Filipek i dojrzewanie. Tom 8 - Małgorzata Strękowska-Zaremba

Kup ebooka

29.90 zł
24.82 zł (20,93 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Zdra­dzają nas stopy

Z wie­dzą o doj­rze­wa­niu ze­tkną­łem się po raz pierw­szy w pia­skow­nicy. Do­słow­nie. I nie było to przy­jemne. Wie­dzia­łem, że doj­rze­wa­nie jest szo­ku­jące dla ro­dzi­ców, któ­rzy za nic nie mogą uwie­rzyć, że ich dziecko wkrótce za­cznie się go­lić i za­żąda klu­czy­ków do sa­mo­chodu, nie przy­pusz­cza­łem jed­nak, że doj­rze­wa­nie jest też szo­ku­jące dla dzieci. Mało tego, to hor­ror! Czło­wiek nie po­wi­nien przez coś ta­kiego prze­cho­dzić. Można to po­rów­nać z za­par­ciem. Sie­dzisz so­bie na se­de­sie, grasz na smart­fo­nie, chło­paki ze­brały się pod blo­kiem i ślą esy, że­byś do nich do­łą­czył, więc na­pi­nasz się, stę­kasz - a tu nic. Tra­cisz cier­pli­wość, pot cię za­lewa, złość cię za­lewa, masz ochotę wy­sko­czyć ze skóry. Bez re­zul­ta­tów. Gdy­byś cho­ciaż miał spo­kój, ale nie. W drzwiach staje młod­sza sio­stra w po­staci trzy­let­niej Hani, zwa­nej Bal­biną, i za­drę­cza cię py­ta­niami.

- Kupa czy siku? Kupa czy siku? - A jesz­cze ty­dzień temu mó­wić toto nie umiało.

- Wy­pad - prze­ko­nuję ła­god­nie, a ta swoje: "Kupa czy siku?". I spy­cha mnie z de­ski, żeby zaj­rzeć do se­desu.

- Niech ktoś za­bie­rze tę małą ode mnie! - drę się na cały dom, aż kum­ple sły­szą, bo okna po­otwie­rane.

We wła­snej ła­zience czło­wiek nie może mieć chwili spo­koju! Chyba będę mu­siał się za­my­kać. Do­tąd tego nie ro­bi­łem, bo ła­zienka jest bez okna, a ja nie lu­bię sztucz­nego świa­tła.

Kie­dyś, gdy mama prze­sia­dy­wała tu z lap­to­pem dla ka­riery, wkrę­ciła mocne ża­rówki i tak już zo­stało.

- Nie lu­bię, gdy mi ża­rówki biją po oczach - po­wie­dzia­łem chło­pa­kom, kiedy do­łą­czy­łem do nich pod blo­kiem.

- Ża­rówki nie mogą bić po oczach, świa­tło może bić - za­uwa­żył Nam.

- He, he, to spró­buj po­bić się ze świa­tłem - za­kpił An­toś.

- Ła­twiej z ża­rówką - za­uwa­żył Mau­rycy. Jak zwy­kle ni­czego nie zro­zu­miał.

Bła­że­jek, który z co­raz więk­szym tru­dem znosi luki w na­szym ro­zu­mo­wa­niu, nie wy­trzy­mał i rąb­nął się w czoło grubą książką.

- Nie wy­trzy­mam z tymi ma­to­łami! - wark­nął. I do­dał prze­wi­du­jąco: - A bę­dzie jesz­cze go­rzej.

O czym on bre­dzi? - po­my­śle­li­śmy całą piątką i chó­rem spy­ta­li­śmy:

- Kiedy? - W końcu na naj­gor­sze trzeba się przy­go­to­wać za­wczasu.

- Wkrótce. Jak za­cznie­cie doj­rze­wać.

Po­śmia­li­śmy się z niby-mą­drego kum­pla. Czym jak czym, ale doj­rze­wa­niem nas nie wy­stra­szy. To ani ospa, ani bie­gunka, ani tym bar­dziej prze­rwa w do­stę­pie do In­ter­netu. Ogar­nął nas do­bry na­strój, nie­stety przy­bie­gły dziew­czyny i wszystko ze­psuły. A wła­ści­wie nie­śmiała Ma­ry­sia wszystko ze­psuła. Przy­sta­nęła w po­bliżu, po­nie­waż jej pies po­sta­no­wił ob­si­kać ławkę, na któ­rej sie­dzie­li­śmy. Wi­dok Ma­rysi za­wró­cił Hir­kowi w gło­wie. Ostat­nio do­staje mał­piego ro­zumu w jej to­wa­rzy­stwie, po­pi­suje się i lata za nią jak dzik za kar­to­fli­skiem. Mó­wi­li­śmy gost­kowi, żeby zwol­nił, bo ją wy­stra­szy, ale za­uro­cze­nie Ma­ry­sią zu­peł­nie ode­brało mu ro­zum.

- Ja już za­czą­łem doj­rze­wać - wy­pa­lił i jesz­cze zna­cząco po­dra­pał strupy na bro­dzie, da­jąc do zro­zu­mie­nia, że za­ciął się pod­czas go­le­nia.

Po­czu­łem ukłu­cie za­zdro­ści. I chło­paki też po­czuły. Zmie­rzy­li­śmy Hirka wzro­kiem: z góry do dołu i z dołu do góry. Wy­obra­zi­li­śmy go so­bie za kie­row­nicą ja­gu­ara, jak śmiga z dziew­czy­nami po mie­ście, a my gnamy za nim co naj­wy­żej na hu­laj­no­gach, bo na­sze doj­rze­wa­nie stoi w miej­scu i ani drgnie.

- Udo­wod­nij - za­żą­da­łem. I po­we­se­la­łem, bo by­łem prze­ko­nany, że udo­wod­nie­nie wcze­snych oznak doj­rze­wa­nia jest nie­moż­liwe.

- Udo­wod­nię! - za­pe­rzył się Hi­rek, gdyż wciąż po­pi­sy­wał się przed Ma­ry­sią.

I wtedy po­de­szła do nas reszta dziew­czyn: We­ro­nika, Zo­sia, Nina i Oli­wia od Mau­ry­cego.

- Co Hi­rek ma udo­wod­nić? - wtrą­ciła się We­ro­nika, bo ona za­wsze pierw­sza się wtrąca.

- Że wy­prze­dza nas w doj­rze­wa­niu - wy­rwało się Ant­kowi.

Gdyby po­my­ślał, toby sie­dział ci­cho. Co dziew­czy­nom do na­szego doj­rze­wa­nia? Mają swoje, niech się nim in­te­re­sują. W do­datku zszo­ko­wał Oli­wię, a z nią le­piej nie za­dzie­rać. Ostat­nio wy­ro­sła ni­czym wieża prze­sy­łowa.

- O nie! - wrza­snęła, jakby wło­chata gą­sie­nica wla­zła jej do pępka. - Nie udo­wad­niaj! Ze­mdleję, jak go zo­ba­czę! - darła się, pod­ska­ki­wała i ma­chała rę­kami.

- Nie ja­rzę. Kogo zo­ba­czysz? - spy­tał zdu­miony Hi­rek.

Za­tkała so­bie usta dło­nią i wy­mam­ro­tała przez ści­śnięte palce:

- Two­jego siu­siaka.

Wy­trzesz­czy­li­śmy oczy ni­czym ka­me­le­ony. Ża­den z nas nie miał ochoty oglą­dać siu­siaka Hirka, bo niby po co? Każdy ma swo­jego. Ale co to ma do rze­czy? Może gdyby wie­dza zdo­byta w szkole nie ule­ciała nam z głów, albo może gdyby była peł­niej­sza, zro­zu­mie­li­by­śmy wię­cej. Ale skoro na­wet Bła­że­jek nie od razu od­czy­tał po­krętne ro­zu­mo­wa­nie Oli­wii, to my je­ste­śmy uspra­wie­dli­wieni.

- No co? - Oli­wia po­czuła, że pa­trzymy na nią jak ro­dzime ziem­niaki na ob­co­ję­zyczny ba­tat. - Jak się doj­rzewa, to chło­pa­kom ro­sną siu­siaki, a dziew­czy­nom piersi.

- A, to o to cho­dzi... - bąk­nął Nam i za­milkł.

My też mil­cze­li­śmy. Nie­wiele wie­dzie­li­śmy na te­mat pierw­szych oznak doj­rze­wa­nia, więc ża­den nie od­wa­żył się ode­zwać. Zwró­ci­li­śmy wzrok pe­łen na­dziei na Bła­żejka. Jest mą­dry od uro­dze­nia, niech się wy­po­wie.

Bła­że­jek sta­nął na wy­so­ko­ści za­da­nia. Za­darł głowę, żeby spoj­rzeć Oli­wii w oczy.

- Twoje wia­do­mo­ści są nie­ści­słe i wy­biór­cze. Ina­czej mó­wiąc, wiesz tyle, co kot na­pła­kał - po­wie­dział z całą ostroż­no­ścią i de­li­kat­no­ścią. Po czym, za­po­mi­na­jąc już o ostroż­no­ści, na­dął się i oznaj­mił wy­nio­śle: - Doj­rze­wa­nie to długi, żmudny pro­ces. Wszystko za­czyna się w przy­sadce mó­zgo­wej.

- Czyli gdzie? W gło­wie? - spy­ta­łem.

- Jak w gło­wie, to trudno bę­dzie udo­wod­nić, że Hi­rek ma już przy­sadkę, a my nie - za­uwa­żył An­toś.

- Wła­śnie! - przy­zna­li­śmy mu ra­cję.

Na wszelki wy­pa­dek przyj­rze­li­śmy się gło­wie Hirka: z przodu, z tyłu i z bo­ków. Nie za­uwa­ży­li­śmy nic szcze­gól­nego, z wy­jąt­kiem du­żych uszu. Ale czy przy­rost uszu świad­czy o doj­rze­wa­niu? Ra­czej nie. Po­czu­li­śmy się więc tro­chę le­piej. Na­wet je­śli nie mamy jesz­cze tej ca­łej przy­sadki, od któ­rej wszystko się za­czyna, to i tak nikt tego nie za­uważy. Ucie­szy­li­śmy się do tego stop­nia, że do­piero po chwili uświa­do­mi­li­śmy so­bie, jak bar­dzo nasz mą­dry kum­pel po­zie­le­niał. Wy­glą­dał ni­czym żaba do­pra­wiona tle­nem.

- Co mu jest? - za­nie­po­ko­iła się nie­śmiała Ma­ry­sia. Nie spy­tała bez­po­śred­nio Bła­żejka, bo jest nie­śmiała.

- Co ci jest? - wy­rę­czy­łem ją.

Nie od­po­wie­dział. Żeby cho­ciaż rzu­cił grubą książką albo brzyd­kim sło­wem. A tu nic.

Książki ża­łuje, brzyd­kich słów nie używa - prze­le­ciało mi przez myśl. Tym­cza­sem po­zie­le­niały mą­drala za­gul­go­tał nie­zro­zu­miale i wresz­cie wy­sy­czał:

- Dla was to szkoda pod­ręcz­niki dru­ko­wać. Po­win­ni­ście mieć za­kaz wstępu do szkoły. Wy na­wet do żłobka się nie na­da­je­cie! Każdy czło­wiek ma przy­sadkę mó­zgową, na­wet trzy­let­nia Bal­bina!

Tak to wszystko za­plą­tał, że już ni­czego nie ro­zu­mie­li­śmy.

- Chyba nie chcesz po­wie­dzieć, że sio­stra Fi­lipka już doj­rzewa? Prze­cież ona na­wet mó­wić po ludzku nie umie. - Nina wy­dęła po­gar­dli­wie wargi.

Tego było dla Bła­żejka za wiele. Wci­snął grubą książkę pod pa­chę i od­szedł bez po­że­gna­nia. Do­piero kiedy był ze sto me­trów od nas, od­wró­cił się i krzyk­nął:

- Mam na imię Bła­żej, nie Bła­że­jek! Zro­zu­miano?!

Wzru­szy­li­śmy ra­mio­nami na ta­kie za­chcianki.

- Zro­zu­miano, Bła­żejku! - od­krzyk­nę­li­śmy i prze­nie­śli­śmy wzrok na Hirka. Miał udo­wod­nić, że wy­prze­dza nas w doj­rze­wa­niu, to pro­szę bar­dzo, niech udo­wad­nia.

- No, po­ka­zuj tę swoją przy­sadkę - za­żą­da­łem i po­chi­chra­łem się z niego.

Znów zro­biło się we­soło. Mia­łem na­dzieję, że Hi­rek wy­cofa się z tego, co po­wie­dział, mimo mi­ło­snej śle­poty. Ale ten pryszcz wy­żło­waty na­dal po­pi­sy­wał się przed Ma­ry­sią.

- Idziemy - po­wie­dział z ta­kim prze­ko­na­niem, jakby wie­dział, o czym mówi.

Nie ru­szy­li­śmy się z miej­sca. Nie je­ste­śmy sta­dem le­min­gów, żeby wę­dro­wać za nim na ślepo. Tylko za Bła­żej­kiem cho­dzimy w ciemno.

- Gdzie i po co? - spy­ta­li­śmy.

- Gdzie? Do pia­skow­nicy. Po co? W spra­wie doj­rze­wa­nia - od­po­wie­dział sam so­bie, a przy oka­zji i nam.

I po­szedł. Pi­skorz ostrzy­żony na jeża.

Po­pa­trzy­li­śmy po so­bie i po­le­cie­li­śmy za nim. Z głu­pimi mi­nami, bo kto to sły­szał, żeby w spra­wie doj­rze­wa­nia za­glą­dać do pia­skow­nicy. Chyba tylko nasz osie­dlowy pół­wa­riat Edward von Ja­ku­bik wi­działby w tym ja­kiś sens. Za­trzy­ma­li­śmy się krok za Hir­kiem. Na­dal głu­pio uśmiech­nięci. W pia­skow­nicy le­żał świeżo przy­wie­ziony piach, jesz­cze nie ob­si­kany przez koty, sroki i dżdżow­nice.

- I co? - wy­rwało się We­ro­nice, więc zga­si­li­śmy ją wzro­kiem. Niech nie prze­szka­dza kum­plowi w udo­wad­nia­niu, że mi­łość od­biera lu­dziom ro­zum.

Hi­rek zer­k­nął na nie­śmiałą Ma­ry­się, onie­śmie­lił ją i ścią­gnął dziu­rawe trampki z nóg. Po czym od­ci­snął prawą stopę w świe­żym pia­sku.

- Na­stępny! - po­le­cił.

Po­ścią­ga­li­śmy adi­dasy i każdy od­bił na pia­sku po jed­nej sto­pie. Niech ma, dzwo­niec pia­skowy bez przy­sadki. Na ko­niec sta­nę­li­śmy na murku ota­cza­ją­cym pia­skow­nicę i przyj­rze­li­śmy się od­ci­skom stóp.

- Po co to? Nie ku­mam. - An­tek pierw­szy wy­ra­ził na­sze roz­cza­ro­wa­nie. Li­czy­li­śmy na lep­szą za­bawę niż tylko od­ci­ska­nie stóp w pia­chu z Wi­sły.

Hi­rek nie wy­glą­dał na zbi­tego z tropu, wręcz prze­ciw­nie. Był w pełni z sie­bie za­do­wo­lony.

- Mo­że­cie mie­rzyć cen­ty­me­trem, ale go­łym okiem wi­dać, że moje stopy są naj­więk­sze - oce­nił z dumą. - Ostat­nio stopy ro­sną mi jak tem­pe­ra­tura na pla­ne­cie Ziemi. A to zna­czy, że doj­rze­wam. - Znów zer­k­nął na Ma­ry­się i znowu ją onie­śmie­lił.

Przy­ga­śli­śmy mo­men­tal­nie. Fak­tycz­nie, roz­miar stóp Hirka od­bie­gał od normy. Za to mój od­cisk oka­zał się naj­mniej­szy.

- Fi­li­pek od­staje od reszty - pod­su­mo­wała Nina.

Ze­zło­ści­łem się. Niechby ten piach z pia­skow­nicy wy­żarły gli­sty! Co mnie pod­ku­siło, żeby na­ma­wiać Hirka do udo­wod­nie­nia po­stę­pów w doj­rze­wa­niu?! Po­czu­łem się jak we­te­ry­narz, który le­czył sło­nia na za­par­cie i zgi­nął przy­sy­pany jego kupą. Se­rio.

- Nie wiemy, ja­kie stopy ma Bła­że­jek, może mniej­sze - po­cie­szył mnie Mau­rycy.

- Bła­żej - po­pra­wili go An­toś i Nam. I za­raz do­stali na­padu śmie­chu. Stur­lali się do pia­skow­nicy, wcią­ga­jąc za sobą Mau­ry­cego.

Pa­trzy­łem na nich z za­zdro­ścią. Ła­two im się śmiać, ich stopy były tylko o cen­ty­metr mniej­sze od Hir­ko­wych. A moje, wstyd po­wie­dzieć, o ile.