Fioletowy - Agnieszka Lis

Kup ebooka

39.90 zł
32.79 zł (32,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

1946, koniec sierpnia

Nie­wielki drew­niany kościół przez wieki widział wszystko. Były śluby, w cza­sie któ­rych panna młoda, poły­ka­jąc łzy, cichym, drżą­cym gło­sem wypo­wia­dała słowa przy­sięgi, matka wzdy­chała niemo, wie­dząc, że za torebkę brzę­czą­cych monet sprze­daje córkę okrut­ni­kowi i ska­zuje ją na cięż­kie życie, a ojciec cie­szył się, że dziew­czyna w końcu oka­zała się inwe­sty­cją i pozwo­liła spła­cić długi. Były i takie, gdy zako­chani patrzyli sobie w oczy z miło­ścią i wstę­po­wali w święty zwią­zek mał­żeń­ski ze szczerą wiarą w dobrą, wspólną przy­szłość. Kolo­rowo mie­niły się stroje, mnó­stwo tasie­mek, wstą­żek, bursz­ty­nów. W oczy rzu­cały się białe koszule, gor­sety, kaftany. Były chrzciny, z nie­od­łącz­nym pła­czem dzieci pole­wa­nych zimną wodą, były komu­nie, bierz­mo­wa­nia, spo­wie­dzi. Był zapach kadzi­dła, jałowca, szał­wii i lawendy, cza­sem octu, gdy gospo­dy­nie sprzą­tały kościół przed świę­tami. No i leżały kwiaty, ogrom kwie­cia, szcze­gól­nie w takie dni jak dzi­siaj, kiedy to bez liku pach­ną­cych bukie­tów uło­żono przed ołta­rzem.

Każdy kościół wybrzmiewa modli­twą. Zwy­kle żar­liwą, cza­sem inte­re­sowną. Ludzie pro­szą o powo­dze­nie dla sie­bie i o to, żeby sąsia­dowi zde­chła krowa. O zdro­wie dla dziecka. I o dobrą par­tię dla córki. Han­dlują z Bogiem dat­kiem na mszę, obiet­nicą bycia dobrym dla żony przez mie­siąc albo wspar­ciem przy remon­cie dachu kościoła.

Cza­sami jed­nak dom pań­ski wypeł­nia cisza tak inten­sywna, że aż dzwoni w uszach. Pełna stra­chu, żało­ści, zło­ści i nie­na­wi­ści. I choć gęsto stło­czeni ludzie zawsze wypeł­niają świą­ty­nię dźwię­kami - oddy­cha­niem, wzdy­cha­niem, szu­ra­niem, kasła­niem - to zda­rza się, że i tak są to brzmie­nia, które giną w ciszy. Ona dusi bez­względ­nie wszel­kie odgłosy.

Tak jak tego dnia.

Trumna z cia­łem Franka stała w domu jego rodzi­ców przez dwie doby. O jedną za długo. Czło­wiek po śmierci psuje się jak porzu­cone tru­chło zagry­zio­nego psa. W upale szyb­ciej. A jeśli wnętrz­no­ści wylały się z czło­wieka i potem już nijak nie chciały się zmie­ścić w środku, jeżeli cały czas, choć przy­kryte nową koszulą i ozdob­nym pasem, pozo­sta­wały gdzieś poza brzu­chem, poza czło­wie­kiem, na nie­wła­ści­wym miej­scu - śmier­działy jak naj­gor­sza padlina. Nie poma­gał skwar, który jak na złość objął zie­mię gorą­cym uści­skiem, odbie­ra­ją­cym oddech i chęć do życia.

A życie miało swoje prawa, bez względu na śmierć i ludz­kie łzy. Bez względu na roz­pacz matki. Żniwa wyma­gały wyj­ścia na pola. Zboże się zło­ciło, jesz­cze kilka dni i już będzie czas, bo wia­domo, że prace naj­le­piej zacząć w środę lub sobotę, może także być we wto­rek bądź w czwar­tek, ale pod żad­nym pozo­rem w ponie­dzia­łek ani pią­tek. Łany muszą znik­nąć po przej­ściu gro­mady uzbro­jo­nej w sierpy. Naj­starsi we wsi gadali, że taka pogoda to tylko jesz­cze przez tydzień, może osiem dni, a potem burze przy­gniotą do ziemi to, co zosta­nie na polach.

Codzien­nie więc gospo­da­rze wycho­dzili, oglą­da­jąc i czule głasz­cząc kłosy, oce­nia­jąc, czy już gotowe, czy doj­rzałe, czy czas żąć.

Anna nie wycho­dziła w pole i nic jej nie obcho­dziło, że Józef z duszą jak przy­wa­loną kamie­niem młyń­skim spraw­dzał, czy to już. Sta­wał na mie­dzy i przy­glą­dał się kło­som. Ziarna były twarde, a łodygi złote. Śpiew prze­pió­rek zaś już niósł się po polach. Jego pole było na górce, u niego zawsze doj­rze­wało naj­szyb­ciej. Ale on nie miał serca, by zwo­łać żni­wia­rzy.

Zajęli się tym sąsie­dzi. Musieli prze­cież zacząć na jego polu, bo to jego zie­mia była naj­bli­żej krzyża i to tam zawsze wycho­dziła całą wieś pro­wa­dzona przez księ­dza, który świę­cił pola w cztery strony świata. Stam­tąd ruszała gro­mada odziana w białe lniane szaty, choć pierw­szy pokos powi­nien wyko­nać gospo­darz lub naj­star­szy czło­nek rodziny. Co z tego. Józef tylko patrzył, więc naj­bliż­szy sąsiad zaczął za niego, za przy­zwo­le­niem księ­dza, który dodat­kowo poświę­cił tego roku Józe­fowe pole. Dopiero wtedy ruszyły ze śpie­wem kobiety, zaczy­na­jąc od Matka Boska była mała, tyz przy zni­wach poma­gała, a ty, Zosiu i Mał­go­siu, znijze syb­ciej, nie po trosu.

Nie pyta­jąc, weszli na pole Józefa, zżęli i powią­zali w snopki, odsta­wili do sto­doły. Pamię­tali nawet o tym pierw­szym, naj­bar­dziej oka­za­łym snopku, który w Wigi­lię musi sta­nąć w każ­dej izbie, by zapew­nić gospo­dar­stwu dobro­byt przez cały nad­cho­dzący rok. Zosta­wili także prze­piórkę, nie­zżętą garść zboża, który kobiety pięk­nie ude­ko­ro­wały polnymi kwia­tami i wstąż­kami. Nie zapo­mnieli nawet o pła­skim kamie­niu pozo­sta­wio­nym na samym środku prze­piórki, w wypie­lo­nym sta­ran­nie miej­scu, poło­żyli na nim chleb i sól, by w gospo­dar­stwie Józefa chleb roz­mna­żał się nawet na kamie­niu.

Ale nikt już nie obo­ry­wał prze­piórki. Nikt nie kwa­pił się do zła­pa­nia naj­pięk­niej­szej nawet dziew­czyny i do cią­gnię­cia jej na ple­cach przez prze­piórkę. Radość na polu Józefa była nie na miej­scu.

A gdy zjeż­dżali do Józe­fo­wego gospo­dar­stwa, zapa­dała nabożna cisza, bo prze­cież Fra­nek leżał za tym oknem, w któ­rym paliła się grom­nica. Omi­jali cen­trum podwó­rza, prze­stę­pu­jąc ostroż­nie tuż przy ścia­nie obory, obok kur­nika, byle nie wejść w ten pył na samym środku.

Józef nie wyszedł ode­brać plonu. Nikt mu zresztą nie zaśpie­wał: Otwórz­cie nam sze­ro­kie wolu, nie­siemy wia­nek ze szcze­rego złota. Plon nie­siem, plon! I nie grała muzyka, nie oblano gospo­da­rzy wodą i nie było poczę­stunku dla żni­wia­rzy. Nic nie było jak zwy­kle.

Fra­nek nie przy­jął ostat­niego namasz­cze­nia i choć w kościele ostat­nimi czasy nie bywał, to ksiądz zna­lazł dla niego miej­sce na cmen­ta­rzu tuż obok kościoła. Naj­lep­sze z moż­li­wych. I zgo­dził się, żeby sosnowa trumna, ale z lep­szego drewna i nie­mal za darmo przez najlep­szego cie­ślę spra­wiona, sta­nęła na środku kościoła. I by wokół roz­ło­żono wszyst­kie moż­liwe kwiaty zebrane na polach w całej oko­licy.

Duchowny zgo­dził się na wszystko, co naj­lep­sze, choć nikt go nawet o to nie pro­sił. Fra­nek miał pogrzeb niczym naj­bo­gat­szy bogacz, jakich to pochów­ków od dawna tutaj nie widziano. Ksiądz długo odpra­wiał mszę żałobną, a kaza­nie pra­wił o tych, co uczciwi, wierni i bogo­bojni. I że oni zba­wieni będą, a zdrajcy nie prze­stą­pią progu Kró­le­stwa Pań­skiego, choćby na odpu­ście zupeł­nym, tym od Matki Boskiej Ziel­nej, syp­nęli gro­szem na odno­wie­nie chrzciel­nicy.

Kaza­nie wygło­sił z zaan­ga­żo­wa­niem, uży­wa­jąc wielu zawi­łych zwro­tów, bo choć bar­dzo chciał, to bał się mówić wprost. Marian War­gul sie­dział w trze­cim rzę­dzie i patrzył księ­dzu w oczy, ubrany w mun­dur. Gdyby mógł, to pew­nie spo­cząłby na samym prze­dzie, tam jed­nak rodzina zajęła miej­sca już wcze­śniej i choćby bar­dzo chciał - a chciał - wci­snąć się mię­dzy nich, to tak się poroz­sia­dali, że nawet szpilki by nie wło­żył.

Marian zatem słu­chał księ­żow­skiego kaza­nia z pogar­dli­wym wyra­zem twa­rzy, pry­cha­jąc lek­ce­wa­żąco od czasu do czasu, zwy­kle wtedy, gdy poja­wiały się słowa "Pol­ska" lub "patriota".

Ksiądz cele­bro­wał każdy ruch, słowo i prze­cią­gał śpiewy, szcze­gól­nie że - wie­dział to dosko­nale - choć nie zawin­szo­wał sobie zapłaty, to i tak ją otrzyma. Sowitą, bo Józef do ską­pych nie nale­żał, a i jego gospo­dar­stwo, pil­no­wane i skrzęt­nie pro­wa­dzone przez całą pra­co­witą rodzinę - kwi­tło. Ksiądz od razu uznał, że jeśli nic nie zażąda, otrzyma wię­cej, niż gdyby ocze­ki­wał naj­wyż­szej daniny. Bo pogrzeb pogrze­bem, roz­pacz roz­paczą, a życie trwa dalej i ma swoje bez­względne prawa.

Wypro­wa­dził trumnę z kościoła w krót­kiej, bar­dzo krót­kiej ostat­niej podróży, bo kiedy już doszli do wyko­pa­nego grobu, to koń­cówka dłu­giego kon­duktu, w któ­rym zgro­ma­dziła się cała nie­mal wieś, jesz­cze nie opu­ściła kościel­nych ławek.

Anna stała nad gro­bem pochy­lona i pew­nie wpa­dłaby do lekko osy­pu­ją­cej się dziury, gdyby nie mocne ramię Józefa, pod­trzy­mu­ją­cego ją sta­now­czo. Zaci­skał dło­nie na ciele żony tak mocno, aż pozo­sta­wiał siniaki, ale ani ona tego nie czuła, ani on nie był świa­dom.

Ksiądz śpie­wał, modlił się, wierni odpo­wia­dali. Nawet Marian wypo­wia­dał auto­ma­tycz­nie wyuczone od dziecka przy­śpiewki, bo jego ciotka trą­cała go, gdy tego nie robił. Ona w ogóle nie chciała, by jej sio­strze­niec tu przy­cho­dził. Bała się. Same z nim były kło­poty, i to już od dzie­ciń­stwa! Zresztą, nie tylko z nim, z całą tą rodziną. Od sio­stry, Heleny, przez Sta­ni­sława, jej nie­wy­da­rzo­nego męża samo­bójcę, aż po gro­madkę dzie­cia­ków, którą musiała się zaopie­ko­wać. Same z nimi pro­blemy!

A gdyby ksiądz wprost potę­pił War­gula z ambony? Odium eks­ko­mu­niki dotknę­łoby także ją i jej dora­sta­jące smyki, a tego bar­dzo, ale to bar­dzo by nie chciała. W głębi duszy wie­działa prze­cież, że duchowny miał prawo. Że nawet powi­nien. Że za złe czyny należą się złe słowa. Nie chciała jed­nak, by skie­ro­wane zostały do dziecka jej sio­stry. Nawet takiego, które pobłą­dziło.

Marian jed­nak się uparł, że przyj­dzie na ten pogrzeb.

- Popa­trzę w oczy wszyst­kim, któ­rzy są wro­gami ojczy­zny - oznaj­mił buń­czucz­nie. - Któ­rzy prze­ciw­sta­wiają się tym, co budują nowy, socja­li­styczny ład. A oni tam wszy­scy... - Aż się zape­rzył. - Ja tam i tak wiem, który i co ma na sumie­niu, ale teraz, szczury jedne, już tak łatwo się nie pod­niosą. Już zoba­czyli, jak karząca ręka spra­wie­dli­wo­ści dopada tych, któ­rzy powstają prze­ciwko ojczyź­nie. Muszę na tym pogrze­bie być, żeby wszyst­kim to poka­zać. Kara spo­tka każ­dego zdrajcę!

- Oj głu­piś ty, głu­piś. - Ciotka wes­tchnęła tylko i zawią­zała chustkę na gło­wie. Już wie­działa, że nic nie pora­dzi na jego upór. Musiała z tym żyć, choć było jej nie­ła­two, nie­ła­two... A i ksiądz twardą pokutę zada­wał.

Nad gro­bem wszy­scy pokor­nie pochy­lili głowy, tylko Marian wciąż patrzył hardo. Księ­dzu pro­sto w oczy i wszyst­kim pozo­sta­łym też. Jedy­nie rodzi­ców Franka omi­jał wzro­kiem. Nie miał siły spoj­rzeć na nich, choć zadu­fany w sobie nie zasta­na­wiał się dla­czego.

Wszystko trwało długo. Każdy chciał rzu­cić garść ziemi na dębową trumnę, każdy chciał poże­gnać Franka. Każdy się bał następ­nego dnia. Co będzie? Co będzie? Co będzie? Każdy myślał, nikt nie mówił.

Żałob­nicy odcho­dzili od trumny powoli. Tłum rzed­niał stop­niowo, aż w końcu została tylko naj­bliż­sza rodzina. I Marian. Też pod­szedł, by roz­sy­pać garść ziemi na trumnę, Józef jed­nak zatrzy­mał jego rękę.

- Nie waż się, gnido - powie­dział.

- Nie zabro­nisz mi.

- A paszoł mi won! - rzu­cił ojciec zamor­do­wa­nego.

- Zro­bię, co będę chciał - wark­nął War­gul.

- Uwa­żaj, bo ludzka cier­pli­wość ma swoje gra­nice.

- Gro­zić mi będziesz? Gro­zić? To ty uwa­żaj. Wła­dza ma swoje spo­soby na takich jak ty.

- Ty już poka­za­łeś, szujo, jakie masz spo­soby.

- Jak mi się będziesz sta­wiał, to jesz­cze zoba­czysz. Prze­ko­nasz się. Jesz­cze nie skoń­czy­łem z tą waszą zapy­ziałą rodzinką. Na razie z jed­nym synecz­kiem zro­bi­łem porzą­dek, jesz­cze trzech masz, jesz­cze można dużo zro­bić. I córeczki masz! Jak im? Kry­sia i Rysia, jak ład­nie, i wnuczki, a wszyst­kie śliczne, śliczne, nie powiem...

Józef zerwał się, pusz­cza­jąc ramię Anny. Ta zachwiała się, pod­trzy­mał ją syn, Michał, pozo­stali pole­cieli za ojcem.

Nie zdą­żyli.

Józef już zdą­żył i unieść, i opu­ścić rękę. Już z nosa Mariana cienką strugą cie­kła krew. Już Marian przy­ło­żył swoją dłoń do wła­snego policzka. Zanim zro­bił coś wię­cej i zanim tam­ten znów uniósł rękę, już trzy­mali ich bra­cia i syno­wie Józefa.

- Jesz­cze zoba­czysz - wark­nął War­gul. - Uwa­żaj, jesz­cze zoba­czysz.

Splu­nął pod nogi i odszedł, nie oglą­da­jąc się za sie­bie.

Józef patrzył na niego długo, zaci­ska­jąc zęby i pię­ści. Docze­kał się satys­fak­cji, choć mar­nej i nie­wy­star­cza­ją­cej. Marian, idąc szybko, stą­pał nie­uważ­nie. Potknął się i zama­chał śmiesz­nie rękami.

Roz­le­gło się kilka wątłych śmie­chów.

Wróg ośmie­szony prze­staje być groźny.

Czy naprawdę?

Rozdział 2

Teraz

Mał­go­sia Lisiak cze­kała na ten dzień już od kilku tygo­dni. Waka­cje! To słowo zawsze elek­try­zo­wało, i to każ­dego ucznia.

Waka­cje to wol­ność. Wyjazd. Zmiana. Przy­goda. A te kon­kretne waka­cje nio­sły ze sobą szcze­gólną obiet­nicę...

Lubiła Seba­stiana. Tak po pro­stu. A nawet, należy to uczci­wie powie­dzieć, lubiła go znacz­nie bar­dziej niż po pro­stu. I czuła się z nim jak w rodzi­nie. Przede wszyst­kim od początku dru­giej klasy sie­dzieli w tej samej ławce. Dwa lata sztur­cha­nia się łok­ciami, deli­kat­nych, niby przy­pad­ko­wych dotknięć, pod­po­wia­da­nia na kla­sów­kach i poży­cza­nia sobie zeszy­tów. Nie od początku było to oczy­wi­ste. W pierw­szej kla­sie liceum zale­d­wie się sobie przy­glą­dali, od czasu do czasu trą­ca­jąc się ramie­niem na prze­rwach. Potem tak jakoś wyszło, wła­ści­wie bez­wied­nie, że sia­dali w sąsied­nich ław­kach. Niby przy­pad­kiem, a jed­nak coraz czę­ściej i chęt­niej. W dru­giej kla­sie już wprost cho­dzili po kory­ta­rzach ramię w ramię, prze­zy­wano ich "zako­chaną parą", ale nikomu to szcze­gól­nie nie prze­szka­dzało. Oby­dwoje uczyli się dobrze, a że cza­sem chwy­cili się za dło­nie? Albo sia­dali razem przy stole w sto­łówce?

Już od dłuż­szego czasu Mał­go­sia się zasta­na­wiała, czy nie spę­dzić cho­ciaż kilku dni, może tygo­dnia, w towa­rzy­stwie Seba­stiana. Byłoby cudow­nie, jak jed­nak mia­łaby to zała­twić? Dopiero nie­dawno odwa­żyła się poroz­ma­wiać na ten temat z mamą.

- Z Seba­stia­nem? - zdzi­wiła się Bar­bara. - Roj­kow­skim?

Mał­go­sia kiw­nęła głową.

- Jasne, córeczko, prze­cież to żaden pro­blem. Jego rodzice pro­wa­dzą plan­ta­cję lawendy, do Kulesz Kościel­nych jest rap­tem osiem­dzie­siąt kilo­me­trów.

- To wiem - odpo­wie­działa Mał­go­sia.

- A ja cho­dzi­łam z ojcem Seba­stiana do szkoły.

- Słu­cham?

- Nie wiesz? Prze­cież dziad­ko­wie miesz­kali w Kule­szach.

- Nie wiem nawet, czy kie­dyś tam byłam.

- Oczy­wi­ście! Dziad­ko­wie prze­pro­wa­dzili się do Łysych, kiedy mia­łaś cztery lata. Naprawdę nie pamię­tasz?

Dziew­czyna pokrę­ciła prze­cząco głową.

- To zna­czy, pamię­tam dziad­ków, choć słabo. Mia­łam dzie­sięć lat, kiedy zmarli taty rodzice, prawda?

Bar­bara kiw­nęła głową potwier­dza­jąco.

- Ale Kulesz nie pamię­tam. Nic a nic.

Matka zatem pod­jęła opo­wieść:

- Kocha­nie, wszy­scy pocho­dzimy z tych samych oko­lic. Twój tata, ja, Seba­stian, jego rodzice. Mate­usz, jego ojciec, jest, o ile dobrze pamię­tam, dwa lata star­szy ode mnie. Tak, na pewno. Prze­cież cho­dził z twoim tatą do klasy... Hen­ryk! - krzyk­nęła w głąb domu.

Chwilę póź­niej do kuchni wszedł wysoki bro­dacz w przy­bru­dzo­nym kom­bi­ne­zo­nie.

- Co tam, moje śliczne? - zapy­tał łagod­nym gło­sem, nie­przy­sta­ją­cym do niedź­wie­dzio­wa­tej postury.

- Roj­kow­ski cho­dził z tobą do klasy, prawda?

- Prawda - zgo­dził się ojciec Mał­gosi. - Bo co?

- Bo jego syn jest cał­kiem atrak­cyj­nym mło­dzień­cem.

Hen­ryk spoj­rzał uważ­nie na córkę.

- Oby nie był takim łobu­zem jak jego tatuś - powie­dział ostroż­nie.

- Tato!

- No co, "tato, tato". Jeśli wyda­rzyło się coś nie­do­brego w obrę­bie pięt­na­stu kilo­me­trów od Kulesz, zawsze naj­pierw pytano Roj­kow­skich, gdzie w tym cza­sie prze­by­wał Mate­usz. Taki auto­mat. Odpusz­czano tylko, jeśli na pewno nie mogło go być w kon­kret­nej loka­li­za­cji. W innych sytu­acjach prak­tycz­nie zawsze się oka­zy­wało, że to on był winien, cokol­wiek by to było.

- Tato, Seba­stian to jeden z naj­lep­szych uczniów w kla­sie. Zaraz po mnie.

- To cudow­nie, córeczko. A co to ma wspól­nego ze mną i z Mate­uszem? - zwró­cił się do żony.

- Bo skoro znamy sta­rych Roj­kow­skich, to może nasza córka w te waka­cje spę­dzi­łaby jakiś czas, powiedzmy tydzień, na ich plan­ta­cji?

- U sta­rych Roj­kow­skich? Serio? Oni są w naszym wieku - obu­rzył się męż­czy­zna.

- Oj tam. - Kobieta się zaśmiała. - Chcia­łam się przy­po­do­bać córce. Wiesz, ona młoda, my sta­rzy, taki kon­flikt poko­leń spro­wa­dzony do seman­tyki.

Hen­ryk pokrę­cił głową i spoj­rzał na córkę.

- Jeśli tylko ci nie przej­dzie... - ojciec poca­ło­wał córkę w czoło - to oczy­wi­ście, że możesz poje­chać do... Jak to się nazywa? - Spoj­rzał nie­pew­nie na żonę.

- Lawen­dowa Osada - pod­po­wie­działa.

- Wła­śnie, do Lawen­do­wej Osady. Choć nie ukry­wam, że wolał­bym innego zię­cia. Ni­gdy nie ufa­łem tej rodzi­nie.

- Tato! - obu­rzyła się dziew­czyna.

- Nie zapę­dzajmy się - poparła ją matka.

- To tylko kolega - dodała Mał­go­sia.

- To dobrze, córeczko - odpo­wie­dział i wyszedł, lekko marsz­cząc czoło.

- O co tacie cho­dzi? Jeśli ojciec łobuz, to syn tak samo?

- Nie, kocha­nie. Nie wiem zresztą. Może to dla­tego, że tata jest ostat­nio zapra­co­wany. - Matka mach­nęła ręką. - Poroz­ma­wiam z Roj­kow­skimi. Tata cho­dził do klasy z Mate­uszem, ja nato­miast z jego żoną, Jadwigą. To zna­czy, wtedy jesz­cze nie była jego żoną. Z tego, co wiem, pro­wa­dzą na swo­jej plan­ta­cji agro­tu­ry­stykę, na pewno można wyna­jąć u nich pokój.

- Mają chyba domki - wtrą­ciła cicho Mał­go­sia.

Matka unio­sła brwi.

- Jasne... - Uśmiech­nęła się ze zro­zu­mie­niem. - W takim razie domek. Jeżeli będziesz chciała, pojadę z tobą... - Widząc minę córki, Bar­bara natych­miast wyco­fała się z tego pomy­słu. - Albo i nie. Ale to dopiero w waka­cje. Na razie trwa rok szkolny, skup się, bo wiesz, kocha­nie, trze­cia klasa to poważna sprawa.

- Wiem, mamo, oczy­wi­ście - zgo­dziła się Mał­go­sia.

Była bar­dzo zado­wo­lona z prze­biegu roz­mowy. Zwłasz­cza że była coraz pew­niej­sza swo­ich uczuć. Z mie­siąca na mie­siąc coraz bar­dziej nabie­rała prze­ko­na­nia, że to ten. Zresztą nie tylko w obec­no­ści Seba­stiana odczu­wała szyb­sze bicie serca. Także odczy­ty­wa­nie zapi­sów jego myśli, któ­rymi szczo­drze się dzie­lił za pośred­nic­twem komu­ni­ka­to­rów, było dla niej bar­dziej niż inte­re­su­jące. A to już musiało o czymś świad­czyć, czyż nie?

I wła­śnie teraz, kilka tygo­dni po tam­tej roz­mo­wie, jechała przed sie­bie. To zna­czy, z Łysych do Kulesz. Wła­ści­wie trzy kilo­me­try za Kule­sze, do agro­tu­ry­styki jakże słusz­nie nazy­wa­nej Lawen­dową Osadą, bo prze­cież skła­dała się głów­nie z cią­gną­cych się po hory­zont pól lawendy.

Wie­lo­krot­nie oglą­dała gospo­dar­stwo w inter­ne­cie. Na zdję­ciach pre­zen­to­wało się baj­kowo. Cztery domki z jasnego drewna, kie­dyś nawet komen­to­wali to razem z tatą. Hen­ryk od razu zwró­cił uwagę na ich kolor.

- Musieli zabez­pie­czyć je bez­barw­nym lakie­rem - powie­dział. - Prze­cież oni funk­cjo­nują już ponad dzie­sięć lat, a one ani odro­binę nie ściem­niały. A tam wia­try, co ja mówię, wichury! Potra­fią się roz­pę­dzić, że ho, ho, nawet tor­nada się zda­rzają. Malut­kie, ale jed­nak. Zresztą wszystko, co drew­niane, ciem­nieje, a u nich wciąż jest jasne i nie­odmien­nie świeże.

Mał­go­sia zwró­ciła uwagę na barwy. Każdy z dom­ków miał drzwi i okien­nice w innym kolo­rze, stąd też wzięły się ich nazwy. Zie­lony, nie­bie­ski, fio­le­towy i żółty. Mał­go­sia wybrała dla sie­bie, a jakże, fio­le­towy i zamie­rzała być w tej fio­le­to­wej oazie przez naj­bliż­szy tydzień zwy­czaj­nie szczę­śliwa.

Droga z Łysych do Kulesz Kościel­nych nie była długa. Godzina drogi. Nie­wiele ponad osiem­dzie­siąt kilo­me­trów, a Mał­go­sia czuła, jakby jechała na drugi koniec świata. Praw­dziwe waka­cje! Wiózł ją tam tata, po uzgod­nie­niu wszyst­kich szcze­gó­łów z daw­nymi kole­gami ze szkoły, czyli rodzi­cami Seba­stiana. Poza zare­zer­wo­wa­nym dla niej na cały tydzień dom­kiem, pięk­nymi wido­kami i wszech­obec­nym zapa­chem lawendy cze­kał tam na nią Seba­stian i być może to wła­śnie było dla niej naj­waż­niej­sze.

Gdy przy­je­chali na miej­sce, Mał­go­sia wysko­czyła z auta niczym na sprę­żyn­kach. Jej ojciec zaś wysiadł spo­koj­nie, dostoj­nie roz­glą­da­jąc się wokół.

Panu­jąca cisza pełna była led­wie uchwyt­nych brzmień. Psz­czoły, trzmiele, ptaki, któ­rych nazw Gosia nie potra­fiła ziden­ty­fi­ko­wać. Szybko jed­nak te natu­ralne dźwięki zostały przy­ćmione ludz­kimi gło­sami. Z dużego domu, zbu­do­wa­nego z gru­bych, ciem­nych bali, uszczel­nio­nych ści­śle mchem przez ostat­niego w tej oko­licy mechop­tyka, wybiegł Seba­stian. Śpie­szył się, w pod­sko­kach prze­mie­rzał nie­wy­soką skarpę poro­śniętą gęstą koni­czyną, jed­nak na kilka kro­ków przed wysy­paną bia­łym żwi­rem drogą zatrzy­mał się i popa­trzył na Mał­go­się. Dopiero gdy uśmiech­nęła się do niego zachę­ca­jąco, ruszył dalej. Chło­pak wyraź­nie miał ochotę uści­skać ją na przy­wi­ta­nie, zamiast tego jed­nak po pro­stu podał jej rękę. Nie zdo­łał ukryć roz­ra­do­wa­nia, powie­dział jed­nak ostroż­nie:

- Cześć.

- Cześć - odpo­wie­działa rów­nie rado­śnie.

- Dzień dobry - rzu­cił tata dziew­czyny.

- Dzień dobry panu. - Chło­pak spe­szył się, jakby dopiero teraz go dostrzegł. - Zapra­szam pań­stwa. Walizkę póź­niej zaniosę Mał­gosi do domku. Tam będzie miesz­kać. - Wska­zał jasny domek z lawen­do­wymi drzwiami i okien­ni­cami.

Hen­ryk Lisiak poki­wał głową.

- Ład­nie tu - powie­dział, roz­glą­da­jąc się. - A teraz pro­wadź, dżen­tel­me­nie.

Prze­szli po skar­pie, a potem po czte­rech drew­nia­nych scho­dach weszli do domu z ciem­nych bali. W sieni przy­wi­tał ich miły pół­mrok, ale już po chwili Seba­stian po ple­cio­nych dywa­ni­kach zapro­wa­dził ich do prze­stron­nej kuchni, za którą znaj­do­wała się spora jadal­nia. Wiel­kie pano­ra­miczne okna otwie­rały per­spek­tywę na lawen­dowe łany, roz­kła­da­jące się nie­mal po hory­zont dłu­gimi, gęstymi pasami. Na ścia­nach roz­wie­szono wysu­szone lawen­dowe bukiety i piękne, zdobne wieńce. Lawenda była tu natu­ral­nym ele­men­tem oto­cze­nia.

- Napi­je­cie się cze­goś? Kawy, her­baty, może wody?

- Ja dzię­kuję - odpo­wie­dział ojciec dziew­czyny.

- A ja popro­si­ła­bym wodę - powie­działa nie­śmiało Mał­go­sia.

- Dzba­nek zawsze stoi tutaj - wyja­śnił Seba­stian, wska­zu­jąc na blat pod oknem. - Wła­ści­wie dwa. Z wodą i lawen­dową lemo­niadą. Czę­stuj się. Zresztą, wszystko tutaj jest do uży­wa­nia. W lodówce w twoim domku też jest butelka z lawen­dową lemo­niadą. Mama zawsze zosta­wia taką dla gości.

Uśmiech­nął się sze­roko, nale­wa­jąc Mał­gosi płynu do szklanki.

- Tu jemy śnia­da­nia i wszyst­kie inne posiłki - kon­ty­nu­ował po chwili. - Tyle że śnia­da­nia mamy wspólne, zwy­kle około dzie­wią­tej, a resztę to jak kto chce. Lodówka jest tutaj.

Cho­dził po pomiesz­cze­niu i wska­zy­wał kolejne ele­menty. Ojciec dziew­czyny patrzył na tę pre­zen­ta­cję z roz­ba­wie­niem.

- Cześć - roz­le­gło się rap­tem od wej­ścia do kuchni.

Wszy­scy spoj­rzeli na wcho­dzą­cego męż­czy­znę.

- Wszystko gotowe, tato - oznaj­mił Seba­stian.

Przy­były kiw­nął głową i sku­pił się na ojcu Mał­go­rzaty.

- Kopę lat - powie­dział Mate­usz Roj­kow­ski.

- Bli­sko dwa­dzie­ścia - odparł ojciec Mał­gosi.

- Dokład­nie osiem­na­ście - uści­ślił wła­ści­ciel agro­tu­ry­styki. - Zaraz przyj­dzie moja Jadzia. Posie­dzimy, poga­damy.

- Jasne - odpo­wie­dział ojciec Mał­gosi.

Sie­dzieli potem przy stole zasta­wio­nym lokal­nymi przy­sma­kami. Wędliny z wła­snej wędzarni, twa­róg od sąsiada, jajka od hodo­wa­nych kur. Lawen­dowy miód, chleb z pieca opa­la­nego drew­nem.

- Takich sma­ków nie jadłem od lat - stwier­dził ojciec Mał­gosi.

- Takie pysz­no­ści tylko u nas - skwi­to­wała ze śmie­chem matka Seba­stiana.

- Niby miesz­kamy w tym samym regio­nie, niby mamy do sie­bie nie­da­leko, a żyjemy tak róż­nie - zauwa­żył ojciec Mał­gosi.

- My jeste­śmy szczę­śliwi - stwier­dziła Jadzia.

- My też, choć zdaje się, w zupeł­nie inny spo­sób. - Lisiak się zaśmiał.

- Macie świa­towe życie - sko­men­to­wał ojciec Seba­stiana.

- Chyba żar­tu­jesz? Mój świat to warsz­tat samo­cho­dowy - zapro­te­sto­wał Hen­ryk Lisiak.

- Czyli cho­ciaż se pojeź­dzisz dobrymi autami.

- Aku­rat. Z tych naj­lep­szych to mam co naj­wy­żej brudny olej za paznok­ciami. A jak u was? Macie tu raj...

- Jadzia stu­dio­wała medy­cynę - pochwa­lił się Mate­usz.

- Oj tam, tylko dwa lata. - Kobieta skrom­nie mach­nęła ręką. - Ale to nie było dla mnie. Szczę­śliwa się czuję tylko tutaj. Rzu­ci­łam stu­dia, choć sesję po dru­gim roku zda­łam bez pro­blemu - zastrze­gła. - Po pro­stu tęsk­ni­łam za... za tym - zakoń­czyła, zata­cza­jąc ręką koło. - Kocham to miej­sce. Kule­sze, nasz spo­kój, to, że znam tu wszyst­kich... Jestem tu w domu.

- Wpraw­dzie liczy­łem, że Jadzia będzie leczyła całą oko­licę, ludzi i naj­le­piej od razu zwie­rzęta, ale mój plan się nie powiódł. - Mate­usz się zaśmiał. - A co tam u two­jej żony?

- Moja Basia z kolei ma nos nie­usta­jąco w pod­ręcz­ni­kach i w inter­ne­cie. Uczy malu­chy w szkole, naucza­nie począt­kowe, więc cią­gle wyszu­kuje jakieś cuda. A to miko­łaje na Boże Naro­dze­nie, a to zające na Wiel­ka­noc. Laurki, pio­senki, wyci­nanki. Cią­gle coś.

- Kur­piow­skie by z dziećmi poro­biła - stwier­dziła Jadwiga Roj­kow­ska.

- A takie też robi. Poka­zuje dzie­cia­kom urodę naszych stron, a jakże. Nie wiem skąd, ale ostat­nio gdzieś zdo­była nożyce do strzy­że­nia owiec i ćwi­czyła w domu tra­dy­cyjne kur­piow­skie wyci­nanki. Po wielu godzi­nach prób nawet zro­biła jedną cał­kiem zgrabną leluję i naprawdę piękną gwiazdę. No dobra, tro­chę jestem nie­obiek­tywny. Może nie były aż tak ładne. - Zaśmiał się cicho.

- I takie wiel­kie nożyce zabrała do przed­szkola? - zapy­tała iro­nicz­nie matka Seba­stiana.

- Do szkoły - spro­sto­wał Hen­ryk. - Uczy w szkole. Nie, oczy­wi­ście, że nie. Dzieci wyci­nały pro­sty wzór nożycz­kami o zaokrą­glo­nych koń­cach. Wszystko zgod­nie z zasa­dami bez­pie­czeń­stwa.

- Kie­dyś mie­li­śmy nor­malne nożyczki, uży­wa­li­śmy młot­ków na zetpete i przy­szy­wa­li­śmy guziki praw­dzi­wymi, ostrymi igłami - zakpił Mate­usz.

- Ty to chyba w ogóle uży­wa­łeś róż­nych nie­bez­piecz­nych narzę­dzi - stwier­dził kąśli­wie Hen­ryk.

Patrzyli na sie­bie przez chwilę jak dwa roz­ju­szone byki.

- Tato? - zain­ter­we­nio­wała zdzi­wiona Mał­go­sia.

Chwila minęła.

Hen­ryk potrzą­snął głową, przy­gryzł wargę i kon­ty­nu­ował jak gdyby ni­gdy nic.

- Ostat­nio, to zna­czy w marcu, Basia nawet robiła z dzie­cia­kami Marzannę w kur­piow­skim stroju. Cho­ciaż nie wiem po co, i tak ją prze­cież uto­pili.

- Po to, żeby dzie­cia­kom poka­zać nasze tra­dy­cje - odpo­wie­działa Jadwiga.

- Są ważne - zgo­dził się Hen­ryk.

Popo­łu­dnie prze­dłu­żyło się do wie­czora, a to głów­nie dzięki Mał­gosi i Seba­stia­nowi. Hen­ryk miał ochotę szybko wra­cać do domu, córka jed­nak go zatrzy­mała.

- Tato, pomo­żesz mi? - zapy­tała, ojciec zatem zaniósł jej bagaże do lawen­do­wego domku, choć Seba­stian obie­cał, że się tym zaj­mie. Póź­niej prze­szli się po oko­licy, Hen­ryk wska­zał córce wid­nie­jącą z daleka wieżę kościoła i opo­wie­dział kilka legend.

A jesz­cze potem się oka­zało, że choć na początku spo­tka­nia miało miej­sce nie­wiel­kie spię­cie, to jed­nak szybko zapa­no­wał szam­pań­ski nastrój. Nie bez udziału lawen­do­wej nalewki, choć prze­cież Hen­ryk nie pił, bo musiał wra­cać do Łysych. I tylko dwoje naj­młod­szych nie brało udziału w roz­mo­wie.

Oni jedy­nie patrzyli na sie­bie. Tro­chę z ukosa, tro­chę spod przy­mknię­tych powiek, a tro­chę jak naj­bar­dziej zako­chane dzie­ciaki świata.

Rozdział 3

Teraz

- Cza­sem się zasta­na­wiam, czy nie powin­ni­śmy się prze­pro­wa­dzić - powie­działa Bar­bara Lisiak.

- Źle ci tutaj? - Hen­ryk odwró­cił się od zlewu. Wła­śnie napeł­nił sobie szklankę zimną wodą. Wypił dusz­kiem i usiadł na wprost żony, przy­pa­tru­jąc jej się uważ­nie.

Pokrę­ciła głową.

- Nie o to cho­dzi. Wiesz, bar­dziej o to, że... Pamię­tasz, kiedy byli­śmy mło­dzi?

- Znów nawią­zu­jesz do tych "sta­rych"? To podobno miała być tylko seman­tyka? Cią­gle jeste­śmy mło­dzi. To zna­czy, moja żona jest, bo ja już się tro­chę posu­ną­łem.

Roz­ba­wił ją.

- W takim razie, młody czło­wieku, czy dzi­siej­sze tu i teraz jest dokład­nie tym, czego ocze­ki­wa­łeś?

- Cał­ko­wi­cie. Mam piękną żonę i rów­nie piękną córkę. I rów­nie piękny dom. Wła­sny warsz­tat samo­cho­dowy, codzien­nie rano jem śnia­da­nie w naj­lep­szym moż­li­wym towa­rzy­stwie i wra­cam do domu na naj­pysz­niej­szy obiad świata. Week­endy spę­dzam, włó­cząc się z rodziną po lesie albo jeż­dżąc z żoną i córką nad jakieś jezioro. W końcu po sąsiedzku mamy Kra­inę Tysiąca Jezior. Czego innego, czego wię­cej mógł­bym chcieć?

Wes­tchnęła.

- Jak rozu­miem, ty chcesz cze­goś innego. - Hen­ryk zmie­nił ton głosu.

- Rzecz w tym, że ja sama nie wiem, czego chcę.

- Gdyby to doty­czyło mnie, powie­dzia­ła­bym, że to kry­zys wieku śred­niego. Ale w twoim przy­padku nie bar­dzo wiem, jak to inter­pre­to­wać.

- Ja pew­nie też nie rozu­miem - przy­znała z uśmie­chem Bar­bara.

- Prze­ana­li­zu­jemy to? - zapro­po­no­wał.

- A ty nie śpie­szysz się do pracy?

- Dzi­siaj mam pierw­szego klienta dopiero o dwu­na­stej. A jak się trafi ktoś nie­umó­wiony, to chło­paki sobie pora­dzą. Możemy poga­dać. Jeśli chcesz, oczy­wi­ście.

- Z tobą zawsze chcę - odpo­wie­działa. - Po pro­stu... kiedy mia­łam kil­ka­na­ście lat - marzy­łam. Wielki świat stał przede mną otwo­rem. Wiesz, kariera, może taka bli­żej nie­okre­ślona, bo raczej nie mia­łam kon­kret­nego pomy­słu na sie­bie. Świa­tła reflek­to­rów miały wydo­być moją fan­ta­stycz­ność, bez względu na jej powód. Ten miał się zde­fi­nio­wać póź­niej.

Zamil­kła i popa­dła w zadumę.

- Każdy dzie­ciak ma wiel­kie marze­nia - ode­zwał się Hen­ryk po chwili. - Ale wyda­wało mi się, że odpo­wiada ci nasze życie.

- Odpo­wiada - rze­kła z prze­ko­na­niem.

Uniósł pyta­jąco brwi.

- No wła­śnie. Sama nie wiem, o co mi cho­dzi. Dajmy spo­kój.

- Nie, kocha­nie. Mamy czas, poroz­ma­wiajmy. Nie pasuje ci twoja rodzina?

- Co? - Bar­bara aż pod­sko­czyła. - Nie! Abso­lut­nie. Nie wyobra­żam sobie bez was życia. Może po pro­stu... wiesz, Mał­go­sia dora­sta. Nie­długo skoń­czy szkołę, pój­dzie swoją drogą, ode­tnie kolejne nitki. Może po pro­stu anty­cy­puję syn­drom pustego gniazda.

- Nie oba­wiał­bym się, że stra­cimy z nią kon­takt. Dobrze ją wycho­wa­li­śmy. Doro­śnie, ale prze­cież pozo­sta­nie naszą córką. Tak samo jak my byli­śmy bli­sko z jej dziad­kami.

Kiw­nęła głową, ale nie odpo­wie­działa.

- To może praca? - Hen­ryk nie ustę­po­wał. - Męczysz się w szkole?

Pokrę­ciła głową.

- Lubię uczyć - obu­rzyła się. - Kocham te małe potwory, które nie dają mi chwili wytchnie­nia.

- Ale?

- No wła­śnie. Ale. Zawsze jakieś jest, prawda? - zgo­dziła się. - Po pro­stu od czasu do czasu chcia­ła­bym cze­goś wię­cej. Poje­chać, zoba­czyć, prze­żyć. Bar­dziej być.

- To może zapla­nujmy jakieś wycieczki? Na począ­tek coś małego. Pięć dni nad jezio­rem? Póki nie ma Mał­gosi. A na przy­szłe waka­cje poje­cha­li­by­śmy gdzieś daleko. Do Indo­ne­zji. Albo do Chin. Co byś powie­działa na wyprawę do Chin?

- W przy­szłym roku chcia­ła­bym gdzieś poje­chać razem z Mał­go­sią. Będzie po matu­rze, zasłuży na dobre waka­cje. Być może ostat­nie takie w życiu, z nami.

- Ale desty­na­cja ci odpo­wiada?

Roz­ba­wił ją. Wstała i pode­szła do męża. Odsu­nął się od stołu, ona sia­dła mu na kola­nach.

- Każdy ma swoje marze­nia - dopo­wie­dział. - One nie mają daty waż­no­ści. Zawsze jesz­cze możemy je speł­nić.

- Ale to wcale nie cho­dzi o to, że ja czuję się... źle.

- Wiem - odpo­wie­dział, głasz­cząc ją po wło­sach. - A czy ty wiesz, że wła­śnie o tym wczo­raj myśla­łem?

- Doprawdy? - Uśmiech­nęła się, mru­żąc sek­sow­nie oczy.

- Kiedy byłem u Roj­kow­skich, zoba­czy­łem siel­skie życie. Wiesz, śliczne domki, pocią­gnięte jasną bejcą i pola­kie­ro­wane. Do tego kolo­rowe okien­nice. Mają wła­sne kury i owce. Wędzar­nię. Raj.

- Pozaz­dro­ścić - odparła, wsta­jąc mężowi z kolan.

- No wła­śnie. Dokład­nie to samo pomy­śla­łem. I jesz­cze że Mał­go­sia spę­dzi tam dobry czas. Mate­usz i Jadźka wyglą­dają na szczę­śli­wych, cho­ciaż nie powiem, w pierw­szych zda­niach było małe spię­cie mię­dzy nami. To zna­czy, mię­dzy Mate­uszem i mną.

- Dwa byczki?

- Coś koło tego. Ale szybko się ogar­nę­li­śmy. Obec­ność dzie­cia­ków oka­zała się dość... pomocna.

- Rozu­miem... Nie­mniej, wra­ca­jąc do wątku głów­nego. Chcesz mi powie­dzieć, że nie powin­nam narze­kać? Że inni potra­fią cie­szyć się, mając, bo ja wiem, znacz­nie mniej? Choć chyba nie o to cho­dzi? Chyba źle to powie­dzia­łam, prawda?

- No wła­śnie nie wiem. Mam wra­że­nie, że to jest speł­nie­nie ich ocze­ki­wań. Lawen­dowa agro­tu­ry­styka to marze­nie, które udało im się zre­ali­zo­wać.

- Więc trudno się dzi­wić, że są szczę­śliwi.

- To prawda - odpo­wie­dział Hen­ryk.

- Na obiad dzi­siaj pie­rogi z jago­dami. Rano Badzia­now­ska poje­chała rowe­rem do lasu. Może będzie tro­chę kurek, ale jagody przy­wie­zie na pewno. Umó­wi­ły­śmy się, że wpadnę do niej i razem z nią i Mariolą zro­bimy pew­nie ze trzy­sta sztuk. Wystar­czy na obżar­stwo i będzie jesz­cze z pięć par­tii do zamro­że­nia.

- Twoje pie­rogi? Zawsze - odpo­wie­dział. - Kupię śmie­tanę.

Basia poki­wała głową zado­wo­lona. Hen­ryk pod­szedł do lodówki.

- Jestem dzi­siaj okrop­nie spra­gniony.

- Prze­cież wczo­raj nie piłeś?

- Nie, no skąd! Wra­ca­łem autem, więc ani kro­pelki. Ale wiesz... Dziw­nie się tam czu­łem.

Bar­bara zmarsz­czyła brwi.

- Ale gdzie?

- U Roj­kow­skich.

- Mówi­łeś, że to raj - rzu­ciła Bar­bara i pode­szła do okna.

- Tak wygląda. Ale kiedy roz­ma­wia­łem z Mate­uszem, coś dziw­nego mi prze­szło przez myśl.

- Czyli?

- Jakby... Naj­pierw się pokłó­ci­li­śmy, to już wiesz. Zna­czy, to za dużo powie­dziane. Bar­dziej się spię­li­śmy, i to wła­ści­wie nie wia­domo o co. Potem było już cał­kiem miło. Mate­uszowi ulżyło po kie­li­szeczku lawen­do­wej nalewki. Ale wiesz, mia­łem wra­że­nie jakie­goś... fał­szu. Z jed­nej strony nie­ska­zi­telny obra­zek. Śliczne oto­cze­nie, siel­ski kra­jo­braz, zdrowa żyw­ność, spo­kojne życie. Ideał.

Bar­bara odkrę­ciła wodę z zamia­rem zmy­cia po śnia­da­niu. Teraz odwró­ciła się do męża, choć woda wciąż pły­nęła.

- No i? Co chcesz powie­dzieć?

- Mia­łem wra­że­nie, że Mate­usz jed­nak nie jest szczę­śliwy. Jakby... był smutny? Nie wiem. Nie zro­zu­mia­łem tego. To tylko wra­że­nie, pew­nie głu­pie. A jed­nak kiedy weszła Jadwiga, spoj­rzała na niego jakoś tak... Jakby go za coś kar­ciła. On się wypro­sto­wał, jak uczniak.

- Może się pokłó­cili? - Bar­bara zajęła się zmy­wa­niem. - Wiesz, cza­sem żony mają róż­nego rodzaju pre­ten­sje do mężów.

- Nie wiem - odpo­wie­dział. - Moja żona to naj­ła­god­niej­sza istota na świe­cie.

- Lizus - mruk­nęła pod nosem.

- Pew­nie masz rację. A pamię­tasz, jak kie­dyś wkra­dli­śmy się do pokoju nauczy­ciel­skiego?

- Nawet mi nie przy­po­mi­naj. - Baśka prze­wró­ciła oczami.

- Mój ojciec chwy­cił za pas. - Hen­ryk się zaśmiał.

- Twój ojciec?

- Mhm - potwier­dził chru­mknię­ciem. - Chwy­cił i ude­rzył dwa razy w futrynę. Wku­rzył się nie­ziem­sko, ale mnie ni­gdy nie ude­rzył. Zresztą żad­nego dziecka. W prze­ci­wień­stwo do sta­rego Roj­kow­skiego. Mate­usz wtedy przez kilka dni nie mógł sie­dzieć.

- Ale też Mate­usz był pro­wo­dy­rem. Tam­tego eks­cesu i wielu innych - skwi­to­wała Bar­bara. - Choć dzi­siaj to byłoby nie­moż­liwe, żeby zlać dziecko pasem. W ogóle, zbić dziecko.

- Dzi­siaj ucznio­wie nie mają po co się wła­my­wać do pokoju nauczy­ciel­skiego - odpa­ro­wał Hen­ryk. - Wszystko jest w dzien­niku elek­tro­nicz­nym. Pomysł, żeby w taki spo­sób sfał­szo­wać oceny w dzien­niku, byłby zgoła idio­tyczny. Lepiej zatrud­nić hakera.

- Z tego, co opo­wia­dają kole­żanki ze star­szych klas, więk­szość uczniów jest tak zaawan­so­wana infor­ma­tycz­nie, że nie potrze­bo­wa­liby pomocy z zewnątrz. Na szczę­ście dzie­wię­cio­latki jesz­cze takich pomy­słów nie mają. Swoją drogą, co wam, nam, wtedy wpa­dło do głowy?

- Mate­usz był zagro­żony i koniecz­nie chciał popra­wić oceny z histo­rii. Wyli­czył, że wystar­czyłby mu plus przy jed­nej jedynce i jedna dwójka.

- No ale dla­czego my tam poszli­śmy?

- Naprawdę nie pamię­tasz? - Hen­ryk zmarsz­czył brwi.

- No skąd! Led­wie pamię­tam, że w ogóle tam byłam.

- A byłaś, byłaś. Mate­usz polo­wał na dzien­nik, a ty na kart­kówki z histo­rii. Twier­dzi­łaś, że ostat­nią napi­sa­łaś gorzej niż źle i że obniży ci to ocenę koń­cową. I koniecz­nie chcia­łaś co nieco tam dopi­sać.

- Ja? Ty chyba żar­tu­jesz!

- Wybiór­cza pamięć? Dopi­sa­łaś odpo­wie­dzi do dwóch pytań i dosta­łaś z tam­tej kart­kówki czwórkę. Ty byłaś wku­rzona, a nauczy­ciel, z tego, co mówi­łaś, zawie­dziony. Uwa­żał, że powin­naś napi­sać na piątkę, i gło­śno skry­ty­ko­wał ten wynik. Publicz­nie, na forum klasy. Pamię­tam, że opo­wia­da­łaś o tym z roz­ża­le­niem. I chyba już ni­gdy tego nie zro­bi­łaś, prawda?

- Nie. - Bar­bara pokrę­ciła głową.

- A Mate­usz ni­gdy gło­śno się nie przy­znał, co naprawdę się stało. Twier­dził, że tylko sta­łaś na cza­tach.

- Ban­dycki honor - stwier­dziła.

- Ban­dycki? - zdzi­wił się Hen­ryk.

- Mate­usz był łobu­zem. Jak cała jego rodzina. Jak wcze­śniej jego ojciec i brat...

- Oj, wcho­dzimy w histo­rię. Nie­bez­pieczna sprawa. - Hen­ryk się zaśmiał. - Wpraw­dzie o jego rodzi­nie to raczej nie­po­twier­dzone wie­ści, ale... nawet jeśli Mate­usz był łobu­zem, to wyrósł na porząd­nego czło­wieka. Ma kocha­jącą się rodzinę, pro­wa­dzi swój biz­nes. Nie pije, nie krad­nie, żyje uczci­wie. Zna­czy, wyrósł na gościa nie­na­gan­nie się pro­wa­dzą­cego.

Bar­bara par­sk­nęła śmie­chem.

- I z czego się śmie­jesz, nie­do­bra kobieto?

- Wiesz to po kilku godzi­nach pobytu w Lawen­do­wej Osa­dzie? - spy­tała iro­nicz­nie. - Poza tym nie­na­gan­nie się pro­wa­dzić to może panienka z dobrego domu, a nie facet z kry­mi­nal­nymi tra­dy­cjami.

- Wiem, bo ludz­kie języki są dłuż­sze niż odle­głość do Kulesz Kościel­nych. A poza tym nie prze­sa­dzaj. Od razu kry­mi­nalne.

- Stary Roj­kow­ski sie­dział, brat Mate­usza, Krzysz­tof, sie­dział, no to jak ina­czej to nazwać?

- Ojciec Roj­kow­skich sie­dział, bo go komuna wsa­dziła. Poli­tyczny był, czyli dzi­siaj to boha­ter. A jego brat dwie noce na dołku sie­dział, więc się nie zapę­dzaj - prych­nął Hen­ryk. - Koń­czysz już? Poje­cha­li­by­śmy.

- Tak, dosłow­nie jesz­cze chwilę. Sprzątnę jesz­cze...

- Zostaw - powie­dział Hen­ryk, łapiąc żonę za rękę. - Kuch­nia jest u cie­bie czyst­sza niż pro­bówki na krew w labo­ra­to­rium. Posprzą­tasz póź­niej. Ale jeśli się nie pośpie­szymy, to...

- Mówi­łeś, że chło­paki się bez pro­blemu sami ogarną, jeśli trafi się jakiś przy­pad­kowy klient. A umó­wio­nego masz dopiero na dwu­na­stą.

- Ale tro­chę nam zeszło na tych poga­węd­kach. Poje­dziemy, dokąd chcesz, potem zawiozę cię do Badzia­now­skiej, zdążę jesz­cze po śmie­tanę do sklepu... i przy­pil­nuję chło­pa­ków w warsz­ta­cie. Będę w pracy wcze­śniej.

- No wiesz? - mruk­nęła z zado­wo­le­niem, jed­no­cze­śnie się odwra­ca­jąc. Jedną ręką zdą­żyła jesz­cze zakrę­cić kran. Mokre dło­nie poło­żyła na karku męża i popa­trzyła mu w oczy. - Naprawdę się śpie­szysz?

- Uwiel­biam mieć mokry koł­nie­rzyk - powie­dział lekko ochry­płym gło­sem.

Pod­niósł żonę i posa­dził pół metra dalej na kuchen­nym bla­cie.

- Całe szczę­ście, że jest lato - dodał.

- A to niby dla­czego? - mruk­nęła zajęta roz­pi­na­niem guzi­ków męskiej koszuli.

- Bo nie masz raj­stop.

I w sumie nie­wiele wię­cej roz­ma­wiali.