Rozdział 1
Co ja tu robię? Jak mogłem dać się na to
namówić? - narzekał L.M., czując, że kolacja drażni jego wrzody
żołądkowe.
- Jesteś tu, szefie, bo myślisz dalekowzrocznie i szybko podejmujesz
decyzje. Albo, ujmując to inaczej, musisz chwytać się brzytwy, bo jeśli
błyskawicznie czegoś nie zrobisz, Climactic Studios pójdą na dno. -
Barney Hendrickson nerwowo zaciągał się papierosem, którego trzymał w pożółkłych palcach, i patrzył niewidzącym wzrokiem na przesuwający się
bezgłośnie za oknem rolls-royce'a krajobraz jak z kanionu. - Albo,
ujmując to jeszcze inaczej, poświęcasz godzinę swojego czasu na zbadanie
prototypu urządzenia, które może się stać ostatnią deską ratunku dla
firmy.
L.M. skupiał całą uwagę na delikatnym zabiegu zapalenia hawańskiego
cygara z przemytu. Odciął jego koniec kieszonkową złotą gilotynką,
poślinił miejsce po amputacji, pomachał zapałką, czekając, aż wypalą się
wszystkie zawarte w niej chemikalia, a potem łagodnie tchnął życie w wysmukły, zielonkawy kształt. Auto zatrzymało się z majestatycznym
wdziękiem prasy hydraulicznej przy krawężniku, wyskoczył szofer, obszedł
je i otworzył drzwi. L.M. wyjrzał podejrzliwie, nie ruszając się z miejsca.
- Śmietnik. Jakim cudem na takim wysypisku śmieci miałoby się znaleźć
coś, co by mogło uratować nasze studio?
Barney bezskutecznie starał się wypchnąć nieruchomą, zwalistą postać z samochodu.
- Nie osądzaj pochopnie, L.M. W końcu kto by się spodziewał, że biedny
chłopak ze slumsów na East Side stanie się pewnego dnia szefem
największej wytwórni filmowej na świecie?
- To przytyk?
- Nie odbiegajmy od tematu - nalegał Barney. - Może wejdźmy najpierw do
środka i zobaczmy, co Hewitt ma do zaoferowania, a potem będzie czas na
wydawanie osądów.
L.M. niechętnie dał się poprowadzić po popękanych płytach chodnika pod
drzwi niegdyś wytwornego, o czym świadczyły zdobiące go sztukaterie, ale
teraz podupadłego budynku. Trzymając go mocno za ramię, Barney nacisnął
dzwonek. Musiał zadzwonić jeszcze dwa razy, nim zaskrzypiały drzwi i wyjrzał zza nich niski mężczyzna z wielką, łysą głową i okularami w grubych oprawkach na nosie.
- Profesorze Hewitt - rzekł Barney, popychając L.M. naprzód - oto
człowiek, o którym panu mówiłem, szef Climactic Studios, pan L.M.
Greenspan we własnej osobie.
- Ach tak, oczywiście, zapraszam... - Profesor łypnął dziwnie zza
okrągłych okularów i odsunął się na bok, robiąc im przejście.
Kiedy drzwi za jego plecami się zamknęły, L.M. westchnął z rezygnacją i pozwolił się sprowadzić trzeszczącymi schodami do piwnicy. Nagle
zatrzymał się w pół kroku na widok rzędów sprzętu elektrycznego, girland
kabli i buczącego aparatu.
- Co to jest? Wygląda jak stary plan Frankensteina.
- Pozwól profesorowi wyjaśnić. - Barney lekko go szturchnął, by ruszył
dalej.
- To dzieło mojego życia - oznajmił Hewitt, wykonując ręką nieokreślony
gest w stronę toalety.
- To coś jest dziełem pańskiego życia?
- Profesor ma na myśli te maszyny i aparat, tylko nie wskazuje ich zbyt
dokładnie - pospieszył z wyjaśnieniem Barney.
Profesor Hewitt ich nie słyszał. Był zajęty regulacją jakichś pokręteł
na tablicy sterowniczej. Buczenie stało się głośniejsze, a ze
spiętrzonej masy sprzętu zaczęły się sypać iskry.
- Tam! - Wskazał teatralnym gestem, tym razem z dużo większą precyzją,
metalową platformę ustawioną na grubych izolatorach. - To jądro
vremeatronu, gdzie dochodzi do przemieszczenia. Nie będę się silił na
tłumaczenie wam wzorów matematycznych, bo i tak nie zdołalibyście ich
zrozumieć, ani wchodził w skomplikowane szczegóły budowy tej maszyny.
Myślę, że najlepiej będzie po prostu zademonstrować jej działanie.
Pochylił się, pogrzebał pod stołem i wyciągnął zakurzoną butelkę po
piwie, którą postawił na platformie.
- Co to jest ten vremeatron? - zapytał podejrzliwie L.M.
- To. Teraz zademonstruję, jak działa. Umieściłem prosty przedmiot w polu, które zaraz aktywuję. Patrzcie uważnie.
Hewitt pstryknął włącznikiem i z transformatora w rogu wystrzelił łuk
elektryczny, mechaniczne buczenie przeszło w ryk, rozjarzyły się rzędy
rurek, a powietrze wypełnił zapach ozonu.
Widok butelki na krótko się zamazał, po czym hałas aparatury ucichł.
- Widzieliście przemieszczenie? Niezwykłe, co? - Promieniejąc z dumy,
profesor wyciągnął z maszyny rejestrującej długi pasek papieru pokryty
atramentowymi zygzakami. - Wszystko jest tu zapisane. Butelka cofnęła
się w czasie o siedem mikrosekund, a potem wróciła do teraźniejszości.
Wbrew temu, co twierdzą moi wrogowie, ta maszyna działa. Mój vremeatron
- nazwałem go tak od słowa vreme, co w serbsko-chorwackim oznacza
czas, na cześć mojej babki ze strony matki, która pochodziła z Mali
Lošinj - jest sprawnym wehikułem czasu.
L.M. westchnął i obrócił się w stronę schodów.
- Wariat - mruknął.
- L.M., wysłuchaj go. Profesor ma świetne pomysły. To, że w ogóle bierze
pod uwagę współpracę z nami, zawdzięczamy tylko temu, że wszystkie
instytucje odrzuciły jego prośby o fundusze na badania, bo jedyne, czego
mu trzeba, to tylko trochę grosza na udoskonalenie jego maszyny.
- Głupich nie sieją, sami się rodzą. Idziemy.
- Tylko go posłuchaj - prosił Barney. - Pozwól mu pokazać, jak wysyła tę
butelkę po piwie w przyszłość. To jest tak oszałamiające, że zapiera
dech w piersiach.
- Muszę od razu wyjaśnić, że każdy ruch w przyszłość napotyka barierę
czasu. Przemieszczenie w przyszłość wymaga nieskończenie więcej energii
niż przemieszczenie w przeszłość. Ale jest wykonalne... proszę się uważnie
przyjrzeć, co będzie się działo z tą butelką.
I raz jeszcze cud elektroniki zwarł się z siłami czasu i w powietrzu
rozległy się trzaski wyładowań elektrycznych. Butelka po piwie prawie
niezauważalnie zamigotała.
- Dość tego. - L.M. ruszył w kierunku schodów. - Aha, Barney, jesteś
zwolniony.
- Nie możesz jeszcze wyjść. Nie dałeś Hewittowi szansy na udowodnienie
jego tezy ani mnie choćby na jej wyjaśnienie. - Barneya przepełniała
złość na siebie, na tonącą firmę, która go zatrudniała, na ślepotę
ludzi, na daremność ludzkich wysiłków i na swoje zadłużenie w banku.
Skoczył za L.M. i wyrwał dymiącą hawanę z jego ust. - Zrobimy prawdziwy
pokaz, coś, co wreszcie docenisz.
- One są po dwa dolce za sztukę! Oddaj!
- Dostaniesz je z powrotem, ale najpierw się przyjrzyj. - Barney zrzucił
butelkę na podłogę i położył na platformie cygaro. - Który z tych
gadżetów służy do regulacji mocy?
- Poborem mocy steruje ten reostat, ale dlaczego pan pyta? Nie można
przedłużyć przemieszczenia w czasie bez spalenia całego sprzętu... Stój!
- Może pan kupić nowy, ale jeśli nie przekona pan L.M., zostanie z niczym, i dobrze pan o tym wie. W drogę!
Barney jedną ręką powstrzymał miotającego się profesora, a drugą włączył
pełną moc i nacisnął starter. Tym razem rezultaty były znacznie bardziej
spektakularne. Ryk przeszedł w upiorne wycie, od którego pękały bębenki
w uszach, rurki zapłonęły piekielnym ogniem, po metalowej konstrukcji
przebiegały ładunki elektrostatyczne, a wszystkim obecnym w piwnicy
włosy stanęły dęba i posypały się z nich iskry.
- Poraził mnie prąd! - wrzasnął L.M. i w tej samej chwili w ostatnim
przypływie energii wszystkie rurki rozgorzały oślepiającym blaskiem i trzasnęły.
W tym samym momencie zgasło światło.
- Tam, patrz tam! - krzyknął Barney, zapalając kciukiem swojego ronsona
i podsuwając go do platformy.
Była pusta.
- Jesteś mi winien dwa dolce.
- Patrz, zniknęło! Co najmniej na dwie sekundy, trzy... cztery... pięć...
sześć...
Nagle na platformie ponownie pojawiło się wciąż dymiące cygaro. L.M.
chwycił je i głęboko się zaciągnął.
- W porządku, no więc to faktycznie wehikuł czasu. Ale co to ma
wspólnego z kręceniem filmów albo ratowaniem Climactic?
- Pozwól, że ci wyjaśnię...
Rozdział 2
W gabinecie L.M. sześciu mężczyzn siedziało
półkolem przed jego biurkiem.
- Zamknijcie drzwi na klucz i przetnijcie kable telefoniczne - nakazał.
- Jest trzecia w nocy - zaprotestował Barney. - O tej porze nikt nie
może nas podsłuchać.
- Jeśli banki to zwietrzą, będę zrujnowany na całe życie, a może dłużej.
Przetnijcie te kable.
- Ja się tym zajmę - powiedział szef działu technicznego Climactic
Studios, Amory Blestead, wstając i wyjmując z kieszeni na piersi
śrubokręt izolacyjny. - No i w końcu tajemnica się wyjaśniła. Moi
chłopcy już od roku, średnio dwa razy w tygodniu, naprawiają te
przewody.
Pracował szybko, zdejmując pokrywki gniazdek i odłączając siedem
telefonów, interkom, telewizję wewnętrzną i Muzak. L.M. Greenspan
bacznie się temu przyglądał i przemówił ponownie, dopiero kiedy zobaczył
dziesięć luźno zwisających przewodów.
- Melduj. - Dźgnął palcem Barneya Hendricksona.
- W końcu wszystko gotowe, L.M. Całą niezbędną maszynerię vremeatrona
zamontowano na planie zdjęciowym Ślubu syna Kreatury z córką Istoty, a wydatki pokryto z budżetu filmu. Nawet udało nam się trochę
zaoszczędzić, bo maszyna profesora kosztowała mniej niż zwykła
scenografia...
- Bez dygresji!
- W porządku. Ostatnie sceny laboratoryjne do tego obrazu o potworach
nakręcono dziś po południu, to znaczy wczoraj po południu, zatrudniliśmy
więc paru facetów z obsługi w nadgodzinach, żeby wyczyścili całą
maszynerię. Jak tylko wyszli, my, tu obecni, załadowaliśmy ją na pakę
wojskowej ciężarówki z planu Starszego szeregowego z Brooklynu, a profesor podłączył wehikuł i wszystko sprawdził. Jest gotowy do wyprawy.
- Nie podoba mi się ta ciężarówka: zauważą jej brak.
- Bez obawy, L.M., wszystko gra. Po pierwsze, jest z demobilu, a po
drugie, i tak chciano się jej pozbyć. Została legalnie wystawiona na
sprzedaż przez naszego stałego dostawcę i kupiona przez Texa. Jak
mówiłem, jesteśmy czyści.
- Tex, Tex... Kto to taki? A w ogóle co to za ludzie? - L.M. naburmuszył
się, tocząc podejrzliwym spojrzeniem po obecnych. - Chyba powiedziałem
ci wyraźnie, żebyś ograniczył ekipę do minimum i nie robił wokół tego
szumu, dopóki się nie przekonamy, jak to działa, bo jeśli wyniuchają to
banki...
- Ta ekipa to niezbędne minimum. Składa się tylko ze mnie, profesora,
którego znasz, Blesteada, szefa techników, który pracuje u ciebie od
trzydziestu lat...
- Wiem, wiem... ale ci trzej? - Wskazał palcem dwóch ciemnych i milczących
mężczyzn w lewisach i skórzanych kurtkach oraz wysokiego, nerwowego
osobnika o jasnych, rudawych włosach.
Barney ich przedstawił.
- Ci dwaj z przodu to Tex Antonelli i Dallas Levy, kaskaderzy...
- Kaskaderzy! Masz zamiar urządzać w tym filmie jakąś kaskaderkę z udziałem dwóch podrabianych kowbojów?
- Uspokój się, L.M. Potrzebujemy pomocy przy tym projekcie, ludzi
godnych zaufania, którzy potrafią trzymać język za zębami i wiedzą, co
robić w przypadku jakichś kłopotów. Dallas jest byłym żołnierzem sił
desantowych i zawodnikiem rodeo. Tex służył trzynaście lat w piechocie
morskiej i jest instruktorem walki wręcz.
- A ten trzeci?
- To doktor Jens Lyn z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles,
filolog. - Dryblas wstał nerwowo i szybko się ukłonił. - Specjalizuje
się w językach germańskich czy czymś takim i będzie naszym tłumaczem.
- Skoro wszyscy jesteście członkami zespołu, zdajecie sobie sprawę z wagi tego przedsięwzięcia? - zapytał L.M.
- Płaco mi za to, żebym trzymał gębe na kłódke - odparł Tex.
Dallas kiwnął w milczeniu głową na znak zgody.
- To niesamowita okazja - przemówił nagle Lyn z lekkim duńskim akcentem.
- Wziąłem roczny urlop naukowy i towarzyszyłbym wam jako konsultant
nawet bez tej hojnej gaży, bo tak mało wiemy o staronordyckiej mowie...
- Dobrze, dobrze. - L.M. machnął ręką, na razie usatysfakcjonowany. - No
to jaki jest plan? Wprowadź mnie w szczegóły.
- Musimy zrobić przebieg próbny - powiedział Barney. - Sprawdzić, czy
ten gadżet profesora rzeczywiście działa...
- Zapewniam was!
- A jeśli działa, zbieramy ekipę, piszemy scenariusz, a następnie
kręcimy film w plenerze. I to jakim! Na szerokim ekranie stanie przed
nami otworem cała historia! Będziemy mogli to wszystko sfilmować i zarejestrować...
- I uchronić studio przed bankructwem - wtrącił L.M. - Bez nadgodzin,
wydatków na scenografię, użerania się ze związkami zawodowymi...
- Uważaj pan! - syknął Dallas, łypiąc spode łba.
- Oczywiście nie dotyczy to waszego związku! - szybko poprawił się
L.M. - Cała tutejsza ekipa zostanie zatrudniona według standardowych, a nawet wyższych stawek, z należnymi dodatkami i premią. Myślałem o oszczędnościach innego rodzaju. Bierz się do roboty, Barney, póki się
nie rozmyśliłem, i nie wracaj bez dobrych wiadomości.
Odgłosy ich kroków odbijały się echem od stojących po obu stronach
betonowej alejki wielkich scen dźwiękowych, a kiedy przechodzili przez
plamy światła płynącego z umieszczonych w dużych odstępach lamp, ich
cienie przesuwały się najpierw przed, a potem za nimi. W ciszy
zalegającej w opustoszałym studiu nagle dotarło do nich, jak ogromnego
przedsięwzięcia się podjęli, i podświadomie zbili się w ciaśniejszą
grupę. Przed budynkiem stał strażnik, który zasalutował, gdy się do
niego zbliżyli, a jego głos przerwał ponurą ciszę:
- Cicho jak na cmentarzu. Nie ma żywej duszy.
- Znakomicie - powiedział Barney. - Pewnie zostaniemy tu do rana, poufny
projekt, wie pan, więc lepiej, żeby nikt się tu nie kręcił.
- Powiedziałem już kapitanowi, a on przekazał chłopakom.
Barney zamknął za nimi drzwi na klucz i zapaliły się lampy na
dźwigarach. Magazyn był pusty, jeśli nie liczyć kilku opartych o ścianę
zakurzonych płyt i szarooliwkowej ciężarówki z białą wojskową gwiazdą na
drzwiach i brezentową plandeką.
- Baterie i akumulatory naładowane - oznajmił profesor Hewitt,
wdrapawszy się na pakę i postukawszy w liczne tarcze. Odłączył i odłożył
ciężkie kable biegnące do skrzynki przyłączeniowej na ścianie. -
Zapraszam, panowie. W każdej chwili możemy rozpocząć eksperyment.
- Mógłby pan nazwać to jakoś inaczej? - zapytał nerwowo Blestead,
pożałowawszy nagle, że dał się namówić na udział w tym projekcie.
- Ja wskakuje do szoferki - powiedział Tex Antonelli. - Tam sie czuje w sam raz. Tako sześciokołówko zjeździłem cale Mariany.
Jeden za drugim wsiedli za profesorem na tył ciężarówki i Dallas spuścił
klapę plandeki. Większość miejsca zajmowały rzędy elektronicznej
maszynerii i benzynowy generator prądu, musieli więc usiąść na
skrzynkach ze sprzętem i zapasami.
- Jestem gotowy - oznajmił profesor. - Może na początek rzucimy okiem na
rok tysiąc pięćsetny?
- Nie - odparł stanowczym tonem Barney. - Niech pan nastawi licznik na
rok tysięczny, jak ustaliliśmy, i uruchomi wehikuł.
- Ale byłoby mniejsze zużycie energii, a ryzyko jeszcze...
- Niech pan teraz nie wymięka. Chcemy cofnąć się w czasie jak najdalej,
żeby nikt nie rozpoznał tej całej maszynerii i nie narobił nam kłopotów.
Poza tym zapadła decyzja, że robimy film o wikingach, a nie nową wersję
Dzwonnika z Notre Dame.
- To by był szesnasty wiek - sprostował Jens Lynn. - Chociaż ja bym to
datował raczej na wcześniejsze czasy, średniowieczny Paryż, około...
- Gotuj sie! - warknął Dallas. - Jak mamy lecieć, to przestańmy trzaskać
dziobami i w droge. Obijanie się i gadanie po próżnicy to strata czasu i psucie ducha w armii.
- Szczera prawda, panie Levy - rzekł profesor. Jego palce poruszały się
po pulpicie sterowniczym. - Przed nami rok tysięczny anno domini, a więc
w drogę! - Zaklął i zaczął gmerać przy pulpicie. - Tyle tu atrap
przycisków i tarcz, że się gubię - gderał.
- Robiliśmy te maszyny do horrorów - wyjaśnił Blestead stanowczo za
głośno. Miał twarz usianą kropelkami potu. - Musiały wyglądać
realistycznie.
- To znaczy, że wyglądają nierealistycznie, i tyle! - mruknął ze złością
profesor Hewitt, wprowadzając ostatnie poprawki, po czym przekręcił duży
wielobiegunowy przełącznik.
Pod wpływem nagłego obciążenia spotęgował się warkot prądnicy, nad
aparatem pojawiło się z trzaskiem wyładowanie elektryczne, po wszystkich
odkrytych powierzchniach zaczęły tańczyć zimne ognie, a członkowie
wyprawy poczuli, że stają im włosy na głowach.
- Coś poszło nie tak! - krzyknął zduszonym głosem Jens Lyn.
- Skądże - rzekł spokojnie profesor Hewitt, dokonując drobnych korekt
ustawienia. - To tylko efekt uboczny, wyładowanie elektrostatyczne bez
żadnego znaczenia. Tworzy się pole. Sądzę, że to czujecie.
Rzeczywiście czuli. Było to zdecydowanie nieprzyjemne doznanie, jakby
ich ciała ktoś mocno ścisnął w garści.
- Czuje sie, jakby ktoś wetknął mi w pępek wielki klucz i nakręcał flaki
- powiedział Dallas.
- Nie ująłbym tego w taki sposób, ale mam identyczne objawy - zgodził
się z nim Lyn.
- Włączam automatyczne sterowanie - powiedział profesor, wciskając jakiś
guzik i odsuwając się od pulpitu. - Przy maksymalnym poborze mocy
prostowniki selenowe w ciągu mikrosekundy przeniosą nas w przeszłość.
Możecie obserwować to tutaj, na tej tarczy. Gdy wskazówka dojdzie do
zera...
- Dwanaście - oznajmił Barney, zerkając na instrument i zaraz odwracając
się do Hewitta.
- Dziewięć - podał odczyt profesor. - Tworzy się ładunek. Osiem... siedem...
sześć...
- Dostaniemy dodatek za walke? - zapytał Dallas, ale nikt się nawet nie
uśmiechnął.
- Pięć... cztery... trzy...
Napięcie stało się trudne do zniesienia. Nikt nie był w stanie się
ruszyć. Wpatrywali się w przesuwającą się czerwoną strzałkę. Profesor
przekazywał głośno odczyty:
- Dwa... jeden...
Nie usłyszeli "zero", gdyż w tym ułamku wieczności zawiesił się nawet
dźwięk. Coś się z nimi stało, coś nieokreślonego i tak odmiennego od
normalnych doznań życiowych, że chwilę potem nie potrafili powiedzieć,
ani co to było, ani jak się czuli. W tym samym momencie zniknęły lampy w magazynie i jedynym źródłem światła było przyćmione lśnienie
instrumentów pokładowych. Za paką ciężarówki, gdzie jeszcze przed chwilą
znajdowało się jasno oświetlone pomieszczenie, widniała bezkształtna
szarość, nicość, od patrzenia na którą bolały oczy.
- Eureka! - krzyknął profesor.
- Kto chce łyka? - zapytał Dallas, wyjmując zza skrzynki, na której
siedział, kwaterkę whisky i korzystając ze znacznym uszczerbkiem dla jej
płynnej zawartości z własnego zaproszenia.
Butelka szybko przechodziła z rąk do rąk - nawet Tex sięgnął po nią z szoferki - i wszyscy czerpali z niej odwagę. Z wyjątkiem profesora,
który był zbyt zajęty instrumentami. Mruczał sam do siebie radośnie:
- Tak, zdecydowanie, zdecydowanie przenosimy się w czasie... w łatwym do
zmierzenia tempie... teraz także w przestrzeni... żebyśmy tylko nie
wylądowali w przestrzeni międzygwiezdnej albo pośrodku Pacyfiku... o rany,
nie! - Zerknął na ocieniony ekran i wprowadził kilka precyzyjnych
korekt. - Panowie, radzę, żebyście się czegoś mocno przytrzymali.
Starałem się jak najdokładniej obliczyć, oczywiście w przybliżeniu,
odległość do poziomu gruntu, ale boję się zrobić to zbyt precyzyjnie.
Nie chcę, żebyśmy wyłonili się pod ziemią, więc możliwy jest upadek z wysokości kilkunastu cali... Jesteście gotowi?
Wcisnął wyłącznik główny.
Najpierw osiadły tylne koła ciężarówki, a chwilę potem walnął z wielkim
hukiem o ziemię jej przód. Wstrząs rozrzucił ich po pace. Przez otwarty
tył wozu wlewało się oślepiające światło słoneczne, a świeża bryza
niosła odgłosy odległych fal bijących o brzeg.
- Jasny gwint! - wyrzucił z siebie Amory Blestead.
Szarość zniknęła i w jej miejsce pojawił się - ujęty przez górę plandeki
jak w ramy wielkiego okna widokowego - obraz schodzącej do oceanu
kamienistej plaży, o którą rozbijały się potężne fale. Nad wodą latały z krzykiem mewy, a dwie przestraszone foki prychnęły i plusnęły do wody.
- Nie kojarzę tej części Kalifornii - stwierdził Barney.
- To Stary Świat, nie Nowy - powiedział z dumą profesor Hewitt. - A dokładnie Orkady, gdzie w jedenastym wieku, a jesteśmy w roku tysiąc
trzecim, znajdowało się wiele osad wikingów. Niewątpliwie dziwi pana, że
vremeatron może dokonać przemieszczenia w przestrzeni, nie tylko w czasie, ale jest to czynnik...
- Odkąd wybrano Hoovera, nic mnie już nie dziwi - przerwał mu Barney,
czując, że teraz, gdy przybyli dokądś - lub do kiedyś - odzyskuje
kontrolę nad tym, co się z nim i wokół niego dzieje. - Bierzmy się do
roboty. Dallas, podnieś przód plandeki, żebyśmy widzieli, dokąd
jedziemy.
Po odsunięciu płachty również z tej strony ukazała się kamienista plaża,
wąski pas ziemi między wodą i półokrągłym pasmem klifów. Około pół mili
od nich w morze wybiegał cypel i przesłaniał dalszy widok.
- Ruszaj! - krzyknął Barney do szoferki. - Zobaczmy, co jest dalej.
- Sie robi - odparł Tex, przekręcając kluczyk w stacyjce.
Silnik zazgrzytał i zaskoczył. Tex wrzucił bieg i ciężarówka potoczyła
się z hurkotem po kamieniach.
- Chcesz pan to? - zapytał Dallas Barneya, wyciągając do niego pas z nabojami i rewolwerem w przypiętej kaburze.
Reżyser spojrzał na broń z niesmakiem.
- Zatrzymaj to. Pewnie sam bym się postrzelił, gdybym zaczął się bawić
czymś takim. Daj ten drugi Texowi, a sam weź karabin.
- Nie uzbroimy się na wszelki wypadek, dla własnego bezpieczeństwa? -
spytał Blestead. - Umiem się obchodzić z karabinem.
- Ale nie zawodowo, a trzymamy się przepisów związków zawodowych. Twoim
zadaniem jest pomagać profesorowi. Najważniejszy jest vremeatron. Bronią
zajmą się Tex i Dallas, dzięki czemu będziemy mieli pewność, że nie
dojdzie do żadnych wypadków.
- Alt for Satan! Spójrzcie na to! Takie piękne, że aż trudno mi
uwierzyć, że widzę to na własne oczy! - wybełkotał Jens Lyn, wskazując
przed siebie.
Ciężarówka objechała skałę i otworzył się widok na małą zatokę. Na
brzegu leżała toporna, poczerniała łódź wiosłowa, a tuż przy plaży stała
nędzna chata z niedbale ułożonych głazów i kęp darni, pokryta strzechą z wodorostów. Nie było widać nikogo, ale z otworu na jednym końcu dachu
wznosił się dym.
- A gdzie są ludzie? - zapytał Barney.
- To zrozumiałe, że widok i hałas ciężarówki musiały ich wystraszyć,
schronili się więc w domu - odparł Lyn.
- Zgaś silnik, Tex. Może trzeba było wziąć jakieś paciorki albo coś w tym stylu na handel z krajowcami?
- Obawiam się, że to nie są tacy krajowcy, jakich pan ma na myśli...
Jakby na potwierdzenie tych słów, otworzyły się nagle drzwi chaty i wypadł z nich mężczyzna, strasznie wrzeszcząc i wywijając nad głową
toporem o szerokim ostrzu. Podskoczył, trzasnął toporem o dużą tarczę na
lewym ramieniu i puścił się biegiem ze zbocza w ich stronę. Gdy się
zbliżył, sadząc wielkimi susami, dostrzegli, że ma czarny hełm z rogami,
rozwianą jasną brodę i bujne wąsy. Nadal rycząc niezrozumiale, zaczął
gryźć brzeg tarczy, a na usta wystąpiła mu piana.
- Widać, że się boi, ale bohaterski wiking nie może okazać strachu na
oczach niewolników i służby, którzy niewątpliwie przyglądają mu się z ukrycia w domu. A więc wzbudza w sobie szał bojowy...
- Niech pan sobie daruje ten wykład, doktorze. Dallas, możecie z Texem
jakoś powstrzymać tego faceta, zanim coś rozwali?
- Wpakowanie mu kulki powstrzyma go na amen.
- Nie! Mowy nie ma! W tym studiu nie popełni się morderstwa, nawet w obronie własnej.
- Dobra, jak pan chcesz... ale to podpada pod "narażenie życia", za co
należy sie premia.
- Wiem! Wiem! Ruszajcie, zanim...
Barneyowi przerwał głuchy odgłos uderzenia i brzęk, po którym rozległy
się jeszcze głośniejsze zwycięskie wrzaski.
- Rozumiem, co on mówi! - zachichotał radośnie Jens Lyn. - Chełpi się,
że wyłupił potworowi oko...
- Ten małpolud rozwalił przedni reflektor! - krzyknął Dallas. - Tex,
zajmij go, zara do ciebie dołącze. Odciągnij go stąd.
Tex Antonelli wysunął się z szoferki i pobiegł po plaży jak najdalej od
auta. Zobaczył to wściekły topornik i natychmiast ruszył za nim w pościg. Po mniej więcej pięćdziesięciu jardach Tex się zatrzymał,
podniósł z plaży dwa dobrze wygładzone przez morze kamienie wielkości
pięści i zaczął podrzucać jeden w dłoni jak piłeczkę bejsbolową,
spokojnie czekając, aż ogarnięty furią napastnik się zbliży. Z odległości pięciu jardów cisnął nim w jego głowę, a gdy tamten machnął
tarczą, by się zasłonić, walnął drugim kamieniem w jego tułów. Oba
kamienie znalazły się w powietrzu w tym samym czasie i chociaż pierwszy
został odbity tarczą, drugi trafił w żołądek wojownika, który przysiadł
z głośnym stęknięciem.
- Bleyoa1 - wycharczał powalony, potrząsając toporem.
- I nawzajem! No i co, koleś? Raz żem ci sypnoł, a ty już żeś rypnoł.
- Zwiążmy go - powiedział Dallas, wyłaniając się zza ciężarówki i kręcąc
nad głową pętlą lassa. - Profesor zaczyna sie trząść o swojo maszyne i chce sie stąd zwijać.
- Dobra, wystawie ci go.
Tex rzucił kilka powszechnych w piechocie morskiej obelg, ale nie
przebiły się przez barierę językową. Przeszedł więc na latynoski język
gestów, którego nauczył się w młodości, i szybkimi ruchami dłoni i palców pokazał wikingowi, że jest rogaczem i kastratem, przypisał mu
kilka paskudnych nawyków i zakończył najgorszym wyzwiskiem, klepiąc się
lewą ręką w biceps prawej, wskutek czego pięść tamtej wyskoczyła w górę.
Co najmniej jeden, a może więcej, z tych gestów musiał mieć podobną
wymowę już w XI wieku, gdyż wiking ryknął z wściekłości i dźwignął się z ziemi. Tex spokojnie dotrzymał mu pola, chociaż przy szarżującym
olbrzymie wyglądał jak pigmej. Topór wzniósł się ze świstem, ale owinęło
się wokół niego lasso Dallasa i w tej samej chwili Tex podciął
napastnikowi nogę. Zaledwie wiking runął z łomotem na piasek, obaj
kaskaderzy już na nim siedzieli. Tex unieruchomił go dźwignią na rękę, a Dallas szybko skrępował jak prosiaka. Po chwili wiking był bezbronny, z rękami przywiązanymi z tyłu do nóg, i ryczał z frustracji, gdy go wlekli
po kamieniach do ciężarówki. Tex niósł topór, a Dallas tarczę.
- Muszę z nim pomówić - powiedział Jens Lyn. - To rzadka okazja.
- Musimy natychmiast się stąd wynosić - popędzał profesor, przesuwając
delikatnie dźwignie wskaźników.
- Atakują nas! - zapiszczał Amory Blestead, wskazując drżącym palcem
chatę.
Ze zbocza pędziła ku nim horda obszarpanych mężczyzn ze zjeżonymi
włosami, uzbrojonych w zbieraninę mieczy, włóczni i siekier.
- Zabieramy się stąd! - nakazał Barney. - Wrzućcie tego prehistorycznego
drwala na pakę i zmiatamy. Po powrocie będzie pan miał mnóstwo czasu,
doktorze, żeby z nim pogadać.
Tex wskoczył do szoferki i chwycił z siedzenia rewolwer. Wymierzył w morze i strzelał, dopóki nie opróżnił wszystkich komór, jednocześnie
dodając gazu, włączając ocalały reflektor i naciskając klakson. Bojowe
okrzyki napastników przeszły w bojaźliwe zawodzenie; rzucili broń i uciekli do chaty. Ciężarówka zrobiła skręt do tyłu i ruszyła z powrotem
po plaży. Gdy dojechali do ostrego zakrętu za sterczącą z piasku skałą,
z jej drugiej strony rozległ się klakson i wyrwała zza niej inna
oliwkowa ciężarówka. Tex szarpnął kierownicę w lewo, o włos unikając
zderzenia i wjeżdżając kołami w rozpryskujące się fale. Drugi pojazd
przemknął obok nich z rykiem silnika.
- Niedzielny kierowca! - krzyknął Tex przez okno i dodał gazu.
Kiedy mijał ich tamten wóz, wjeżdżając w wyżłobione przez nich koleiny,
Barney Hendrickson zerknął na jego odkrytą pakę i kompletnie zbaraniał.
Zobaczył tam siebie chyboczącego się w podskakującym na kamieniach wozie
i szelmowsko uśmiechniętego. W ostatniej chwili, zanim ciężarówka
zniknęła za skałą, drugi Hendrickson podniósł kciuk i zagrał mu na
nosie. Barney upadł na skrzynię, gdy ciężarówka przyhamowała przed
skalną ścianą.
- Widzieliście to? - wykrztusił. - Co to było?
- Bardzo interesujące - rzekł profesor Hewitt, wciskając włącznik
generatora prądu. - Czas jest bardziej plastyczny, niż sobie
wyobrażałem. Dopuszcza dublowanie się linii zdarzeń, może ich
potrojenie, a nawet nieskończenie wiele pętli. Możliwości są
oszałamiające...
- Może łaskawie skończy pan z tym bełkotem i powie mi, co widziałem -
warknął Barney, przechylając prawie pustą już butelkę whisky.
- Widział pan siebie, a raczej widzieliśmy siebie, kiedy będziemy...
Obawiam się, że angielska gramatyka nie nadaje się do opisania takiej
sytuacji. Może lepiej byłoby powiedzieć, że widział pan naszą ciężarówkę
z sobą w niej w późniejszym czasie. To na tyle proste, że da się
zrozumieć.
Barney jęknął i osuszył butelkę do dna, po czym wrzasnął z bólu, bo
wiking zdołał się obrócić na podłodze i ugryzł go w nogę.
- Lepiej trzymaj pan nogi na skrzyniach - ostrzegł Dallas. - Jemu nadal
leci piana z gęby.
Ciężarówka zwolniła i Tex krzyknął:
- Podjeżdżamy do miejsca, gdzie żeśmy wylądowali. Widze, gdzie sie
zaczynajo ślady opon. Co teraz?
- Zatrzymaj się jak najbliżej miejsca przybycia. Dzięki temu będzie
łatwiej ustawić parametry. Przygotujcie się, panowie, zaczynamy powrotną
podróż w czasie.
- Troll taki yor oll!2- ryknął wiking.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Tchórz. [wróć]
Niech was wszystkich porwą trolle! (przedchrześcijański odpowiednik przekleństwa "niech was diabli porwą!"). [wróć]