jówką a tym, co gra­so­wało na zewnątrz. Jed­nak nie mógł tu zostać na zawsze. Nie udało mu się zaba­ry­ka­do­wać w biu­rze. Ukry­wa­nie się tutaj też się nie uda. Musiał wydo­stać się z budynku.

Prze­krę­cił gałkę i otwo­rzył drzwi. Sta­ra­jąc się nie myśleć o swo­jej sytu­acji, wyszedł z maga­zynu. Rozej­rzał się i nie widząc nic poza słabo oświe­tlo­nym kory­ta­rzem, ruszył sprin­tem przed sie­bie.

Jego spor­towe buty z gumową pode­szwą ude­rzały o pod­łogę w czarno-białą kratę. Bob dotarł do rogu kory­ta­rza w ciągu kilku sekund. Wypadł zza niego i jego wzrok przy­kuł świe­cący czer­wony znak wyj­ścia nad drzwiami ewa­ku­acyj­nymi, znaj­du­ją­cymi się zale­d­wie jakieś dzie­sięć metrów dalej. Pełen nadziei pobiegł w ich kie­runku.

Roz­pę­dzony z całych sił ude­rzył w blo­kadę. Spo­dzie­wał się, że wyleci jak z procy na cudowną wol­ność pod noc­nym nie­bem, i doznał szoku, gdy jego ciało odbiło się od drzwi.

Zama­chał rękami, ledwo utrzy­mu­jąc rów­no­wagę. Jesz­cze przez kilka sekund miał nadzieję. Znów rzu­cił się na drzwi. Cho­ciaż wie­dział, że nie jest masyw­nym face­tem, nie był też zupeł­nym sła­be­uszem. Miał metr osiem­dzie­siąt i tro­chę siły w rękach. Z pew­no­ścią mógł wywa­żyć drzwi.

Ale nie. Pozo­stały zamknięte, jakby były zabite gwoź­dziami.

Bob spró­bo­wał jesz­cze raz. I jesz­cze raz.

W końcu, dysząc ciężko, oparł się o drzwi. I wtedy to usły­szał.

- Did­dly dum, dum, did­dly da...

Śpiewny głos niósł się echem po budynku, coraz bli­żej i bli­żej. Jego wesoły ton wywo­ły­wał dreszcz na ple­cach Boba, jakby po krę­go­słu­pie peł­zał mu pająk.

Odwró­cił się i spoj­rzał w dół dłu­giego kory­ta­rza za sobą. Gdy tylko to zro­bił, świa­tła zga­sły. Wcze­śniej pano­wał tu pół­mrok, teraz wszystko spo­wiła cał­ko­wita czerń.

- Dum da dum dum...

Drwiący śpie­wak był coraz bli­żej.

Bob stra­cił pano­wa­nie nad sobą. Odwró­cił się i zabęb­nił w drzwi wyj­ściowe.

- Pomocy! Pomocy! Niech mi ktoś pomoże! - krzy­czał tak gło­śno, że słowa zdarły mu gar­dło niczym meta­lowy pil­nik szo­ru­jący po stru­nach gło­so­wych.

Mimo to dosko­nale usły­szał stu­kot kro­ków za swo­imi ple­cami. Znie­ru­cho­miał. Jego mózg się zawie­sił, nie­zdolny zaak­cep­to­wać te, co się działo.

Bob cze­kał na nie­unik­niony atak, który...

***

Mózg Boba cze­piał się jedy­nej dostęp­nej i bar­dzo wątłej nici świa­do­mo­ści, pró­bu­jąc prze­two­rzyć wszyst­kie bodźce, które bom­bar­do­wały jego zmy­sły. Oczy zare­je­stro­wały flu­ore­scen­cyjne świa­tła, które raz były prze­ra­ża­jąco jasne, a po chwili przy­ga­sały. Stopy mel­do­wały, że odczu­wają palący ucisk, jakby ich pod­bi­cia zaci­skano w ima­dle. Krę­go­słup dono­sił o wstrzą­sach i ude­rze­niach, obi­ja­niu się jakby o nie­skoń­czoną połać twar­dego jak skała pod­łoża. Czoło było cie­płe od gęstej wil­goci, która spły­wała do uszu. Bob zamru­gał, gdy jego mózg sta­rał się nadać sens tym wszyst­kim odczu­ciom. Spró­bo­wał się poru­szyć.

Gdy tylko zmu­sił swoje ciało do ruchu, jego mózg odna­lazł odpo­wiedź na pyta­nie, w jakiej sytu­acji się znaj­duje. Bob pod­niósł głowę i spoj­rzał w stronę swo­ich stóp. Cią­gnięto go za nogi w głąb kory­ta­rza.

Wśród tań­czą­cych cieni nie był w sta­nie dostrzec, kto lub co go trzyma. Nie musiał jed­nak tego widzieć. I tak wie­dział, z czym ma do czy­nie­nia.

Wykrę­ca­jąc się w darem­nych pró­bach uwol­nie­nia, ude­rzył głową o pod­łogę. Poczuł też, jak jego bio­dro zde­rza się z czymś ostrym, i zdał sobie sprawę, że skrę­cają za róg. Gdy zro­zu­miał, gdzie się znaj­duje, zesztyw­niał i poczuł mdło­ści.

Sza­ro­ści słabo oświe­tlo­nego kory­ta­rza ustą­piły miej­sca wiru­ją­cemu kalej­do­sko­powi kolo­rów. W polu widze­nia Boba poły­ski­wały czer­wone, żółte, fio­le­towe i nie­bie­skie stru­mie­nie świa­tła z reflek­to­rów. Gdy zgiął palce, pró­bu­jąc chwy­cić się cze­goś - cze­go­kol­wiek - aby zatrzy­mać nie­ubła­gany marsz, roz­po­znał pozo­sta­ło­ści po dawno już zapo­mnia­nych impre­zach, które się tu odby­wały. Dło­nią musnął papie­rowy kape­lu­sik. Udo potrą­ciło nogę od stołu.

Bobem mocno szarp­nęło, jego ciało skrę­ciło się z bólu. Spoj­rzał na ścianę pełną kar­tek z dzie­cię­cymi rysun­kami. Pożół­kły, zwi­ja­jący się papier, pokryty kolo­ro­wymi obraz­kami, uno­sił się w podmu­chach powie­trza, gdy Bob był wle­czony kory­ta­rzem.

Zale­d­wie kilka godzin wcze­śniej, jesz­cze zanim zdał sobie sprawę z nie­bez­pie­czeń­stwa, długo i inten­syw­nie przy­glą­dał się ścia­nie z rysun­kami. Przy­pra­wiała go o ciarki i to nie byle jakie. Zwłasz­cza jeden z obraz­ków, zauwa­żal­nie więk­szy od pozo­sta­łych, przy­kuł jego uwagę i wrył się w pamięć. Zawie­szony pośrodku, jakby sta­no­wił naj­waż­niej­sze dzieło na wysta­wie, przed­sta­wiał dużego żół­tego kró­lika, sto­ją­cego ramię w ramię z pię­cior­giem uśmiech­nię­tych dzieci. Pomimo rado­snego nastroju, jakim ema­no­wała ta scena, obra­zek wzbu­dzał w Bobie nie­po­kój.

Patrząc teraz na por­tret kró­lika, Bob poczuł, jak żółć wzbiera mu w gar­dle. Pró­bo­wał pod­kur­czyć nogi, by uwol­nić się od pory­wa­cza. Ten ruch nic nie dał - jedy­nym rezul­ta­tem było wzmoc­nie­nie uści­sku.

Bob poczuł kolejne szarp­nię­cie. Ude­rzył głową w ścianę; minęli kolejny róg. Przez kilka sekund wyda­wało mu się, że sły­szy przy­pły­wa­jący i odpły­wa­jący falami odle­gły śmiech dzieci. Potem prze­błysk świa­do­mo­ści, która obu­dziła się, by umoż­li­wić mu orien­ta­cję w oto­cze­niu, ponow­nie zgasł pod war­stwą otę­pie­nia.

Bob, który uwa­żał się za tchó­rza, z zado­wo­le­niem przy­jął taki obrót spraw. Nie chciał zmie­rzyć się z prawdą o tym, co się działo... i co dopiero miało się wyda­rzyć. Pogrą­żył się w sen­nym sta­nie, który wygła­dził wszyst­kie twarde i ostre kra­wę­dzie bru­tal­nej rze­czy­wi­sto­ści. Bob pozwo­lił sobie odpły­wać coraz bar­dziej w zapo­mnie­nie... gdy nagle coś pode­rwało jego ciało z pod­łogi i ponow­nie rzu­ciło nim o zie­mię.

Gdy plecy Boba ude­rzyły o zimną stal, umysł odzy­skał pełną czuj­ność. Wzrok natych­miast prze­ska­no­wał oto­cze­nie i męż­czy­zna dostrzegł, co kłuje i uci­ska jego plecy, pośladki i uda.

Krzyk­nął i spró­bo­wał zesko­czyć z meta­lo­wej leżanki, na któ­rej się zna­lazł. Zanim mię­śnie zdo­łały zadzia­łać, boczny przy­cisk roz­bły­snął na zie­lono, a meta­lowe pasy zatrza­snęły się wokół nad­garst­ków. Gruby skó­rzany pas zaci­snął się wokół jego klatki pier­sio­wej. Bob wił się i skrę­cał, ale wie­dział, że mar­nuje ener­gię.

Sala ser­wi­so­wa­nia, pomy­ślał.

Ze wszyst­kich prze­ra­ża­ją­cych pomiesz­czeń w piz­ze­rii, któ­rej miał pil­no­wać, wła­śnie to prze­ra­żało go naj­bar­dziej od momentu, gdy zoba­czył je po raz pierw­szy. Pod ścia­nami stały tu meta­lowe regały, a na środku pomiesz­cze­nia usta­wiono wiele sto­łów robo­czych ze stali nie­rdzew­nej i prze­my­słowe meta­lowe "leżanki", abso­lut­nie nie­ko­ja­rzące się z relak­sem. Pomiesz­cze­nie tech­niczne było pełne narzę­dzi, prze­wo­dów, złą­czek i róż­nych roz­człon­ko­wa­nych endosz­kie­le­tów. Plą­ta­nina meta­lo­wych stóp, rąk, dłoni, nóg, łokci i ramion wypeł­niała półki i leżała w nie­ła­dzie na sto­łach. Kiedy Bob po raz pierw­szy zoba­czył to miej­sce, poczuł się, jakby stał w zro­bo­ty­zo­wa­nej sali tor­tur. Szybko się wyco­fał i zatrza­snął drzwi.

Znowu zaczął mio­tać się na leżance. Ze wszyst­kich sił, jakie mu jesz­cze pozo­stały, pró­bo­wał się uwol­nić, ale pasy nie pusz­czały. Następ­nie się roz­ło­żyła, roz­cią­ga­jąc Boba na pła­sko.

Gdy tylko zna­lazł się w pozy­cji na wznak, nad jego twa­rzą zawi­sła masywna, futrzana maska bru­nat­nego niedź­wie­dzia. Bob krzyk­nął.

Pomiesz­cze­nie wypeł­niło jego daremne wycie, a maska się otwo­rzyła. Dwie połówki twa­rzy niedź­wie­dzia roz­chy­liły się jak skrzy­dła chrząsz­cza, otwie­ra­jąc się na zewnątrz. Pod futrem Bob zoba­czył wiru­jące robo­me­cha­ni­zmy.

Wnę­trze maski wypeł­niał chaos kli­ka­ją­cych, brzę­czą­cych kawał­ków metalu, ostrych jak brzy­twa i nie­ustan­nie się rusza­ją­cych. Nie­które przy­po­mi­nały noże, inne - szczypce. Każda odsło­nięta meta­lowa kra­wędź sta­no­wiła małą śmier­cio­no­śną broń, która z łatwo­ścią prze­bi­łaby ludzką skórę. Bob zaczął wal­czyć jak zwie­rzę zła­pane w sta­lowe zęby sideł. Machał głową na boki. Szar­pał tuło­wiem. Kopał.

Z początku miał wra­że­nie, że jego wysiłki są daremne, ale wtedy poczuł, że jeden z pod­ło­kiet­ni­ków zaczyna się poru­szać. Wykrę­ca­jąc szyję, spoj­rzał na swój nad­gar­stek. Nie widział, co się polu­zo­wało, ale coś na pewno. Może jakaś śruba.

Roz­pacz, która trzy­mała Boba w swo­ich szpo­nach od momentu, gdy upadł na meta­lową leżankę, odro­binę zwol­niła uścisk... ale tylko odro­binę. Bob pozwo­lił sobie tylko na cień nadziei, że może uda mu się uciec.

Maska wypro­wa­dziła pierw­szy atak. Ostrze wbiło się w szczękę Boba.

Pod wpły­wem dźgnięć i cięć, które roz­dzie­rały jego czoło i policzki i wbi­jały się w oczy i usta, Bob zdał sobie sprawę, że ucieczka jest nie­moż­liwa. A tym bar­dziej prze­trwa­nie.

Rozdział 1

Mike zmru­żył oczy z iry­ta­cją, gdy natar­czywe pro­mie­nie słońca prze­biły się przez szybę skle­pio­nego sufitu strefy gastro­no­micz­nej cen­trum han­dlo­wego i bole­śnie raziły go w oczy. Prze­su­nął żółte pla­sti­kowe krze­sło o kilka cen­ty­me­trów w lewo i uchy­lił się jed­no­cze­śnie przed wystrze­loną w stronę jego głowy pian­kową strzałką. Udało mu się unik­nąć gąb­cza­stego poci­sku, ale i tak w tej chwili gorąco pra­gnął być gdzie­kol­wiek, byle nie tu. Potarł twarz i zamru­gał; suche oczy go pie­kły. Głowa tak mu cią­żyła, że nie wie­dział, czy szyja i barki dadzą radę ją utrzy­mać. Rany, ależ był wykoń­czony. Do cna wykoń­czony.

Potrze­buję waka­cji, pomy­ślał, wzno­sząc na sto­liku przed sobą mały namiot z ser­we­tek i papie­ro­wego kubka. Sama myśl o waka­cjach spra­wiła, że gło­śno par­sk­nął i ude­rzył pię­ścią w kon­struk­cję. Waka­cje, jesz­cze czego. To coś zare­zer­wo­wa­nego dla ludzi, któ­rzy mają jakieś życie. I pie­nią­dze. A Mike nie miał ani jed­nego, ani dru­giego. Zatem skoro nie waka­cje, to może cho­ciaż tro­chę ciszy i spo­koju? Zado­wo­liłby się i tym, jed­nak na to też nie było wido­ków. A już na pewno nie tutaj.

Prze­rwa obia­dowa pra­cow­ni­ków ochrony cen­trum han­dlo­wego trwała tylko dwa­dzie­ścia minut, więc Mike i jego kole­dzy mieli dwie moż­li­wo­ści spę­dze­nia krót­kiego czasu odpo­czynku: mogli albo zaszyć się w obskur­nym pokoju socjal­nym, który cuch­nął ogór­kami kiszo­nymi i wybie­la­czem (nie jest to naj­lep­szy kok­tajl zapa­chów), albo udać się do strefy gastro­no­micz­nej. Zwy­kle wybie­rali to dru­gie, ale Mike nie wie­dział, czy aku­rat tego dnia był to naj­lep­szy wybór. Jakieś dziecko urzą­dzało przy­ję­cie uro­dzi­nowe, więc wszę­dzie ganiały wrzesz­czące jak w amoku malu­chy. Jakiś kre­tyn poda­ro­wał sole­ni­zan­towi pisto­lety na pian­kowe strzałki i cały obszar restau­ra­cyjny zamie­nił się w cha­otyczną strefę dzia­łań wojen­nych, w któ­rej strony kon­fliktu raz po raz przy­pusz­czały nie­udolne ataki, zano­sząc się przy tym chi­cho­tem.

Pośród tłumu małych impre­zo­wi­czów sie­dzieli inni klienci cen­trum han­dlo­wego, poże­ra­jąc fast foody. Rów­nież aro­maty jedze­nia toczyły ze sobą zaja­dłą walkę - tym razem był to kon­flikt mię­dzy­na­ro­dowy. Zapach wło­skiego sosu ście­rał się z mek­sy­kań­skimi sal­sami, a te z kolei - z wonią sma­żo­nych saj­go­nek z jaj­kiem i skwier­czą­cych bur­ge­rów. Noz­drza Mike'a zale­wała wybu­chowa mie­szanka curry, imbiru, ore­gano, pie­przu cay­enne i koperku.

Zgniótł w kulkę papie­rowe opa­ko­wa­nie po odsma­ża­nym bur­rito z fasolą, które wła­śnie zjadł, wła­ści­wie nie czu­jąc smaku. Teraz, kiedy już miał je w żołądku, ponie­wcza­sie zdał sobie sprawę, że sos na bur­rito był tro­chę zbyt ostry. W oko­licy splotu sło­necz­nego zaczy­nał prze­czu­wać rodzący się pożar.

Wyrzu­cił zgnie­cione opa­ko­wa­nie do pobli­skiego kosza na śmieci. Wśród rzę­dów małych, kwa­dra­to­wych sto­li­ków, prze­ci­na­ją­cych roz­le­gły obszar strefy gastro­no­micz­nej, roz­siane były dzie­siątki dużych pojem­ni­ków ze sta­lo­wej siatki. Rzu­cona przez Mike'a papie­rowa kulka ude­rzyła w obręcz, po czym wpa­dła do środka, na stos innych opa­ko­wań po jedze­niu, ser­we­tek i papie­ro­wych kub­ków.

Punkt, pomy­ślał odru­chowo.

Szkoda, że nie był wysoki. Na kilka sekund odciął się w myślach od roz­wrzesz­cza­nych dzieci dookoła, wyobra­ża­jąc sobie, że jest kimś zupeł­nie innym.

Miał dwa­dzie­ścia pięć lat i to mu nie prze­szka­dzało. Nie prze­szka­dzał mu też, ogól­nie mówiąc, jego wygląd. Miał nie­cały metr sie­dem­dzie­siąt wzro­stu i choć bra­ko­wało mu czasu na sport, był w cał­kiem dobrej for­mie. Nie uwa­żał, żeby ciem­no­brą­zowe włosy, piwne oczy i regu­larne rysy robiły z niego szcze­gól­nego przy­stoj­niaka, ale brzydki też nie był. Na jed­nej z nie­wielu ran­dek, na które umó­wił się w liceum, dziew­czyna powie­działa mu, że ma "prze­ni­kliwe spoj­rze­nie", a to z powodu wydat­nych łuków brwio­wych. Powie­działa też, że ma "wyrzeź­bioną szczękę". Mike uznał, że naczy­tała się za wiele roman­sów. Jedno było pewne, spo­dzie­wała się po nim znacz­nie wię­cej "rycer­sko­ści", niż mógł z sie­bie wykrze­sać. Na drugą randkę nie poszli. Teraz nie pamię­tał już nawet, jak miała na imię.

Nie, to nie wygląd Mike'a był pro­ble­mem. Było nim to, jak uło­żyło mu się życie. A może on sam?

Przez więk­szość czasu wma­wiał sobie, że jego życie jest do bani, bo tamto zda­rze­nie pozba­wiło go nor­mal­nego dzie­ciń­stwa... a teraz pozba­wiało go doro­sło­ści. Ale tak naprawdę to nie zda­rze­nie z prze­szło­ści sta­no­wiło przy­czynę. Ta poja­wiła się już wcze­śniej. Był nią sam Mike. Gdyby tylko w tam­tych cza­sach był inny...

Jak wyglą­da­łoby teraz życie Mike'a, gdyby w liceum był typem faceta, z któ­rym chcia­łyby się uma­wiać dziew­czyny? Co robiłby teraz, gdyby poszedł na stu­dia? Nie nale­żał do wyso­kich, ale do zwin­nych już tak. Może mógłby grać w koszy­kówkę. Albo w base­ball. A może mógłby cho­dzić na warsz­taty sto­lar­skie i zosta­wać po szkole, by pra­co­wać nad pro­jek­tami. Zawsze lubił kon­stru­ować różne przed­mioty. Tak wiele mógłby robić... gdyby nie musiał sie­dzieć w domu i...

- Posłu­chaj tego.

Mike zamru­gał i spoj­rzał na drugą stronę stołu. Zmarsz­czył brwi. Zupeł­nie zapo­mniał, że jest tu Jere­miah. Nie lada sztuka. Jere­miah nie nale­żał do face­tów, któ­rzy giną na tle innych. Był ciem­no­skóry i mógł poszczy­cić się posturą zawo­do­wego fut­bo­li­sty, choć takiego, który nieco przy­tył - to ostat­nie sta­no­wiło żywe świa­dec­two jego umi­ło­wa­nia bur­ge­rów i napo­jów gazo­wa­nych, które pił hek­to­li­trami. Na chu­dym ciele Mike'a ciem­no­nie­bie­ska, polie­strowa koszula mun­duru i pasu­jące do niej spodnie wisiały luźno, za to uni­form Jere­miaha nie­mal pękał w szwach, nacią­gnięty na jego sze­ro­kie bary i pokaźny brzuch.

Jere­miah był w porządku. Nie dzia­łał Mike'owi na nerwy, jak więk­szość innych ochro­nia­rzy i ludzi w ogóle.

Teraz gło­śno siorb­nął colę z ogrom­nego papie­ro­wego kubka, sto­ją­cego przed nim na nie­bie­skim pla­sti­ko­wym sto­liku. Poma­chał książką w mięk­kiej opra­wie, którą trzy­mał w ręce.

Potem odchrząk­nął i prze­czy­tał na głos:

- "A cho­ciaż śniący pozo­staje we śnie, prze­cho­dzi przez wspo­mnie­nia, jakby doświad­czał ich po raz pierw­szy, na nowo. Nie jest już pasa­że­rem, ale AKTYW­NYM UCZEST­NI­KIEM". - Jere­miah zmarsz­czył brwi. - Cie­kawe, dla­czego AKTYWNY UCZEST­NIK wypi­sali całe wiel­kimi lite­rami? Może to jakiś tytuł? Jak w grze kom­pu­te­ro­wej, gdzie dosta­jesz poziom GRAND LORD?

Mike domy­ślał się, że pyta­nie było reto­ryczne, więc nie odpo­wie­dział. Jere­miah zamknął książkę i spoj­rzał na jasno­nie­bie­ską okładkę. Tytuł Teo­ria snów roz­cią­gał się na skos przez abs­trak­cyjny obraz zamknię­tego oka. Czcionka falo­wała, jakby same słowa miały zamiar zapaść w sen.

Znów mach­nął książką.

- To wszystko na serio? - zapy­tał Mike'a, uno­sząc brew.

Ten wzru­szył ramio­nami.

- Nie­któ­rzy tak uwa­żają. To chyba zależy od tego, w co wie­rzysz.

Jere­miah poki­wał głową. Opu­ścił powieki do połowy, ukry­wa­jąc za nimi swoje okrą­głe brą­zowe oczy, i spoj­rzał gdzieś ponad ramie­niem Mike'a. Nie przy­glą­dał się bitwie na pian­kowe strzałki, tylko pogrą­żył się w myślach, co do tego Mike nie miał wąt­pli­wo­ści.

Po kilku sekun­dach Jere­miah wes­tchnął.

- Latem osiem­dzie­sią­tego dru­giego wymie­ni­łem nie­ska­zi­telną kartę debiu­tanta Cala Rip­kena Jr. na uży­waną kopię Mis­sile Com­mand. Tamta karta jest teraz warta pew­nie z osiem­set dolców. Chciał­bym uczest­ni­czyć w tym wspo­mnie­niu i aktyw­nie kop­nąć się w tyłek za tak głu­pią decy­zję. - Zaniósł się krót­kim śmie­chem. Kiedy ucichł, postu­kał w okładkę książki. - Mogę to zatrzy­mać?

Mike wycią­gnął rękę i wyrwał mu książkę z dłoni.

- Nie.

Kąciki ust Jere­miaha opa­dły. Przez chwilę wyglą­dał jak prze­ro­śnięty, smutny szcze­niak.

- Prze­pra­szam - powie­dział Mike. - Jesz­cze sam nie skoń­czy­łem czy­tać.

Typowy rado­sny uśmiech powró­cił na twarz kolegi.

- Jasne, nie ma sprawy.

Czu­jąc się źle z tym, że tak wark­nął na Jere­miaha, Mike dodał:

- Myślę, że mamy czas na shake'a. Chcesz? Ja sta­wiam.

Jere­miah się roz­pro­mie­nił.

- Serio? Tak. Dzięki, stary.

- Pew­nie. - Mike wstał i pod­szedł do lady lodziarni Dairy Fre­eze, kon­struk­cji z chro­mo­wa­nego metalu i jaskra­wo­czer­wo­nego lami­natu. Przed nim stała już klientka, kobieta zlana zde­cy­do­wa­nie za dużą ilo­ścią kwia­to­wych per­fum. Gdy Mike usły­szał zamó­wie­nie, które skła­dała, zaczął żało­wać, że zapro­po­no­wał Jere­mia­howi shake'a.

- Chcę deser lodowy z trzema gał­kami - tłu­ma­czyła z dziw­nym akcen­tem, który był na poły zacią­ga­niem typo­wym dla Ame­ryki Połu­dnio­wej, na poły wyra­fi­no­waną wymową rodem z bry­tyj­skiej pry­wat­nej szkoły. - Ale zamiast trzech gałek w trzech sma­kach chcę sześć połó­wek w sze­ściu sma­kach. Rum z rodzyn­kami, banan z orze­chami, kar­mel z orze­chami pekan, ser­nik tru­skaw­kowy, sor­bet cytry­nowy i lukre­cję. Na wierz­chu rumo­wych chcę syrop tru­skaw­kowy. Na orze­cho­wych polewę pian­kową. Na...

Mike prze­stą­pił z nogi na nogę. Wziął długi, głę­boki oddech i odwró­cił się, pró­bu­jąc zigno­ro­wać nie­koń­czące się zamó­wie­nie. Po wymie­nie­niu dodat­ków do dodat­ków kobieta prze­szła do dro­bia­zgo­wego opisu, jak lody mają być roz­ło­żone w pucharku.

Cho­ciaż przy­ję­cie uro­dzi­nowe dobie­gło końca, dzieci wciąż bawiły się mię­dzy sto­li­kami strefy gastro­no­micz­nej. Pię­cioro z nich uda­wało poli­cjan­tów i zło­dziei w pobliżu cen­tral­nego punktu strefy, czyli ozdob­nej fon­tanny w kształ­cie dużego kubka z wysta­jącą ze środka słomką, z któ­rej try­skała woda. W stru­mie­niu zała­my­wały się bły­ski wie­lo­ko­lo­ro­wych świa­teł, lśnią­cych na kra­wę­dzi kubka. Całość była nieco tan­detna, ale Mike'owi się podo­bała.

- Ręce do góry! - krzyk­nęło jedno z dzieci krę­cą­cych się w pobliżu. Oka­zało się, że była to dziew­czynka o fio­le­to­wych wło­sach, zaci­ska­jąca rączki, jakby trzy­mała w nich pisto­let. Wpa­try­wała się w czar­no­wło­sego chłopca. Ten pod­niósł ręce do góry.

- Spisz ich - roz­ka­zała dziew­czynka pie­go­wa­temu dzie­cia­kowi o nastro­szo­nych wło­sach. Mały pod­szedł do czar­no­wło­sego kolegi i uda­wał, że zakłada mu kaj­danki.

Mike uśmiech­nął się. Oto czego dzieci uczą się z tele­wi­zji.

Pie­gu­sek zaczął wypro­wa­dzać "sku­tego" chło­paka, kie­ru­jąc go do...

Uśmiech Mike'a nagle znik­nął.

Tuż za uda­wa­nym poli­cjan­tem i uda­wa­nym prze­stępcą, do prze­dzie­la­ją­cego prze­strzeń prze­pie­rze­nia na skraju strefy gastro­no­micz­nej, się­ga­ją­cego połowy wyso­ko­ści zwy­kłych ścian, przy­ci­skał się może sze­ścio­letni chło­piec. Na szczy­cie prze­pie­rze­nia stały donice z rośli­nami, któ­rych gałę­zie i pędy zwi­sały wzdłuż ścianki. Blon­dy­nek o krę­co­nych, opa­da­ją­cych na oczy wło­sach kulił się pod liśćmi paproci. Brwi miał ścią­gnięte, usta zaci­śnięte, strze­lał spoj­rze­niem w lewo i w prawo, a wątłe ramiona owi­nął cia­sno wokół plu­szo­wego pin­gwina; był ucie­le­śnie­niem stra­chu.

Mike zmarsz­czył brwi. Dla­czego chło­piec wyglą­dał na tak prze­ra­żo­nego? Czyżby miał kło­poty?

- Cze­ko­lada z zawi­ja­sem masła orze­cho­wego? - Usły­szał śpiewny dam­ski głos.

Mike zare­je­stro­wał go, ale uwagę na­dal sku­piał na chłop­czyku... dopóki ktoś deli­kat­nie nie szturch­nął go w ramię. Odwró­cił się w kie­runku tej osoby. Uśmiech­nięta siwo­włosa kobieta wska­zy­wała ladę Dairy Fre­eze.

- Chyba pana kolej - powie­działa. Jej głos był cie­pły i miły i na chwilę przy­wo­łał wspo­mnie­nie...

- To co zwy­kle, prawda?

Tym razem Mike odwró­cił się do dziew­czyny za ladą.

- Cześć, Cindy - powie­dział. - Prze­pra­szam.

Cindy uśmiech­nęła się sze­roko. Ładna stu­dentka, która pra­co­wała w Dairy Fre­eze, aby opła­cić zaję­cia na kie­runku eko­no­micz­nym (tak powie­działa Mike'owi, mimo że nie wyra­ził zain­te­re­so­wa­nia jej życiem oso­bi­stym) była przy­jaź­nie nasta­wiona do wszyst­kich. Według Jere­miaha zwra­cała szcze­gólną uwagę na Mike'a, ale on tego nie zauwa­żał.

Zmarsz­czył brwi, myśląc o prze­stra­szo­nym chłopcu. Zgu­bił się? Dla­czego był sam?

- To, co zwy­kle? - powtó­rzyła Cindy.

- Co? - Mike prze­niósł na nią uwagę. Jej dłu­gie brą­zowe włosy były dziś sple­cione w war­ko­cze.

Cindy poma­chała łyżką do nabie­ra­nia lodów nad pojem­ni­kiem z cze­ko­ladą z masłem orze­cho­wym.

- Tak - odparł Mike. - Jasne.

Skoro już tu był, rów­nie dobrze mógł sobie coś kupić.

- I kok­tajl cze­ko­la­dowy dla Jere­miaha.

- Już się robi.

Mike odwró­cił się z powro­tem i spoj­rzał na dziew­czynki, któ­rych pokaz taneczny zamie­nił się w roz­chi­cho­tany chaos. Zro­bił krok w prawo, aby móc zoba­czyć prze­pie­rze­nie i doniczkę z papro­cią. Były tam, ale chło­piec... znik­nął.

Mike szybko prze­cze­sał wzro­kiem oko­licę. W uszach mu szu­miało i zda­wał sobie sprawę, że jego oddech przy­spie­sza. Znał ten dźwięk... to była panika.

- Kiedy wpad­niesz tu z Abby? - zagad­nęła Cindy.

Mike usły­szał pyta­nie, ale nie zare­ago­wał. Wciąż despe­racko pró­bo­wał namie­rzyć wzro­kiem chłop­czyka.

- Mamy nowy smak - kon­ty­nu­owała dziew­czyna. - Tęczowa eks­plo­zja. Założę się, że osza­leje na jego punk­cie.

Mike odsu­nął się od lady Dairy Fre­eze. Prze­szedł obok rzędu sto­li­ków, mija­jąc też kilku szar­pią­cych się na niby pod­rost­ków.

- Mike? - woła­nie Cindy goniło męż­czy­znę, który ruszył teraz truch­tem w stronę miej­sca, gdzie ostat­nio widział chłopca.

Spoj­rze­nie miał jak wiązka lase­rowa, badał nim skru­pu­lat­nie każdą część oto­cze­nia. Igno­ro­wał wszystko, co nie­istotne, szu­kał tylko...

Tam!

Dostrzegł chłopca nieco ponad dzie­sięć metrów dalej. Nie stał już przy prze­pie­rze­niu, tylko szedł w stronę fon­tanny. Był odwró­cony ple­cami, ale Mike roz­po­znał roz­wi­chrzone blond loki i zoba­czył wysta­jące spod kości­stego łok­cia nóżki pin­gwina.

Chło­piec kuś­ty­kał nie­zbor­nie przez strefę restau­ra­cyjną w stronę głów­nej alei cen­trum han­dlo­wego. I nie był już sam.

Gdy Mike pod­szedł bli­żej, zoba­czył, że na nad­garstku chłopca zaci­ska dłoń wysoki facet o sza­ro­blond wło­sach. Cią­gnął malca za sobą, narzu­ca­jąc mu zde­cy­do­wa­nie zbyt szyb­kie tempo.

- Hej! - krzyk­nął Mike i zerwał się do biegu.

Po dro­dze potrą­cił trzy­ma­jącą się za ręce parę, kop­nął na bok kilka krze­seł i odsu­wał bez­ce­re­mo­nial­nie każ­dego, kto sta­wał mu na dro­dze. Był led­wie świa­domy tego, że odwra­cają się za nim głowy, a tu i tam roz­le­gają się pełne iry­ta­cji chrząk­nię­cia i gniewne pro­te­sty. Gnał przez strefę gastro­no­miczną.

Tajem­ni­czego męż­czy­znę spo­wal­niał nie­zdar­nie czła­piący chłop­czyk, więc dystans mię­dzy nim a ochro­nia­rzem szybko się zmniej­szał.

- Hej ty! - krzyk­nął Mike. - Zatrzy­maj się!

Męż­czy­zna odwró­cił się w jego stronę, podob­nie jak więk­szość ludzi dookoła. Mike przez uła­mek sekundy dostrzegł uno­szące się brwi nie­zna­jo­mego, a potem sko­czył, poko­nu­jąc ostatni metr dzie­lący go od nie­do­szłego pory­wa­cza. Jed­no­cze­śnie cof­nął rękę, zaci­ska­jąc pięść, i bez waha­nia wystrze­lił w nos faceta szybki cios.

Usły­szał trzask i poczuł, jak pod jego knyk­ciami łamie się chrząstka. W tej samej chwili z impe­tem zde­rzył się z męż­czy­zną i razem wpa­dli do zbior­nika fon­tanny.

Kiedy Mike ude­rzył w wodę, jakby stra­cił zdol­ność logicz­nego kie­ro­wa­nia swo­imi czy­nami. Kon­trolę prze­jęło w nim coś pry­mi­tyw­nego, coś, co zamie­niło jego ramiona w pom­pu­jące tłoki, sku­pione na twa­rzy tam­tego męż­czy­zny.

Blon­dyn się bro­nił; zadał Mike'owi cios w szczękę i ugo­dził go kola­nem w brzuch. To tylko spo­tę­go­wało wście­kłość ochro­nia­rza. Sko­czył całym cia­łem na faceta i razem z nim wylą­do­wał znów w wodzie. Ugryzł się w wargę; nie wie­dział, czy to efekt cio­sów tam­tego, czy kie­ru­ją­cej nim nie­po­ha­mo­wa­nej furii. Poczuł smak krwi. Miał ją też na pię­ściach - była cie­pła, w prze­ci­wień­stwie do lodo­wa­tej wody z fon­tanny.

Kątem oka dostrzegł czer­wone włókna wiru­jące w przej­rzy­stej wodzie. Czer­wień przy­wo­łała wspo­mnie­nie, a razem z nim do głowy Mike'a napły­nęła czerń - ciem­ność tak głę­boka, że poczuł nagle, jakby spa­dał w pustkę.

Rozdział 2

Ostre brzę­cze­nie prze­biło się przez dry­fu­jące po nie­bie pół­przej­rzy­ste chmury...

Mike otwo­rzył oczy i jęk­nął. Przez kilka sekund zdo­łał utrzy­mać wra­że­nie lek­ko­ści, nie­waż­ko­ści, które pozo­stało po śnie. Pika­nie jed­nak nie usta­wało, prze­szy­wa­jące i natar­czywe.

Wycią­gnął lewą rękę i ude­rzył nią w coś, co, jak sądził, było górną czę­ścią obu­dowy taniego pla­sti­ko­wego cyfro­wego budzika, sto­ją­cego na roz­kle­ko­ta­nej noc­nej szafce obok pokie­re­szo­wa­nej meta­lo­wej lampki. Zamiast jed­nak ude­rzyć w budzik, ręka Mike'a wylą­do­wała na odtwa­rza­czu kaset magne­to­fo­no­wych. Poczuł, jak jego palce ocie­rają się o książkę w mięk­kiej opra­wie, a potem usły­szał, jak ta zsuwa się z szafki i upada na cienki dywan na drew­nia­nej pod­ło­dze.

Cof­nął rękę. Palce, cią­gle abso­lut­nie nie­zdarne, jak to zwy­kle rano, znowu o coś zaha­czyły. Tym razem była to pla­sti­kowa bute­leczka z tablet­kami. Mike usły­szał, jak prze­ta­cza się po noc­nej szafce i ląduje z przy­tłu­mio­nym szme­rem na dywa­nie. Skrzy­wił się, mając nadzieję, że pamię­tał o zakrę­ce­niu nakrętki.

Zaczął wsta­wać, ale ten ruch spo­wo­do­wał, że jego płat skro­niowy prze­szył ból, jakby wbił się tam odła­mek szkła. Chwy­cił się za głowę. Odła­mek szkła zaczął poru­szać się w jego czaszce. Nie­milk­nący pisk alarmu zda­wał się wbi­jać go jesz­cze głę­biej w mózg Mike'a.

Zmru­żył oczy, spo­glą­da­jąc w kie­runku szafki noc­nej, i po raz kolejny spró­bo­wał wyłą­czyć budzik. Tym razem jego dłoń tra­fiła w cel. Pie­kielny hałas ustał.

Mike ponow­nie jęk­nął i potarł skro­nie. Wzdy­cha­jąc, zwlókł się z łóżka i się­gnął po szklankę, która stała obok magne­to­fonu. Przy­naj­mniej tego udało mu się nie prze­wró­cić. Szklanka wciąż była do połowy wypeł­niona wodą. Mike wypił ją i odsta­wił z powro­tem.

Prze­su­nął bosymi sto­pami po pod­ło­dze i natra­fił na bute­leczkę. Jego tabletki na receptę. Pochy­lił się i skrzy­wił, gdy ten ruch znowu nasi­lił ból głowy, i pod­niósł pojem­nik z ciem­no­bursz­ty­no­wego pla­stiku. Na szczę­ście zakrę­cił go porząd­nie. Małe, białe pastylki - wszyst­kie kil­ka­dzie­siąt sztuk - wciąż spo­czy­wały bez­piecz­nie w środku.

Mike wsu­nął bute­leczkę z tablet­kami pod mate­rac, zale­d­wie kilka cen­ty­me­trów od kra­wę­dzi. Następ­nie pochy­lił się ponow­nie, zaci­ska­jąc zęby, gdy kłu­cie w gło­wie się wzmo­gło. Pod­niósł Teo­rię snów w mięk­kiej opra­wie. Poło­żył książkę przy magne­to­fo­nie i naci­snął przy­cisk prze­wi­ja­nia.

Taśma magne­to­fo­nowa zaszem­rała, a Mike wresz­cie zdo­łał spo­koj­nie ode­tchnąć. Poranna rutyna wró­ciła na wła­ściwe tory. Pierw­sze czyn­no­ści po prze­bu­dze­niu wyko­ny­wał machi­nal­nie. Wyłącz budzik. Scho­waj tabletki. Prze­wiń kasetę. Tego ranka sil­niej­szy niż zwy­kle ból głowy zamie­nił sprawną sekwen­cję w występ klauna soli­sty. Płynny szept prze­wi­ja­nej taśmy przy­wró­cił Mike'owi poczu­cie nor­mal­no­ści.

- Okej - powie­dział i prze­cze­sał dłońmi włosy.

Wstał, odszedł kilka kro­ków od łóżka i zna­lazł się na skraju wytar­tego dywanu w kolo­rach jasnego błę­kitu i sza­ro­ści. Wycią­gnął ręce nad głowę, zmu­sza­jąc się do zigno­ro­wa­nia bólu. Opadł na pod­łogę i zaczął robić pompki. Nie liczył powtó­rzeń, tylko raz za razem opusz­czał się i pod­no­sił.

Dywan pod jego dłońmi był szorstki i brudny. Mike pró­bo­wał sobie przy­po­mnieć, kiedy ostat­nio odku­rzał pokój.

Pod­niósł głowę, nie prze­ry­wa­jąc mia­ro­wego ruchu, i obrzu­cił spoj­rze­niem tak dobrze mu znaną nie­wielką prze­strzeń. Pokój był pra­wie pusty - mie­ściły się w nim tylko wąskie łóżko i mała szafka nocna - i był niczym innym jak surową celą. Celą, która trzy­mała Mike'a z dala od świata. Nawet jedyne okno, które mogłoby przy­po­mnieć mu, że poza jego wła­snym cier­pie­niem ist­nieje jakaś inna rze­czy­wi­stość, było zasło­nięte cięż­kimi zasło­nami zaciem­nia­ją­cymi. Mike spu­ścił głowę i kon­ty­nu­ował pompki. Choć wysi­łek spra­wiał mu ból, psy­chicz­nie przy­no­sił uko­je­nie, podob­nie jak surowe, przy­po­mi­na­jące wię­zie­nie oto­cze­nie. Jesz­cze kilka minut kary i będzie mógł sta­wić czoła kolej­nemu dniu.

***

Abby pochy­liła się nad szki­cow­ni­kiem, kon­cen­tru­jąc się na dopra­co­wa­niu rysunku. Wysu­wa­jąc koniu­szek języka, sunęła ołów­kiem po kartce, kre­śląc długą, zakrzy­wioną linię. Skoń­czyw­szy, cof­nęła głowę i zmarsz­czyła brwi. Czy to dobrze wygląda? Nie była pewna. Pod­nio­sła wzrok. Wyj­rzała przez otwór w ota­cza­ją­cym ją pro­wi­zo­rycz­nym namio­cie.

Namiot, skon­stru­owany z koców przy­mo­co­wa­nych do poma­lo­wa­nej na biało szafki noc­nej, dopa­so­wa­nego do niej biurka i kra­wę­dzi przy­sa­dzi­stego sekre­ta­rzyka, przy­le­gał cia­sno do łóżka Abby; łóżka, któ­rego nie lubiła nawet w poło­wie tak bar­dzo, jak lubiła przy­tulne wnę­trze swo­jej kry­jówki.

Leżały tu na pod­ło­dze dwie poduszki, które otu­lał jesz­cze jeden koc; całość przy­po­mi­nała małe gniazdko, w któ­rym dziew­czynka czuła się bez­piecz­nie i kom­for­towo, jak zadbany pisklak. Poduszki i koce pach­niały pły­nem do pra­nia. Abby widziała opa­ko­wa­nie tegoż płynu; napis na nim infor­mo­wał, że ma "zapach desz­czu". Nie sądziła, żeby tak wła­śnie pach­niał deszcz, ale zapach nie był wcale zły. Był słod­kawy, owo­cowy. A dzięki niemu także wnę­trze namiotu Abby pach­niało słod­kawo i owo­cowo.

Lubiła prze­by­wać w swo­jej kry­jówce. Gdy sie­działa w środku, mogła sta­wić czoła nie­mal wszyst­kiemu, jak choćby temu chrzą­ka­niu i stę­ka­niu, które dobie­gało teraz z pokoju jej brata. Mike znów robił pompki, a Abby żało­wała, że musi tego słu­chać. Wyraź­nie nie zno­sił tych ćwi­czeń. Było to jasne, jeśli przysłu­chać się dźwię­kom, które wyda­wał. Gdy Mike robił pompki, Abby czuła dys­kom­fort, jakby w brzuch ude­rzało ją coś twar­dego. Nie lubiła się tak czuć.

Cho­ciaż w kry­jówce było chłodno i ciemno, przez otwór dało się zoba­czyć gruby pro­mień słońca. Padał na ścianę naprze­ciwko namiotu. Wisiało na niej wiele ukoń­czo­nych rysun­ków Abby. Wyko­rzy­sty­wała tę wystawkę jako moty­wa­cję do ćwi­cze­nia ryso­wa­nia. Choć więk­szość postaci na obraz­kach wyglą­dała jak paty­czaki, nie­które były już bar­dziej reali­styczne. Jej umie­jęt­no­ści się roz­wi­jały. I to ją cie­szyło.

A nie­wiele rze­czy naprawdę cie­szyło Abby i spra­wiało, że czuła się dobrze. Od zawsze drę­czyło ją poczu­cie, że nie wie, jaka wła­ści­wie powinna być. Miała wra­że­nie, że nikomu nie zależy na jej obec­no­ści. Ani jej bratu, ani Max, jej opie­kunce, ani dzie­cia­kom ze szkoły, ani tym z cen­trum tera­peu­tycz­nego. Nie, chwi­leczkę. "Nikomu" - to nie do końca była prawda. Dok­tor Lil­lian zale­żało na obec­no­ści Abby. To ona kupiła jej wszyst­kie fajne kredki, któ­rymi Abby teraz ryso­wała. Mówiła, że dziew­czynka jest zdol­niej­sza niż prze­ciętna dzie­się­cio­latka. To ozna­czało, że ryso­wała lepiej niż inne dzieci w jej wieku. Ryso­wa­nie spra­wiało, że Abby czuła się wyjąt­kowa. Podob­nie jak jej rysunki. Ryso­wa­nie było jej drogą do świata, w któ­rym lubiła prze­by­wać - świata, w któ­rym była chciana i czuła się war­to­ściowa.

Roz­le­gło się gło­śne puka­nie do cien­kich drew­nia­nych drzwi. Abby odło­żyła szki­cow­nik i zacią­gnęła poły koca nad otwo­rem namiotu. Pod­nio­sła Dolpha, swo­jego plu­szo­wego del­fina. Zer­k­nęła przez wąską szcze­linę mię­dzy kocami w stronę pokie­re­szo­wa­nych, bla­do­brą­zo­wych drzwi. Żało­wała, że nie są duże ani grube i że nie mają solid­nych rygli, jak w sta­ro­daw­nym zamku.

- Abby! - zawo­łał z dru­giej strony nie­zam­ko­wych drzwi Mike. Nie odpo­wie­działa. - Abs, jesteś gotowa?

- Nie mam na imię Abs - wyszep­tała. - Mam na imię Abby i wcale mnie tutaj nie ma.

Nie­zbyt grube i pozba­wione rygli drzwi otwo­rzyły się. Mike wsu­nął głowę do pokoju, naru­sza­jąc pry­watną prze­strzeń Abby. Spoj­rzał w stronę łóżka, po czym prze­niósł wzrok na szparę mię­dzy kocami, przez którą wyglą­dała dziew­czynka. Abby wyraź­nie usły­szała gło­śne wes­tchnie­nie brata.

Wpa­try­wała się w stopy Mike'a, gdy szedł w kie­runku jej kry­jówki. Miał czarne skar­petki, wybla­kłe i tak roz­cią­gnięte, że zwi­jały się w obwa­rzanki wokół kostek, a do tego były pełne dziur. Przez naj­więk­szy z poszar­pa­nych otwo­rów wysta­wał duży palec lewej stopy.

Stopy w skar­pet­kach zatrzy­mały się tuż przy namio­cie. Śmier­działy potem; a może to cały Mike nim cuch­nął? Abby zmarsz­czyła nos i wtu­liła twarz w mięk­kie futerko Dolpha. Del­fin nie był tak czy­sty jak koce two­rzące jej kry­jówkę, więc jego zapach nie był słodki i owo­cowy. Ale nie pach­niał też źle. Tro­chę jak Abby, a ona pach­niała cytry­nami, ponie­waż pach­niał nimi jej szam­pon.

- Abby - ode­zwał się Mike. - Wiem, że nie śpisz.

Zaci­snęła oczy. Usły­szała sze­lest, poczuła ruch powie­trza - poły koca roz­su­nęły się. Mike znowu wes­tchnął, gło­śno i prze­cią­gle.

- Abby!

Z zamknię­tymi oczami przy­ci­skała Dolpha do twa­rzy. Nie ruszała się.

Odgłos szu­ra­nia. Trze­po­ta­nie. Poczuła, jak powie­trze omiata jej nagie ramiona. Otwo­rzyła oczy. Mike potrzą­sał jed­nym z krze­seł sta­no­wią­cych rusz­to­wa­nie namiotu.

- No dobra, dobra! - krzyk­nęła.

Mike wsu­nął głowę mię­dzy poły koca. Włosy ster­czały mu dzi­wacz­nie. Abby uznała, że głu­pio to wygląda, ale mógł to zro­bić naumyśl­nie. Nie­któ­rzy chłopcy w szkole też mieli takie fry­zury.

Abby pomy­ślała o wła­snej fry­zu­rze. W tej chwili pew­nie też wyglą­dała głu­pio. Kiedy spała, włosy zawsze jej się burzyły, a że były gęste, a przy tym cien­kie, jak włosy jej brata, łatwo się plą­tały.

Łyp­nęła na Mike'a.

- Zacho­wu­jesz się jak palant - powie­działa.

Prze­wró­cił oczami.

Kiedy robił taką minę, Abby miała cza­sem wra­że­nie, że patrzy na wła­sne oczy osa­dzone w cudzej gło­wie. Mieli z bra­tem bar­dzo podobne oczy, cho­ciaż jego były jaśniej­sze niż jej - orze­chowe, jak to się mówi. Kąciki u obojga opa­dały po zewnętrz­nej, jakby cały czas byli nieco smutni. To w zasa­dzie było cał­kiem zgodne z prawdą.

Abby nie sądziła, by poza oczami i czar­nymi, gęstymi, lekko falu­ją­cymi wło­sami byli do sie­bie z bra­tem podobni. Mike miał twarz jakby twardą, nacią­gniętą, spra­wiał wra­że­nie, że jego skóra jest roz­pięta na rusz­to­wa­niu z metalu lub drewna. Ona miała okrą­glej­szą buzię o mięk­kich liniach.

Mike ponow­nie potrzą­snął namio­tem.

- Dawaj, Abby. Wiesz, że nie mogę się spóź­nić.

Wes­tchnęła, naśla­du­jąc brata.

- To nie moja wina, że wylali cię z pracy w gale­rii.

Znowu wes­tchnęła, tym razem z żalem. Wie­działa, że lody z Dairy Fre­eze będą teraz rzad­ko­ścią, o ile w ogóle będą się tra­fiały. Kiedy Mike pra­co­wał w cen­trum han­dlo­wym, miał pra­cow­ni­czą zniżkę. Teraz ją także stra­cił. Nie ma zniżki, nie ma lodów.

- Masz rację - zgo­dził się Mike. Abby wie­działa, że cho­dzi mu o pracę, a nie lody, o któ­rych wła­śnie marzyła. Lekko trą­cił nogą bok namiotu. - Ale jeśli się dzi­siaj spóź­nię, to będzie twoja wina. Pięć minut. Ubie­raj się.

Wysta­wiła język. Brat odpo­wie­dział tym samym. Pomy­ślała, że może i języki mają podobne, tyle że jego był więk­szy.

Mike odwró­cił się, aby wyjść z pokoju. Abby spoj­rzała na Dolpha i unio­sła brew. Del­fin wyda­wał się zga­dzać z jej pomy­słem, więc wyrzu­ciła go przez otwór z kry­jówki.

Dolph zato­czył łuk w powie­trzu i wbił swój tępy nos w sam śro­dek ple­ców Mike'a. Upadł następ­nie na żół­to­zie­lony ple­ciony dywan, który okry­wał drew­nianą pod­łogę. Mike znowu odwró­cił się ku sio­strze. Abby zer­k­nęła na jego stopy.

- Fajne skar­pety - zakpiła.

- Przy­ga­niał kocioł garn­kowi - odciął się Mike i wyszedł z pokoju.

Abby wypeł­zła z namiotu, spie­sząc na ratu­nek Dolphowi. Potem pod­nio­sła się na równe nogi i zer­k­nęła na swoje stopy. Miała na sobie jedną skar­petkę w czer­wono-białe paski i jedną w żółte kropki. Wzru­szyła ramio­nami i przy­tu­liła Dolpha. Nie wyda­wał się przej­mo­wać jej nie­do­pa­so­wa­nymi skar­pet­kami.

***

Mike spoj­rzał w górę na wiszące nisko szare chmury. Miał wra­że­nie, że wci­skają go w popę­kany beto­nowy chod­nik pro­wa­dzący do smut­nego, pro­sto­kąt­nego budynku z cegły, do któ­rego za nic nie chciał wcho­dzić. Cały wygląd pod­nisz­czo­nej klo­co­wa­tej kon­struk­cji aż krzy­czał: "Oto nie­do­fi­nan­so­wany urząd!" i miało się wra­że­nie, że także ona jest zbyt wątła, aby oprzeć się napie­ra­ją­cym war­stwom jed­no­li­tych chmur.

Nie zno­sił takich chmur. Przy­po­mi­nały żela­zną płytę, przy­gnę­biały, poza tym bra­ko­wało im praw­dzi­wego cha­rak­teru... Na pokaz groźne i wiel­kie, nie nio­sły za sobą żad­nych kon­kre­tów. Spra­wiały, że niebo ciem­niało i wyglą­dało nie­bez­piecz­nie, ale zawie­rały bar­dzo mało wody, więc nie wywo­ły­wały opa­dów. Z jakie­goś powodu pamię­tał, jak mówili o tym w szkole. Może dla­tego, że sam czuł się tro­chę jak taka chmura.

Mike przy­sta­nął z waha­niem u stóp krót­kich scho­dów pro­wa­dzą­cych do budynku. Ile razy był już w tym żało­snym miej­scu? Stra­cił rachubę.

Kop­nął sto­pień, wyry­wa­jąc z niego kawa­łek kru­sze­ją­cego betonu. Chrup­nię­cie, które przy tym roz­brzmiało, spra­wiło mu głę­boką satys­fak­cję. Wypro­sto­wał barki i powlókł się wresz­cie po scho­dach.

Wnę­trze budynku, w któ­rym mie­ścił się miej­ski ośro­dek pomocy spo­łecz­nej, było jesz­cze ohyd­niej­sze niż jego fasada. Brudne kre­mowe ściany i prze­my­sło­wej jako­ści wykła­dzina o kolo­rze wybla­kłego brązu spra­wiały, że lobby oraz główny kory­tarz atrak­cyj­no­ścią dorów­ny­wały kana­łom ście­ko­wym. Nie żeby Mike kie­dy­kol­wiek zapusz­czał się do kana­łów... Ale to miej­sce było im jego zda­niem naj­bliż­sze.

Poczła­pał przed sie­bie i wziął nume­rek z pokan­ce­ro­wa­nego czar­nego podaj­nika sto­ją­cego przy ladzie w głębi holu. Zer­k­nął na papie­rek. Dwa­dzie­ścia sie­dem. Prze­niósł wzrok na sła­bo­wity wyświe­tlacz na ścia­nie. W ostrym bla­sku świe­tló­wek, w któ­rym ską­pane było pomiesz­cze­nie, ane­micz­nie migo­tała na nim liczba jede­na­ście.

- Świet­nie - mruk­nął pod nosem Mike.

Powłó­cząc nogami, ruszył po szorst­kim dywa­nie ku sze­re­gowi pla­sti­ko­wych krze­seł usta­wio­nemu pod lewą ścianą kory­ta­rza. W sto­sun­kowo małej prze­strzeni tło­czyło się pozo­sta­łych dwu­dzie­stu sze­ściu cze­ka­ją­cych z numer­kami, a wraz z nimi ich współ­mał­żon­ko­wie, dzieci i przy­ja­ciele (Mike nie miał żad­nego z powyż­szych). Zoba­czył jed­nak na końcu rzędu wolne krze­sło. Skie­ro­wał się w jego stronę i usiadł. Zaraz zaczął się wier­cić, żeby odsu­nąć się od naj­bliż­szej sąsiadki. Pokaź­nej postury kobieta naru­szała odzia­nymi w dres udami jego prze­strzeń oso­bi­stą.

Prze­su­wa­jąc krze­sło, czuł na sobie wzrok kobiety. Usły­szał, że sap­nęła, ale nie spoj­rzał w jej stronę. Nawią­zy­wa­nie kon­taktu wzro­ko­wego z innymi peten­tami ocze­ku­ją­cymi na spo­tka­nie z pra­cow­ni­kiem opieki nie było dobrym pomy­słem. Spoj­rze­nie w oczy takiemu nie­szczę­śni­kowi mogło spra­wić, że czło­wieka wessie bagno pozba­wia­ją­cej resz­tek chęci do życia depre­sji. Każdy tutaj miał takie czy inne kło­poty. Wystar­cza­jąco trudno było pora­dzić sobie z wła­snymi; Mike nie potrze­bo­wał jesz­cze oglą­dać cudzych, choćby prze­lot­nie.

Choć nie widział pozo­sta­łych, czuł ich obec­ność. Była jak kraty zamy­ka­jące wię­zienną celę.

Czuł też zapach współ­to­wa­rzy­szy nie­doli i sły­szał wyda­wane przez nich odgłosy. Całą pocze­kal­nię wypeł­niały dźwięki - ner­wowe szu­ra­nie stóp, pocią­ga­nie nosem, poka­sły­wa­nie, odchrzą­ki­wa­nie, tu i ówdzie nawet ciche łka­nie, a ponad tym wszyst­kim - szmer gło­sów. Choć Mike nie chciał słu­chać histo­rii, które przy­da­rzały się innym, cza­sem urywki roz­mów prze­bi­jały się przez mur jego żela­znego posta­no­wie­nia, aby inte­re­so­wać się tylko wła­snymi spra­wami.

- No i mówię mu... - rela­cjo­no­wała jedna z kobiet jękli­wym gło­sem. - Mówię: "Nie możesz pan tak kogoś trak­to­wać. Gdzie się mamy podziać, jak nas pan wyrzu­cisz?".

Z dru­giej strony pomiesz­cze­nia zabrzmiał tubal­nie jakiś męż­czy­zna, na tyle gło­śno, że pew­nie było go sły­chać na zewnątrz.

- Jak czło­wiek ma wykar­mić rodzinę za te nędzne gro­sze, które płacą?

Mike spró­bo­wał men­tal­nie zablo­ko­wać uszy i wpa­try­wał się w swoje stopy. Odci­na­jąc się od oto­cze­nia, zajął się swoją ulu­bioną grą w "Co by było, gdyby...?".

Lubił odgry­wać w gło­wie roz­ma­ite sce­na­riu­sze. Cza­sem wcie­lał się w repor­tera albo podró­żu­ją­cego foto­grafa. Cza­sem bywał naukow­cem, leka­rzem albo sędzią. Naj­czę­ściej - budow­lań­cem, ale nie byle jakim, tylko grubą rybą, która kie­ruje budo­wami wiel­kich domów albo cie­ka­wych archi­tek­to­nicz­nie biu­row­ców (nie takich kloc­ków jak ten). Ni­gdy, prze­nigdy nie bywał w wyobraźni ochro­nia­rzem, dozorcą, pra­cow­ni­kiem sor­towni poczty ani bez­ro­bot­nym fra­je­rem, szu­ka­ją­cym byle jakiego zaję­cia.

Wie­dział, że powi­nien był dawno temu wyro­snąć z takiego uda­wa­nia, ale wyobra­ża­nie sobie innego życia niż to, które miał naprawdę, dawało mu każ­dego ranka moty­wa­cję, żeby wstać i ruszyć do dzia­ła­nia. Mike z jego wyobraźni miał czy­stą kartę. Mógł zapo­mnieć o całym bagażu, który się za nim cią­gnął... o poczu­ciu winy. Gdyby nie był w sta­nie od czasu do czasu odło­żyć dźwi­ga­nego na ple­cach cię­żaru, pew­nie już dawno by zwa­rio­wał. Albo by go to zabiło. Nie wie­dział, co byłoby gor­sze.

- Numer dwa­dzie­ścia sie­dem?

Mike pod­niósł wzrok. To już?

Po pomiesz­cze­niu roz­glą­dała się czter­dzie­sto­kil­ku­let­nia kobieta z mocną trwałą i oczami, które wyglą­dały, jakby już od lat nie zaznały w nocy wię­cej niż godziny czy dwóch snu. Mike pod­niósł rękę, żeby zwró­cić na sie­bie jej uwagę.

Kobieta obcią­gnęła zmiętą poma­rań­czową bluzkę. Mike pomy­ślał, że ten kolor gry­zie się z rdzawą barwą spód­nicy, która zwi­sała krzywo z chu­dych bio­der urzęd­niczki, koń­cząc się o pięć cen­ty­me­trów nad pra­wym kola­nem, ale dwa cen­ty­me­try poni­żej lewego.

- Numer dwa­dzie­ścia sie­dem? - powtó­rzyła, zwra­ca­jąc się do niego. Mike ski­nął głową, a ona powie­działa: - Pro­szę za mną.

Wstał.

Rozdział 3

Wysoki, szczu­pły męż­czy­zna, który roz­sia­dał się swo­bod­nie w biu­ro­wym fotelu z popę­ka­nego czar­nego winylu, ema­no­wał aurą pre­zesa zarządu wiel­kiej firmy. Tym­cza­sem nie pre­ze­so­wał niczemu poza cia­sną klitką bez okien i tanim biur­kiem z bla­tem ze sklejki w uda­ją­cej drewno okła­dzi­nie. Jesz­cze tan­det­niej­sza była tabliczka z nazwi­skiem, wysu­nięta do przodu na tymże biurku, która gło­siła, że męż­czy­zna nazywa się Steve Raglan. Poni­żej nazwi­ska można było prze­czy­tać infor­ma­cję, że jest on doradcą zawo­do­wym. Bio­rąc pod uwagę pełną samo­za­do­wo­le­nia minę, która wyraź­nie świad­czyła o jego napom­po­wa­nym ego, Mike był pewien, że facet uważa się za abso­lut­nie naj­lep­szego doradcę zawo­do­wego na całym bożym świe­cie. A może i w ogóle naj­świet­niej­szego na świe­cie czło­wieka. Mike miał ochotę dać mu w nos.

Około pięć­dzie­się­cio­letni Raglan o siwie­ją­cych ciem­nych wło­sach przy­glą­dał się Mike'owi, mru­żąc oczy zza powięk­sza­ją­cych i znie­kształ­ca­ją­cych je gru­bych, okrą­głych oku­la­rów w czar­nych opraw­kach. Oku­lary te były domi­nu­ją­cym ele­men­tem pocią­głej twa­rzy o wyso­kim czole.

Posłał Mike'owi sze­roki uśmiech, poka­zu­jąc mnó­stwo zębów. Przy­po­mi­nało to bar­dziej nie­okre­ślony gry­mas.

- A zatem, panie Schmidt - zagaił. - Co wła­ści­wie jest z panem nie tak?

Tak­so­wał Mike'a od stóp do głów, jakby oce­niał war­tość krowy prze­zna­czo­nej na rzeź. Na­dal roz­sia­dał się w fotelu. Jedną dużą stopę opie­rał o blat brzyd­kiego, pozna­czo­nego szra­mami biurka. Koły­sała się w rytm melo­dii, którą znał tylko Raglan.

- No więc, Mike? - pona­glił. - Mogę się tak do pana zwra­cać?

Mike wzru­szył ramio­nami. Nie obcho­dziło go to, jak facet się do niego zwraca. Nie obcho­dziło go też, co miał do powie­dze­nia. Cokol­wiek powie, okaże się iry­tu­jące. Miał nie­przy­jemny głos - na prze­mian chra­pliwy i nosowy, a po chwili gładki i śpiewny. Jakby nie wie­dział, kim wła­ści­wie jest i jak chce brzmieć.

Nie­ważne. Mike'a nie obcho­dziło też to, dla­czego głos Raglana brzmi tak, a nie ina­czej. Chciał po pro­stu mieć już za sobą to spo­tka­nie.

- To o co cho­dzi, Mike? - nie usta­wał Raglan. - Jest pan chory na głowę?

Ode­pchnął się od biurka wybi­ja­jącą przed chwilą rytm stopą. Wypro­sto­wał fotel i nachy­lił się do przodu, opie­ra­jąc łok­cie o suszkę z beżo­wego filcu, na któ­rej leżała tylko jedna tek­tu­rowa teczka z doku­men­tami i stał czer­wony kubek, chyba pusty. Poza sta­rym tele­fo­nem sta­cjo­nar­nym i pustym meta­lo­wym koszycz­kiem na kore­spon­den­cję na biurku nie było nic, co wska­zy­wa­łoby, że jest ono uży­wane do fak­tycz­nej pracy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki