First last look - Bianca Iosivoni

Reflow text when sidebars are open.
Dylan
- Westbrook.
Luke McAdams stał obok drzwi do mieszkania, które dzielił z dwoma innymi studentami, i podawał mi rękę. Mimo letniej temperatury na zewnątrz miał na ręce czarną opaskę wokół nadgarstka. Typowy Luke - wieczny sportowiec, nawet poza sezonem.
Zawahałem się ułamek sekundy, ale uścisnąłem mu dłoń.
- McAdams. Dawno się nie widzieliśmy - moja odpowiedź zabrzmiała chłodniej, niż zamierzałem, lecz stało się to już niejakim standardem w stosunkach między nami.
Luke kiwnął głową. Nasze rozmowy ograniczały się zazwyczaj do wymiany kilku frazesów, dzisiejszy dzień nie miał być chyba wyjątkiem.
Minąłem go, a on zwrócił się do następnych gości. W salonie zebrało się już kilka osób. Rozpoznałem parę znajomych twarzy z ostatniego semestru, ale były tam też osoby, które widziałem pierwszy raz w życiu. Najwidoczniej nie byłem jedynym, który na tę nieoficjalną imprezę zaprosił również kogoś z pierwszego semestru.
Nagle ktoś bez ostrzeżenia objął mnie ramieniem i pociągnął tak szybko do siebie, że nie byłem w stanie zareagować. Poczułem soczystego buziaka na policzku, po czym uwolniłem się z objęcia i mogłem wreszcie zidentyfikować napastniczkę. Była to Tate Masterson. Jej brązowa grzywa wzbogaciła się o parę jaskrawoczerwonych pasemek. Ale poza tym była to ciągle ta sama dziewczyna, którą znałem od czasów szkolnych.
- Wow. - Otarłem sobie policzek, który teraz z pewnością nosił ślady czerwonej szminki. - Jak sobie na to zasłużyłem?
- Wcale sobie nie zasłużyłeś. - Nonszalancko wzruszyła ramionami i wcisnęła mi w rękę puszkę piwa. - Może po prostu brakowało mi trochę podczas wakacji jednego zwariowanego studenta weterynarii. Ale tylko troszeczkę. Chociaż nie, w sumie nie.
Akurat. Zrobiłem zdecydowany krok w jej stronę, ale chyba przejrzała moje plany, bo zrobiła szybki unik.
- Ani się waż! - syknęła przez zęby. Każdy wiedział, jak bardzo Tate nienawidziła publicznego okazywania czułości, gdy dotyczyło to jej osobiście. Był to oczywiście dodatkowy powód, żeby ją trochę poirytować.
Oddałem puszkę z piwem pierwszej lepszej osobie i wolno do niej podszedłem. Widzieć Tate, jak próbowała za wszelką cenę mi umknąć, było zdecydowanie warte zachodu. Cofała się, aż doszła do ściany i oparła się o nią plecami. Wtedy chwyciłem ją bez namysłu i mocno objąłem. Teraz chyba nie będzie jej już mnie brakować.
Gdy uniosłem ją trochę nad ziemię, śmiała się i wierzgała nogami. Jednocześnie okładała mnie pięściami i życzyła wszystkiego najgorszego. Szyderczy uśmiech pojawił się na moich ustach. W końcu postawiłem ją z powrotem na podłodze. Parę osób obserwowało nasze powitanie. Skrzywiłem się, gdy poczułem na sobie ich ciekawskie spojrzenia. Tak samo jak Tate nie znosiła obejmowania w towarzystwie, ja nie znosiłem bycia w centrum uwagi. Ale ta mała zemsta na dziewczynie była na tyle satysfakcjonująca, że mogłem wyjątkowo znieść związane z tym nieprzyjemności.
Grając obrażoną, uderzyła mnie jeszcze pięścią w ramię.
- Zdecydowanie za tobą nie tęskniłam. Możesz znowu spadać tam, skąd przyszedłeś.
Z tym samym uśmieszkiem co przed chwilą zaciągnąłem ją do jednej z kanap i przygarnąłem do siebie tak mocno, że oboje upadliśmy na siedzenie. Podniosłem jej nogi i położyłem sobie na kolanach. Jeśli istniała kobieta, którą można było określić jako moją najlepszą przyjaciółkę, była nią ona. Przy tym różniliśmy się od siebie jak dzień i noc, i do tego na każdy temat mieliśmy różne zdanie. Podobieństwa między nami dałyby się z kolei policzyć na palcach jednej ręki, i to nie wszystkich. Mimo to dogadywałem się z nią lepiej niż z innymi ludźmi. Może dlatego, że Tate nigdy nie brała do siebie tego, że w ostatniej minucie odwoływałem spotkanie lub że godzinami nie odpowiadałem na wiadomości, bo akurat pochłonięty byłem pracą.
- Za to, że mnie ośmieszyłeś, wisisz mi piwo. - Trąciła mnie w udo skórzanym botkiem.
- O, czyżbyśmy przez wakacje stali się trochę drażliwi? - Przekomarzałem się z nią, ani myśląc ruszyć się i podać jej puszkę.
- No, dalej! Rusz się, jeśli nie chcesz, żebym zdradziła twoją małą tajemnicę w studenckim radio. - Czubek jej buta kolejny raz wbił się w moją nogawkę.
- Elle się wygadała?
- A jak myślisz? - Śmiech Tate stał się trochę diaboliczny. - Mieszkamy w końcu razem. Poza tym ta dziewczyna nie umiałaby dotrzymać tajemnicy, nawet gdyby od tego zależało jej życie.
Odsunąłem jej nogi, żeby wstać.
- Kiedyś pożałujecie, że mnie tym szantażowałyście. Zemszczę się.
Uniosła brwi i dodała uszczypliwie:
- Marzę o tym każdej nocy, Westbrook.
Zaśmiałem się. Cała Tate. Potrafiła wszystko sprowadzić do spraw seksu. Nawet naszą przyjaźń. Rzeczywiście raz wylądowaliśmy w łóżku. Na pierwszym semestrze. Byliśmy pijani. Żadne z nas nie pamiętało już dokładnie, co się wydarzyło, ale jedno było pewne: ranek po był więcej niż dziwny. Z pewnością nikt z nas nie chciałby go powtórzyć.
Pokręciłem tylko głową i poszedłem dalej. W międzyczasie zrobiło się wyraźnie tłoczniej i impreza rozprzestrzeniła się z salonu na przyległe pokoje. Prawdopodobnie nawet na korytarz. Przyniosłem sobie zimne piwo z tajemnego schowka w pokoju Trevora i ustawiłem się w drzwiach, żeby przyjrzeć się na spokojnie temu, co się wokół działo. Nie, tego rodzaju imprezy były zdecydowanie nie dla mnie. Jeśli o mnie chodzi, znacznie lepiej czułem się w roli cichego obserwatora stojącego obok.
Ktoś włączył telewizor i kilku chłopaków siedziało przed nim i głośno komentowało mecz piłkarski. Gdzieś tu musiał być też Mason, ale kiedy tak rozglądałem się po pokoju, dotarło do mnie, że w gruncie rzeczy to nie jego szukam.
Gdzieś w tłumie mignęła mi blond czupryna. Różowe końcówki włosów nie pozostawiały wątpliwości. To była Emery Lance. Ubrana w krótki zielony top, który przykrywał jedynie połowę jej pleców, piekielnie wąskie dżinsy i - oczywiście - trampki, tym razem w kolorze zielonym. Na mojej twarzy automatycznie pojawił się delikatny uśmiech.
Podniosłem puszkę do ust i wziąłem łyk piwa, nie spuszczając Emery z oczu. Najwyraźniej ona też znalazła już miejsce, gdzie trzymano alkohol i właśnie schylała się po jedną puszkę.
- Kim jest ta mała? - Luke niepostrzeżenie pojawił się obok mnie.
Mimowolnie znowu się usztywniłem.
- Emery Lance. Nowa współlokatorka Masona.
- Serio? - Luke cicho gwizdnął. - Powinienem wyrzucić Trevora, może następnym razem będę mieć więcej szczęścia do nowego współlokatora.
- Chyba twoja aktualna panna nie byłaby tym zachwycona - skomentowałem krótko.
- To niestety prawda. - Odwrócił się teraz do mnie. Kiedy staliśmy tak obok siebie, widać było, że jest o pół głowy wyższy ode mnie. Wcześniej brano nas zawsze za braci. Kiedyś. Zanim tamta sprawa wszystkiego między nami nie popsuła. Z tego samego powodu Luke teraz krótko się zawahał. - Masz coś przeciwko, żebym się jej bliżej przyjrzał? A może już ją sobie zarezerwowałeś?
Rzeczywiście w pewnym sensie tak było, uświadomiłem to sobie ze zdziwieniem. Ale to nie znaczyło, że miałem sobie odmówić przyjemności patrzenia, jak ten przystojniaczek dostaje od Emery kosza. Szczególnie że były szanse na to, że przebiegnie to równie krwawo jak w przypadku Masona.
- Dawaj. Spróbuj swego szczęścia - zachęciłem go, licząc na interesujący rozwój wypadków.
Emery
Nawet gdybym nie wiedziała, gdzie miała się odbyć ta nieoficjalna impreza, znalazłabym drogę na nią bez trudu. Tępe dudnienie basów słychać było już na klatce schodowej, a gdy trafiłam na piąte piętro, udało mi się nawet zidentyfikować piosenkę. Leciało właśnie I'm So Sorry zespołu Imagine Dragons. Zdecydowanie coś w moim stylu. Poprawiłam jeszcze raz mój ciemnozielony top seksownie odsłaniający plecy i wzięłam głęboki wdech.
Drzwi do mieszkania były otwarte, a w korytarzu zebrało się już kilku studentów. Stali w grupkach, rozmawiali i śmiali się, popijając coś z puszek lub plastikowych kubków. Było jasne, że nie była to lemoniada. Byłam zdziwiona, że kierownictwo akademika na to pozwala. Z drugiej strony było niemal pewne, że fakt, iż osoby poniżej dwudziestego pierwszego roku życia częstowane tu były - i to szczodrze - alkoholem, był skrzętnie ukrywany. Ale mnie to zupełnie nie przeszkadzało.
W drzwiach przywitał mnie chłopak z brązowymi lokami i podał mi na wstępie jeden z plastikowych kubków. Odstawiłam go przy pierwszej nadarzającej się sposobności na stół, nawet nie sprawdziwszy jego zawartości. Stała tam już całe mnóstwo kubków i było tylko kwestią czasu, kiedy ktoś zacznie grać nimi w piwnego ping-ponga.
Salon był mniej więcej takiej wielkości jak u nas i w tej chwili było w nim zdecydowanie za dużo ludzi. Mimo tłoku zauważyłam Masona po drugiej stronie pokoju. Stał obok jakiejś blondynki z lekko kręconymi włosami. Powiedziała coś, co go rozśmieszyło. W tej samej chwili chwycił się za nos, który był teraz niebiesko-zielono-fioletowo-czerwony i przypominał trochę paletę malarską mojej mamy, a jego twarz wykrzywił bolesny grymas. Musiałam zagryźć wargi, by powstrzymać się od złośliwego uśmieszku. Poczucie winy? Skrucha? Nie było po nich ani śladu. Facet sobie na to najzwyczajniej zasłużył.
To nie była pierwsza impreza w college'u, na której byłam, ale pierwsza, na którą byłam oficjalnie zaproszona. Wiedziałam, że tego typu imprezy rządzą się swoimi prawami. Jedną z zasad było to, że tam, gdzie jest największy tłok, albo ktoś się bije, albo jest alkohol. Wyszło na to drugie. W pobliżu lodówki znalazłam ułożone jedna na drugiej zgrzewki piwa. Gdyby widział mnie w tym momencie Rob, skręciłby mi kark. Mojego starszego brata jednak tu nie było i miałam zamiar pójść za radą mamy i dobrze się bawić.
Wzięłam jedną puszkę, otworzyłam ją i upiłam duży łyk. Poczułam gorzki smak na języku i skrzywiłam się. Ohyda. Nie ma nic gorszego niż tanie piwo - może oprócz ciepłego taniego piwa. Mimo to wzięłam jeszcze jeden łyk. Może jeśli wypije się tego dostatecznie dużo, można się do tego przyzwyczaić? A może po prostu obumierają wówczas kubki smakowe? Kto wie.
Dylan
- A ty chyba nigdy nie słyszałeś, że nie wchodzi się bez pukania - fuknęła.
Ja pierniczę. To była pierwsza myśl, jaka powstała w mojej głowie, kiedy ją ujrzałem. Nie ostra laska ani ślicznotka, ani żadne inne komplementujące określenie, tylko właśnie ja pierniczę. Równie dobrze mogłaby w tym momencie polecieć piosenka Taylor Swift I Knew You Were Trouble - idealnie pasowałaby do sytuacji. Bo dziewczyna, którą zobaczyłem, oznaczała niewątpliwie tylko jedno: kłopoty.
Byłem przygotowany na wiele różnych odpowiedzi na rzucony przeze mnie komentarz, nie zdziwiłoby mnie również kompletne milczenie. Na to jednak nie byłem przygotowany, kiedy otrzymawszy wiadomość od Masona, wybrałem się do jego pokoju - że będzie tam ona.
W pierwszym momencie wyglądała na złapaną na gorącym uczynku, jakbym ją przyłapał na czymś nielegalnym. Ale wrażenie to nie trwało długo. Wyraz zmieszania znikł z jej twarzy tak szybko, jak się pojawił. Stała w rozkroku, ubrana w biały podkoszulek z nadrukiem, czarne spodnie i różowe trampki. Końcówki jej włosów były zresztą w tym samym kolorze. Wyglądała na drobną, ale gdy podszedłem bliżej, okazała się wyższa, niż początkowo myślałem. Miedzy nami było może dziesięć do dwunastu centymetrów różnicy. Nie więcej.
Wyprostowała się i oparła ręce na biodrach, jakby chciała mnie stamtąd za chwilę własnoręcznie wyrzucić. Biorąc pod uwagę zaczerwienienie widoczne u nasady palców jednej ręki oraz rewelacje na jej temat, które przekazał mi mój najlepszy przyjaciel, mogłem to sobie nawet całkiem dobrze wyobrazić. Paznokcie u rąk miała pomalowane na przemian w dwóch kolorach, zielonym i różowym, na palcu wskazującym tkwił pierścionek. Zważywszy na sposób jej zachowania i wygląd, oczekiwałbym na jej palcu trupiej czaszki czy czegoś w tym rodzaju. Nieoczekiwanie pierścionek przedstawiał stokrotkę.
- Jestem Dylan - powiedziałem i zmusiłem się, żeby ponownie spojrzeć jej w oczy. Ciemny makijaż podkreślał głęboki błękit jej tęczówek i złapałem się na tym, że zrobiłem jeszcze jeden krok do przodu, aby przyjrzeć im się lepiej z bliska.
Uniosła do góry brwi i zadarła brodę.
- Zawsze wchodzisz do pokojów obcych dziewczyn, Dylan?
- Nie - odparłem, uśmiechając się. Z jakiegoś powodu podobał mi się jej buńczuczny styl. - Ale w tym wypadku zrobiłem wyjątek.
- Wynocha. - Zdrową ręką pokazała mi drzwi.
Najwyższy czas coś wyjaśnić. Odchrząknąłem, bo z niewiadomych przyczyn nagle zachrypłem.
- Jestem kumplem Masona i w sumie to, co powiedziałem, było przeznaczone dla niego. - Na dowód tego podniosłem do góry żelowy kompres chłodzący, który trzymałem w jednej dłoni i od którego zamarzły mi już prawie palce. - Ale może tobie przyda się on bardziej.
Nieufnie patrzyła to na mnie, to na niebieską żelową torebkę, jakby nie wiedziała, co ma o tym sądzić. Odebrałem jej możliwość decyzji, bo wziąłem ją za jej prawą rękę i ostrożnie położyłem kompres na zaczerwienionych palcach. Gwałtownie wciągnęła powietrze, ale nie cofnęła ręki.
- Potraktuj to jak propozycję zawieszenia broni, po tym jak wszedłem bez pukania do pokoju obcej dziewczyny. - Mrugnąłem do niej porozumiewawczo, ale ona nadal wpatrywała się we mnie, jakby nie mogła pojąć, co się właściwie działo, choć przecież zaoferowałem jej żelowy kompres, a nie pierścionek zaręczynowy.
- Nie potrzebujemy żadnego zawieszenia broni - odpowiedziała wreszcie, ale jej głos nie brzmiał już tak zdecydowanie, jak przedtem. - W końcu nie było między nami żadnej wojny.
Jeszcze nie. Ta myśl tak nagle pojawiła się w mojej głowie, że sam byłem zaskoczony. Normalnie dziewczyny nie wzbudzały tak szybko mojego zainteresowania, a na pewno nie działo się tak po jednym spojrzeniu nieufnych niebieskich oczu. Miałem na tyle oleju w głowie, żeby nie pakować się bezmyślnie w coś, co łatwo mogło zakończyć się jedną wielką katastrofą. Ale współlokatorka Masona miała w sobie coś, co trafiło w mój słaby punkt. Znałem ją dopiero od kilku minut, a mimo to pokazała mi już swoją agresywną, nieufną, a zarazem - czego z pewnością nie chciała - delikatną naturę. Trochę przypominała mi porzuconego psa, którego w zeszłym tygodniu znalazłem przed kliniką weterynaryjną. Szczekał jak wściekły i warczał, odsłaniając zęby. Ale za jego agresją stał jedynie strach.
- Dzięki. - Chrząknęła i uwolniła swoją rękę z mojej, nie oddając mi jednak kompresu. I dobrze. Inaczej jej i tak opuchnięte już palce spuchłyby jeszcze bardziej i mogłyby boleć jeszcze przez parę dni.
- Spoko. Mason da sobie świetnie radę i bez niego.
Krótki uśmiech przemknął po jej twarzy, ale zaraz zniknął, a ona się odwróciła. Dwa kroki i była już przy swoim łóżku, gdzie leżała jej torba, którą otworzyła jednym zgrabnym ruchem. Obok leżał aparat polaroid, jaki miała kiedyś moja mama. Czyżby robiła nim zdjęcia?
- Jeśli chcesz czekać na Masona... - rzuciła mi wymowne spojrzenie - możesz to robić na zewnątrz.
Znowu pokazała swoją wojowniczą stronę, która tylko prowokowała mnie do tego, żeby nie ulegać jej prośbie. Prośbie? Kogo chciałem oszukać. To nie była prośba, ale rozkaz.
Zamiast wyjść, położyłem się na łóżku Masona i wyciągnąłem nogi, krzyżując je w kostkach. Całe szczęście, że teraz wszyscy nosili podarte dżinsy. Tak więc przynajmniej moje, stare jak świat, nie rzucały się za bardzo w oczy.
- Zaczekam tutaj.
Zastygła w połowie ruchu i trzymając w ręce stertę ubrań, powiedziała:
- Wiesz, że mogę cię stąd wyrzucić? Ta pani z dołu chętnie wezwie ochronę, jeśli ją o to poproszę.
- Pani Glennard? - Musiałem się powstrzymać, żeby nie wybuchnąć głośno śmiechem. - Nawet na pewno. - Pani Glennard nienawidziła mnie i Masona, od kiedy w zeszłe Halloween przemalowaliśmy jej samochód.
Patrzyłem, jak układała swoje ubrania w szafce przy biurku. Ten pokój był niewiele większy od mojej jedynki i szczerze mówiąc, był wielkości pudełka na buty. Dziewczynie jednak nie wydawało się to przeszkadzać. Tak samo jak nie przeszkadzało jej mało miejsca na jej rzeczy. Kładła ubrania jedne na drugich, nie segregując ich ani ze względu na kolor, ani na wzór, ani według żadnego innego systemu. Interesujące. Kobiety zazwyczaj przykładają wagę do takich rzeczy.
Wzdychając, stanęła przy swojej torbie, znowu z rękami na biodrach.
- Słuchaj, naprawdę nie chcę być nieuprzejma, ale dopiero co przyjechałam i chciałabym trochę pobyć sama.
Zmarszczyłem czoło.
- W takim razie wybrałaś sobie chyba złe mieszkanie.
- Nie wybrałam go sobie, przydzielono mi je.
- Dlatego sprałaś Masona? Bo myślałaś, że to jakiś zbok, który wlazł do twojego pokoju? W sumie tak jak ja przed chwilą. Super, to bardzo pocieszające.
Jej spojrzenie było miażdżące.
- Zasłużył sobie. Tyle w temacie.
- Już dobrze. - Podniosłem ręce w geście obrony. - Po prostu nie wyglądasz mi na kogoś, kto wpierw wali, a dopiero potem zadaje pytania.
- Pierwsze wrażenie może być mylące.
- Jak widać.
Wrzuciła skarpetki i bieliznę do szuflady i odwróciła się do mnie.
- Chodzi ci o coś? Po co tu jeszcze siedzisz?
Obrzuciłem ją wzrokiem od stóp do głów.
- Mam być szczery? - spojrzałem jej znowu prosto w oczy - czy wolisz odpowiedź, która połechce twoje ego?
- Bądź szczery. Ja zawsze wolę szczere odpowiedzi.
Znowu to zrobiła. Zaskoczyła mnie swoją reakcją i spokojem wymalowanym na twarzy. Po dwóch latach w college'u wiedziałem, jak wyglądają typowi pierwszoroczni. Przyjeżdżali tu z błyszczącymi oczyma i wiarą w to, że mogą zdobyć świat, bo rzeczywistość jeszcze nie zdążyła ich otrzeźwić. Ta dziewczyna robiła wrażenie twardo stąpającej po ziemi, jakby szkołę życia miała już dawno za sobą.
- Jesteś sexy.
W twarz dostałem poduszką.
- Chciałam szczerą odpowiedź! - zawołała.
Szczerząc się, podniosłem poduszkę i rzuciłem ją z powrotem na łóżko.
- To była szczera odpowiedź. Czego się spodziewałaś? Jestem facetem i nie jestem ślepy.
Czy mi się zdawało, czy jej policzki przybrały kolor różowych trampek, które nosiła? Zanim zdążyłem to ocenić, znowu pokazała mi plecy.
- Westbrook! - Mason wszedł do pokoju z grobową miną. - Podrywasz laskę, która zniszczyła wszelkie moje szanse na zostanie supergwiazdą?
- Halo! Ta laska stoi obok!
Zamaskowałem swój śmiech udawanym atakiem kaszlu. Ta dziewczyna z pewnością nie potrzebowała wzywać ochrony, żeby nas dwóch stąd wyrzucić, gdyby jej na tym naprawdę zależało.
- Wiem. - Nawet nie rzuciwszy na nią okiem, Mason chwycił leżący na jej łóżku żelowy kompres i przycisnął go do spuchniętego nosa. - Pytanie nie było do ciebie.
Zamiast odpowiedzieć Masonowi, wskazałem ruchem dłoni jego nową współlokatorkę i spytałem:
- Jak się nazywa?
- Emery Lance. - Mason usiadł koło mnie, wydając z siebie głębokie westchnienie. Kompres sprawiał, że jego głos brzmiał niewyraźnie i nosowo. - Znana również jako Diabeł z Montany.
- Montany? - powtórzyłem z namysłem. - Całkiem daleko od domu.
- Powinna była tam zostać.
- Słyszę was.
- Za co mnie to spotkało? - Mason teatralnie rzucił się na poduszki i potarł dłonią czoło.
- Nie mam pojęcia, człowieku. Ale mnie ten rozwój sytuacji się podoba.
Mason mruknął:
- Gdybyś w ostatnim momencie nie zrezygnował, nie miałbym teraz nosa wielkości Teksasu.
Wszelkie rozbawienie ulotniło się ze mnie w mgnieniu oka.
- Wiesz, dlaczego nie wyszło z tym pokojem.
Mason tylko coś wymamrotał, ale za to Emery podniosła głowę. Zdążyła już usadowić się wygodnie na swoim łóżku, po turecku, z laptopem na kolanach.
- Dlaczego?
Mason nabierał powietrza, żeby udzielić jej odpowiedzi, ale gdy rzuciłem mu ostrzegawcze spojrzenie, zatrzymał się w pół ruchu. Nie mogłem powiedzieć Emery prawdy. Według mnie i tak za dużo ludzi już o tym wiedziało. Wzruszyłem więc tylko ramionami i zmyśliłem na poczekaniu niewinną wymówkę.
- Problemy ze snem. Jestem najgorszym współlokatorem, jakiego jesteś w stanie sobie wyobrazić. Przede wszystkim nocą.
Zmrużyła oczy, jakby nie była pewna, czy wierzyć mi, czy nie. Chyba spodziewałem się jakiegoś kąśliwego komentarza z jej strony, ale ona zamilkła i zajęła się znowu swoim laptopem. Pewnie pisała do swego chłopaka w Montanie i żaliła się na swój los.
Mason podniósł się z jękiem.
- Dzisiaj wieczorem jest impreza u Luke'a i spółki.
Było jasne, że mi o tym przypomni, po tym jak cały dzień ignorowałem powiadomienia na WhatsAppie. Zamiast mu odpowiedzieć, spojrzałem znowu na Emery.
- Powinnaś przyjść. To lepsze niż impreza dla pierwszego semestru.
Nieufnie ściągnęła brwi.
- A ty idziesz?
Jeszcze przed chwilą odpowiedziałbym nie. Nie miałem na to ani czasu, ani ochoty. Ale może to z jej strony rodzaj sprawdzianu? Nigdy nie potrafiłem oprzeć się wyzwaniom.
- Teraz już tak - odpowiedziałem.
- Świetnie. W takim razie dokładnie wiem, jak spędzę ten wieczór. - Dla podkreślenia swoich słów zsunęła laptop z kolan, wyciągnęła książkę z torby podróżnej i położyła się z nią na łóżku. Bezczelna. I niesamowicie seksowna.
- Sekundę - Mason stanął w połowie drogi do drzwi i powoli obrócił się do nas - kiedy ja namawiam cię na imprezę, to nie chcesz iść, ale kiedy pojawia się jakaś gorąca laska, nagle zmieniasz zdanie?
Moja uwaga skupiona była na Emery. Może i była drobna, ale również na tyle kształtna, żeby facetowi odebrało mowę.
- Chyba na to wygląda - mruknąłem od niechcenia.
- Ta gorąca laska nadal was słyszy...
Podniosłem się jak na komendę. Ale zamiast za Masonem opuścić pokój, podszedłem do jej łóżka. Nie poruszyła się, kompletnie mnie ignorowała i wydawało się, że jest całkowicie pochłonięta lekturą.
Bez ostrzeżenia schyliłem się do niej i przysunąłem usta do jej ucha.
- Piąte piętro, drugie drzwi po lewej - wyszeptałem. - Przyjdź o ósmej.
Wszystkie mięśnie w ciele Emery naprężyły się, ale nie podniosła się. Zamiast tego obróciła głowę tak, że mogła mi patrzeć prosto w oczy, a jej usta zbliżyły się niebezpiecznie do moich. Lekkie wahanie było jedyną oznaką tego, że niespodziewana bliskość naszych ciał nie pozostawiła ją obojętną, zresztą podobnie jak i mnie. I jeszcze jej źrenice, które nagle powiększyły się i przybrały ciemniejszą barwę.
- Chyba jednak naprawdę masz problem z respektowaniem czyjejś przestrzeni osobistej. Ciągle ją naruszasz. Może przydałby ci się jakiś kurs? - W jej głos zakradł się zachrypnięty ton, demaskujący jej udawaną pewność siebie.
Wyprostowałem się z uśmiechem na ustach. Jak dla mnie, mogła mieć ostatnie słowo. Tym razem.
Wyszedłem na korytarz i zamknąłem za sobą drzwi. Mason leżał już na sofie w salonie i przyciskał żelowy kompres do nosa. Zatrzymałem się obok niego.
- Potrzebujesz lekarza? Chcesz jechać do szpitala? Wzywać już karetkę?
- Nie - warknął przez zęby.
- Może załatwić ci jakąś seksowną pielęgniarkę?
- Spieprzaj.
Uśmiechnąłem się szyderczo.
- Jak nawarzyłeś sobie tego piwa?
Spojrzał na mnie wściekły znad niebieskiego kompresu.
- Dlaczego wszyscy myślą, że to moja wina?
- Bo cię znamy. No więc? - Opadłem na fotel naprzeciwko niego.
Wydał z siebie znowu jakiś niewyraźny jęk i odchylił głowę do tyłu.
- Nie potrafiłem się w porę zamknąć i niechcący dotknąłem ręką jej pośladka.
Uniosłem brwi w grymasie niedowierzania.
- No dobrze, dobrze. Dałem jej lekkiego klapsa. Ale tylko raz.
No jasne. Wstałem, potrząsając głową.
- Moje współczucie dla ciebie spadło w tym momencie do zera.
A jednocześnie mój podziw dla Emery znacząco wzrósł. Ta dziewczyna nie dawała sobie w kaszę dmuchać. Mason będzie jeszcze miał z nią ubaw.
- Idziesz mimo to na imprezę? - zawołał, gdy byłem już przy drzwiach.
- Jasne - odpowiedziałem.
To była pierwsza impreza w semestrze. Jeśli się na niej pokażę, dadzą mi później spokój. Poza tym perspektywa spotkania nowej współlokatorki Masona była bardzo kusząca, dużo bardziej niż w obliczu zaistniałych faktów być powinna.
Emery
Moje serce biło jak oszalałe, co najmniej tak, jak gdybym wbrew zdrowemu rozsądkowi zdecydowała się uprawiać jogging z moim bratem. I to dobrowolnie. Mimo że drzwi za Masonem i Dylanem dawno już się zamknęły, nadal czułam w piersiach wściekłe kołatanie. Z salonu dobiegały mnie jeszcze ich głosy, ale na tyle przytłumione, że nie mogłam zrozumieć ani słowa. Nie musiałam. I tak było jasne, że mówili o mnie.
Zamknęłam książkę, z której oczywiście nie przeczytałam ani jednego zdania i usiadłam na łóżku. W tym momencie zapragnęłam, aby była przy mnie moja najlepsza przyjaciółka. Chciałam tego tak bardzo, że aż poczułam tępy ból w żołądku. Amy nadal była pierwszą osobą, która przychodziła mi na myśl, gdy chciałam porozmawiać o czymś takim jak pierwszy dzień w college'u. Tylko że ona już nie chciała mieć ze mną do czynienia.
Sprawdziłam mój smartfon. Żadnych wiadomości ani nieodebranych połączeń.
Czasami żałowałam, że zdezaktywowałam mój profil na Facebooku, tak samo jak moje konta na Twitterze, Instagramie i innych portalach społecznościowych. Jasne, że nie tęskniłam za hejtami ze strony moich dawnych szkolnych znajomych, za dwuznacznymi komentarzami chłopaków czy mejlami pełnymi skarg od oburzonych rodziców. Ale brakowało mi kontaktu z moim starym życiem w stopniu, jakiego u siebie nie podejrzewałam. W szczególności kontaktu z Amy.
Była moją najlepszą przyjaciółką od czasów, kiedy w piaskownicy piekłyśmy razem babki z piasku. Amy i Emery. Emery i Amy. Mimo że byłyśmy tak różne, Amy zawsze stawała po mojej stronie. Dorastałyśmy razem, wspólnie fantazjowałyśmy o boysbandach, prawie jednocześnie dostałyśmy pierwszej miesiączki i wysyłałyśmy się wzajemnie na przeszpiegi, gdy któraś z nas zakochała się w jakimś chłopaku.
Aż do tego dnia, kiedy wszystko się zawaliło, a ona opuściła mnie tak jak wszyscy inni. Na szkolnym korytarzu omijała mnie wzrokiem i unikała mnie wszędzie, jak gdybym była nosicielką jakiejś zakaźnej choroby. Na samo wspomnienie o tym poczułam pieczenie w oczach.
Wcześniej wierzyłam, że miłość i przyjaźń są wieczne. Że mogą wszystko przetrzymać. Ale teraz wiedziałam już, że była tylko jedna osoba, na której mogłam zawsze i wszędzie polegać: ja sama.
Komórka zawibrowała mi w dłoni i wyrwała mnie z zamyślenia. Przez chwilę miałam nadzieję, że to Amy. Że spytała moich rodziców albo Roba o mój nowy numer i dzwoni do mnie, bo tęskni za mną tak samo, jak ja za nią. Ale na wyświetlaczu nie było jej imienia. Dzwoniła moja mama.
- Cześć, mamo - przywitałam się, starając się jednocześnie nadać głosowi tyle radosnego tonu, ile byłam w stanie. Ta kobieta miała siódmy zmysł, jeśli chodziło o problemy jej dzieci.
- Cześć, kochanie. Już się zaaklimatyzowałaś? Twój brat mówił, że zawiózł cię bezpiecznie na miejsce.
Typowy Rob. Zawsze wzorowy synek mamusi.
- Tak, wszystko w porządku. - Rozejrzałam się po pokoju. Do tej pory nie miałam czasu, żeby mu się dobrze przyjrzeć. Byłam zajęta: wpierw konfrontacją z Masonem, a potem słowną utarczką z jego najlepszym przyjacielem. Dylanem. Do tej pory czułam mrowienie na moim ciele tam, gdzie było ono całkiem nie na miejscu, ale starałam się to ignorować. Nie przyjechałam tu, żeby dać się omamić jakiemuś gościowi. I to jeszcze takiemu, który dźwiga za dziewczynami ich walizki. Ten błąd raz już popełniłam i drogo za niego zapłaciłam.
- Jak tam twoja nowa współlokatorka? - pytała dalej mama. - Poznałaś ją już?
Moją twarz wykrzywił grymas.
- To nie ona, to on. I tak, już się poznaliśmy.
Nie miało sensu kłamać. Matka i tak wszystkiego by się dowiedziała.
- Co znowu odstawiłaś?
Cała ona. Zamiast zdziwić się, że dzielę pokój z chłopakiem, od razu pyta, co znowu zmalowałam.
- Nic - skłamałam. Na ścianie obok łóżka Masona wisiały plakaty zespołów muzycznych: Imagine Dragons, Queen, Halestorm, Fall Out Boy i jeszcze kilku innych, o których nigdy wcześniej nie słyszałam. W nogach łóżka stał oparty pokrowiec na gitarę. - Możliwe, że... uszkodziłam mu trochę nos.
- Emery Lance! Co takiego zrobiłaś?
Prawie się roześmiałam, ale tylko dlatego, że wyczułam we wzburzonym tonie mojej matki delikatną nutkę rozbawienia.
- Klepnął mnie w tyłek. Po niecałych pięciu minutach. Co miałam zrobić?
- Spoliczkować go? - Mogłam sobie świetnie wyobrazić, jak kręci teraz głową, trzymając w jednej ręce smartfon, a w drugiej pędzel. - Myślałam, że ten kurs boksu miał być sposobem na rozładowanie agresji, a nie służyć temu, żeby jakiemuś Bogu ducha winnemu studentowi łamać od razu nos.
- Ciesz się, że go nie kopnęłam, bo miałby teraz dodatkowo uraz jąder.
- Emery! - Tym razem moja mama nie potrafiła ukryć śmiechu. Brzmiał jasno i wyraźnie. - Mówię poważnie. - Śmiertelnie poważnie. Właśnie było słychać. Uśmiechnęłam się lekko. - Co tam w domu?
- Dobrze. Twój ojciec znowu musiał pojechać do biura, więc wykorzystuję czas, żeby skończyć obraz. Niestety akurat dzisiaj model nie miał czasu, więc muszę trochę popuścić wodze fantazji. Nabywca już się niecierpliwi.
Kiedy mamie dało się pędzel do ręki, potrafiła uwiecznić na płótnie wszystko, co można sobie wyobrazić. Uważała zawsze, że swoją pasję do fotografii odziedziczyłam po niej, bo obie mamy dobre oko do szczegółów. Nie byłam pewna, czy to dzielenie zainteresowań było mi na rękę, ponieważ obecnie specjalizowała się w aktach.
- Ale wróćmy do ciebie, młoda damo. Przeprosiłaś już tego nieszczęśnika?
- Mamo!
- Przynajmniej przez ten semestr musisz z nim mieszkać. Byłoby nierozsądne zaczynać wojnę pierwszego dnia.
Opadłam na poduszkę i spojrzałam w sufit. Westchnęłam. Od bieli sufitu odcinało się kilka ciemniejszych plamek. Lepiej nie wiedzieć, co tu się wcześniej działo.
- OK, już dobrze. Przeproszę go. Jeśli on też mnie przeprosi.
- Świetnie. - Słychać było, że była zadowolona. - A teraz opowiedz mi więcej. Jak tam jest? Poznałaś już kogoś? Masz jeszcze jakieś plany na dzisiaj?
Nie chciałam tego, ale oczyma wyobraźni zobaczyłam przed sobą Dylana. I chociaż wiedziałam, że mamie mogę powiedzieć o wszystkim, nie wspomniałam jej o nim.
- Jestem zaproszona na imprezę, ale nie wiem, czy powinnam iść.
- Idź. Nie pozwól, żeby twoje dawne życie powstrzymywało cię przed tym, aby dobrze się bawić i zawierać nowe znajomości.
- Czy nie powinnaś wskoczyć w rolę surowej matki i ostrzec mnie przed wszystkimi czyhającymi na mnie niebezpieczeństwami? - odparowałam. - Mówimy przecież o imprezie w college'u. Z alkoholem, narkotykami, tatuażami i seksem. Może będę taka pijana, że dam sobie zrobić piercing. Na sutku.
- Świetny pomysł - zawołała z przesadnym zachwytem. - Kochanie, wiesz przecież, że ci ufam. Twój ojciec i ja nie wychowaliśmy przecież jakiejś idiotki. Ale mam nadzieję, że przynajmniej użyjesz prezerwatywy.
- O mój Boże, mamo! - Podniosłam się gwałtownie. - Rozmowę o kwiatkach i pszczółkach chyba już przerabiałyśmy. Wielokrotnie. Zabezpieczam się.
- Więc nie widzę powodu, dlaczego miałabyś tam nie iść. Dobrej zabawy!
Można byłoby myśleć, że po swoich dzikich wybrykach w college'u mama zastosuje wobec własnych dzieci bardziej restrykcyjne metody wychowawcze. Zwłaszcza że w czasie ostatniego semestru zaszła w ciążę z Robem. Nic z tych rzeczy. Wzięła nas tylko kiedyś na stronę, gdy osiągnęliśmy już odpowiedni wiek, uświadomiła nas co do tych rzeczy i pozwoliła dalej uczyć się na własnych błędach. To, że nadal miała do mnie zaufanie, po tym jak w ostatniej klasie liceum odstawiłam ten cyrk, było wprost nie do uwierzenia.
- Dziękuję - wydusiłam z siebie i musiałam odchrząknąć, bo zachrypłam chyba ze wzruszenia. - Zadzwonię, jak wytrzeźwieję i wyrzucę już z łóżka moją jednonocną znajomość.
Zaśmiała się.
- Moja krew. Na razie!
Rozłączyła się, a ja poczułam tęsknotę za domem. To była właściwa decyzja: pojechać do college'u na drugi koniec kraju. Byłam zadowolona, że udało mi się możliwie najbardziej oddalić od ludzi z liceum. Nie brałam jednak pod uwagę tego, że już po tak krótkim czasie będę tęsknić za moją rodziną.
Kiedy odłożyłam komórkę i spojrzałam w stronę drzwi, stał w nich Mason. Ręce skrzyżowane na piersi, uniesione brwi i złośliwy uśmieszek wokół ust świadczyły o tym, że podsłuchał z rozmowy więcej, niż trzeba.
- Wiesz, jeśli szukasz kandydata na jednorazowy numerek...
Rzuciłam w niego poduszką. O nie, zdecydowanie go nie przeproszę.
Emery
- To niezbyt subtelnie zaczynać semestr, łamiąc komuś nos, panno Lance. - Kobieta za biurkiem zsunęła odrobinę okulary i obdarzyła mnie karcącym wzrokiem. - Chyba zgodzi się pani ze mną.
Nie, nie do końca. W sumie przywalenie Masonowi było najlepszym sposobem na rozpoczęcie mojego nowego życia. Przy czym mogłam go jeszcze potraktować kolanem w krocze. To byłoby ukoronowanie tego przedpołudnia. W zamyśleniu zdrapywałam wyblakłą naklejkę z żabą zdobiącą moją starą torbę na ramię. Powinnam była kupić sobie nową, zanim tu przyjechałam, ale jakoś nie mogłam się z tą rozstać.
Usłyszałam chrząknięcie i podniosłam wzrok. Pani Peterson patrzyła na mnie wyczekująco. Och, czyżby czekała na moją odpowiedź na to retoryczne pytanie?
Uśmiechnęłam się, co nigdy nie działało na moich nauczycieli z liceum, ale, kto wie, może tu zadziała.
- Ależ naturalnie - wydusiłam z siebie najsłodszym tonem, na jaki mogłam się zdobyć.
- Dobrze. - Pani Peterson otworzyła teczkę, na której wielkimi czarnymi literami napisane było "Emery Lance". - Zgodnie z informacjami z pani starej szkoły to nie pierwszy przypadek, gdy posunęła się pani do rękoczynu.
A niech to. Osunęłam się trochę w fotelu. Raz zaświerzbi cię ręka i już ląduje to w szkolnych aktach. Szczególnie że zdarzyło się to wyłącznie dlatego, że Stephen Merrick obmacywał mnie w stołówce.
Obok mnie dał się słyszeć odgłos smarkania połączonego z pochrapywaniem. Mason Lewis siedział pochylony do przodu i próbował papierem toaletowym zatamować krwotok z nosa. Akurat teraz wyglądał jak zaszlachtowana świnia, ale na co dzień był całkiem atrakcyjny. Wysoki, dobrze zbudowany, z wytatuowanymi ramionami i bardzo krótko przystrzyżonymi włosami w innej sytuacji mógłby się z pewnością podobać. Był typem faceta, z którym dobrze bym się dogadywała - pod warunkiem że nie musiałabym dzielić z nim pokoju.
Kto to w ogóle wymyślił? Jasne, że bywają mieszane akademiki, nawet łazienki są czasami koedukacyjne. Ale kto umieszcza dziewczynę w pokoju obcego faceta i zmusza ją, żeby mieszkała z nim do końca semestru? Było jasne, że dojdzie do nieporozumień albo - jak w tym przypadku - do przelewu krwi.
- Pan Lewis miał rzekomo dotknąć pani w nieodpowiedni sposób - kontynuowała pani Peterson. - Czy to się zgadza?
W nieodpowiedni sposób? Tak to się teraz nazywa? Wyprostowałam się na krześle.
- Złapał mnie za tyłek.
- Tylko go dotknąłem! - Mason rzucił mi nienawistne spojrzenie. - Musnąłem. I to niechcący!
- Tak, jasne. - Odwróciłam się do niego, żebym mogła spojrzeć mu prosto w oczy. Pełna konfrontacja, żadnych uników i pokornego przyjmowania zniewag. Nigdy więcej. - Czyli twoja ręka znalazła się tam tylko przez przypadek? To tak samo jak moja pięść, która przez przypadek walnęła cię w nos. O przepraszam, najwyżej musnęła.
- Dosyć tego. - Pani Peterson podniosła obie ręce jak sędzia w czasie meczu i obrzuciła nas piorunującym wzrokiem. - Na Uniwersytecie Blackhill nie tolerujemy przemocy. Tylko w przyjaznej i pokojowej atmosferze nasi studenci mogą rozwinąć cały swój potencjał i opanować wiedzę, którą im przekazujemy. Dlatego niezwykle ważne jest, aby...
Zatopiłam się w myślach i spojrzałam na zaczerwienioną skórę dłoni - ślad po konfrontacji ze szczęką Masona. Otarty naskórek piekł mnie, jakby ktoś wylał na niego wywoływacz z laboratorium fotograficznego.
Nie mogłam się doczekać, żeby wreszcie stamtąd wyjść, wprowadzić się do mojego nowego pokoju i schłodzić dłoń pod zimną wodą. Gdyby nie to zajście, które mnie tu sprowadziło, dawno już bym tam była.
- Proszę to potraktować jako upomnienie, panno Lance - pani Peterson skończyła swoją przemowę i złożyła wypielęgnowane dłonie na biurku.
- To wszystko? - krzyknął zaskoczony Mason. Srebrny kolczyk na jego dolnej wardze drżał. - Upomnienie? Ta furia prawie mnie zabiła!
Jeśli wziąć pod uwagę ilość krwi, jaka od wielu minut lała się z jego nosa, było to niemal prawdą. Ledwo mogłam go poznać. Połowa jego twarzy spowita była papierem toaletowym, na policzku widoczny był rozmazany czerwony ślad, a na opalonym przedramieniu ciemnoczerwone plamy. Wyglądał, jakby urwał się z filmu o zombie. Niskie pomruki, które dochodziły spod warstwy papieru, wydawały się to potwierdzać.
- Ach, niech pan da spokój. - Pani Peterson machnęła zniecierpliwiona ręką. - Ma pan stłuczony nos, a nie złamanie podstawy czaszki. I proszę uważać na mój dywan. Za chwilę będzie cały w pana krwi.
Zacisnęłam wargi, aby stłumić śmiech, ale i tak nie udało mi się powstrzymać lekkiego chichotu. Dwie pary oczu zwróciły się na mnie. Jedna spojrzała na mnie badawczo, druga - z wściekłością.
Spuściłam głowę, aż moje jasne blond włosy opadły mi na twarz i zakryły uśmiech, który właśnie się na niej pojawił.
- Przepraszam - mruknęłam i udawałam, że przyglądam się końcówkom włosów, które ufarbowane były na różowo.
Pani Peterson wydawała się tym usatysfakcjonowana, chociaż Mason cały czas wbijał we mnie wzrok, jakby chciał za chwilę wyrzucić mnie przez okno. Miał pecha, bo biuro administracji akademika znajdowało się na parterze.
- Zanim zwolnię was dwoje, muszę jeszcze zadać pani jedno pytanie. - Pani Peterson skierowała na mnie swoje poważne spojrzenie.
O nie, znałam ten wyraz twarzy. Poczułam lekki dreszcz na karku, jakby mrówki chodziły po mojej skórze, łaskocząc ją swoimi cienkimi nóżkami. Z trudem wstrzymałam drżenie i wyprostowałam się na krześle. Ramiona do tyłu, plecy proste, broda do przodu. Nigdy nie okazuj swojej słabości.
- Czy pan Lewis molestował panią seksualnie?
- Co? - wyjąkał Mason. Jego konsternacja nie była udawana, tak samo jak przerażenie na jego twarzy. - Czegoś takiego nigdy bym nie zrobił!
Zaskoczyło mnie to, ale wierzyłam mu. Mason nie był taki jak chłopcy w mojej szkole, którzy w ostatniej klasie dawali mi odczuć, że mieli mnie za tanią zdzirę. To nie była Montana. Byłam daleko od domu. I to, że Mason i ja mieliśmy kiepski start, nie oznaczało, że uważałam go za przestępcę seksualnego. Albo że chciałam, żeby za sprawą moich pomówień uchodził za takiego przed światem. Jeśli był ktoś, kto wiedział, jak niszczące mogą być plotki, to byłam to ja.
- Nie - odpowiedziałam zgodnie z prawdą. - To było nieporozumienie. - Które, miejmy nadzieję, już się wyjaśniło, po tym jak poczęstowałam go pięścią.
Pani Peterson przyglądała się nam milcząco jeszcze parę sekund, potem zamknęła akta leżące na stole i powiedziała:
- Dobrze. Zatem wszystko wyjaśnione. Możecie iść.
- A jeśli chodzi o pokój? - zapytałam od razu. - Mimo że było to nieporozumienie, chciałabym, żeby przydzielono mi inny.
- Jestem za - mruknął Mason i oderwał ostatni kawałek papieru toaletowego z rolki, aby przyłożyć go do nosa.
- Przykro mi. - Pani Peterson współczująco wzruszyła ramionami. - To nietypowa sytuacja. Jestem pewna, że wystąpił błąd podczas zakwaterowania, ale w tym okresie przeprowadzka do innego pokoju lub akademika jest niestety niemożliwa, semestr już się zaczął i nie ma wolnego pokoju. Będziecie musieli wytrzymać ten pierwszy semestr razem, chyba że któreś z was znajdzie sobie mieszkanie poza kampusem.
Co? To wszystko? Wpatrywałam się w kobietę za biurkiem. Łatwo było jej mówić, nie musiała dzielić pokoju z idiotą, który przez pomyłkę macał ją po tyłku.
- Za kilka tygodni sytuacja może naturalnie ulec zmianie - ciągnęła pani Peterson. - Zanotowałam sobie wasze numery telefonów i adresy mejlowe. Jak tylko coś się zwolni, poinformuję was o tym.
Jak gdyby sprawa była tym samym zamknięta i wszystko wróciło do swego naturalnego porządku, pani Peterson wstała, uścisnęła nam ręce na pożegnanie i wyprosiła nas ze swego biura. W holu Mason skręcił od razu w prawo i podążył w stronę męskiej toalety. Zapewne, żeby zaopatrzyć się w kolejną rolkę papieru toaletowego.
Zostałam sama w zimnym korytarzu. W college'u, którego nie znałam, w obcym mieście, w stanie, w którym nigdy przedtem nie byłam. A przy tym obdarzona talentem do robienia sobie wrogów już pierwszego dnia zajęć. Wspaniale.
Gdy z budynku administracyjnego wyszłam na zewnątrz, uderzyła mnie wisząca w powietrzu duchota. Była połowa sierpnia i było tu dużo cieplej niż u nas w domu w Missouli. Brakowało mi pokrytych śniegiem gór, które widywałam na horyzoncie każdego dnia i każdej nocy mojego dotychczasowego życia. Potrząsnęłam głową, aby zdusić w zarodku kiełkujące uczucie tęsknoty. Świadomie zdecydowałam się studiować tak daleko od domu i nie miałam zamiaru dać się złamać przy pierwszym niepowodzeniu. Nawet jeśli zostało to odnotowane w moich aktach, zanim jeszcze semestr na dobre się zaczął.
Powoli ruszyłam. Tego sobotniego przedpołudnia w kampusie można było spotkać tylko nielicznych studentów, ale mnie ten spokój się podobał. Było mi dobrze samej. Jedynym, czego mi w tym momencie brakowało, był mój aparat fotograficzny, aby uwiecznić to, co mnie otaczało. Ludzie opalali się na trawnikach, czytali lub po prostu siedzieli w małych grupach pogrążeni w rozmowie. Wszyscy wydawali się tacy odprężeni. Razem z otaczającymi ich drzewami i budynkami z czerwonej cegły, które migotały między gałęziami, tworzyli nieziemski obrazek błogiej idylli z dala od dnia powszedniego.
Niestety mój aparat leżał teraz na łóżku razem z resztą moich rzeczy w pokoju Masona. Przepraszam: w naszym pokoju.
Jak na komendę zawibrował w torbie mój telefon. Wyciągnęłam go i odblokowałam ekran jednym ruchem kciuka. To był SMS.
No jak tam, zdążyłaś już zatruć komuś życie?
Pierwszy raz tego dnia musiałam się uśmiechnąć. Napięcie, które odczuwałam od chwili, kiedy po raz pierwszy weszłam do swego nowego pokoju i znalazłam tam Masona, wreszcie ze mnie opadło. Zatrzymałam się na środku wybrukowanej ścieżki i napisałam od razu odpowiedź.
Mój współlokator ma rozbity nos. To się liczy?
Niecałe pięć sekund później mój telefon zawibrował ponownie.
Współlokator? Podrywał cię? Przyjechałbym, żeby obić mu mordę, ale najwidoczniej świetnie potrafisz zrobić to sama, siostrzyczko.
Do wiadomości nie był dołączony żaden uśmieszek, ale i tak rozpoznałam sarkazm Roba. Jemu, w przeciwieństwie do naszych rodziców, mój pomysł, żeby studiować z dala od domu, spodobał się. Pożegnaliśmy się niecałą godzinę temu, kiedy przywiózł mnie na teren kampusu. Od kiedy oboje mieliśmy prawo jazdy, każdego roku odbywaliśmy razem wielodniową wyprawę samochodem. Tym razem przejechaliśmy z Montany do Wirginii Zachodniej, gdzie w poniedziałek miałam zacząć moje studia. To, że tak szybko teraz się do mnie odzywał i pytał, jak leci, było dla niego nietypowe, ale niezaskakujące, zważywszy na to, co wydarzyło się w ostatnich miesiącach.
Wypełniłeś chwilowo swoje obowiązki starszego brata. Mimo to dzięki za propozycję. Dobrej drogi do domu i pozdrów ode mnie Bree!
Potem włożyłam telefon z powrotem do torby, bo nawet bez sprawdzania wiedziałam, że wiadomość od Roba była jedyną, jaką dostałam. I byłam za to wdzięczna. Nowy numer gwarantował koniec niezliczonych anonimowych wiadomości i hejtów. Tylko moja rodzina - łącznie z przyjaciółką Roba, Bree - wiedziała, jak się ze mną skontaktować.
Ruszyłam dalej, próbując zorientować się w topografii terenu, kierując się położeniem dwóch budynków, które górowały nad okolicą. Przy każdym kroku moja torba obijała się o biodra, przypominając mi natrętnie, że cała ta akcja była jedną wielką głupotą. Nie to, że złamałam Masonowi nos, bo sobie na to zasłużył. Ale mój przyjazd tutaj. Prawdopodobnie nie była to najmądrzejsza z moich decyzji.
Nikogo nie znałam. W przeciwieństwie do moich kolegów z roku, którzy wychowali się w tych stronach albo nawiązali już jakieś kontakty, byłam tu obca. Do tego przegapiłam tydzień zapoznawczy, który w zasadzie składał się tylko z kilku dni, i przyjechałam dopiero dzisiaj. Stąd też problem z wolnym łóżkiem w akademiku i ten krwawy początek znajomości z Masonem.
Nieważne. Teraz mogło być już tylko lepiej. Poza tym nie przyjechałam tu, żeby nawiązywać nowe pseudoprzyjaźnie z osobami, które pewnie zostawiłyby mnie na lodzie przy pierwszej nadarzającej się okazji, ale żeby zrobić dyplom. Dokładnie na tym się skoncentruję: będę się uczyć, zdawać egzaminy najlepiej jak potrafię i robić świetne zdjęcia.
Minęłam budynek ochrony i przeszłam przez ulicę. Przede mną ukazał się pierwszy z czterech akademików, które razem tworzyły coś w rodzaju zielonego dziedzińca. Tu działo się zdecydowanie więcej niż przy budynkach administracji czy poszczególnych wydziałach. Większość studentów pierwszego semestru wprowadziła się do swoich pokoi już przed kilkoma dniami, studenci wyższych semestrów wprowadza się dopiero dzisiaj. Kiedy maszerowałam przez plac, zwróciłam uwagę na pełne pudła i kosze do bielizny, które stały przed frontowymi drzwiami. Obserwowałam, jak dziewczyny, witając się, padały sobie w ramiona, a chłopcy nonszalancko podawali sobie ręce.
Drobna ruda dziewczyna ciągnęła za sobą ogromnych rozmiarów walizkę na kółkach, jednocześnie dźwigając na ramieniu bezkształtną torbę podróżną. Nawet z tej odległości było widać, że torba zaraz jej spadnie. Pasek ześlizgnął się jej z ramienia i torba runęła na ziemię. Hałas był słyszalny nawet w miejscu, gdzie stałam, tak samo jak jej zrozpaczony krzyk.
Spontanicznie zrobiłam krok do przodu, żeby jej pomóc, ale ktoś mnie wyprzedził.
Niespodziewanie pojawił się wysoki chłopak z krótkimi brązowymi włosami, zagadnął dziewczynę i podniósł torbę. Z szarmanckim uśmiechem wyjął jej z ręki uchwyt walizki. Dziewczyna wydawała się zaskoczona, chociaż widocznie doceniała to, że została odciążona. Wskazała na jeden z czterech budynków, a nieznajomy wybawiciel podążył za nią, niosąc cały jej dobytek.
Przez chwilę przyglądałam się tej dwójce, ale potem zmusiłam się, żeby iść dalej. To w końcu nic nadzwyczajnego. Po prostu miły gest. Coś, co zdarza się na porządku dziennym. Ale po moim ostatnim roku szkolnym nawet takie zwykłe oznaki koleżeństwa stały mi się obce. Czy było coś ze mną nie tak?
Przyspieszyłam kroku, żeby wreszcie dotrzeć do mojego nowego pokoju i móc chociaż przez moment cieszyć się ciszą i spokojem, zanim wpadnie tam na powrót Mason. Ale w tej samej chwili zaszła mi drogę jakaś szatynka.
- Ej, uważaj, jak idziesz!
- Cześć! - dziewczyna miała zawiązany nad pępkiem czerwono-czarny podkoszulek z emblematem college'u i mimo moich ostrych słów przyglądała się mi z uśmiechem. - Jesteś z pierwszego roku, prawda?
- Mhm - mruknęłam zirytowana. Czy było to tak oczywiste?
- Świetnie. Masz. To dla ciebie. - Nie wiadomo skąd wyciągnęła kolorową ulotkę i wcisnęła mi ją do ręki. - Dziś wieczorem odbędzie się pierwsza duża impreza w kampusie. Wpadnij.
Nadal byłam zaskoczona, ale tej dziewczynie wydawało się to nie przeszkadzać. Chwyciła moją rękę i potrząsnęła nią energicznie. Poczułam ostre pieczenie u nasady palców, wzdrygnęłam się, ale nieprzyjemne pulsowanie w dłoni nie zniknęło.
- Rany, wszystko w porządku? Co ci się stało w rękę?
Nie wiedziałam, czy jej przerażenie było autentyczne, czy udawane. Dawno przestałam już wierzyć mojej zdolności oceny innych ludzi.
- To nic. Wszystko OK - mruknęłam, licząc, że uda mi się ją zbyć, bez wchodzenia w szczegóły. Zaproszenie na imprezę? W porządku. W końcu to college. Ale nie będę opowiadać dopiero co poznanej dziewczynie o incydencie z Masonem. Na pewno nie.
Chyba jej nie przekonałam, ale kiwnęła głową pojednawczo i znowu się uśmiechnęła.
- To do zobaczenia na imprezie. - Tym razem jej uśmiech był chyba mniej na pokaz, wydawał się naprawdę szczery. Ale co ja tam wiem?
Kiedy odchodziłam, słyszałam jeszcze, jak tymi samymi słowami nagabywała jakąś inną zbłąkaną duszę. Powinnam była wyrzucić tę ulotkę do następnego kosza... Zamiast tego złożyłam ją na pół i wsunęłam do tylnej kieszeni spodni. Tylko na wypadek, gdybym jednak później poczuła ochotę na jakieś towarzystwo.
Do holu akademika prowadziły szklane drzwi. Za pierwszym razem, gdy tędy przechodziłam, byłam zbyt przejęta, żeby przyjrzeć się otoczeniu. Kiedy teraz zobaczyłam kobietę siedzącą za długim biurkiem, instynktownie wyprostowałam się. Kobieta nosiła kok i wąskie okulary na łańcuszku. Nakrapiana sukienka, którą miała na sobie, przywoływała na myśl lata pięćdziesiąte, ale palce poruszały się nadzwyczaj sprawnie po klawiaturze komputera. Jej nazwisko znowu mi umknęło, ale wiedziałam, że była odpowiedzialna za ład i porządek w naszym akademiku. W końcu to ona zaciągnęła mnie i Masona do administracji. Zajmowała się chyba jeszcze sprawami organizacyjnymi, bo zaraz po moim przyjeździe wręczyła mi mapę kampusu i plan akademika. Całkowicie niepotrzebnie, bo w tym budynku nie można się było zgubić.
Po lewej stronie znajdowały się pierwsze pokoje studentów, po prawej - sala komputerowa, sanitariaty oraz świetlica zaopatrzona w sofy, fotele, telewizor, a także stół bilardowy i stół do gry w piłkarzyki. Stamtąd właśnie dobiegał wesoły śmiech. Słychać też było okrzyki zagrzewające do walki przemieszane z przekleństwami, a wszystko to okraszone popowymi kawałkami z list przebojów. Odwróciłam się, minęłam recepcję, przeszłam przez wąski korytarz i udałam się schodami na górę.
Mój pokój znajdował się na drugim piętrze przy samej klatce schodowej. Przed drzwiami zatrzymałam się na chwilę i przyjrzałam wiszącym obok karteczkom z nazwiskami lokatorów: M. Lewis. E. Lance. R. Bowers. A. Bowers.
Mój wzrok zatrzymał się dłużej na ostatnich dwóch nazwiskach. Rodzeństwo? Albo jakaś parka, która pobrała się zaraz po skończeniu szkoły, aby skorzystać z przywileju wspólnego mieszkania w akademiku, zarezerwowanego tylko dla małżeństw.
Kimkolwiek by byli, mogłam tylko liczyć, że będzie mi się z nimi układać lepiej niż z Masonem.
Przeciągnęłam elektroniczną kartę dostępu przez czytnik i weszłam do mojego nowego domu. Część wspólna mieszkania, którą musiałam dzielić z Bowersami i Masonem, składała się z łazienki i salonu. W mieszkaniu nie było kuchni, jedynie w kącie salonu stała mała lodówka i mikrofalówka. Może trzeba było jednak wziąć ze sobą ten czajnik elektryczny, który próbowała wcisnąć mi na odjezdnym mama.
Dopiero gdy otworzyłam drzwi do pokoju i stwierdziłam, że jestem sama, zauważyłam, że nieświadomie cały czas wstrzymywałam oddech. Teraz byłam w stanie wypuścić powietrze, towarzyszyło temu głębokie westchnienie. Moja torba podróżna leżała jeszcze wciąż na łóżku, tam, gdzie ją zostawiłam. Obok leżały torba na laptop i etui od moich aparatów fotograficznych. To było wszystko, co ze sobą przywiozłam. Poza kilkoma ubraniami nie zdążyłam jeszcze niczego rozpakować.
Palcami zaczesałam sobie włosy za uszy i przyciągnęłam do siebie mniejsze etui od aparatu. Na dwunaste urodziny dostałam od taty aparat typu Polaroid. Przedtem nie interesowałam się za bardzo fotografią, ale od kiedy wzięłam ten aparat po raz pierwszy do ręki, nie widziano mnie już prawie nigdy bez niego. Gdy wiele lat później spytałam tatę, dlaczego dał mi go w prezencie, uśmiechnął się i powiedział, że mam dobre oko. Jako architekt wiedział, co mówi.
Przeciągnęłam palcami po jaskrawozielonej powierzchni, która miała już liczne zarysowania. U dołu z prawej strony było nawet małe wgniecenie, które powstało, gdy aparat upadł mi podczas wycieczki w góry. Mimo to nie mogłam się z nim rozstać, tak samo jak ze zdjęciami, które nim zrobiłam. Czasami wydawało mi się, że nie były to zwykłe zdjęcia, a jakieś czary, które działy się za naciśnięciem spustu migawki.
Obróciłam się, zrobiłam dwa kroki do przodu i stanęłam na środku pokoju. Na jasnym dywanie widoczne były liczne drobne plamki krwi - pamiątka po pierwszym spotkaniu z moim nowym współlokatorem. Może było to trochę makabryczne, ale nacisnęłam spust aparatu. Polaroid wydał z siebie charakterystyczny dźwięk i wypluł zdjęcie. Potrząsnęłam nim parę razy, aż obraz stał się widoczny, a moje usta wykrzywiły się w głupkowatym uśmiechu.
- Witamy na Uniwersytecie Blackhill - mruknęłam.
- To chyba powinna być moja kwestia - zadźwięczał niski głos od strony drzwi.
Obróciłam się gwałtownie, gotowa odpowiedzieć ciętą ripostą, ale słowa zamarły mi na ustach. W drzwiach nie stał Mason, tylko jakiś obcy. Albo... prawie obcy. Jeśli się nie myliłam, był to ten sam typ, który pomagał rudowłosej dziewczynie nieść jej bagaże. Przyglądałam się mu spod zmrużonych powiek.
W zasadzie nie byłam typem dziewczyny, która leciała na ładną buzię. A przynajmniej już nie. Ale - kurczę - ten gość dobrze wyglądał. Nie był podobny do modela wyciętego z okładki czasopisma, na to miał zbyt kanciastą twarz. Mocno zarysowana linia szczęki kontrastowała z jego pełnymi ustami.
Kontrast ten był jednak tak interesujący, że aż wart uwiecznienia na zdjęciu. Szkoda, że w tym momencie było to niemożliwe.
Kąciki jego ust uniosły się znacząco. Cholera. Nie trzeba było być geniuszem, żeby zauważyć, że się na niego gapiłam. W normalnej sytuacji najpóźniej teraz odparowałabym mu jakąś pasującą kontrą, ale on gapił się na mnie tak samo, jak ja na niego. Natarczywie i niestrudzenie, jakby miał do dyspozycji nieograniczoną ilość czasu i miał zamiar go w pełni wykorzystać.
Taksował mnie wzrokiem w taki sposób, że temperatura w pokoju musiała zapewne wzrosnąć o parę stopni. Gdy nasze spojrzenia ponownie się spotkały, miałam trudności z zaczerpnięciem powietrza. Podświadomie wciągnęłam brzuch. Jak to możliwe, żeby jakiś obcy facet tak na mnie działał? Z tej odległości trudno było powiedzieć, jaki miał kolor oczu, ale z pewnością były one dużo jaśniejsze niż jego brwi, okalający twarz jednodniowy zarost czy jego krótkie brązowe włosy.
Zrobił krok do przodu. Na jego twarzy powoli, jakby w zwolnionym tempie, zaczął pojawiać się uśmiech. Chwilę później jego oczy rozbłysły, jakby mnie rozpoznał.
- To ty rozkwasiłaś Masonowi nos.