Rozdział 1
1946, koniec sierpnia
Niewielki drewniany kościół przez wieki widział wszystko. Były śluby, w czasie których panna młoda, połykając łzy, cichym, drżącym głosem
wypowiadała słowa przysięgi, matka wzdychała niemo, wiedząc, że za
torebkę brzęczących monet sprzedaje córkę okrutnikowi i skazuje ją na
ciężkie życie, a ojciec cieszył się, że dziewczyna w końcu okazała się
inwestycją i pozwoliła spłacić długi. Były i takie, gdy zakochani
patrzyli sobie w oczy z miłością i wstępowali w święty związek małżeński
ze szczerą wiarą w dobrą, wspólną przyszłość. Kolorowo mieniły się
stroje, mnóstwo tasiemek, wstążek, bursztynów. W oczy rzucały się białe
koszule, gorsety, kaftany. Były chrzciny, z nieodłącznym płaczem dzieci
polewanych zimną wodą, były komunie, bierzmowania, spowiedzi. Był zapach
kadzidła, jałowca, szałwii i lawendy, czasem octu, gdy gospodynie
sprzątały kościół przed świętami. No i leżały kwiaty, ogrom kwiecia,
szczególnie w takie dni jak dzisiaj, kiedy to bez liku pachnących
bukietów ułożono przed ołtarzem.
Każdy kościół wybrzmiewa modlitwą. Zwykle żarliwą, czasem interesowną.
Ludzie proszą o powodzenie dla siebie i o to, żeby sąsiadowi zdechła
krowa. O zdrowie dla dziecka. I o dobrą partię dla córki. Handlują z Bogiem datkiem na mszę, obietnicą bycia dobrym dla żony przez miesiąc
albo wsparciem przy remoncie dachu kościoła.
Czasami jednak dom pański wypełnia cisza tak intensywna, że aż dzwoni w uszach. Pełna strachu, żałości, złości i nienawiści. I choć gęsto
stłoczeni ludzie zawsze wypełniają świątynię dźwiękami - oddychaniem,
wzdychaniem, szuraniem, kasłaniem - to zdarza się, że i tak są to
brzmienia, które giną w ciszy. Ona dusi bezwzględnie wszelkie odgłosy.
Tak jak tego dnia.
Trumna z ciałem Franka stała w domu jego rodziców przez dwie doby. O jedną za długo. Człowiek po śmierci psuje się jak porzucone truchło
zagryzionego psa. W upale szybciej. A jeśli wnętrzności wylały się z człowieka i potem już nijak nie chciały się zmieścić w środku, jeżeli
cały czas, choć przykryte nową koszulą i ozdobnym pasem, pozostawały
gdzieś poza brzuchem, poza człowiekiem, na niewłaściwym miejscu -
śmierdziały jak najgorsza padlina. Nie pomagał skwar, który jak na złość
objął ziemię gorącym uściskiem, odbierającym oddech i chęć do życia.
A życie miało swoje prawa, bez względu na śmierć i ludzkie łzy. Bez
względu na rozpacz matki. Żniwa wymagały wyjścia na pola. Zboże się
złociło, jeszcze kilka dni i już będzie czas, bo wiadomo, że prace
najlepiej zacząć w środę lub sobotę, może także być we wtorek bądź w czwartek, ale pod żadnym pozorem w poniedziałek ani piątek. Łany muszą
zniknąć po przejściu gromady uzbrojonej w sierpy. Najstarsi we wsi
gadali, że taka pogoda to tylko jeszcze przez tydzień, może osiem dni, a potem burze przygniotą do ziemi to, co zostanie na polach.
Codziennie więc gospodarze wychodzili, oglądając i czule głaszcząc
kłosy, oceniając, czy już gotowe, czy dojrzałe, czy czas żąć.
Anna nie wychodziła w pole i nic jej nie obchodziło, że Józef z duszą
jak przywaloną kamieniem młyńskim sprawdzał, czy to już. Stawał na
miedzy i przyglądał się kłosom. Ziarna były twarde, a łodygi złote.
Śpiew przepiórek zaś już niósł się po polach. Jego pole było na górce, u niego zawsze dojrzewało najszybciej. Ale on nie miał serca, by zwołać
żniwiarzy.
Zajęli się tym sąsiedzi. Musieli przecież zacząć na jego polu, bo to
jego ziemia była najbliżej krzyża i to tam zawsze wychodziła całą wieś
prowadzona przez księdza, który święcił pola w cztery strony świata.
Stamtąd ruszała gromada odziana w białe lniane szaty, choć pierwszy
pokos powinien wykonać gospodarz lub najstarszy członek rodziny. Co z tego. Józef tylko patrzył, więc najbliższy sąsiad zaczął za niego, za
przyzwoleniem księdza, który dodatkowo poświęcił tego roku Józefowe
pole. Dopiero wtedy ruszyły ze śpiewem kobiety, zaczynając od Matka
Boska była mała, tyz przy zniwach pomagała, a ty, Zosiu i Małgosiu,
znijze sybciej, nie po trosu.
Nie pytając, weszli na pole Józefa, zżęli i powiązali w snopki,
odstawili do stodoły. Pamiętali nawet o tym pierwszym, najbardziej
okazałym snopku, który w Wigilię musi stanąć w każdej izbie, by zapewnić
gospodarstwu dobrobyt przez cały nadchodzący rok. Zostawili także
przepiórkę, niezżętą garść zboża, który kobiety pięknie udekorowały
polnymi kwiatami i wstążkami. Nie zapomnieli nawet o płaskim kamieniu
pozostawionym na samym środku przepiórki, w wypielonym starannie
miejscu, położyli na nim chleb i sól, by w gospodarstwie Józefa chleb
rozmnażał się nawet na kamieniu.
Ale nikt już nie oborywał przepiórki. Nikt nie kwapił się do złapania
najpiękniejszej nawet dziewczyny i do ciągnięcia jej na plecach przez
przepiórkę. Radość na polu Józefa była nie na miejscu.
A gdy zjeżdżali do Józefowego gospodarstwa, zapadała nabożna cisza, bo
przecież Franek leżał za tym oknem, w którym paliła się gromnica.
Omijali centrum podwórza, przestępując ostrożnie tuż przy ścianie obory,
obok kurnika, byle nie wejść w ten pył na samym środku.
Józef nie wyszedł odebrać plonu. Nikt mu zresztą nie zaśpiewał:
Otwórzcie nam szerokie wolu, niesiemy wianek ze szczerego złota. Plon
niesiem, plon! I nie grała muzyka, nie oblano gospodarzy wodą i nie
było poczęstunku dla żniwiarzy. Nic nie było jak zwykle.
Franek nie przyjął ostatniego namaszczenia i choć w kościele ostatnimi
czasy nie bywał, to ksiądz znalazł dla niego miejsce na cmentarzu tuż
obok kościoła. Najlepsze z możliwych. I zgodził się, żeby sosnowa
trumna, ale z lepszego drewna i niemal za darmo przez najlepszego cieślę
sprawiona, stanęła na środku kościoła. I by wokół rozłożono wszystkie
możliwe kwiaty zebrane na polach w całej okolicy.
Duchowny zgodził się na wszystko, co najlepsze, choć nikt go nawet o to
nie prosił. Franek miał pogrzeb niczym najbogatszy bogacz, jakich to
pochówków od dawna tutaj nie widziano. Ksiądz długo odprawiał mszę
żałobną, a kazanie prawił o tych, co uczciwi, wierni i bogobojni. I że
oni zbawieni będą, a zdrajcy nie przestąpią progu Królestwa Pańskiego,
choćby na odpuście zupełnym, tym od Matki Boskiej Zielnej, sypnęli
groszem na odnowienie chrzcielnicy.
Kazanie wygłosił z zaangażowaniem, używając wielu zawiłych zwrotów, bo
choć bardzo chciał, to bał się mówić wprost. Marian Wargul siedział w trzecim rzędzie i patrzył księdzu w oczy, ubrany w mundur. Gdyby mógł,
to pewnie spocząłby na samym przedzie, tam jednak rodzina zajęła miejsca
już wcześniej i choćby bardzo chciał - a chciał - wcisnąć się między
nich, to tak się porozsiadali, że nawet szpilki by nie włożył.
Marian zatem słuchał księżowskiego kazania z pogardliwym wyrazem twarzy,
prychając lekceważąco od czasu do czasu, zwykle wtedy, gdy pojawiały się
słowa "Polska" lub "patriota".
Ksiądz celebrował każdy ruch, słowo i przeciągał śpiewy, szczególnie że
- wiedział to doskonale - choć nie zawinszował sobie zapłaty, to i tak
ją otrzyma. Sowitą, bo Józef do skąpych nie należał, a i jego
gospodarstwo, pilnowane i skrzętnie prowadzone przez całą pracowitą
rodzinę - kwitło. Ksiądz od razu uznał, że jeśli nic nie zażąda, otrzyma
więcej, niż gdyby oczekiwał najwyższej daniny. Bo pogrzeb pogrzebem,
rozpacz rozpaczą, a życie trwa dalej i ma swoje bezwzględne prawa.
Wyprowadził trumnę z kościoła w krótkiej, bardzo krótkiej ostatniej
podróży, bo kiedy już doszli do wykopanego grobu, to końcówka długiego
konduktu, w którym zgromadziła się cała niemal wieś, jeszcze nie
opuściła kościelnych ławek.
Anna stała nad grobem pochylona i pewnie wpadłaby do lekko osypującej
się dziury, gdyby nie mocne ramię Józefa, podtrzymującego ją stanowczo.
Zaciskał dłonie na ciele żony tak mocno, aż pozostawiał siniaki, ale ani
ona tego nie czuła, ani on nie był świadom.
Ksiądz śpiewał, modlił się, wierni odpowiadali. Nawet Marian wypowiadał
automatycznie wyuczone od dziecka przyśpiewki, bo jego ciotka trącała
go, gdy tego nie robił. Ona w ogóle nie chciała, by jej siostrzeniec tu
przychodził. Bała się. Same z nim były kłopoty, i to już od dzieciństwa!
Zresztą, nie tylko z nim, z całą tą rodziną. Od siostry, Heleny, przez
Stanisława, jej niewydarzonego męża samobójcę, aż po gromadkę
dzieciaków, którą musiała się zaopiekować. Same z nimi problemy!
A gdyby ksiądz wprost potępił Wargula z ambony? Odium ekskomuniki
dotknęłoby także ją i jej dorastające smyki, a tego bardzo, ale to
bardzo by nie chciała. W głębi duszy wiedziała przecież, że duchowny
miał prawo. Że nawet powinien. Że za złe czyny należą się złe słowa. Nie
chciała jednak, by skierowane zostały do dziecka jej siostry. Nawet
takiego, które pobłądziło.
Marian jednak się uparł, że przyjdzie na ten pogrzeb.
- Popatrzę w oczy wszystkim, którzy są wrogami ojczyzny - oznajmił
buńczucznie. - Którzy przeciwstawiają się tym, co budują nowy,
socjalistyczny ład. A oni tam wszyscy... - Aż się zaperzył. - Ja tam i tak
wiem, który i co ma na sumieniu, ale teraz, szczury jedne, już tak łatwo
się nie podniosą. Już zobaczyli, jak karząca ręka sprawiedliwości dopada
tych, którzy powstają przeciwko ojczyźnie. Muszę na tym pogrzebie być,
żeby wszystkim to pokazać. Kara spotka każdego zdrajcę!
- Oj głupiś ty, głupiś. - Ciotka westchnęła tylko i zawiązała chustkę na
głowie. Już wiedziała, że nic nie poradzi na jego upór. Musiała z tym
żyć, choć było jej niełatwo, niełatwo... A i ksiądz twardą pokutę
zadawał.
Nad grobem wszyscy pokornie pochylili głowy, tylko Marian wciąż patrzył
hardo. Księdzu prosto w oczy i wszystkim pozostałym też. Jedynie
rodziców Franka omijał wzrokiem. Nie miał siły spojrzeć na nich, choć
zadufany w sobie nie zastanawiał się dlaczego.
Wszystko trwało długo. Każdy chciał rzucić garść ziemi na dębową trumnę,
każdy chciał pożegnać Franka. Każdy się bał następnego dnia. Co będzie?
Co będzie? Co będzie? Każdy myślał, nikt nie mówił.
Żałobnicy odchodzili od trumny powoli. Tłum rzedniał stopniowo, aż w końcu została tylko najbliższa rodzina. I Marian. Też podszedł, by
rozsypać garść ziemi na trumnę, Józef jednak zatrzymał jego rękę.
- Nie waż się, gnido - powiedział.
- Nie zabronisz mi.
- A paszoł mi won! - rzucił ojciec zamordowanego.
- Zrobię, co będę chciał - warknął Wargul.
- Uważaj, bo ludzka cierpliwość ma swoje granice.
- Grozić mi będziesz? Grozić? To ty uważaj. Władza ma swoje sposoby na
takich jak ty.
- Ty już pokazałeś, szujo, jakie masz sposoby.
- Jak mi się będziesz stawiał, to jeszcze zobaczysz. Przekonasz się.
Jeszcze nie skończyłem z tą waszą zapyziałą rodzinką. Na razie z jednym
syneczkiem zrobiłem porządek, jeszcze trzech masz, jeszcze można dużo
zrobić. I córeczki masz! Jak im? Krysia i Rysia, jak ładnie, i wnuczki,
a wszystkie śliczne, śliczne, nie powiem...
Józef zerwał się, puszczając ramię Anny. Ta zachwiała się, podtrzymał ją
syn, Michał, pozostali polecieli za ojcem.
Nie zdążyli.
Józef już zdążył i unieść, i opuścić rękę. Już z nosa Mariana cienką
strugą ciekła krew. Już Marian przyłożył swoją dłoń do własnego
policzka. Zanim zrobił coś więcej i zanim tamten znów uniósł rękę, już
trzymali ich bracia i synowie Józefa.
- Jeszcze zobaczysz - warknął Wargul. - Uważaj, jeszcze zobaczysz.
Splunął pod nogi i odszedł, nie oglądając się za siebie.
Józef patrzył na niego długo, zaciskając zęby i pięści. Doczekał się
satysfakcji, choć marnej i niewystarczającej. Marian, idąc szybko,
stąpał nieuważnie. Potknął się i zamachał śmiesznie rękami.
Rozległo się kilka wątłych śmiechów.
Wróg ośmieszony przestaje być groźny.
Czy naprawdę?
Rozdział 2
Teraz
Małgosia Lisiak czekała na ten dzień już od kilku tygodni. Wakacje! To
słowo zawsze elektryzowało, i to każdego ucznia.
Wakacje to wolność. Wyjazd. Zmiana. Przygoda. A te konkretne wakacje
niosły ze sobą szczególną obietnicę...
Lubiła Sebastiana. Tak po prostu. A nawet, należy to uczciwie
powiedzieć, lubiła go znacznie bardziej niż po prostu. I czuła się z nim
jak w rodzinie. Przede wszystkim od początku drugiej klasy siedzieli w tej samej ławce. Dwa lata szturchania się łokciami, delikatnych, niby
przypadkowych dotknięć, podpowiadania na klasówkach i pożyczania sobie
zeszytów. Nie od początku było to oczywiste. W pierwszej klasie liceum
zaledwie się sobie przyglądali, od czasu do czasu trącając się ramieniem
na przerwach. Potem tak jakoś wyszło, właściwie bezwiednie, że siadali w sąsiednich ławkach. Niby przypadkiem, a jednak coraz częściej i chętniej. W drugiej klasie już wprost chodzili po korytarzach ramię w ramię, przezywano ich "zakochaną parą", ale nikomu to szczególnie nie
przeszkadzało. Obydwoje uczyli się dobrze, a że czasem chwycili się za
dłonie? Albo siadali razem przy stole w stołówce?
Już od dłuższego czasu Małgosia się zastanawiała, czy nie spędzić
chociaż kilku dni, może tygodnia, w towarzystwie Sebastiana. Byłoby
cudownie, jak jednak miałaby to załatwić? Dopiero niedawno odważyła się
porozmawiać na ten temat z mamą.
- Z Sebastianem? - zdziwiła się Barbara. - Rojkowskim?
Małgosia kiwnęła głową.
- Jasne, córeczko, przecież to żaden problem. Jego rodzice prowadzą
plantację lawendy, do Kulesz Kościelnych jest raptem osiemdziesiąt
kilometrów.
- To wiem - odpowiedziała Małgosia.
- A ja chodziłam z ojcem Sebastiana do szkoły.
- Słucham?
- Nie wiesz? Przecież dziadkowie mieszkali w Kuleszach.
- Nie wiem nawet, czy kiedyś tam byłam.
- Oczywiście! Dziadkowie przeprowadzili się do Łysych, kiedy miałaś
cztery lata. Naprawdę nie pamiętasz?
Dziewczyna pokręciła przecząco głową.
- To znaczy, pamiętam dziadków, choć słabo. Miałam dziesięć lat, kiedy
zmarli taty rodzice, prawda?
Barbara kiwnęła głową potwierdzająco.
- Ale Kulesz nie pamiętam. Nic a nic.
Matka zatem podjęła opowieść:
- Kochanie, wszyscy pochodzimy z tych samych okolic. Twój tata, ja,
Sebastian, jego rodzice. Mateusz, jego ojciec, jest, o ile dobrze
pamiętam, dwa lata starszy ode mnie. Tak, na pewno. Przecież chodził z twoim tatą do klasy... Henryk! - krzyknęła w głąb domu.
Chwilę później do kuchni wszedł wysoki brodacz w przybrudzonym
kombinezonie.
- Co tam, moje śliczne? - zapytał łagodnym głosem, nieprzystającym do
niedźwiedziowatej postury.
- Rojkowski chodził z tobą do klasy, prawda?
- Prawda - zgodził się ojciec Małgosi. - Bo co?
- Bo jego syn jest całkiem atrakcyjnym młodzieńcem.
Henryk spojrzał uważnie na córkę.
- Oby nie był takim łobuzem jak jego tatuś - powiedział ostrożnie.
- Tato!
- No co, "tato, tato". Jeśli wydarzyło się coś niedobrego w obrębie
piętnastu kilometrów od Kulesz, zawsze najpierw pytano Rojkowskich,
gdzie w tym czasie przebywał Mateusz. Taki automat. Odpuszczano tylko,
jeśli na pewno nie mogło go być w konkretnej lokalizacji. W innych
sytuacjach praktycznie zawsze się okazywało, że to on był winien,
cokolwiek by to było.
- Tato, Sebastian to jeden z najlepszych uczniów w klasie. Zaraz po
mnie.
- To cudownie, córeczko. A co to ma wspólnego ze mną i z Mateuszem? -
zwrócił się do żony.
- Bo skoro znamy starych Rojkowskich, to może nasza córka w te wakacje
spędziłaby jakiś czas, powiedzmy tydzień, na ich plantacji?
- U starych Rojkowskich? Serio? Oni są w naszym wieku - oburzył się
mężczyzna.
- Oj tam. - Kobieta się zaśmiała. - Chciałam się przypodobać córce.
Wiesz, ona młoda, my starzy, taki konflikt pokoleń sprowadzony do
semantyki.
Henryk pokręcił głową i spojrzał na córkę.
- Jeśli tylko ci nie przejdzie... - ojciec pocałował córkę w czoło - to
oczywiście, że możesz pojechać do... Jak to się nazywa? - Spojrzał
niepewnie na żonę.
- Lawendowa Osada - podpowiedziała.
- Właśnie, do Lawendowej Osady. Choć nie ukrywam, że wolałbym innego
zięcia. Nigdy nie ufałem tej rodzinie.
- Tato! - oburzyła się dziewczyna.
- Nie zapędzajmy się - poparła ją matka.
- To tylko kolega - dodała Małgosia.
- To dobrze, córeczko - odpowiedział i wyszedł, lekko marszcząc czoło.
- O co tacie chodzi? Jeśli ojciec łobuz, to syn tak samo?
- Nie, kochanie. Nie wiem zresztą. Może to dlatego, że tata jest
ostatnio zapracowany. - Matka machnęła ręką. - Porozmawiam z Rojkowskimi. Tata chodził do klasy z Mateuszem, ja natomiast z jego
żoną, Jadwigą. To znaczy, wtedy jeszcze nie była jego żoną. Z tego, co
wiem, prowadzą na swojej plantacji agroturystykę, na pewno można wynająć
u nich pokój.
- Mają chyba domki - wtrąciła cicho Małgosia.
Matka uniosła brwi.
- Jasne... - Uśmiechnęła się ze zrozumieniem. - W takim razie domek.
Jeżeli będziesz chciała, pojadę z tobą... - Widząc minę córki, Barbara
natychmiast wycofała się z tego pomysłu. - Albo i nie. Ale to dopiero w wakacje. Na razie trwa rok szkolny, skup się, bo wiesz, kochanie,
trzecia klasa to poważna sprawa.
- Wiem, mamo, oczywiście - zgodziła się Małgosia.
Była bardzo zadowolona z przebiegu rozmowy. Zwłaszcza że była coraz
pewniejsza swoich uczuć. Z miesiąca na miesiąc coraz bardziej nabierała
przekonania, że to ten. Zresztą nie tylko w obecności Sebastiana
odczuwała szybsze bicie serca. Także odczytywanie zapisów jego myśli,
którymi szczodrze się dzielił za pośrednictwem komunikatorów, było dla
niej bardziej niż interesujące. A to już musiało o czymś świadczyć, czyż
nie?
I właśnie teraz, kilka tygodni po tamtej rozmowie, jechała przed siebie.
To znaczy, z Łysych do Kulesz. Właściwie trzy kilometry za Kulesze, do
agroturystyki jakże słusznie nazywanej Lawendową Osadą, bo przecież
składała się głównie z ciągnących się po horyzont pól lawendy.
Wielokrotnie oglądała gospodarstwo w internecie. Na zdjęciach
prezentowało się bajkowo. Cztery domki z jasnego drewna, kiedyś nawet
komentowali to razem z tatą. Henryk od razu zwrócił uwagę na ich kolor.
- Musieli zabezpieczyć je bezbarwnym lakierem - powiedział. - Przecież
oni funkcjonują już ponad dziesięć lat, a one ani odrobinę nie
ściemniały. A tam wiatry, co ja mówię, wichury! Potrafią się rozpędzić,
że ho, ho, nawet tornada się zdarzają. Malutkie, ale jednak. Zresztą
wszystko, co drewniane, ciemnieje, a u nich wciąż jest jasne i nieodmiennie świeże.
Małgosia zwróciła uwagę na barwy. Każdy z domków miał drzwi i okiennice
w innym kolorze, stąd też wzięły się ich nazwy. Zielony, niebieski,
fioletowy i żółty. Małgosia wybrała dla siebie, a jakże, fioletowy i zamierzała być w tej fioletowej oazie przez najbliższy tydzień
zwyczajnie szczęśliwa.
Droga z Łysych do Kulesz Kościelnych nie była długa. Godzina drogi.
Niewiele ponad osiemdziesiąt kilometrów, a Małgosia czuła, jakby jechała
na drugi koniec świata. Prawdziwe wakacje! Wiózł ją tam tata, po
uzgodnieniu wszystkich szczegółów z dawnymi kolegami ze szkoły, czyli
rodzicami Sebastiana. Poza zarezerwowanym dla niej na cały tydzień
domkiem, pięknymi widokami i wszechobecnym zapachem lawendy czekał tam
na nią Sebastian i być może to właśnie było dla niej najważniejsze.
Gdy przyjechali na miejsce, Małgosia wyskoczyła z auta niczym na
sprężynkach. Jej ojciec zaś wysiadł spokojnie, dostojnie rozglądając się
wokół.
Panująca cisza pełna była ledwie uchwytnych brzmień. Pszczoły, trzmiele,
ptaki, których nazw Gosia nie potrafiła zidentyfikować. Szybko jednak te
naturalne dźwięki zostały przyćmione ludzkimi głosami. Z dużego domu,
zbudowanego z grubych, ciemnych bali, uszczelnionych ściśle mchem przez
ostatniego w tej okolicy mechoptyka, wybiegł Sebastian. Śpieszył się, w podskokach przemierzał niewysoką skarpę porośniętą gęstą koniczyną,
jednak na kilka kroków przed wysypaną białym żwirem drogą zatrzymał się
i popatrzył na Małgosię. Dopiero gdy uśmiechnęła się do niego
zachęcająco, ruszył dalej. Chłopak wyraźnie miał ochotę uściskać ją na
przywitanie, zamiast tego jednak po prostu podał jej rękę. Nie zdołał
ukryć rozradowania, powiedział jednak ostrożnie:
- Cześć.
- Cześć - odpowiedziała równie radośnie.
- Dzień dobry - rzucił tata dziewczyny.
- Dzień dobry panu. - Chłopak speszył się, jakby dopiero teraz go
dostrzegł. - Zapraszam państwa. Walizkę później zaniosę Małgosi do
domku. Tam będzie mieszkać. - Wskazał jasny domek z lawendowymi drzwiami
i okiennicami.
Henryk Lisiak pokiwał głową.
- Ładnie tu - powiedział, rozglądając się. - A teraz prowadź,
dżentelmenie.
Przeszli po skarpie, a potem po czterech drewnianych schodach weszli do
domu z ciemnych bali. W sieni przywitał ich miły półmrok, ale już po
chwili Sebastian po plecionych dywanikach zaprowadził ich do
przestronnej kuchni, za którą znajdowała się spora jadalnia. Wielkie
panoramiczne okna otwierały perspektywę na lawendowe łany, rozkładające
się niemal po horyzont długimi, gęstymi pasami. Na ścianach rozwieszono
wysuszone lawendowe bukiety i piękne, zdobne wieńce. Lawenda była tu
naturalnym elementem otoczenia.
- Napijecie się czegoś? Kawy, herbaty, może wody?
- Ja dziękuję - odpowiedział ojciec dziewczyny.
- A ja poprosiłabym wodę - powiedziała nieśmiało Małgosia.
- Dzbanek zawsze stoi tutaj - wyjaśnił Sebastian, wskazując na blat pod
oknem. - Właściwie dwa. Z wodą i lawendową lemoniadą. Częstuj się.
Zresztą, wszystko tutaj jest do używania. W lodówce w twoim domku też
jest butelka z lawendową lemoniadą. Mama zawsze zostawia taką dla gości.
Uśmiechnął się szeroko, nalewając Małgosi płynu do szklanki.
- Tu jemy śniadania i wszystkie inne posiłki - kontynuował po chwili. -
Tyle że śniadania mamy wspólne, zwykle około dziewiątej, a resztę to jak
kto chce. Lodówka jest tutaj.
Chodził po pomieszczeniu i wskazywał kolejne elementy. Ojciec dziewczyny
patrzył na tę prezentację z rozbawieniem.
- Cześć - rozległo się raptem od wejścia do kuchni.
Wszyscy spojrzeli na wchodzącego mężczyznę.
- Wszystko gotowe, tato - oznajmił Sebastian.
Przybyły kiwnął głową i skupił się na ojcu Małgorzaty.
- Kopę lat - powiedział Mateusz Rojkowski.
- Blisko dwadzieścia - odparł ojciec Małgosi.
- Dokładnie osiemnaście - uściślił właściciel agroturystyki. - Zaraz
przyjdzie moja Jadzia. Posiedzimy, pogadamy.
- Jasne - odpowiedział ojciec Małgosi.
Siedzieli potem przy stole zastawionym lokalnymi przysmakami. Wędliny z własnej wędzarni, twaróg od sąsiada, jajka od hodowanych kur. Lawendowy
miód, chleb z pieca opalanego drewnem.
- Takich smaków nie jadłem od lat - stwierdził ojciec Małgosi.
- Takie pyszności tylko u nas - skwitowała ze śmiechem matka Sebastiana.
- Niby mieszkamy w tym samym regionie, niby mamy do siebie niedaleko, a żyjemy tak różnie - zauważył ojciec Małgosi.
- My jesteśmy szczęśliwi - stwierdziła Jadzia.
- My też, choć zdaje się, w zupełnie inny sposób. - Lisiak się zaśmiał.
- Macie światowe życie - skomentował ojciec Sebastiana.
- Chyba żartujesz? Mój świat to warsztat samochodowy - zaprotestował
Henryk Lisiak.
- Czyli chociaż se pojeździsz dobrymi autami.
- Akurat. Z tych najlepszych to mam co najwyżej brudny olej za
paznokciami. A jak u was? Macie tu raj...
- Jadzia studiowała medycynę - pochwalił się Mateusz.
- Oj tam, tylko dwa lata. - Kobieta skromnie machnęła ręką. - Ale to nie
było dla mnie. Szczęśliwa się czuję tylko tutaj. Rzuciłam studia, choć
sesję po drugim roku zdałam bez problemu - zastrzegła. - Po prostu
tęskniłam za... za tym - zakończyła, zataczając ręką koło. - Kocham to
miejsce. Kulesze, nasz spokój, to, że znam tu wszystkich... Jestem tu w domu.
- Wprawdzie liczyłem, że Jadzia będzie leczyła całą okolicę, ludzi i najlepiej od razu zwierzęta, ale mój plan się nie powiódł. - Mateusz się
zaśmiał. - A co tam u twojej żony?
- Moja Basia z kolei ma nos nieustająco w podręcznikach i w internecie.
Uczy maluchy w szkole, nauczanie początkowe, więc ciągle wyszukuje
jakieś cuda. A to mikołaje na Boże Narodzenie, a to zające na Wielkanoc.
Laurki, piosenki, wycinanki. Ciągle coś.
- Kurpiowskie by z dziećmi porobiła - stwierdziła Jadwiga Rojkowska.
- A takie też robi. Pokazuje dzieciakom urodę naszych stron, a jakże.
Nie wiem skąd, ale ostatnio gdzieś zdobyła nożyce do strzyżenia owiec i ćwiczyła w domu tradycyjne kurpiowskie wycinanki. Po wielu godzinach
prób nawet zrobiła jedną całkiem zgrabną leluję i naprawdę piękną
gwiazdę. No dobra, trochę jestem nieobiektywny. Może nie były aż tak
ładne. - Zaśmiał się cicho.
- I takie wielkie nożyce zabrała do przedszkola? - zapytała ironicznie
matka Sebastiana.
- Do szkoły - sprostował Henryk. - Uczy w szkole. Nie, oczywiście, że
nie. Dzieci wycinały prosty wzór nożyczkami o zaokrąglonych końcach.
Wszystko zgodnie z zasadami bezpieczeństwa.
- Kiedyś mieliśmy normalne nożyczki, używaliśmy młotków na zetpete i przyszywaliśmy guziki prawdziwymi, ostrymi igłami - zakpił Mateusz.
- Ty to chyba w ogóle używałeś różnych niebezpiecznych narzędzi -
stwierdził kąśliwie Henryk.
Patrzyli na siebie przez chwilę jak dwa rozjuszone byki.
- Tato? - zainterweniowała zdziwiona Małgosia.
Chwila minęła.
Henryk potrząsnął głową, przygryzł wargę i kontynuował jak gdyby nigdy
nic.
- Ostatnio, to znaczy w marcu, Basia nawet robiła z dzieciakami Marzannę
w kurpiowskim stroju. Chociaż nie wiem po co, i tak ją przecież utopili.
- Po to, żeby dzieciakom pokazać nasze tradycje - odpowiedziała Jadwiga.
- Są ważne - zgodził się Henryk.
Popołudnie przedłużyło się do wieczora, a to głównie dzięki Małgosi i Sebastianowi. Henryk miał ochotę szybko wracać do domu, córka jednak go
zatrzymała.
- Tato, pomożesz mi? - zapytała, ojciec zatem zaniósł jej bagaże do
lawendowego domku, choć Sebastian obiecał, że się tym zajmie. Później
przeszli się po okolicy, Henryk wskazał córce widniejącą z daleka wieżę
kościoła i opowiedział kilka legend.
A jeszcze potem się okazało, że choć na początku spotkania miało miejsce
niewielkie spięcie, to jednak szybko zapanował szampański nastrój. Nie
bez udziału lawendowej nalewki, choć przecież Henryk nie pił, bo musiał
wracać do Łysych. I tylko dwoje najmłodszych nie brało udziału w rozmowie.
Oni jedynie patrzyli na siebie. Trochę z ukosa, trochę spod
przymkniętych powiek, a trochę jak najbardziej zakochane dzieciaki
świata.
Rozdział 3
Teraz
- Czasem się zastanawiam, czy nie powinniśmy się przeprowadzić -
powiedziała Barbara Lisiak.
- Źle ci tutaj? - Henryk odwrócił się od zlewu. Właśnie napełnił sobie
szklankę zimną wodą. Wypił duszkiem i usiadł na wprost żony,
przypatrując jej się uważnie.
Pokręciła głową.
- Nie o to chodzi. Wiesz, bardziej o to, że... Pamiętasz, kiedy byliśmy
młodzi?
- Znów nawiązujesz do tych "starych"? To podobno miała być tylko
semantyka? Ciągle jesteśmy młodzi. To znaczy, moja żona jest, bo ja już
się trochę posunąłem.
Rozbawił ją.
- W takim razie, młody człowieku, czy dzisiejsze tu i teraz jest
dokładnie tym, czego oczekiwałeś?
- Całkowicie. Mam piękną żonę i równie piękną córkę. I równie piękny
dom. Własny warsztat samochodowy, codziennie rano jem śniadanie w najlepszym możliwym towarzystwie i wracam do domu na najpyszniejszy
obiad świata. Weekendy spędzam, włócząc się z rodziną po lesie albo
jeżdżąc z żoną i córką nad jakieś jezioro. W końcu po sąsiedzku mamy
Krainę Tysiąca Jezior. Czego innego, czego więcej mógłbym chcieć?
Westchnęła.
- Jak rozumiem, ty chcesz czegoś innego. - Henryk zmienił ton głosu.
- Rzecz w tym, że ja sama nie wiem, czego chcę.
- Gdyby to dotyczyło mnie, powiedziałabym, że to kryzys wieku średniego.
Ale w twoim przypadku nie bardzo wiem, jak to interpretować.
- Ja pewnie też nie rozumiem - przyznała z uśmiechem Barbara.
- Przeanalizujemy to? - zaproponował.
- A ty nie śpieszysz się do pracy?
- Dzisiaj mam pierwszego klienta dopiero o dwunastej. A jak się trafi
ktoś nieumówiony, to chłopaki sobie poradzą. Możemy pogadać. Jeśli
chcesz, oczywiście.
- Z tobą zawsze chcę - odpowiedziała. - Po prostu... kiedy miałam
kilkanaście lat - marzyłam. Wielki świat stał przede mną otworem. Wiesz,
kariera, może taka bliżej nieokreślona, bo raczej nie miałam konkretnego
pomysłu na siebie. Światła reflektorów miały wydobyć moją
fantastyczność, bez względu na jej powód. Ten miał się zdefiniować
później.
Zamilkła i popadła w zadumę.
- Każdy dzieciak ma wielkie marzenia - odezwał się Henryk po chwili. -
Ale wydawało mi się, że odpowiada ci nasze życie.
- Odpowiada - rzekła z przekonaniem.
Uniósł pytająco brwi.
- No właśnie. Sama nie wiem, o co mi chodzi. Dajmy spokój.
- Nie, kochanie. Mamy czas, porozmawiajmy. Nie pasuje ci twoja rodzina?
- Co? - Barbara aż podskoczyła. - Nie! Absolutnie. Nie wyobrażam sobie
bez was życia. Może po prostu... wiesz, Małgosia dorasta. Niedługo skończy
szkołę, pójdzie swoją drogą, odetnie kolejne nitki. Może po prostu
antycypuję syndrom pustego gniazda.
- Nie obawiałbym się, że stracimy z nią kontakt. Dobrze ją wychowaliśmy.
Dorośnie, ale przecież pozostanie naszą córką. Tak samo jak my byliśmy
blisko z jej dziadkami.
Kiwnęła głową, ale nie odpowiedziała.
- To może praca? - Henryk nie ustępował. - Męczysz się w szkole?
Pokręciła głową.
- Lubię uczyć - oburzyła się. - Kocham te małe potwory, które nie dają
mi chwili wytchnienia.
- Ale?
- No właśnie. Ale. Zawsze jakieś jest, prawda? - zgodziła się. - Po
prostu od czasu do czasu chciałabym czegoś więcej. Pojechać, zobaczyć,
przeżyć. Bardziej być.
- To może zaplanujmy jakieś wycieczki? Na początek coś małego. Pięć dni
nad jeziorem? Póki nie ma Małgosi. A na przyszłe wakacje pojechalibyśmy
gdzieś daleko. Do Indonezji. Albo do Chin. Co byś powiedziała na wyprawę
do Chin?
- W przyszłym roku chciałabym gdzieś pojechać razem z Małgosią. Będzie
po maturze, zasłuży na dobre wakacje. Być może ostatnie takie w życiu, z nami.
- Ale destynacja ci odpowiada?
Rozbawił ją. Wstała i podeszła do męża. Odsunął się od stołu, ona siadła
mu na kolanach.
- Każdy ma swoje marzenia - dopowiedział. - One nie mają daty ważności.
Zawsze jeszcze możemy je spełnić.
- Ale to wcale nie chodzi o to, że ja czuję się... źle.
- Wiem - odpowiedział, głaszcząc ją po włosach. - A czy ty wiesz, że
właśnie o tym wczoraj myślałem?
- Doprawdy? - Uśmiechnęła się, mrużąc seksownie oczy.
- Kiedy byłem u Rojkowskich, zobaczyłem sielskie życie. Wiesz, śliczne
domki, pociągnięte jasną bejcą i polakierowane. Do tego kolorowe
okiennice. Mają własne kury i owce. Wędzarnię. Raj.
- Pozazdrościć - odparła, wstając mężowi z kolan.
- No właśnie. Dokładnie to samo pomyślałem. I jeszcze że Małgosia spędzi
tam dobry czas. Mateusz i Jadźka wyglądają na szczęśliwych, chociaż nie
powiem, w pierwszych zdaniach było małe spięcie między nami. To znaczy,
między Mateuszem i mną.
- Dwa byczki?
- Coś koło tego. Ale szybko się ogarnęliśmy. Obecność dzieciaków okazała
się dość... pomocna.
- Rozumiem... Niemniej, wracając do wątku głównego. Chcesz mi powiedzieć,
że nie powinnam narzekać? Że inni potrafią cieszyć się, mając, bo ja
wiem, znacznie mniej? Choć chyba nie o to chodzi? Chyba źle to
powiedziałam, prawda?
- No właśnie nie wiem. Mam wrażenie, że to jest spełnienie ich
oczekiwań. Lawendowa agroturystyka to marzenie, które udało im się
zrealizować.
- Więc trudno się dziwić, że są szczęśliwi.
- To prawda - odpowiedział Henryk.
- Na obiad dzisiaj pierogi z jagodami. Rano Badzianowska pojechała
rowerem do lasu. Może będzie trochę kurek, ale jagody przywiezie na
pewno. Umówiłyśmy się, że wpadnę do niej i razem z nią i Mariolą zrobimy
pewnie ze trzysta sztuk. Wystarczy na obżarstwo i będzie jeszcze z pięć
partii do zamrożenia.
- Twoje pierogi? Zawsze - odpowiedział. - Kupię śmietanę.
Basia pokiwała głową zadowolona. Henryk podszedł do lodówki.
- Jestem dzisiaj okropnie spragniony.
- Przecież wczoraj nie piłeś?
- Nie, no skąd! Wracałem autem, więc ani kropelki. Ale wiesz... Dziwnie
się tam czułem.
Barbara zmarszczyła brwi.
- Ale gdzie?
- U Rojkowskich.
- Mówiłeś, że to raj - rzuciła Barbara i podeszła do okna.
- Tak wygląda. Ale kiedy rozmawiałem z Mateuszem, coś dziwnego mi
przeszło przez myśl.
- Czyli?
- Jakby... Najpierw się pokłóciliśmy, to już wiesz. Znaczy, to za dużo
powiedziane. Bardziej się spięliśmy, i to właściwie nie wiadomo o co.
Potem było już całkiem miło. Mateuszowi ulżyło po kieliszeczku
lawendowej nalewki. Ale wiesz, miałem wrażenie jakiegoś... fałszu. Z jednej strony nieskazitelny obrazek. Śliczne otoczenie, sielski
krajobraz, zdrowa żywność, spokojne życie. Ideał.
Barbara odkręciła wodę z zamiarem zmycia po śniadaniu. Teraz odwróciła
się do męża, choć woda wciąż płynęła.
- No i? Co chcesz powiedzieć?
- Miałem wrażenie, że Mateusz jednak nie jest szczęśliwy. Jakby... był
smutny? Nie wiem. Nie zrozumiałem tego. To tylko wrażenie, pewnie
głupie. A jednak kiedy weszła Jadwiga, spojrzała na niego jakoś tak...
Jakby go za coś karciła. On się wyprostował, jak uczniak.
- Może się pokłócili? - Barbara zajęła się zmywaniem. - Wiesz, czasem
żony mają różnego rodzaju pretensje do mężów.
- Nie wiem - odpowiedział. - Moja żona to najłagodniejsza istota na
świecie.
- Lizus - mruknęła pod nosem.
- Pewnie masz rację. A pamiętasz, jak kiedyś wkradliśmy się do pokoju
nauczycielskiego?
- Nawet mi nie przypominaj. - Baśka przewróciła oczami.
- Mój ojciec chwycił za pas. - Henryk się zaśmiał.
- Twój ojciec?
- Mhm - potwierdził chrumknięciem. - Chwycił i uderzył dwa razy w futrynę. Wkurzył się nieziemsko, ale mnie nigdy nie uderzył. Zresztą
żadnego dziecka. W przeciwieństwo do starego Rojkowskiego. Mateusz wtedy
przez kilka dni nie mógł siedzieć.
- Ale też Mateusz był prowodyrem. Tamtego ekscesu i wielu innych -
skwitowała Barbara. - Choć dzisiaj to byłoby niemożliwe, żeby zlać
dziecko pasem. W ogóle, zbić dziecko.
- Dzisiaj uczniowie nie mają po co się włamywać do pokoju
nauczycielskiego - odparował Henryk. - Wszystko jest w dzienniku
elektronicznym. Pomysł, żeby w taki sposób sfałszować oceny w dzienniku,
byłby zgoła idiotyczny. Lepiej zatrudnić hakera.
- Z tego, co opowiadają koleżanki ze starszych klas, większość uczniów
jest tak zaawansowana informatycznie, że nie potrzebowaliby pomocy z zewnątrz. Na szczęście dziewięciolatki jeszcze takich pomysłów nie mają.
Swoją drogą, co wam, nam, wtedy wpadło do głowy?
- Mateusz był zagrożony i koniecznie chciał poprawić oceny z historii.
Wyliczył, że wystarczyłby mu plus przy jednej jedynce i jedna dwójka.
- No ale dlaczego my tam poszliśmy?
- Naprawdę nie pamiętasz? - Henryk zmarszczył brwi.
- No skąd! Ledwie pamiętam, że w ogóle tam byłam.
- A byłaś, byłaś. Mateusz polował na dziennik, a ty na kartkówki z historii. Twierdziłaś, że ostatnią napisałaś gorzej niż źle i że obniży
ci to ocenę końcową. I koniecznie chciałaś co nieco tam dopisać.
- Ja? Ty chyba żartujesz!
- Wybiórcza pamięć? Dopisałaś odpowiedzi do dwóch pytań i dostałaś z tamtej kartkówki czwórkę. Ty byłaś wkurzona, a nauczyciel, z tego, co
mówiłaś, zawiedziony. Uważał, że powinnaś napisać na piątkę, i głośno
skrytykował ten wynik. Publicznie, na forum klasy. Pamiętam, że
opowiadałaś o tym z rozżaleniem. I chyba już nigdy tego nie zrobiłaś,
prawda?
- Nie. - Barbara pokręciła głową.
- A Mateusz nigdy głośno się nie przyznał, co naprawdę się stało.
Twierdził, że tylko stałaś na czatach.
- Bandycki honor - stwierdziła.
- Bandycki? - zdziwił się Henryk.
- Mateusz był łobuzem. Jak cała jego rodzina. Jak wcześniej jego ojciec
i brat...
- Oj, wchodzimy w historię. Niebezpieczna sprawa. - Henryk się zaśmiał.
- Wprawdzie o jego rodzinie to raczej niepotwierdzone wieści, ale... nawet
jeśli Mateusz był łobuzem, to wyrósł na porządnego człowieka. Ma
kochającą się rodzinę, prowadzi swój biznes. Nie pije, nie kradnie, żyje
uczciwie. Znaczy, wyrósł na gościa nienagannie się prowadzącego.
Barbara parsknęła śmiechem.
- I z czego się śmiejesz, niedobra kobieto?
- Wiesz to po kilku godzinach pobytu w Lawendowej Osadzie? - spytała
ironicznie. - Poza tym nienagannie się prowadzić to może panienka z dobrego domu, a nie facet z kryminalnymi tradycjami.
- Wiem, bo ludzkie języki są dłuższe niż odległość do Kulesz
Kościelnych. A poza tym nie przesadzaj. Od razu kryminalne.
- Stary Rojkowski siedział, brat Mateusza, Krzysztof, siedział, no to
jak inaczej to nazwać?
- Ojciec Rojkowskich siedział, bo go komuna wsadziła. Polityczny był,
czyli dzisiaj to bohater. A jego brat dwie noce na dołku siedział, więc
się nie zapędzaj - prychnął Henryk. - Kończysz już? Pojechalibyśmy.
- Tak, dosłownie jeszcze chwilę. Sprzątnę jeszcze...
- Zostaw - powiedział Henryk, łapiąc żonę za rękę. - Kuchnia jest u ciebie czystsza niż probówki na krew w laboratorium. Posprzątasz
później. Ale jeśli się nie pośpieszymy, to...
- Mówiłeś, że chłopaki się bez problemu sami ogarną, jeśli trafi się
jakiś przypadkowy klient. A umówionego masz dopiero na dwunastą.
- Ale trochę nam zeszło na tych pogawędkach. Pojedziemy, dokąd chcesz,
potem zawiozę cię do Badzianowskiej, zdążę jeszcze po śmietanę do
sklepu... i przypilnuję chłopaków w warsztacie. Będę w pracy wcześniej.
- No wiesz? - mruknęła z zadowoleniem, jednocześnie się odwracając.
Jedną ręką zdążyła jeszcze zakręcić kran. Mokre dłonie położyła na karku
męża i popatrzyła mu w oczy. - Naprawdę się śpieszysz?
- Uwielbiam mieć mokry kołnierzyk - powiedział lekko ochrypłym głosem.
Podniósł żonę i posadził pół metra dalej na kuchennym blacie.
- Całe szczęście, że jest lato - dodał.
- A to niby dlaczego? - mruknęła zajęta rozpinaniem guzików męskiej
koszuli.
- Bo nie masz rajstop.
I w sumie niewiele więcej rozmawiali.