Filipek i piłka nożna. Tom 6 - Małgorzata Strękowska-Zaremba

Kup ebooka

29.90 zł
24.82 zł (20,93 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wy­ska­ku­jemy z raju

Ko­cham piłkę nożną, chło­paki z na­szego osie­dla, ogro­dzo­nego wy­so­kim pło­tem i strze­żo­nego przez ka­mery i ochronia­rzy, na któ­rym trzy­mają nas jak małpy w zoo, ko­chają piłkę nożną, i Hi­rek, ten, który mieszka za pło­tem na wol­no­ści i jest ka­pi­ta­nem na­szej dru­żyny pił­kar­skiej, ko­cha nożną. Jed­nak cho­ciaż bie­gamy za piłką jak durny wilk za za­ją­cem, to nie­wiele wiemy o jej prze­szło­ści, z wy­jąt­kiem mą­drego Bła­żejka prze­peł­nio­nego wie­dzą ni­czym Smok Wa­wel­ski kra­ko­wian­kami.

Na­szą wielką nie­wie­dzę na te­mat pra­dzie­jów piłki noż­nej ob­na­żyła Mar­ce­lina Gie­wont, tre­nerka dru­żyny pił­ka­rek Czer­wo­nych Gie­wont, gdy wra­ca­li­śmy z roz­gry­wek wo­je­wódz­kich wspól­nym au­to­ka­rem, bo nasz nie do­je­chał.

Tre­nerka gra­tu­lo­wała swo­jej dru­ży­nie mą­drej, sku­tecz­nej gry.

- Prze­grana to nie po­wód do ra­do­ści - sko­men­to­wał nie­wy­żyty Mau­rycy. No i roz­ju­szył dziew­czyny z Gie­wontu. Odwró­ciły się w na­szą stronę jak wil­ko­łaki, które po­czuły krew.

- Może przy­po­mnisz, kiedy to w hi­sto­rii re­pre­zen­ta­cji po­nie­śli­śmy ra­do­sną po­rażkę i dla­czego ra­do­sną? - spy­tała ka­pi­tanka ich dru­żyny, czar­no­włosa Hen­ryka ze spinką nad uchem.

Mau­ry­cemu po­do­bała się Hen­ryka, więc naj­chęt­niej opo­wie­działby jej całą książkę o "ra­do­snej po­rażce", nie­stety nic na ten te­mat nie wie­dział. Po­czer­wie­niał, prze­łknął ślinę i z na­dzieją po­pa­trzył na nas. A my prze­nie­śli­śmy wzrok na mą­drego Bła­żejka. Nasz mą­dry kum­pel był za­głę­biony w lek­tu­rze jak pompa w studni głę­bi­no­wej, więc ni­czego nie wi­dział i nie sły­szał. Mu­sia­łem za­trza­snąć mu książkę, by się ock­nął. Bła­że­jek nie znosi, gdy ktoś prze­rywa mu czy­ta­nie, więc się zde­ner­wo­wał. A gdy się do­wie­dział, o co cho­dzi, wy­zwał nas od bez­mó­zgich ro­bali. Po­wie­dział, że za­trzy­ma­li­śmy się w roz­woju na eta­pie dur­nej sto­nogi, któ­rej ży­cie mija na do­bie­ra­niu bu­tów. On nie bę­dzie wiecz­nie nam pod­po­wia­dał, dla­tego mu­simy sami zna­leźć od­po­wiedź na py­ta­nie czar­no­wło­sej Hen­ryki i przy oka­zji po­głę­bić wie­dzę o hi­sto­rii fut­bolu. A je­śli tego nie zro­bimy, to wy­ro­sną z nas ki­bole, któ­rzy wie­dzą tyle o piłce noż­nej, co bul­dog Mi­sia­czek o plu­skwia­kach róż­no­skrzy­dłych!

Czer­wone Gie­wont po­chi­chrały się z nas, ale nie wy­ja­wiły ni­czego na te­mat ra­do­snej po­rażki.

Chi­chrawki dwu­ko­pytne łącz­nie z Bła­żej­kiem!

Wró­ci­li­śmy do domu w bo­jo­wych na­stro­jach. Po­ka­żemy Bła­żej­kowi, że nie tylko on czyta w nad­mia­rze, i jesz­cze pa­mięta, co prze­czy­tał! Po­sta­no­wi­li­śmy po­znać prze­szłość fut­bolu od sa­mego pra­po­czątku. Od sa­mego zera! Albo nawet od mi­nus zera!

- Fi­lipku, zbierz od­po­wiedni ma­te­riał i stre­ścisz go nam w przy­stęp­nej for­mie słow­nej lub ob­raz­ko­wej - zde­cy­do­wał Hi­rek.

- Dla­czego ja? An­tek czyta wię­cej ode mnie - za­pro­te­sto­wa­łem, bo to było nie­spra­wie­dliwe, a nie­spra­wie­dli­wość może znisz­czyć wszystko, na­wet naj­więk­szą przy­jaźń.

- Masz wielki za­pał, dużą głowę, dziadka Zbyszka, tatę i wujka Ro­ber­cika, któ­rzy znają się na hi­sto­rii - wy­ja­śnił Hi­rek.

Skrzy­wi­łem się, ale nie od­po­wie­dzia­łem ani tak, ani nie.

- Zgódź się. Po­ka­żemy tym Gie­won­cia­rom, co to jest ra­do­sna po­rażka, aż do­staną roz­wol­nie­nia z za­chwytu, łącz­nie z Bła­żej­kiem - do­dał An­toś.

I tym mnie prze­ko­nał. Do­pro­wa­dzę je na­wet do bie­gunki, łącz­nie z Bła­żej­kiem! - po­my­śla­łem.

Gdy­bym wie­dział, że ma­te­riał o piłce sięga cza­sów Adama i Ewy wy­pę­dzo­nych z raju, to­bym się nie zgo­dził. A gdy­bym prze­czuł, że z po­wodu piłki stracę ży­ran­dol, zrzu­cił­bym ro­botę na We­ro­nikę, moją cio­teczną sio­strę nad­mier­nie uzdol­nioną ma­te­ma­tycz­nie, która wtrąca się w moje ży­cie. Przy­naj­mniej raz by­łaby na­prawdę uży­teczna.

Nie­stety nie mam umie­jęt­no­ści prze­wi­dy­wa­nia tego, co naj­gor­sze. Mu­siał­bym być pe­sy­mi­stą, który przej­muje się wszyst­kim. Ale to pro­wa­dzi do wa­riac­twa. A kto by chciał zwa­rio­wać? Na pewno nie ja!

Z za­pa­łem wzią­łem się do zbie­ra­nia in­for­ma­cji o naj­daw­niej­szej prze­szło­ści gier w piłkę. Po paru dniach prze­szu­ki­wa­nia ksią­żek i in­ter­netu mia­łem dość sa­mo­dziel­nego gro­ma­dzenia ma­te­riału. Głowa pę­kała mi w szwach jak źle zszyta fut­bo­lówka.

- Za­nim pusz­czą ci szwy, po­dziel się wie­dzą z nami - po­pro­sił Mau­rycy, któ­remu bar­dzo za­le­żało, żeby za­bły­snąć przed czar­no­włosą Hen­ryką. Zgar­nął chło­pa­ków z osie­dla, Hirka zza płotu i przy­pro­wa­dził ich do mnie. Za­pro­si­li­śmy też Bła­żejka. Niech wie, prze­łącz­nik kla­wi­szowy, że nie próż­no­wa­łem! Za chło­pa­kami przy­le­ciała We­ro­nika, a z nią nie­śmiała Ma­rysia z psem Iry­skiem.

- Tylko nie obudź­cie Bal­binki - za­strze­gła mama, przy­kła­da­jąc do ust pa­lec upa­prany mar­chew­kową zupką dla nie­mow­ląt.

Obie­ca­li­śmy za­cho­wy­wać się grzecz­niej od pu­cha­tych misi ko­ala, prze­szli­śmy na pal­cach obok po­koju mo­jej nowo na­ro­dzo­nej sio­stry Hani, na­zy­wa­nej przez wszyst­kich Bal­biną, i za­mknę­li­śmy się u mnie. Nam od razu za­czął ba­wić się piłką, którą ku­pi­łem, gdy się do­wie­dzia­łem, że mama jest w ciąży, bo my­śla­łem, że będę miał brata.

- Nie baw się, tylko słu­chaj - grzecz­nie zwró­ci­łem mu uwagę. - To bę­dzie opo­wieść w od­cin­kach, żeby Bła­żej­kowi głowa nie pę­kła od nad­miaru in­for­ma­cji - uprze­dzi­łem, cho­ciaż wiem, że jego głowa mie­ści wszystko, na­wet wie­dzę o gli­stach ludz­kich i cho­ro­bach od­zwie­rzę­cych.

Mą­dry kum­pel łyp­nął na mnie nie­przy­jaź­nie, ale nie za­mru­gał ostrze­gaw­czo.

Za­czerp­ną­łem po­wie­trza. Chło­paki, dziew­czyny i pies, z wy­jąt­kiem Bła­żejka, wbili we mnie wy­cze­ku­jące spoj­rze­nia. Po­czułem się jak ra­kieta przed star­tem. Otwo­rzy­łem usta, ale szyb­szy był PoS An­toni, który składa rymy i po­szu­kuje Sensu przez duże "S".

- Naj­trud­niej za­cząć, wiem coś o tym - po­wie­dział współ­czu­jąco.

- Ci­cho, bo śnieg spad­nie, a Fi­li­pek nie wy­star­tuje z opo­wie­ścią - uci­szył go Hi­rek.

- Do­bra, mó­wię! - za­po­wie­dzia­łem. - Co jest w ży­ciu naj­waż­niej­sze? - spy­ta­łem mą­drze, bo chcia­łem prze­bić Bła­żejka w mą­dro­ści. - Piłka nożna! - od­po­wie­dzia­łem. - Cały świat o tym wie. Raz z jej po­wodu wy­bu­chła na­wet wojna i trwała aż sto go­dzin.

- Sto go­dzin to sześć ty­sięcy mi­nut albo sto osiem­dzie­siąt ty­sięcy se­kund. - We­ro­nika nie wy­trzy­mała i po­pi­sała się zdol­no­ściami nie­do­stęp­nymi ani mnie, ani kum­plom z osie­dla, z wy­jąt­kiem Bła­żejka.

Prze­mil­cza­łem te po­pisy.

- PoS An­toni wma­wia w swo­ich na­wij­kach, że w ży­ciu oprócz piłki ważne są jesz­cze: przy­jaźń, mi­łość, Bóg i pie­nią­dze. Ale mu nie wierz­cie.

An­toś łyp­nął na mnie jak kot na brudną ku­wetę, więc po­spie­szy­łem z wy­ja­śnie­niem:

- Przy­jaźni, mi­ło­ści, Boga i pie­nię­dzy nie da się odłą­czyć od piłki noż­nej. Przy­jaźń chło­pa­ków z bo­iska jest trwal­sza od skały, a mi­łość do piłki sil­niej­sza niż hu­ra­gan. Każdy to wie, nie warto o tym na­wet ga­dać...

- To nie ga­daj! - burk­nął An­tek.

Tym ra­zem ja łyp­ną­łem na niego jak brudna ku­weta na kota, ale nie sko­men­to­wa­łem, bo je­ste­śmy przy­ja­ciółmi z bo­iska.

- Z Bo­giem i pie­niędzmi jest go­rzej. Szkoda, że mie­szają się do piłki. Cho­ciaż Bogu trudno udo­wod­nić, że na pewno wpły­nął na ja­kiś mecz i coś za­chach­mę­cił.

- Można udo­wod­nić! - Tym ra­zem prze­rwał mi Mau­rycy.

Za­chi­chra­li­śmy się jak koń na wi­dok wy­ści­go­wego osła.

- Nie po­wiemy ci, że je­steś stu­pro­cen­to­wym osłem, bo łą­czy nas przy­jaźń z bo­iska - po­wie­dzia­łem bar­dzo grzecz­nie, cho­ciaż mia­łem już dość cią­głego prze­ry­wa­nia.

Mau­rycy zmie­rzył mnie wzro­kiem i cho­ciaż nie jest mą­drym Bła­żej­kiem, który nie roz­staje się z książką lub ta­ble­tem, wy­jął z ple­caka wła­sną książkę.

Musi mu fak­tycz­nie za­le­żeć na czar­no­wło­sej Hen­ryce - po­my­śla­łem.

- Tu jest na­pi­sane, że Je­zus grywa w piłkę nożną. - Wska­zał jedną ze stron swo­jej książki.

W dro­dze do ty­tułu mi­strzow­skiego Bra­zy­lia po­ko­nała An­glię. Wy­cho­dzący w Rio de Ja­ne­iro dzien­nik "Jor­nal dos Sports" w ar­ty­kule pod ty­tu­łem "Je­zus broni Bra­zy­lii" tak wy­ja­śnia przy­czynę wy­gra­nej: "Ile­kroć piłka le­ciała w stronę na­szej bramki i gol wy­da­wał się nie­uchronny, Je­zus spusz­czał nogę z ob­ło­ków i wy­ko­py­wał piłkę na aut". Do ar­ty­kułu do­łą­czono ry­sunki ilu­stru­jące to nad­przy­ro­dzone zja­wi­sko.

- Je­zus też musi mieć ja­kąś roz­rywkę - wciął się Nam, który znów pod­rzu­cał piłkę i mnie roz­pra­szał.

- Nie wie­rzę! - oznaj­miła We­ro­nika.

Po­sła­łem jej spoj­rze­nie pełne po­li­to­wa­nia i skry­ty­ko­wa­łem na głos, bo z nią nie łą­czy mnie przy­jaźń z bo­iska.

- Po­myśl, za­nim coś po­wiesz. Nikt w to nie wie­rzy z wy­jąt­kiem Mau­ry­cego.

My­śla­łem, że Mau­rycy za­re­aguje ner­wowo, ale on szcze­rzył zęby w uśmie­chu i wpa­try­wał się w coś, co zna­lazł mię­dzy kart­kami książki, sta­ra­jąc się jed­no­cze­śnie, aby nikt nie zo­ba­czył, na co się gapi.

- Co tam masz? - We­ro­nika też za­uwa­żyła szcze­rze­nie się Mau­ry­cego.

Za­trza­snął książkę z pręd­ko­ścią po­nad­dźwię­kową i scho­wał za sie­bie.

- Nic! - wy­krzyk­nął gło­śniej, niż na­le­żało, co upew­niło mnie w prze­ko­na­niu, że coś tam ma.

- Wszystko okej? - Mama zaj­rzała do po­koju. Na jej twa­rzy ma­lo­wała się wielka po­dejrz­li­wość.

- Wszystko! - za­pew­nił Hi­rek w na­szym imie­niu.

Le­d­wie mama wy­szła, Nam znowu za­czął pod­rzu­cać piłkę, a Mau­rycy zer­kać ukrad­kiem do książki.

I jak tu opo­wia­dać?!

- Nam, daję ci pierw­sze ostrze­że­nie! - Zmarsz­czy­łem brwi groź­niej, niż robi to bab­cia Da­nuta. - A ty, Mau­rycy, prze­stań zer­kać! - do­da­łem.

- Mia­łeś mó­wić o pra­dzie­jach piłki, a nie o na­wij­kach An­to­sia - wy­tknął mi Nam i znowu rzu­cił piłkę w górę.

Pod­rzu­tek pił­kar­ski z krzywą grzywką!

- Za­raz będą i pra­dzieje. Było so­bie okrą­głe słońce, a po Ziemi cho­dziły di­no­zaury!

- Chyba nie po­wiesz, że di­no­zaury grały w nogę?! - We­ro­nika prych­nęła jak kot babci Da­nuty, który sika do zlewu za­miast do ku­wety.

- Nie od­bie­raj mi resz­tek cier­pli­wo­ści! - syk­ną­łem. - Na­ukowcy jesz­cze nie od­kryli, w co grały di­no­zaury, więc te­raz prze­niosę moją opo­wieść do raju - roz­po­czą­łem wszystko od po­czątku, ale ta ta­bliczka wy­peł­niona licz­bami znów mi prze­rwała.

- Adam i Ewa grali w piłkę? Cha, cha!

- Nie znasz się na pra­dzie­jach, więc nie prze­ry­waj! - za­żą­da­łem ka­te­go­rycz­nie. - An­glicy mó­wią, że piłka nożna narodziła się wtedy, gdy Adam kop­nął jabłko po­dane mu przez Ewę. W RAJU! To był pierw­szy wy­kop, nie­stety nie­udo­ku­men­to­wany w żad­nej pra­sta­rej księ­dze, dla­tego nie mogę udo­wod­nić babci Da­nu­cie, że w raju działy się ta­kie fajne rze­czy.

- Smok Wa­wel­ski też jest nie do udo­wod­nie­nia - wtrą­cił Bła­że­jek, cho­ciaż aku­rat on po­wi­nien sie­dzieć ci­cho.

- Ale Wa­wel jest na­prawdę. A po­każ mi raj - do­ma­gała się We­ro­nika.

Za­ci­sną­łem zęby.

- Za ży­cia ci nie po­każę! - wy­sy­cza­łem. - I nie prze­ry­waj­cie mi, bo ni­gdy nie wyjdę z raju, a jesz­cze mu­szę w nim zo­stać, bo In­dia­nie też... - prze­rwa­łem. Piłka pod­rzu­cona przez Nama od­biła się od su­fitu i wpa­dła do ży­ran­dola, który miał kształt la­ta­ją­cego ta­le­rza UFO wi­szą­cego na łań­cu­chu i był po­da­run­kiem od babci Da­nuty.

Za­pa­dło chwi­lowe mil­cze­nie. Pa­trzy­li­śmy w górę na wy­pu­kły jak brzuch wie­lo­ryba ta­lerz w mlecz­nym ko­lo­rze.

- Wyjmę ją w pięć mi­nut - po­wie­dział skru­szony Nam. I prze­pchnął moje łóżko na kół­kach pod ży­ran­dol. Na łóżku po­sta­wił krze­sło ob­ro­towe zza biurka i z po­mocą Hirka i An­to­sia na nie wlazł. Po czym za­chwiał się jak pod­cięte drzewo.

- Ale faj­nie! - za­chwy­cił się Hi­rek.

- Za ni­sko - wes­tchnął roz­cza­ro­wany Nam i ka­zał po­dać so­bie pla­sti­kowy fo­te­lik Bal­biny, który stał w ką­cie przy sza­fie.

- Nie wy­trzy­mam z tymi tu­ma­nami. Ścią­gnij­cie go, bo spad­nie! - Bła­że­jek zgro­mił nas wzro­kiem, więc nie po­słu­cha­li­śmy. Ob­ra­żony od­wró­cił się ple­cami, za­po­wia­da­jąc, że nie chce mieć z tym nic wspól­nego.

Nie­uży­tek je­den! Od razu prze­szła mi złość na Nama, za to wró­ciła złość na Bła­żejka. Do­brze, że cho­ciaż dziew­czyny się nie wtrą­cały, a na­wet za­ofe­ro­wały po­moc. Przy­dzie­li­łem je do trzy­ma­nia łóżka, żeby nie od­je­chało. An­toś i Mau­rycy za­ci­snęli ręce na opar­ciu krze­sła, Hi­rek pod­trzy­my­wał fo­te­lik Bal­biny, a ja ści­sną­łem Nama po­wy­żej ko­stek.

- Ale faj­nie! - pod­su­mo­wał Hi­rek.

Nam wspiął się na palce. Tym­cza­sem na­dęty Bła­że­jek za­uwa­żył książkę, którą Mau­rycy zo­sta­wił na chwilę bez opieki, i zaj­rzał do środka.

- O! - po­wie­dział za­sko­czony.

I wtedy Mau­rycy zbie­lał jak prze­ście­ra­dło na­mo­czone w wy­bie­la­czu, pu­ścił krze­sło, prze­sa­dził łóżko dwoma su­sami i sko­czył na Bła­żejka. Nie prze­wi­dział, że skok za­chwieje mi­sterną kon­struk­cją z łóżka, krze­sła i fo­te­lika. Me­ble się roz­je­chały i Nam stra­cił opar­cie pod no­gami.

- Je­ste­śmy grzeczni! - zdą­ży­łem za­pew­nić, ale mama nie uwie­rzyła.

Gdy otwo­rzyły się drzwi, Nam wi­siał ucze­piony ży­ran­dola, a Bła­że­jek le­żał na pod­ło­dze i le­d­wie od­dy­chał pod cię­ża­rem Mau­ry­cego. Ści­skał w ręce zdję­cie czar­no­wło­sej Hen­ryki ze spinką nad uchem, które wy­pa­dło z książki.

Mama po­ko­nała dwa me­try jed­nym ko­cim su­sem i zła­pała Nama - wi­sielca za nogi. Mimo to la­ta­jący ta­lerz pękł i z hu­kiem ude­rzył o pod­łogę. Prze­ra­żony ha­ła­sem Iry­sek buch­nął w drzwi. Po chwili wrzask prze­stra­szo­nej Bal­biny wstrzą­snął ca­łym blo­kiem. Jak się póź­niej oka­zało, pies wsko­czył jej do łó­żeczka, cho­ciaż do­tąd nikt nie po­dej­rzewał go o umie­jęt­ność skoku wzwyż.

- Ale faj­nie. - Hir­kowi nie udało się po­wstrzy­mać ko­men­ta­rza.

Nic dziw­nego, że kum­ple zo­stali wy­ko­pani z miesz­ka­nia jak Adam i Ewa z raju, a mnie za­bro­niono do­kształ­cać ich w spra­wie pre­hi­sto­rii piłki noż­nej, do­póki po nich nie po­sprzą­tam.

Wszystko przez nie­uży­tego Bła­żejka!

Mo­jemu Ta­cie

Po­sze­dłem na bójkę, a wy­buchł mecz.

Kate Fox, Przej­rzeć An­gli­ków

Dla mo­jej ko­cha­nej piłki ko­pa­nej

oraz pił­ka­rek z Czer­wo­nych Gie­wont,

żeby do­stały roz­wol­nie­nia z za­chwytu.

Fi­li­pek Za­skro­niec

Roz­grze­wa­jąca na­wijka POS An­to­niego dla nie­roz­grza­nych ki­bi­ców

?Mam sprawę, wy­trzyj nos rę­ka­wem,spluń w ręce, nic wię­cej i klaszcz, hymn znasz!Niech nasz sta­dion ry­czy w głos!Niech go sły­szy cały świat!Nie wy­gra­li­śmy od lat,ale dzi­siaj mamy farta!

Ref. Wy­gramy! Wy­gramy!Jak nie wiem co, wy­gramy!?Asa w rę­ka­wie mamy!Nie damy! Nie damy! Po­ko­nać się nie damy!Sześć zero już? O rany!Pora na pierw­sze zmiany!Ej, go­ściu, strzel do bramy! Za­raz ich po­ko­namy.Lep­szych snaj­pe­rów mamy.

Nie damy, nie damy, pola im nie od­damy!

Ich na­pór prze­trzy­mamy!

Przedarli się?

O rany!

Wy­gramy, wy­gramy,

wy­gramy lub prze­gramy,

lecz wy­ba­czymy wszystko, naj­brzyd­sze wi­do­wi­sko,

bo fut­bol zbyt ko­chamy,

kie­dyś i my wy­gramy...

Ref. Wy­gramy! Wy­gramy!Jak nie wiem co, wy­gramy!?Asa w rę­ka­wie mamy!Nie damy! Nie damy! Po­ko­nać się nie damy!Sześć zero już? O rany!Pora na pierw­sze zmiany!Ej, go­ściu, strzel do bramy! Za­raz ich po­ko­namy.Lep­szych snaj­pe­rów mamy.WY­GRAMY