Wysikujemy serce na śniegu
Przepadam za imprezami. Moi kumple i kupele z osiedla, ich psy, koty, żółwie, chomiki, szczury i patyczaki kochają imprezowanie bardziej niż dziadek Zbyszek swoją kanapę. Ja najbardziej lubię te imprezy, na których dobrze się bawię. Problem polega na tym, że przed imprezą nigdy nie wiadomo, czy będę się na niej bawił dobrze, czy źle. Podczas ostatniej szkolnej imprezy tańcującej o mało nie straciłem głowy. Serio. Wszystko przez "psi pysk", który okazał się podróbką hełmu w pomniejszeniu. Ale po kolei.
Imprezowanie przy głośnej muzyce, do tego w przebraniu, bo to akurat był bal kostiumowy, jest całkiem przyjemne. Niestety, szkolne imprezy tańcujące organizowane są w szkole, więc jesteśmy pod ścisłą obserwacją dyżurujących nauczycieli, co nas nie zachwyca. Na domiar złego uwaga nauczycieli skupia się głównie na mnie i kumplach. Jak byśmy byli jedynymi imprezowiczami świata. Wolelibyśmy poszaleć bez obserwacji. Najgorsze jest jednak to, że zmuszają nas do tańców w parach. Z dziewczynami!
- Nie po to podatnik płacił za waszą naukę tańców towarzyskich, żebyście skakali na parkiecie jak małpy po butiku z torebkami! - grzmi pan od wuefu, zwany Przystawką.
Mówimy, że żadnego podatnika nie prosiliśmy, by płacił za naszą naukę, więc niech się podatnik od nas odtańcuje. Ale nauczyciele rzadko wierzą uczniom. Przystawka, który najczęściej dyżuruje podczas imprez tańcujących, staje nad nami jak krzywa wieża nad prostownicą do włosów i wymusza tańce z dziewczynami. Zapomniał, gwizdek nawiedzony tańcem, że z braku dziewczyn na zajęciach tanecznych uczyliśmy się tańczyć w parach chłopięcych i już inaczej nie umiemy.
Gdy tylko Przystawka wepchnie nas w ramiona dziewczyny, zapominamy, czego się nauczyliśmy, i dostajemy paraliżu kończyn. Serio. Błażejek mówi, że jest to amnezja taneczna połączona z uczuleniem. Dziewczyny zresztą też nie ułatwiają nam zadania. Chcą się obracać to w prawo, to w lewo, jakby je osy pożądliły. Obrót w prawo jeszcze jakoś mi wychodzi, ale lewa strona mnie nie słucha, więc mylę kroki i narażam się na kompromitację.
- Filipku, nie zadeptuj partnerki! - drze się Przystawka.
Nie myśli, skoczek jeden rozwrzeszczany, że jestem delikatny, wrażliwy i łatwo mnie zranić. Im głośniej krzyczy, tym bardziej plączą mi się nogi i narasta we mnie wstyd oraz wstręt do tańców towarzyskich.
Pani katechetka ma więcej współczucia, toteż robi wiele, żeby uratować nas przed tańcami w parach mieszanych.
- Wężykiem, dzieciaczki! - zachęca i lata za nami dookoła sali gimnastycznej niczym kot za własnym ogonem.
Niestety, dziewczynom się nie spodobało, że unikamy ich jak sprawdzianów, i postanowiły zmienić zasady panujące na szkolnych imprezach tańcujących.
- Same będą nas prosić do tańca, a jak który się schowa, to popamięta - doniósł Maurycy. Ma najświeższe wiadomości o dziewczynach, bo podsłuchuje siostrę i jej koleżanki. A potem powiedział, że zaczną od Filipka, i tym mnie dobił.
- Dlaczego ode mnie? Co ja im zrobiłem? - spytałem rozgoryczony, gdyż było to strasznie niesprawiedliwe.
Chłopaki przyjrzały się mi jak jakiemuś autu wystawionemu na sprzedaż.
- Ładny jesteś - cmoknął z niesmakiem Nam.
- Jakbyś wyszedł prosto z myjni - skrzywił się Antoś.
- No, gładki jak linoleum. Kumpel taty też taki był. "Dzieciuch" go nazywali, bo włamywał się do przedszkoli, żeby się pobawić. - Hirek splunął z wiatrem. - Wyleczyła go jedna taka Mariola. Mają pięcioro dzieci, pięć zasiłków na dzieci i furę zabawek.
- To co ja mam robić?! - przypomniałem, że o mnie chodzi, a nie o jakiegoś kumpla od zabawek.
- Zbrzydnij - rzucił bezmyślnie Maurycy, nie martwiąc się, że to niewykonalne.
- Maurycy, pomyśl, zanim coś powiesz. Nawet pocałunek Shreka nie zmieniłby Filipka w śmierdzącego ogra - zauważył Hirek.
- Na operację plastyczną cię nie stać? - spytał głupio PoS Antoni.
- Ty, Antoś, też pomyśl. Filipka nie stać nawet na skarpetki do pary - wtrącił Nam.
- Serio? - zdziwiłem się, bo akurat skarpet mam aż za dużo. I spojrzałem na stopy. Faktycznie, na prawej nodze miałem skarpetkę w zieloną kratkę, a na lewej w żółte misie.
- To sam wymyśl, jak go zbrzydzić! - zezłościł się Antoś.
Błażejek, który czytał ulotkę reklamującą klej do protez zębowych, bo nie miał pod ręką ukochanej książki, a bez czytania żyć nie potrafi, pacnął się ulotką w czoło.
- Nie wytrzymam z tymi tumanami! Zbrzydnąć to nie to samo co zbrzydzić! Czy wy słowników nie czytacie?! - warknął. Był w złym humorze, bo ulotka okazała się nudna.
- Nie czytamy - potwierdziliśmy grzecznie, aby go jeszcze bardziej nie rozjuszyć.
Docenił grzeczność i powiedział już spokojnie:
- Można zbrzydzić dziewczynom Filipka, mówiąc, że je kozy z nosa i chodzi w zasikanych majtkach, ale to jest niebezpieczne.
Szczęki nam opadły ze zdziwienia. Każdy we wczesnym dzieciństwie chodził w zasikanych majtkach i szamał nie tylko kozę z nosa, ale i całego gila, mimo to życia nie stracił.
- Dlaczego jedzenie kóz z nosa i chodzenie w mokrych majtkach jest niebezpieczne? - odważył się spytać Nam.
Mądry kumpel spojrzał na nas jak orzeł biały na boisko orlika porośnięte nierówną murawą.
- Zastanawiam się, czy naprawdę pochodzimy od tej samej małpy - westchnął. - To jest niebezpieczne, bo dziewczyny opowiedzą wszystkim dookoła. Cała Warszawa się dowie, a potem cały kraj. Przylgnie to do Filipka jak brzydkie wyrazy do ściany Hirka. Jeśli kiedyś zechce zostać prezydentem, to dziennikarze napiszą: "Kandydat na prezydenta jadł kozy z nosa i chodził w zasikanych majtkach". Chcielibyście mieć takiego prezydenta? - Przejechał po naszych twarzach wzrokiem ostrym jak nóż do papieru.
Pokręciliśmy głowami.
- Czyli zostało mu zbrzydnąć? - podsumował Nam.
- Jak?! Rodzice mnie takiego urodzili! - wybuchnąłem.
I poczułem ogromny żal do Joanny i Mieszka Zaskrońców. Nie dość, że mam urodziny raz na cztery lata, to jeszcze jestem ładny. W dodatku nikt mi nie współczuje.
- Spokojnie, to impreza kostiumowa. Przebierzemy cię tak, że sam siebie nie poznasz. - Błażejek poklepał mnie po plecach.
Zdziwiliśmy się, że sami nie wpadliśmy na równie prosty pomysł.
Zawsze marzyłem, żeby przebrać się za ośmiornicę, ale Nam mi odradził. Chłopak jego siostry przebrał się kiedyś w ten sposób i wszyscy deptali go po mackach. Na koniec zaplątał się w nie i zleciał ze schodów, łamiąc rękę, nogę i palec wskazujący.
- Tobie, Filipku, przede wszystkim trzeba ukryć twarz. Nie będzie widać, jaki jesteś ładny. Proponuję maskę przeciwsmogową albo hełm rycerski z osłoną na twarz - ciągnął mądrze mądry Błażejek.
Wybrałem strój rycerski. Nie będę się przebierał za strutego Polaka, bo pełno takich na ulicach miast oraz kurortów górskich. Babcia Niusia uszyła mi płaszcz, dziadek Zbyszek wykonał kolczugę domowym sposobem, a Hirek obiecał zdobyć najprawdziwszy hełm.
- Tata zna takiego facia, który ma kolekcję zbroi w bunkrze wykopanym własnoręcznie pod garażem. Pożyczy, ale na krótko. Przyniosę prosto na imprezę.
Uspokoiłem się. Jeśli dziewczyny mnie nie poznają, to pójdą szukać innych ładnych chłopaków, których przecież w szkole nie brakuje. Muszę tylko unikać Przystawki, żeby nie skłonił mnie do tańca siłą.
W dniu imprezy zostałem odwieziony do szkoły przez tatę.
- Baw się dobrze i nie narozrabiaj - powiedział beztrosko.
Wszedłem do szatni, pobrzękując kolczugą. Na szczęście nie natknąłem się na żadną dziewczynę. Za to Hirek już na mnie czekał. Miał na sobie kostium orangutana. W rękach ściskał reklamówkę z napisem "Jestem, jaki jestem". Ja, Antoś, Nam, Maurycy i Błażejek otoczyliśmy go szczelnym kręgiem i pochyliliśmy się nad foliową torbą.
- Hełm średniowieczny typu przyłbica z zasłoną typu "psi pysk"! - oznajmił z przejęciem Hirek, wyjmując z torby hełm o niezwykłych kształtach.
Mądry Błażejek zmarszczył nos.
- To replika w pomniejszeniu - zauważył.
- Nie marudź! - zwróciliśmy mu uwagę. Replika czy nie replika, ważne, że zasłoni całą twarz.
- Uczesz się - polecił mi Hirek.
Przygładziłem włosy ręką, a Hirek wbił mi na głowę replikę hełmu średniowiecznego w pomniejszeniu typu przyłbica z zasłoną typu "psi pysk". Udało się to dopiero za trzecim razem, gdyż hełm nie chciał przejść przez uszy, nie mówiąc już o nosie.
Cierpiałem strasznie, ale nawet nie pisnąłem. Dziadek Zbyszek byłby ze mnie dumny. Gdy wmuszał we mnie wiedzę o bitwie pod Grunwaldem, wbił mi do głowy, że polski rycerz powinien być odporny na wszystkie rodzaje bólu.
- Wyglądasz jak prawdziwy! - zachwycił się niewyżyty Maurycy przebrany za goryla.
Zadowoleni z efektu, poszliśmy pod salę gimnastyczną. W drzwiach stał pan od wuefu z gwizdkiem na szyi i zabawiał się kosztem uczniów.
- Stać, kto idzie?! - spytał niby to groźnie.
- Orangutan, goryl, koczkodan, pawian i rycerz! - odpowiedzieliśmy chórem, nie ujawniając, że orangutanem jest Hirek, gorylem Maurycy, koczkodanem Antoś, pawianem Nam, no i ja to ja.
- A ten szympans z grubą książką to kto? - dręczył niedomyślny Przystawka.
- Błażejek, nie widać?! - wydaliśmy Błażejka, bo po co ssak jeden człekokształtny brał ze sobą książkę.
I weszliśmy na salę. Huk głośnej muzyki wdarł mi się pod hełm i prawie ogłuszył. Wytrzeszczyłem oczy, by rozejrzeć się wokoło. Musiałem namierzyć dziewczyny i sprawdzić, czy faktycznie mnie nie poznają.
Jak na razie żadna nie zwróciła uwagi na rycerza w hełmie z zasłoną typu "psi pysk". Odetchnąłem z ulgą. Teraz wiem, że lepiej byłoby, gdybym się wycofał w najciemniejszy kąt. Niestety, rzuciłem wzrokiem na salę jeszcze raz i pośród pląsających wróżek, czarodziejek, strażaczek, piegowatych Pippi i policjantek zobaczyłem łabędzicę. Miała białą sukieneczkę obszytą puchem, łabędzie pióra na plecach, czarne oczy i włosy i czekoladową skórę.
- Nowa, z "b" klasy - zakomunikował Antoś w postaci koczkodana.
Serce łupnęło mnie w żebra pod kolczugą i w jednej chwili spociłem się jak zgoniony zając. Stałem okuty w rycerską zbroję i topniałem niczym bałwan umieszczony przy kaloryferze. Chłopaki poczuły, że bije ode mnie gorąco większe niż od ogniska, i zrozumiały, że niepotrzebnie mnie przebrały, bo już nie chcę ukrywać, że jestem ładny. Nie zdziwiły się więc, że zdecydowałem się pozbyć żelastwa z głowy, by pokazać łabędzicy, jak się prezentuję bez przebrania, i poprosić ją do tańca. Ale ten durny hełm ani drgnął.
- Stój spokojnie, my pokręcimy hełmem. Będziesz wolny, zanim łabędzica odfrunie - zapewnił Hirek w postaci orangutana. Jednak nie spełnił obietnicy, bo gdyby ją spełnił, urwałby mi głowę. - Czym go wypchałeś?! - zdenerwował się na mnie, zamiast na głupi hełm kolegi swojego taty.
Zdenerwowałem się i ja.
- Głową! Nie widać?! - wrzasnąłem.
- Mówiłem, że to replika w pomniejszeniu. Dziwne, że weszła na tak dużą głowę - mądry Błażejek w postaci szympansa wepchnął się ze swoją mądrością.
Aż się zagotowałem.
- Teraz mi to mówisz?! - warknąłem i chociaż byłem przebrany za polskiego rycerza, który zniesie wszelkie męczarnie, rozpłakałem się z bezradności.
- Nie płacz, bo zardzewiejesz - bąknął strapiony Antoś w postaci koczkodana.
Po krótkiej naradzie chłopaki zdecydowały się zastosować olej, żeby natłuścić mi głowę i ułatwić w ten sposób zdjęcie hełmu. Niestety, żaden nie miał nawet buteleczki, bo kto przynosi na imprezę flaszki z olejem. Chyba tylko wariat. I wtedy ten pomylony Nam w postaci pawiana skoczył do mikrofonu i bez żadnego uzgodnienia z nami wrzasnął, przekrzykując muzykę:
- Filipek potrzebuje oleju na głowę, bo się zakochał! - Po czym zaczął się tak chichrać, że nikt mu nie uwierzył. Mimo to czujny Przystawka postanowił mnie zlokalizować. Zobaczył cztery małpy ciągnące za głowę rycerza i przyleciał na pomoc.
- Co to niby jest?! - wrzasnął.
- W skrócie jest to replika pyska - wyjaśnił Hirek.
- Czyjego pyska? - domagał się informacji Przystawka.
- Filipka. - Niechętnie zdradziły chłopaki. I niechętnie wytłumaczyły, w czym rzecz, i jeszcze bardziej niechętnie poprosiły o pomoc, z wyjątkiem durnego Nama, który turlał się po scenie ze śmiechu.
Przystawka złapał mnie za hełm i pociągnął. Wrzasnąłem nieludzko. Muzyka raptownie ucichła i wszyscy otoczyli nas zaciekawionym kręgiem.
- Czym go wypchałeś? - spytał niedomyślny nauczyciel.
- Głową. Trzeba dziesięć razy powtarzać? - wychlipałem.
Uwolniła mnie pani katechetka, bo Przystawka sobie nie poradził. Pani używa tylko naturalnych środków kosmetycznych i tak się szczęśliwie złożyło, że dłonie naciera oliwą z pierwszego tłoczenia. Wyjęła więc z przepastnej torby buteleczkę, tymczasem Przystawka chwycił mnie w pasie i sprawnie obrócił głową w dół. Wówczas katechetka wlała zawartość butelki do nieszczęsnego hełmu, oblewając mi brodę i szyję. Oliwa z wolna spływała do środka, aż wypełniła mi dziurki od nosa i otwory w uszach. Nie słyszałem więc wielkiej ciszy, z jaką uczestnicy imprezy obserwowali durnego średniowiecznego rycerza wiszącego głową w dół jak małpa, której się wydaje, że jest nietoperzem.
- Wystarczy.
Pani katechetka poprosiła Przystawkę, żeby postawił mnie na nogach, po czym delikatnie pokręciła hełmem w lewo, w prawo i odkręciła mi go z głowy jak zakrętkę ze słoika typu twist.
- Ja cię! - jęknął Hirek, zobaczywszy moją twarz oblaną oliwą i łzami.
Przetarłem oczy rękawem i ujrzałem łabędzicę. Stała na wprost i wielkimi łabędzimi oczami wpatrywała się we mnie z wyraźną odrazą na pięknej łabędziej twarzy. Chciałem odwrócić wzrok i udać obojętność. Niestety, nie mogłem się ruszyć. Patrzyłem w błyszczące czarne oczy i rósł we mnie zachwyt. Jednocześnie zrozumiałem, że piękna łabędzica nigdy nie będzie moja, gdyż jak ten śledź bezzębny skompromitowałem się w jej oczach. Kolczuga zaczęła mi pękać od westchnień rozpaczy.
Wybiegłem z sali i zatrzymałem się dopiero na dworze. Śnieg lśnił w świetle księżyca, wiatr przeszywał do kości, a ja czułem wielki żar wzbudzony miłością do łabędzicy. Musiałem coś zrobić, żeby nie spłonąć. Mimo że kolczuga krępowała mi ruchy, rozpiąłem spodnie i wysikałem serce na śniegu. Udało się, chociaż mroźny wiatr zamrażał siku w powietrzu.
- Co robisz? - Usłyszałem za sobą głos Przystawki.
- Wysikuję serce na śniegu - odpowiedziałem zgodnie z prawdą, bo już byłem tak zgnębiony, że nie chciało mi się zmyślać nawet przed niechętnym mi nauczycielem.
Zadziwiające, ale nie wybuchnął śmiechem. Mało tego, poklepał mnie po ramieniu ze zrozumieniem i przyznał się do niszczenia przyrody i tynków z miłości. Serio.
- W twoim wieku kochałem się w takiej jednej Anusi, wycinałem dla niej serca na pniach drzew i malowałem graffiti - powiedział cichym, nie swoim głosem. Westchnął i podążył wolnym krokiem za róg szkoły.
Nie pamiętam, ile czasu stałem i wpatrywałem się w parujące na mrozie serce. Wciąż czułem wielki żar pod kolczugą, postanowiłem więc obsikać całą szkołę, żeby miłość wyparowała ze mnie jak wrzątek umieszczony na biegunie zimna.
Poszedłem za róg, za który wcześniej skręcił Przystawka, i natknąłem się... na serce wysikane na śniegu. Czyżbym już tu był? - zawahałem się, podejrzewając przez moment, że żar zniszczył mi pamięć. Ale nie, serce było krzywe, na pewno nie moje. Poszedłem dalej i znalazłem kolejne i kolejne. Skrzyknąłem kumpli i wymusiłem z nich zeznania, ale żaden nie przyznał się ani do miłości, ani do sikania na śniegu.
A może to zakochany w Anusi Przystawka podstępnie ukradł mi pomysł? Drzewa w kraju wycięte, graffiti zakazane, to wziął się za sikanie.
Rap PoS Antoniego o tragicznej miłości Filipka
Ciężki los ma ziom z osiedla naszego,
choćby się przebrał za gacka brunatnego,
nic z tego, kolego,
gostek japę ma śliczną,
dziewczyny aż piszczą,
na balety z nim liczą,
i to nie wszystko.
Yo!
Ref. Filipku, nie masz farta,
za ładny się urodziłeś,
czas leci, ziomy brzydną,
ty nawet nie utyłeś.
Weź się ogarnij! Zakryj japę, czy co...
Na imprezie zobaczył dziewczynę raz,
zrozumiał, pacan, na miłość przyszedł czas,
rozszalało się tętno,
serce mało nie pękło,
byłby zaraz przyklęknął,
poczuł, że nogi miękną,
gostek jęknął...
CHŁOPAKI: Puentuj, Antek, bo ziąb!
Siusiaki odmrozimy przez te serca.
ANTONI: Puentuję!
Nie wyszło z tego nic,
bo na łbie miał psi pysk!
Yo! Hi, hi...