Filipek i wakacje. Tom 3 - Małgorzata Strękowska-Zaremba

Kup ebooka

29.90 zł
24.82 zł (20,93 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Nie słu­chamy Szwe­dów

Moje wa­ka­cje spa­dają na mamę i tatę jak grom z ja­snego nieba. Tak mówi bab­cia Da­nuta. I do­daje, że Pan Bóg ich za to uka­rze. Kie­dyś nie ro­zu­mia­łem, dla­czego Bóg miałby ka­rać ro­dzi­ców za moje wa­ka­cje. Na­wet im współ­czu­łem. Te­raz jed­nak wię­cej ro­zu­miem i już im nie współ­czuję.

- Ro­dzice! Uro­dzi­li­ście mnie ra­zem z wa­ka­cjami! Za­pa­mię­taj­cie to so­bie! - wy­krzy­cza­łem, gdy się do­wie­dzia­łem, że piękny plan spę­dze­nia wa­ka­cji z ro­dzi­cami znów roz­wiał się jak po­wie­trze z ba­lonu, na który usiadł słoń. PRU­UUT!

Oka­zało się, że mama nie może wziąć urlopu, po­nie­waż robi ka­rierę w swo­jej fir­mie. A prze­cież nie zrobi jej na urlo­pie, tylko w pracy. Tata nie robi ka­riery, ale musi za­ra­biać na utrzy­ma­nie domu, mamy, która robi ka­rierę, i na wa­ka­cje swo­jego syna Fi­lipka. I wła­śnie dla­tego nie może z nim spę­dzić wa­ka­cji.

- Co ze mną zro­bi­cie? - spy­ta­łem roz­go­ry­czony.

- Obóz spor­towy masz już opła­cony. A o resz­cie po­my­ślimy - od­po­wie­działa mama, nie od­ry­wa­jąc oczu od ekranu lap­topa, z któ­rym, jak zwy­kle, ukryła się w ła­zience, żeby po­pra­co­wać po pracy.

- Kiedy po­my­śli­cie?! - do­ma­ga­łem się ja­snej od­po­wie­dzi.

Zdą­ży­łem do­brze po­znać ro­dzi­ców i wiem, że naj­szyb­ciej dzia­łają pod przy­mu­sem. Mą­dry Bła­że­jek ma za­pla­no­wane całe wa­ka­cje na pół roku wcze­śniej. W jego pla­nach nie zmie­nia się nic w ostat­niej chwili. Nie­stety, moje Za­skrońce nie na­dą­żają za in­nymi ro­dzi­cami.

Se­rio!

- Za­raz coś za­ła­twimy! - Tata nad­ra­biał miną.

Uważa, że jego uśmiech wy­star­czy mi za całe wa­ka­cje? Na­iwny!

Wziął pa­pie­rosy, te­le­fon i wy­szedł na bal­kon. Mama odło­żyła lap­topa i też się­gnęła po te­le­fon.

- Będę pró­bo­wać. Nie martw się, Fi­lip­ciątko - za­szcze­bio­tała i ob­sy­pała mnie po­ca­łun­kami jak księż­niczka żabę, która po­winna prze­mie­nić się w księ­cia.

Mama też jest na­iwna. Na­wet je­śli mnie za­ca­łuje na śmierć, nie stanę się aż tak do­ro­sły, żeby za­jąć się sam sobą.

Ob­ra­zi­łem się i po­sze­dłem do swo­jego po­koju. Włą­czy­łem kom­pu­ter. Do­sta­łem od Hirka grę Sym­pa­tyczne muszki, którą jego kum­ple z ósmej klasy prze­ro­bili na Wy­rwij sym­pa­tycz­nej muszce skrzy­dełko, i za­czą­łem roz­pra­wiać się z mu­chami. Kiedy by­łem o krok od zwy­cię­stwa, ktoś krzyk­nął mi nad głową, aż pod­sko­czy­łem.

- Wy­łącz to na­tych­miast! - Za mną stali ro­dzice. Oboje.

Za­brali mi grę, a po­tem do­po­mi­nali się, że­bym po­twier­dził, że strasz­nie skrzyw­dzi­łem sym­pa­tyczne muszki i że już ni­gdy tego nie zro­bię.

Pew­nie, że nie zro­bię. Prze­cież za­brali mi grę. Zresztą żad­nej muszki nie za­mie­rza­łem skrzyw­dzić. Muszki po­ma­gały mi tylko w ob­ra­ża­niu się na ro­dzi­ców. Po­wie­dzia­łem im to, ale nie od­dali mi gry. Hi­rek się wściek­nie.

Po­słusz­nie wy­łą­czy­łem kom­pu­ter i wy­słu­cha­łem ich wa­ka­cyj­nych re­we­la­cji.

Ju­tro mama pój­dzie do pracy o cztery go­dziny póź­niej, a tata po­święci mi aż trzy dni, które jego wielka mię­dzy­na­ro­dowa kor­po­ra­cja han­dlu­jąca szam­bami eko­lo­gicz­nymi i ru­rami dała mu w ra­mach urlopu oko­licz­no­ścio­wego.

- Dla­czego "oko­licz­no­ścio­wego"? - Nie ro­zu­mia­łem, co to ta­kiego ten urlop oko­licz­no­ściowy, więc le­piej było za­py­tać.

- Po­wie­dzia­łem, że ku­pi­li­śmy szwedz­kie szafki do kuchni, w czę­ściach. Po­trze­buję czasu, aby je skrę­cić.

- Aha... - od­po­wie­dzia­łem, na­dal nie ro­zu­mie­jąc.

- Dają urlop na skrę­ca­nie me­bli, a nie dają na wa­ka­cje z dziec­kiem? - zdzi­wił się Hi­rek, gdy po­skar­ży­łem się chło­pa­kom. Hi­rek nie ma ta­kich zmar­twień jak ja. Jego tata jest bez­ro­botny i nie musi pro­sić o urlop, żeby spę­dzić wa­ka­cje ze swoim dziec­kiem.

Hu­mor po­pra­wiła mi do­piero nowa wier­tarka bez­prze­wo­dowa, którą ku­pi­li­śmy jesz­cze tego sa­mego dnia.

- Ja będę wkrę­cał śrubki do sza­fek, prawda tato?! - Do­tąd do­ma­ga­łem się po­twier­dze­nia, aż je otrzy­ma­łem.

Su­per! Będę wkrę­cać! Roz­krę­cać! Od­krę­cać! Wy­krę­cać! Prze­krę­cać! - cie­szy­łem się na za­pas. Bie­ga­łem z wier­tarką po ca­łym miesz­ka­niu i uda­wa­łem snaj­pera z bro­nią au­to­ma­tyczną, do­póki mama mi jej nie ode­brała.

Na­stęp­nego dnia tata przy­wi­tał mnie okrzy­kiem:

- Je­stem cały twój!

I przy­wieźli szafki. W czę­ściach po­pa­ko­wa­nych w od­dzielne paczki.

Po­le­cia­łem po wier­tarkę ukrytą pod łóż­kiem, na któ­rym spała mama.

- Skrę­camy, tato?! - Pa­li­łem się do pracy jak ni­gdy do­tąd.

- Li­czymy paczki! - Tata też pa­lił się do pracy, tylko in­nej niż ja.

Do­li­czył do pięć­dzie­się­ciu i się po­my­lił.

- Sto trzy­dzie­ści! - Uzdol­niona ma­te­ma­tycz­nie We­ro­niczka, moja cio­teczna sio­stra, przy­szła do nas, cho­ciaż nikt jej nie za­pra­szał, i ode­brała ta­cie przy­jem­ność li­cze­nia po­wy­żej stu.

- To na­sze paczki! - zwró­ci­łem jej uwagę.

Fuk­nęła na mnie jak byk na tor­re­adora. Zlek­ce­wa­ży­łem jej li­cze­nie i po­li­czy­łem sam. Pak, pa­czek i pa­czu­szek było do­kład­nie sto trzy­dzie­ści i zaj­mo­wały kuch­nię, ko­ry­tarz i mój po­kój.

- Za­czy­namy! - Tata za­tarł dło­nie i przy­kuc­nął.

- Eks­tra! - Do­sko­czy­łem do naj­więk­szej paczki.

- Spo­koj­nie, Fi­lipku. Są wa­ka­cje. - Tata ro­zej­rzał się do­okoła, ale nie ru­szył pal­cem, żeby coś zro­bić. - Co my tu mamy? - za­py­tał.

- Mamy du­uużo pa­czek! - od­po­wie­dzia­łem, mimo że py­ta­nie nie było mą­dre. Tata Hirka po czte­rech pi­wach ni­czego nie wi­dzi, ale mój tata pił tylko mleko, więc nie po­wi­nien py­tać. - Wkrę­camy wresz­cie?! - po­na­gli­łem.

Tata zer­k­nął na mnie spod oka.

- Py­tasz, czy wkrę­camy? - upew­nił się, cho­ciaż głu­chy nie jest. Wstał i prze­szedł kilka razy mię­dzy pacz­kami, po­chy­la­jąc się nad każdą z osobna. Wo­dzi­łem za nim wzro­kiem, nie ro­zu­mie­jąc, na co jesz­cze ten Za­skro­niec czeka.

- Wą­cha je czy co? - nie wy­trzy­ma­łem i ode­zwa­łem się do We­ro­niki.

- Aha. Jak pies po­li­cyjny na lot­ni­sku. Kiedy wra­ca­łam z mamą z Ame­ryki, taki pies szu­kał nar­ko­ty­ków i bomb w na­szych ba­ga­żach - po­chwa­liła się, że była w Ame­ryce i wi­działa psa.

Ob­rzu­ci­łem ją po­gar­dli­wym spoj­rze­niem. Nie je­stem taki na­iwny, żeby uwie­rzyć, że tata szuka nar­ko­ty­ków i bomb w szwedz­kich szaf­kach. Jed­nak jego za­cho­wa­nie bar­dzo mnie draż­niło. Szpe­rał mię­dzy pu­dłami, a ja prze­stę­po­wa­łem z nogi na nogę. Na szczę­ście przy­szedł dzia­dek Zby­szek. W ręku trzy­mał dużą skrzy­nię z na­rzę­dziami.

- Sam nie dasz so­bie rady - po­wie­dział, pa­trząc na tatę.

Tata skrzy­wił się z nie­za­do­wo­le­niem.

- Po­ra­dzę so­bie. Prawda, Fi­lipku?

Mia­łem co­raz wię­cej wąt­pli­wo­ści, więc mil­cza­łem.

- No, do dzieła! Za­czniemy od po­rząd­ków! Duże paczki na prawo, małe na lewo, a blaty do sa­lonu! - za­rzą­dził tata. I wresz­cie wziął się do pracy.

Kiedy prze­no­si­li­śmy paczki, z sy­pialni wy­szła mama. Po­pa­trzyła krzywo na dziadka Zbyszka i po­wie­działa:

- Żeby wam do głowy nie przy­szło skrę­cać coś bez in­struk­cji! Do każ­dej szafki do­łą­czona jest in­struk­cja! - za­zna­czyła bar­dzo su­rowo. - Sły­szy­cie?! - upew­niła się jesz­cze.

- Sły­szymy! - po­twier­dzi­łem, za­do­wo­lony, że nie ode­brała mi wier­tarki.

Tata mruk­nął coś nie­wy­raź­nie, a dzia­dek prych­nął:

- Skła­da­łem szafki, za­nim Szwe­dzi wy­my­ślili in­struk­cje!

Wresz­cie pu­dła zo­stały po­dzie­lone na małe i duże. Na środku kuchni zro­biło się wolne miej­sce.

- Za­czy­namy! - Tata znów za­tarł ręce i roz­pa­ko­wał je­den z pa­kun­ków. W środku le­żały białe boki szafki, jej plecy, gwoź­dziki i śrubki.

- Gdzie drzwi? - za­cie­ka­wiła się nie­pro­szona We­ro­nika.

Ro­zej­rze­li­śmy się do­okoła.

- Naj­pierw prze­czy­taj in­struk­cję! - Mama pod­su­nęła ta­cie in­struk­cję pod nos.

Szybko prze­kart­ko­wał strony.

- Po­ka­zują tu, jak skrę­cić boki i plecy, ale o drzwiach nic nie na­pi­sali - za­uwa­żył stro­piony.

Na to dzia­dek Zby­szek ro­ze­śmiał się zło­śli­wie.

- Wi­dzisz, Fi­lipku, mą­drzy Szwe­dzi za­po­mnieli o drzwiach. Hi, hi, hi! - Się­gnął po in­struk­cję, prze­rzu­cił kartki. - Całą książkę na­pi­sali! I po co? Żeby wci­snąć ciem­nemu Po­la­kowi szafkę bez drzwi! - Po­pa­trzył na tatę z po­li­to­wa­niem. - Wi­docz­nie u nich nikt nie chciał tego ku­pić. Ale jak twoja Jo­anna wie­rzy Szwe­dom, to drzwi bę­dziesz mu­siał jej do­ry­so­wać. - I znów się za­chi­chrał.

Ja też po­pa­trzy­łem na tatę z po­li­to­wa­niem. Je­dyne, co go uspra­wie­dli­wiało, to nie­wie­dza. Nie zna się na ku­chen­nych szaf­kach. Zna się na hi­sto­rii Pol­ski, szam­bach eko­lo­gicz­nych i nie­miecko-pol­skich ru­rach da­le­kiego za­sięgu, czy ja­koś tak. Wpraw­dzie mama też była z nim na za­ku­pach, ale od kiedy robi ka­rierę w fir­mie i w na­szej ła­zience, jest tak nie­wy­spana, że aż wpada na ściany.

- Ja bym tym Szwe­dom nie wie­rzył - przy­zna­łem dziad­kowi ra­cję.

- Otóż to! - pod­chwy­cił dzia­dek. - Ża­den Szwed nie bę­dzie nam mó­wił, jak skrę­cać na­szą szafkę! Prawda, Fi­lipku?! - Ro­ze­rwał drugą paczkę. - Tu jest jesz­cze dłuż­sza in­struk­cja! Tylko pa­pier mar­nują! - obu­rzył się.

- Są drzwi! - Mama od­kryła w moim po­koju z dzie­sięć sztuk drzwi róż­nej wiel­ko­ści. Po­pa­ko­wane były w osobne paczki, z przy­pię­tymi od spodu in­struk­cjami. - I co po­wie­cie?! - za­wo­łała trium­fal­nie.

Nic nie po­wie­dzie­li­śmy. Mama zmu­siła tatę i dziadka, żeby prze­czy­tali in­struk­cję skrę­ca­nia szafki, a po­tem in­struk­cję mo­co­wa­nia drzwi. Cały czas stała nad nimi z in­struk­cjami w ręce i dyk­to­wała, co mają ro­bić. I jesz­cze ta pod­stępna We­ro­nika jej po­ma­gała. Pa­da­lec ro­dzinny!

Dzia­dek ner­wowo po­chrzą­ki­wał, a tata stra­cił cały za­pał. Tylko ja pa­li­łem się do pracy. Co z tego? Mama po­zwo­liła mi wkrę­cić jedną śrubkę. JEDNĄ! To mają być fajne wa­ka­cje z ro­dzi­cami?!

Ro­ze­rwa­li­śmy jesz­cze kilka pa­czek i każda, ale to każda za­wie­rała in­struk­cję!

Se­rio!

Sto trzy­dzie­ści in­struk­cji! Za­nim je tata prze­czyta, wa­ka­cje miną! - po­my­śla­łem i po­czu­łem złość na wszyst­kich Szwe­dów, nie tylko tych od in­struk­cji.

Na szczę­ście urlop, który mama wzięła z po­wodu mo­ich wa­ka­cji, wła­śnie się skoń­czył. Prze­brała się z pi­żamy, po­ca­ło­wała nas wszyst­kich, na­wet dziadka Zbyszka, i po­wie­działa:

- Pa­mię­taj­cie, chło­paki, ma­cie skła­dać wszystko we­dług in­struk­cji! Pil­nuj ich, We­ro­nika! - po­pro­siła moją pod­stępną cio­teczną sio­strę. I wresz­cie wy­szła.

- Dzięki Bogu! - wes­tchnął dzia­dek, tak samo jak wtedy, gdy po dłu­gim szu­ka­niu zna­lazł ulu­biony ka­nał w te­le­wi­zo­rze. Rzu­cił in­struk­cję na pod­łogę i po­pa­trzył na tatę. - Zo­staw, synu, tę ma­ku­la­turę. Noc przyj­dzie, a ty cią­gle bę­dziesz czy­tał.

Po­pa­trzy­łem na tatę z na­dzieją.

- Ża­den Szwed nie ze­psuje nam wa­ka­cji, tato - za­chę­ci­łem go.

Tata pa­trzył, pa­trzył, na­gle mru­gnął do mnie i ro­ze­śmiał się w głos.

- No, Fi­lipku, skrę­camy! - za­wo­łał z ta­kim en­tu­zja­zmem, aż za­lśniły mu górne zęby.

- Cio­cia po­wie­działa... - za­częła We­ro­nika.

- Ci­cho bądź! - zga­si­łem ją jak wi­chura świa­tło w Biesz­cza­dach.

Jed­nak nie ustą­piła.

- We­ro­niczka po­li­czy gwoź­dziki - bar­dzo spo­koj­nie po­wie­dział tata i pod­su­nął jej wia­derko z gwoź­dziami.

Wresz­cie mo­gli­śmy w spo­koju cie­szyć się wa­ka­cjami. Pod ścianą stały zło­żone cztery szafki, po­zo­stało przy­krę­cić do nich blaty.

- Już mogę wkrę­cać?! - do­ma­ga­łem się zgody, bo nie je­stem taki jak We­ro­nika. Słu­cham się do­ro­słych i nie pcham się tam, gdzie mnie nie pro­szą.

- Naj­pierw wy­tniemy w nim dziurę na zlew - po­wie­dział tata.

Roz­pa­ko­wa­łem okrą­gły zlew. Tu do­piero było in­struk­cji! Do­brze, że mama wy­szła, bo za­czy­ta­li­by­śmy się na śmierć.

- Cio­cia po­wie­działa, że trzeba czy­tać in­struk­cje! Tu­taj jest jesz­cze do­łą­czone tek­tu­rowe kółko do od­ry­so­wa­nia dziury na zlew! - We­ro­nika uwi­nęła się z li­cze­niem szyb­ciej niż ame­ry­kań­ski ge­niusz ma­te­ma­tyczny, który aż zwa­rio­wał od prze­li­cza­nia. Nie mie­li­śmy wię­cej gwoź­dzi, żeby ją uci­szyć, więc prze­sta­li­śmy zwra­cać na nią uwagę. Niech so­bie gada. Od żad­nego szwedz­kiego kółka nie bę­dziemy od­ry­so­wy­wać na­szego zlewu!

- Dziurę na zlew od­ry­so­wuje się od zlewu. - Ta­cie znów udało się ją uspo­koić.

Od­wró­ci­li­śmy zlew do góry no­gami i od­ry­so­wa­li­śmy go na bla­cie. Wy­cię­li­śmy okrą­glutką dziurę wy­rzy­narką dziadka, po­ło­ży­li­śmy blat na szaf­kach i wło­ży­li­śmy zlew do dziury.

- Go­towe! - za­wo­łał ura­do­wany tata, gdy huk­nęło, brzęk­nęło i uci­chło. Zlew prze­le­ciał przez dziurę jak Hi­rek przez koło ra­tun­kowe na ba­se­nie. I wpadł do szafki.

- Za duża dziura...? - Tata strasz­li­wie się zdzi­wił.

I ja się zdzi­wi­łem. I dzia­dek Zby­szek też się zdzi­wił.

- Po­każ to kółko od Szweda. - Dzia­dek po­pro­sił We­ro­nikę.

Kółko od Szweda też prze­le­ciało przez na­szą dziurę.

- Ździe­bełko za duża dziura się wy­cięła. Szkoda, że­śmy od­wró­cili zlew do góry no­gami - rzekł za­fra­so­wany.

- Mó­wi­łam! - We­ro­nika roz­pła­kała się ze zło­ści.

- Co te­raz, tato? - Mia­łem na­dzieję, że mój tata po­każe tej prze­uczo­nej ma­te­ma­tycz­nie We­ro­nice, co po­trafi Mieszko Za­skro­niec. Bę­dzie lep­szy od Su­per­mana! A co!

Tata po­tra­fił wes­tchnąć, wziąć kartę kre­dy­tową dziadka Zbyszka i po­je­chać do sklepu po nowy blat.

Po­le­cia­łem do chło­pa­ków. Po­wie­dzia­łem, że We­ro­nika tak nam prze­szka­dzała ga­da­niem o in­struk­cjach, że przez nią ze­psu­li­śmy cały blat. Niech wie­dzą, jaka ona jest na­prawdę!

- Na­stęp­nym ra­zem daj jej ryż do li­cze­nia - po­ra­dził Nam.

- Mnie za­sta­na­wia jedno, Fi­lipku. - Mą­dry Bła­że­jek pod­parł brodę dło­nią, zu­peł­nie jak jego tata, który rzą­dzi na­szą dziel­nicą. - Skąd ten Szwed od in­struk­cji wie­dział, że w wa­szym bla­cie trzeba wy­ciąć mniej­szą dziurę?

Za­sko­czył nas. Fak­tycz­nie, skąd ten Szwed tyle wie­dział?

- I na­suwa mi się jedna od­po­wiedź, którą wie­lo­krot­nie sły­sza­łem w te­le­wi­zji - cią­gnął mą­drze mą­dry Bła­że­jek. - Wszy­scy nas pod­słu­chują, na­wet Szwe­dzi.