Fisharmonia. Snówpowiązałka - Hubert Klimko-Dobrzaniecki

Kup ebooka

29.00 zł
23.19 zł (15,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

A to nam śmierć za­brała tre­nera - po­wie­działa od­dzia­łowa ze szpi­tala po­wia­to­wego do mło­dego le­ka­rza, na długo przed tym, za­nim or­dy­na­tor od­krył ich ro­mans. Kro­ple desz­czu za­częły ude­rzać o pa­ra­pet, jakby chciały pod­kre­ślić tę przy­krą wia­do­mość. - Po­patrz, na­wet niebo pła­cze, a ty nic - za­smu­ciła się.

Le­karz znał tre­nera z opo­wie­ści ojca. Gdyby nie wy­pa­dek na nar­tach, jego oj­ciec mógłby wejść do składu miej­sco­wej re­pre­zen­ta­cji w piłce noż­nej. Zo­stał po­tem pro­win­cjo­nal­nym na­uczy­cie­lem wy­cho­wa­nia fi­zycz­nego, oże­nił się i miał syna, z któ­rego był bar­dzo dumny. Le­karz, zwłasz­cza w ma­łym mia­steczku, to jest jed­nak ktoś.

- Mam stra­cha - ode­zwał się po dłuż­szej chwili ci­szy, ale w jego gło­sie nie było sły­chać trwogi, ra­czej kilka zna­ków za­py­ta­nia.

- Wszyst­kich nas to czeka. Cie­bie za­pewne póź­niej niż mnie. Każde ży­cie się koń­czy. Cho­dzi o to, żeby się tak do­ga­dać z "górą", by nie bo­lało i po­szło w miarę szybko - stwier­dziła pie­lę­gniarka.

- Nie o tym mó­wię. Ja się śmierci nie boję i...

- Młody je­steś, to się nie bo­isz - prze­rwała.

- Ra­czej się boję, że ktoś nas przy­ła­pie. To małe mia­sto. Mam wra­że­nie, że twój mąż za­czyna się cze­goś do­my­ślać.

- A skądże! Znam go.

- Czy­tasz w jego my­ślach?

- Po dwu­dzie­stu la­tach mał­żeń­stwa pary mniej wię­cej wie­dzą, co im cho­dzi po gło­wie.

- To co mu cho­dzi, je­śli nie...? Coś musi. Lu­dziom za­wsze coś cho­dzi po gło­wie - nie ustę­po­wał męż­czy­zna.

- Działka mu cho­dzi.

- Prze­cież ma­cie działkę.

- Tak, ale chciałby więk­szą i ze sta­wem. Żeby móc ho­do­wać kar­pie. Mówi, że te, które ku­puje w "Cen­trali", są za duże, a przez to za­la­tują mu­łem i mają twarde mięso.

- Czę­sto je­cie kar­pie?

- Dwa, trzy razy w ty­go­dniu.

- O Boże! - aż krzyk­nął. - To musi być okropne. Ja jem raz w roku, na wi­gi­lię. Szcze­rze mó­wiąc, tylko dla­tego, żeby nie spra­wić przy­kro­ści ro­dzi­com. Nie zno­szę tych ryb i nie ro­zu­miem lu­dzi, któ­rzy je­dzą je czę­ściej.

- Dla­tego ci po­wie­dzia­łam, że on się nie do­my­śla i nie do­my­śli. Póki będę ja­dła kar­pie, wszystko bę­dzie do­brze. Karp dwa, trzy razy w ty­go­dniu, bez na­rze­ka­nia, to gwa­ran­tuje. Zresztą, je­stem re­alistką. Na­cie­szysz się mną jesz­cze kilka lat, po­tem za­ło­żysz ro­dzinę, żona uro­dzi ci dzieci, zo­sta­niesz or­dy­na­to­rem... Tak to już jest. A ja, u boku męża, na działce, ze sta­wi­kiem peł­nym ryb, do­żyję, jak Bóg da, sta­ro­ści i umrę. Trzeba mieć nie tylko dla kogo żyć, ale też dla kogo umie­rać.

Dzie­liła ich spora róż­nica wieku. Ale trudno mu się było dzi­wić, bo od­dzia­łowa wy­glą­dała zna­ko­mi­cie. Za­dbana, zgrabna, szczu­pła, i tylko jej dło­nie zdra­dzały lek­kie oznaki sta­rze­nia. Ich skóra po­ryta była dłu­gimi bruz­dami. Być może rów­nież z po­wodu czę­stego uży­wa­nia pły­nów de­zyn­fe­ku­ją­cych.

- Dla karpi?!

- Nie wy­głu­piaj się. Pój­dziesz na po­grzeb?

- Twój?

- By­łoby miło... Ale py­tam o po­grzeb tre­nera.

- A kiedy jest?

- W czwar­tek.

- To pójdę. W czwar­tek mam nocny dy­żur. Oj­ciec z matką też pew­nie będą. Pew­nie całe mia­steczko sta­nie, bo wszy­scy pójdą.

- Masz ra­cję! - od­parła z oży­wie­niem pie­lę­gniarka. - Tre­ner nie miał wro­gów. Po­szedł pro­sto do nieba.

- Każdy ma wro­gów... - skwi­to­wał le­karz to­nem, ja­kim me­dycy zwy­kli wy­po­wia­dać oczy­wi­ste dia­gnozy. Grypa. Za­kwasy. Za­twar­dze­nie. - Na­wet Je­zus miał wro­gów.

- Zga­dza się. Je­zus miał wielu wro­gów. Do dzi­siaj ma. Inna sprawa, że gdyby tre­ner tak nie prze­ży­wał tej piłki noż­nej, umarłby na to, na co miał umrzeć... Ale tro­chę by jesz­cze po­cią­gnął.

- Może tak, może nie. To nie było ta­kie oczy­wi­ste, choć Po­lacy mo­gliby le­piej wy­paść w me­czu z Niem­cami. W ogóle nie zno­szę Niem­ców, nie zno­szę, a w szcze­gól­no­ści kiedy grają w piłkę. Są sku­teczni, fakt, ro­bią to jed­nak tak, jak ro­bią inne rze­czy. Do­kład­nie i bez po­lotu. Z ko­lei Po­lacy wszystko ro­bią z po­lo­tem, ale nie­do­kład­nie.

- Zde­cy­do­wa­nie wolę Po­la­ków - oświad­czyła z dumą.

- Ide­al­nie by­łoby, gdy­by­śmy po­łą­czyli po­lot z do­kład­no­ścią.

- Wtedy wo­jen by nie było...

- By­łyby, ale krót­sze - pod­su­mo­wał men­tor­skim to­nem męż­czy­zna i po­dejrz­li­wie ro­zej­rzał się wo­kół.

*
Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki