Filmy, których nigdzie nie grają - Yorick Goldewijk

Kup ebooka

40.00 zł
34.80 zł (40,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przepis na śmietnik

Weź idealnie płaską łyżeczkę trutki na szczury. Idealnie, czyli nie na oko. Należy użyć lupy. Bo kiedy chodzi o zachowanie precyzji, bardzo ważna jest precyzja. Kiedy chodzi o przepisy, należy dokładnie trzymać się przepisów, a kiedy o zasady - zasad. Zatem: idealnie płaską łyżeczkę trutki na szczury. Dodaj - również bardzo dokładnie odmierzone - pół filiżanki octu gospodarczego. Pięćdziesiąt gramów ości, ale tylko tych naprawdę twardych, które stają człowiekowi w gardle. Pełną butelkę mleczka do czyszczenia oraz dwie gąbki do naczyń, a na koniec dziesięć maluteńkich trujących jabłuszek. Wszystko to gotuj do miękkości w wielkim garze, aż cały dom zasnują zielone, żółte i brązowe opary. Gotowe! Tak, wedle autentycznego przepisu kulinarnej mistrzyni Cato, powstała Cornelia.

Cornelia przychodziła do nich sprzątać kilka razy w tygodniu. Dostawała za to pieniądze, ale nikt jej nie płacił za wtykanie nosa w nie swoje sprawy. Robiła to gratis. A zdaniem Cato sąsiadka wtykała nos absolutnie we wszystko, zwłaszcza w rzeczy, które zupełnie nie powinny jej obchodzić. Takie jak bałagan w pokoju Cato. Dla niej samej był to swojski rozgardiasz, w którym łatwo potrafiła odszukać to, czego akurat potrzebowała. Cornelia uważała jednak jej pokój za istny chlew, gdzie nie dało się znaleźć nic poza kawałkami spleśniałej pizzy. I mimo że rozwścieczona Cato bez końca powtarzała Cornelii, żeby trzymała łapy z dala od jej rzeczy, po powrocie ze szkoły i tak regularnie wchodziła do nieskazitelnie czystego pokoju, w którym wszystko zostało schowane do szafek i szufladek, złożone w kostkę, poukładane w stosiki bądź posortowane.

Słysząc w kuchni stukot szpilek Cornelii, Cato wzięła naprawdę spory łyk kawy. Przełknęła go z trudem. Wcale nie przepadała za kawą, ale piła ją, bo Cornelia mówiła, że to źle na nią działa.

"Kawa, cukier i cola to trucizny dla twojego ciała, kochanie - rozległ się słodki głosik sąsiadki w głowie Cato. - Jedyne, co z nich uwarzysz, to kolejne wybuchy gniewu".

Tyle że Cato wcale nie wybuchała gniewem. Okej, przy Cornelii czasem jej się zdarzało, ale ona doprowadziłaby do szału nawet leniwca.

"Zaraz znajdziemy im miejsce - powtarzała zawsze Cornelia. - Odrobinę miejsca w malusim śmietniczku w twojej głowie. I ślicznie zamkniemy go pokryweczką".

Tak wyglądało rozwiązanie Cornelii na wszystko, co choć trochę kłuło lub uwierało, wszystko, w co nieproszona wtykała nos: do śmietnika. Zamknąć oczy, ukryć, udawać, że czegoś nie ma.

A to sprawiało, że Cato dostawała furii.

Jeszcze raz się wzdrygnęła, zdjęła plecak z kuchennego stołu i ruszyła w stronę wyjścia, omal nie potrącając przy tym Cornelii. Sąsiadka omiotła ją przelotnym spojrzeniem i z dezaprobatą pokręciła głową. Zadarła nos, po czym zaczęła głośno węszyć.

- Znów czuję zapach kawy, kochanie.

Melodia z dawnych czasów

Na dworze wcale jeszcze nie było zimno, jesień ledwie się zaczęła. Trwały tygodnie ognistej czerwieni, głębokiego pomarańczu i jaskrawej żółci, tygodnie, w których słońce pozwala światu się żarzyć tuż przed tym, jak wszystko znieruchomieje. Cato lubiła jesień najbardziej ze wszystkich pór roku. To właśnie wtedy wszelkie sprawy stawały się bardziej znaczące - te, które wydarzyły się dawniej, i te, które miały dopiero nadejść. Oraz to wszystko, co działo się teraz, co w danej chwili zaczynało przemijać tuż pod nosem Cato. Pragnęła się zanurzyć w smutku jesieni. Szukała w internecie słowa, które by to opisało, a kiedy już je znalazła, okazało się przepiękne: "melancholia".

Cato wybrała się na drugi koniec wsi, na nieistniejącą łąkę. Przyjeżdżała tam prawie codziennie. Postawiła rower pod drzewem i położyła się oparta na łokciach na samym środku polanki. Zerwała źdźbło trawy, wsunęła je do ust i zaczęła się przyglądać ulicy, którą niespiesznie przeciągał poranek. Jakiś pan z torbą na zakupy, potem pani rozmawiająca przez telefon, kilka aut i rowerów, pierwsze spadające liście.

Nieistniejąca łąka tak naprawdę oczywiście istniała, bo inaczej Cato nie mogłaby na niej leżeć. Było jednak tak, jakby tylko ona jedna ją dostrzegała. Wszyscy widzieli spektakularny dom stojący po lewej stronie łąki. Jego jaskrawoczerwone framugi i niebieskie ściany wydawały się żywcem wzięte z przyszłości. Wszyscy widzieli również jeszcze bardziej spektakularny dom po prawej, z wieżyczkami strzelającymi ze ściany jak rakiety. Za to nieistniejąca łąka, umiejscowiona dokładnie pomiędzy tymi niesamowitymi budowlami, nie mieściła się w niczyim polu widzenia.

No, prawie niczyim. Bo Cato wyćwiczyła się w - jak sama to nazywała - "patrzeniu na opak". Chodziło o to, żeby nie przyglądać się rzeczom, które automatycznie przyciągają uwagę, lecz spoglądać tuż obok. Właśnie tam można było znaleźć cały świat, ukryty, choć doskonale widoczny.

Cato zawsze miała przy sobie aparat, żeby uwieczniać te niewidziane rzeczy. Nigdy nie pstrykała zdjęć zamyślonym ludziom, imponującym gmachom, romantycznym zachodom słońca ani niesamowitemu niebu. Fotografowała tylko to, co było tak nijakie i niepozorne, że nikt tego nie zauważał. Naprawdę nikt - jakby wcale tego nie było. Tak jak nieistniejącej łąki. Komputer Cato był pełen zdjęć ogródków przed domami, ogrodzeń, nisz, pomników, klamek. Rzeczy, które istniały, ale dla kogo? Kto by zauważył, gdyby ich zabrakło? A jeśli nie było nikogo, kto by to zrobił, to czy istniałyby naprawdę? Cato przypuszczała, że niekoniecznie. Może stawały się prawdziwe dopiero w chwili, gdy kierowała na nie obiektyw. Uważała, że to niesamowicie wspaniały pomysł.

To była pierwsza niedziela ferii jesiennych. Już minął sobotni chaos, a w powietrzu unosiła się rzadko słyszana cisza, jakby w bezkresie nieba gubił się każdy dźwięk.

Słońce grzało twarz Cato, a wraz z ciepłem w jej myślach znowu ni stąd, ni zowąd zjawiła się mama. Jej nagła obecność zawsze przyprawiała Cato o ciarki. Zdarzało się to coraz rzadziej, ale tego poranka już dwa razy. A choć Cato nie miała odwagi tego przyznać, wcale nie chciała spędzać go z myślami o mamie.

Wypluła źdźbło trawy, otworzyła plecak i wyjęła z niego dużą butelkę coli oraz stos komiksów.

Usiadła wyprostowana, tak aby promienie słoneczne padały dokładnie na czubek jej głowy. Czuła, jak gęsia skórka rozlewa się na plecy i ramiona, aż nawet palce u stóp zaczęły ją mrowić. Jakby łaskotały je lodowato zimne fale oceanu. Na twarzy Cato pojawił się uśmiech. Dziewczynka sięgnęła po komiks (Apokalipsa zombie 2: Rzeź króla małych zombie) i zaczęła czytać.

A gdy już miała zatopić się w lekturze, poczuła, że ktoś ją podgląda. Choć nieistniejąca łąka była opuszczona, wcale się taka nie wydawała. Cato była pewna, że zobaczy jakąś postać, jak tylko podniesie wzrok znad komiksu. Ale kiedy to w końcu zrobiła, nie ujrzała nikogo.

Wstała, okręciła się wokół własnej osi i powiodła wzrokiem po krzakach. Następnie pokręciła głową. Na pewno tylko jej się wydawało. Cornelia powiedziałaby, że dopuściła do siebie zbyt wiele bodźców, różnych niefortunnych fu-czuć (tak nazywała wszelkie uczucia, które jej się nie podobały, bo nie służyły Cato). Cornelia oczywiście wiedziała, jak sobie radzić z fu-czuciami.

- Sio z nimi. Do...?

(Mętny wzrok Cato)

- Do ś...?

(Mętny wzrok)

- Do śmie...

(Mętny wzrok)

- Do śmiet...

- Śmietany.

- Do śmietnika. Właśnie tak. Do śmietnika.

Fu-czucia fu-czuciami, ale kiedy Cato usiadła i sięgnęła po komiks, znów poczuła na sobie wścibskie spojrzenie. Starała się je ignorować, aż wreszcie nie wytrzymała i gwałtownie podniosła wzrok.

Pusto.

Westchnęła. Wszystko to zaczynało ją wkurzać. A najbardziej wkurzało ją, że nagle, ni z tego, ni z owego, w jej sercu rozbłysnęła iskierka nadziei. Jakby już od lat tliła się w jakimś zakamarku, wyczekując dobrego momentu, by wybuchnąć.

"Mama" - pomyślała Cato.

I od razu z żenady mało nie walnęła się w czoło.

- Durna szczeniara - wymamrotała.

"Do śmie..."

- Spadaj.

Znowu zajrzała do komiksu, ale nagle zupełnie odechciało jej się czytać. Kiedy w dodatku zaczęło padać, spakowała wszystkie bambetle i ponuro ruszyła do domu.

W całym domu pachniało środkami czystości, ale na szczęście sama Cornelia zdążyła już sobie pójść. Panowała całkowita cisza. Cato weszła do przedpokoju i rzuciła plecak w kąt. Nagle w dużym pokoju rozległ się pojedynczy brzdęk pianina.

Czyżby Cornelia jednak tu była? Może właśnie pucowała klawisze?

Cato po cichutku przekradła się przez przedpokój i zajrzała przez uchylone drzwi.

Przy pianinie siedział tata. Od tyłu wydawał się stary i nieporadny: wyginał swój wielki chudy tułów w pałąk nad klawiaturą i niezgrabnie usiłował zmieścić pod nią długie nogi. Jego palec wskazujący wciąż spoczywał na klawiszu. Tata wpatrywał się w okno po lewej stronie, tak że Cato częściowo mogła złowić jego spojrzenie. Było bardzo odległe, ale nie tak puste jak zazwyczaj. Przez ułamek chwili Cato zdawało się, że tata widzi tę samą przepiękną jesień co ona. Jakby wychynął ze swojej zabitej deskami fortecy i wziął głęboki wdech. Po czym zadrżał: dziewczynka ujrzała, jak dreszcz przebiega mu po plecach.

Tata nacisnął kolejny klawisz. I jeszcze jeden. Dodał lewą dłoń i zaczął grać. Powoli, łagodnie, spokojnie.

Tego pianina nikt nigdy nie używał. Stało sobie tylko po to, żeby łapać kurz i powoli brzydnąć. Na czarnym lakierze było mnóstwo szarych kropek, jakby ktoś spryskał instrument farbą. Cato uznała, że to na pewno przez środki czystości Cornelii.

W całym swoim życiu tylko kilka razy słyszała, jak tata gra - zawsze była to ta sama melodia i teraz też od razu ją rozpoznała. Nigdy nie słyszała jej nigdzie indziej, znała ją tylko z jego muzykowania.

Słuchała z zapartym tchem, podczas gdy tata niczym olbrzym powoli kołysał się na stołku w przód i w tył, a jego długie szczupłe palce poruszały się po klawiszach z taneczną gracją.

Nagle tata się wzdrygnął i czar prysł. Oderwał ręce od klawiatury, jakby nagle rozgrzała się do czerwoności. Podniósł się i podszedł do drzwi, zza których wyglądała Cato, ale niemal jej nie zauważył. Mało brakowało, a by ją przewrócił.

- Cześć, kochanie, jak tam w szkole?

- W niedziele szkoła jest zamknięta. Nawet podczas ferii jesiennych.

Tata był już w połowie schodów. Obrócił się i zerknął na córkę.

- No tak - odparł. - Rzeczywiście. Niedziela.

A potem wszedł na górę i zniknął w swojej sypialni.

Cato patrzyła jeszcze jakiś czas na puste schody, po czym weszła do dużego pokoju. Pianino stało dumnie na samym środku niczym jakiś monument. Ładnie wyglądało, ale Cato nie rozumiała, co tak właściwie tam robi. Wydawało się częścią innego mieszkania i innego życia.

Czasem miała poczucie, że wychowuje się w obcym domu pełnym nieznanych przedmiotów. Podczas gdy inne rodziny wieszały na ścianach zdjęcia, a na parapetach ustawiały drobiazgi opowiadające różne historie, u Cato i jej taty było jak w mieszkaniu pokazowym ze sklepu meblowego. Jakby skrupulatnie usunięto stamtąd wszystkie wspomnienia.

Usiadła do pianina i spróbowała powtórzyć melodię, którą przed chwilą grał tata. Szło jej naprawdę nieźle, w końcu znała ją na pamięć. Palce Cato prędko odnajdowały właściwe klawisze, aż nagle jej wzrok padł na karteczkę leżącą na pianinie. Była to wizytówka wydrukowana na jaskrawożółtym papierze. Wściekle różowy napis głosił:

Kino pani Kano

Filmy, których nigdzie nie grają,

a które zawsze chcieliście obejrzeć

Na odwrocie widniał adres. Cato go znała: dawniej mieściło się tam kino LUX, ale już od lat nie działało. Czy to tata dostał tę wizytówkę? I co to za "filmy, których nigdzie grają"?

Nagle drzwi wejściowe się otworzyły i rozległo się nucenie Cornelii. Cato wcisnęła wizytówkę do kieszeni spodni, po czym ruszyła do przedpokoju, żeby szybko pójść do siebie i jak najmniej mieć do czynienia z sąsiadką.

- A więc nasz gagatek już jest w domu - odezwała się Cornelia na widok Cato. Stojąc przy drzwiach z dwoma reklamówkami, uśmiechnęła się do niej słodziutko.

Cato nie odpowiedziała. Odwzajemniła słodziutki uśmiech, ale jednocześnie pokazała Cornelii środkowy palec ręki, którą wciąż trzymała w kieszeni. Następnie szybko pobiegła na górę, do swojego pokoju.