Filipek i imprezy. Tom 7 - Małgorzata Strękowska-Zaremba

Kup ebooka

29.90 zł
24.82 zł (20,93 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wy­si­ku­jemy serce na śniegu

Prze­pa­dam za im­pre­zami. Moi kum­ple i ku­pele z osie­dla, ich psy, koty, żół­wie, cho­miki, szczury i pa­ty­czaki ko­chają im­pre­zo­wa­nie bar­dziej niż dzia­dek Zby­szek swoją ka­napę. Ja naj­bar­dziej lu­bię te im­prezy, na któ­rych do­brze się ba­wię. Pro­blem po­lega na tym, że przed im­prezą ni­gdy nie wia­domo, czy będę się na niej ba­wił do­brze, czy źle. Pod­czas ostat­niej szkol­nej im­prezy tań­cu­ją­cej o mało nie stra­ci­łem głowy. Se­rio. Wszystko przez "psi pysk", który oka­zał się pod­róbką hełmu w po­mniej­sze­niu. Ale po ko­lei.

Im­pre­zo­wa­nie przy gło­śnej mu­zyce, do tego w prze­bra­niu, bo to aku­rat był bal ko­stiu­mowy, jest cał­kiem przy­jemne. Nie­stety, szkolne im­prezy tań­cu­jące or­ga­ni­zo­wane są w szkole, więc je­ste­śmy pod ści­słą ob­ser­wa­cją dy­żu­ru­ją­cych na­uczy­cieli, co nas nie za­chwyca. Na do­miar złego uwaga na­uczy­cieli sku­pia się głów­nie na mnie i kum­plach. Jak by­śmy byli je­dy­nymi im­pre­zo­wi­czami świata. Wo­le­li­by­śmy po­sza­leć bez ob­ser­wa­cji. Naj­gor­sze jest jed­nak to, że zmu­szają nas do tań­ców w pa­rach. Z dziew­czy­nami!

- Nie po to po­dat­nik pła­cił za wa­szą na­ukę tań­ców to­wa­rzy­skich, że­by­ście ska­kali na par­kie­cie jak małpy po bu­tiku z to­reb­kami! - grzmi pan od wu­efu, zwany Przy­stawką.

Mó­wimy, że żad­nego po­dat­nika nie pro­si­li­śmy, by pła­cił za na­szą na­ukę, więc niech się po­dat­nik od nas od­tań­cuje. Ale na­uczy­ciele rzadko wie­rzą uczniom. Przy­stawka, który naj­czę­ściej dy­żu­ruje pod­czas im­prez tań­cu­ją­cych, staje nad nami jak krzywa wieża nad pro­stow­nicą do wło­sów i wy­mu­sza tańce z dziew­czy­nami. Za­po­mniał, gwiz­dek na­wie­dzony tań­cem, że z braku dziew­czyn na za­ję­ciach ta­necz­nych uczy­li­śmy się tań­czyć w pa­rach chło­pię­cych i już ina­czej nie umiemy.

Gdy tylko Przy­stawka we­pchnie nas w ra­miona dziew­czyny, za­po­mi­namy, czego się na­uczy­li­śmy, i do­sta­jemy pa­ra­liżu koń­czyn. Se­rio. Bła­że­jek mówi, że jest to amne­zja ta­neczna po­łą­czona z uczu­le­niem. Dziew­czyny zresztą też nie uła­twiają nam za­da­nia. Chcą się ob­ra­cać to w prawo, to w lewo, jakby je osy po­żą­dliły. Ob­rót w prawo jesz­cze ja­koś mi wy­cho­dzi, ale lewa strona mnie nie słu­cha, więc mylę kroki i na­ra­żam się na kom­pro­mi­ta­cję.

- Fi­lipku, nie za­dep­tuj part­nerki! - drze się Przy­stawka.

Nie my­śli, sko­czek je­den roz­wrzesz­czany, że je­stem de­li­katny, wraż­liwy i ła­two mnie zra­nić. Im gło­śniej krzy­czy, tym bar­dziej plą­czą mi się nogi i na­ra­sta we mnie wstyd oraz wstręt do tań­ców to­wa­rzy­skich.

Pani ka­te­chetka ma wię­cej współ­czu­cia, to­też robi wiele, żeby ura­to­wać nas przed tań­cami w pa­rach mie­sza­nych.

- Wę­ży­kiem, dzie­ciaczki! - za­chęca i lata za nami do­okoła sali gim­na­stycz­nej ni­czym kot za wła­snym ogo­nem.

Nie­stety, dziew­czy­nom się nie spodo­bało, że uni­kamy ich jak spraw­dzia­nów, i po­sta­no­wiły zmie­nić za­sady pa­nu­jące na szkol­nych im­pre­zach tań­cu­ją­cych.

- Same będą nas pro­sić do tańca, a jak który się schowa, to po­pa­mięta - do­niósł Mau­rycy. Ma naj­śwież­sze wia­do­mo­ści o dziew­czy­nach, bo pod­słu­chuje sio­strę i jej ko­le­żanki. A po­tem po­wie­dział, że za­czną od Fi­lipka, i tym mnie do­bił.

- Dla­czego ode mnie? Co ja im zro­bi­łem? - spy­ta­łem roz­go­ry­czony, gdyż było to strasz­nie nie­spra­wie­dliwe.

Chło­paki przyj­rzały się mi jak ja­kie­muś autu wy­sta­wio­nemu na sprze­daż.

- Ładny je­steś - cmok­nął z nie­sma­kiem Nam.

- Jak­byś wy­szedł pro­sto z myjni - skrzy­wił się An­toś.

- No, gładki jak li­no­leum. Kum­pel taty też taki był. "Dzie­ciuch" go na­zy­wali, bo wła­my­wał się do przed­szkoli, żeby się po­ba­wić. - Hi­rek splu­nął z wia­trem. - Wy­le­czyła go jedna taka Ma­riola. Mają pię­cioro dzieci, pięć za­sił­ków na dzieci i furę za­ba­wek.

- To co ja mam ro­bić?! - przy­po­mnia­łem, że o mnie cho­dzi, a nie o ja­kie­goś kum­pla od za­ba­wek.

- Zbrzyd­nij - rzu­cił bez­myśl­nie Mau­rycy, nie mar­twiąc się, że to nie­wy­ko­nalne.

- Mau­rycy, po­myśl, za­nim coś po­wiesz. Na­wet po­ca­łu­nek Shreka nie zmie­niłby Fi­lipka w śmier­dzą­cego ogra - za­uwa­żył Hi­rek.

- Na ope­ra­cję pla­styczną cię nie stać? - spy­tał głu­pio PoS An­toni.

- Ty, An­toś, też po­myśl. Fi­lipka nie stać na­wet na skar­petki do pary - wtrą­cił Nam.

- Se­rio? - zdzi­wi­łem się, bo aku­rat skar­pet mam aż za dużo. I spoj­rza­łem na stopy. Fak­tycz­nie, na pra­wej no­dze mia­łem skar­petkę w zie­loną kratkę, a na le­wej w żółte mi­sie.

- To sam wy­myśl, jak go zbrzy­dzić! - ze­zło­ścił się An­toś.

Bła­że­jek, który czy­tał ulotkę re­kla­mu­jącą klej do pro­tez zę­bo­wych, bo nie miał pod ręką uko­cha­nej książki, a bez czy­ta­nia żyć nie po­trafi, pac­nął się ulotką w czoło.

- Nie wy­trzy­mam z tymi tu­ma­nami! Zbrzyd­nąć to nie to samo co zbrzy­dzić! Czy wy słow­ni­ków nie czy­ta­cie?! - wark­nął. Był w złym hu­mo­rze, bo ulotka oka­zała się nudna.

- Nie czy­tamy - po­twier­dzi­li­śmy grzecz­nie, aby go jesz­cze bar­dziej nie roz­ju­szyć.

Do­ce­nił grzecz­ność i po­wie­dział już spo­koj­nie:

- Można zbrzy­dzić dziew­czy­nom Fi­lipka, mó­wiąc, że je kozy z nosa i cho­dzi w za­si­ka­nych majt­kach, ale to jest nie­bez­pieczne.

Szczęki nam opa­dły ze zdzi­wie­nia. Każdy we wcze­snym dzie­ciń­stwie cho­dził w za­si­ka­nych majt­kach i sza­mał nie tylko kozę z nosa, ale i ca­łego gila, mimo to ży­cia nie stra­cił.

- Dla­czego je­dze­nie kóz z nosa i cho­dze­nie w mo­krych majt­kach jest nie­bez­pieczne? - od­wa­żył się spy­tać Nam.

Mą­dry kum­pel spoj­rzał na nas jak orzeł biały na bo­isko or­lika po­ro­śnięte nie­równą mu­rawą.

- Za­sta­na­wiam się, czy na­prawdę po­cho­dzimy od tej sa­mej małpy - wes­tchnął. - To jest nie­bez­pieczne, bo dziew­czyny opo­wie­dzą wszyst­kim do­okoła. Cała War­szawa się do­wie, a po­tem cały kraj. Przy­lgnie to do Fi­lipka jak brzyd­kie wy­razy do ściany Hirka. Je­śli kie­dyś ze­chce zo­stać pre­zy­den­tem, to dzien­ni­ka­rze na­pi­szą: "Kan­dy­dat na pre­zy­denta jadł kozy z nosa i cho­dził w za­si­ka­nych majt­kach". Chcie­li­by­ście mieć ta­kiego pre­zy­denta? - Prze­je­chał po na­szych twa­rzach wzro­kiem ostrym jak nóż do pa­pieru.

Po­krę­ci­li­śmy gło­wami.

- Czyli zo­stało mu zbrzyd­nąć? - pod­su­mo­wał Nam.

- Jak?! Ro­dzice mnie ta­kiego uro­dzili! - wy­buch­ną­łem.

I po­czu­łem ogromny żal do Jo­anny i Mieszka Za­skroń­ców. Nie dość, że mam uro­dziny raz na cztery lata, to jesz­cze je­stem ładny. W do­datku nikt mi nie współ­czuje.

- Spo­koj­nie, to im­preza ko­stiu­mowa. Prze­bie­rzemy cię tak, że sam sie­bie nie po­znasz. - Bła­że­jek po­kle­pał mnie po ple­cach.

Zdzi­wi­li­śmy się, że sami nie wpa­dli­śmy na rów­nie pro­sty po­mysł.

Za­wsze ma­rzy­łem, żeby prze­brać się za ośmior­nicę, ale Nam mi od­ra­dził. Chło­pak jego sio­stry prze­brał się kie­dyś w ten spo­sób i wszy­scy dep­tali go po mac­kach. Na ko­niec za­plą­tał się w nie i zle­ciał ze scho­dów, ła­miąc rękę, nogę i pa­lec wska­zu­jący.

- To­bie, Fi­lipku, przede wszyst­kim trzeba ukryć twarz. Nie bę­dzie wi­dać, jaki je­steś ładny. Pro­po­nuję ma­skę prze­ciw­smo­gową albo hełm ry­cer­ski z osłoną na twarz - cią­gnął mą­drze mą­dry Bła­że­jek.

Wy­bra­łem strój ry­cer­ski. Nie będę się prze­bie­rał za stru­tego Po­laka, bo pełno ta­kich na uli­cach miast oraz ku­ror­tów gór­skich. Bab­cia Niu­sia uszyła mi płaszcz, dzia­dek Zby­szek wy­ko­nał kol­czugę do­mo­wym spo­so­bem, a Hi­rek obie­cał zdo­być naj­praw­dziw­szy hełm.

- Tata zna ta­kiego fa­cia, który ma ko­lek­cję zbroi w bun­krze wy­ko­pa­nym wła­sno­ręcz­nie pod ga­ra­żem. Po­ży­czy, ale na krótko. Przy­niosę pro­sto na im­prezę.

Uspo­ko­iłem się. Je­śli dziew­czyny mnie nie po­znają, to pójdą szu­kać in­nych ład­nych chło­pa­ków, któ­rych prze­cież w szkole nie bra­kuje. Mu­szę tylko uni­kać Przy­stawki, żeby nie skło­nił mnie do tańca siłą.

W dniu im­prezy zo­sta­łem od­wie­ziony do szkoły przez tatę.

- Baw się do­brze i nie na­roz­ra­biaj - po­wie­dział bez­tro­sko.

Wsze­dłem do szatni, po­brzę­ku­jąc kol­czugą. Na szczę­ście nie na­tkną­łem się na żadną dziew­czynę. Za to Hi­rek już na mnie cze­kał. Miał na so­bie ko­stium oran­gu­tana. W rę­kach ści­skał re­kla­mówkę z na­pi­sem "Je­stem, jaki je­stem". Ja, An­toś, Nam, Mau­rycy i Bła­że­jek oto­czy­li­śmy go szczel­nym krę­giem i po­chy­li­li­śmy się nad fo­liową torbą.

- Hełm śre­dnio­wieczny typu przy­łbica z za­słoną typu "psi pysk"! - oznaj­mił z prze­ję­ciem Hi­rek, wyj­mu­jąc z torby hełm o nie­zwy­kłych kształ­tach.

Mą­dry Bła­że­jek zmarsz­czył nos.

- To re­plika w po­mniej­sze­niu - za­uwa­żył.

- Nie ma­rudź! - zwró­ci­li­śmy mu uwagę. Re­plika czy nie re­plika, ważne, że za­słoni całą twarz.

- Uczesz się - po­le­cił mi Hi­rek.

Przy­gła­dzi­łem włosy ręką, a Hi­rek wbił mi na głowę re­plikę hełmu śre­dnio­wiecz­nego w po­mniej­sze­niu typu przy­łbica z za­słoną typu "psi pysk". Udało się to do­piero za trze­cim ra­zem, gdyż hełm nie chciał przejść przez uszy, nie mó­wiąc już o no­sie.

Cier­pia­łem strasz­nie, ale na­wet nie pi­sną­łem. Dzia­dek Zby­szek byłby ze mnie dumny. Gdy wmu­szał we mnie wie­dzę o bi­twie pod Grun­wal­dem, wbił mi do głowy, że pol­ski ry­cerz po­wi­nien być od­porny na wszyst­kie ro­dzaje bólu.

- Wy­glą­dasz jak praw­dziwy! - za­chwy­cił się nie­wy­żyty Mau­rycy prze­brany za go­ryla.

Za­do­wo­leni z efektu, po­szli­śmy pod salę gim­na­styczną. W drzwiach stał pan od wu­efu z gwizd­kiem na szyi i za­ba­wiał się kosz­tem uczniów.

- Stać, kto idzie?! - spy­tał niby to groź­nie.

- Oran­gu­tan, go­ryl, kocz­ko­dan, pa­wian i ry­cerz! - od­po­wie­dzie­li­śmy chó­rem, nie ujaw­nia­jąc, że oran­gu­ta­nem jest Hi­rek, go­ry­lem Mau­rycy, kocz­ko­da­nem An­toś, pa­wia­nem Nam, no i ja to ja.

- A ten szym­pans z grubą książką to kto? - drę­czył nie­do­myślny Przy­stawka.

- Bła­że­jek, nie wi­dać?! - wy­da­li­śmy Bła­żejka, bo po co ssak je­den człe­ko­kształtny brał ze sobą książkę.

I we­szli­śmy na salę. Huk gło­śnej mu­zyki wdarł mi się pod hełm i pra­wie ogłu­szył. Wy­trzesz­czy­łem oczy, by ro­zej­rzeć się wo­koło. Mu­sia­łem na­mie­rzyć dziew­czyny i spraw­dzić, czy fak­tycz­nie mnie nie po­znają.

Jak na ra­zie żadna nie zwró­ciła uwagi na ry­ce­rza w heł­mie z za­słoną typu "psi pysk". Ode­tchną­łem z ulgą. Te­raz wiem, że le­piej by­łoby, gdy­bym się wy­co­fał w naj­ciem­niej­szy kąt. Nie­stety, rzu­ci­łem wzro­kiem na salę jesz­cze raz i po­śród plą­sa­ją­cych wró­żek, cza­ro­dzie­jek, stra­ża­czek, pie­go­wa­tych Pippi i po­li­cjan­tek zo­ba­czy­łem ła­bę­dzicę. Miała białą su­kie­neczkę ob­szytą pu­chem, ła­bę­dzie pióra na ple­cach, czarne oczy i włosy i cze­ko­la­dową skórę.

- Nowa, z "b" klasy - za­ko­mu­ni­ko­wał An­toś w po­staci kocz­ko­dana.

Serce łup­nęło mnie w że­bra pod kol­czugą i w jed­nej chwili spo­ci­łem się jak zgo­niony za­jąc. Sta­łem okuty w ry­cer­ską zbroję i top­nia­łem ni­czym bał­wan umiesz­czony przy ka­lo­ry­fe­rze. Chło­paki po­czuły, że bije ode mnie go­rąco więk­sze niż od ogni­ska, i zro­zu­miały, że nie­po­trzeb­nie mnie prze­brały, bo już nie chcę ukry­wać, że je­stem ładny. Nie zdzi­wiły się więc, że zde­cy­do­wa­łem się po­zbyć że­la­stwa z głowy, by po­ka­zać ła­bę­dzicy, jak się pre­zen­tuję bez prze­bra­nia, i po­pro­sić ją do tańca. Ale ten durny hełm ani drgnął.

- Stój spo­koj­nie, my po­krę­cimy heł­mem. Bę­dziesz wolny, za­nim ła­bę­dzica od­fru­nie - za­pew­nił Hi­rek w po­staci oran­gu­tana. Jed­nak nie speł­nił obiet­nicy, bo gdyby ją speł­nił, urwałby mi głowę. - Czym go wy­pcha­łeś?! - zde­ner­wo­wał się na mnie, za­miast na głupi hełm ko­legi swo­jego taty.

Zde­ner­wo­wa­łem się i ja.

- Głową! Nie wi­dać?! - wrza­sną­łem.

- Mó­wi­łem, że to re­plika w po­mniej­sze­niu. Dziwne, że we­szła na tak dużą głowę - mą­dry Bła­że­jek w po­staci szym­pansa we­pchnął się ze swoją mą­dro­ścią.

Aż się za­go­to­wa­łem.

- Te­raz mi to mó­wisz?! - wark­ną­łem i cho­ciaż by­łem prze­brany za pol­skiego ry­ce­rza, który znie­sie wszel­kie mę­czar­nie, roz­pła­ka­łem się z bez­rad­no­ści.

- Nie płacz, bo za­rdze­wie­jesz - bąk­nął stra­piony An­toś w po­staci kocz­ko­dana.

Po krót­kiej na­ra­dzie chło­paki zde­cy­do­wały się za­sto­so­wać olej, żeby na­tłu­ścić mi głowę i uła­twić w ten spo­sób zdję­cie hełmu. Nie­stety, ża­den nie miał na­wet bu­te­leczki, bo kto przy­nosi na im­prezę flaszki z ole­jem. Chyba tylko wa­riat. I wtedy ten po­my­lony Nam w po­staci pa­wiana sko­czył do mi­kro­fonu i bez żad­nego uzgod­nie­nia z nami wrza­snął, prze­krzy­ku­jąc mu­zykę:

- Fi­li­pek po­trze­buje oleju na głowę, bo się za­ko­chał! - Po czym za­czął się tak chi­chrać, że nikt mu nie uwie­rzył. Mimo to czujny Przy­stawka po­sta­no­wił mnie zlo­ka­li­zo­wać. Zo­ba­czył cztery małpy cią­gnące za głowę ry­ce­rza i przy­le­ciał na po­moc.

- Co to niby jest?! - wrza­snął.

- W skró­cie jest to re­plika py­ska - wy­ja­śnił Hi­rek.

- Czy­jego py­ska? - do­ma­gał się in­for­ma­cji Przy­stawka.

- Fi­lipka. - Nie­chęt­nie zdra­dziły chło­paki. I nie­chęt­nie wy­tłu­ma­czyły, w czym rzecz, i jesz­cze bar­dziej nie­chęt­nie po­pro­siły o po­moc, z wy­jąt­kiem dur­nego Nama, który tur­lał się po sce­nie ze śmie­chu.

Przy­stawka zła­pał mnie za hełm i po­cią­gnął. Wrza­sną­łem nie­ludzko. Mu­zyka rap­tow­nie uci­chła i wszy­scy oto­czyli nas za­cie­ka­wio­nym krę­giem.

- Czym go wy­pcha­łeś? - spy­tał nie­do­myślny na­uczy­ciel.

- Głową. Trzeba dzie­sięć razy po­wta­rzać? - wy­chli­pa­łem.

Uwol­niła mnie pani ka­te­chetka, bo Przy­stawka so­bie nie po­ra­dził. Pani używa tylko na­tu­ral­nych środ­ków ko­sme­tycz­nych i tak się szczę­śli­wie zło­żyło, że dło­nie na­ciera oliwą z pierw­szego tło­cze­nia. Wy­jęła więc z prze­past­nej torby bu­te­leczkę, tym­cza­sem Przy­stawka chwy­cił mnie w pa­sie i spraw­nie ob­ró­cił głową w dół. Wów­czas ka­te­chetka wlała za­war­tość bu­telki do nie­szczę­snego hełmu, ob­le­wa­jąc mi brodę i szyję. Oliwa z wolna spły­wała do środka, aż wy­peł­niła mi dziurki od nosa i otwory w uszach. Nie sły­sza­łem więc wiel­kiej ci­szy, z jaką uczest­nicy im­prezy ob­ser­wo­wali dur­nego śre­dnio­wiecz­nego ry­ce­rza wi­szą­cego głową w dół jak małpa, któ­rej się wy­daje, że jest nie­to­pe­rzem.

- Wy­star­czy.

Pani ka­te­chetka po­pro­siła Przy­stawkę, żeby po­sta­wił mnie na no­gach, po czym de­li­kat­nie po­krę­ciła heł­mem w lewo, w prawo i od­krę­ciła mi go z głowy jak za­krętkę ze sło­ika typu twist.

- Ja cię! - jęk­nął Hi­rek, zo­ba­czyw­szy moją twarz ob­laną oliwą i łzami.

Prze­tar­łem oczy rę­ka­wem i uj­rza­łem ła­bę­dzicę. Stała na wprost i wiel­kimi ła­bę­dzimi oczami wpa­try­wała się we mnie z wy­raźną od­razą na pięk­nej ła­bę­dziej twa­rzy. Chcia­łem od­wró­cić wzrok i udać obo­jęt­ność. Nie­stety, nie mo­głem się ru­szyć. Pa­trzy­łem w błysz­czące czarne oczy i rósł we mnie za­chwyt. Jed­no­cze­śnie zro­zu­mia­łem, że piękna ła­bę­dzica ni­gdy nie bę­dzie moja, gdyż jak ten śledź bez­zębny skom­pro­mi­to­wa­łem się w jej oczach. Kol­czuga za­częła mi pę­kać od wes­tchnień roz­pa­czy.

Wy­bie­głem z sali i za­trzy­ma­łem się do­piero na dwo­rze. Śnieg lśnił w świe­tle księ­życa, wiatr prze­szy­wał do ko­ści, a ja czu­łem wielki żar wzbu­dzony mi­ło­ścią do ła­bę­dzicy. Mu­sia­łem coś zro­bić, żeby nie spło­nąć. Mimo że kol­czuga krę­po­wała mi ru­chy, roz­pią­łem spodnie i wy­si­ka­łem serce na śniegu. Udało się, cho­ciaż mroźny wiatr za­mra­żał siku w po­wie­trzu.

- Co ro­bisz? - Usły­sza­łem za sobą głos Przy­stawki.

- Wy­si­kuję serce na śniegu - od­po­wie­dzia­łem zgod­nie z prawdą, bo już by­łem tak zgnę­biony, że nie chciało mi się zmy­ślać na­wet przed nie­chęt­nym mi na­uczy­cie­lem.

Za­dzi­wia­jące, ale nie wy­buch­nął śmie­chem. Mało tego, po­kle­pał mnie po ra­mie­niu ze zro­zu­mie­niem i przy­znał się do nisz­cze­nia przy­rody i tyn­ków z mi­ło­ści. Se­rio.

- W twoim wieku ko­cha­łem się w ta­kiej jed­nej Anusi, wy­ci­na­łem dla niej serca na pniach drzew i ma­lo­wa­łem graf­fiti - po­wie­dział ci­chym, nie swoim gło­sem. Wes­tchnął i po­dą­żył wol­nym kro­kiem za róg szkoły.

Nie pa­mię­tam, ile czasu sta­łem i wpa­try­wa­łem się w pa­ru­jące na mro­zie serce. Wciąż czu­łem wielki żar pod kol­czugą, po­sta­no­wi­łem więc ob­si­kać całą szkołę, żeby mi­łość wy­pa­ro­wała ze mnie jak wrzą­tek umiesz­czony na bie­gu­nie zimna.

Po­sze­dłem za róg, za który wcze­śniej skrę­cił Przy­stawka, i na­tkną­łem się... na serce wy­si­kane na śniegu. Czyż­bym już tu był? - za­wa­ha­łem się, po­dej­rze­wa­jąc przez mo­ment, że żar znisz­czył mi pa­mięć. Ale nie, serce było krzywe, na pewno nie moje. Po­sze­dłem da­lej i zna­la­złem ko­lejne i ko­lejne. Skrzyk­ną­łem kum­pli i wy­mu­si­łem z nich ze­zna­nia, ale ża­den nie przy­znał się ani do mi­ło­ści, ani do si­ka­nia na śniegu.

A może to za­ko­chany w Anusi Przy­stawka pod­stęp­nie ukradł mi po­mysł? Drzewa w kraju wy­cięte, graf­fiti za­ka­zane, to wziął się za si­ka­nie.

Rap PoS An­to­niego o tra­gicz­nej mi­ło­ści Fi­lipka

Ciężki los ma ziom z osie­dla na­szego,

choćby się prze­brał za gacka bru­nat­nego,

nic z tego, ko­lego,

go­stek japę ma śliczną,

dziew­czyny aż pisz­czą,

na ba­lety z nim li­czą,

i to nie wszystko.

Yo!

Ref. Fi­lipku, nie masz farta,

za ładny się uro­dzi­łeś,

czas leci, ziomy brzydną,

ty na­wet nie uty­łeś.

Weź się ogar­nij! Za­kryj japę, czy co...

Na im­pre­zie zo­ba­czył dziew­czynę raz,

zro­zu­miał, pa­can, na mi­łość przy­szedł czas,

roz­sza­lało się tętno,

serce mało nie pę­kło,

byłby za­raz przy­klęk­nął,

po­czuł, że nogi miękną,

go­stek jęk­nął...

CHŁO­PAKI: Pu­en­tuj, An­tek, bo ziąb!

Siu­siaki od­mro­zimy przez te serca.

AN­TONI: Pu­en­tuję!

Nie wy­szło z tego nic,

bo na łbie miał psi pysk!

Yo! Hi, hi...