Filozof na kozetce - Julian Baggini, Antonia Macaro

-
Proszę czekać

Wstęp

Każdy, kto ma choćby odrobinę rozsądku, od Buddy po znudzonego życiem pijaczka przy barze, ze smutkiem pokiwa głową na słowa pisarza i prezentera Garrisona Keillora: "Życie to walka, a jeśli akurat czujesz się naprawdę szczęśliwy, trochę cierpliwości: to minie". Nic dziwnego, że na rynku poradników z gatunku "jak żyć?" aż mrowi się zarówno od kupujących, jak i sprzedawców. Bystry klient mógłby dojść do całkiem rozsądnego wniosku: najwyraźniej nic nie działa.

Ale choć to prawda, że nie istnieje jedna cudowna formuła, są sprawdzone sposoby. Nie ma żadnej tajemnicy, magicznego zaklęcia ani recepty na dobre, satysfakcjonujące życie. Jednak w zasobach mądrości gromadzonej przez pokolenia znaleźć można idee i sposoby pomocne przy radzeniu sobie z życiowymi problemami, które są niczym taksa za przywilej przyjścia na ten świat. Jeśli nauczymy się korzystać z owych sposobów, możemy rozwinąć w sobie rodzaj mądrości praktycznej: zdolność samodzielnego myślenia i dokonywania lepszych życiowych wyborów.

Samo podjęcie takiego tematu rodzi wielkie ryzyko hybris - pychy. Nie twierdzimy jednak jako autorzy, że zjedliśmy wszystkie rozumy. Jedną z cech mądrości praktycznej jest to, że aby ocenić jej poziom, nie wystarczy się zorientować, jak dużo ktoś wie. Tak jak inteligentny mechanik może zdziałać więcej jednym śrubokrętem niż partacz dysponujący w pełni wyposażonym warsztatem, tak samo mądrej głowie dość dwie słowie - głupiemu i wykład na nic się nie zda. My twierdzimy jedynie, że mamy dostęp do dobrze wyposażonego warsztatu, do którego zapraszamy czytelników - zaglądajcie i korzystajcie wedle woli.

Na nasze wyposażenie składają się narzędzia psychoterapii i filozofii. Być może wygląda to niezupełnie tak, jak można by się spodziewać. Panuje szeroko rozpowszechniony pogląd, że zarówno psychoterapia, jak i filozofia zajmują się wydobywaniem tego, co ukryte. Filozofia zdziera zasłonę pozorów i odsłania rzeczywistość taką, jaka jest, podczas gdy psychoterapia polega głównie na zgłębianiu podświadomości. Ale choć w istocie niektóre prawdy są ukryte i rzeczy nie zawsze są tym, czym się wydają, nie ma powodu, żeby z założenia skupiać się raczej na tym, co niewidoczne, niż na tym, co jawne. Na przykład podczas terapii przyczyny zachowania wskazywane przez samych pacjentów często wnoszą więcej niż spekulacje na temat motywów, których być może nie są świadomi.

Nie mamy żadnej ogólnej teorii wszystkiego. Nasze opinie, narzędzia i spostrzeżenia wywiedliśmy z liczących czasem wiele stuleci dzieł filozoficznych oraz z najnowszych badań z dziedziny psychologii. Odzwierciedlają one także wieloletnie doświadczenie zgromadzone przez nas podczas rozmów z ludźmi, którzy zastanawiali się, jak żyć, oraz refleksje z tych rozmów. Jednak choć czerpiemy z wielu źródeł, bardzo ważne jest dla nas, by to, co mówimy, mieściło się w jednej spójnej ramie. Staraliśmy się uniknąć mieszania wszystkiego ze wszystkim, co zazwyczaj daje w efekcie niestrawny bigos niespójnych, sprzecznych porad pochodzących od różnych myślicieli i z różnych systemów.

Nasz etos określilibyśmy jako minimalistyczny: choć wierzymy, że da się coś zrobić, żeby poprawić swoje życie, niektóre problemy rozwiązać, a inne uczynić mniej uciążliwymi, nie sądzimy, żeby racjonalnym celem życiowym miało być trwałe, nieprzerwane zadowolenie, nawet jeśli bywają ludzie, którym udaje się coś takiego osiągnąć. Mamy nadzieję i przekonanie, że nasze narzędzia mogą być przydatne, ale nie rozwiążą one wszystkich waszych problemów, ponieważ na problemy życiowe nie ma prostych sposobów.

W pierwszej części książki przyglądamy się uważnie dwudziestu sferom życia potencjalnie nastręczającym kłopotów. W części drugiej wyjaśniamy po trosze nasze podejście. Ale zanim ruszymy w drogę, dobrze byłoby chyba nakreślić główne koncepcje filozofa i psychologa, który wywarł najsilniejszy wpływ na nasz stosunek do problemów życiowych: Arystotelesa. Jego dzieło to wyjątkowa gratka, jeśli chodzi o pytanie: jak żyć? Choć pisał ponad dwa tysiące lat temu i nie miał dostępu do różnego rodzaju wiedzy, którą teraz uważamy za oczywistą (i w efekcie pewne sprawy pojmował zupełnie opacznie), jego rozumienie kondycji ludzkiej jest bardziej wnikliwe i trafne niż wiele nowoczesnych teorii. Dla nas obojga Arystotelesowska koncepcja dobrego życia stanowi wielką inspirację, i cała ta książka nosi piętno jego filozofii. Mamy nadzieję, że zaprezentowanie podstaw naszego myślenia pozwoli czytelnikom lepiej zrozumieć zarówno związki między poruszanymi przez nas tematami, jak i problemy, którymi się tutaj nie zajmujemy.

Jeśli chcielibyście dowiedzieć się więcej, spróbujcie poczytać Etykę nikomachejską Arystotelesa. To właściwie zbiór notatek z wykładów, tu i ówdzie wymagający może samodzielnego dopowiedzenia, jednak naszym zdaniem wart wysiłku i zasługujący na często nadużywane miano "lektury obowiązkowej dla wszystkich".

Chociaż nasza książka jest dwugłosem, staraliśmy się, aby był to dwugłos harmonijny, by nasze głosy raczej uzupełniały się nawzajem, niż spierały ze sobą. Czy tej melodii da się słuchać, czy nie - zdecydujecie sami.

Rozdział 1 Najlepszy, jaki możesz być

Psycholog

Wyobraź sobie, że jesteś najlepszą możliwą wersją siebie. Jaki byś wtedy był, jaka byś była? Bardziej pewny siebie, tolerancyjny, bardziej towarzyska, wyluzowana? Czy demonstrowałabyś imponującą wiedzę na temat opery albo dziewiętnastowiecznej literatury rosyjskiej? Stałbyś się nonszalanckim poliglotą? Wspiął się na najwyższe szczeble kariery?

Idea samodoskonalenia jest głęboko zakorzeniona we współczesnej świadomości. Ukazuje się mnóstwo poświęconych temu książek. Ale nie zawsze jest jasne, jak właściwie powinniśmy się do tego zabrać. Kiedyś było to znacznie prostsze. Według Samuela Smilesa, autora wydanego w 1859 roku poradnika Self-Help, czyli "Jak sobie radzić", powinniśmy rozwijać w sobie szlachetne cnoty, takie jak pilność, wytrwałość i oszczędność. Obecnie samodoskonalenie może obejmować niemal wszystko, nawet umiejętność degustacji wina. A rady często bywają sprzeczne: czy na przykład rozwijamy się podczas nauki wyrażania emocji, czy raczej wtedy, gdy uczymy się je kontrolować?

Samorealizacja stała się imperatywem do tego stopnia, że poczucie niedorastania do oczekiwań dopada niekiedy nawet najbardziej spełnionych. Mamy też skłonność do obwiniania samych siebie za rozziew, jaki dostrzegamy między tym, do czego naszym zdaniem powinniśmy być zdolni, a tym, co się rzeczywiście dzieje w naszym życiu. Wyobrażamy sobie, że gdybyśmy tylko byli trochę bardziej przewidujący albo bardziej się przyłożyli, moglibyśmy w pełni wydobyć wszystkie swoje możliwości.

Choć pragnienie, by być lepszym człowiekiem, jest jak najbardziej godne podziwu, w myśleniu o nim łatwo zboczyć na manowce. Chyba najgorszy błąd stanowi obsesyjne dążenie do perfekcji. Dość często występuje obawa, że jeśli stracimy z oczu ten ideał, osuniemy się w gnuśną niefrasobliwość i nieróbstwo. Zarazem jednak można się zastanawiać, czy warto poświęcać zdrowie psychiczne na ołtarzu wysokich standardów. Ale czy naprawdę mamy do wyboru tylko jedno albo drugie? Może problemem jest właśnie nasze dychotomiczne podejście: perfekcja albo mierność, nieustający sukces albo jedna wielka porażka.

Albert Ellis, twórca terapii racjonalno-emotywnej (REBT), pisze sugestywnie o różnych "koniecznie" i "muszę", jakimi dręczymy samych siebie. Na przykład przekonanie, że aby być kimś wartościowym, musimy odnosić wyłącznie sukcesy - ani nie jest racjonalne, ani nie pomaga w życiu. Człowiek nie może być doskonały. A im bardziej trzymamy się tego, że musi nam się udać, tym mniej jest prawdopodobne, że tak będzie. Nadmierna koncentracja na wynikach bywa paraliżująca.

Stoicy, jak w wielu innych sprawach, także w tej kwestii zostawili nam użyteczną radę: używając łucznictwa jako metafory - chodzi o to, że powinniśmy dołożyć wszelkich starań, żeby strzelić możliwie dobrze, ale nie jesteśmy w stanie zagwarantować, że trafimy w dziesiątkę. Możemy się starać oddać celny strzał, lecz kiedy strzała wylatuje z łuku, już nie mamy na nią wpływu. Błędnie sądzimy, że powinniśmy być w stanie kontrolować rezultaty, podczas gdy panujemy jedynie nad własnym działaniem.

Paradoksalnie samodoskonalenie nie może się obejść bez zgody na niedoskonałość i bez tolerancji dla porażek. Pozbawione tego buforu dążenie do ulepszania siebie łatwo się zmienia w narcystyczny egocentryzm albo też samokrytyczny perfekcjonizm.

Innym potencjalnym błędem jest poczucie nadmiernej odpowiedzialności za to, co robimy z własnym życiem. Proszę mnie źle nie zrozumieć: to nic złego czuć się odpowiedzialnym. Dzięki temu możemy dążyć do zmian. Ale bylibyśmy niesprawiedliwi wobec samych siebie, gdybyśmy nie brali pod uwagę sytuacji, w jakiej się znajdujemy. Nie funkcjonujemy w próżni, a nasze położenie bardziej lub mniej sprzyja rozwojowi osobistemu. Być może w innych okolicznościach moglibyśmy dużo lepiej rozwinąć pewne talenty i przymioty, ale w naszym rzeczywistym życiu nie było akurat sprzyjających warunków.

Bywa wreszcie, że zanadto skupiamy się na porażkach, na tym, czego nie udało nam się osiągnąć. Musimy pogodzić się z tym, że samodoskonalenie nigdy nie obejmie wszystkich aspektów naszego życia, że gdy rozwijamy jedne możliwości, nieuchronnie zaniedbujemy inne. Nasze zasoby są ograniczone i nie zawsze jesteśmy w stanie poświęcać wszystkim zadaniom tyle samo energii. Na przykład wielu ludzi sukcesu przyznaje otwarcie, że nie są tak dobrymi ludźmi, przyjaciółmi czy partnerami, jakimi mogliby być. Nie możemy być najlepsi w każdej dziedzinie naszego życia. To po prostu część kondycji ludzkiej.

Ale straty w jednej sferze mogą oznaczać zyski w innej i warto skupić się na tych możliwościach, które faktycznie wykorzystaliśmy. Może nie udało ci się rozwinąć talentów sportowych czy biznesowych, ale za to masz udane życie rodzinne, albo na odwrót. Biorąc pod uwagę nasze ograniczenia, powinniśmy starannie przemyśleć, w co zainwestujemy energię. Na przykład dobrze jest ćwiczyć pamięć, ale jeśli poświęcimy temu za dużo czasu i sił, zaniedbamy inne możliwości czy sprawy.

Oczywiście nie znaczy to, że mamy radośnie pogodzić się ze swoją niedoskonałością i uznać ją za wymówkę, żeby sobie odpuścić. Jednak tylko wtedy, kiedy ją zaakceptujemy, będziemy mogli zdobyć się na wyrozumiałość wobec siebie i innych, gdy sukces okaże się ulotny.

Idealny cel, by stać się najlepszą wersją siebie, powinno się postrzegać właśnie tak: jako ideał. Skupmy się więc na tym, by dokładać wszelkich starań, zarazem akceptując fakt, że niedoskonałość jest nieuchronna. Japoński psychiatra Shoma Morita, twórca terapii Mority, proponuje chwytliwą formułę: "Bądź najlepszym niedoskonałym sobą, jakim zdołasz".

Dręczące poczucie niezadowolenia, że nie wykorzystaliśmy własnego potencjału, powinno się interpretować konstruktywnie, jako ukrytą wskazówkę tego, co jest dla nas ważne. Wyrażenie potrzeby czy pragnienia, by rozwijać pewne dziedziny naszego życia w taki sposób, z jakiego dotychczas nie korzystaliśmy, może nam pomóc skierować nasze działania na inne tory, dające więcej satysfakcji. Ale w tym przypadku, podobnie jak w wielu innych, kierunek podróży jest ważniejszy niż jej cel.

Filozof

W latach dwudziestych XX wieku francuski psycholog Émile Coué dowodził, że poprzez recytację mantry: "Każdego dnia, pod każdym względem, staję się coraz lepszym człowiekiem", możemy, dzięki sile sugestii, sprawić, że stanie się to prawdą.17 Czy takie techniki dają upragniony efekt, czy też nie? Oczywiście byłoby cudownie, gdyby działały. Bo przecież nie może być gorzej, skoro jest lepiej.

Wizja kogoś, kto na przykład na okrągło ćwiczy grę na wyimaginowanej gitarze, mogłaby wystarczyć, by podważyć założenie, że nie ma czegoś takiego jak przesada w dążeniu do perfekcji. Jeśli chodzi o stawanie się lepszym, postępy w pewnych dziedzinach są ważniejsze niż w innych.

Weźmy różnicę między czymś, co można by nazwać życiem moralnym, a życiem w rozkwicie. Stawać się moralnie lepszym to znaczy traktować innych lepiej i mieć bardziej pozytywny wpływ na świat. Rozkwitanie oznacza, że twoje życie jest lepsze: zdrowsze, pełne bogatszych przeżyć i głębszych relacji. Podczas dążenia do tego drugiego rodzaju rozwoju zwykle skupiamy się na tym, co przynosi nam najwięcej korzyści: utrata wagi, opanowanie nowego języka, kontrola nad impulsywnością i tak dalej.

Interesujące jest dla mnie to, że ludzie często uzasadniają te zamierzenia, podkreślając ich wymiar altruistyczny. Jeśli staniemy się lepsi, będziemy też bardziej interesujący i sympatyczni dla innych, mówią. Nawet w przypadku tego najbardziej narcystycznego spośród celów, jakim jest osobiste szczęście, ludzie cytują badania, z których wynika, że ten, kto jest szczęśliwy, jest też bardziej hojny, współczujący i troskliwy wobec innych.

Tkwi w tym trochę prawdy: etyczne postępowanie zwykle pomaga osiągnąć poczucie rozkwitu. Ale przekonanie, że jedno zawsze pociąga za sobą drugie, jest z pewnością zbyt optymistyczne. Bywają zadowoleni z życia, spełnieni egoiści i są też święci, którzy rujnują własne zdrowie, rezygnują z majątku albo życia rodzinnego w imię wyższego dobra.

Kiedy nadmiernie koncentrujemy się na samodoskonaleniu, ryzykujemy, że skupimy się na doskonaleniu samym w sobie i zepchniemy wymiar moralny na drugi plan. By na nowo odpowiednio ustalić sobie priorytety, możemy zacząć od odrzucenia słowa "samo" i po prostu dążyć do rozwoju, we wszelkich jego przejawach. Mantrę Couégo można przeformułować następująco: "Każdego dnia staram się być wyraźnie coraz lepszy".

Rodzi się pytanie, co właściwie chcemy ulepszyć i jak daleko powinniśmy się w tym posunąć. Ludzie uważają zwykle, że starają się jak najlepiej wykorzystać swój potencjał. Niemal wszyscy myślą, że wiedzą, jaki on jest, wielu też sądzi, że dostrzega go w innych, chociaż to, czy on w ogóle istnieje, czy nie, zależy z definicji od rozwinięcia czegoś, czego jeszcze nie ma. Na przykład stwierdzić, że ktoś ma potencjał, żeby zostać wybitnym tenisistą, oznacza założenie, że jeszcze nim nie jest. Kiedy więc myślimy o tym jako o jeszcze niezrealizowanych możliwościach, zmiana możliwości w rzeczywistość wiąże się zwykle z dużo większym stopniem niepewności, niż zakłada się w potocznym myśleniu o potencjale.

Przede wszystkim, z bardzo wielu powodów może się nie udać zrealizować tego, co jest tylko możliwe. Może nas zawieść siła woli, zasoby emocjonalne, albo na przeszkodzie staną nam okoliczności. Możemy się też mylić. Na przykład wielu aspirujących artystów musiało się na pewnym etapie pogodzić z brutalną prawdą, że są tylko dobrzy i nie mają tego, co czyni kimś wyjątkowym. Potencjał, który młodym ludziom wydaje się nieograniczony, w oczach kogoś bardziej doświadczonego zaczyna mieć wyraźne granice.

Jean-Paul Sartre potępiał potencjał za fałszywą pociechę, jaką dają nam myśli o tym, kim to moglibyśmy się stać, gdyby nie okoliczności. Według niego człowiek jest "tylko tym, czym siebie uczyni"18. To fałszywa pociecha mówić sobie, że moglibyśmy zrobić więcej, gdyby tylko okoliczności były bardziej sprzyjające. Sartre twierdzi, że "liczy się tylko rzeczywistość, (...) marzenia, oczekiwania, nadzieje pozwalają zdefiniować człowieka jedynie jako marzenie zwodnicze, nadzieje poronione, oczekiwanie bezużyteczne"19. Rozmyślać nad potencjałem to określać siebie negatywnie, w kategoriach tego, czym nie jesteśmy, zamiast pozytywnie, poprzez to, czym jesteśmy. Niewykorzystany potencjał to jedynie hipotetyczna możliwość należąca do sfery marzeń, coś niby widmo obecne w naszym prawdziwym życiu.

Francuscy filozofowie zazwyczaj nie pozostawiają niedomówień i być może Sartre trochę przesadza. Ale z pewnością ma rację, gdy skłania nas do zastanowienia się nad tym, jak chętnie zakładamy, że wiemy, kim moglibyśmy być teraz lub kiedyś. Nikt nie może zajrzeć w przyszłość ani też w alternatywną przeszłość. Potencjał, którego nie staramy się aktywnie rozwijać, to jedynie hipotetyczna możliwość, z której możemy nawet nie zdawać sobie sprawy.

Dobrze więc dążyć do samorozwoju, pod warunkiem że unikamy przy tym narcyzmu oraz złudzeń co do własnego potencjału. Ale w takim razie jak daleko powinniśmy się posunąć? Mimo pułapek perfekcjonizmu myślę, że w pewnym sensie czasem warto dążyć do niedoścignionych ideałów. Inspiracją jest tu przeciwieństwo tej koncepcji, zasada przypisywana Kantowi, że "z powinności wynika możliwość"20. Innymi słowy, nie ma sensu mówić, że powinieneś coś zrobić, jeśli nie jesteś w stanie tego zrobić. Nie można powiedzieć biedakowi, że powinien dać milion funtów na cele dobroczynne.

Wydaje się to oczywiste, dlatego zdziwiło mnie, kiedy filozof Simon Critchley powiedział mi kiedyś, że jego zdaniem w etyce powinność implikuje niemożność.21 Powinniśmy wyznaczać sobie standardy wyższe, niż kiedykolwiek będziemy w stanie osiągnąć, ponieważ gdy tylko osiądziemy na laurach, będziemy zgubieni. W podobnym duchu jest zalecenie Jezusa, by kochać bliźniego jak siebie samego. Nie chodzi o to, by nam się to faktycznie udało. Raczej właśnie dlatego, że nigdy nie możemy uznać, że wspięliśmy się wystarczająco wysoko, staramy się wspiąć jeszcze wyżej.

Ważne jest, by dostrzec, że to nie to samo co typowy perfekcjonizm. Nieosiągalne aspiracje mają sens tylko wtedy, kiedy sensowne są etapy, jakie musimy pokonać po drodze. Jeśli na przykład chcesz się znaleźć w określonym czasie w określonym miejscu, nie ma sensu zatrzymywać się w połowie drogi. Ale z drugiej strony, jeśli pragniesz być najlepszym w kraju muzykiem grającym na ukulele, a ostatecznie jesteś tylko najlepszy w mieście, warto było się starać. Problem perfekcjonisty polega na tym, że zazwyczaj nie zadowoli się drugim miejscem na podium. W tym przypadku powinien albo zwalczyć w sobie podejście "wszystko albo nic", albo zadbać o to, by z narzuconymi sobie powinnościami szły w parze realistyczne możliwości.

Poza tym dążenie do niemożliwego doprowadzi cię do obłędu, jeśli nie będziesz pamiętać, że tak naprawdę to coś poza zasięgiem twoich możliwości. Jeśli wmawiasz sobie, że faktycznie możesz to zrobić, skazujesz się na życie w poczuciu niespełnienia. Problem z większością perfekcjonistów polega bowiem nie na tym, że dążą do perfekcji, ale na tym, że wierzą, iż mogą ją osiągnąć.

Droga Arystotelesa

Mądrość praktyczna

Powiedzieć, że Arystoteles był filozofem, to za mało. Był najprawdopodobniej najwybitniejszym wszechstronnym umysłem w historii ludzkości. Nie tylko napisał fundamentalne dla filozofii dzieła dotyczące abstrakcyjnych problemów logiki i metafizyki, lecz zajmował się także przyrodoznawstwem, teatrem oraz tym, jak nadać ład ludzkiemu życiu. Jego zdolność do płynnego przechodzenia od spraw abstrakcyjnych do konkretów uwidacznia się najlepiej w pismach poświęconych etyce, a zawarta jest w idei, która stanowi dla niego główny filar dobrego życia: mądrości praktycznej, fronesis. Gdybyśmy ją posiedli, umielibyśmy niezawodnie właściwie osądzić, jak postępować w różnych sytuacjach.

Pytanie tylko, jak mamy ją w sobie rozwijać. Przede wszystkim powinniśmy się zastanowić, co jest dla nas ważne, oraz uświadomić sobie, co składa się na dobre życie. Konieczne są też umiejętności, które pozwoliłyby nam przełożyć to zrozumienie na praktykę. A są to: zdolność jasnej oceny samego siebie, własnego położenia, innych ludzi, tego, co jest, a co nie jest możliwe; sztuka dokonywania wyborów i oceny możliwych celów oraz znajdowania najlepszego sposobu ich realizacji, obserwowania skutków oraz wykorzystywania wniosków z tych obserwacji do przystosowania i zmiany.

Jednak umiejętność podejmowania dobrych decyzji to tylko pierwszy krok. Równie ważne jest to, by odpowiednie działania wypływały z owych postanowień bez nadmiernego wysiłku. Lepiej z zaciśniętymi zębami starać się trzymać własnych ustaleń, niż wcale nie wprowadzać ich w życie, ale byłoby idealnie, gdybyśmy mogli kierować się nimi naturalnie i bez wysiłku. Nad tym procesem musi czuwać rozum uruchamiający działania i nawyki, które pomagają nam uzyskać odpowiednie przymioty i cechy. W ten sposób łatwiej nam odruchowo robić to, co należy, bez zastanawiania się nad każdym krokiem.

W tej umiejętności nie ma niczego mistycznego ani tajemniczego. Koncepcje Arystotelesa znajdują zaskakującą analogię w obecnym we współczesnej psychologii pojęciu "intuicji eksperckiej". Kiedy ktoś staje się specjalistą w dowolnej dziedzinie, najwłaściwsze rozwiązanie pojawia się samo, nie trzeba nawet wyjaśniać, jakie argumenty za nim stoją. Oczywiście zawsze możemy popełnić błąd w ocenie, dobrze jest więc uświadomić sobie powody własnej decyzji. Ale i tak bezpośrednie uzasadnienie nierzadko pojawia się po fakcie, i to zupełnie wystarczy, ponieważ często musimy polegać na fachowcach, jeśli chcemy szybko podjąć decyzję. W tym sensie mądrość praktyczna to po prostu doskonałe opanowanie sztuki życia.

Mądrość praktyczną posiąść niełatwo, Arystoteles daje nam jednak użyteczne narzędzie, które pomaga o niej myśleć. To zasada umiaru, złotego środka. Chodzi o to, że nie stajemy przed zero-jedynkowym wyborem, czy na przykład być asertywnym, czy nieasertywnym, przebojowym czy nieśmiałym, hedonistą czy ascetą. Musimy za to znaleźć właściwe dla nas i naszego położenia miejsce na pewnej skali. Tym miejscem jest złoty środek. Oto jak pisze o tym Arystoteles:

I tak obawiać się, być odważnym, pożądać, gniewać się, litować się i w ogóle radować się i smucić się można i zbytnio, i za mało, a w obu tych wypadkach niewłaściwie; doznawać zaś tych namiętności we właściwym czasie, z właściwych przyczyn, wobec właściwych osób, we właściwym celu i we właściwy sposób - to właśnie jest drogą zarówno środkową, jak i najlepszą, i to też jest istotną cechą dzielności etycznej; podobnie istnieje także nadmiar, niedostatek i środek w odniesieniu do postępowania.1

Ale środek nie jest tylko mdłym umiarkowaniem. Nie powinniśmy zawsze starać się miarkować gniewu: niektóre sytuacje wymagają wielkiego gniewu (choć sposób jego wyrażenia to inna kwestia), a inne - ani trochę. Złoty środek powinien być precyzyjnie dostosowany do naszych szczególnych uwarunkowań. Arystoteles mówi to bardzo wyraźnie, twierdząc, że ów złoty środek w odniesieniu do ludzkich działań nie oznacza średniej matematycznej. Weźmy na przykład wagę. Pięćdziesiąt kilogramów to za mało jak na mężczyznę o wzroście metr osiemdziesiąt, a sto kilogramów to za dużo. Ale matematyczna średnia - siedemdziesiąt pięć kilogramów - niekoniecznie jest dobra dla każdego. Tancerz o delikatnej budowie musi być lżejszy, kulturysta zaś bliższy górnej granicy. Podobnie jest z wieloma innymi sprawami związanymi z dobrym życiem - nie ma żadnego wzoru, który pozwalałby obliczyć złoty środek.

Może zazwyczaj nie myślimy o tym w takich kategoriach, jednak wiele życiowych trudności polega w istocie na zmaganiach w poszukiwaniu środka. Chcemy śmielej podejmować ryzyko, być bardziej pewni siebie, bardziej cierpliwi, bardziej wytrwali, bardziej odporni na natychmiastowe gratyfikacje. Zastanawiamy się niekiedy, czy wymagamy od siebie zbyt wiele, czy też za mało, w jakim momencie tolerancja zmienia się w całkowitą uległość, a odwaga - w brawurę, gdzie jest równowaga pomiędzy osiąganiem celów a zadowoleniem z życia. Tego rodzaju napięcia uwidaczniają się w przypadku wielu życiowych problemów omawianych w tej książce.

Środek niekiedy trudno znaleźć, Arystoteles jednak podsuwa dwie zdroworozsądkowe zasady, którymi można się kierować w takich sytuacjach. Jedna to żeby trzymać się z dala od tej skrajności, która może nam bardziej zaszkodzić. Kiedy widzisz znak ostrzegający przed niedźwiedziami, czy tchórzostwem jest zawrócić, czy lepszym rozwiązaniem jest śmiało przeć naprzód? Jeśli naprawdę nie masz pewności, zawróć: lepiej stracić okazję do przyjemnej przechadzki, niż zostać rozszarpanym przez rozzłoszczonego grizzly. Druga zasada to unikać tego rozwiązania, ku któremu popycha nas nasza natura. W każdej sferze ludzkich zachowań większość z nas skłania się bardziej ku jednemu biegunowi. Jeśli na przykład masz skłonność do przesadnej ostrożności, możesz łagodnie pokierować sobą w stronę złotego środka i małymi krokami zmierzać ku większej śmiałości.

Dążenie do złotego środka jest możliwe, ponieważ istoty ludzkie - w przeciwieństwie do innych obiektów we wszechświecie - mają zdolność zmiany. Jak ujmuje to Arystoteles:

(...) kamień, z natury w dół spadający, nie da się przyzwyczaić do wznoszenia się w górę, chociażby go ktoś usiłował przyzwyczaić, rzucając w górę niezliczoną ilość razy; nie da się też przyzwyczaić ani ogień do spadania w dół, ani żadna inna rzecz do niczego - wbrew swojej naturze.2

Tymczasem trwałe dyspozycje, które Arystoteles nazywa cnotami, "(...) nie stają się udziałem naszym ani dzięki naturze, ani wbrew naturze, lecz z natury jesteśmy zdolni do ich nabywania, a rozwijamy je w sobie dzięki przyzwyczajeniu"3.

Sami odpowiadamy za kształtowanie własnego charakteru, choć nasze zachowania są głęboko zakorzenione w doświadczeniach z dzieciństwa (i jak moglibyśmy teraz dodać - w dziedzictwie genetycznym). Jak jednak dokonać jakichkolwiek zmian? Przede wszystkim przez przyzwyczajenie. "Budowniczowie kształcą się, budując domy, a cytrzyści - grając na cytrze"4, pisał Arystoteles. "Tak samo stajemy się sprawiedliwi, postępując sprawiedliwie, umiarkowani przez postępowanie umiarkowane, mężni przez mężne zachowywanie się"5. I znów poczynione przed wiekami spostrzeżenie Arystotelesa znajduje potwierdzenie we współczesnych badaniach psychologicznych. Różne formy terapii behawioralnej są skuteczne właśnie dlatego, że zmiana sposobu działania może wpłynąć na to, jak myślimy i jak się czujemy.

Celem owego kształtowania samego siebie nie jest bezmyślny automatyzm, tylko połączenie racjonalnego namysłu z odruchowymi reakcjami. Arystotelesowski opis wzajemnych powiązań instynktu i refleksji znajduje odzwierciedlenie we współczesnych "dualnych" modelach mózgu, takich jak ten przedstawiony przez psychologa Daniela Kahnemana. Opisuje on dwa systemy: System 1 związany jest z myśleniem szybkim, automatycznym, nieświadomym, System 2 z wolnym, świadomym namysłem.6 Chociaż Kahneman podkreśla, że ten drugi ma niewielką kontrolę nad tym pierwszym, wydaje się oczywiste, że rozum może wywrzeć pośredni wpływ na niektóre odruchowe reakcje i na przykład zapoczątkować zmianę nawyku.

Nie przychodzi to jednak łatwo. Jeśli, powiedzmy, mamy naturalną skłonność do zniecierpliwienia i postanawiamy ćwiczyć się w cierpliwości, z początku jedynym rozwiązaniem będzie działać wbrew sobie i kontrolować swoje zachowanie, hamować odruch, żeby się wtrącić, nie czekać na innych albo z czegoś zrezygnować. Ale jeśli wytrwamy, w końcu nie tylko będziemy postępować tak, jak chcieliśmy, lecz nasze działania będą wynikać z uczuć. Cnotę, czyli doskonałość (tłumaczoną też jako dzielność, gr. arete), osiągamy wtedy, kiedy skłonność i świadomy namysł harmonijnie łączą się ze sobą.

Dobre życie

Mądrość praktyczna zakłada dobre rozumienie tego, co w życiu ważne. Nie możesz na przykład osądzić, gdzie leży złoty środek między tchórzostwem a odwagą, dopóki nie masz jasnego rozeznania, czy coś jest w ogóle warte ryzyka i do jakiego stopnia. Właściwy stopień lojalności będzie się różnił zależnie od tego, jak ważne jest dla ciebie podtrzymywanie więzi społecznych i rodzinnych, kiedy jakieś względy każą je naruszyć. Każda decyzja o tym, które rozwiązanie jest najlepsze w danej sytuacji, wymaga założenia, jaki rodzaj życia jest lepszy, a jaki gorszy.

Ogólne twierdzenia na temat tego, jak należy żyć, budzą zazwyczaj naszą podejrzliwość i często wolimy postrzegać tego rodzaju wybory jako czysto subiektywne. Ale nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby jakieś elementy dobrego życia okazały się mniej lub bardziej uniwersalne, biorąc pod uwagę, jak wiele doświadczeń jest wspólnych wszystkim ludziom. Powinniśmy przynajmniej móc się zgodzić, że dobre ludzkie życie będzie wyglądało inaczej niż dobre życie kota czy świni. Tarzanie się w błocie bywa czasem zabawne, ale na dłuższą metę nie nadaje się jako sposób na życie dla człowieka.

Znalezienie najważniejszego składnika dobrego życia czy też zestawu takich składników od tysiącleci stanowi rodzaj salonowej gry filozoficznej. I przez cały ten czas główni kandydaci pozostają niezmienni. Na przykład Richard Layard uważa, że ma mocne empiryczne podstawy, by wskazać pięć najważniejszych dla szczęścia elementów: relacje rodzinne, sytuacja finansowa, praca, społeczność i przyjaciele oraz zdrowie.7 Chociaż Arystotelesa interesuje raczej pełnia życia niż szczęście (patrz rozdział "Kłopot ze szczęściem" w części I), zaczyna rozważania od kilku spośród tych samych podejrzanych co zwykle.

W przeciwieństwie do wielu innych filozofów swoich czasów Arystoteles uważał, że pewien poziom komfortu materialnego to istotna część dobrego życia, "sama bowiem natura ludzka nie wystarcza do teoretycznej kontemplacji, lecz trzeba też zdrowia fizycznego i pożywienia, i zaspokojenia innych potrzeb"8. Ale pieniądze, tak samo jak zdrowie, to tylko środek do celu, szybko więc odrzuca je jako główny życiowy cel. Nie powinniśmy marnować życia na gromadzenie dóbr materialnych, które i tak możemy w każdej chwili stracić, kosztem bardziej wartościowych celów. Możemy wykorzystać nawet najtrudniejsze położenie, tak jak "szewc z powierzonych sobie skór wyrabia najpiękniejsze obuwie"9.

Jeśli chodzi o zdobycie sławy czy renomy, do czego powszechnie się dąży w naszych czasach, według Arystotelesa to także nie może być głównym celem w życiu. Sława nie tylko bowiem zanadto zależy od innych ludzi i obrotów fortuny, lecz jest też czymś zbyt przypadkowym. Błędem jest pragnąć sławy dla niej samej, ponieważ to nie zaszczyty się liczą, ale szacunek dobrych ludzi w uznaniu naszych rzeczywistych zalet.10

Psycholodzy powszechnie uważają, że relacje z ludźmi są istotne dla naszego dobrostanu. Niestety poświęcone temu badania skupiają się raczej na ilości niż na jakości, sugerując, że istnieje coś takiego jak idealna liczba przyjaciół. Jak wynika z jednego z nich - to, ilu przyjaciół ktoś ma w szkole, stanowi dobry wskaźnik jego przyszłej zamożności, przy czym każdy kolejny przyjaciel zwiększa zarobki dorosłego człowieka o dwa procent11. Arystoteles podchodzi do tego bardzo rozsądnie i stwierdza, że trudno byłoby mówić o dobrym życiu w przypadku kogoś zupełnie samotnego: "Bez przyjaciół nikt nie mógłby pragnąć żyć, choćby posiadał wszystkie inne dobra"12. W dobrym życiu powinni być inni ludzie, a zwłaszcza trwałe relacje oparte na szczerym wzajemnym podziwie, a nie tylko związki po prostu przyjemne czy użyteczne.

Jednak człowiek dobry jednocześnie "pragnie żyć sam z sobą"13, po części dlatego, że "filozof (...) może oddawać się swej czynności kontemplacyjnej, nawet jeśli jest sam" i w ten sposób jest "najbardziej samowystarczalny"14. Choć więc dobre relacje z innymi są ważne, raczej przyczyniają się do dobrego życia, niż o nim stanowią.

Arystoteles bierze również pod uwagę przyjemność. Na początku stwierdza surowo, że ludzie skupieni głównie na przyjemnościach cielesnych żyją życiem "odpowiednim dla bydła"15. Niemniej ostatecznie na różne sposoby broni stosownego poziomu przyjemności. Nawet czysto cielesne przyjemności są dobre, jeśli tylko zostaje zachowany umiar. Jesteśmy istotami cielesnymi, więc jeśli będziemy poświęcać zbyt mało uwagi przyjemnościom ciała, może to przeszkodzić naszym dążeniom do dobrego życia. Jedynie nadmierne folgowanie sobie jest niszczące i odciąga uwagę od bardziej interesujących celów.

Wielki filozof wskazuje także, że są różne rodzaje przyjemności, a najlepszym jej źródłem jest zaangażowanie się w jakąś wartościową działalność. To może brzmieć dość snobistycznie. Tak samo jak w przypadku Johna Stuarta Milla, który w XIX wieku odróżnił wyższe przyjemności sztuki i intelektu od niższych przyjemności cielesnych.16 Można podejrzewać, że filozofowie zanadto się starają uzasadnić przewagę swych ulubionych rodzajów przyjemności nad tymi, które woli hoi polloi. Jednak chodzi tu nie tyle o przeciwstawienie ciała umysłowi, ile o opozycję: intelektualne zaangażowanie - bierność. Pomyśl na przykład o słuchaniu muzyki. Możesz pozwolić, by po prostu przepływała przez ciebie, albo też słuchać świadomie, doceniając jej zalety. W pierwszym przypadku twoje przyjemne doznania będą miały charakter bardziej dziecięcy czy zwierzęcy, w drugim - specyficznie ludzki.

Ten akurat przykład nie jest może Arystotelesowski, ale rozróżnienie - tak, i jest to kluczowe rozróżnienie. Każdy rodzaj istoty żywej ma swą własną naturę czy funkcję, a dobre życie oznacza w każdym przypadku życie zgodnie z tą funkcją. Dobre życie w przypadku człowieka oznacza życie w zgodzie z naszą naturą rozumnych zwierząt. Może to brzmieć nieprzekonująco z dwóch powodów. Pierwszy jest taki, że obecnie podchodzi się bardziej sceptycznie do pojęcia natury ludzkiej, nie mówiąc już o naturalnej "funkcji". Drugi zaś jest taki, że stawianie racjonalności w centrum ludzkiego życia wydaje się dość snobistyczne i naiwne. Przecież irracjonalne odruchy kierują nami w dużo większym stopniu niż racjonalne.

Być może Arystoteles przeceniał ludzką racjonalność. Niemniej przywiązywał należytą wagę do naszej cielesnej natury, przy czym twierdził stanowczo, że powinien kierować nią rozum. Nie negował ani nie kazał tłumić tego, co mamy wspólne ze zwierzętami - po prostu uważał, że nie należy pozwolić temu sobą rządzić.

Jeśli chodzi o naturę ludzką, nie powinno się jej pojmować jako czegoś ściśle ustalonego i powiązanego z pojęciem naszej właściwej funkcji. Jeśli mówimy, że dobre życie jest życiem w zgodzie z własną naturą, oznacza to po prostu, że wydobywa ono najpełniej nasz potencjał jako istoty, która jest czymś więcej niż tylko zwierzęciem. To wymaga użycia rozumu, ale niekoniecznie w wyrafinowany sposób właściwy uczonym. Jak już mogliśmy się przekonać, centrum Arystotelesowskiej koncepcji dobrego życia stanowi mądrość praktyczna, a to jest coś, co jesteśmy w stanie w sobie rozwijać wszyscy, niezależnie od uzdolnień naukowych. Możemy mówić o rozumie ludzkim w szerokim sensie jako o przeciwieństwie bezmyślnego kierowania się instynktem.

Choć niektóre z poglądów Arystotelesa mogą się wydawać zbyt nakazowe - na przykład zgodnie z powszechną opinią uważał, że najlepszy sposób życia to życie kontemplacyjne - jego ogólna koncepcja jest zasadniczo pluralistyczna. Można ją wypełnić na wiele sposobów, ponieważ do specyficznie ludzkiego życia prowadzi wiele dróg. Czy będzie to życie skupione na nauce, sztuce, sporcie, rzemiośle, graniu w komediach czy altruizmie wobec obcych, jest to sposób życia niedostępny żadnemu innemu zwierzęciu, nawet szympansowi czy delfinowi.

Być człowiekiem to przede wszystkim posiadać zdolność do refleksji i dokonywania samodzielnych wyborów, nikt bowiem nie może dać nam łatwych odpowiedzi na pytanie, co powinniśmy zrobić. To, czego nam trzeba i co proponuje Arystoteles, to nie zestaw zaleceń, który umniejszałby naszą odpowiedzialność za własne decyzje, lecz filozofia życia, która pozwala dokonywać lepszych wyborów.