Filmowy wehikuł czasu - Harry Harrison

Kup ebooka

39.99 zł
31.19 zł (21,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Co ja tu robię? Jak mogłem dać się na to namó­wić? - narze­kał L.M., czu­jąc, że kola­cja drażni jego wrzody żołąd­kowe.

- Jesteś tu, sze­fie, bo myślisz dale­ko­wzrocz­nie i szybko podej­mu­jesz decy­zje. Albo, ujmu­jąc to ina­czej, musisz chwy­tać się brzy­twy, bo jeśli bły­ska­wicz­nie cze­goś nie zro­bisz, Cli­mac­tic Stu­dios pójdą na dno. - Bar­ney Hen­drick­son ner­wowo zacią­gał się papie­ro­sem, któ­rego trzy­mał w pożół­kłych pal­cach, i patrzył nie­wi­dzą­cym wzro­kiem na prze­su­wa­jący się bez­gło­śnie za oknem rolls-royce'a kra­jo­braz jak z kanionu. - Albo, ujmu­jąc to jesz­cze ina­czej, poświę­casz godzinę swo­jego czasu na zba­da­nie pro­to­typu urzą­dze­nia, które może się stać ostat­nią deską ratunku dla firmy.

L.M. sku­piał całą uwagę na deli­kat­nym zabiegu zapa­le­nia hawań­skiego cygara z prze­mytu. Odciął jego koniec kie­szon­kową złotą gilo­tynką, pośli­nił miej­sce po ampu­ta­cji, poma­chał zapałką, cze­ka­jąc, aż wypalą się wszyst­kie zawarte w niej che­mi­ka­lia, a potem łagod­nie tchnął życie w wysmu­kły, zie­lon­kawy kształt. Auto zatrzy­mało się z maje­sta­tycz­nym wdzię­kiem prasy hydrau­licz­nej przy kra­węż­niku, wysko­czył szo­fer, obszedł je i otwo­rzył drzwi. L.M. wyj­rzał podejrz­li­wie, nie rusza­jąc się z miej­sca.

- Śmiet­nik. Jakim cudem na takim wysy­pi­sku śmieci mia­łoby się zna­leźć coś, co by mogło ura­to­wać nasze stu­dio?

Bar­ney bez­sku­tecz­nie sta­rał się wypchnąć nie­ru­chomą, zwa­li­stą postać z samo­chodu.

- Nie osą­dzaj pochop­nie, L.M. W końcu kto by się spo­dzie­wał, że biedny chło­pak ze slum­sów na East Side sta­nie się pew­nego dnia sze­fem naj­więk­szej wytwórni fil­mo­wej na świe­cie?

- To przy­tyk?

- Nie odbie­gajmy od tematu - nale­gał Bar­ney. - Może wejdźmy naj­pierw do środka i zobaczmy, co Hewitt ma do zaofe­ro­wa­nia, a potem będzie czas na wyda­wa­nie osą­dów.

L.M. nie­chęt­nie dał się popro­wa­dzić po popę­ka­nych pły­tach chod­nika pod drzwi nie­gdyś wytwor­nego, o czym świad­czyły zdo­biące go sztu­ka­te­rie, ale teraz pod­upa­dłego budynku. Trzy­ma­jąc go mocno za ramię, Bar­ney naci­snął dzwo­nek. Musiał zadzwo­nić jesz­cze dwa razy, nim zaskrzy­piały drzwi i wyj­rzał zza nich niski męż­czy­zna z wielką, łysą głową i oku­la­rami w gru­bych opraw­kach na nosie.

- Pro­fe­so­rze Hewitt - rzekł Bar­ney, popy­cha­jąc L.M. naprzód - oto czło­wiek, o któ­rym panu mówi­łem, szef Cli­mac­tic Stu­dios, pan L.M. Gre­en­span we wła­snej oso­bie.

- Ach tak, oczy­wi­ście, zapra­szam... - Pro­fe­sor łyp­nął dziw­nie zza okrą­głych oku­la­rów i odsu­nął się na bok, robiąc im przej­ście.

Kiedy drzwi za jego ple­cami się zamknęły, L.M. wes­tchnął z rezy­gna­cją i pozwo­lił się spro­wa­dzić trzesz­czą­cymi scho­dami do piw­nicy. Nagle zatrzy­mał się w pół kroku na widok rzę­dów sprzętu elek­trycz­nego, gir­land kabli i buczą­cego apa­ratu.

- Co to jest? Wygląda jak stary plan Fran­ken­ste­ina.

- Pozwól pro­fe­so­rowi wyja­śnić. - Bar­ney lekko go szturch­nął, by ruszył dalej.

- To dzieło mojego życia - oznaj­mił Hewitt, wyko­nu­jąc ręką nie­okre­ślony gest w stronę toa­lety.

- To coś jest dzie­łem pań­skiego życia?

- Pro­fe­sor ma na myśli te maszyny i apa­rat, tylko nie wska­zuje ich zbyt dokład­nie - pospie­szył z wyja­śnie­niem Bar­ney.

Pro­fe­sor Hewitt ich nie sły­szał. Był zajęty regu­la­cją jakichś pokrę­teł na tablicy ste­row­ni­czej. Bucze­nie stało się gło­śniej­sze, a ze spię­trzo­nej masy sprzętu zaczęły się sypać iskry.

- Tam! - Wska­zał teatral­nym gestem, tym razem z dużo więk­szą pre­cy­zją, meta­lową plat­formę usta­wioną na gru­bych izo­la­to­rach. - To jądro vre­me­atronu, gdzie docho­dzi do prze­miesz­cze­nia. Nie będę się silił na tłu­ma­cze­nie wam wzo­rów mate­ma­tycz­nych, bo i tak nie zdo­ła­li­by­ście ich zro­zu­mieć, ani wcho­dził w skom­pli­ko­wane szcze­góły budowy tej maszyny. Myślę, że naj­le­piej będzie po pro­stu zade­mon­stro­wać jej dzia­ła­nie.

Pochy­lił się, pogrze­bał pod sto­łem i wycią­gnął zaku­rzoną butelkę po piwie, którą posta­wił na plat­for­mie.

- Co to jest ten vre­me­atron? - zapy­tał podejrz­li­wie L.M.

- To. Teraz zade­mon­struję, jak działa. Umie­ści­łem pro­sty przed­miot w polu, które zaraz akty­wuję. Patrz­cie uważ­nie.

Hewitt pstryk­nął włącz­ni­kiem i z trans­for­ma­tora w rogu wystrze­lił łuk elek­tryczny, mecha­niczne bucze­nie prze­szło w ryk, roz­ja­rzyły się rzędy rurek, a powie­trze wypeł­nił zapach ozonu.

Widok butelki na krótko się zama­zał, po czym hałas apa­ra­tury ucichł.

- Widzie­li­ście prze­miesz­cze­nie? Nie­zwy­kłe, co? - Pro­mie­nie­jąc z dumy, pro­fe­sor wycią­gnął z maszyny reje­stru­ją­cej długi pasek papieru pokryty atra­men­to­wymi zyg­za­kami. - Wszystko jest tu zapi­sane. Butelka cof­nęła się w cza­sie o sie­dem mikro­se­kund, a potem wró­ciła do teraź­niej­szo­ści. Wbrew temu, co twier­dzą moi wro­go­wie, ta maszyna działa. Mój vre­me­atron - nazwa­łem go tak od słowa vreme, co w serb­sko-chor­wac­kim ozna­cza czas, na cześć mojej babki ze strony matki, która pocho­dziła z Mali Lošinj - jest spraw­nym wehi­ku­łem czasu.

L.M. wes­tchnął i obró­cił się w stronę scho­dów.

- Wariat - mruk­nął.

- L.M., wysłu­chaj go. Pro­fe­sor ma świetne pomy­sły. To, że w ogóle bie­rze pod uwagę współ­pracę z nami, zawdzię­czamy tylko temu, że wszyst­kie insty­tu­cje odrzu­ciły jego prośby o fun­du­sze na bada­nia, bo jedyne, czego mu trzeba, to tylko tro­chę gro­sza na udo­sko­na­le­nie jego maszyny.

- Głu­pich nie sieją, sami się rodzą. Idziemy.

- Tylko go posłu­chaj - pro­sił Bar­ney. - Pozwól mu poka­zać, jak wysyła tę butelkę po piwie w przy­szłość. To jest tak osza­ła­mia­jące, że zapiera dech w pier­siach.

- Muszę od razu wyja­śnić, że każdy ruch w przy­szłość napo­tyka barierę czasu. Prze­miesz­cze­nie w przy­szłość wymaga nie­skoń­cze­nie wię­cej ener­gii niż prze­miesz­cze­nie w prze­szłość. Ale jest wyko­nalne... pro­szę się uważ­nie przyj­rzeć, co będzie się działo z tą butelką.

I raz jesz­cze cud elek­tro­niki zwarł się z siłami czasu i w powie­trzu roz­le­gły się trza­ski wyła­do­wań elek­trycz­nych. Butelka po piwie pra­wie nie­zau­wa­żal­nie zami­go­tała.

- Dość tego. - L.M. ruszył w kie­runku scho­dów. - Aha, Bar­ney, jesteś zwol­niony.

- Nie możesz jesz­cze wyjść. Nie dałeś Hewit­towi szansy na udo­wod­nie­nie jego tezy ani mnie choćby na jej wyja­śnie­nie. - Bar­neya prze­peł­niała złość na sie­bie, na tonącą firmę, która go zatrud­niała, na śle­potę ludzi, na darem­ność ludz­kich wysił­ków i na swoje zadłu­że­nie w banku. Sko­czył za L.M. i wyrwał dymiącą hawanę z jego ust. - Zro­bimy praw­dziwy pokaz, coś, co wresz­cie doce­nisz.

- One są po dwa dolce za sztukę! Oddaj!

- Dosta­niesz je z powro­tem, ale naj­pierw się przyj­rzyj. - Bar­ney zrzu­cił butelkę na pod­łogę i poło­żył na plat­for­mie cygaro. - Który z tych gadże­tów służy do regu­la­cji mocy?

- Pobo­rem mocy ste­ruje ten reostat, ale dla­czego pan pyta? Nie można prze­dłu­żyć prze­miesz­cze­nia w cza­sie bez spa­le­nia całego sprzętu... Stój!

- Może pan kupić nowy, ale jeśli nie prze­kona pan L.M., zosta­nie z niczym, i dobrze pan o tym wie. W drogę!

Bar­ney jedną ręką powstrzy­mał mio­ta­ją­cego się pro­fe­sora, a drugą włą­czył pełną moc i naci­snął star­ter. Tym razem rezul­taty były znacz­nie bar­dziej spek­ta­ku­larne. Ryk prze­szedł w upiorne wycie, od któ­rego pękały bębenki w uszach, rurki zapło­nęły pie­kiel­nym ogniem, po meta­lo­wej kon­struk­cji prze­bie­gały ładunki elek­tro­sta­tyczne, a wszyst­kim obec­nym w piw­nicy włosy sta­nęły dęba i posy­pały się z nich iskry.

- Pora­ził mnie prąd! - wrza­snął L.M. i w tej samej chwili w ostat­nim przy­pły­wie ener­gii wszyst­kie rurki roz­go­rzały ośle­pia­ją­cym bla­skiem i trza­snęły.

W tym samym momen­cie zga­sło świa­tło.

- Tam, patrz tam! - krzyk­nął Bar­ney, zapa­la­jąc kciu­kiem swo­jego ron­sona i pod­su­wa­jąc go do plat­formy.

Była pusta.

- Jesteś mi winien dwa dolce.

- Patrz, znik­nęło! Co naj­mniej na dwie sekundy, trzy... cztery... pięć... sześć...

Nagle na plat­for­mie ponow­nie poja­wiło się wciąż dymiące cygaro. L.M. chwy­cił je i głę­boko się zacią­gnął.

- W porządku, no więc to fak­tycz­nie wehi­kuł czasu. Ale co to ma wspól­nego z krę­ce­niem fil­mów albo rato­wa­niem Cli­mac­tic?

- Pozwól, że ci wyja­śnię...

Rozdział 2

W gabi­ne­cie L.M. sze­ściu męż­czyzn sie­działo pół­ko­lem przed jego biur­kiem.

- Zamknij­cie drzwi na klucz i prze­tnij­cie kable tele­fo­niczne - naka­zał.

- Jest trze­cia w nocy - zapro­te­sto­wał Bar­ney. - O tej porze nikt nie może nas pod­słu­chać.

- Jeśli banki to zwie­trzą, będę zruj­no­wany na całe życie, a może dłu­żej. Prze­tnij­cie te kable.

- Ja się tym zajmę - powie­dział szef działu tech­nicz­nego Cli­mac­tic Stu­dios, Amory Ble­stead, wsta­jąc i wyj­mu­jąc z kie­szeni na piersi śru­bo­kręt izo­la­cyjny. - No i w końcu tajem­nica się wyja­śniła. Moi chłopcy już od roku, śred­nio dwa razy w tygo­dniu, napra­wiają te prze­wody.

Pra­co­wał szybko, zdej­mu­jąc pokrywki gniaz­dek i odłą­cza­jąc sie­dem tele­fo­nów, inter­kom, tele­wi­zję wewnętrzną i Muzak. L.M. Gre­en­span bacz­nie się temu przy­glą­dał i prze­mó­wił ponow­nie, dopiero kiedy zoba­czył dzie­sięć luźno zwi­sa­ją­cych prze­wo­dów.

- Mel­duj. - Dźgnął pal­cem Bar­neya Hen­drick­sona.

- W końcu wszystko gotowe, L.M. Całą nie­zbędną maszy­ne­rię vre­me­atrona zamon­to­wano na pla­nie zdję­cio­wym Ślubu syna Kre­atury z córką Istoty, a wydatki pokryto z budżetu filmu. Nawet udało nam się tro­chę zaosz­czę­dzić, bo maszyna pro­fe­sora kosz­to­wała mniej niż zwy­kła sce­no­gra­fia...

- Bez dygre­sji!

- W porządku. Ostat­nie sceny labo­ra­to­ryjne do tego obrazu o potwo­rach nakrę­cono dziś po połu­dniu, to zna­czy wczo­raj po połu­dniu, zatrud­ni­li­śmy więc paru face­tów z obsługi w nad­go­dzi­nach, żeby wyczy­ścili całą maszy­ne­rię. Jak tylko wyszli, my, tu obecni, zała­do­wa­li­śmy ją na pakę woj­sko­wej cię­ża­rówki z planu Star­szego sze­re­go­wego z Bro­oklynu, a pro­fe­sor pod­łą­czył wehi­kuł i wszystko spraw­dził. Jest gotowy do wyprawy.

- Nie podoba mi się ta cię­ża­rówka: zauważą jej brak.

- Bez obawy, L.M., wszystko gra. Po pierw­sze, jest z demo­bilu, a po dru­gie, i tak chciano się jej pozbyć. Została legal­nie wysta­wiona na sprze­daż przez naszego sta­łego dostawcę i kupiona przez Texa. Jak mówi­łem, jeste­śmy czy­ści.

- Tex, Tex... Kto to taki? A w ogóle co to za ludzie? - L.M. nabur­mu­szył się, tocząc podejrz­li­wym spoj­rze­niem po obec­nych. - Chyba powie­dzia­łem ci wyraź­nie, żebyś ogra­ni­czył ekipę do mini­mum i nie robił wokół tego szumu, dopóki się nie prze­ko­namy, jak to działa, bo jeśli wyniu­chają to banki...

- Ta ekipa to nie­zbędne mini­mum. Składa się tylko ze mnie, pro­fe­sora, któ­rego znasz, Ble­ste­ada, szefa tech­ni­ków, który pra­cuje u cie­bie od trzy­dzie­stu lat...

- Wiem, wiem... ale ci trzej? - Wska­zał pal­cem dwóch ciem­nych i mil­czą­cych męż­czyzn w lewi­sach i skó­rza­nych kurt­kach oraz wyso­kiego, ner­wo­wego osob­nika o jasnych, ruda­wych wło­sach.

Bar­ney ich przed­sta­wił.

- Ci dwaj z przodu to Tex Anto­nelli i Dal­las Levy, kaska­de­rzy...

- Kaska­de­rzy! Masz zamiar urzą­dzać w tym fil­mie jakąś kaska­derkę z udzia­łem dwóch pod­ra­bia­nych kow­bo­jów?

- Uspo­kój się, L.M. Potrze­bu­jemy pomocy przy tym pro­jek­cie, ludzi god­nych zaufa­nia, któ­rzy potra­fią trzy­mać język za zębami i wie­dzą, co robić w przy­padku jakichś kło­po­tów. Dal­las jest byłym żoł­nie­rzem sił desan­to­wych i zawod­ni­kiem rodeo. Tex słu­żył trzy­na­ście lat w pie­cho­cie mor­skiej i jest instruk­to­rem walki wręcz.

- A ten trzeci?

- To dok­tor Jens Lyn z Uni­wer­sy­tetu Kali­for­nij­skiego w Los Ange­les, filo­log. - Dry­blas wstał ner­wowo i szybko się ukło­nił. - Spe­cja­li­zuje się w języ­kach ger­mań­skich czy czymś takim i będzie naszym tłu­ma­czem.

- Skoro wszy­scy jeste­ście człon­kami zespołu, zda­je­cie sobie sprawę z wagi tego przed­się­wzię­cia? - zapy­tał L.M.

- Płaco mi za to, żebym trzy­mał gębe na kłódke - odparł Tex.

Dal­las kiw­nął w mil­cze­niu głową na znak zgody.

- To nie­sa­mo­wita oka­zja - prze­mó­wił nagle Lyn z lek­kim duń­skim akcen­tem. - Wzią­łem roczny urlop naukowy i towa­rzy­szył­bym wam jako kon­sul­tant nawet bez tej hoj­nej gaży, bo tak mało wiemy o sta­ro­nor­dyc­kiej mowie...

- Dobrze, dobrze. - L.M. mach­nął ręką, na razie usa­tys­fak­cjo­no­wany. - No to jaki jest plan? Wpro­wadź mnie w szcze­góły.

- Musimy zro­bić prze­bieg próbny - powie­dział Bar­ney. - Spraw­dzić, czy ten gadżet pro­fe­sora rze­czy­wi­ście działa...

- Zapew­niam was!

- A jeśli działa, zbie­ramy ekipę, piszemy sce­na­riusz, a następ­nie krę­cimy film w ple­ne­rze. I to jakim! Na sze­ro­kim ekra­nie sta­nie przed nami otwo­rem cała histo­ria! Będziemy mogli to wszystko sfil­mo­wać i zare­je­stro­wać...

- I uchro­nić stu­dio przed ban­kruc­twem - wtrą­cił L.M. - Bez nad­go­dzin, wydat­ków na sce­no­gra­fię, uże­ra­nia się ze związ­kami zawo­do­wymi...

- Uwa­żaj pan! - syk­nął Dal­las, łypiąc spode łba.

- Oczy­wi­ście nie doty­czy to waszego związku! - szybko popra­wił się L.M. - Cała tutej­sza ekipa zosta­nie zatrud­niona według stan­dar­do­wych, a nawet wyż­szych sta­wek, z należ­nymi dodat­kami i pre­mią. Myśla­łem o oszczęd­no­ściach innego rodzaju. Bierz się do roboty, Bar­ney, póki się nie roz­my­śli­łem, i nie wra­caj bez dobrych wia­do­mo­ści.

Odgłosy ich kro­ków odbi­jały się echem od sto­ją­cych po obu stro­nach beto­no­wej alejki wiel­kich scen dźwię­ko­wych, a kiedy prze­cho­dzili przez plamy świa­tła pły­ną­cego z umiesz­czo­nych w dużych odstę­pach lamp, ich cie­nie prze­su­wały się naj­pierw przed, a potem za nimi. W ciszy zale­ga­ją­cej w opu­sto­sza­łym stu­diu nagle dotarło do nich, jak ogrom­nego przed­się­wzię­cia się pod­jęli, i pod­świa­do­mie zbili się w cia­śniej­szą grupę. Przed budyn­kiem stał straż­nik, który zasa­lu­to­wał, gdy się do niego zbli­żyli, a jego głos prze­rwał ponurą ciszę:

- Cicho jak na cmen­ta­rzu. Nie ma żywej duszy.

- Zna­ko­mi­cie - powie­dział Bar­ney. - Pew­nie zosta­niemy tu do rana, poufny pro­jekt, wie pan, więc lepiej, żeby nikt się tu nie krę­cił.

- Powie­dzia­łem już kapi­ta­nowi, a on prze­ka­zał chło­pa­kom.

Bar­ney zamknął za nimi drzwi na klucz i zapa­liły się lampy na dźwi­ga­rach. Maga­zyn był pusty, jeśli nie liczyć kilku opar­tych o ścianę zaku­rzo­nych płyt i sza­ro­oliw­ko­wej cię­ża­rówki z białą woj­skową gwiazdą na drzwiach i bre­zen­tową plan­deką.

- Bate­rie i aku­mu­la­tory nała­do­wane - oznaj­mił pro­fe­sor Hewitt, wdra­paw­szy się na pakę i postu­kaw­szy w liczne tar­cze. Odłą­czył i odło­żył cięż­kie kable bie­gnące do skrzynki przy­łą­cze­nio­wej na ścia­nie. - Zapra­szam, pano­wie. W każ­dej chwili możemy roz­po­cząć eks­pe­ry­ment.

- Mógłby pan nazwać to jakoś ina­czej? - zapy­tał ner­wowo Ble­stead, poża­ło­waw­szy nagle, że dał się namó­wić na udział w tym pro­jek­cie.

- Ja wska­kuje do szo­ferki - powie­dział Tex Anto­nelli. - Tam sie czuje w sam raz. Tako sze­ścio­ko­łówko zjeź­dzi­łem cale Mariany.

Jeden za dru­gim wsie­dli za pro­fe­so­rem na tył cię­ża­rówki i Dal­las spu­ścił klapę plan­deki. Więk­szość miej­sca zaj­mo­wały rzędy elek­tro­nicz­nej maszy­ne­rii i ben­zy­nowy gene­ra­tor prądu, musieli więc usiąść na skrzyn­kach ze sprzę­tem i zapa­sami.

- Jestem gotowy - oznaj­mił pro­fe­sor. - Może na począ­tek rzu­cimy okiem na rok tysiąc pięć­setny?

- Nie - odparł sta­now­czym tonem Bar­ney. - Niech pan nastawi licz­nik na rok tysięczny, jak usta­li­li­śmy, i uru­chomi wehi­kuł.

- Ale byłoby mniej­sze zuży­cie ener­gii, a ryzyko jesz­cze...

- Niech pan teraz nie wymięka. Chcemy cof­nąć się w cza­sie jak naj­da­lej, żeby nikt nie roz­po­znał tej całej maszy­ne­rii i nie naro­bił nam kło­po­tów. Poza tym zapa­dła decy­zja, że robimy film o wikin­gach, a nie nową wer­sję Dzwon­nika z Notre Dame.

- To by był szes­na­sty wiek - spro­sto­wał Jens Lynn. - Cho­ciaż ja bym to dato­wał raczej na wcze­śniej­sze czasy, śre­dnio­wieczny Paryż, około...

- Gotuj sie! - wark­nął Dal­las. - Jak mamy lecieć, to prze­stańmy trza­skać dzio­bami i w droge. Obi­ja­nie się i gada­nie po próż­nicy to strata czasu i psu­cie ducha w armii.

- Szczera prawda, panie Levy - rzekł pro­fe­sor. Jego palce poru­szały się po pul­pi­cie ste­row­ni­czym. - Przed nami rok tysięczny anno domini, a więc w drogę! - Zaklął i zaczął gme­rać przy pul­pi­cie. - Tyle tu atrap przy­ci­sków i tarcz, że się gubię - gde­rał.

- Robi­li­śmy te maszyny do hor­ro­rów - wyja­śnił Ble­stead sta­now­czo za gło­śno. Miał twarz usianą kro­pel­kami potu. - Musiały wyglą­dać reali­stycz­nie.

- To zna­czy, że wyglą­dają nie­re­ali­stycz­nie, i tyle! - mruk­nął ze zło­ścią pro­fe­sor Hewitt, wpro­wa­dza­jąc ostat­nie poprawki, po czym prze­krę­cił duży wie­lo­bie­gu­nowy prze­łącz­nik.

Pod wpły­wem nagłego obcią­że­nia spo­tę­go­wał się war­kot prąd­nicy, nad apa­ra­tem poja­wiło się z trza­skiem wyła­do­wa­nie elek­tryczne, po wszyst­kich odkry­tych powierzch­niach zaczęły tań­czyć zimne ognie, a człon­ko­wie wyprawy poczuli, że stają im włosy na gło­wach.

- Coś poszło nie tak! - krzyk­nął zdu­szo­nym gło­sem Jens Lyn.

- Skądże - rzekł spo­koj­nie pro­fe­sor Hewitt, doko­nu­jąc drob­nych korekt usta­wie­nia. - To tylko efekt uboczny, wyła­do­wa­nie elek­tro­sta­tyczne bez żad­nego zna­cze­nia. Two­rzy się pole. Sądzę, że to czu­je­cie.

Rze­czy­wi­ście czuli. Było to zde­cy­do­wa­nie nie­przy­jemne dozna­nie, jakby ich ciała ktoś mocno ści­snął w gar­ści.

- Czuje sie, jakby ktoś wetknął mi w pępek wielki klucz i nakrę­cał flaki - powie­dział Dal­las.

- Nie ujął­bym tego w taki spo­sób, ale mam iden­tyczne objawy - zgo­dził się z nim Lyn.

- Włą­czam auto­ma­tyczne ste­ro­wa­nie - powie­dział pro­fe­sor, wci­ska­jąc jakiś guzik i odsu­wa­jąc się od pul­pitu. - Przy mak­sy­mal­nym pobo­rze mocy pro­stow­niki sele­nowe w ciągu mikro­se­kundy prze­niosą nas w prze­szłość. Może­cie obser­wo­wać to tutaj, na tej tar­czy. Gdy wska­zówka doj­dzie do zera...

- Dwa­na­ście - oznaj­mił Bar­ney, zer­ka­jąc na instru­ment i zaraz odwra­ca­jąc się do Hewitta.

- Dzie­więć - podał odczyt pro­fe­sor. - Two­rzy się ładu­nek. Osiem... sie­dem... sześć...

- Dosta­niemy doda­tek za walke? - zapy­tał Dal­las, ale nikt się nawet nie uśmiech­nął.

- Pięć... cztery... trzy...

Napię­cie stało się trudne do znie­sie­nia. Nikt nie był w sta­nie się ruszyć. Wpa­try­wali się w prze­su­wa­jącą się czer­woną strzałkę. Pro­fe­sor prze­ka­zy­wał gło­śno odczyty:

- Dwa... jeden...

Nie usły­szeli "zero", gdyż w tym ułamku wiecz­no­ści zawie­sił się nawet dźwięk. Coś się z nimi stało, coś nie­okre­ślo­nego i tak odmien­nego od nor­mal­nych doznań życio­wych, że chwilę potem nie potra­fili powie­dzieć, ani co to było, ani jak się czuli. W tym samym momen­cie znik­nęły lampy w maga­zy­nie i jedy­nym źró­dłem świa­tła było przy­ćmione lśnie­nie instru­men­tów pokła­do­wych. Za paką cię­ża­rówki, gdzie jesz­cze przed chwilą znaj­do­wało się jasno oświe­tlone pomiesz­cze­nie, wid­niała bez­kształtna sza­rość, nicość, od patrze­nia na którą bolały oczy.

- Eureka! - krzyk­nął pro­fe­sor.

- Kto chce łyka? - zapy­tał Dal­las, wyj­mu­jąc zza skrzynki, na któ­rej sie­dział, kwa­terkę whi­sky i korzy­sta­jąc ze znacz­nym uszczerb­kiem dla jej płyn­nej zawar­to­ści z wła­snego zapro­sze­nia.

Butelka szybko prze­cho­dziła z rąk do rąk - nawet Tex się­gnął po nią z szo­ferki - i wszy­scy czer­pali z niej odwagę. Z wyjąt­kiem pro­fe­sora, który był zbyt zajęty instru­men­tami. Mru­czał sam do sie­bie rado­śnie:

- Tak, zde­cy­do­wa­nie, zde­cy­do­wa­nie prze­no­simy się w cza­sie... w łatwym do zmie­rze­nia tem­pie... teraz także w prze­strzeni... żeby­śmy tylko nie wylą­do­wali w prze­strzeni mię­dzy­gwiezd­nej albo pośrodku Pacy­fiku... o rany, nie! - Zer­k­nął na ocie­niony ekran i wpro­wa­dził kilka pre­cy­zyj­nych korekt. - Pano­wie, radzę, żeby­ście się cze­goś mocno przy­trzy­mali. Sta­ra­łem się jak naj­do­kład­niej obli­czyć, oczy­wi­ście w przy­bli­że­niu, odle­głość do poziomu gruntu, ale boję się zro­bić to zbyt pre­cy­zyj­nie. Nie chcę, żeby­śmy wyło­nili się pod zie­mią, więc moż­liwy jest upa­dek z wyso­ko­ści kil­ku­na­stu cali... Jeste­ście gotowi?

Wci­snął wyłącz­nik główny.

Naj­pierw osia­dły tylne koła cię­ża­rówki, a chwilę potem wal­nął z wiel­kim hukiem o zie­mię jej przód. Wstrząs roz­rzu­cił ich po pace. Przez otwarty tył wozu wle­wało się ośle­pia­jące świa­tło sło­neczne, a świeża bryza nio­sła odgłosy odle­głych fal biją­cych o brzeg.

- Jasny gwint! - wyrzu­cił z sie­bie Amory Ble­stead.

Sza­rość znik­nęła i w jej miej­sce poja­wił się - ujęty przez górę plan­deki jak w ramy wiel­kiego okna wido­ko­wego - obraz scho­dzą­cej do oce­anu kamie­ni­stej plaży, o którą roz­bi­jały się potężne fale. Nad wodą latały z krzy­kiem mewy, a dwie prze­stra­szone foki prych­nęły i plu­snęły do wody.

- Nie koja­rzę tej czę­ści Kali­for­nii - stwier­dził Bar­ney.

- To Stary Świat, nie Nowy - powie­dział z dumą pro­fe­sor Hewitt. - A dokład­nie Orkady, gdzie w jede­na­stym wieku, a jeste­śmy w roku tysiąc trze­cim, znaj­do­wało się wiele osad wikin­gów. Nie­wąt­pli­wie dziwi pana, że vre­me­atron może doko­nać prze­miesz­cze­nia w prze­strzeni, nie tylko w cza­sie, ale jest to czyn­nik...

- Odkąd wybrano Hoovera, nic mnie już nie dziwi - prze­rwał mu Bar­ney, czu­jąc, że teraz, gdy przy­byli dokądś - lub do kie­dyś - odzy­skuje kon­trolę nad tym, co się z nim i wokół niego dzieje. - Bierzmy się do roboty. Dal­las, pod­nieś przód plan­deki, żeby­śmy widzieli, dokąd jedziemy.

Po odsu­nię­ciu płachty rów­nież z tej strony uka­zała się kamie­ni­sta plaża, wąski pas ziemi mię­dzy wodą i pół­okrą­głym pasmem kli­fów. Około pół mili od nich w morze wybie­gał cypel i prze­sła­niał dal­szy widok.

- Ruszaj! - krzyk­nął Bar­ney do szo­ferki. - Zobaczmy, co jest dalej.

- Sie robi - odparł Tex, prze­krę­ca­jąc klu­czyk w sta­cyjce.

Sil­nik zazgrzy­tał i zasko­czył. Tex wrzu­cił bieg i cię­ża­rówka poto­czyła się z hur­ko­tem po kamie­niach.

- Chcesz pan to? - zapy­tał Dal­las Bar­neya, wycią­ga­jąc do niego pas z nabo­jami i rewol­we­rem w przy­pię­tej kabu­rze.

Reży­ser spoj­rzał na broń z nie­sma­kiem.

- Zatrzy­maj to. Pew­nie sam bym się postrze­lił, gdy­bym zaczął się bawić czymś takim. Daj ten drugi Texowi, a sam weź kara­bin.

- Nie uzbro­imy się na wszelki wypa­dek, dla wła­snego bez­pie­czeń­stwa? - spy­tał Ble­stead. - Umiem się obcho­dzić z kara­bi­nem.

- Ale nie zawo­dowo, a trzy­mamy się prze­pi­sów związ­ków zawo­do­wych. Twoim zada­niem jest poma­gać pro­fe­so­rowi. Naj­waż­niej­szy jest vre­me­atron. Bro­nią zajmą się Tex i Dal­las, dzięki czemu będziemy mieli pew­ność, że nie doj­dzie do żad­nych wypad­ków.

- Alt for Satan! Spójrz­cie na to! Takie piękne, że aż trudno mi uwie­rzyć, że widzę to na wła­sne oczy! - wybeł­ko­tał Jens Lyn, wska­zu­jąc przed sie­bie.

Cię­ża­rówka obje­chała skałę i otwo­rzył się widok na małą zatokę. Na brzegu leżała toporna, poczer­niała łódź wio­słowa, a tuż przy plaży stała nędzna chata z nie­dbale uło­żo­nych gła­zów i kęp darni, pokryta strze­chą z wodo­ro­stów. Nie było widać nikogo, ale z otworu na jed­nym końcu dachu wzno­sił się dym.

- A gdzie są ludzie? - zapy­tał Bar­ney.

- To zro­zu­miałe, że widok i hałas cię­ża­rówki musiały ich wystra­szyć, schro­nili się więc w domu - odparł Lyn.

- Zgaś sil­nik, Tex. Może trzeba było wziąć jakieś paciorki albo coś w tym stylu na han­del z kra­jow­cami?

- Oba­wiam się, że to nie są tacy kra­jowcy, jakich pan ma na myśli...

Jakby na potwier­dze­nie tych słów, otwo­rzyły się nagle drzwi chaty i wypadł z nich męż­czy­zna, strasz­nie wrzesz­cząc i wywi­ja­jąc nad głową topo­rem o sze­ro­kim ostrzu. Pod­sko­czył, trza­snął topo­rem o dużą tar­czę na lewym ramie­niu i puścił się bie­giem ze zbo­cza w ich stronę. Gdy się zbli­żył, sadząc wiel­kimi susami, dostrze­gli, że ma czarny hełm z rogami, roz­wianą jasną brodę i bujne wąsy. Na­dal rycząc nie­zro­zu­miale, zaczął gryźć brzeg tar­czy, a na usta wystą­piła mu piana.

- Widać, że się boi, ale boha­ter­ski wiking nie może oka­zać stra­chu na oczach nie­wol­ni­ków i służby, któ­rzy nie­wąt­pli­wie przy­glą­dają mu się z ukry­cia w domu. A więc wzbu­dza w sobie szał bojowy...

- Niech pan sobie daruje ten wykład, dok­to­rze. Dal­las, może­cie z Texem jakoś powstrzy­mać tego faceta, zanim coś roz­wali?

- Wpa­ko­wa­nie mu kulki powstrzyma go na amen.

- Nie! Mowy nie ma! W tym stu­diu nie popełni się mor­der­stwa, nawet w obro­nie wła­snej.

- Dobra, jak pan chcesz... ale to pod­pada pod "nara­że­nie życia", za co należy sie pre­mia.

- Wiem! Wiem! Ruszaj­cie, zanim...

Bar­ney­owi prze­rwał głu­chy odgłos ude­rze­nia i brzęk, po któ­rym roz­le­gły się jesz­cze gło­śniej­sze zwy­cię­skie wrza­ski.

- Rozu­miem, co on mówi! - zachi­cho­tał rado­śnie Jens Lyn. - Chełpi się, że wyłu­pił potwo­rowi oko...

- Ten mał­po­lud roz­wa­lił przedni reflek­tor! - krzyk­nął Dal­las. - Tex, zaj­mij go, zara do cie­bie dołą­cze. Odcią­gnij go stąd.

Tex Anto­nelli wysu­nął się z szo­ferki i pobiegł po plaży jak naj­da­lej od auta. Zoba­czył to wście­kły topor­nik i natych­miast ruszył za nim w pościg. Po mniej wię­cej pięć­dzie­się­ciu jar­dach Tex się zatrzy­mał, pod­niósł z plaży dwa dobrze wygła­dzone przez morze kamie­nie wiel­ko­ści pię­ści i zaczął pod­rzu­cać jeden w dłoni jak piłeczkę bejs­bo­lową, spo­koj­nie cze­ka­jąc, aż ogar­nięty furią napast­nik się zbliży. Z odle­gło­ści pię­ciu jar­dów cisnął nim w jego głowę, a gdy tam­ten mach­nął tar­czą, by się zasło­nić, wal­nął dru­gim kamie­niem w jego tułów. Oba kamie­nie zna­la­zły się w powie­trzu w tym samym cza­sie i cho­ciaż pierw­szy został odbity tar­czą, drugi tra­fił w żołą­dek wojow­nika, który przy­siadł z gło­śnym stęk­nię­ciem.

- Bleyoa1 - wychar­czał powa­lony, potrzą­sa­jąc topo­rem.

- I nawza­jem! No i co, koleś? Raz żem ci syp­noł, a ty już żeś ryp­noł.

- Zwiążmy go - powie­dział Dal­las, wyła­nia­jąc się zza cię­ża­rówki i krę­cąc nad głową pętlą lassa. - Pro­fe­sor zaczyna sie trząść o swojo maszyne i chce sie stąd zwi­jać.

- Dobra, wysta­wie ci go.

Tex rzu­cił kilka powszech­nych w pie­cho­cie mor­skiej obelg, ale nie prze­biły się przez barierę języ­kową. Prze­szedł więc na laty­no­ski język gestów, któ­rego nauczył się w mło­do­ści, i szyb­kimi ruchami dłoni i pal­ców poka­zał wikin­gowi, że jest roga­czem i kastra­tem, przy­pi­sał mu kilka paskud­nych nawy­ków i zakoń­czył naj­gor­szym wyzwi­skiem, kle­piąc się lewą ręką w biceps pra­wej, wsku­tek czego pięść tam­tej wysko­czyła w górę. Co naj­mniej jeden, a może wię­cej, z tych gestów musiał mieć podobną wymowę już w XI wieku, gdyż wiking ryk­nął z wście­kło­ści i dźwi­gnął się z ziemi. Tex spo­koj­nie dotrzy­mał mu pola, cho­ciaż przy szar­żu­ją­cym olbrzy­mie wyglą­dał jak pig­mej. Topór wzniósł się ze świ­stem, ale owi­nęło się wokół niego lasso Dal­lasa i w tej samej chwili Tex pod­ciął napast­ni­kowi nogę. Zale­d­wie wiking runął z łomo­tem na pia­sek, obaj kaska­de­rzy już na nim sie­dzieli. Tex unie­ru­cho­mił go dźwi­gnią na rękę, a Dal­las szybko skrę­po­wał jak pro­siaka. Po chwili wiking był bez­bronny, z rękami przy­wią­za­nymi z tyłu do nóg, i ryczał z fru­stra­cji, gdy go wle­kli po kamie­niach do cię­ża­rówki. Tex niósł topór, a Dal­las tar­czę.

- Muszę z nim pomó­wić - powie­dział Jens Lyn. - To rzadka oka­zja.

- Musimy natych­miast się stąd wyno­sić - popę­dzał pro­fe­sor, prze­su­wa­jąc deli­kat­nie dźwi­gnie wskaź­ni­ków.

- Ata­kują nas! - zapisz­czał Amory Ble­stead, wska­zu­jąc drżą­cym pal­cem chatę.

Ze zbo­cza pędziła ku nim horda obszar­pa­nych męż­czyzn ze zje­żo­nymi wło­sami, uzbro­jo­nych w zbie­ra­ninę mie­czy, włóczni i sie­kier.

- Zabie­ramy się stąd! - naka­zał Bar­ney. - Wrzuć­cie tego pre­hi­sto­rycz­nego drwala na pakę i zmia­tamy. Po powro­cie będzie pan miał mnó­stwo czasu, dok­to­rze, żeby z nim poga­dać.

Tex wsko­czył do szo­ferki i chwy­cił z sie­dze­nia rewol­wer. Wymie­rzył w morze i strze­lał, dopóki nie opróż­nił wszyst­kich komór, jed­no­cze­śnie doda­jąc gazu, włą­cza­jąc oca­lały reflek­tor i naci­ska­jąc klak­son. Bojowe okrzyki napast­ni­ków prze­szły w bojaź­liwe zawo­dze­nie; rzu­cili broń i ucie­kli do chaty. Cię­ża­rówka zro­biła skręt do tyłu i ruszyła z powro­tem po plaży. Gdy doje­chali do ostrego zakrętu za ster­czącą z pia­sku skałą, z jej dru­giej strony roz­legł się klak­son i wyrwała zza niej inna oliw­kowa cię­ża­rówka. Tex szarp­nął kie­row­nicę w lewo, o włos uni­ka­jąc zde­rze­nia i wjeż­dża­jąc kołami w roz­pry­sku­jące się fale. Drugi pojazd prze­mknął obok nich z rykiem sil­nika.

- Nie­dzielny kie­rowca! - krzyk­nął Tex przez okno i dodał gazu.

Kiedy mijał ich tam­ten wóz, wjeż­dża­jąc w wyżło­bione przez nich kole­iny, Bar­ney Hen­drick­son zer­k­nął na jego odkrytą pakę i kom­plet­nie zba­ra­niał. Zoba­czył tam sie­bie chy­bo­czą­cego się w pod­ska­ku­ją­cym na kamie­niach wozie i szel­mow­sko uśmiech­nię­tego. W ostat­niej chwili, zanim cię­ża­rówka znik­nęła za skałą, drugi Hen­drick­son pod­niósł kciuk i zagrał mu na nosie. Bar­ney upadł na skrzy­nię, gdy cię­ża­rówka przy­ha­mo­wała przed skalną ścianą.

- Widzie­li­ście to? - wykrztu­sił. - Co to było?

- Bar­dzo inte­re­su­jące - rzekł pro­fe­sor Hewitt, wci­ska­jąc włącz­nik gene­ra­tora prądu. - Czas jest bar­dziej pla­styczny, niż sobie wyobra­ża­łem. Dopusz­cza dublo­wa­nie się linii zda­rzeń, może ich potro­je­nie, a nawet nie­skoń­cze­nie wiele pętli. Moż­li­wo­ści są osza­ła­mia­jące...

- Może łaska­wie skoń­czy pan z tym beł­ko­tem i powie mi, co widzia­łem - wark­nął Bar­ney, prze­chy­la­jąc pra­wie pustą już butelkę whi­sky.

- Widział pan sie­bie, a raczej widzie­li­śmy sie­bie, kiedy będziemy... Oba­wiam się, że angiel­ska gra­ma­tyka nie nadaje się do opi­sa­nia takiej sytu­acji. Może lepiej byłoby powie­dzieć, że widział pan naszą cię­ża­rówkę z sobą w niej w póź­niej­szym cza­sie. To na tyle pro­ste, że da się zro­zu­mieć.

Bar­ney jęk­nął i osu­szył butelkę do dna, po czym wrza­snął z bólu, bo wiking zdo­łał się obró­cić na pod­ło­dze i ugryzł go w nogę.

- Lepiej trzy­maj pan nogi na skrzy­niach - ostrzegł Dal­las. - Jemu na­dal leci piana z gęby.

Cię­ża­rówka zwol­niła i Tex krzyk­nął:

- Pod­jeż­dżamy do miej­sca, gdzie żeśmy wylą­do­wali. Widze, gdzie sie zaczy­najo ślady opon. Co teraz?

- Zatrzy­maj się jak naj­bli­żej miej­sca przy­by­cia. Dzięki temu będzie łatwiej usta­wić para­me­try. Przy­go­tuj­cie się, pano­wie, zaczy­namy powrotną podróż w cza­sie.

- Troll taki yor oll!2- ryk­nął wiking.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Tchórz. [wróć]

Niech was wszyst­kich porwą trolle! (przed­chrze­ści­jań­ski odpo­wied­nik prze­kleń­stwa "niech was dia­bli porwą!"). [wróć]