ZAMIAST WSTĘPU
Ta książka - pozwolę sobie tak powiedzieć - narodziła się raczej, niż została napisana. Miało to miejsce w chwili wyjątkowej, trudnej dla mnie do opisania - nie odważę się jej nazwać chwilą niemożności, bo przecież to nie jest wyjątkowe, że droga człowieka prowadzi nie od możliwego do rzeczywistego, lecz właśnie od niemożliwego do prawdziwego. Dlatego mówię o narodzinach, bo dla istoty żywej to jest właśnie najbardziej niemożliwe - zarówno dla zwierzęcia, dla rośliny, a może nawet dla kamienia, dla wszystkiego, co krąży w orbicie prawdziwego wszechświata. I tak, by nie zniechęcić czytelnika, którego istnienie nie jest przecież pewne, opowiem krótko, jak ta książka narodziła się w mieście Morelia, stolicy stanu Michoacán w Meksyku, pewnej niezwykle pięknej jesieni.
Pisząca te słowa udała się - również w niesłychany sposób - do Meksyku. I również w nieprawdopodobnych okolicznościach przygotowała obecne wydanie książki do publikacji w meksykańskiej serii wydawniczej. Dlaczego zatem i jak napisałam wtedy tę książkę, tamtej ciepłej jesieni 1939 roku? Pod koniec hiszpańskiej wojny domowej zostałam zaproszona do Kuby, a równocześnie pewien uniwersytet w Stanach Zjednoczonych usilnie zabiegał o mnie, bo chciano mnie zatrudnić jako nauczycielkę języka hiszpańskiego. Już wcześniej byłam na Kubie. Na początku wojny w Hiszpanii pojechałam tam, a we wrześniu 1936 roku wyszłam za mąż. Po długiej podróży hiszpańskim statkiem, który wypływał z Kartageny - musiał więc przebyć Cieśninę Gibraltarską i wypłynąć na wody Hiszpanii imperialnej - nie bez przygód dotarliśmy do Hawany. Później dowiedzieliśmy się, że nasz statek zmierzał do Veracruz. Kiedy jednak dopłynęliśmy do Hawany, znajdującej się wówczas pod władzą generała Fulgencia Batisty, statek został zatrzymany, załoga uwięziona, a my uniknęliśmy tego losu tylko ze względu na paszport dyplomatyczny. Sądzę, że już to kiedyś opowiadałam: w miejscu nazywanym La Bodeguita de Enmedio zupełnie nieoczekiwanie zostaliśmy zaproszeni na kolację przez kilku lewicowych intelektualistów. Wśród nich znajdował się bardzo młody José Lezama Lima, który wówczas jeszcze nie publikował i który zaskoczył mnie swoją małomównością oraz parokrotnym nawiązaniem do tych niewielu tekstów, które ja opublikowałam w "Revista de Occidente". Jeszcze bardziej jednak zdumiało mnie to, że nagle ja, która byłam tylko adiunktem, znalazłam się wśród profesorów, którzy mieli wykładać filozofię w tym znakomitym miejscu. Zostałam również poproszona o prelekcję w Lyceum Club Femenino, którą wygłosiłam tylko dzięki zachęcie urzędującego jeszcze wtedy ambasadora Hiszpanii. Nigdy nie zapomnę - zresztą wiele już lat minęło i nie zapomniałam - tego odczytu o moim mistrzu Ortedze y Gassecie. Ale celem podróży było Chile, Valparaíso, musieliśmy więc, po długiej i kosztownej podróży, przebyć na statku Kanał Panamski. Krajobraz z Pawła i Wirginii ukazał mi się tam w całej pełni. I dotarliśmy na drugi brzeg oceanu do Balboa, kiedy zachodziło słońce. Schodziliśmy na ląd w miastach, których nazwy wydawały mi się nierealne, i chociaż dobrze wiedziałam, że w Antofagaście - dokąd trzeba było przywozić ziemię z północy, bo tam była zupełnie jałowa - mówi się po hiszpańsku, tak mnie to zdziwiło, jakbym wcale o tym wcześniej nie wiedziała. I w końcu - żeby już nie przedłużać opowiadania o tej niezapomnianej i decydującej podróży - przybyliśmy do Valparaíso. A stamtąd, przez pole z kaktusami kandelabrowymi, dotarliśmy do Santiago de Chile. W chwili, gdy wchodziliśmy po schodach budynku ambasady, akurat schodził nimi ambasador, który rzekł do nas: "Niech państwo nie rozpakowują walizek, bo właśnie dzwonił do mnie prezydent republiki, żeby zerwać relacje z Hiszpanią". Tak się jednak nie stało, po raz kolejny zresztą, ale groźba wisiała w powietrzu.
Ale co ma to wszystko wspólnego z książką Filozofia i poezja? Chodzi o jej powstanie, o jej narodziny. Miesiące później, kiedy ogłoszono pobór rocznika mojego towarzysza, zdecydowaliśmy się wrócić do Hiszpanii - w chwili, gdy klęska sprawy, w którą wierzyliśmy, była bardziej oczywista niż kiedykolwiek. Dlaczego wracać do Hiszpanii, skoro wiadomo doskonale, że wszystko jest stracone? Cóż, właśnie dlatego, z tego właśnie powodu.
I tak oto dochodzę do Filozofii i poezji, która została napisana, kiedy po klęsce udaliśmy się do Meksyku. A wiąże się ona najściślej z tymi okolicznościami, ponieważ napisałam moją książkę tamtej właśnie meksykańskiej jesieni w hołdzie Uniwersytetowi San Nicolás de Hidalgo, bezpośredniemu spadkobiercy dawnych studiów humanistycznych, założonemu przez don Vasco de Quirogę niedaleko jeziora Patzcuaro, który przybył z Hiszpanii do krainy Indian Tarascos, by urzeczywistnić utopię chrześcijańskiej republiki Tomasza Morusa. Utopią było dla mnie pisanie tej książeczki, bo choć powołanie do filozofii w moim życiu było nieuniknione, to jednak wydawało się niemożliwe, bym ją napisała i w dodatku bym wykładała filozofię - jak to rzeczywiście się stało - na Uniwersytecie San Nicolás de Hidalgo.
Rozumiem Utopię jako piękno nieodłączne, a nawet jako miecz przeznaczenia anioła, który nas prowadzi ku temu, co wiemy, że jest niemożliwe - tak jak autorka tych słów wiedziała zawsze, że filozofią nie mogłaby się zajmować i to wcale nie dlatego, że jest kobietą. Widać to było nawet w mojej reakcji, gdy w młodości pytano mnie, czasem ze współczuciem, czasem z nieco okrutną ironią: a dlaczego chcesz studiować filozofię? Bo nie mogę inaczej. W tej książce opisałam, tamtej pięknej jesieni 1939 roku, jak wielką utopią - utopią w najprawdziwszym sensie - wydawało mi się tę książkę napisać. A z utopią, jeśli towarzyszy ci od urodzenia, nie można dyskutować, choćbyś nawet przeciwko niej się buntował. Zdarzyło się, że w 1940 roku trzy uniwersytety zapragnęły uchodzić za założone przez "hiszpańskich barbarzyńców": San Marcos w Limie, San Carlos w Gwatemali oraz ten, który zawdzięczał swe istnienie studiom humanistycznym zapoczątkowanym przez Vasco de Quirogę. Musiałam jakoś za to podziękować i po prostu pogodzić się z koniecznością napisania książki, chociaż zdarzało się, że buntowałam się przeciwko temu narzuconemu pisaniu - narzuconemu nie przez akademickie zobowiązania, tylko osobiście przez mojego ówczesnego kolegę, który nie posiadając na to żadnych środków, mógł wydrukować zaledwie kilka egzemplarzy. Drżałam, jak wcześniej, kiedy miałam w Meksyku - jako członkini Casa de Espa?a - wygłosić trzy referaty, które złożyły się na tom Myśl i poezja w życiu Hiszpanii. Ale właśnie wtedy, gdy kończył się rok akademicki, poproszono mnie - był to jakiś dyskretny nakaz skierowany do mnie przez kolegę - o tę właśnie książkę, którą przedstawiam dziś czytelnikowi, a która została wydana drukiem w Morelii, potem zredagowana na nowo, z ręcznie naniesionymi poprawkami w niektórych rozdziałach egzemplarzy, które ofiarowano mi na uniwersytecie w prezencie.
Pierwszy rozdział tej książki został opublikowany najpewniej w czasopiśmie "Taller", założonym i kierowanym przez podziwianego przeze mnie Octavia Paza, z którym od tamtej pory się przyjaźniliśmy. Wówczas jednak chodziło już o książkę, chodziło już o niewidzialnego i nieubłaganego anioła, który narzucał swoje wymagania. Siłą nie dało się nic zrobić - była to tylko kwestia powołania, powołania utopijnego.
Po raz drugi książeczka ukazała się w Dziełach zebranych w wydawnictwie Aguilar, któremu zaufałam, ale wydawnictwo tego w żaden sposób nie doceniło.
Teraz na nowo odczuwam ten sam dreszcz, jakbym pisała moją książkę po raz pierwszy, i ośmielam się ją wydać tylko dlatego, iż wierzę, że to, co się narodziło, powinno zostać wydane i uszanowane. Kto może sądzić coś takiego? Nie chcę uchylać się od odpowiedzialności. Wynika to z pokory, a nie z pragnienia wywyższania się. Wiadomo, że najtrudniej jest nie wzbijać się w górę, lecz uniżać się. Odkryłam też, że pokora jest lepszym uzasadnieniem dla naszego postępowania niż dążenie do wzniosłych rzeczy. Cnotą Matki Bożej było nie wywyższanie się, lecz uniżenie - choć owszem, nie samodzielnie. Nie pretenduję do tego, żeby we mnie - czy też szczególnie w mojej książce - wypełniła się najczystsza cnota. Nie mogłoby tak być. Ale owszem, widzę jasno, że lepiej uniżyć się wobec niemożności, niż w zagubieniu błąkać się po piekle światła. Niech więc z tej właśnie perspektywy osądzi mnie potencjalny czytelnik: wolałam ciemność, którą niegdyś odkryłam jako ocalający półmrok, zamiast błąkania się w zagubieniu i samotności po piekle światła. To jest moje usprawiedliwienie. Niech więc sądzi mnie miłość, a jeśli i na nią nie zasługuję, niech osądzi mnie współczucie. I nie powiem już niż więcej - myślę, że to wystarczy mojemu czytelnikowi, którego istnienie nie jest pewne, ale też nie jest niemożliwe.
María Zambrano
Madryt, 15 lutego 1987 roku