Filozof w Dolinie Krzemowej. Palantir, Alex Karp i państwo nadzoru - Michael Steinberger

-
Proszę czekać

Prolog Świat według Karpa

"Gdzieś tutaj musi być laboratorium metamfetaminy".

Alex Karp wyszedł pobiegać. Było ciepłe wtorkowe popołudnie we wrześniu 2021 roku, ale w powietrzu nad północnym New Hampshire dawało się już wyczuć chłodny powiew jesieni. Karp, ubrany w koszulkę i spodenki rowerowe, truchtał powoli wzdłuż drogi przylegającej do jego posesji. Spokojne tempo wynikało z planu opracowanego przez jego ochroniarzy - byłych komandosów norweskiej armii, którzy pomagali mu trenować narciarstwo biegowe, jego największą namiętność. Przed biegiem odbył sesję tai-chi ze swoim wieloletnim instruktorem, wielkim mistrzem Yang Yangiem z Nowego Jorku, i zjadł lekkie śniadanie: precle posmarowane masłem orzechowym.

Kiedy dotarł do stóp wzgórza, zobaczył poobijany samochód. Pojazd poruszał się w żółwim tempie, jakby kierowca się zgubił lub szukał jakiegoś adresu. Za kierownicą siedział mężczyzna, a fotel pasażera zajmowała kobieta. Oboje mieli około 30 lat i zmęczone życiem twarze. Karp niejako z zawodu zwracał uwagę na detale: firma, którą kierował, zajmowała się rozpoznawaniem wzorców w danych. Od pewnego czasu widywał tajemnicze samochody przemierzające słabo zaludnioną okolicę, stąd wzięły się jego podejrzenia związane z laboratorium metamfetaminy. Kiedy pojazd się zbliżył, Karp uniósł rękę w powitalnym geście. Para w środku nie odpowiedziała, obrzucając go tylko uważnym spojrzeniem.

Ich podejrzliwość była zrozumiała: znajdowali się na krętej wiejskiej drodze, 5 kilometrów od najbliższego miasta i godzinę drogi od granicy z Kanadą, tymczasem tuż przed nimi wyrósł nagle żylasty mężczyzna o gęstej, szpakowatej czuprynie, truchtający środkiem ulicy, a za nim podążali masywni faceci na rowerach. Pochód zamykał czarny Chevrolet Suburban z przyciemnionymi szybami. Nawet jeśli Karpa dziwiła ich obecność w tym miejscu, para w samochodzie miała znacznie więcej powodów do zastanowienia nad nim i jego świtą. Agenci zastawiający pułapkę na handlarzy narkotykami? Świadek koronny? Baron narkotykowy? Jeśli rzeczywiście przymierzali się do jakichś niecnych transakcji, osobliwe spotkanie z pewnością mogło ich zaniepokoić. Gdyby wiedzieli, kim naprawdę jest facet, którego mijają, zapewne wcisnęliby gaz do dechy. Zamiast tego minęli go powolutku, jakby chcieli dać do zrozumienia, że nie szukają kłopotów.

Karp pobiegł dalej. Utrzymując miarowe tempo, zaczął mi opowiadać o darowiźnie w wysokości 180 tysięcy dolarów, którą niedawno przekazał miejscowemu pustelnikowi. Chata mężczyzny, znanego jako "River Dave", spłonęła. Jego darowizna była nie tylko wyrazem życzliwości, ale też gestem solidarności wobec innego introwertyka. Informacja trafiła na czołówki gazet. Autorzy niektórych artykułów zauważyli, że w 2020 roku Karp otrzymał pakiet wynagrodzenia o wartości 1,1 miliarda dolarów, bijąc tym samym rekord jako najlepiej opłacany dyrektor generalny spółki giełdowej w tamtym roku.

Po chwili przerwy na podziwianie przebiegających przez drogę lisów Karp płynnie przeszedł do dyskusji na temat perspektywy wojny z Chinami i znaczenia utrzymania amerykańskiej dominacji w dziedzinie oprogramowania komputerowego. Dało to początek krótkiej diatrybie na temat "przebudzenia" (wokeness)[1] Doliny Krzemowej i niemożliwej, jego zdaniem, do obrony ambiwalencji branży technologicznej w kwestii współpracy z amerykańską armią. Jak to się często zdarzało, temat przebudzenia przywołał wątek naszej alma mater, Haverford College. Karp, który nie został zaproszony do wygłoszenia przemowy na kampusie i sądził, że uczelnia niewiele robi, aby go sobie zjednać jako potencjalnego darczyńcę, uważał to za szaleństwo i czuł się osobiście dotknięty.

Po około półgodzinnym biegu dotarł do skrzyżowania, które kończyło jego trasę. Wytarł się ręcznikiem, wziął łyk wody i rozsiadł się na fotelu pasażera Suburbana (sam nigdy nie nauczył się prowadzić). Podczas krótkiej przejażdżki do domu zdążył jeszcze napsioczyć na Facebooka, którego nazwał "pasożytniczą firmą", i zwierzył się, że jego szef Mark Zuckerberg niedawno poskarżył się ich wspólnemu znajomemu Peterowi Thielowi na krytyczny stosunek Karpa do jego spółki. Posiadłość Alexa zajmowała 200 hektarów na łagodnie opadającym zboczu wzgórza. Z domu otoczonego sosnami i brzozami rozciągał się wspaniały widok na Góry Białe. Karp wszedł do środka, gdzie czekał na niego Günter, jeden z czworga Austriaków pełniących funkcję jego asystentów. Pozostali to Gabriel, Hermann i Agnes. Do jego najbliższego personelu należał też Szwajcar Martin. Karp i Günter zamienili kilka słów po niemiecku. W kontaktach z asystentami Alex posługiwał się niemal wyłącznie tym językiem. Kilku jego ochroniarzy, w tym pięciu Norwegów, paru Amerykanów i Austriaków, Irlandczyk i Szkot, jadło późny lunch przy stole kuchennym. Ta nieco surrealistyczna scena przypominała kryjówkę złoczyńcy z serii o Jamesie Bondzie. Różnica polegała na tym, że firma Karpa współpracowała z wywiadem brytyjskim, zamiast z nim walczyć, a ponadto w filmach nikt raczej nie spodziewałby się zobaczyć mezuzy przy drzwiach wejściowych.

Karp rzucił pomysł, żebyśmy poćwiczyli strzelanie do celu na jego prywatnej strzelnicy, ale zrezygnował, widząc mój brak entuzjazmu. Po drodze do salonu włożył telefon do klatki Faradaya i poprosił mnie, żebym zrobił to samo. "Chińczycy musieliby być szaleni, żeby nie próbować podsłuchać moich rozmów" - wyjaśnił. Karp, kawaler po pięćdziesiątce, był właścicielem licznych nieruchomości w Stanach Zjednoczonych i Europie. Mieszkał jednak głównie w New Hampshire. Żywił szczególny sentyment do północnej Nowej Anglii (miał jeszcze dom w Vermoncie). W dzieciństwie spędzał tutaj wakacje, zanim jego rodzice podjęli decyzję o rozwodzie. Ich zaciekła walka na pewien czas wywróciła jego życie do góry nogami.

Dom urządzono oszczędnie. Poza kanapą i paroma krzesłami sprawiał wrażenie pustego. Odzwierciedlało to ascetyczny i wędrowny styl życia Karpa. Zanim uziemiła go pandemia koronawirusa, spędzał w drodze niemal 300 dni w roku i rzadko zatrzymywał się w jednym miejscu na dłużej niż jedną, dwie noce. Upierał się, że jego praca wymaga podróży, ale część współpracowników odnosiła się do tych twierdzeń sceptycznie. "Facet wyraźnie przed czymś ucieka" - powiedział mi jeden ze śmiechem. Cały dom był zarzucony książkami. Na stole w jadalni leżało niemieckojęzyczne wydanie biografii Alberta Einsteina, a obok zbiór powieści Johna le Carrégo. Zestawienie mogło wydawać się osobliwe, ale w domu Alexa Karpa wszystkim rządziła własna logika.

Karp piastował stanowisko dyrektora generalnego Palantir Technologies, spółki specjalizującej się w analizie danych. Firma, której nazwa pochodzi od kryształów widzenia z powieści J.R.R. Tolkiena Władca Pierścieni, tworzyła oprogramowanie zdolne przesiewać olbrzymią ilość danych w poszukiwaniu powiązań i trendów, których znalezienie zajęłoby analitykom wiele dni, a może nawet miesięcy. Została powołana po 11 września 2001 roku w celu wsparcia amerykańskich władz w walce z terroryzmem i była częściowo finansowana przez In-Q-Tel (IQT), fundusz inwestycyjny typu venture capital należący do Centralnej Agencji Wywiadowczej (CIA). Z jej usług skorzystało wiele tajnych służb, między innymi izraelski Mosad. Pogłoski, że w 2011 roku jej technologia przyczyniła się do zabicia Usamy ibn Ladina[2], owiały Palantir nimbem tajemnicy.

Działalność firmy nie ograniczała się jednak do walki z terroryzmem. Oferowane przez nią produkty wdrożono we wszystkich sześciu rodzajach amerykańskich sił zbrojnych. Do grona klientów Palantiru zalicza się ponad 30 agencji federalnych, między innymi Federalne Biuro Śledcze (FBI), Urząd Skarbowy (IRS) oraz Narodowe Instytuty Zdrowia (NIH). Największe korporacje, takie jak gigant energetyczny BP, korzystały z jej usług, aby wyciągać wnioski ze stale zalewającej je powodzi danych. Firma Palantir zatrudniała zaledwie około 4 tysięcy pracowników, ale mimo stosunkowo niewielkich rozmiarów jej macki sięgały dosłownie wszędzie. Była zawsze blisko najdonioślejszych problemów i wyzwań XXI wieku - od terroryzmu i zmian klimatycznych przez imigrację i handel ludźmi po oszustwa finansowe i przyszłość konfliktów zbrojnych. Było to szczególnie widoczne podczas pandemii, gdy ponad tuzin państw skorzystało z oprogramowania spółki, próbując śledzić i powstrzymać rozprzestrzenianie się nowego koronawirusa. Rządy Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii poprosiły ją także o pomoc w dystrybucji szczepionek.

Z biegiem czasu jej działalność ewoluowała, ale główna misja się nie zmieniła: jak mówi Karp, celem istnienia Palantiru była obrona Zachodu (w wewnętrznych kręgach nazywana "ratowaniem Shire", jako ukłon w stronę literackich korzeni firmy; kierownictwo chętnie określało też pracowników mianem "hobbitów"). Wyraźnie ideowy charakter spółki wyróżniał ją na tle pozostałych korporacji. Od samego początku odmawiała prowadzenia interesów w Chinach i Rosji, postrzegając oba kraje jako wrogie. Ostatecznie decyzja okazała się słuszna, ale w połowie pierwszej dekady XXI wieku część potencjalnych inwestorów odbierała ją ze zdziwieniem: nie rozumieli, dlaczego ktokolwiek mógłby chcieć rezygnować z dynamicznie rozwijającego się chińskiego rynku. Pogoń za rentownością - frustrująco nieosiągalną zresztą - niezmiennie ustępowała jednak przed tym, co Karp i jego współpracownicy uważali za wyższy cel: uczynienie z Palantiru miecza i tarczy chroniących Amerykę, a szerzej cały Zachód.

Palantir wydawał się nie przystawać szczególnie do Doliny Krzemowej, zdominowanej przez dostawców produktów i usług dla konsumentów. Palantirczycy szczycili się jednak swoją odrębnością. Nie produkowali gier ani gadżetów, ale wierzyli, że stoją w pierwszym szeregu walki o zachowanie amerykańskiego stylu życia. I chociaż siedziba firmy znajdowała się w Palo Alto, Karp i jego współpracownicy darzyli Dolinę i jej kulturę głęboką niechęcią - a Facebooka wręcz pogardą - czerpiąc dodatkową motywację ze swojego wyobcowania (w 2020 roku Palantir oficjalnie zerwał wszelkie więzi z Doliną Krzemową, przenosząc centralę do Denver).

W branży technologicznej Karp był niewątpliwym wyjątkiem. Nie miał informatycznego ani biznesowego wykształcenia, a poglądy i pochodzenie czyniły z niego mało prawdopodobnego kandydata na szefa firmy, która miała ambicję dostarczać oprogramowanie branży wywiadu. Urodził się w mieszanej rasowo żydowskiej rodzinie o mocno lewicowych poglądach. Ukończył studia filozoficzne na Haverford College, a następnie prawo na Uniwersytecie Stanforda. Na Uniwersytecie Goethego we Frankfurcie nad Menem, gdzie przez pewien czas jego mentorem był Jürgen Habermas, uważany za najwybitniejszego żyjącego europejskiego filozofa, uzyskał tytuł doktora teorii społecznej. Było to osiągnięcie tym bardziej imponujące, że Karp jest dyslektykiem.

Kariera akademicka nie budziła w nim jednak entuzjazmu i kiedy w 2004 roku Peter Thiel, kolega ze studiów prawniczych i współzałożyciel PayPala, zapytał go, czy nie byłby zainteresowany dołączeniem do jego start-upu zajmującego się tworzeniem oprogramowania do walki z terroryzmem, ochoczo skorzystał z okazji. Niedługo później został dyrektorem generalnym Palantiru. Osiągnięcia akademickie, charakterystyczny wygląd i styl bycia uczyniły z niego interesującego frontmana firmy. Swoją cegiełkę dołożyły także poglądy polityczne: przez pewien czas deklarował się jako neosocjalista. Dość niezwykłe jak na człowieka pracującego na styku technologii i bezpieczeństwa narodowego. Stanowił także intrygujący kontrast dla libertarianina Thiela (z czasem grawitującego ku skrajnej prawicy). Mimo że początkowo część inwestorów z Doliny Krzemowej traktowała Palantir z lekceważeniem, Karp okazał się przekonującym orędownikiem własnej firmy.

Reklamował ją z takim zapałem, jakby na szali leżało jego życie. I w jego przekonaniu faktycznie tak było. Od wczesnego dzieciństwa prześladowało Alexa poczucie bezbronności - był czarnym Żydem w świecie, który jawił się jako antysemicki i rasistowski. W dodatku zmagał się z trudnościami w nauce. W jego przekonaniu ktoś taki jak on może przetrwać i rozwijać się tylko w społeczeństwie, które rzeczywiście chroni mniejszości i inne szczególnie narażone grupy. "Najbardziej przeraża mnie faszyzm" - powiedział w 2019 roku, podczas jednej z naszych pierwszych rozmów. Żywił jeszcze wtedy niezachwianą wiarę w to, że obrona liberalnej demokracji jest tożsama z obroną Zachodu. Misję Palantiru traktował osobiście: firma miała uczynić świat bezpieczniejszym dla Alexa Karpa. Upodobnił ją do siebie w stopniu wręcz niespotykanym: stała się odbiciem jego nawyków i dziwactw, doświadczeń, które go ukształtowały, a przede wszystkim jego ponurego światopoglądu i ciążących mu lęków. Jak sam przyznał: "mnóstwo decyzji firmy" jest wynikiem jego złych przeczuć.

Oddał się Palantirowi bez reszty. Podkreślił to w wywiadzie, którego w 2013 roku udzielił "Forbesowi": "Nie myślę o Palantirze tylko wtedy, gdy pływam, ćwiczę qigong albo uprawiam seks" (był wówczas zapalonym pływakiem). Karp rzadko brał wolne, a przez większość wieczorów jadał kolację przy biurku. Nie miał dzieci, ale równolegle utrzymywał długotrwałe związki z dwiema kobietami. Układ ten sprawdzał się między innymi ze względu na jego "geograficzną monogamię", jak trafnie ujął to jeden z jego współpracowników (ta sama osoba stwierdziła również, że obie kobiety są "w odpowiednim wieku"). Kiedy Karp nie zajmował się pracą, często można go było spotkać na nartach. Większość jego domów znajdowała się na odludziu. Wybrał je z powodu bliskości narciarskich tras biegowych. Jeśli czas mu na to pozwalał, pokonywał na nartach od 19 do 24 kilometrów dziennie. Twierdził zresztą, że nawet w ten sposób przyczynia się do sukcesu firmy: uważał, że tylko naprawdę wysportowany człowiek jest w stanie znieść tak wyczerpujący reżim pracy, jaki sobie narzucił.

Palantir pod okiem Alexa wyrósł na czołowego gracza w dziedzinie analityki danych. Warte miliardy przedsiębiorstwo z biurami rozsianymi po świecie otaczała starannie pielęgnowana aura tajemnicy, wyróżniająca je nawet w szalonej atmosferze Doliny Krzemowej. Sprawdzianem - dla Palantiru, ale i dla samego Karpa - okazał się rok 2020, w którym spółka, po latach zwlekania, ostatecznie weszła na giełdę. Udany debiut potwierdził jej zdolność do utrzymania się na rynku, a z Alexa oficjalnie uczynił miliardera. Bogactwo nie wpłynęło na jego styl życia, jeśli nie liczyć zakupu kolejnych domów (a wreszcie także prywatnego odrzutowca!). Nie wszystkich jednak przekonywały deklaracje, że nie zaprząta sobie głowy swoim majątkiem. "Pieniądze prawdopodobnie są dla niego silniejszą motywacją, niż sądzi, a dla mnie słabszą, niż się to ludziom wydaje" - stwierdził Thiel. Mimo wszystko nowa pozycja społeczna cieszyła Karpa. Znalazł się teraz w centrum uwagi podczas takich imprez jak Światowe Forum Ekonomiczne, rokrocznie organizowane w szwajcarskim Davos. Przywódcy państw chcieli słuchać jego opinii, zasypywano go też zaproszeniami, aby wygłosił przemówienie. Wszędzie, z wyjątkiem Haverfordu.

Uczelnia niechętnie uznawała Karpa za swojego, nie było w tym jednak nic zaskakującego. Palantir wzbudzał kontrowersje. Jego oprogramowanie umożliwiało masową inwigilację, a ścisłe związki ze służbami wywiadowczymi i organami ścigania były źródłem poważnych obaw działaczy na rzecz ochrony prywatności i swobód obywatelskich. Podczas pierwszej kadencji Donalda Trumpa w oczach wielu obserwatorów firma stała się wręcz toksyczna w związku z zamieszaniem w aferę Cambridge Analytica. Polegała ona na potajemnym wykorzystaniu danych z Facebooka do próby zmanipulowania milionów Amerykanów, aby głosowali na Trumpa w wyborach prezydenckich 2016 roku. Jeszcze większe oburzenie wzbudziła współpraca Palantiru z amerykańskim Urzędem Celno-Imigracyjnym (ICE). Kiedy Trump wypowiedział wojnę imigracji, na Palantir posypały się oskarżenia o wspieranie nieludzkiej i rasistowskiej polityki. Oliwy do ognia dolał fakt, że jednym z najzagorzalszych zwolenników nowego prezydenta był Peter Thiel.

Przed biurami spółki oraz przed domem Karpa w Palo Alto organizowano protesty. Firma przestała być mile widziana na niektórych uczelniach - najwyraźniej także na alma mater Alexa. Prezydentura Trumpa, poza zrujnowaniem publicznego wizerunku Palantiru, ujawniła też niewygodną prawdę: technologia spółki mogła stać się niebagatelną bronią w rękach autorytarnego reżimu.

Nie licząc Haverfordu, cała reszta była już zaledwie nieprzyjemnym wspomnieniem, kiedy we wrześniu 2021 roku odwiedziłem Karpa w New Hampshire. Pojechałem tam, żeby porozmawiać o książce, którą chciałem napisać o nim i firmie Palantir. Rok wcześniej opublikowałem na jej temat artykuł w "The New York Times Magazine". Wcześniej nie mieliśmy okazji się poznać. W Haverfordzie byliśmy na jednym roku, ale jakimś cudem nigdy nie zamieniliśmy ze sobą ani słowa. Trudno w to uwierzyć, biorąc pod uwagę, że uczelnia miała niespełna 1500 studentów. Po raz pierwszy spotkaliśmy się w kwietniu 2019 roku w nowojorskim biurze Palantiru, dokąd pojechałem na nieoficjalną rozmowę (być może w nadziei ożywienia studenckiego ducha czy czegoś w tym rodzaju, podczas spotkania Karp pił piwo bezalkoholowe). W kolejnych miesiącach spotykaliśmy się w Nowym Jorku, Waszyngtonie, Paryżu i Vermoncie. Nawiązaliśmy przyjacielskie relacje. Alex wyraźnie czuł się swobodnie w moim towarzystwie, otwarcie opowiadał o Palantirze i o sobie.

Artykuł ukazał się w październiku 2020 roku, kilka tygodni po debiucie giełdowym spółki, i liczył około 9 tysięcy słów. Mimo to czułem, że warto pogłębić temat. Na scenie biznesowej Karp był postacią nietuzinkową, a Palantir bez wątpienia najciekawszą i prawdopodobnie również najniebezpieczniejszą firmą na świecie. Jej technologia potencjalnie mogła przyczynić się do ukształtowania równowagi sił w XXI stuleciu i zmienić relacje między jednostką a państwem. Palantir stanowił okno do panoptycznej przyszłości, która właśnie zaczęła się spełniać. Nie sposób było jednak zrozumieć firmy, nie rozumiejąc najpierw kierującego nią specyficznego człowieka.

Karp przyjął mój pomysł z życzliwością. Oświadczył, że doszedł do wniosku, iż napisanie książki o Palantirze we współpracy z autorem, którego znał i polubił, ma sens. Przemilczał rzecz oczywistą - mianowicie, że bardzo chciał, aby ktoś poświęcił mu książkę. Był wprawdzie dyrektorem generalnym spółki, ale prasa często nazywała ją "firmą Petera Thiela", zwłaszcza za pierwszych rządów Trumpa, kiedy nazwisko Thiela dobrze się klikało. Prawdą jest, że to Thiel wpadł na pomysł stworzenia Palantiru i pełnił funkcję prezesa zarządu, jednak nigdy nie uczestniczył w bieżącym zarządzaniu firmą. Po wejściu spółki na giełdę Karp oczekiwał uznania jako główny architekt jej sukcesu i to przede wszystkim skłoniło go do współpracy ze mną.

Nie szczędził mi czasu ani przemyśleń. Wiele rozmów odbyliśmy osobiście, zazwyczaj w Nowym Jorku lub Waszyngtonie. Poza tym wielokrotnie kontaktowaliśmy się przez internet i drogą telefoniczną. Miałem stałe zaproszenie do jego prywatnego samolotu, już na samym początku postanowiłem jednak, że z niego nie skorzystam. Obawiałem się, że mogłoby to podważyć rzetelność książki. Poza tym nie chciałem z nim latać z obawy, że moja obecność na pokładzie stanie się uciążliwa. Trudno było utrzymać uwagę Karpa. Wielu jego współpracowników przypisywało mu ADHD. Podczas spotkań często bawił się jakimś przedmiotem, zazwyczaj kostką Rubika. Jeśli rozmowa odbywała się na stojąco, ćwiczył ruchy tai-chi. Zwykle zaczynał odpływać po 30-45 minutach rzeczowej rozmowy.

Karp obsesyjnie dbał o prywatność, rozumiał jednak, że niezmiernie trudno byłoby napisać o nim książkę bez pomocy tych, którzy znają go najlepiej. Odbyłem wiele rozmów z jego bratem Benem, który mieszka w Japonii. Podzielił się ze mną wieloma wspomnieniami i przemyśleniami. Rozmawiałem też z matką Karpa. Z ojcem nie udało mi się skontaktować ze względu na jego stan zdrowia. Niemniej Alex postawił pewne granice: nie pozwolił mi na przykład porozmawiać z obiema swoimi partnerkami. Przypadkiem udało mi się poznać jedną z nich. Jest Amerykanką. Drugi związek łączy go z pewną kobietą z Europy. Są ze sobą od ponad 20 lat. Okazuje się, że Palantir to tak skomplikowana firma, jak skomplikowane jest życie samego Karpa.

Kiedy przystępowałem do pracy nad tą książką, w Białym Domu zasiadał Joe Biden, pod biurami Palantiru nie gromadzili się już protestujący, wydawało się też, że najgorszy okres pandemii mamy już za sobą. Zastanawiałem się, czy Karpa i jego spółkę czekają teraz lata spokoju. Zaledwie kilka tygodni później Rosja napadła na Ukrainę, a technologia Palantiru miała odegrać kluczową rolę w tej wojnie. Gwałtowny rozwój uczenia maszynowego, zwieńczony debiutem programu ChatGPT w listopadzie 2022 roku, obwieścił nadejście rewolucji sztucznej inteligencji (AI). Palantir znalazł się w jej awangardzie - zarówno w sferze zastosowań wojskowych, jak i cywilnych. A potem nadszedł 7 października - dzień, w którym w ataku Hamasu zginęło 1,2 tys. Izraelczyków. Wydarzenie to stało się jednym z punktów zwrotnych w karierze Karpa i epokowym momentem dla firmy - nowa odsłona wojny z terroryzmem w świecie, który stał się wysoce niebezpieczny dla Żydów i dla samego Alexa. Wszystkie główne wątki jego biografii - bezbronność, głębokie przywiązanie do tradycji żydowskiej (przeciwieństwo pozornej ambiwalencji wobec mieszanego rasowo pochodzenia), pogarda dla tożsamościowej lewicy i środowiska akademickiego - zbiegły się wokół tej jednej kwestii. Wypowiedzi, które wygłaszał w ciągu kolejnych dni i tygodni po masakrze, przyniosły mi wiele nowych informacji.

Rzeź w Izraelu przypieczętowała też jego polityczną metamorfozę. Od dawna nie deklarował się już jako neosocjalista, ale kiedy się poznaliśmy, wciąż miał się za progresywistę, a w niektórych sprawach, na przykład imigracji, wygłaszał opinie wpisujące się w liberalny światopogląd (jednocześnie jednak sprzeciwiał się akcji afirmatywnej i twardo bronił Drugiej Poprawki[3]). Podczas prezydentury Bidena trudno było jednak nie zauważyć, że rzadko ma coś dobrego do powiedzenia o Partii Demokratycznej i często wyraża się o niej z pogardą. Gorliwie wychwalał za to republikanów, nawet Donalda Trumpa. Przez pewien czas zakładałem, że to po prostu przekora lub sposób na zaznaczenie swojej niezależności. W pewnym momencie stało się jednak oczywiste, że przesuwa się coraz bardziej na prawo, a pogrom z 7 października i wybuch antyizraelskich protestów na uczelniach skłonił go do ostatecznego zerwania z demokratami.

W trakcie prac nad tą książką miałem również okazję obserwować transformację, jaką przeszedł publiczny wizerunek Karpa. W przeszłości, o ile w ogóle zwracał na siebie uwagę, uchodził głównie za dziwaka i ekscentryka. Przez długi czas nie bronił się przed tą łatką, sam siebie nazywając z dumą "ześwirowanym dyrektorem". Po Ukrainie, sztucznej inteligencji i Izraelu jego postawa zaczęła się zmieniać. Wypowiadał się szczerze we wszystkich trzech kwestiach, a to, co miał do powiedzenia, było ciekawe i często prowokujące. Wykazał się również prawdziwą odwagą: w maju 2022 roku, w trzecim miesiącu wojny, pojechał do Kijowa na spotkanie z prezydentem Ukrainy Wołodymyrem Zełenskim. Pokazał się jako człowiek poważny, zwłaszcza na tle błazeńskich wyczynów innych głównych postaci z branży technologicznej. Podczas gdy on podróżował po strefie objętej działaniami zbrojnymi, rozmawiając o sprawach wojny i pokoju, Mark Zuckerberg i Elon Musk planowali walczyć ze sobą w klatce.

A jednak nawet pomimo rosnącej pozycji i wpływów Karp nie był w stanie odłożyć na bok swoich pretensji. Rzadko kiedy był tak ożywiony, jak wtedy, gdy naskakiwał na Wall Street albo Dolinę Krzemową. Wydawało mi się to zastanawiające. Jego firma świetnie prosperowała, zarobił na niej miliardy, miał wszelkie powody uważać się za zwycięzcę. Dlaczego więc nie potrafił odpuścić? W końcu zdałem sobie sprawę, że potrzebuje wrogów. Zwątpienie i nienawiść, prawdziwe czy wyimaginowane, motywowały go i stanowiły element szerszej narracji, jaką zbudował wokół siebie i Palantiru - wiecznych outsiderów, barbarzyńców u bram.

Karp i jego firma zręcznie wykorzystywali ten wizerunek, ale kiedy pracowałem nad książką, ruszyła lawina sukcesów. Nieustająca walka o przekroczenie progu rentowności stanowiła dotąd źródło irytacji inwestorów, nie wyłączając Thiela. Pod koniec 2022 roku, po niespełna 20 latach działalności, nareszcie pojawił się zysk. Dla Palantiru był to punkt zwrotny. Odtąd każdy kwartał firma kończyła nad kreską, a boom na generatywną AI przyczynił się do gwałtownego wzrostu przychodów. We wrześniu 2024 roku Palantir wszedł w skład indeksu S&P 500, co Karp uznał za kamień milowy w historii firmy. Od początku roku kurs akcji podskoczył ponaddwukrotnie i nadal rósł. 4 listopada Palantir opublikował kolejne znakomite sprawozdanie finansowe i cena akcji wzrosła o niemal jedną czwartą, po raz pierwszy zbliżając się do bariery 50 dolarów.

Niewiele ponad 24 godziny później Donald Trump został ponownie wybrany na prezydenta. Jego główną obietnicą była zapowiedź jeszcze ostrzejszej rozprawy z imigracją, która potencjalnie doprowadziłaby do wydalenia ze Stanów Zjednoczonych milionów ludzi. Kampania Trumpa wyróżniała się brutalną retoryką, przez wielu naukowców (i wyborców) uznawaną za faszystowską. Tak zresztą publicznie określili go John Kelly i Mark Milley - generałowie w stanie spoczynku, którzy służyli pod nim podczas jego pierwszej kadencji. Próba unieważnienia wyborów w 2020 roku jasno pokazała, że Trump za nic ma rządy prawa i normy konstytucyjne. Wyglądało na to, że wraz z jego powrotem do władzy w Stanach Zjednoczonych zatriumfował autorytaryzm, a Palantir, niezmiennie reklamowany przez Karpa jako bastion liberalnego porządku międzynarodowego, będzie odtąd służył celom prezydenta gardzącego politycznymi tradycjami Ameryki oraz jej zachodnimi sojusznikami, za to osobliwie zafascynowanego najokrutniejszymi spośród światowych tyranów.

Przedmowa Alex Karp - dobry elf czy twórca Mordoru?

To nie jest po prostu książka o Alexie Karpie. Ani kolejna sztampowa biografia ekscentrycznego prezesa firmy technologicznej. Na najgłębszym poziomie książka opowiada o jednym z najstarszych i najbardziej fascynujących problemów ludzkości - o granicach ludzkiego poznania. Czy nadmiar wiedzy jest błogosławieństwem, czy przekleństwem? Czy jakikolwiek człowiek - istota z natury omylna i ułomna - powinien mieć prawo wiedzieć wszystko? Te pytania powracają od zarania naszej cywilizacji. Biblia opowiada o drzewie poznania dobra i zła. J.R.R. Tolkien stworzył mit kryształowych kamieni, które pozwalały patrzeć poza horyzont i zaglądać tam, gdzie zwykły śmiertelnik nigdy nie powinien zajrzeć. Losy spółki Palantir Technologies są współczesną odsłoną tego odwiecznego mitu.

Historia zaczyna się niewinnie. Na początku XXI wieku Peter Thiel, jeden z założycieli platformy płatności internetowych PayPal, zmaga się ze zwyczajnym problemem biznesowym. Firma traci pieniądze, ponieważ system jest regularnie atakowany przez hakerów. Najgroźniejszym z nich okazuje się "Igor" - młody haker z Ukrainy, który za pomocą tysięcy fałszywych kont wyłudza z PayPala 15-20 milionów dolarów. Zręcznie zaciera ślady, mieszając wyłudzenia z legalnymi transakcjami, przez co pozostaje niemal niewidoczny dla ludzi analizujących dane. Walka z "Igorem" prowadzi do stworzenia algorytmu, który sam uczy się dostrzegać ukryte wzorce w miliardach transakcji. Łącząc pozornie niepowiązane fakty, wskazuje podejrzane zachowania, zanim człowiek w ogóle je zauważy. Tak udaje się namierzyć "Igora", który zostaje wytropiony wśród tysięcy cyfrowych śladów.

Kolejny punkt zwrotny tej historii stanowią zamachy terrorystyczne z 11 września 2001 roku. Wstrząśnięta i zraniona Ameryka dochodzi do wniosku, że tragedii można było uniknąć, gdyby służby potrafiły skuteczniej analizować ogromne zbiory danych. Terroryści zostawili po sobie wiele cyfrowych śladów. Jeszcze przed zamachem można było namierzyć jego przyszłych sprawców, ukrywających się w oceanie pozornie niepowiązanych informacji. Problem polegał na tym, że nikt zawczasu nie potrafił połączyć tych tropów w całość. Peter Thiel uświadamia sobie wtedy, że algorytm stworzony do namierzania "Igora" może mieć znacznie szersze zastosowanie. Skoro wśród milionów użytkowników PayPala można odnaleźć oszusta, to wśród miliardów rekordów da się również odnaleźć ukrywającego się terrorystę. To tylko kwestia skali. W ten sposób idea identyfikowania oszustów na rynku płatności internetowych ma zostać przeszczepiona do świata wywiadu, by rozpoznawać potencjalnych terrorystów. Tak rodzi się Palantir Technologies. To nie ma być kolejna firma gromadząca dane, ale narzędzie dające użytkownikowi ogromną moc. Moc wydobywania uporządkowanej wiedzy z cyfrowego chaosu.

Założycielom spółki od początku towarzyszyła świadomość, jak wielkiej władzy dotykają. Nieprzypadkowo zdecydowali się na nazwę Palantir, zaczerpniętą z uniwersum Tolkiena. We Władcy Pierścieni palantíry to kryształowe kamienie widzenia - artefakty pozwalające zajrzeć daleko poza horyzont, dostrzegać rzeczy ukryte i porozumiewać się na ogromne odległości. Były potężnym narzędziem stworzonym przez dobre elfy, lecz ich działanie pozostawało głęboko niejednoznaczne. Palantíry nie kłamały, ale ukazywały jedynie fragment rzeczywistości, co mogło łatwo prowadzić patrzącego do błędnych wniosków. Tolkien rozumiał, że prawdziwa moc nie polega wyłącznie na zdolności widzenia. Polega na kontroli nad tym, kto może patrzeć i co zostanie mu pokazane.

Tę dwuznaczność doskonale uchwycił Peter Thiel. "W książkach Tolkiena palantír to pod pewnymi względami bardzo niejednoznaczne urządzenie - mówił. - Mnóstwo ludzi, którzy w niego zajrzeli, zobaczyło więcej, niż powinni, i wtedy sprawy przybierały tragiczny obrót". Zarazem zwracał uwagę na jeszcze jeden element tolkienowskiej mitologii. Była ona z natury optymistyczna. Ostatecznie palantíry, stworzone przez dobre elfy, służyły dobru, pchały losy bohaterów w odpowiednią stronę. Historia Alexa Karpa jest próbą weryfikacji, czy ta optymistyczna wiara w świat dotyczy również naszej rzeczywistości, naszego uniwersum. Czy współczesny Palantir, narzędzie oddane w ręce wywiadu, wojska i służb bezpieczeństwa, również został stworzony po to, by czynić świat lepszym? Czy też, jak wszystkie narzędzia dające ludziom ogromną władzę poznania, prędzej czy później wymknie się intencjom swoich twórców? Władza wynikająca z wielkiej wiedzy to ogromna pokusa.

Tak na arenę dziejów wkracza Alex Karp, bohater tej książki. Postać fascynująca właśnie dlatego, że w 2004 roku, gdy Peter Thiel zaprasza go do współtworzenia nowo powstałej spółki Palantir Technologies, wydaje się człowiekiem zupełnie niepasującym do roli lidera firmy tworzącej cyfrowe narzędzie do inwigilacji ludzi na potrzeby działań służb specjalnych. Był synem postępowego Żyda z Filadelfii, pochodzącego z rodziny niemieckich imigrantów, i ciemnoskórej prawnuczki byłego niewolnika. Dorastał w domu, w którym naturalnym punktem odniesienia były wartości liberalne: otwartość, wielokulturowość i głęboka nieufność wobec wszelkich przejawów nacjonalizmu. Do tego Karp nie miał żadnego doświadczenia biznesowego czy programistycznego. Był filozofem, świeżo po doktoracie obronionym w Niemczech, gdzie zajmował się problemem "wtórnego antysemityzmu", czyli koncepcją sformułowaną przez szkołę frankfurcką, a odnoszącą się do rozgoryczenia Niemców z powodu odpowiedzialności za Holokaust. Z racji swoich studiów był zatem wyjątkowo wyczulony na wszelkie kwestie związane z dyskryminacją rasową. Na dodatek w momencie przyjścia do spółki miał niemal czterdzieści lat, czyli w świecie młodych założycieli start-upów uchodził wręcz za emeryta.

A jednak to właśnie on z czasem stał się prezesem i twarzą Palantir Technologies - firmy finansowanej początkowo przez In-Q-Tel, fundusz venture capital powołany przez Centralną Agencję Wywiadowczą (CIA). Technologie Palantiru wykorzystują służby specjalne wielu państw, w tym izraelski Mosad. Firma była wielokrotnie krytykowana za współpracę z amerykańską służbą imigracyjną (ICE), dostarczanie jej narzędzi wykorzystywanych do identyfikowania i zatrzymywania nieudokumentowanych migrantów oraz wspieranie izraelskich działań wojskowych w Strefie Gazy. To właśnie Palantir Michael Steinberger już w podtytule książki oskarża o współtworzenie państwa policyjnego. A w zakończeniu pisze o Karpie: "wydawał się teraz całkowicie oddany Trumpowi". Trudno o poważniejszy zarzut ze strony liberalnego publicysty "The New York Timesa". Ta zagadkowa ewolucja Karpa jest, w moim odczuciu, głównym i najciekawszym tematem tej książki. Kiedy Alex Karp, syn postępowego niemieckiego Żyda i prawnuczki byłego niewolnika, badacz "wtórnego antysemityzmu", przeszedł, zdaniem autora, na złą stronę historii? Kiedy i dlaczego postanowił zostać twarzą jednej z najpotężniejszych technologii profilowania ludzi, jakie powstały w XXI wieku?

Najbardziej banalna odpowiedź brzmi: pieniądze korumpują. Z czasem Karp przestał być ekscentrycznym filozofem zarządzającym niewielkim start-upem. Stał się miliarderem stojącym na czele jednej z najcenniejszych spółek technologicznych świata. Patrząc z tej perspektywy, sojusz z Donaldem Trumpem był dobrą decyzją biznesową, bo zwyczajnie mu się opłacał. Prezydentura Trumpa oznaczała nowe intratne kontrakty dla Palantiru. Kolejne kontrowersje wcale nie odstraszyły inwestorów; przeciwnie, kurs akcji spółki zaczął bić rekordy. "Po powrocie Trumpa do Białego Domu [Karp] po prostu zachował się jak sprytny szef firmy, który dobrze wie, skąd wieje wiatr". I choć szef Palantiru konsekwentnie buduje wizerunek człowieka, dla którego pieniądze nie są najważniejsze, to w książce znajdziemy wiele przesłanek, że to może być tylko kreacja. Przykładem może być Peter Thiel, który stwierdza z przekąsem: "Pieniądze prawdopodobnie są dla niego silniejszą motywacją, niż sądzi, a dla mnie słabszą, niż się to ludziom wydaje". Autor kończy książkę podobną puentą: "niepopularność popłaca". Choć Palantir nigdy wcześniej nie budził tak wielkich kontrowersji, firma nadal zdobywa nowych klientów, a jej wartość rośnie. Sojusze z Izraelem i Trumpem mogą nie podobać się liberalnemu publicyście "The New York Timesa", ale mogą być również biznesowym strzałem w dziesiątkę. Jeśli więc szukać najprostszego wyjaśnienia przemiany Karpa, można uznać ją za kolejną odsłonę starej historii o korumpującej sile pieniądza.

Innym wyjaśnieniem może być nie tyle pieniądz, ile sama władza. Współpraca z wywiadem, wojskiem i służbami specjalnymi wielu państw otwiera drzwi do świata niedostępnego dla większości ludzi. Pozwala uczestniczyć w rozmowach prowadzonych za zamkniętymi drzwiami, mieć dostęp do informacji, których nie posiadają inni, oraz współdecydować o sprawach mających znaczenie dla bezpieczeństwa całych państw. Trudno o silniejsze poczucie wpływu. Steinberger zwraca uwagę także na inny aspekt tej władzy - prestiż. Wraz z rozwojem Palantir Technologies Karp przestał być anonimowym filozofem. Znalazł się w centrum uwagi światowej opinii publicznej. "Przywódcy państw chcą słuchać jego opinii, zasypywany jest też zaproszeniami, aby wygłosił przemówienie". Gdyby pozostał akademikiem, jego rozprawy czytałoby zapewne wąskie grono specjalistów. Jako szef Palantiru otrzymał znacznie potężniejszą katedrę, z której może światu głosić swoje mądrości. "Filozofowie rozmaicie tylko interpretowali świat; idzie jednak o to, aby go zmienić".

Na jeszcze innym poziomie jest to fascynująca opowieść o przemianie Doliny Krzemowej. Malcolm Harris w książce Palo Alto przypomina, że jej narodziny nie były historią kilku genialnych przedsiębiorców zakładających start-upy w garażach. Dolina Krzemowa powstała dzięki ogromnym środkom płynącym z amerykańskiego wojska. Uniwersytet Stanforda miał się stać zapleczem technologicznym zimnowojennej rywalizacji, dostarczając rozwiązania nie tylko na potrzeby programu kosmicznego, systemów rakietowych, elektroniki wojskowej - dzięki czemu powstały mikroprocesory i komputery osobiste - ale także choćby do badań psychologicznych wykorzystywanych przez służby specjalne. Po wygraniu zimnej wojny przez USA Dolina Krzemowa zaczęła jednak opowiadać o sobie zupełnie inną historię. Budowała mit przedsiębiorczości, komputerów osobistych i cywilnej rewolucji internetowej, jakby zapominając, że sam Internet narodził się jako projekt finansowany przez Pentagon. W oczach Karpa i Thiela było to fałszowanie rzeczywistości, odcinanie się od własnych korzeni. Tym samym Dolina Krzemowa porzucała ambicję rozwiązywania najważniejszych problemów państwa na rzecz tworzenia kolejnych aplikacji służących głównie komercjalizacji codziennego życia. I to właśnie z buntu przeciwko tej ewolucji Doliny Krzemowej rodzi się Palantir, który w 2020 roku przeniósł nawet główną siedzibę do Denver. Karp otwarcie tłumaczył tę decyzję sprzeciwem wobec panującej w Dolinie Krzemowej "monokultury" oraz rosnącej nietolerancji wobec firm współpracujących z wojskiem i służbami specjalnymi. O tym pisał również w swoim manifeście The Technological Republic w 2025 roku, w którym wzywał do "buntu przeciwko tyranii aplikacji". Obowiązkiem ambitnych inżynierów i genialnych twórców nie jest projektowanie kolejnych platform społecznościowych czy zakupowych, ale tworzenie unikalnych technologii wzmacniających potencjał państwa i aktywne działanie na rzecz obrony Zachodu.

No właśnie - Zachodu. Na jeszcze szerszym planie historię Alexa Karpa można odczytywać jako opowieść o rozczarowaniu ewolucją zachodniego liberalizmu. Przez całe życie uważał się za liberała, a Palantir nigdy nie miał zagrażać demokracji, lecz jej bronić. W przekonaniu Karpa Partia Demokratyczna, ulegając ideologii woke, porzuciła jednak priorytet bezpieczeństwa, a tym samym zdradziła jedną z podstawowych obietnic liberalizmu. Pod koniec książki Steinberger cytuje swojego bohatera: "Mam szczerze dość lewicowców, którzy hodują prawicowe ruchy populistyczne, bo sami nie są zdolni zachować się dojrzale w sprawach bezpieczeństwa". Tym samym bezpieczeństwo staje się dla niego wartością nadrzędną - punktem, wokół którego organizuje całą swoją filozofię polityczną. Tak też uzasadnia swoje bliskie relacje z administracją Trumpa. A w swoim manifeście The Technological Republic twierdzi, że Zachód nie może dłużej opierać swojej pozycji wyłącznie na atrakcyjności własnych wartości i "miękkiej sile". W świecie sztucznej inteligencji - "broni atomowej XXI wieku" - o przetrwaniu liberalnych demokracji zadecydują przewaga technologiczna oraz gotowość do ścisłej współpracy państwa z sektorem technologicznym. Technonacjonalizm nie oznacza dla niego odrzucenia zachodnich wartości, lecz próbę ich ocalenia. Zachód powinien stać się twierdzą zdolną bronić własnych wartości, nawet jeśli wymaga to odejścia od części przekonań, które przez dekady uważał za oczywiste.

W tym wątku widać chyba największą ewolucję samego Karpa. Przez lata przedstawiał Palantir jako narzędzie służące obronie liberalnej demokracji. Z czasem zaczął jednak coraz częściej mówić nie tyle o demokracji, ile o Zachodzie jako projekcie cywilizacyjnym. Jak zauważa Steinberger: "Karp odcina teraz los Zachodu od losu liberalnej demokracji. Być może uwierzył, że obie te kwestie nie są ze sobą nierozerwalnie związane". To subtelna, ale fundamentalna zmiana. Wygląda to tak, jakby Karp przestał wierzyć, że same instytucje liberalnej demokracji są dziś zdolne obronić Zachód. Coraz większe znaczenie przypisuje natomiast sile państwa, przewadze technologicznej i zdolności zachodniej cywilizacji do samoobrony. Jeśli więc kiedyś chciał przede wszystkim bronić liberalnej demokracji, dziś wydaje się bardziej zainteresowany obroną samego Zachodu. Stąd bierze się jego rewizja części liberalnych dogmatów.

W tym miejscu ujawnia się całe napięcie tej historii. Karp jest głęboko przekonany, że buduje technologię służącą obronie Zachodu. Palantir ma być mieczem wymierzonym w terrorystów, tarczą chroniącą wolne społeczeństwa i odpowiedzią na chaos XXI wieku. W tym sensie pozostaje wierny tolkienowskiej intuicji: skoro narzędzie zostało stworzone w dobrej wierze, ostatecznie będzie służyło dobru. Michael Steinberger, liberalny publicysta "The New York Timesa", choć zachowuje wobec Karpa sympatię, nie podziela tej wiary. W jego interpretacji Palantir jest przedsięwzięciem, które przyniosło swoim twórcom ogromny majątek, a zarazem stworzyło technologię bezprecedensowo centralizującą wiedzę o obywatelach w rękach państwa. Narzędzie zaprojektowane do ochrony liberalnych wartości, bez względu na najlepsze nawet intencje twórców, może z łatwością posłużyć administracji oskarżanej o autorytarne zapędy do łamania praw obywatelskich. Problemem jest koncentracja wiedzy i skorumpowana władza. W tym miejscu rozpada się tolkienowska obietnica. W świecie Steinbergera nie wystarczy, że palantír został stworzony przez dobre elfy. Liczy się przede wszystkim to, kto ostatecznie spogląda w kryształ. Bo władza wynikająca z wielkiej wiedzy szybko korumpuje.

Czy Palantir okaże się narzędziem dobrych elfów, czy fundamentem współczesnego Mordoru? Odpowiedź na to pytanie wciąż pozostaje otwarta.

dr Krzysztof Mazur

prezes Rady Polskich Przedsiębiorców Globalnych,

pracownik Uniwersytetu Jagiellońskiego,

twórca kanału GeoEkonomia na YouTubie

i stały współpracownik Prześwitów

PS Książka nie opisuje wyłącznie amerykańskiej rzeczywistości. Od 2024 roku Palantir współpracuje z polskim Ministerstwem Obrony Narodowej w obszarze sztucznej inteligencji, analizy danych i cyberbezpieczeństwa. W październiku 2025 roku Alex Karp przyjechał do Warszawy, gdzie wspólnie z ministrem obrony Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem podpisał list intencyjny dotyczący pogłębienia tej współpracy. Technologie opisywane przez Steinbergera nie są więc odległą amerykańską ciekawostką - stają się także częścią polskiego systemu bezpieczeństwa.