Filipek i rodzeństwo. Tom 5 - Małgorzata Strękowska-Zaremba

Kup ebooka

29.90 zł
24.82 zł (20,93 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prze­su­wamy dziadka Zbyszka

Tak na­prawdę, to jesz­cze nie mam ro­dzeń­stwa, mam tylko sio­strę cio­teczną o imie­niu We­ro­nika, z którą cho­dzę do tej sa­mej klasy. Ale córka sio­stry mo­jej mamy nie jest prze­cież praw­dzi­wym ro­dzeń­stwem. Na ra­zie praw­dziwe ro­dzeń­stwo prze­bywa w śro­do­wi­sku wod­nym, to zna­czy merda no­gami w brzu­chu mamy Jo­anny Za­skro­niec, mimo że pły­wać się tam nie na­uczy, bo w brzu­chu na to za cia­sno. Nic dziw­nego, że ko­pie mamę w żo­łą­dek w dzień i w nocy. Przy każ­dym kop­nię­ciu mama sy­czy, jakby sie­działa na fo­telu den­ty­stycz­nym w cza­sie bo­ro­wa­nia bez znie­czu­le­nia.

- Piąty kop­niak w ciągu pół go­dziny - wy­po­mina ro­dzeń­stwu.

- Niech ćwi­czy, już wie, że ruch to samo zdro­wie! - mówi tata, Mieszko Za­skro­niec, i ze­zuje na mnie, żeby spraw­dzić, czy wresz­cie po­sze­dłem w ślady ro­dzeń­stwa i ode­rwa­łem się od kom­pu­tera.

Na­wet nie pod­no­szę oczu znad lap­topa mamy, który prze­ją­łem, gdy jej ka­riera wy­ha­mo­wała, bo się oka­zało, że jest w ciąży. Pro­stych rze­czy nie będę ta­cie tłu­ma­czył, ściana też po­trafi się po­ru­szyć, jak wpad­nie na nią wy­star­cza­jąco duża cię­ża­rówka. Moje ro­dzeń­stwo się ru­sza, ale ni­czego nie jest świa­dome. Na­wet tego, że le­ka­rze uwa­żają je za dziew­czynkę. Nie wie też, że ma faj­nego brata Fi­lipka Za­skrońca, że mieszka na osie­dlu ogro­dzo­nym wy­so­kim pło­tem z ka­me­rami, w bloku nu­mer 7A na ostat­nim pię­trze, a na dole pod nu­me­rem trzy ma dziadka Zbyszka i bab­cię Niu­się, która rzadko bywa w domu, bo jest no­wo­cze­sną ko­bietą, po­dob­nie jak mama, która cho­dzi na mar­sze rów­no­ści.

Nie wie też naj­waż­niej­szego, że jego brat ma su­per ko­le­gów z osie­dla: mą­drego Bła­żejka, szczer­ba­tego Nama, nie­wy­ży­tego Mau­ry­cego i An­to­sia ra­pera o ksywce PoS An­toni, czyli Po­szu­ki­wacz Sensu. A za wy­so­kim pło­tem mieszka ich naj­faj­niej­szy kum­pel Hi­rek, któ­rego mama wy­je­chała za gra­nicę do pracy i cho­ciaż za­ra­bia w fun­tach, nie w euro, Hi­rek jest na­zy­wany eu­ro­sie­rotą. Sie­rotą jest fak­tycz­nym, bo mama go po­rzu­ciła, a przy oka­zji po­rzu­ciła jego tatę, lo­dówkę pełną piw, kum­pli taty, psa Ari­zonę i dom ze ścianą, na któ­rej spi­su­jemy brzyd­kie wy­razy, żeby udo­wod­nić tym ga­mo­niom z pięk­nego osie­dla z ka­me­rami, do któ­rego przy­lega ściana, jak bo­gaty i róż­no­rodny jest ję­zyk pol­ski, a więc nie po­winni prze­pę­dzać Hirka z osie­dla tylko dla­tego, że la­tem i zimą cho­dzi w tych sa­mych tramp­kach i sika za śmiet­ni­kiem.

I nie wie jesz­cze to moje ro­dzeń­stwo, że kum­ple na za­mknię­tym osie­dlu z ka­me­rami są cen­niejsi od kina do­mo­wego i nie za­mie­nił­bym ich na nic, może z wy­jąt­kiem wy­cieczki na mecz Barcy z Re­alem na Camp Now, dla­tego moje ro­dzeń­stwo bę­dzie mu­siało po­lu­bić mo­ich ko­le­gów i FC BAR­CE­LONĘ bez względu na to, jak gra Barca, i bez względu na to, jak moi ko­le­dzy wy­glą­dają, jak się za­cho­wują, ja­kiej są na­ro­do­wo­ści, wy­zna­nia i czy ich ro­dzice są bo­gaci, czy biedni.

Ono na­wet nie wie, że nie tylko jest uwię­zione w ciele mamy, ale i oto­czone ogro­dze­niem, któ­rego strzegą ochro­nia­rze. I że już jest nie­lu­biane przez ad­mi­ni­stra­cję, bo z pew­no­ścią bę­dzie za­kłó­cać spo­kój ry­kiem i wrza­skiem, i bę­dzie ga­niać na oślep po traw­ni­kach, tra­to­wać je i śmie­cić. I że ad­mi­ni­stra­cja już usta­wiła mu kilka za­ka­zów.

Za­ka­zuje się si­kać w do­nice z kwia­tami!

Za­ka­zuje się grać w piłkę na te­re­nie osie­dla!

Za­ka­zuje się par­ko­wać ty­łem do bloku!

Tego ostat­niego za­kazu ja, kum­ple i kum­pelki nie ro­zu­miemy, ale ad­mi­ni­stra­cja od­mó­wiła nam ob­ja­śnie­nia. Po­wie­działa, że­by­śmy przy­szli, gdy już bę­dziemy mieć prawo jazdy i sa­mo­chód.

Nie wie też, to moje ro­dzeń­stwo, że mama Jo­anna po­sta­no­wiła ro­bić ka­rierę mimo wszystko i po po­ro­dzie szybko wró­cić do pracy, żeby jej nie stra­cić. Bo każde ko­lejne dziecko jest jak gwóźdź do trumny ka­riery, dla­tego na przy­kład mama Mau­ry­cego i Oli­wii od Mau­ry­cego za­po­wie­działa, że ka­riery nie zrobi, dla­tego może so­bie po­zwo­lić na jesz­cze troje dzieci.

Mnie się wy­daje, że jak skoń­czy z po­ro­dami, to bę­dzie już za stara i na szó­ste dziecko, i na ka­rierę. Wtedy chyba po­winna wejść na ka­bel pod na­pię­ciem, jak dzia­dek Zby­szek, i prze­pu­ścić przez sie­bie prąd, żeby do­stać rentę albo coś po­dob­nego.

Je­śli mama wróci do pracy, to zna­czy że wcze­śniej lub póź­niej moje ro­dzeń­stwo znaj­dzie się pod opieką dziadka Zbyszka, bo tylko on jest tak le­niwy, że ni­g­dzie nie pra­cuje, nie udziela się spo­łecz­nie i jest je­dy­nym sta­łym punk­tem w sa­lo­nie, bo jego ulu­bio­nej ka­napy sto­ją­cej przed te­le­wi­zo­rem, na któ­rej spę­dza więk­szość ży­cia, nie wolno prze­su­nąć na­wet o mi­li­metr. Kie­dyś sły­sza­łem, jak bab­cia Niu­sia wy­ma­wiała dziad­kowi brak ru­chu, tłu­ma­czyła mu na­wet, że do­tle­niony mózg le­piej pra­cuje. Na to dzia­dek strasz­nie się zde­ner­wo­wał. Po­wie­dział, że znie­sie wszyst­kie bab­cine eks­cesy - tak po­wie­dział "eks­cesy", to chyba zna­czy wy­głupy - ale je­śli bab­cia tknie jego ka­napę, odda ją po­trze­bu­ją­cym, sprzeda albo wy­rzuci, żeby zmu­sić dziadka do ru­chu, to on opu­ści bab­cię na wieki. I na­wet po wspól­nej śmierci nie za­ko­le­guje się z jej du­chem.

Se­rio!

- Gdzie moja ka­napa, tam ja! - huk­nął na cały blok i umilkł na ca­lutki ty­dzień. Na­wet do mnie się nie od­zy­wał. Chyba tylko o wolną Pol­skę wal­czył z więk­szym za­pa­łem, a może na­wet z mniej­szym...

Dla­tego je­stem pewny, że moje ro­dzeń­stwo trafi na ka­napę obok dziadka Zbyszka, usły­szy jego opo­wie­ści o tym, jak wal­czył o Polskę z ko­mu­chami albo z czer­wo­nymi, już mi się to plą­cze, i o tym, jak wlazł na nie­za­bez­pie­czony ka­bel elek­tryczny i do­znał ta­kiego wstrząsu, że za­bro­niono mu wra­cać do pracy. Ale te opo­wie­ści bę­dzie można wy­trzy­mać, naj­gor­sze jest to, że moje ro­dzeń­stwo bę­dzie no­siło moje na­zwi­sko: Za­skro­niec. Dla­tego mu­szę je ostrzec przed dziad­kiem, za­nim się ze­stre­suje i prze­żyje wstrząs po­dobny do tego, który ja le­d­wie prze­ży­łem. Stres jest prze­cież za­bój­czy, przy­czy­nia się do wielu cho­rób, od raka przez po­mrocz­ność ja­sną aż po fi­li­piń­ską go­rączkę. Ale dzia­dek Zby­szek sam chyba miał go­rączkę, bo gdy wresz­cie przy­jęto mnie do przed­szkola, a ja się za­par­łem, że tam nie pójdę, oł­gał mnie bez mru­gnię­cia okiem.

- Nie bój się, Fi­lipku, przed­szkola - po­wie­dział z uśmie­chem pod krót­kimi wą­sami. - Nikt cię tam nie tknie. Będą na cie­bie chu­chać i dmu­chać.

- Dla­czego na mnie? - Chlip­ną­łem raz i drugi.

- Od­po­wiedź jest bar­dzo pro­sta, wnu­siu. Bo je­steś Za­skroń­cem, a wszyst­kie za­skrońce w na­szym bied­nym, pięk­nym kraju są pod ochroną.

Na do­wód dzia­dek po­ka­zał mi al­bum z ga­dami chro­nio­nymi i ob­ra­zek za­skrońca wy­grze­wa­ją­cego się bez­tro­sko na ka­mie­niu.

Chlip­ną­łem ostatni raz i prze­sta­łem pła­kać. Uwie­rzy­łem dziad­kowi, nie wy­czu­łem pod­stępu. My­śla­łem, głąb je­den z ka­pu­sty bruk­selki, że i ja je­stem pod ochroną, więc jak pójdę do przed­szkola, to wszy­scy będą dbali tylko o mnie jak o ja­kiego bron­to­zaura czy cho­ciaż mi­sia ko­alę.

- Będą się tobą za­chwycać jak żywą ska­mie­liną - wma­wiał mi dzia­dek, wie­dząc, że nie­wiele zro­zu­miem, a ra­czej zro­zu­miem po swo­jemu i uznam, że je­stem z ka­mie­nia, bo czym in­nym może być żywa ska­mie­lina?

Jaki ja by­łem głupi! Tylko wal­nąć się piętą w czoło! By­łem tak głupi, jak mą­dry Bła­że­jek po za­ko­cha­niu się w gim­na­styczce Ga­brieli albo PoS An­toni za­bu­jany w Krysi.

Rano z uf­no­ścią po­da­łem dziad­kowi rękę, a ten z uśmie­chem po­pro­wa­dził mnie do przed­szkola, choć wie­dział, że mogę tego nie prze­żyć. Na do wi­dze­nia po­ca­ło­wa­łem go w oba po­liczki i ści­sną­łem za szyję tak mocno, że stra­cił od­dech.

Po­tem zo­sta­łem przed­sta­wiony przez pa­nią Mirkę gru­pie dzieci, które znały się już od roku, bo nie miały dziad­ków, któ­rzy prze­sie­dzie­liby z nimi na ka­na­pie przez dwa­na­ście mie­sięcy, więc zo­stały przed­szko­la­kami wcze­śniej ode mnie.

Pani Mirka usa­dziła nas wkoło pia­skow­nicy i po­pro­siła, że­bym po­wie­dział dzie­ciom coś o so­bie. Uśmiech­ną­łem się mię­dzy uszami jak ten tu­man w głę­bo­kich za­spach i mó­wię:

- Na­zy­wam się Fi­li­pek Za­skro­niec! Je­stem pod ochroną! - Bo tak na­uczył mnie dzia­dek Zby­szek.

- Dla­czego? - spy­tał mały, chudy Nam, który po­tem zo­stał moim naj­lep­szym kum­plem.

- Bo je­stem z ka­mie­nia jak bron­to­zaury, tylko że one nie są już żywe, dla­tego zo­stały z nich same ko­ści w mu­ze­ach - od­par­łem pew­nie, za­do­wo­lony, że tak do­brze mi idzie już pierw­szego dnia.

Na­iwny.

Nie mi­nęło pół mi­nuty, a już się prze­ko­na­łem, jak ta dziad­kowa ochrona wy­gląda. Adaś, który po­tem zo­stał moim naj­lep­szym kum­plem, tylko się zdzi­wił:

- Dla­czego wła­śnie ty je­steś z ka­mie­nia? - Bo już wtedy szu­kał we wszyst­kim sensu.

Za to nie­wy­żyty Mau­rycy, który po­tem też zo­stał moim naj­lep­szym kum­plem, kop­nął mnie w kostkę z taką siłą, że z bólu zo­ba­czy­łem drugą stronę księ­życa. I ryk­nął na cały głos, bo i jego za­bo­lało.

Wy­kop je­den bez­myślny! Zła­mał so­bie duży pa­luch u pra­wej stopy, ale mię­dzy jed­nym ry­kiem a dru­gim zdą­żył ogło­sić ca­łemu przed­szkolu, że nie je­stem z ka­mie­nia, wszyst­kich okła­ma­łem, więc można mnie lać jak każ­dego łga­rza.

I w ten spo­sób ode­brano mi ochronę i na­iwną wiarę, że dzia­dek Zby­szek za­wsze ma ra­cję, chce wy­łącz­nie mo­jego do­bra, jest nie­omylny i trzeba go słu­chać.

Gdy tylko Mau­rycy ogło­sił światu, że nie na­leżę do ga­dów chro­nio­nych, moja wredna, uta­len­to­wana ma­te­ma­tycz­nie sio­stra cio­teczna We­ro­nika trza­snęła mnie w głowę wia­der­kiem peł­nym pia­chu, bo ko­chała się w Mau­ry­cym, więc nie mo­gła znieść jego krzywdy. I wtedy po raz pierw­szy, ale nie ostatni, usły­sza­łem od niej, że na­skarży na mnie ro­dzi­com, bo okła­ma­łem całe przed­szkole i zła­ma­łem pa­lec Mau­ry­cemu. Od tego czasu do­nosi na mnie nie tylko ro­dzi­com, ale i ciotce El­żuni, czyli swo­jej ma­mie, wuj­kowi Ro­ber­ci­kowi, czyli dru­giemu mę­żowi swo­jej mamy, dziad­kom Za­skroń­com i na­szej wspól­nej babci Da­nu­cie. Wspól­nemu dziad­kowi nie może na­skar­żyć, bo dzia­dek zo­sta­wił bab­cię Da­nutę z po­wo­dów po­li­tycz­nych.

Ale to nie bab­cia Da­nuta wmó­wiła mi, że je­stem pod ochroną, tylko dzia­dek Zby­szek. Za­skro­niec je­den wy­śli­zgany! Wszystko to so­bie za­pla­no­wał. Za cia­sno mu było na ka­na­pie, bo ro­słem jak na droż­dżach, i po­sta­no­wił się mnie po­zbyć. Pod­stę­pem! Gdyby dzia­dek mi nie wmó­wił, że je­stem pod ochroną, nie wró­cił­bym już pierw­szego dnia do domu po­ko­pany po kost­kach i z gu­zem na gło­wie, a We­ro­nika nie zo­sta­łaby do­no­si­cielką ro­dzinną. Wtedy by­łem za mały, żeby to wszystko zro­zu­mieć. Te­raz wiem, że dzia­dek dbał tylko o Pol­skę, bo Pol­ska nie tur­lała się po jego ka­na­pie i nie sko­py­wała go z niej na pod­łogę, a ja tak.

Moje roz­ża­le­nie i złość były tam­tego dnia ogromne.

- Wię­cej nie pójdę do przed­szkola! - za­po­wie­dzia­łem dziad­kowi, gdy po mnie przy­szedł, bo ro­dzice wciąż byli w pracy, a bab­cia Niu­sia po­le­ciała aż do Inu­itów na bie­gun pół­nocny, żeby uczyć się zdro­wego od­ży­wia­nia. A tak na­prawdę pew­nie ucie­kła od dziadka, bo nie mo­gła wy­trzy­mać, że nie po­zwala prze­su­nąć ka­napy, cho­ciaż bab­cia uwiel­bia wszel­kie zmiany. Je­dy­nie ka­napy i dziadka nie udaje się jej zmie­nić.

Kiedy wresz­cie przy­szli po mnie ro­dzice, ryk­ną­łem na ich wi­dok z ca­łych sił.

- Nie pójdę do przed­szkola! - dar­łem się i ko­pa­łem ka­napę dziadka.

- Dla­czego? - spy­tali na­iw­nie.

- Bo tam nie wie­dzą, że Za­skrońce z na­szej ro­dziny są pod ochroną!

- Kto ci ta­kich głu­pot na­opo­wiadał? - za­py­tał tata, cho­ciaż dzia­dek Zby­szek jest jego tatą, więc po­wi­nien do­brze wie­dzieć, który spo­śród Za­skroń­ców wy­ga­duje głu­poty po­tęż­niej­sze od gór na Mar­sie.

- Dzia­dek! - ryk­ną­łem i z bez­sil­no­ści zsikałem się na dziad­kową ka­napę.

To była moja ze­msta, choć nie­pla­no­wana. Po raz pierw­szy w ży­ciu dzia­dek mu­siał wstać z ka­napy i prze­siąść się na nową, gdy już ją so­bie ku­pił. Bab­cia Niu­sia nie­stety nie miała z tych za­ku­pów żad­nej frajdy, bo nie zdą­żyła wró­cić z bie­guna, żeby choć raz w ży­ciu po­prze­su­wać me­ble w sa­lo­nie, za­nim nowa ka­napa sta­nęła do­kład­nie w tym sa­mym miej­scu co po­przed­nia ob­si­kana, czyli na wprost te­le­wi­zora.

Te­raz, przed uro­dze­niem się ro­dzeń­stwa, przy­po­mnia­łem so­bie o tym wszyst­kim i gdy zo­sta­łem z dziad­kiem sam, zwo­ła­łem chło­pa­ków z na­szego osie­dla i Hirka, i dziew­czyny z na­szego osie­dla do miesz­ka­nia dziad­ków.

- Nie można do­pu­ścić do tego, żeby dzia­dek opie­ko­wał się moim ro­dzeń­stwem! - oznaj­mi­łem im.

- Dla­czego? - Chciał wie­dzieć PoS An­toni.

- Żeby nie na­ga­dał mu głu­pot o za­skroń­cach z na­szego bied­nego, pięk­nego kraju - od­par­łem.

- Aha! - wszy­scy mnie zro­zu­mieli, na­wet We­ro­nika, i za­sto­so­wali się do mo­ich wska­zó­wek.

Mu­sie­li­śmy zmę­czyć dziadka, więc grzecz­nie za­ci­snę­li­śmy zęby i grzecz­nie wy­słu­cha­li­śmy jego opo­wie­ści o praw­dzi­wym pa­trio­ty­zmie, czyli mi­ło­ści do na­szego bied­nego, pięk­nego kraju, i tro­chę mniej grzecz­nie ziew­nę­li­śmy na ko­niec. A gdy ziew­nę­li­śmy, dzia­dek też ziew­nął i zdrzem­nął się na swo­jej ko­cha­nej ka­na­pie.

Pstryk­nę­li­śmy mu przed no­sem pal­cami, ale się nie obu­dził, więc prze­cią­gnę­li­śmy ka­napę ze śpią­cym dziad­kiem do po­koju babci Niusi.

- My­śli­cie, że to po­może? Dzia­dek prze­pchnie ka­napę przed te­le­wi­zor i nie od­mówi opieki nad ro­dzeń­stwem Fi­lipka - po­wąt­pie­wała uta­len­to­wana ma­te­ma­tycz­nie We­ro­nika.

- Bę­dziemy go prze­su­wać co­dzien­nie, aż zro­zu­mie! - oznaj­mi­łem sta­now­czo.

- A jak nie zro­zu­mie? - wąt­piła da­lej.

- To wy­nie­siemy te­le­wi­zor! - po­wie­dzia­łem. - Bez te­le­wi­zora ode­chce mu się wszyst­kiego, na­wet sie­dze­nia na ka­na­pie i wy­ga­dy­wa­nia głu­pot o za­skroń­cach.

Chło­paki po­pa­trzyły na mnie z po­dzi­wem, jak bym był co naj­mniej mą­drym Bła­żej­kiem. A Hi­rek przy­jaź­nie wal­nął mnie pię­ścią w plecy.

- Ja cię, Fi­li­pek! Mą­drze­jesz z dnia na dzień! Aż strach się z tobą kum­plo­wać! - po­chwa­lił.

Chło­paki i dziew­czyny zgo­dziły się z Hir­kiem bez słowa, tylko ta okropna We­ro­nika za­częła coś mam­ro­tać na mój te­mat. Było to nie­przy­ja­zne mam­ro­ta­nie, dla­tego prze­pchną­łem ją aż na klatkę scho­dową i za­trza­sną­łem drzwi. A po­tem wszy­scy, tylko już bez We­ro­niki, wró­ci­li­śmy do sa­lonu, usie­dli­śmy na pod­ło­dze przed te­le­wi­zo­rem i po­czu­li­śmy się bar­dzo szczę­śliwi. Pew­nie dla­tego, że ruch to samo zdro­wie, jak ma­wia mój tata, gdy wy­po­mina na­szym pił­ka­rzom, że za wolno się ru­szają na bo­isku.

Ruch to zdro­wie - rap PoS An­to­niego

Serce bije, głową rusz ko­niecz­nie,

co ci po­wiem, nie bę­dzie to grzeczne,

rusz się zio­mal, nie uda­waj Greka,

ruch to zdro­wie, a czas ucieka.

Z czło­wieka.

Jak rzeka.

Ucieka.

Ref.: Po­drap cza­chę!

Umyj ma­chę!

Bek­nij zdrowo!

Po­kręć głową!

Po­dłub w no­sie

i po ro­sie pędź!

Grasz na kom­pie, dzień z nocą się mie­sza,

serce bije, komp ci się za­wie­sza,

rzu­casz w niego naj­brzyd­sze wy­razy,

on ci wci­ska głu­piut­kie ob­razy.

Rusz się zio­mek, wyjdź z domu ko­niecz­nie,

czas ucieka, nie bę­dziesz żył wiecz­nie.

Ucieka.

Z czło­wieka.

Jak rzeka.

Ref.: Po­drap cza­chę!...