Filip - Leopold Tyrmand

Kup ebooka

44.90 zł
38.61 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Wiesz, Blan­ca przy­je­cha­ła - rzekł Piotr, roz­pi­na­jąc ko­szu­lę na pier­siach.

Le­ża­łem na łóż­ku Pio­tra i ob­ser­wo­wa­łem z za­in­te­re­so­wa­niem ce­le­bra­cję zdej­mo­wa­nia fra­ka po obia­do­wej ro­bo­cie. Rzekł­bym, że lu­bi­łem ge­sty Pio­tra: spo­sób, w jaki po­chy­lał twarz z pa­pie­ro­sem nad trzy­ma­ną w pal­cach za­pał­ką, po­chy­le­nie gło­wy i ru­chy dło­ni przy roz­pi­na­niu ko­szu­li z bia­łej piki, wie­sza­niu jej na ra­miącz­ku i skru­pu­lat­nym umiesz­cza­niu w sza­fie - wszyst­ko to było mi ja­koś dro­gie. Ta przy­jaźń spa­dła na nas jak uśmiech losu, wy­gra­na na lo­te­rii czy coś ta­kie­go; do­brze było wte­dy mieć ko­goś, do kogo czu­ło się za­ufa­nie i jesz­cze coś wię­cej, i do­brze, gdy ten ktoś był ró­wie­śni­kiem, mło­dym, przy­tom­nym fa­ce­tem o ja­snym, zło­śli­wym uśmie­chu i sil­nych ra­mio­nach.

- Nie wie­dzia­łem, że wy­jeż­dża­ła - po­wie­dzia­łem le­ni­wie. Mie­li­śmy lato, upal­ny ko­niec czerw­ca czter­dzie­ste­go trze­cie­go roku, za oknem po­ko­ju Pio­tra le­żał znie­ru­cho­mia­ły w skwa­rze Frank­furt.

- Wy­je­cha­ła - po­wie­dział Piotr, zdjął spodnie i buty i na­lał wody do mi­ski. - Co za orka dzi­siaj - po­skar­żył się i zlał wodą szczu­pły, moc­ny tors. - Dla­cze­go nie ro­bi­łeś przy obie­dzie? - spy­tał. - Prze­cież nie mia­łeś dziś śnia­da­nia?

- Mia­łem. Było mało ro­bo­ty i po­sze­dłem, za­nim ra­czy­łeś zja­wić się na czysz­cze­nie pla­te­ru. Brütsch mnie zwol­nił. A te­raz cię szu­kał i wy­my­ślał.

- Bo za­pra­wił się od sa­me­go rana. Przy śnia­da­niu ta­cha­li ja­kieś nowe skrzy­nie z ko­nia­kiem. Jak Brütsch za­cznie spraw­dzać, czy wszyst­ko w po­rząd­ku, to wiesz, jak jest po­tem. Co mnie zresz­tą to wszyst­ko ob­cho­dzi...

Prze­cią­gną­łem się z za­do­wo­le­niem: w każ­dym za­kąt­ku cia­ła czu­łem bło­go­sła­wio­ne, syte zmę­cze­nie, nic nie uj­mu­ją­ce si­łom mło­do­ści.

- Taki je­stem zmę­czo­ny.

Piotr stał w ką­pie­lów­kach na środ­ku po­ko­ju i wy­cie­rał ręcz­ni­kiem dłu­gie, smu­kłe nogi; po czym wło­żył czy­stą ko­szul­kę gim­na­stycz­ną oraz spodnie od ba­weł­nia­nej, tre­nin­go­wej pet­ki i usiadł na brze­gu łóż­ka.

- Kie­dyś ty się tak spi­ło­wał? - spy­tał z prze­ką­sem.

- Wczo­raj - po­wie­dzia­łem z bło­go­ścią. - Przy­je­cha­ła ta z Mo­gun­cji.

- I co? Gdzie?

- Wy­obraź so­bie, wzię­ła po­kój w ho­te­lu, w tym na rogu Karl­stras­se.

- "Im­pe­rial"?

- O to, to. Te­le­fo­no­wa­ła do nas, na dół, umó­wi­łem się z nią po po­łu­dniu u Schu­man­na. Było pu­sto. Na­wet ład­nie wy­glą­da­ła. Nie chcia­ła za Chry­stu­sa przyjść tu, do nas, na górę. Po­wie­dzia­ła, że przy­je­cha­ła się mną na­cie­szyć, a nie umie­rać ze stra­chu.

- Idio­to - rzekł Piotr z tro­ską - i po­sze­dłeś do niej? Kre­ty­nie. Cze­kaj, do­igrasz się.

- Co mia­łem ro­bić? Wie­czo­rem, na górę, jesz­cze pół bie­dy, ale jak scho­dzi­łem dziś rano, por­tier za­ha­czył mnie o klucz. Krzyk­ną­łem, że żona jesz­cze na gó­rze i cho­du. Gdy­by nie był le­ni­wy...

- Kre­ty­nie - po­wtó­rzył Piotr i za­pa­lił pa­pie­ro­sa swym cza­ru­ją­cym, nie­po­rów­na­nym ru­chem - to­bie to im­po­nu­je, że sprint, że cho­du, że go wy­ro­lo­wa­łeś.

- Pio­tru­siu - po­wie­dzia­łem - nie gnie­waj się. Taki je­stem zmę­czo­ny. Ju­tro nie­dzie­la. Mam wol­ny cały dzień.

- Ja też - rzekł Piotr.

- Jak to? - zdzi­wi­łem się przy­tom­nie.

- Tak to - uśmiech­nął się Piotr - mam je­den dzień u Ves­se­le­go. Chce za mnie wziąć nie­dzie­lę. Mo­że­my po­je­chać pod mia­sto. Do Tau­nus, do­brze? Weź­mie­my Blan­cę.

A Sa­vi­no?

- Z Sa­vi­nem skoń­czo­ne. Roz­ma­wia­łem z nią rano. Skoń­czy­ła z nim przed wy­jaz­dem z Frank­fur­tu.

- A może on z nią?

- Może - rzekł Piotr obo­jęt­nie - nie­waż­ne.

- To nie ta­kie pro­ste - po­wie­dzia­łem; coś mi się tu wy­da­wa­ło nie w po­rząd­ku. - Nie mo­żesz z miej­sca ła­do­wać się na dziew­czy­nę ko­le­gi. Za­cze­kaj tro­chę. Prze­cież oni się tak ko­cha­li z Sa­vi­nem. Kie­dyś, pa­mię­tam, Blan­ca nie wy­cho­dzi­ła przez ty­dzień z łóż­ka, a Sa­vi­no tyl­ko rano wbi­jał się we frak, przy­la­ty­wał o dzie­sią­tej z po­wro­tem i do łóż­ka. O wpół do dru­giej we frak i na dół do obia­du, o czwar­tej na górę i do łóż­ka, o w pół do siód­mej we frak i do ko­la­cji, o je­de­na­stej do łóż­ka. I tak przez cały ty­dzień, pa­mię­tasz?

- Pa­mię­tam - rzekł Piotr - to było kie­dyś. Ale te­raz Sa­vi­no ob­słu­gu­je klient­kę z trze­cie­go pię­tra, żonę za­stęp­cy gau­le­ite­ra. Zro­bił ka­rie­rę. Cie­ka­wym, kie­dy ona od­blo­ku­je po­kój? W re­cep­cji ko­na­ją ze stra­chu.

- Włoch - wes­tchną­łem z za­zdro­ścią - jemu wol­no. A że chło­pak w so­bie i przy­stoj­ny, więc dzia­ła. Funk­cjo­nu­je.

- A Blan­ca po­szła na raj­zy - skoń­czył Piotr. - Ho­no­ro­wo. To jest w ogó­le wy­jąt­ko­wa Niem­ka.

- Prze­stań... - uśmiech­ną­łem się - skończ to nie­przy­tom­ne prze­mó­wie­nie. Po­do­ba ci się i już.

- Po­do­ba - rzekł Piotr pro­sto i spo­koj­nie.

To po­waż­ne, po­wie­dzia­łem so­bie. Piotr rzad­ko mó­wił, że ktoś mu się po­do­ba, dziew­czę­ta nie gra­ły pierw­szej roli w jego dwu­dzie­sto­let­nim ży­ciu.

- Sko­ro tak ci się po­do­ba - po­wie­dzia­łem, bar­wiąc sło­wo "tak" nie­bo­tycz­ną iro­nią - to nie wiem, o czym mó­wić. Żad­ne wzglę­dy mo­ral­ne nie gra­ją roli.

- Przy­najm­niej wiem - rzekł Piotr - że nie wy­kroi mi żad­ne­go nu­me­ru. Że nie za­cią­gnie mnie do ho­te­lu, z któ­re­go mogą mnie wy­wieźć w ka­ret­ce ge­sta­po.

- Pio­tru­siu - po­wie­dzia­łem ze sło­dy­czą - ta z Mo­gun­cji ma bra­ta i męża na fron­cie. Za­po­mi­nasz, że jest woj­na i że wal­ka jest na­szym obo­wiąz­kiem. Każ­dy ry­zy­ku­je, jak go na to stać.

- Masz dziw­ne me­to­dy wal­ki - uśmiech­nął się Piotr po­god­nie - wal­czysz oso­bli­wą bro­nią.

- Tu­taj - roz­zło­ści­łem się na­iw­nie - w sa­mym śro­decz­ku Nie­miec. I za­wsze wolę tę me­to­dę niż two­ją. Trud­no mi uwa­żać szaf­kę peł­ną kra­dzio­nych bu­te­lek wina za do­wód zwy­cię­stwa.

- Ja pro­wa­dzę woj­nę eko­no­micz­ną - rzekł Piotr z uśmie­chem - bar­dzo sku­tecz­ną.

- Dla cie­bie - mruk­ną­łem. - Już sam nie wiesz, co ro­bić z pie­niędz­mi. - Sta­no­wi­ło to krzy­czą­cą nie­spra­wie­dli­wość, al­bo­wiem Piotr był za­wsze bar­dzo lo­jal­ny w spra­wach pie­nięż­nych, to zna­czy da­wał mi, sko­ro tyl­ko po­trze­bo­wa­łem. Czy­nił to nie­zbyt chęt­nie, nie szczę­dząc mi nie­tak­tow­nych do­cin­ków, ale da­wał.

2

Tak więc le­że­li­śmy na­za­jutrz z Blan­cą na tra­wie, na pod­gó­rzu Tau­nu­su. Wy­sie­dli­śmy na sta­cji w Obe­rur­sel i na próż­no usi­ło­wa­li­śmy się ode­rwać od nie­dziel­ne­go tłu­mu Niem­ców z dzieć­mi i ko­szy­ka­mi z je­dze­niem. Brze­gi mi­zer­ne­go po­to­ku ob­le­pio­ne były Niem­ka­mi w sta­ni­kach i let­nich spód­ni­cach, al­bo­wiem kra­jo­braz był tego ro­dza­ju, że ko­stium ką­pie­lo­wy wy­da­wał się nie na miej­scu.

- Co za non­sens - na­rze­ka­łem - za­miast pójść nor­mal­nie na pla­żę do Mo­sle­ra, tłuc się na idio­tycz­ną ma­jów­kę w czerw­cu.

Piotr tasz­czył bez sło­wa tecz­kę z je­dze­niem i wi­nem; pa­so­wał ja­koś do tego tłu­mu i gdy­by nie fakt, że był wy­so­ki i przy­stoj­ny, co sta­no­wi­ło rzad­kość wśród tych tu mę­skich wy­bier­ków, nie od­ci­nał­by się spe­cjal­nie. Był eu­ro­pej­skim miesz­czu­chem i nie­wie­le róż­ni­ło go od urlo­po­wa­nych żoł­nie­rzy z He­sji, Nad­re­nii czy Pa­la­ty­na­tu.

- Jest rze­czą ko­niecz­ną - po­wie­dzia­ła Blan­ca - aby­śmy się od­bi­li od tego par­szy­we­go tłu­mu. Jak wyj­mie­cie tu bu­tel­ki, lu­dzie za­kłu­ją was spoj­rze­nia­mi na śmierć. Tacy są lu­dzie dzi­siaj.

Po­wle­kli­śmy się na ja­kiś pa­gó­rek i oto le­że­li­śmy w słoń­cu obok sie­bie. Za­po­mnie­li­śmy wziąć koc, zaś tra­wa była już su­cha, łam­li­wa i kłu­ją­ca, nie spo­sób tedy było ro­ze­brać się do ko­stiu­mów ką­pie­lo­wych. Piotr otwo­rzył tecz­kę i wy­jął ka­nap­ki z sa­la­mi i se­rem lim­bur­skim oraz dwie bu­tel­ki mo­zel­skie­go wina.

- Nie było nic lep­sze­go prócz tego Trar­ba­che­ra - rzekł nie­dba­le.

- Nic lep­sze­go... - po­wie­dzia­ła Blan­ca, po­chła­nia­jąc nie­zbyt spiesz­nie, lecz sys­te­ma­tycz­nie ka­nap­kę za ka­nap­ką. - Wam się już w gło­wie prze­wra­ca. Wy ma­cie ży­cie. Cza­sa­mi, pa­trząc na was, za­sta­na­wiam się, czy hi­tle­row­cy nie mają ra­cji. W każ­dym ra­zie nie mia­ła­bym nic prze­ciw­ko temu, żeby wszyst­kich cu­dzo­ziem­skich kel­ne­rów po­wie­sić na pla­cach pu­blicz­nych. Z ze­msty za mękę, ja­kiej do­zna­je­my, pa­trząc na wa­sze spa­sio­ne py­ski.

- Prze­sa­dzasz - po­wie­dzia­łem. - Wy­star­czył­by ci Sa­vi­no.

- Do Sa­vi­na nie mam żad­nej pre­ten­sji. Lu­bię Wło­chów. Ata­wizm - wy­ja­śni­ła - moja bab­ka była Włosz­ką z Ty­ro­lu. Stąd imię i apa­ry­cja.

- Kar­mię cię - rzekł Piotr - i tak mi się od­wdzię­czasz.

- Cho­le­ra mnie bie­rze, kie­dy wi­dzę, jak wam się po­wo­dzi. My, Niem­cy, zdy­cha­my po­wo­li na kart­ko­wym chle­bie.

- Nie wszy­scy Niem­cy zdy­cha­ją z gło­du - rzekł Piotr rze­czo­wo. - Już my o tym wie­my naj­le­piej. I nie wszy­scy cu­dzo­ziem­cy piją mo­zel­skie wina. Przejdź się pod dwor­cem i po­patrz na Po­la­ków. My z "Park-Ho­te­lu" to co in­ne­go - do­dał nie bez brzyd­kiej dumy. - My się bro­ni­my sku­tecz­nie.

Za­czy­na­ła mnie po­wo­li brać cho­le­ra. Blan­ca była przede wszyst­kim Niem­ką, po­tem do­pie­ro ład­ną dziew­czy­ną i do­brym kum­plem. Nie mia­łem za­mia­ru się przed nią tłu­ma­czyć.

- Fakt - po­wie­dzia­łem - jest wca­le nie naj­go­rzej. Na przy­kład te sta­re pier­ni­ki z "Frank­fur­ter­ho­fu": ho­tel nie gor­szy od na­sze­go, eks­tra­kla­sa, a nic nie mogą zdzia­łać. Wia­do­mo: Niem­cy. A ty, Bla­necz­ko, ja­koś wy­glą­dasz nie tego...

- Że­byś wie­dział, co ja mam za nu­mer - rze­kła Blan­ca usta­mi wy­pcha­ny­mi je­dze­niem. - Od trzech ty­go­dni miesz­kam w po­cią­gu. Nie mam kar­tek żyw­no­ścio­wych, bo wy­mel­do­wa­łam się z Frank­fur­tu. Jem, co do­brzy lu­dzie da­dzą. Prze­waż­nie do­brzy lu­dzie na urlo­pach z fron­tu wschod­nie­go. Ci mają naj­lep­sze ser­ca i naj­wię­cej kar­tek.

Dla od­mia­ny ogar­nę­ło mnie współ­czu­cie. Sie­dzia­ła na tra­wie, mło­da, ślicz­na i czar­no­wło­sa, je­dząc bez prze­rwy, w za­pa­mię­ta­niu. Po­czu­łem się na­raz wo­bec niej bo­ga­ty i po­tęż­ny, mo­głem po­zwo­lić so­bie na zmien­ne na­stro­je.

- Co się sta­ło? - spy­ta­łem.

- Do­sta­łam przy­mu­so­we skie­ro­wa­nie do pra­cy w fa­bry­ce. Wy­obra­żasz so­bie mnie przy ma­szy­nie?

- Nie - od­po­wie­dzia­łem skwa­pli­wie. - Wy­klu­czo­ne. Wy­obra­żam so­bie cie­bie wy­łącz­nie w drew­nia­kach na ko­tur­nach, w czer­wo­nej bluz­ce i krót­kiej, gra­na­to­wej spód­ni­cy, z tor­bą na pa­sku prze­wie­szo­nym przez ra­mię. Tak, jak uj­rza­łem cię po raz pierw­szy w "Café Schu­mann". Bar­dzo mi się po­do­ba­łaś. Tyl­ko - wes­tchną­łem - że Sa­vi­no był szyb­szy.

- Nie je­stem pe­wien - rzekł Piotr - czy tak na­le­ża­ło po­stą­pić. Wszy­scy mu­szą cięż­ko pra­co­wać. Osta­tecz­nie jest woj­na. Nasi mi­ni­stro­wie pra­cu­ją w An­glii w fa­bry­kach amu­ni­cji. I ja­kaś krew­na kró­lo­wej też. Masz tu mat­kę, dom, mo­gła­byś tro­chę po­pra­co­wać.

- Wy to co in­ne­go. Wy je­ste­ście pa­trio­ci. A mnie, póki mam ta­kie nogi, nikt nie za­go­ni do pra­cy fi­zycz­nej. Ani Ar­be­it­samt, ani ge­sta­po. Przy­najm­niej do fi­zycz­nej pra­cy w fa­bry­ce.

Unio­sła wy­so­ko spód­ni­cę i po­ka­za­ła, ja­kie ma nogi. Spód­ni­ca była tan­det­na, gru­ba, wca­le nie let­nia, dość wy­pla­mio­na i zmię­ta. Mó­wi­ła wszyst­ko o ży­ciu raj­zer­ki. Blan­ca prze­chy­li­ła bu­tel­kę Trar­ba­che­ra nad gło­wą i dłu­go piła. Po czym po­ło­ży­ła się na brzu­chu, pod­pie­ra­jąc pod­bró­dek dłoń­mi. Piotr uczy­nił to samo i le­że­li twa­rza­mi do sie­bie, ich nosy dzie­li­ła prze­strzeń kil­ku­na­stu cen­ty­me­trów.

- Ty je­steś Duń­czyk czy Fla­mand, czy coś ta­kie­go, o ile so­bie przy­po­mi­nam - po­wie­dzia­ła Blan­ca, pu­ka­jąc lek­ko wska­zu­ją­cym pal­cem w kształt­ny nos Pio­tra.

- Nie. Ho­len­der.

- Aha, Ho­len­der. Wła­śnie to mia­łam na my­śli. Zresz­tą, co to za róż­ni­ca? Na­zy­wasz się Leo, praw­da?

- Nie. Piotr.

- A tak kró­cej?

- Kró­cej: Piet. To po ho­len­der­sku.

- Wspa­nia­le. A on? - wska­za­ła na mnie - on jest Czech, nie?

- Nie - od­parł Piotr. - On jest Fran­cuz.

- Ale Sa­vi­no mó­wił coś kie­dyś, że on taki nie bar­dzo Fran­cuz.

- O czym ona mówi? - zdzi­wił się za­po­bie­gaw­czo Piotr.

- Od­czep się ode mnie - po­wie­dzia­łem mak­sy­mal­nie żar­to­bli­wym to­nem - bo mo­żesz za­ro­bić kopa w ty­łek. Ty i Sa­vi­no.

Za­wsze w ta­kim wy­pad­ku kon­stru­owa­ło się z miej­sca at­mos­fe­rę ogrom­nej nie­fra­so­bli­wo­ści i nie­waż­no­ści pa­da­ją­cych słów.

- Co to mnie ob­cho­dzi - rze­kła Blan­ca po­jed­naw­czo. - To bar­dzo miły chło­pak - wska­za­ła znów gło­wą na mnie. - Praw­da, że on jest miły?

- Praw­da - rzekł Piotr. - On jest bar­dzo miły. A ty je­steś ład­na dziew­czy­na.

Się­gnął le­ni­wie po dru­gą bu­tel­kę wina. Blan­ca przy­tu­li­ła twarz do su­chej let­niej tra­wy. Zro­bi­ło mi się przy­kro. Za­pra­gną­łem na­raz uzu­peł­nić ja­koś za­lo­ty Pio­tra.

- Blan­ca - po­wie­dzia­łem - je­steś faj­na, rów­na dziew­czy­na. Masz ra­cję, że się mi­gasz od ro­bo­ty. To nie dla cie­bie. Ży­cie przed tobą. Mu­sisz tyl­ko prze­trwać do cza­su, kie­dy prze­gra­cie woj­nę.

3

Wy­cho­dzi­li­śmy wła­śnie z pe­ro­nów Dwor­ca Głów­ne­go, kie­dy roz­le­gły się sy­re­ny ostrze­gaw­cze­go alar­mu. Głos spi­ke­ra ra­dio­we­go do­no­sił z me­ga­fo­nów hali dwor­co­wej o dwóch eska­drach nie­przy­ja­ciel­skich sa­mo­lo­tów, prze­su­wa­ją­cych się na po­łu­dnie od frank­furc­kie­go ob­sza­ru po­wietrz­ne­go.

- Nas nie ru­szą - rzekł Piotr z prze­ko­na­niem. - Za dużo ame­ry­kań­skich i ży­dow­skich pie­nię­dzy ulo­ko­wa­no w tym mie­ście.

- Dzię­ki Bogu - po­wie­dzia­łem. - Choć raz za­wdzię­czam coś plu­to­kra­tom. Zresz­tą lu­bię, jak bom­bar­du­ją nie­miec­kie mia­sta, tyl­ko nie te, w któ­rych miesz­kam.

- Lu­dzie mó­wią - do­rzu­ci­ła Blan­ca - że alian­ci prze­zna­czy­li Frank­furt na swo­ją sto­li­cę. Po woj­nie.

Ob­szer­ny plac przed dwor­cem na­sy­co­ny był par­nym, gę­stym pół­mro­kiem, w któ­rym drga­ły ja­sne pla­my let­nich ko­szul i su­kien, śmie­cha­mi, na­wo­ły­wa­nia­mi, gwiz­da­mi i dźwię­ka­mi ust­nych har­mo­ni­jek. Roz­grza­ne upa­łem mury wo­ko­ło wy­zwa­la­ły z tłu­mu mdły, wil­got­ny opar, brak świa­tła otu­lał wszyst­ko we­lo­nem ja­kiejś gi­gan­tycz­nej, wiel­ko­miej­skiej in­tym­no­ści, ła­two prze­cho­dzą­cej w groź­ną mar­two­tę za­ciem­nio­ne­go, śmier­tel­nie prze­ra­żo­ne­go mia­sta.

- Chodź­cie do mnie - po­wie­dział Piotr nie­zręcz­nie: nie wie­dział, jak się mnie po­zbyć. - Trze­ba coś zro­bić z wie­czo­rem.

- Chęt­nie - rze­kła Blan­ca. - Nie wi­dzę prze­szkód.

- Ja idę spać - po­wie­dzia­łem ob­łud­nie: wła­śnie w tej chwi­li na­szła mnie zło­śli­wa, ni­czym nie uza­sad­nio­na ocho­ta, aby nie zo­sta­wić Blan­ki Pio­tro­wi. Chcia­łem, aby mnie pro­si­li, aże­by na­kła­nia­li mnie do zo­sta­nia z nimi, i wie­dzia­łem, że to na­stą­pi. W grun­cie rze­czy wca­le mi się nie chcia­ło spać, pra­gną­łem obec­no­ści ko­goś, kogo bym lu­bił, komu mógł­bym świad­czyć do­bro i przy­jaźń i otrzy­my­wać odeń w za­mian ser­decz­ność, po­ufa­łość, ści­sły so­jusz i zwią­zek. Przez chwi­lę wy­da­wa­ło mi się, że zna­ko­mi­cie na­da­je się do tego wła­śnie Blan­ca. Fak­tem na­to­miast było, że otrzy­my­wa­łem to wszyst­ko od Pio­tra, lecz w spo­sób nie­zręcz­ny i chłod­ny; cierp­kość i re­zer­wa sta­no­wi­ły atry­bu­ty jego ho­len­der­skiej mło­dzień­czo­ści.

- Nie bądź dziec­kiem - rze­kła Blan­ca - nie pój­dziesz prze­cież o dzie­sią­tej spać. Je­stem zmę­czo­na jak pies, a mimo to nie śpie­szy mi się do domu. Do cią­gle tych sa­mych, idio­tycz­nych pre­ten­sji mo­jej mat­ki.

- Nie mam u sie­bie w po­ko­ju mat­ki - mruk­ną­łem - i idę spać.

- Daj spo­kój - uśmiech­nął się wy­ro­zu­mia­le Piotr; przy­pusz­czał, że chcę się w ten spo­sób wy­co­fać i uła­twić mu swo­bo­dę ru­chów. Uśmie­chem tym da­wał mi do zro­zu­mie­nia, że do­strze­ga moją ko­le­żeń­skość, ak­cep­tu­je ją i wy­so­ko so­bie ceni. - Mam odło­żo­ną bu­tel­kę Rüde­she­ime­ra. Poza tym dziś prze­ma­wia Chur­chill.

- Przyj­dziesz do mnie po dzien­ni­ku i opo­wiesz - upie­ra­łem się. - Mo­żesz mnie na­wet obu­dzić, gdy­by coś waż­ne­go.

- Na ra­zie - rze­kła Blan­ca roz­sąd­nie - i tak idzie­my wszy­scy w jed­ną stro­nę.

To było słusz­ne. Po­szli­śmy więc w pra­wo, w Wie­sen­hüt­ten­stras­se. W wą­skiej czę­ści uli­cy, po jej le­wej stro­nie, ry­so­wa­ła się ciem­ną pla­mą smu­kła, wy­twor­na fa­sa­da "Park-Ho­te­lu", nie­co da­lej uli­ca roz­sze­rza­ła się w śród­miej­ski skwer, pe­łen drzew i aka­cjo­we­go za­pa­chu, prze­mie­sza­ne­go z wo­nią sa­mo­cho­do­wych spa­lin. Przed ogród­ka­mi, po­prze­dza­ją­cy­mi tu każ­dą ele­ganc­ką, wil­lo­wą ka­mie­ni­cę, sta­ły duże mer­ce­de­sy i bmw z ozna­ka­mi wy­so­kich władz par­tyj­nych i woj­sko­wych. U na­sa­dy skwe­ru, nie­mal na­prze­ciw "Park-Ho­te­lu", stał na skos do uli­cy, za ni­ziut­kim mur­kiem, trzy­pię­tro­wy chu­dy do­mek o po­śled­niej­szym wy­glą­dzie: było to po­miesz­cze­nie dla ho­te­lo­wej służ­by i biu­ra­li­stów.

- Idź­cie przo­dem - po­wie­dzia­ła Blan­ca - wej­dę sama. - Zna­ła do­brze tu­tej­szą to­po­gra­fię i zwy­cza­je: cały par­ter domu zaj­mo­wał ko­mi­sa­riat po­li­cji. Do­świad­cze­ni że­gla­rze twier­dzą, że nig­dzie nie jest rów­nie bez­piecz­nie, jak w oku cy­klo­nu. To chy­ba praw­da, do­dał­bym tyl­ko, że trze­ba umieć się z tym okiem ob­cho­dzić. Po pro­stu wy­pra­co­wać so­bie me­to­dę.

- No, to cześć - po­wie­dzia­łem do Pio­tra na dru­gim pię­trze, gdzie miesz­ka­łem. W tej chwi­li na­praw­dę nie mia­łem ocho­ty iść o jed­no pię­tro wy­żej.

- Słu­chaj - rzekł Piotr z do­bro­tli­wą iro­nią - to nie wy­pa­da. Po­sie­dzisz z nami pół go­dzi­ny i pój­dziesz so­bie. Będę ci na­wet wdzięcz­ny, jak so­bie pój­dziesz, ale jesz­cze nie te­raz.

- Za­wsze po­zo­sta­niesz ma­łym ho­len­der­skim miesz­czusz­kiem - rze­kłem ze zło­ścią - mimo apa­ry­cji hol­ly­wo­odz­kie­go gwiaz­do­ra i nie­któ­rych po­wie­dzeń, god­nych mą­dre­go fa­ce­ta.

Na dole sły­chać było kro­ki Blan­ki. We­szli­śmy tedy o jed­no pię­tro wy­żej i po prze­by­ciu zu­peł­nie czar­ne­go ko­ry­ta­rza Piotr otwo­rzył drzwi i zo­sta­wił uchy­lo­ne. Od razu też po­czu­łem się le­piej: lu­bi­łem po­kój Pio­tra. Mój był małą, po­nu­rą dziu­plą, o oknie od­da­lo­nym o metr od prze­ciw­le­głe­go muru, wy­peł­nio­ną wiel­kim nie­przy­chyl­nym łóż­kiem, któ­re nie da­wa­ło schro­nie­nia, nie było ni­czym in­nym, jak na­rzę­dziem do me­cha­nicz­ne­go wy­po­czyn­ku i tu­zin­ko­wych, mło­dzień­czych roz­ko­szy. Po­kój Pio­tra miał okno wy­cho­dzą­ce na uli­cę, z któ­re­go wi­dać było fa­sa­dę "Park-Ho­te­lu", zaś fa­sa­da ta i jej wy­kwint sta­no­wi­ły za­wsze przed­miot na­szych nie­na­wi­ści, na­sze­go po­dzi­wu i na­szych tę­sk­not. W po­ko­ju Pio­tra sta­ło me­ta­lo­we łóż­ko o zżół­kłych, nie­gdyś chro­mo­wa­nych ku­lach i prę­tach, tak samo ob­szer­ne i wy­god­ne, jak w pod­rzęd­nych pa­ry­skich ho­te­li­kach, gdzie jest sprzę­tem głów­nym i waż­nym. Obok łóż­ka sta­ła noc­na szaf­ka, na niej na­sza chlu­ba: mały apa­rat ra­dio­wy "Phi­lips-Phi­le­ta", a na apa­ra­cie noc­na lamp­ka, co ra­zem nada­wa­ło ką­to­wi przy wez­gło­wiu ak­cent ogrom­nej przy­tul­no­ści. W oknie wi­sia­ła plu­szo­wa sto­ra, któ­rą na­tych­miast po wej­ściu za­su­ną­łem, zaś Piotr za­pa­lił noc­ną lamp­kę. Po chwi­li za­pu­ka­ła Blan­ca, we­szła i za­mknę­ła za sobą sta­ran­nie drzwi. Ła­god­ne świa­tło noc­nej lamp­ki na­sy­ca­ło plusz w oknie, w świe­tle tym sta­ra, spło­wia­ła i brud­na sto­ra na­bie­ra­ła głę­bo­kiej mięk­ko­ści. Piotr wy­jął bu­tel­kę z sza­fy i na­sta­wił ci­cho ra­dio, Ilse Wer­ner śpie­wa­ła Mein Herz hat heu­te Pre­mie­re... Rüde­she­imer był bla­do­zło­ty, cierp­ki, tro­chę kwa­sko­wy i bar­dzo aro­ma­tycz­ny: ta­kie wino pili w Niem­czech w tym cza­sie wy­łącz­nie dy­gni­ta­rze par­tyj­ni, mi­lio­ne­rzy, wy­żsi woj­sko­wi i kel­ne­rzy z wiel­kich re­stau­ra­cji. W za­ciem­nio­nym za po­mo­cą plu­szo­wej sto­ry po­ko­ju zro­bi­ło się bar­dzo go­rą­co. Blan­ca na wpół le­ża­ła na łóż­ku, Piotr sie­dział obok z no­ga­mi pod­cią­gnię­ty­mi pod bro­dę, ja na krze­śle z no­ga­mi opar­ty­mi o umy­wal­nię, a ple­ca­mi o fra­ko­we spodnie Pio­tra, prze­wie­szo­ne przez opar­cie krze­sła.

- Nie gnieć mi spodni - rzekł Piotr - bądź tak do­bry.

Ro­ze­śmie­li­śmy się wszy­scy, nie wia­do­mo cze­mu, ja zaś po­wie­dzia­łem:

- Naj­wyż­szy czas, aby­śmy zro­bi­li dziś uży­tek z ko­stiu­mów ką­pie­lo­wych. Wo­zi­my je cały dzień ze sobą, a tu jest go­rę­cej niż na pla­ży.

- Świet­na myśl - po­wie­dzia­ła Blan­ca z na­sią­kłym wi­nem en­tu­zja­zmem. Ze­sko­czy­ła z łóż­ka, prze­no­sząc nogi nad gło­wą Pio­tra i w mgnie­niu oka zrzu­ci­ła spód­ni­cę i bluz­kę, pod spodem mia­ła dwu­czę­ścio­wy ko­stium ką­pie­lo­wy. Zdją­łem spodnie i ko­szu­lę i zo­sta­łem w sa­mych sli­pach pły­wac­kich.

- Nie patrz się - po­wie­dział Piotr do Blan­ki i prze­brał się w swo­ją gra­na­to­wą pet­kę.

- Dla­cze­go ma nie pa­trzeć? - po­wie­dzia­łem głu­pio. - Niech się przy­zwy­cza­ja.

Piotr uśmiech­nął się, ale wi­dzia­łem, że sło­wa moje nie przy­pa­dły mu do gu­stu: nie lu­bił ta­kiej bez­po­śred­nio­ści.

- Tu już nic nie ma - po­wie­dzia­ła Blan­ca, uno­sząc bu­tel­kę po Rüde­she­ime­rze.

- Zej­dę i skom­bi­nu­ję coś na dole - rzekł Piotr i się­gnął po blu­zę od pet­ki.

- Sta­ry skąp­cze... - za­czą­łem, ale ugry­złem się w ję­zyk: chcia­łem po­wie­dzieć, że wy­star­czy otwo­rzyć szaf­kę Pio­tra w roz­bie­ral­ni kel­ne­rów, aby wy­do­być za smu­kłą szyj­kę bu­tel­kę naj­lep­szych rocz­ni­ków reń­skich, he­skich i mo­zel­skich, na ja­kie stać piw­ni­ce "Park-Ho­te­lu"; wie­dzia­łem też, że Piotr nig­dy by mi tego nie prze­ba­czył, były to bo­wiem spra­wy na­sze, do któ­rych ża­den Nie­miec, na­wet tak mało groź­ny jak Blan­ca, nie mógł mieć przy­stę­pu. - Po­sta­raj się o Lieb­frau­en­milch - do­koń­czy­łem. - Moje ulu­bio­ne wino - do­da­łem wy­ja­śnia­ją­co w stro­nę Blan­ki.

- Masz do­bre upodo­ba­nia - rze­kła gło­sem, któ­ry jak­by na­ka­zy­wał mi na nią spoj­rzeć - cał­kiem nie­zły smak.

Piotr wy­szedł z po­ko­ju. W ra­diu skoń­czy­ła się mu­zy­ka i spi­ker za­czął mó­wić o ba­jecz­nym w tym roku uro­dza­ju na kar­to­fle, co na­le­ża­ło do re­per­tu­aru naj­po­myśl­niej­szych wia­do­mo­ści.

- Zmień to - po­wie­dzia­ła Blan­ca - daj ja­kąś szwaj­car­ską sta­cję. - Sie­dzia­ła w po­przek łóż­ka, z dłu­gi­mi no­ga­mi wy­cią­gnię­ty­mi przed sie­bie, ple­ca­mi opar­ta o ścia­nę. Chcia­łem omi­nąć nogi, aby po­dejść do ra­dia, nie uła­twi­ła mi jed­nak tego i już mi się nie uda­ło. Dol­na część ko­stiu­mu Blan­ki zwi­nę­ła się i upa­dła na pod­ło­gę. - Szyb­ciej, szyb­ciej - szep­nę­ła. - Na­resz­cie zro­zu­mia­łeś, głu­pi, że po to tyl­ko po­je­cha­łam do Tau­nus.

Nie mia­łem te­raz cza­su ani ocho­ty sprze­czać się z nią, lecz to, co mó­wi­ła, było zwy­kłym kłam­stwem. Zga­si­łem tyl­ko ra­dio.

- Żeby było sły­chać kro­ki na ko­ry­ta­rzu - za­zna­czy­łem rze­czo­wo. Blan­ca ski­nę­ła gło­wą, oczy mia­ła pół­przy­mknię­te.

- Szyb­ciej - po­wtó­rzy­ła ci­cho. Po kil­ku mi­nu­tach usły­sza­łem kro­ki Pio­tra na scho­dach, mimo że był w te­ni­sów­kach. Wsta­łem i po­chy­li­łem się nad ra­diem, Blan­ca bez sło­wa wcią­gnę­ła ko­stium i po­de­szła do lu­stra nad umy­wal­nią. Drzwi otwo­rzy­ły się i jed­no­cze­śnie z ma­łe­go gło­śni­ka po­le­cia­ła dy­na­micz­na, spi­na­ją­ca In the mood Glen­na Mil­le­ra.

- Nie tak gło­śno - syk­nął Piotr - ścisz, idio­to, na dole wszyst­ko sły­chać... - W ręku miał bu­tel­kę i trzy kie­lisz­ki. - Przy­nio­słem kie­lisz­ki do bia­łe­go wina, żeby było wy­twor­niej - do­dał we­so­ło - Lieb­frau­en­milch dla cie­bie - do­rzu­cił w moją stro­nę - że­byś nie ża­ło­wał, żeś tu z nami zo­stał.

Oczy­wi­ście, po­pi­li­śmy jesz­cze tro­chę i Piotr wpa­dał w co­raz lep­szy na­strój: roz­ba­wiał się po­wo­li i nie­za­leż­nie od resz­ty obec­nych; za­wsze tak zresz­tą było, że funk­cjo­no­wał to­wa­rzy­sko na za­sa­dzie pew­nej sa­mo­ist­no­ści: na­za­jutrz wszy­scy mo­gli stwier­dzić, że byli na po­grze­bie, zaś Piotr oświad­czał, że ba­wił się zna­ko­mi­cie. Nie do­zna­wa­łem prze­to ni­cze­go, co nie­któ­rzy w ta­kich wy­pad­kach skłon­ni są na­zy­wać wy­rzu­ta­mi su­mie­nia. Lie­ben­frau­en­milch sma­ko­wał mi do­sko­na­le, z mi­nu­ty na mi­nu­tę ogar­nia­ło mnie co­raz więk­sze zmę­cze­nie i sen­ność. Na­to­miast Blan­ca wsta­ła w pew­nym mo­men­cie i oświad­czy­ła, że idzie zro­bić siu­siu. Nie wra­ca­ła bar­dzo dłu­go.

- Co się z nią dzie­je? - spy­tał w koń­cu Piotr gło­sem peł­nym za­do­wo­le­nia.

- Nie wiem - mruk­ną­łem - idę spać.

- Tak dłu­go? - za­sta­na­wiał się Piotr, krę­cąc z upodo­ba­niem w pal­cach pa­pie­ro­sa.

- Może po­szła do Sa­vi­na - po­wie­dzia­łem le­ni­wie. - Zna dro­gę. Z Niem­ka­mi nig­dy nic nie wia­do­mo. Nie mają w so­bie krzty lo­jal­no­ści. Zwłasz­cza w tych spra­wach.

- Po pierw­sze, nie wie­rzę, aby zro­bi­ła coś ta­kie­go - rzekł Piotr z wyż­szo­ścią - a po dru­gie, Sa­vi­no ma jesz­cze dy­żur na pię­trach. Wziął go spe­cjal­nie, aby wy­lą­do­wać o do­brej po­rze u tej gau­le­ite­ro­wej.

- Mó­wisz uro­czo - uśmiech­ną­łem się - naj­pierw wia­ra, a po tem rze­czo­wy ar­gu­ment.

Wła­śnie wró­ci­ła Blan­ca.

- Piet - rze­kła prze­pra­sza­ją­co i wy­łącz­nie do Pio­tra - nie gnie­waj się, ale ja już mu­szę iść.

- Mu­sisz? - zdzi­wił się Piotr. - Dla­cze­go?

- Mu­szę. Cza­sa­mi zda­rza­ją się ta­kie rze­czy ko­bie­cie, że musi iść, na­wet je­śli wca­le nie ma na to ocho­ty.

- Nie ro­zu­miem - przy­znał Piotr otwar­cie. Blan­ca spoj­rza­ła na mnie, jak­by pro­sząc o po­moc.

- Wy­tłu­ma­czę ci - po­wie­dzia­łem ze znu­dze­niem - to bar­dzo pro­ste. W two­im wie­ku masz pra­wo już o tym wie­dzieć. Może masz w domu tro­chę waty?

- Mam gazę opa­trun­ko­wą - rzekł Piotr po­waż­nie. - Sta­ło się coś?

- Z cie­bie jest ka­wał ło­bu­za - po­wie­dzia­ła do mnie Blan­ca bez ura­zy.

- Od­pro­wa­dzę cię - rzekł Piotr; zro­bi­ło mi się przy­kro, te­raz do­pie­ro wi­dać było, że mu na tej dziew­czy­nie za­le­ży, że na­wet parę po­ca­łun­ków na uli­cy ma dla nie­go zna­cze­nie.

- Nie, nie - rze­kła Blan­ca - dam so­bie radę, to nie­da­le­ko.

- Za­te­le­fo­nuj ju­tro, w cza­sie obia­du - rzekł Piotr po­god­nie. - To był bar­dzo miły dzień. Uda­ny.

- Do­brze - po­wie­dzia­ła Blan­ca. Ubra­ła się szyb­ko, do­pi­ła swo­je wino i po­wie­dzia­ła: - Daj­cie mi tro­chę pa­pie­ro­sów, nie mam ani zła­ma­ne­go peta w ma­jąt­ku.

Piotr otwo­rzył sza­fę, wy­jął pła­ski pa­kie­cik R6 z pół­ki i dał jej.

- Mógł­byś jej od­pa­lić tro­chę po­dróż­nych kar­tek żyw­no­ścio­wych, ty re­ki­nie - po­wie­dzia­łem. - Łu­pisz co­dzien­nie jej ziom­ków w naj­bez­czel­niej­szy spo­sób z ca­łych ki­lo­gra­mów mię­sa, ma­sła i bia­łej mąki, a nie uli­tu­jesz się nad lo­sem pięk­nej dziew­czy­ny, gło­du­ją­cej przez całe ty­go­dnie z po­wo­du bra­ku paru skraw­ków zie­lo­ne­go, stem­plo­wa­ne­go przez Urząd Re­gla­men­ta­cji Żyw­no­ści pa­pie­ru...

To była pro­wo­ka­cja, lecz Piotr zniósł ją z god­no­ścią: otwo­rzył port­fel, wy­cią­gnął schlud­nie spię­ty spi­na­czem plik drob­no po­cię­tych kar­tek, spraw­dził, cze­go mu nie brak i cze­go ma za dużo, po czym wy­dzie­lił skru­pu­lat­nie kil­ka od­cin­ków.

- Dzię­ku­ję - po­wie­dzia­ła Blan­ca ci­cho - i cześć.

- No, to cześć, Piet - po­wie­dzia­łem. - Wi­dzę cię ju­tro rano.

- Nie zo­sta­niesz po­słu­chać ko­mu­ni­ka­tu? - spy­tał Piotr.

- Chcę spać, bła­gam cię, zro­zum to. Ma­rzę o tym, żeby pójść wresz­cie spać... - Cier­pia­łem w tej chwi­li z nad­mia­ru nie­szcze­ro­ści, któ­ra uwie­ra­ła mnie na wła­snej twa­rzy.

- Spać i spać - uśmiech­nął się Piotr do­bro­dusz­nie - dwa­dzie­ścia trzy lata i tyl­ko spać. Co za po­ko­le­nie...

Na dru­gim pię­trze po­wie­dzia­łem do Blan­ki kur­tu­azyj­nie:

- Może zo­sta­niesz u mnie na noc?

- Nie mogę - od­po­wie­dzia­ła. - Nie idę do mat­ki. Jesz­cze dziś w nocy jadę. Nie mia­łam su­mie­nia po­wie­dzieć tego Pio­tro­wi, był taki miły i ma taką na mnie ocho­tę.

- Uhm - zro­zu­mia­łem. - Więc le­piej, że go okła­ma­łaś, co?

- Le­piej. Nie za­dzwo­nię ju­tro, a po­ju­trze nie bę­dzie pa­mię­tał, jak wy­glą­dam.

- No, to chodź do mnie. Po­je­dziesz ju­tro rano.

- Nie mogę, umó­wi­łam się z taką jed­ną, któ­ra za­czy­na. Do­sta­ła we­zwa­nie do fa­bry­ki i wie­je. Ma sie­dem­na­ście lat. To jej pierw­sza raj­za. Nie mogę jej zro­bić świń­stwa.

- Szko­da - po­wie­dzia­łem uprzej­mie: przy­po­mnia­ło mi się zmę­cze­nie, a na­za­jutrz po­da­wa­łem przy śnia­da­niu.

- Ja też ża­łu­ję. Po­do­basz mi się.

- No, to cześć. Gdy­by cię za­ha­czy­li na dole, po­wiesz, że wra­casz od biu­ra­list­ki An­ne­ma­rie Kle­in. Miesz­ka na pierw­szym pię­trze.

- Wiem o tym rów­nie do­brze jak ty - uśmiech­nę­ła się w ciem­no­ściach i za­czę­ła scho­dzić po­wo­li, szu­ka­jąc stop­ni.

Wła­śnie w tej chwi­li, do­pie­ro te­raz, zro­bił­bym nie wiem co, żeby ją za­trzy­mać. Wy­da­ła mi się na­raz pięk­na i do­bra, jej zstę­pu­ją­ca po scho­dach obec­ność w ciem­no­ściach sta­ła się czymś cen­nym i cie­płym. Rzecz ja­sna: głów­nym mo­ty­wem mych my­śli była mło­da cie­ka­wość i nie­na­sy­ce­nie. Po­zna­łem ją szyb­ko, krót­ko i frag­men­ta­rycz­nie, wszyst­ko we mnie pra­gnę­ło peł­ne­go i wy­czer­pu­ją­ce­go na­cie­sze­nia się tym no­wym pre­zen­tem ży­cia, ja­kim jest świe­żo zdo­by­ta dziew­czy­na. Tak­że zmę­cze­nie nie mo­gło grać żad­nej roli wśród mych chę­ci i ra­chub, na po­cząt­ku dwu­dzie­stych lat ży­cia nie­mal każ­de zmę­cze­nie jest rów­no­znacz­ne za­do­wo­le­niu. Ale krzy­we mło­de po­czu­cie tego, co wy­pa­da, a co nie, nie po­zwa­la­ło na ma­ni­fe­sta­cję pro­stych chę­ci. Po­do­bam się jej dla­te­go, mó­wi­łem so­bie, że mi na niej nie za­le­ży. To tak za­wsze. Zaś osta­tecz­nie jest to tyl­ko Niem­ka. Za­ła­twi­łem ją i to jest naj­waż­niej­sze.

1

Mi­łość dla lu­dzi skrzyw­dzo­nych, gdy się ma dwa­dzie­ścia trzy lata, jest jed­ną z ra­cji ist­nie­nia, rów­ną w swej oczy­wi­sto­ści po­żą­da­niu dziew­cząt i chę­ci śmie­chu. Lu­dzie bar­dzo skrzyw­dze­ni grze­cho­ta­li wte­dy drew­nia­ny­mi sa­bo­ta­mi po bru­kach nie­miec­kich miast. Sa­bo­ty kosz­to­wa­ły po czte­ry mar­ki para, za­rob­ki wy­no­si­ły oko­ło trzy­dzie­stu ma­rek mie­sięcz­nie, ogrom­ne masy ludz­kie do­ty­ka­ły dna swej udrę­ki: to­ta­lizm - ów rak kwit­ną­ce­go na po­zór stu­le­cia - zmu­szał ich do umie­ra­nia za po­kracz­ne, smut­ne sym­bo­le, lub nie po­zwa­lał żyć dla sie­bie. Po­da­wa­no ich mi­lio­na­mi w to­wa­ro­wych po­cią­gach z Fran­cji, Pol­ski, Ukra­iny i Włoch do gi­gan­tycz­nej ma­chi­ny nie­miec­kie­go prze­my­słu: przez parę lat ich pra­wo do ży­cia i wol­no­ści było wy­łącz­nie pa­li­wem tego me­cha­ni­zmu. Kto wie, czy nie iden­ty­fi­ko­wa­łem przy­pad­kiem z mi­ło­ścią na­mięt­ne­go od­czu­cia ich krzyw­dy i po­żą­da­nia spra­wie­dli­wo­ści dla nich: osta­tecz­nie ludz­kość skła­da się z po­je­dyn­czych lu­dzi, co utrud­nia wszel­ki al­tru­izm i jest za­ra­zem źró­dłem wszel­kie­go czło­wie­czeń­stwa. Trze­ba mnó­stwa do­brej woli i na­boż­ne­go, a za­ra­zem na­iw­ne­go po­dzi­wu, aże­by w każ­dym mi­ja­nym lub na­po­tka­nym ro­ze­zna­wać od razu czło­wie­ka i roz­cią­gać nań mi­łość uogól­nio­ną, jak tu zaś dbać o wła­sną, do­brą wolę na co dzień, gdy ma się dwa­dzie­ścia trzy lata i nie naj­gor­szy gust prze­bo­ju?

W związ­ku z tym upodo­ba­niem, wy­kształ­co­nym pięk­nie przez Jac­ka Lon­do­na i hol­ly­wo­odz­kie fil­my z Ga­rym Co­ope­rem na cze­le, po­wo­dzi­ło mi się nie naj­go­rzej. Kow­boj i de­tek­tyw byli po­zy­tyw­ny­mi bo­ha­te­ra­mi mo­jej wi­zji świa­ta. Duch spor­to­wej lo­jal­no­ści, gry fair i nie­ko­mer­cyj­ne­go dżen­tel­meń­stwa na bo­isku wy­zna­czał jak­że czę­sto losy jed­no­stek, cóż więc nie po­zwa­la­ło mu in­ge­ro­wać, aż po kres ludz­kich prze­zna­czeń, w wy­miar osta­tecz­ny, gdy śmierć sta­ła się chle­bem co­dzien­nym ca­łych po­ła­ci ży­cia. Była w tym wszyst­kim swo­ista szla­chet­ność od­ru­chów i ma­rzeń, moc­no ulu­kro­wa­na ro­dza­jem prze­zna­czeń z po­wie­ści Wo­ode­ho­use'a i owym po­lo­rem niby-rze­czy­wi­sto­ści, pro­du­ko­wa­nej przez Me­tro-Gol­dwyn-May­er i Pa­ra­mo­unt w sce­ne­riach hal­lów wiel­kich ho­te­li, z krę­cą­cy­mi się wo­ko­ło Wil­lia­mem Po­wel­lem, Mar­le­ną Die­trich i Clar­kiem Ga­ble, przy dźwię­kach me­lo­dii Smo­ke gets in your eyes... Ja­sne, że taki ob­raz ży­cia nie da­wał żad­ne­go po­ję­cia o tym, jak jest, ale z ogrom­ną mocą wstrzy­ki­wał prze­ko­na­nie o tym, jak po­win­no by­ło­by być, aby wy­glą­da­ło ład­nie, czy­li stwa­rzał wzor­ce do ma­rzeń o for­ma­cie ekra­nu kina "Rial­to". Za­ro­iło się tedy przed tą woj­ną od upodo­bań, tę­sk­ni­li­śmy ku kra­wa­tom i sy­tu­acjom, w któ­rych od­naj­dy­wa­li­by­śmy swe wes­tchnie­nia z ciem­nych sal ki­no­wych i wy­obra­że­nia z czy­ty­wa­nych ze szkol­nych ka­se­tek ksią­żek. Prze­sią­kli­śmy kul­tem an­glo­sa­skie­go chło­du i opa­no­wa­nia, wszech­świa­to­wej przy­ro­dy, li­te­rac­kie­go re­la­ty­wi­zmu mo­ral­ne­go. In­dy­wi­du­alizm i zmien­ność losu, do­wol­ne kształ­to­wa­nie za­sad i im­ma­nent­na uczci­wość wła­sne­go, ory­gi­nal­ne­go wy­ro­bu - oto ide­ały otwie­ra­ją­ce wro­ta ży­cia i wio­dą­ce ku ka­rie­rom ro­man­tycz­nych, szla­chet­nych hochsz­ta­ple­rów, zgorzk­nia­łych, uro­czych le­ka­rzy, dy­na­micz­nych, bru­tal­nych po­li­cjan­tów o go­łę­bich ser­cach i fut­bo­li­stów roz­mi­ło­wa­nych w Tu­wi­mie i Vic­ky Baum. U mnie, w War­sza­wie, w śro­do­wi­sku skło­po­ta­ne­go drob­no­miesz­czań­stwa, dla któ­re­go mle­ko i jaja nie sta­no­wi­ły żad­ne­go pro­ble­mu, ale Ri­vie­ra była po­ję­ciem z in­nej pla­ne­ty, tę­sk­no­ty te gan­gre­no­wa­ły du­szę. Nie po­zwa­la­ły do­strzec no­wo­cze­sno­ści blo­ków miesz­kal­nych i will w no­wych dziel­ni­cach ani świet­nie funk­cjo­nu­ją­cej pocz­ty, ani za­dzi­wia­ją­ce­go po­stę­pu na polu ubez­pie­czeń spo­łecz­nych; je­dy­nie roz­le­głe na­brze­ża Gdy­ni da­wa­ły im ja­kie ta­kie uj­ście.

Umie­li­śmy się mimo wszyst­ko śmiać i cie­szyć z ową reszt­ką nie zgorzk­nia­łe­go dow­ci­pu, któ­ry za­gi­nął gdzieś w świe­cie po­wo­jen­nym; nas wy­cho­wa­ła jesz­cze i cie­szy­ła mą­dra, a za­ra­zem we­so­ła pio­sen­ka ka­ba­re­to­wa, zaś styl swing, obo­wią­zu­ją­cy wte­dy, był samą mo­to­rycz­ną ra­do­ścią. Na przy­kład w owym cza­sie spe­cjal­nie cie­szy­ło nas plu­cie do kawy pana Eis­sle­ra. Wiel­kie mi­ste­rium za­nie­czysz­cza­nia kawy od­by­wa­ło się o go­dzi­nie wpół do dzie­wią­tej, punk­tu­al­nie i co­dzien­nie. Jego re­gu­lar­ność umac­nia­ła w nas prze­ko­na­nie o nie­wzru­szal­no­ści wszech­świa­ta i praw mo­ral­nych, mimo ton tro­ty­lu, któ­re spa­da­ły wła­śnie w oko­li­cach z po­kła­dów li­be­ra­to­rów i ha­li­fa­xów. "Kawa dla pana Eis­sle­ra!" - wo­łał Pier­re albo Sa­vi­no, Leo, Jupp, Piotr, Ves­se­ly, Mar­cel, Ab­be­lé lub ja, sta­jąc przy obi­tym bla­chą kon­tu­arze kuch­ni i sta­wia­jąc na nim srebr­ną tacę ze srebr­nym dzba­nusz­kiem na kawę i mniej­szym dzba­nusz­kiem na śmie­tan­kę. Dy­żu­ru­ją­cy przy śnia­da­niu za­stęp­ca sze­fa kuch­ni brał oby­dwa dzban­ki w głąb bez­mier­nej ku­chen­nej prze­strze­ni, po to, abym nie wi­dział, jak do więk­sze­go na­le­wa pół na pół kawy praw­dzi­wej i zbo­żo­wej, tej dla go­ści, zaś w mniej­szym mie­sza odro­bi­nę praw­dzi­wej śmie­tan­ki z od­cią­ga­nym, kart­ko­wo-wo­jen­nym mle­kiem. Było to po­cią­gnię­cie rów­nie ry­tu­al­ne, jak bez­sen­sow­ne, al­bo­wiem każ­dy z nas wie­dział do­sko­na­le o praw­dzi­wej, czar­no­ryn­ko­wej, ziar­ni­stej ka­wie i peł­no­tłu­stej śmie­tan­ce, kry­ją­cych się w od­mę­tach kuch­ni "Park-Ho­te­lu" i prze­zna­czo­nych dla jego wład­ców; za­ra­zem był to akt zwy­kłe­go ma­tac­twa, al­bo­wiem we­dług wza­jem­nych, taj­nych zo­bo­wią­zań pan Eis­sler wi­nien był otrzy­my­wać rano na śnia­da­nie praw­dzi­wą kawę i praw­dzi­wą śmie­tan­kę bez żad­nych pod­ła­wych do­mie­szek obo­wią­zu­ją­cych po­wszech­nie ar­ty­ku­łów żyw­no­ścio­wych, ale za­stęp­cy sze­fa wy­cho­dzi­li ze zdro­wych za­ło­żeń, iż za­har­to­wa­ne woj­ną pod­nie­bie­nie pana Eis­sle­ra nie bar­dzo od­róż­ni ro­dzaj nad­użyć, zaś im wię­cej po­zo­sta­nie dla nich, tym jest w grun­cie rze­czy le­piej ten świat urzą­dzo­ny. Tym­cza­sem bra­łem por­cję dże­mu na ta­le­rzy­ku ze sto­ją­cych na kon­tu­arze śnia­da­nio­wych por­cji, na są­sied­ni ta­le­rzyk kła­dłem po­dwój­ną por­cję ma­sła, chło­pak ku­chen­ny sta­wiał mi dwa wbi­te do srebr­ne­go pu­char­ka jaj­ka na tacy, po czym mó­wi­łem: "A szyn­ki dziś nie da­je­cie?" - na co tis­sier, gdy dy­żu­ro­wał, uśmie­chał się i mó­wił: "Won, ło­bu­zie..." - zaś mniej sym­pa­tycz­ni za­stęp­cy sze­fa spo­glą­da­li tyl­ko na mnie zim­no i bez sło­wa, gdyż wia­do­mo było po­wszech­nie, że pan Eis­sler szyn­ki nie jada i wrzu­co­na przy­pad­ko­wo do wie­deń­skie­go śnia­da­nia por­cja szyn­ki musi paść nie­uchron­nie łu­pem kel­ne­ra. Wcho­dzi­łem lek­kim kro­kiem po scho­dach na górę i już w of­fi­sie, bio­rąc po dro­dze na­kry­cie: fi­li­żan­kę, spodki i ser­wet­kę, wo­ła­łem: "Kawa dla pana Eis­sle­ra!" Jed­nym za­do­wo­lo­nym z sie­bie i po­nad­cza­so­wej spra­wie­dli­wo­ści kop­nię­ciem otwie­ra­łem za­wia­so­we drzwi of­fi­su i uda­wa­łem się okręż­ną dro­gą do sali śnia­dań.

2

Na­tych­miast po ło­mo­cie Ves­se­le­go, czy­li od razu po prze­bu­dze­niu, za­bra­łem się do pro­ble­mu wczo­raj­sze­go wy­bo­ru Blan­ki. Dla­cze­go wo­la­ła mnie od Pio­tra? Była już szó­sta rano, trze­ba było wraz z Ves­se­lym przy­go­to­wać wszyst­ko do śnia­da­nia. Może dla­te­go, że mam ciem­ne wło­sy, a Piotr jest blon­dyn, przy­szło mi na myśl, zaś Blan­ca albo tę­sk­ni, albo chce mścić się na kru­czo­wło­sym Sa­vi­nie. Umy­łem się bez go­le­nia, wło­ży­łem czar­ne, fra­ko­we spodnie, bia­łą ko­szu­lę, czar­ną musz­kę i wy­myśl­ną, bia­łą kur­tecz­kę, po­dob­ną do owych ko­lo­nial­nych smo­kin­gów, ja­kie wi­dy­wa­łem na ame­ry­kań­skich fil­mach o ży­ciu an­giel­skich ofi­ce­rów w ujarz­mio­nym Ben­ga­lu. Ta kur­tecz­ka była moją dumą: w bli­żej nie­okre­ślo­ny spo­sób po­zwa­la­ła mi przy­pusz­czać, iż w grun­cie rze­czy bio­rę tyl­ko udział w wiel­kiej, wie­lo­mie­sięcz­nej ma­ska­ra­dzie. Sta­no­wi­ło to prze­ko­na­nie zwod­ni­cze, gdyż kurt­ka była au­ten­tycz­na, bar­mań­ska i je­dy­ną jej za­słu­gą był sys­tem mi­łych, choć cał­kiem fik­cyj­nych sko­ja­rzeń. Nie na­le­ży to do rze­czy za­baw­nych, po­wie­dzia­łem so­bie po chwi­li, być po­żą­da­nym ze wzglę­du na po­do­bień­stwo do ko­goś. Nie wi­dzę po­wo­du, aby jako bru­net koić sen­ty­men­tal­ne tę­sk­no­ty róż­nych za­wie­dzio­nych przez in­nych bru­ne­tów. Wy­da­je mi się, że mam pra­wo do in­dy­wi­du­al­nych i bez­po­śred­nich suk­ce­sów na tym polu. Nig­dy wię­cej zdo­by­czy za wtór­ność! Mimo to nadal nie mo­głem po­jąć, jak moż­na prze­ło­żyć mnie nad Pio­tra: Piotr był w mo­ich oczach uoso­bie­niem przy­stoj­no­ści i chłod­ne­go wdzię­ku, jaki po­wi­nien po­cią­gać wszyst­kie ko­bie­ty. Za­zdro­ści­łem mu tego wdzię­ku, tej mą­drej po­wścią­gli­wo­ści i uro­dy; bę­dąc z nim, od­czu­wa­łem za­wsze swą ciem­ną, nie­wy­so­ką nie­po­zor­ność, swój nie­ład­ny nos i zbyt drob­ne ręce o krót­kich pal­cach. Nig­dy ża­den koł­nie­rzyk nie le­żał na mnie rów­nie bez za­rzu­tu, jak na szyi Pio­tra, nig­dy wło­sy nie scze­sy­wa­ły mi się rów­nie mięk­ko i wy­twor­nie na kark, jak jemu. Wy­ba­cza­łem mu to wszyst­ko, gdyż go ko­cha­łem, ale bo­la­ło to nie­co, cho­ciaż nie za bar­dzo. Osta­tecz­nie by­łem zdro­wym, pro­por­cjo­nal­nie zbu­do­wa­nym chłop­cem o świe­żej ce­rze i moc­nych no­gach i nie mia­łem zno­wu po­wo­du do zbyt­nich skarg ani je­re­miad. Brak było mi wy­so­ko­ga­tun­ko­we­go wy­koń­cze­nia szcze­gó­łów, ale by­ło­by non­sen­sem mieć o to pre­ten­sje do ży­cia czy do ro­dzi­ców.

- Na­resz­cie je­steś - rzekł zgryź­li­wie Ves­se­ly. - Przy­nieś z kuch­ni bu­łecz­ki. Już sam skoń­czę na­kry­wać. - Wy­rzu­cił przed sie­bie ob­rus jak sztan­dar i jed­nym traf­nym ru­chem na­krył sy­me­trycz­nie sto­lik. Zsze­dłem na dół przez po­ran­ny, pu­sty of­fis: uno­si­ła się tu stę­ża­ła woń zmy­wa­nych na­czyń, dymu pa­pie­ro­so­we­go, roz­la­ne­go wina i ze­psu­tych po­traw, któ­rych kra­dzio­ne czę­ści kel­ne­rzy od­sta­wia­li do grzej­ni­ków na ta­le­rze, po czym za­po­mi­na­li wy­jąć i zjeść. Za okra­to­wa­nym po bo­kach, po­kry­tym ową wspa­nia­łą, błysz­czą­co wy­pu­co­wa­ną bla­chą kon­tu­arem roz­cią­ga­ła się ogrom­na kuch­nia, pu­sta o tej po­rze i pach­ną­ca po­ran­ną kawą. Kon­tu­ar był li­nią de­mar­ka­cyj­ną, gra­ni­cą czul­szą i wraż­liw­szą niż naj­bar­dziej pło­ną­ce gra­ni­ce naj­głę­biej skłó­co­nych na­ro­dów: od­dzie­lał władz­two kel­ne­rów od im­pe­rium ku­cha­rzy; była to gra­ni­ca in­te­re­sów i men­tal­no­ści, wzdłuż któ­rej kłę­bi­ła się nie­usta­ją­ca woj­na. U sie­bie czu­łem się tyl­ko na te­re­nie sprzed kon­tu­aru, na lśnią­cych, czy­stych ka­flach pod­ło­gi ku­chen­ne­go przed­mie­ścia, na sze­ro­kich, wy­god­nych scho­dach, któ­re moż­na było prze­sa­dzać w paru sko­kach z ko­pia­sto peł­ną tacą na opar­tej o ra­mię dło­ni, w wy­peł­nio­nym kel­ner­ski­mi tre­ścia­mi of­fi­sie, wśród za­staw, na­kryć, prze­gród na pla­te­ry, zmy­wa­ków, pół­ek na nie­zli­czo­ne ro­dza­je kie­lisz­ków i szkla­nek, grzej­ni­ków na ta­le­rze. Za wa­ha­dło­wy­mi odrzwia­mi of­fi­su roz­cią­ga­ła się sala, a więc te­ren od­wiecz­ne­go spek­ta­klu ob­słu­gi, zwy­kły te­atr wśród re­al­ne­go bytu, pe­łen kon­wen­cji, umow­nych ge­stów, bez­myśl­nej nie­szcze­ro­ści i wy­myśl­nych przed­sta­wień. Za kon­tu­arem kuch­ni cią­gnę­ło się te­ry­to­rium wro­gie i mrocz­ne, nig­dy nie zba­da­ne do koń­ca, z któ­re­go cza­sem tyl­ko bły­ska­ło przy­ja­zne spoj­rze­nie sym­pa­tycz­ne­go pâtis­sie­ra lub mą­drze neu­tral­ny gest sze­fa - wo­dza wro­gów, któ­ry z wy­żyn swe­go sta­no­wi­ska po­zwo­lić so­bie już nie może na odro­bi­nę kor­dial­nej nie­za­leż­no­ści, na świa­do­mość bra­ku god­no­ści, jaki kry­je się w drob­nych okru­cień­stwach i głu­pim fa­na­ty­zmie. Wzią­łem kosz z buł­ka­mi i po­wę­dro­wa­łem na górę: na sali sie­dział już wcze­sny gość: je­den z tych nie­miec­kich dy­rek­to­rów ze znacz­kiem par­tyj­nym w kla­pie, wiecz­nie śpie­szą­cych się i za­pra­co­wa­nych, na któ­rych zmę­czo­nych twa­rzach ma­lo­wa­ło się wy­raź­nie, jak do­syć mają gar­ni­tu­rów z po­krzyw i zbo­żo­wej kawy; uwa­ża­li­śmy ich w grun­cie rze­czy za dru­go­rzęd­ną klien­te­lę i trak­to­wa­li­śmy po­gar­dli­wie. Ves­se­ly, w nie­ska­zi­tel­nym fra­ku, szczu­plut­ki i nie­wy­so­ki, po­chy­lał się nad sto­li­kiem i od­bie­rał za­mó­wie­nie w po­sta­wie za­sad­ni­czej: uprzej­mej, lecz peł­nej re­zer­wy. Gość wrę­czył mu zie­lo­ny ar­ku­sik z po­dróż­ny­mi kart­ka­mi żyw­no­ścio­wy­mi, Ves­se­ly wy­jął małe no­życz­ki z kie­sze­ni ka­mi­zel­ki i roz­po­czął bły­ska­wicz­ną, mi­strzow­ską ak­cję.

- Ile? - spy­ta­łem z uśmie­chem, gdy pod­szedł do bu­fe­tu, przy któ­rym sta­łem.

- Dwa­dzie­ścia deka ma­sła i ćwierć kilo bia­łej mąki - uśmiech­nął się za­wzię­cie Ves­se­ly; był ma­łym, nie­co na­zbyt fi­li­gra­no­wym Cze­chem o przy­stoj­nej twa­rzy, na któ­rej błą­kał się nie­ustan­ny, tro­chę po­my­leń­czy uśmiech zgryź­li­wo­ści i iro­nicz­nej wyż­szo­ści; dużo od nas star­szy, pro­wa­dził ży­cie sa­mot­ne i za­mknię­te przy po­mo­cy ja­kichś po­dej­rza­nych, pro­stac­kich dzi­wek z fa­bryk i solo kon­su­mo­wa­ne­go al­ko­ho­lu, nie­mniej ucho­dził za do­bre­go ko­le­gę i nie bał się py­sko­wać na Niem­ców. Gwizd­ną­łem z uzna­niem i po­sta­wi­łem na tacy pię­cio­de­ko­wą por­cję ma­sła, zaś Ves­se­ly wło­żył do ko­szycz­ka dwie mi­nia­tu­ro­we bu­łecz­ki po pięć deka każ­da.

- W tych wa­run­kach je­den gość na sali i ni­ko­go wo­ko­ło to ude­rze­nie... - przy­zna­łem z sza­cun­kiem.

- Praw­da? - rzekł Ves­se­ly z dumą - do­bry po­czą­tek, co? A po­trze­bu­ję w tym ty­go­dniu ład­nych parę kilo mię­sa i bia­łej mąki.

- Co się sta­ło? - spy­ta­łem to­nem to­wa­rzy­skiej kon­wer­sa­cji, wi­dząc, że Nie­miec przy sto­li­ku oglą­da się z nie­cier­pli­wo­ścią na nas, śpie­sząc się nie­wąt­pli­wie, zaś nie chcąc za­cząć śnia­da­nia bez po­ran­ne­go na­po­ju, czy­li kawy. - Wy­da­jesz przy­ję­cie? - za­in­te­re­so­wa­łem się, opie­ra­jąc się łok­cia­mi o bu­fet, w nie­wy­mu­szo­nej po­zie do mi­łej po­ga­węd­ki.

- Mam zo­bo­wią­za­nia - od­parł wy­mi­ja­ją­co Ves­se­ly. - Poza tym te świ­nie - wska­zał gło­wą na sa­mot­ne­go Niem­ca po­środ­ku pu­stej, bia­ło­zło­ta­wej sali śnia­da­nio­wej - wy­sie­dli­ły mi sio­strę. Miesz­ka­ła w Karls­ba­dzie - wy­ja­śnił.

- Prze­cież nie po­ślesz jej nie­miec­kich kar­tek żyw­no­ścio­wych do Czech - uśmiech­ną­łem się nie­do­wie­rza­ją­co - ani żad­nej za­ku­pio­nej w Rze­szy żyw­no­ści.

- Już coś skom­bi­nu­ję - za­pe­rzył się Ves­se­ly - a ty idź po kawę. Ten pę­tak tam za­raz za­cznie wo­łać.

Kła­mał nie­udol­nie, bo kar­tek po­trze­bo­wał dla swych brzyd­kich, brud­na­wych ro­bot­nic, Fla­man­dek lub Po­lek, któ­re zwa­biał do sie­bie na ja­ło­we er­za­co­we ciast­ka bez sma­ku i któ­re cią­gnę­ły od nie­go kart­ki mię­sne, aby je wy­mie­niać na odzie­żo­we bez­ug­sche­iny, bez któ­rych nie moż­na było ku­pić na­wet pary tan­det­nych maj­tek, nie mó­wiąc już o sta­ni­kach z ro­ślin­nej na­miast­ki je­dwa­biu lub swe­trach z syn­te­tycz­ne­go prze­ro­bu bru­nat­ne­go wę­gla. Rze­czy­wi­ście, gość krę­cił się nie­spo­koj­nie w da­rem­nym ocze­ki­wa­niu na coś do pi­cia. Ru­szy­łem wol­nym kro­kiem do kuch­ni; Ves­se­ly był chef de rang, ja zaś tyl­ko demi-che­fem, miał pra­wo po­sy­łać mnie na dół. Wła­ści­wie, my­śla­łem so­bie po dro­dze, to, co się sta­ło wczo­raj wie­czo­rem, wca­le nie było ja­kimś suk­ce­sem ot, ta­kim so­bie, od­nie­sio­nym mi­mo­cho­dem i od nie­chce­nia. Praw­dę mó­wiąc, za­an­ga­żo­wa­łem w to mnó­stwo wy­sił­ku. Blan­ca po­do­ba mi się od daw­na. Przez cały czas, tam w Tau­nus, za­le­ża­ło mi na tym cho­ler­nie, aby zwró­cić czymś na sie­bie jej uwa­gę. Ro­bi­łem to nie­szcze­rze, ude­rza­jąc cią­gle w pro­tek­cjo­nal­ny ton ko­le­gi, któ­ry wie, że dziew­czy­na prze­zna­czo­na jest dla jego przy­ja­cie­la, ale coś mu­sia­ło być fał­szy­we­go w mej nie­szcze­ro­ści albo da­łem się w ja­kimś mo­men­cie wy­ki­wać przez sa­me­go sie­bie, gdyż re­zul­tat jest dość jed­no­znacz­ny. A może Blan­ca in­tu­icyj­nie zro­zu­mia­ła, jak usil­nie nad tym pra­cu­ję, aby ją sobą za­in­te­re­so­wać, al­bo­wiem for­mal­nie bio­rąc, nie moż­na nic za­rzu­cić mo­jej lo­jal­no­ści. Osta­tecz­nie dziew­czy­ny nie spa­da­ją nam tu, w Niem­czech, z nie­ba jak jabł­ka, tyl­ko za po­trzą­śnię­ciem drze­wa, zwłasz­cza kla­so­we dziew­czy­ny, wy­glą­da­ją­ce jak cho­dzą­ca re­kla­ma wło­skich poń­czoch. Trze­ba się nie­wą­sko na­pra­co­wać, żeby coś so­bie na­mo­tać. Zwłasz­cza ty, chłop­cze, któ­ry tak do­brze wiesz, jaka jest róż­ni­ca po­mię­dzy po­wo­dze­niem u ko­biet a szczę­ściem do ko­biet. Prze­cież wiesz o tym, że po­do­basz się ko­bie­tom, lecz tak­że wiesz, jak rzad­ko ci ko­bie­ty prze­bie­ga­ją dro­gę. Te oczy­wi­ście, któ­re się to­bie po­do­ba­ją, na któ­re masz ocho­tę. Nie masz szczę­ścia do ko­biet, wiesz o tym już daw­no, już na­wet umia­łeś so­bie po­wie­dzieć, że tak jest i tak wi­docz­nie musi być. Że nie na­le­żysz do tych męż­czyzn, któ­rzy każ­de­go dnia spo­ty­ka­ją na uli­cy, w tram­wa­ju, w ki­nie, w po­cze­kal­ni u den­ty­sty, przed kio­skiem z ga­ze­ta­mi i wszę­dzie, gdzie się ru­szą, dzie­siąt­ki ko­biet chęt­nych i uśmie­cha­ją­cych się, a co naj­waż­niej­sze - ta­kich, któ­re im się wszyst­kie z miej­sca po­do­ba­ją, któ­rym go­to­wi są na­tych­miast świad­czyć uwo­dzi­ciel­skie sło­wa, spoj­rze­nia, wes­tchnie­nia, in­we­sty­cje cza­su i pie­nię­dzy, z któ­ry­mi na­tych­miast są w sta­nie pro­wa­dzić ów szcze­gól­ny ro­dzaj roz­mo­wy, wio­dą­cej pro­sto do łóż­ka. Po­do­basz się, o tym wiesz, lecz wiesz tak­że, jak to mało zna­czy, ile prze­szkód trze­ba prze­zwy­cię­żyć, aby dojść do cze­goś na tym polu, kie­dy się nie ma szczę­ścia, ile utrud­nień pię­trzy się wo­ko­ło każ­dej naj­drob­niej­szej hi­sto­ryj­ki. Po­do­basz się, ale na­le­żysz do tych, któ­rym każ­da zdo­bycz przy­cho­dzi z nie­by­wa­łym tru­dem, któ­rym chwi­la­mi świat przed­sta­wia się jak pu­sty­nia bez ko­biet, któ­rym dziew­czę­ta, na­wet naj­bar­dziej chęt­ne, nie przy­cho­dzą na rand­ki, gdyż wła­śnie wpa­da­ją pod sa­mo­chód po dro­dze, któ­rym wy­bu­cha po­żar w domu na­prze­ciw­ko aku­rat wte­dy, gdy dziew­czy­na sama za­czy­na roz­pi­nać bluz­kę, któ­rym są­siad­ka-sta­rusz­ka do­sta­je za cien­ką ścia­ną ata­ku wą­tro­by wła­śnie w chwi­li, kie­dy z tru­dem spro­wa­dzo­na, po prze­zwy­cię­że­niu ty­sią­ca opo­rów i prze­ciw­no­ści losu, dziew­czy­na sie­dzi na­resz­cie na two­im tap­cza­nie. Oho, masz gorz­ką świa­do­mość tego, że nie na­le­żysz do męż­czyzn, któ­rzy, przy­by­wa­jąc do ho­te­lu, za­sta­ją całe pię­tro za­ję­te przez żeń­ską dru­ży­nę gim­na­stycz­ną, wy­po­czę­tą i bar­dzo wy­nu­dzo­ną, na­to­miast mo­żesz być pew­ny, że le­d­wie wej­dziesz na to pię­tro, dziew­czę­ta za­bio­rą się do wy­pro­wadz­ki po to, aby zwol­nić po­ko­je dla wy­ciecz­ki zrze­sze­nia eme­ry­to­wa­nych bu­chal­te­rów. Nie na­le­żysz też do tych, któ­rzy wcho­dząc do po­cią­gu, na tra­sie ob­fi­tu­ją­cej w tu­ne­le, od razu tra­fia­ją na prze­dział, w któ­rym sie­dzi sa­miut­ka jak pa­lec blon­dyn­ka; a je­śli ci się na­wet raz coś ta­kie­go przy­da­rzy, to wcho­dząc do tego prze­dzia­łu, mo­żesz być pew­ny, że na czte­ry se­kun­dy przed odej­ściem po­cią­gu zja­wi się tu jej mąż, na­rze­czo­ny, lub przy­najm­niej ciot­ka, zaś w naj­lep­szym wy­pad­ku wta­ra­ba­ni się obca ro­dzi­na z troj­giem cho­rych na ko­klusz dzie­ci. Mieć szczę­ście do ko­biet zna­czy na­ty­kać się cią­gle, na każ­dym kro­ku, na ko­bie­ty god­ne uwa­gi, z któ­ry­mi nie ma obiek­tyw­nych kło­po­tów, jak brak cza­su lub lo­ka­lu, chwi­lo­wa nie­dy­spo­zy­cja czy nad­miar za­jęć za­wo­do­wych. Mo­żesz się im na­wet nie po­do­bać, ta­kim ko­bie­tom, dasz so­bie radę... To­też, na­wia­sem mó­wiąc, tro­chę tego nie mogę po­jąć, co było wczo­raj...

W of­fi­sie Jupp zdej­mo­wał swój nie­fo­rem­ny, wy­świe­co­ny frak i prze­wią­zy­wał się far­tu­chem.

- Dzień do­bry, po­tom­ku Ni­be­lun­gów - po­wie­dzia­łem po­god­nie - no, już do my­cia szkla­nek!

- Ty mi nie bę­dziesz roz­ka­zy­wał - ze­zło­ścił się od razu Jupp. - Pol­ski gów­niarz!

- Chcesz w mor­dę? - spy­ta­łem życz­li­wie. - Daw­no już nie spu­ści­łem cię ze scho­dów, co?

- Z tobą trze­ba się za­wsze kłó­cić - po­skar­żył się Jupp płacz­li­wie - od sa­me­go rana. - Jego dłu­ga koń­ska twarz nie­do­ży­wio­ne­go wy­rost­ka i tłu­sto­brud­ne, ja­sno­blond wło­sy wia­ły od sa­me­go rana ja­ki­miś nie koń­czą­cy­mi się nig­dy kło­po­ta­mi drob­no­miesz­czań­skich bie­da­ków.

- Masz tu bon - po­wie­dzia­łem - i idź po kawę. Jed­ną, z ra­chun­ko­we­go śnia­da­nia.

Jupp wzru­szył ra­mio­na­mi.

- Idź sam - po­wie­dział dość obo­jęt­nie. Sta­łem przez chwi­lę, pa­trząc na nie­go i nic nie mó­wiąc. - Brütsch ka­zał mi od sa­me­go rana myć kie­lisz­ki do wina - rzekł Jupp po chwi­li, mniej pew­nie.

- Po­patrz, wie­le tego jest... - Istot­nie, w wiel­kim zle­wie pię­trzy­ło się szkło wszel­kie­go ka­li­bru, Jupp był jed­nak com­mis de rang, czy­li o szcze­bel ni­żej w hie­rar­chii ode mnie.

- Jak cię kop­nę, szcze­nia­ku - po­wie­dzia­łem ci­cho, lecz z na­ci­skiem - to prze­ko­nasz się, kto tu te­raz roz­ka­zu­je. Ja czy Brütsch...

Jupp pró­bo­wał coś jesz­cze rzec, stał jed­nak nie­szczę­śli­wie na brze­gu scho­dów, wy­star­czy­ło więc tyl­ko lek­kie pchnię­cie, aby zle­ciał na dół, obi­ja­jąc się o po­rę­cze. Ze­sko­czy­łem za nim, nie cho­dzi­ło mi prze­cież o tych parę kro­ków, lecz o dys­cy­pli­nę; Jupp le­żał na dole, ale nie miał do mnie żalu.

- Nig­dy so­bie nic nie zro­bię - po­wie­dział nie bez dumy, pod­no­sząc się - taką mam już tech­ni­kę spa­da­nia z tych scho­dów.

Wzią­łem kawę i po­sze­dłem na górę. Mieć szczę­ście do ko­biet, my­śla­łem so­bie po dro­dze, to zna­czy spo­ty­kać za każ­dym za­krę­tem każ­dej uli­cy ta­kie, któ­re na­da­ją się do łóż­ka. To zna­czy ta­kie, z któ­ry­mi ja mogę pójść do łóż­ka i któ­re mogą ze mną pójść do łóż­ka. Nie mu­szą od razu chcieć, mu­szą tyl­ko móc i ja mu­szę móc. Oto osta­tecz­na de­fi­ni­cja, po­my­śla­łem z za­do­wo­le­niem, zaś ja mam tyl­ko po­wo­dze­nie, ale nie szczę­ście. Ot, co...

Na sali nie było jesz­cze ni­ko­go prócz sa­mot­ne­go Niem­ca, moc­no już czer­wo­ne­go na twa­rzy ze zło­ści. Ves­se­ly stał przy bu­fe­cie też dość czer­wo­ny, ale z uśmie­chem iro­nicz­nej wyż­szo­ści na ustach, z cze­go wy­ni­ka­ło, że po­wie­dział coś Niem­co­wi do słu­chu i że spra­wi­ło mu to małą sa­tys­fak­cję.

- Gdzie się po­dzie­wasz? - syk­nął na mnie ze zło­ścią. - Daj mu już tę kawę. Mu­sia­łem mu przez cie­bie po­wie­dzieć parę słów. Po­trzeb­ne mi to, od rana.

Pod­sze­dłem wol­nym kro­kiem wy­twor­ne­go kel­ne­ra do sto­li­ka i po­da­łem kawę z mi­łym uśmie­chem i ukło­nem, prze­sta­wia­jąc na sto­le całe na­kry­cie, gwo­li wy­go­dy go­ścia, co tyl­ko opóź­nia­ło za­bra­nie się prze­zeń do je­dze­nia.

- Co za po­rząd­ki - wy­mru­czał Nie­miec. - Cze­ka się go­dzi­na­mi. Prze­cież w re­gu­la­mi­nie domu pi­sze, że śnia­da­nie na ra­chu­nek moż­na do­stać już od szó­stej rano.

- W prak­ty­ce jest za­wsze in­a­czej - od­par­łem z uprzej­mym uśmie­chem, lecz nie bez god­no­ści.

- Zo­staw już wresz­cie tę cu­kier­ni­cę w spo­ko­ju, spóź­nię się przez was na po­ciąg - rzekł Nie­miec i za­czął sior­bać dość gło­śno wy­sty­głą kawę.

Na salę we­szły trzy po­je­dyn­cze oso­by i star­sza pani z chy­ba czter­na­sto­let­nią dziew­czyn­ką. Szyb­ko oce­ni­łem sy­tu­ację, wy­bra­łem i po­pru­łem w tam­tą stro­nę: by­ło­by ka­ry­god­nym za­nie­dba­niem wła­snych in­te­re­sów ze­zwo­lić Ves­se­le­mu na zbie­ra­nie wszyst­kich za­mó­wień, zaś do­świad­czo­ne oko uzna­ło pa­nią z cór­ką za naj­pew­niej­sze źró­dło zy­sków.

- Pro­szę pana - po­wie­dzia­ła dama, gdy ukło­ni­łem się przy sto­li­ku - mam do pana proś­bę. Za­bra­kło mi kar­tek na ma­sło, mam na­to­miast dużo od­cin­ków tłusz­czo­wych. Czy nie moż­na by­ło­by otrzy­mać za nie ma­sła?

- Nie­ste­ty, ła­ska­wa pani - uśmiech­ną­łem się prze­pra­sza­ją­co - nie wol­no nam tego czy­nić. Kuch­nia nie przyj­mu­je od nas za­mó­wień bez wła­ści­wych kar­tek.

- Nie mu­szę jeść ma­sła - szep­nę­ła dziew­czyn­ka i za­ru­mie­ni­ła się. - Wy­star­czy mar­mo­la­da.

- Mu­sisz jeść ma­sło - po­wie­dzia­ła sta­now­czo pani - nie wi­dzę po­wo­du, dla któ­re­go masz być wo­jen­nym, skro­fu­licz­nym dziec­kiem. Nie ży­czę so­bie, żeby ta woj­na zo­sta­wi­ła na to­bie śla­dy, że­byś cier­pia­ła po­tem całe ży­cie.

Spoj­rza­łem na dziew­czyn­kę po ko­le­żeń­sku, da­jąc jej do zro­zu­mie­nia, że poj­mu­ję jej za­kło­po­ta­nie, wy­wo­ła­ne na­gmin­nym nie­tak­tem osób star­szych, nie­wie­dzą­cych, iż pew­nych roz­mów nie pro­wa­dzi się przy ob­cych, mło­dych kel­ne­rach. Była bar­dzo ład­na. Otóż to, po­my­śla­łem i wes­tchną­łem, gdy­by była o trzy lata star­sza... Co za dzi­wa z niej wy­ro­śnie. Ale już nie dla mnie... Ta dru­ga war­stwa mych my­śli mu­sia­ła ja­koś do niej do­trzeć, gdyż spoj­rza­ła na mnie prze­cią­gle, z dość bez­ro­zum­nym za­in­te­re­so­wa­niem i za­ru­mie­ni­ła się jesz­cze moc­niej.

- Spró­bu­ję coś zro­bić, sza­now­na pani - po­wie­dzia­łem to­nem, któ­ry miał zna­czyć, że gdy cho­dzi o dzie­ci, je­stem skłon­ny do naj­dal­szych po­świę­ceń. - Pro­szę mi dać swo­ją kart­kę tłusz­czo­wą.

- Jest pan bar­dzo miły - po­wie­dzia­ła star­sza dama i wrę­czy­ła mi nie­tknię­tą kar­tę na bie­żą­cy mie­siąc. - Nie je­steś w sta­nie po­jąć - zwró­ci­ła się dość kłó­tli­wie do dziew­czyn­ki - że brak na­wet tego na­miast­ko­we­go ma­sła po­wo­du­je w or­ga­ni­zmie ja­kąś awi­ta­mi­no­zę czy coś ta­kie­go.

Do­by­łem no­ży­czek z kie­sze­ni i cią­łem spo­koj­nie kart­kę wzdłuż i wszerz, trzy­ma­jąc ją wy­so­ko, spo­ro po­wy­żej gło­wy i tak na nic nie zwra­ca­ją­cej uwa­gi, za­to­ko­wa­nej damy; przy wy­cię­ciu bez prze­szkód osiem­dzie­się­ciu gra­mów uzna­łem, że nie na­le­ży prze­sa­dzać, zło­ży­łem kar­tę i zwró­ci­łem da­mie. Wzię­ła ją bez jed­ne­go spoj­rze­nia i wrzu­ci­ła do to­reb­ki. Ves­se­ly pa­trzył na mnie z dru­gie­go koń­ca sali bez sym­pa­tii, do­strzegł, że zła­pa­łem je­le­nia. W of­fi­sie scho­wa­łem zdo­bycz do port­fe­lu, wyj­mu­jąc zeń w za­mian dwie kart­ki na ma­sło, po pięć gra­mów każ­da; wpraw­dzie pięć gra­mów ma­sła war­te było na nie­ofi­cjal­nej gieł­dzie kart­ko­wej trzy albo na­wet czte­ry razy tyle tłusz­czu, to prze­cież i tak ude­rze­nie było po­tęż­ne i bez pu­dła. Przy­nio­słem dwa śnia­da­nia do sto­li­ka: po­śród ta­le­rzy­ków z dże­mem i bo­ga­tej za­sta­wy dwie mi­kro­sk­pij­ne por­cyj­ki ma­sła ude­rza­ły ja­skra­wo swą zni­ko­mo­ścią.

- Mało - szep­nę­ła star­sza pani na ich wi­dok - ale i tak dzię­ku­ję. Za­po­mniał pan wziąć od nas kar­tek na chleb, już je panu daję. Masz zjeść całe ma­sło - zwró­ci­ła się na­pa­stli­wie do dziew­czyn­ki - mnie wy­star­czy dżem.

- Czte­ry od­cin­ki bia­łej mąki - po­wie­dzia­łem sztyw­no, sta­wia­jąc ko­szy­czek z dwie­ma bu­łecz­ka­mi na sto­le; trze­ba było być twar­dym aż do koń­ca, du­sić i ży­ło­wać, w ko­szy­ku było aku­rat pół tego, co wy­ci­na­łem z kar­ty chle­bo­wej, po­da­nej mi przez star­szą damę usłuż­nie i z po­śpie­chem. Od razu też za­pła­ci­ła za śnia­da­nie, bez za­pi­sy­wa­nia na ra­chu­nek i wraz z dwu­mar­ko­wym, przy­zwo­itym na­piw­kiem.

- Pa­nie ober - po­wie­dział ja­kiś gość przy mi­ja­nym sto­li­ku; fa­cet miał dłu­gi nos o fa­li­stej li­nii i wy­pu­kłe oczy; zna­łem kil­ku przed­wo­jen­nych en­de­ków w War­sza­wie o ta­kich wła­śnie twa­rzach i gdy­by nie fakt, że ten tu miał na so­bie sza­rą, ty­rol­ską kurt­kę z zie­lo­ny­mi wy­ło­ga­mi i ro­go­wy­mi gu­zi­ka­mi, a więc ubiór su­per szo­wi­ni­stycz­ny, wziął­bym go za pol­skie­go na­cjo­na­li­stę i pra­wi­cow­ca. - Pa­nie ober - po­wtó­rzył dość układ­nie - chciał­bym pro­sić o dwie bu­łecz­ki. - Sta­ło przed nim już po­da­ne przez Ves­se­le­go fir­mo­we śnia­da­nie.

- Pro­szę uprzej­mie - po­wie­dzia­łem. - Czy mogę otrzy­mać kart­ki.

- Sęk w tym - przy­znał gość - że mam tyl­ko zwy­kłe chle­bo­we. Nie mam na bia­łą mąkę.

- Bar­dzo mi przy­kro - uśmiech­ną­łem się; sło­wa te, w po­łą­cze­niu z uśmie­chem, sta­no­wi­ły nie­co bez­czel­ną for­mu­łę, jaką kwi­to­wa­łem za­wsze po­dob­ne sy­tu­acje: za­wie­ra­ły w so­bie nie­zmier­nie draż­nią­ce wszyst­kich pro­szą­cych Niem­ców zro­zu­mie­nie ich po­ło­że­nia, dużo drwi­ny z idio­ty­zmu tego ca­łe­go kra­mu, zwa­ne­go ogra­ni­cze­nia­mi wo­jen­ny­mi, oraz wy­raź­nie za­zna­czo­ną wyż­szość, a to z tego po­wo­du, że oni nas, a nie my ich o coś pro­si­my.

- Nic nie da­ło­by się zro­bić? - uśmiech­nął się po­ro­zu­mie­waw­czo Nie­miec. - Pan tak wy­bor­nie mówi po nie­miec­ku. Skąd pan jest?

- Je­stem Fran­cu­zem - od­par­łem - i przy­kro mi, że nie mogę panu po­móc.

- Chy­ba z Al­za­cji? - nie da­wał za wy­gra­ną. - Mówi pan czy­sto i bez ak­cen­tu. - Pod­li­zy­wał się na cha­ma za dwie pię­cio­de­ko­we bu­łecz­ki.

- Może mi pan po­zwo­li swo­ją kar­tę - po­wie­dzia­łem. Po­dał mi po­śpiesz­nie kart­ki na zwy­kły chleb, na­wet nie po­dróż­ne.

- Jako Al­zat­czyk - po­wie­dział - po­wo­du­je się pan so­li­dar­no­ścią w na­szej wspól­nej wal­ce z wo­jen­ny­mi trud­no­ścia­mi. Na­gro­dą jest panu świa­do­mość, że zna­lazł się pan po słusz­nej stro­nie, i już nie­ba­wem zwy­cię­skiej, co? - Jed­nym ru­chem ob­cią­łem mu pół kar­ty. - Za­raz, za­raz! - wy­krzyk­nął - ile pan bie­rze? To jest prze­cież po­nad pół kilo!

- Jest to je­dy­na moż­li­wość otrzy­ma­nia bu­łe­czek - od­par­łem uprzej­mie. - Jak ła­ska­wy pan so­bie ży­czy? Poza tym nie je­stem Al­zat­czy­kiem.

- Re­zy­gnu­ję z bu­łek - burk­nął Nie­miec. - Niech mi pan przy­nie­sie do­dat­ko­wy dżem.

- Pro­szę uprzej­mie - po­wie­dzia­łem. Po­sze­dłem do of­fi­su, wzią­łem wczo­raj­szą, od­sta­wio­ną przez ko­goś na bok nie z ła­kom­stwa, lecz dla za­sa­dy, por­cję dże­mu, moc­no już za­schłą i za­sko­ru­pia­łą, i przy­nio­słem Niem­co­wi. - Czy pan sza­now­ny pła­ci za śnia­da­nie, czy mam do­pi­sać na ra­chu­nek?

- Na ra­chu­nek - rzekł Nie­miec opry­skli­wie.

- W ta­kim ra­zie pro­szę o mar­kę sześć­dzie­siąt do­pła­ty za dżem. - Nie­miec spoj­rzał na mnie krzy­wo i wy­dłu­bał do­kład­nie mar­kę sześć­dzie­siąt z port­mo­net­ki. - Dzię­ku­ję uprzej­mie - zgią­łem się w ukło­nie - sza­now­ne­mu panu. - Na­wet gdy­bym za­bo­no­wał tę sta­rą por­cję dże­mu z bu­ra­ków, za­ro­bił­bym na niej sie­dem­dzie­siąt fe­ni­gów. Ty świ­nio, po­my­śla­łem rze­czo­wo, nie chcia­łeś zo­sta­wić tro­chę chle­ba dla chłop­ców z ba­ra­ków? Gów­no bę­dziesz jadł, nie bia­łe buł­ki. Niech ci je Führer da. Że­byś się nie wiem jak wił, mu­szę cię kop­nąć, albo na for­sę, albo na kart­ki. Nie czu­łem krzty li­to­ści dla ta­kich przed­sta­wi­cie­li ga­tun­ku w ty­rol­skich kurt­kach ze swa­sty­ką par­tyj­ną w kla­pie, acz­kol­wiek wie­dzia­łem do­brze, że ubo­ga, ską­pa kart­ka na ciem­ny chleb sta­no­wi ich ca­ło­mie­sięcz­ne wy­ży­wie­nie; moim za­da­niem, ce­lem, ho­no­rem było wy­rwać im tę kart­kę, albo jak naj­wię­cej z niej, mimo iż w mym port­fe­lu spo­czy­wa­ło kil­ka­na­ście razy wię­cej kar­tek na chleb, niż taki w ty­rol­skiej kurt­ce mógł­by so­bie wy­obra­zić w naj­śmiel­szych ma­rze­niach o do­sy­cie. A tacy byli naj­gor­si, ci w zie­lo­nych kurt­kach z od­zna­ką par­tyj­ną, za­gło­dze­ni i win­ni wszyst­kie­go, ży­ją­cy bez nad­użyć i w zgo­dzie z re­gla­men­ta­cją, a krwio­żer­czo nie­na­wi­dzą­cy ca­łe­go świa­ta, wie­rzą­cy w mi­sję, zwy­cię­stwo i spi­sek prze­ciw na­ro­do­wi nie­miec­kie­mu, w sens ofiar i w hi­sto­rycz­ną ko­niecz­ność, za­bie­dze­ni i łap­czy­wi, afir­mu­ją­cy wszel­ki ucisk, gwałt i zbrod­nię na ob­cych, stę­sk­nie­ni za praw­dzi­wą kawą i tłu­stą szyn­ką dla sie­bie i swo­ich. W ta­kich wy­pad­kach na­le­ża­ło być w nie­zgo­dzie z Pi­smem Świę­tym, nie kar­mić zgłod­nia­łych, lecz odej­mo­wać im od ust.

W of­fi­sie Pier­re za­ka­sy­wał rę­ka­wy i sta­wał do po­mo­cy Jup­po­wi.

Toi la­ver... - ko­rzy­stał Jupp z oka­zji do fran­cu­skiej kon­wer­sa­cji.

Hal­te Maul - od­po­wia­dał Pier­re z mi­łym uśmie­chem, gdyż nie­wie­le wię­cej umiał.

- On się w ogó­le nie chce uczyć po nie­miec­ku - rzekł Jupp do mnie - pod­czas gdy ja ma­rzę o tym, aby na­uczyć się po fran­cu­sku. Je­stem prze­ko­na­ny, że przy­da mi się to kie­dyś w mo­jej olśnie­wa­ją­cej ka­rie­rze wszech­świa­to­we­go kel­ne­ra, jaką za­mie­rzam zro­bić. Ale prze­cież to my je­ste­śmy zwy­cięz­ca­mi i nasz ję­zyk bę­dzie głów­ny, no nie?

- Jak się masz, sta­ry - uśmiech­nął się Pier­re do mnie, uka­zu­jąc ład­ne zęby. - Cze­go on chce? - wska­zał gło­wą Jup­pa.

- Gnę­bią go nie­roz­wią­zal­ne za­gad­nie­nia - po­wie­dzia­łem.

- Dużo ro­bo­ty? - spy­tał Pier­re.

- Nie. Moż­na wy­trzy­mać.

Pier­re prze­wią­zał far­tuch na bio­drach i za­nu­rzył umie­jęt­nie, aż po łok­cie, ręce w gó­rze szkła: mył szyb­ko i spraw­nie szklan­ki i kie­lisz­ki róż­ne­go ka­li­bru i po­da­wał Jup­po­wi do wy­tar­cia.

Pas si vite... - po­wie­dział Jupp - cze­go tak pę­dzisz, idio­to? Ta ro­bo­ta po­win­na nam star­czyć do je­de­na­stej. Czym póź­niej skoń­czy­my, tym trud­niej bę­dzie Brüt­scho­wi za­gnać nas do no­wej. Nie lu­bisz tro­chę od­po­cząć, fra­je­rze? Nix re­po­ser?...

- Co on pie­przy, po­wiedz, sta­ry? - uśmiech­nął się do mnie Pier­re.

- Jupp - po­wie­dzia­łem, ga­sząc pie­czo­ło­wi­cie pa­lo­ne­go pa­pie­ro­sa i cho­wa­jąc nie­do­pa­łek do kie­sze­ni - po­sia­dasz pew­ne war­to­ści jako czło­wiek. Zgłoś się do mnie po woj­nie. Ura­tu­ję cię przed po­wie­sze­niem.

- Dla­cze­go chce­cie od razu wszyst­kich wie­szać? - zde­ner­wo­wał się Jupp. - A po­tem dzi­wi­cie się, że my się bro­ni­my. Nie mamy in­ne­go wyj­ścia. Prze­cież wy­star­czy, że po­wie­si­cie pana Eis­sle­ra i jesz­cze paru, któ­rych wam wska­żę. Zresz­tą, jesz­cze nie wy­gra­li­ście tej woj­ny. Jesz­cze może być tak, że ja cię oca­lę i bę­dziesz u mnie pra­co­wał jako po­my­wacz do koń­ca ży­cia. Aach... - wes­tchnął - paru ta­kich Po­la­ków jak ty, pra­cu­ją­cych bez wy­na­gro­dze­nia, na­tu­ral­nie, za kil­ka kar­to­fli dzien­nie, co za pięk­ne przed­się­bior­stwo moż­na stwo­rzyć...

Pier­re nu­cił: " Oh, Ma­rie, oh Ma­rie, wenn ich nur noch an dich den­ke, zit­tern mir die Hand­ge­len­ke...", po­słu­gu­jąc się przy tym ab­so­lut­nie nie­zro­zu­mia­łą niem­czy­zną pa­ry­skie­go szny­tu; był to smu­kły, dość wy­so­ki i szczu­pły chło­pak o ład­nej, uj­mu­ją­cej twa­rzy, czar­nych wło­sach i nie­bie­skich oczach, któ­ry bę­dąc za­wo­do­wym kel­ne­rem, mógł speł­niać tyl­ko pra­cę com­mis, gdyż nie znał zu­peł­nie nie­miec­kie­go.

- Wiesz, sta­ry - uśmiech­nął się do mnie - La­val pcha nam po­sił­ki. Do "Park-Ho­te­lu" ma przy­być kil­ku no­wych Fran­cu­zów. Może na­wet dziś.

Wia­do­mość ta nie ucie­szy­ła mnie zbyt­nio: nowi Fran­cu­zi ozna­cza­li nowe kło­po­ty, Bóg wie, co to za jed­ni. Ze sta­ry­mi spra­wa była już uło­żo­na, wie­dzie­li raz na za­wsze, że je­stem Fran­cu­zem i za­ła­twio­ne, nie ma o czym mó­wić. Ale nowi? Nowi otwie­ra­li nowe moż­li­wo­ści spraw­dza­nia głu­po­ty i zło­śli­wo­ści ludz­kiej na co dzień, co sta­no­wi przez całe ży­cie za­ję­cie nie­uchron­ne i na­der przy­kre, ale w hi­tle­row­skich Niem­czech w do­dat­ku nie­bez­piecz­ne.

Ves­se­ly stał na sali, dość znu­dzo­ny: do­cho­dzi­ła ósma, go­ści było nie­wie­lu. Przy­nio­słem jesz­cze parę kaw, po pro­stu nie chcia­ło mi się od­bie­rać za­mó­wień, zysk w kart­kach był przy śnia­da­niu za­wsze ra­czej ni­kły, na­piw­ki nie­mal żad­ne. Na dole, w kuch­ni, za­czy­nał się po­ran­ny ruch: chłop­cy ku­chen­ni, prze­bra­ni już w swe bia­łe ko­stiu­my z pod­rzęd­ne­go balu ma­sko­we­go, krzą­ta­li się, zie­wa­jąc; zwierzch­ni­cy, jak pâtis­sieren­tre­me­tier, sta­li w roz­bie­ral­ni, w sa­mych ka­le­so­nach, i wrzesz­cząc nie­ludz­ko, dys­po­no­wa­li przy­go­to­wa­nia; wyj­mo­wa­li ze swych sza­fek co­dzien­ny świe­ży, trze­ba im to przy­znać, za­wsze czy­sty ekwi­pu­nek ro­bo­czy: far­tu­chy, ścier­ki, czep­ki. Pâtis­sier ścią­gał skar­pet­ki, grze­bał mię­dzy pal­ca­mi u nóg, po czym wbił we mnie swe wy­łu­pia­ste spoj­rze­nie i spy­tał ci­cho, gdy opar­łem się o fra­mu­gę jego szaf­ki:

- Słu­cha­łeś wczo­raj Chur­chil­la?

- Nie - po­wie­dzia­łem - chcia­ło mi się spać.

- A nie wiesz, gdzie bom­bar­do­wa­li wczo­raj? Bo alarm był.

- Był. Ale nie wiem.

Sam bał się słu­chać Lon­dy­nu, lecz chęt­nie ko­rzy­stał z mo­ich in­for­ma­cji; ucho­dził za tak zwa­ne­go po­rząd­ne­go Niem­ca, ro­bił mi­lion kom­bi­na­cji, aby nie pójść do woj­ska, cho­ciaż był zdro­wy, moc­ny i nie­sta­ry, z nami kłó­cił się jak rów­ny z rów­ny­mi, co było nie­sły­cha­nie li­be­ral­ne i po­stę­po­we, chwa­lił się swym dłu­go­let­nim sta­żem ku­char­skim w Szwaj­ca­rii i Fran­cji. "U nas lu­dzie nie umie­ją żyć ani dać żyć in­nym" - ma­wiał i ta szy­der­cza tra­we­sta­cja ce­sar­sko-au­striac­kiej mak­sy­my, na któ­rej opie­rał się on­giś mo­ral­ny i ide­owy ład naj­bar­dziej li­be­ral­nej i kon­sty­tu­cyj­nej mo­nar­chii w dzie­jach, na­bie­ra­ła dziś w jego ustach uro­ku sta­rej, nie­mod­nej, jak­że wy­tę­sk­nio­nej me­lo­dii.

- I nie wiesz, co po­wie­dział? - na­le­gał te­raz. - Prze­cież ktoś od was mu­siał słu­chać wczo­raj ra­dia? - Zże­ra­ła go tę­sk­no­ta za klę­ską wła­sne­go na­ro­du, któ­ry za­chwiał w nim pro­por­cje słusz­no­ści: nig­dy nie sły­sza­łem, aby kie­dy­kol­wiek dys­ku­to­wał w kuch­ni, gdzie to­czy­ła się nie­usta­ją­ca de­ba­ta na te­mat woj­ny; w prze­ci­wień­stwie do nas, kel­ne­rów, ku­cha­rze wszyst­kich szcze­bli roz­pra­wia­li bez prze­rwy o woj­nie, su­che, krót­kie okrzy­ki: "To­ur­ne­dos dla szóst­ki! Do­dat­ko­we tru­fle raz! Com­ber gar­ni na je­dyn­kę! Czte­ry zupy żół­wio­we pro­szę!" - były wy­łącz­nie prze­ryw­ni­ka­mi w po­to­ku nie­milk­ną­cych, su­per­fa­cho­wych po­le­mik na te­mat po­ło­że­nia stra­te­gicz­ne­go na Sy­cy­lii, ak­cji ło­dzi pod­wod­nych na Atlan­ty­ku i oszu­kań­czych ko­mu­ni­ka­tów OKW der We­hr­macht o pseu­do­suk­ce­sach na fron­cie wschod­nim. Oczy­wi­ście, wszy­scy tu wie­rzy­li i za­chły­sty­wa­li się mi­to­mań­ski­mi ilo­ścia­mi ja­ko­by za­to­pio­ne­go to­na­żu alianc­kich stat­ków lub licz­bą spa­lo­nych czoł­gów ro­syj­skich, a tak­że ba­ga­te­li­zo­wa­li na­lo­ty bom­bo­we, za­mie­nia­ją­ce są­sied­nie mia­sta w kupy gru­zów, na­wet chef-cu­isi­nier, któ­ry był czło­wie­kiem na tyle nie­głu­pim, aby już te­raz do­pusz­czać do gło­wy myśl o smut­nym koń­cu tej ca­łej afe­ry, a nad­to dość by­wa­łym i po­rząd­nym, aby do­strze­gać pod­łość i bez­sens tego wszyst­kie­go, co się wo­kół nie­go dzia­ło. Je­den pâtis­sier mil­czał, a jego mil­cze­nie, dość pro­wo­ku­ją­ce w tych wa­run­kach, zda­wa­ło się mó­wić: Gów­nia­rze! Par­szy­wi gów­nia­rze, wy głu­pie, nie­miec­kie by­dło! Na­dej­dzie kie­dyś czas, gdy wam po­wiem: "A nie mó­wi­łem? Nie mó­wi­łem, że tak to się wszyst­ko skoń­czy!..." Na ra­zie jed­nak nic nie mó­wił i dla­te­go cie­szył się opi­nią czło­wie­ka nie­za­leż­ne­go, co mu­siał nie­chęt­nie to­le­ro­wać dy­rek­tor Eis­sler, wbrew swej nie­na­gan­nej gor­li­wo­ści: pâtis­sier był na­praw­dę nie do za­stą­pie­nia, nie tyl­ko we Frank­fur­cie, ale w ca­łych Niem­czech trud­no było o czło­wie­ka, któ­ry z rów­ną wni­kli­wo­ścią i znaw­stwem umiał­by skom­po­no­wać wy­kwint­ny de­ser z na­mia­stek cze­ko­la­dy, syn­te­tycz­nych so­ków owo­co­wych, złej że­la­ty­ny i ni­sko­pro­cen­to­we­go cu­kru; pâtis­sier po­tra­fił tego do­ko­nać, małe ar­cy­dzie­ła jego kunsz­tu były co­dzien­nie ozdo­bą obia­do­we­go i wie­czor­ne­go sto­łu.

- Będę coś wie­dział za pół go­dzi­ny - po­wie­dzia­łem przy­jaź­nie. - Zej­dę do pana po ro­bo­cie i wszyst­ko do­kład­nie opo­wiem. Niech mi pan da te­raz moje śnia­da­nie. Dla mnie.

Pâtis­sier prze­szedł boso i w sa­mych ka­le­so­nach do kuch­ni, na­lał mi kawy do kub­ka dla per­so­ne­lu, wrzu­cił po­dwój­ną por­cję mar­mo­la­dy i ka­wał mar­ga­ry­ny na ta­le­rzyk i się­gnął po kil­ka szajb chle­ba; oczy­wi­ście, nie za­le­ża­ło mi na tym żar­ciu, mar­ga­ry­ny nie bra­łem do ust, ma­sło mo­głem so­bie za­abo­no­wać, po­sia­da­łem dość kar­tek, dżem re­kwi­ro­wa­łem z tak zwa­nych śnia­dań luk­su­so­wych dla spe­cjal­nych go­ści, do któ­rych da­wa­no mar­mo­la­dę im­por­to­wa­ną, czy­li spro­wa­dza­ną z ja­kiejś sprzy­mie­rzo­nej Buł­ga­rii czy Ru­mu­nii w dro­dze zwy­kłe­go ra­bun­ku; do ta­kich re­kwi­zy­cji czu­łem się nie tyl­ko mo­ral­nie upraw­nio­ny, lecz wręcz zo­bo­wią­za­ny; cho­dzi­ło wy­łącz­nie o to, aby nie brać kawy z rąk tych ma­łych, aro­ganc­kich po­py­cha­deł ze znacz­ka­mi Hi­tler­ju­gend przy­szpi­lo­ny­mi do ku­chen­ne­go far­tu­cha.

- Za chleb dzię­ku­ję - po­wie­dzia­łem - we­zmę so­bie na górę parę bu­łe­czek.

- Wam się już w gło­wie prze­wra­ca - mruk­nął pâtis­sier, w oczach bły­sła mu odro­bi­na nie­miec­ko­ści z tych lat, owej mie­sza­ni­ny po­gar­dy i nie­na­wi­ści osta­tecz­nej do wszyst­kie­go, co obce. Za­rów­no Blan­ca, jak on, mimo iż uwa­ża­li się za Eu­ro­pej­czy­ków, wy­zby­tych ja­kich­kol­wiek ra­si­stow­skich prze­są­dów, nie mo­gli znieść my­śli, że cu­dzo­zie­miec ja­koś się bro­ni, nie daje się; na dnie ich dusz peł­za­ły mrocz­ne wąt­pli­wo­ści co do rów­no­ści wszyst­kich lu­dzi na tym świe­cie, lub cho­ciaż­by tyl­ko w Niem­czech, wiło się ja­kieś prze­ko­na­nie o nie­do­pusz­czal­no­ści rów­no­rzęd­nych szans ży­cio­wych dla ob­ce­go w wo­jen­nej Rze­szy. Pierw­szym na­ka­zem na­szej god­no­ści było tedy ich o tym prze­ko­ny­wać, bez­kom­pro­mi­so­wo, a na­wet bru­tal­nie, zaś siłą i pod­stę­pem re­ali­zo­wać tę rów­no­rzęd­ność w co­dzien­nym star­ciu z otwar­tym wro­giem.

- Gdzie się ulat­niasz na całe go­dzi­ny? - na­py­sko­wał mi Ves­se­ly na po­wi­ta­nie.

- Cze­go się drzesz? I tak nie masz nic do ro­bo­ty - wska­za­łem pra­wie pu­stą salę - a ja chy­ba mam pra­wo zjeść śnia­da­nie, nie?

- A ja mam chy­ba pra­wo ze­sko­czyć na dół, na pa­pie­ro­sa, co? - Ves­se­ly po­czer­wie­niał ze zło­ści, wi­dać było, że ma ocho­tę się kłó­cić, mała kłót­nia sta­no­wi­ła dla nas za­bieg z za­kre­su hi­gie­ny psy­chicz­nej.

- Wiel­kie rze­czy - po­wie­dzia­łem lek­ce­wa­żą­co - jak­byś nie mógł so­bie tu za­pa­lić...

- Ja nie! - pie­klił się Ves­se­ly. - Ja się nie boję Brüt­scha, ale ja je­stem praw­dzi­wy kel­ner, a nie ja­kiś wo­jen­ny pod­rzu­tek, jak ty! Ja nie palę na sali, wiem, co mi wol­no, a co nie! To­bie to wszyst­ko jed­no... i tak w ży­ciu nie bę­dziesz po­rząd­nym, praw­dzi­wym kel­ne­rem...

- Ra­czej nie - po­wie­dzia­łem - co nie zna­czy, Ves­se­ly, że ci tro­chę nie za­zdrosz­czę. Ty przy­najm­niej zy­ska­łeś spo­kój du­szy i za­wsze bę­dziesz do­sko­na­le za­ra­biał. W każ­dych wa­run­kach. A ja? Bóg je­den wie, co mnie jesz­cze cze­ka. Wo­bec tego za­mknij twarz, tu masz kart­ki i pie­nią­dze, za­bo­nuj mi czte­ry ma­sła oraz dwie bu­łecz­ki. Dla mnie, do­brze?

- Do­brze - uspo­ko­ił się Ves­se­ly: każ­de, naj­drob­niej­sze na­wet, nad­uży­cie przy­wra­ca­ło mu na­tych­miast po­go­dę umy­słu i do­bry na­strój, nam zaś, kel­ne­rom, nie wol­no było, rzecz ja­sna, mieć kar­tek, ani ku­po­wać żyw­no­ści prze­zna­czo­nej dla go­ści, mie­li­śmy wikt ofi­cjal­ny, i to wca­le nie naj­gor­szy. - Zjedz i za­raz wróć - do­dał - wte­dy ja zej­dę na śnia­da­nie, a ty sprząt­niesz śnia­da­nio­wą za­sta­wę.

Cały front ogrom­nej su­te­re­ny, któ­rej cen­tral­ną część sta­no­wi­ły kuch­nie, za­ple­cze ku­chen­ne, kre­dens, spi­żar­nie, piw­ni­ca win, wy­ło­żo­ny był bia­ły­mi, lśnią­cy­mi czy­sto­ścią ka­fla­mi. Róż­ne­go kształ­tu, prze­zna­cze­nia i roz­mia­ru ko­ry­ta­rze pro­wa­dzi­ły tu nie wia­do­mo do­kąd, ich licz­ba gma­twa­ła sku­tecz­nie ich roz­pla­no­wa­nie; róż­ne­go ka­li­bru i ja­ko­ści scho­dy wio­dły z nich jesz­cze jed­no pię­tro w dół, do pod­zie­mia, w któ­rym mie­ści­ły się dal­sze skła­dy win i za­pa­sów, ko­tłow­nie, pral­nie, po­tęż­ne urzą­dze­nia hy­drau­licz­ne. W ser­cu tego ka­fel­ko­we­go ma­tecz­ni­ka le­ża­ła ja­dal­nia kel­ne­rów: wą­skie po­miesz­cze­nie z bia­łych ka­fel­ków, z su­te­re­no­wym, wą­ziut­kim okien­kiem u góry, wy­cho­dzą­cym tuż nad po­ziom uli­cy; w okien­ku po­ja­wia­ło się raz po raz obu­wie prze­chod­niów. Nie było tu nic poza sto­łem; sie­dzie­li przy nim te­raz Piotr, Mar­cel i Leo. Piotr pił kawę.

- Do­brze, żeś przy­niósł coś do zje­dze­nia - rzekł na mój wi­dok.

- Je­stem głod­ny jak pies - po­wie­dzia­łem - ro­bię całe śnia­da­nie od szó­stej rano. Mo­żesz sam wejść na górę i wziąć so­bie od Ves­se­le­go buł­ki i ma­sło.

- Już do­brze - rzekł Piotr obo­jęt­nie - mogę nie jeść.

- Mo­żesz jeść - wzru­szy­łem ra­mio­na­mi. - Taki mój los. Oto są skut­ki po­ufa­ło­ści z sy­nem na­ro­du to­ną­ce­go od stu­le­ci w wał- koń­stwie, le­ni­stwie i do­bro­by­cie, tu­czą­ce­go się krwią i po­tem wy­zy­ski­wa­nych, ujarz­mio­nych lu­dów ko­lo­nial­nych. Już Hi­tler na­uczy Ho­len­drów cho­dzić sa­me­mu po buł­ki i ma­sło.

- Co ty tu ro­bisz, w "Park-Ho­te­lu"? - uśmiech­nął się ko­kie­te­ryj­nie Mar­cel. - Nie mogą się na cie­bie do­cze­kać w re­dak­cji "Völ­ki­scher Be­obach­ter". Zro­bisz tam ka­rie­rę. - Od­sło­nił w wy­stu­dio­wa­nym uśmie­chu pięk­ne zęby, jak za­wsze, gdy wy­da­wa­ło mu się, że po­wie­dział coś bar­dzo in­te­li­gent­ne­go, w do­dat­ku zna­mio­nu­ją­ce­go wy­kształ­ce­nie, któ­re­go nie miał, a któ­re mu im­po­no­wa­ło.

- Nie wiesz, gdzie bom­bar­do­wa­li wczo­raj? - spy­tał Piotr. - Bo ogła­sza­li alarm wstęp­ny.

- Nie­waż­ne - rzekł Mar­cel - byle Frank­fur­tu nie ru­sza­li.

- Pa­no­wie - po­wie­dział Leo - mó­wi­cie bzdu­ry. Cóż zna­czy ka­rie­ra nie­miec­kie­go pu­bli­cy­sty wo­bec ka­rie­ry nie­miec­kie­go kel­ne­ra. Pa­no­wie, je­ste­ście wszy­scy tu­taj w do­sta­tecz­nym stop­niu brud­ny­mi, kre­tyń­ski­mi cu­dzo­ziem­ca­mi, o ra­so­wo zde­ge­ne­ro­wa­nych umy­sło­wo­ściach, aby tego nie po­jąć. Zwy­cię­ski, nie­miec­ki kel­ner bę­dzie kie­dyś pa­nem sy­tu­acji i za­nie­sie praw­dzi­wą eu­ro­pej­ską cy­wi­li­za­cję na ko­niec świa­ta. Miej­my na­dzie­ję, że tak­że na Ta­hi­ti, gdyż od dłuż­sze­go cza­su pra­gnę wy­ką­pać się w mo­rzach po­łu­dnio­wych.

- Z tobą mogą być kło­po­ty, Leo - po­wie­dzia­łem. - Trud­no­ści z apa­ry­cją.

- W isto­cie - po­wie­dział Piotr - nie­miec­ki kel­ner po­wi­nien być, jak się do­my­ślam, zręcz­nym, uj­mu­ją­cym blon­dy­nem o ja­snych, otwar­tych i głu­pich oczach, uczci­wym i pro­sto­dusz­nym, ty zaś, Leo, je­steś sta­rym zło­dzie­jem o ży­dow­skiej gło­wie do in­te­re­sów i, nie gnie­waj się, wy­glą­dzie ar­gen­tyń­skie­go su­te­ne­ra na go­ścin­nych wy­stę­pach w Pa­ry­żu, pro­szę cię, nie miej mi tego za złe...

- My­ślę, że Piotr ma ra­cję, dro­gi Leo - po­wie­dzia­łem. - Ra­czej do­ko­nasz ka­rie­ry jako mo­del do an­ty­se­mic­kich pla­ka­tów i ka­ry­ka­tur w "Stür­me­rze".

- Fakt - wes­tchnął Leo - że moja ro­dzi­na zaj­mu­je się od po­ko­leń ro­bie­niem pie­nię­dzy ze wszyst­kie­go, cze­go się do­tknie, nie mógł nie wy­wrzeć wpły­wu na mój wy­gląd ze­wnętrz­ny. Sko­ro jed­nak nie wy­mor­do­wa­li nas lu­dzie Him­m­le­ra, zna­czy, że je­ste­śmy z po­cho­dze­nia Fe­ni­cja­nie.

- To wca­le nie ta­kie głu­pie - rzekł Mar­cel - co mó­wił Leo. Nie ma­cie po­ję­cia, czym był do­bry kel­ner we Fran­cji przed woj­ną. Na­praw­dę do­bry, kla­so­wy kel­ner pra­co­wał tyl­ko trzy mie­sią­ce w se­zo­nie, naj­czę­ściej na Ri­vie­rze, do­kąd je­chał jak ksią­żę-pan, za­re­zer­wo­wa­nym prze­dzia­łem pierw­szej kla­sy, oto­czo­ny przez nad­ska­ku­ją­cą służ­bę, wy­twor­ny, bo­ga­ty. Wiem, bo mam wuja, któ­ry jest sław­nym na całą Fran­cję kel­ne­rem. Ubie­rał się do woj­ny tyl­ko na Old Bond Stre­et w Lon­dy­nie, w trzy­dzie­stym siód­mym miał naj­droż­sze­go ca­dil­la­ca w Pa­ry­żu, tuż przed woj­ną ku­pił od ja­kie­goś hra­bie­go po­sia­dłość nad Lo­arą. Mój Boże, cóż za wspa­nia­ły fa­cet...

Mar­cel ge­sty­ku­lo­wał żywo dłu­gi­mi dłoń­mi: mimo wy­glą­du ary­sto­kra­ty po­cho­dził z ro­dzi­ny re­stau­ra­tor­sko-kel­ner­skiej, gdzieś z Met­zu czy in­ne­go mia­sta Lo­ta­ryn­gii, skąd po­cho­dzi­ła rów­nież jego wy­bor­na zna­jo­mość nie­miec­kie­go. Był pra­co­wi­ty, oszczęd­ny, uczci­wy i po­czci­wy, nie­co tyl­ko za­ko­cha­ny w swej wła­snej uro­dzie, w swym pięk­nym, bar­dzo dłu­gim, wą­skim cie­le, w swej po­dłuż­nej, wy­kwint­nie skro­jo­nej twa­rzy i gło­wie, zdob­nej w ja­sno­zło­ci­ste, je­dwa­bi­ste loki, jak z re­kla­mo­wych po­do­bizn współ­cze­snych efe­bów, gło­szą­cych chwa­łę pły­nu do wło­sów "Si­lvi­krin". Ko­chał się na­mięt­nie w gim­na­sty­ce po­ran­nej, han­tlach, sprę­ży­nach ćwi­czeb­nych, har­cer­skim sprzę­cie, no­żach i ko­che­rach, w spo­rcie, dre­sach i ko­szul­kach z em­ble­ma­ta­mi sław­nych dru­żyn, w tym wszyst­kim, co na­zy­wał kul­tu­rą fi­zycz­ną, a co słu­ży­ło za­rów­no kon­ser­wa­cji i pie­lę­gna­cji bar­dzo wy­so­kie­go, lecz nie­co wą­tłe­go kor­pu­su, jak też kom­pen­so­wa­ło wro­dzo­ną prze­cięt­ność jego eg­zy­sten­cji. Był kel­ne­rem z po­cho­dze­nia, tra­dy­cji, umi­ło­wa­nia, jego pla­ny i ide­ały za­my­ka­ły się w wy­ko­rzy­sta­nej do mak­si­mum oso­bi­ste­go po­wo­dze­nia sfe­rze spraw kel­ner­skiej tacy, bez wzglę­du na to, pod jaką sze­ro­ko­ścią czy dłu­go­ścią geo­gra­ficz­ną by­ła­by ona no­szo­na. To wła­śnie łą­czy­ło go z Leo, któ­ry wy­glą­dał, w naj­lep­szym wy­pad­ku, jak mło­do­cia­ny po­moc­nik fry­zje­ra z Pu­er­to Rico, był jed­nak po­tom­kiem słyn­nej frank­furc­ko-wie­deń­skiej dy­na­stii ho­te­lar­skiej o nie­po­rów­na­nie droż­szym, wiel­ko­bur­żu­azyj­nym stem­plu niż obe­rży­stow­skie po­cho­dze­nie Mar­ce­la. W cią­gu kil­ku­dzie­się­ciu ostat­nich lat każ­dy mę­ski po­to­mek fa­mi­lii Leo koń­czył bądź stu­dia ho­te­lar­skie w Szwaj­ca­rii, bądź ku­char­skie we Fran­cji, po czym dłu­go prak­ty­ko­wał w za­przy­jaź­nio­nych - broń Boże nie wła­snych! - przed­się­bior­stwach, po­czy­na­jąc od naj­niż­szych szcze­bli kel­ner­skiej lub ku­chen­nej po­słu­gi, po to, aby po la­tach prze­jąć i wzo­ro­wo pro­wa­dzić je­den z wiel­kich ho­te­li ro­dzin­nych, roz­sia­nych w po­łu­dnio­wych Niem­czech i Au­strii.

- W tym coś jest, co mówi Mar­cel - po­wie­dział Leo; wy­jął świe­żą pacz­kę pa­pie­ro­sów ati­kah, od­pie­czę­to­wał, po­czę­sto­wał każ­de­go z nas. Zła­pa­li­śmy wszy­scy skwa­pli­wie za pa­pie­ro­sy. - Do­sko­na­le ro­zu­miem - cią­gnął da­lej, jak­by w roz­ma­rze­niu - że może być taki kel­ner-mi­lio­ner, pan nie­zwy­kle wy­twor­ny i sub­tel­ny, któ­re­mu pła­ci się kro­cie za je­den nie­po­wta­rzal­ny gest przy ser­wo­wa­niu ho­ma­ra; w ru­chach ma coś z ba­let­mi­strza, jego ukłon jest pe­łen sza­cun­ku i wdzię­ku, na­le­wa wino i po­pra­wia ser­we­tę jak nikt na świe­cie, za­ba­wia go­ścia roz­mo­wą peł­ną cza­ru i dow­ci­pu; uno­si się wo­kół nie­go aura po­etycz­no­ści i do­sko­na­ło­ści. Wszy­scy dy­rek­to­rzy ma­ître d'hôtel bła­ga­ją na klęcz­kach, aby mistrz ze­chciał u nich po­da­wać, pła­cą mu mi­lio­ny w każ­dej wa­lu­cie, za któ­re on z ko­lei ku­pu­je so­bie jach­ty, wil­le, li­mu­zy­ny, pięk­ne ko­bie­ty i wy­gląd an­giel­skie­go lor­da z uni­wer­sy­tec­kim wy­kształ­ce­niem. Za­wsze uwa­ża­łem i uwa­żam, że coś ta­kie­go jest moż­li­we i może sta­no­wić cel ży­cio­wych dą­żeń.

- Skąd ty bie­rzesz co­dzien­nie świe­żą pacz­kę pa­pie­ro­sów? - za­in­te­re­so­wał się Piotr. - Czyż­by two­ja fe­nic­ka ro­dzi­na zna­la­zła spo­sób na na­szą ty­to­nio­wą nę­dzę?

- Nie myśl o dro­bia­zgach - od­parł Leo; jego ciem­ne, mą­dre, tro­chę po­gar­dli­we, a tro­chę bo­jaź­li­we oczy w smar­ka­czow­skiej twa­rzy bez za­ro­stu, pod czar­ny­mi, lśnią­co wy­po­ma­do­wa­ny­mi i przy­li­za­ny­mi wło­sa­mi, za­da­wa­ły cią­gle kłam niby nie­waż­nym, osten­ta­cyj­nie po­ro­zu­mie­waw­czym sło­wom. Wy­cią­gnął pacz­kę raz jesz­cze z kie­sze­ni, wy­jął jed­ne­go pa­pie­ro­sa i po­ło­żył przed Pio­trem. - Masz - po­wie­dział - ale nie mów ni­ko­mu. Sza.

Piotr wy­jął z kie­sze­ni duże bla­sza­ne pu­deł­ko po luk­su­so­wych pa­pie­ro­sach "mu­rat­ti", w któ­rym trzy­mał luź­ny ty­toń z ro­ze­rwa­nych i po­szat­ko­wa­nych nie­do­pał­ków, i scho­wał "ati­kę". Leo wstał, prze­cią­gnął mi­zer­ną, szczu­płą i ni­ską po­stać i zdjął frak, któ­ry miał na so­bie, aby go od­wie­sić od szaf­ki. Był to zna­ko­mi­ty, wy­bor­nie skro­jo­ny i do­pa­so­wa­ny frak z przed­wo­jen­nej kre­py; jak wszyst­ko, co Leo no­sił: ko­szu­le, buty, musz­ki, ude­rza­ło wy­so­ko­ścią ga­tun­ku.

- Nie ma rady - po­wie­dzia­łem - mu­szę ci dać kie­dyś w łeb i za­brać ten frak. Jako com­mis mo­żesz no­sić bia­łą kurt­kę, zaś ja nig­dy w ży­ciu, na­wet jako am­ba­sa­dor od­ro­dzo­nej oj­czy­zny, któ­rym na pew­no kie­dyś zo­sta­nę, nie do­chra­pię się ta­kie­go fra­ka.

- Nie rób tego - rzekł Leo. - Po pierw­sze, jest na cie­bie o wie­le za wą­ski w ra­mio­nach. Po dru­gie, po­wie­szą cię, je­śli ośmie­lisz się pod­nieść rękę na czy­sto ra­so­we­go Niem­ca, przed­sta­wi­cie­la ger­mań­skiej rasy twych pa­nów. - Było jed­nak w jego gło­sie coś, co wska­zy­wa­ło, że w ja­kimś stop­niu oba­wia się ewen­tu­al­no­ści wy­własz­cze­nia go z fra­ka przy po­mo­cy siły i dla­te­go zo­bo­wią­za­ny jest mnie nie lu­bić, mimo iż jako świa­tły, li­be­ral­ny Eu­ro­pej­czyk nie wie­rzy w róż­ne bred­nie roz­po­wszech­nia­ne w ga­ze­tach.

- Dy­żur­ny kel­ner na górę! - roz­le­gło się pi­skli­we wy­cie Jup­pa ze scho­dów. - Śnia­da­nie dla pana Eis­sle­ra!

Prze­łkną­łem ostat­ni kęs, wsta­łem, otar­łem usta po­wo­li i w po­czu­ciu do­bre­go wy­cho­wa­nia, po czym na­gle rzu­ci­łem się do kuch­ni. Za mną sły­sza­łem gwał­tow­ny ru­mor od­su­wa­ne­go w po­śpie­chu sto­łu i tu­pot go­nią­cych mnie Pio­tra, Mar­ce­la i Leo: wy­plu­wa­li z sie­bie ser­ce, by zna­leźć się w of­fi­sie przede mną.

- Śnia­da­nie dla pana Eis­sle­ra! - za­wo­ła­łem grom­ko, lecz z wy­wa­żo­nym sza­cun­kiem, przed ku­chen­nym kon­tu­arem. Na kon­tu­arze sta­ło już ma­sło, jaj­ka i śmie­tan­ka, en­tre­me­tier przy­niósł dzba­nu­szek z kawą i por­cją luk­su­so­we­go dże­mu. Ob­cią­gną­łem kurt­kę i po­pra­wi­łem musz­kę, wsta­wi­łem wszyst­ko na tacę i ru­szy­łem z na­masz­cze­niem w górę. W of­fi­sie po­sta­wi­łem tacę na sto­le służ­bo­wym, po­środ­ku sto­ją­cych wo­ko­ło Mar­ce­la, Pio­tra, Leo, Jup­pa i Pier­re'a, po czym unio­słem wiecz­ko dzba­nusz­ka od kawy, raz jesz­cze przy­gła­dzi­łem musz­kę i wy­sze­dłem na salę. Pan Eis­sler sie­dział tuż przy wej­ściu do of­fi­su. Ukło­ni­łem się swo­bod­nie, lecz z na­leż­nym po­wa­ża­niem. - Dzień do­bry - po­wie­dzia­łem - czy moż­na panu po­dać śnia­da­nie, pa­nie dy­rek­to­rze?

- Dzień do­bry - od­parł grzecz­nie pan Eis­sler i uśmiech­nął się krzy­wo, co mia­ło ozna­czać ła­ska­wość. - Wła­śnie na nie cze­kam - do­dał od razu kwa­śniej - pro­szę, pro­szę po­dać. Po to tu sie­dzę.

Skło­ni­łem się raz jesz­cze z apro­ba­tą i wró­ci­łem do of­fi­su. Wzią­łem z pół­ek na­kry­cie, za­sta­wę, ser­we­tę.

- Już? - spy­ta­łem.

- Nie - od­parł Piotr - cze­ka­my na cie­bie.

- Kawa bę­dzie zim­na - za­tro­skał się Leo.

- Pluj­cie mało - po­wie­dzia­łem - żeby nie wy­sty­gła do resz­ty. Piotr splu­nął obo­jęt­nie i wziął się do krę­ce­nia pa­pie­ro­sa w pal­cach. Leo po­wie­dział:

- Już mnie to prze­sta­ło ba­wić... - i wy­szedł. Wszedł Ves­se­ly.

- Za­nieś mu już tę kawę - po­wie­dział - po­tem znów wszyst­ko pój­dzie na mnie. Że ty się grze­biesz, że kawa zim­na.

- Ulżyj so­bie, Zde­nek - rzekł Piotr i Ves­se­ly splu­nął do dzban­ka bez więk­szych ce­re­gie­li ani emo­cji. Pier­re dła­wił się ze śmie­chu, jak za­wsze, ale nie pluł. - Nie mogę - po­wie­dział tyl­ko do mnie, po fran­cu­sku. - Mogę ode­rżnąć mu rękę tę­pym scy­zo­ry­kiem, albo wy­łu­pić oczy, ale tego nie mogę zro­bić. Za­nad­to je­stem kel­ne­rem. - Ba­wił się przy tym wy­bor­nie, tarł po­wie­ki z ra­do­ści.

- Te­raz ja - po­wie­dział Jupp - będę pluł dłu­go i ob­fi­cie. Może mu to w gar­dle sta­nie, temu psu... - Rze­czy­wi­ście, przy­mie­rzył się so­lid­nie i za­wie­si­ście.

- Do­syć - po­wie­dzia­łem - bo kawa zmie­ni ko­lor.

- Lej mu od razu ze śmie­tan­ką - do­ra­dził Piotr. Jupp ocie­rał rę­ka­wem usta.

- Jesz­cze mi zo­sta­ło dużo śli­ny z tego, co prze­zna­czy­łem na dziś - po­wie­dział z ża­lem. - Po­zwól jesz­cze tro­chę.

- Nie - od­par­łem; za­mie­sza­łem kawę ły­żecz­ką, po czym wsa­dzi­łem do niej pa­lec: była rze­czy­wi­ście dość chłod­na. Za­mkną­łem wiecz­ko dzban­ka, unio­słem tacę, Pier­re otwo­rzył mi drzwi i wy­sze­dłem na salę.

- No, już daj na­resz­cie to śnia­da­nie - rzekł pan Eis­sler z po­dej­rza­ną do­bro­tli­wo­ścią. Był ła­ko­my, pa­trzył nie­cier­pli­wie na tacę, cze­ka­jąc na skru­pu­lat­nie opra­co­wa­ną przy­jem­ność po­ran­ne­go po­sił­ku.

- Pięk­na po­go­da dzi­siaj, praw­da? - po­wie­dzia­łem, sta­wia­jąc przed nim fi­li­żan­kę. Ują­łem w jed­ną rękę dzba­nek z kawą, w  dru­gą dzba­nu­szek ze śmie­tan­ką i la­łem rów­no­cze­śnie, wol­no, ze znaw­stwem oba pły­ny do fi­li­żan­ki.

- Bar­dzo ład­na, w isto­cie - uśmiech­nął się kwa­śno-uprzej­mie.

- Czy alarm nie ze­psuł panu nie­dzie­li? - spy­ta­łem tro­skli­wie.

- Och, nie - rzekł tu­bal­nie pan Eis­sler - nas nie do­ty­czył.

- A gdzie byli tym ra­zem ci po­wietrz­ni pi­ra­ci? - spy­ta­łem z od­ra­zą.

- Nig­dzie - rzekł we­so­ło pan Eis­sler. - Od­pę­dzi­ła ich na­sza prze­ciw­lot­ni­cza. Zda­je się, że mu­sie­li zrzu­cić bom­by do Renu, koło Ko­blen­cji.

- Zna­czy się - po­wie­dzia­łem - że już nie ma Ko­blen­cji.

Po­sło­dził i wy­pił łyk kawy. Sta­łem obok, w ser­ce me na­pły­wa­ło po­wo­li uczu­cie bło­giej roz­ko­szy, do­sy­tu, speł­nie­nia, zmie­sza­ne z mści­wą, roz­sa­dza­ją­cą ra­do­ścią, ja­kiej do­zna­je wo­jow­nik, sta­wia­ją­cy nogę na od­cię­tej gło­wie po­wa­lo­ne­go wro­ga.

- Cze­mu ta kawa jest taka cien­ka? - wes­tchnął pan Eis­sler. - Wod­ni­sta?

- Ogra­ni­cze­nia, pa­nie dy­rek­to­rze - wes­tchną­łem rów­nież, ze zro­zu­mie­niem, współ­czu­ciem. - Wia­do­mo, zbo­żo­wa, wszy­scy cier­pi­my jed­na­ko­wo.

- Uhm, uhm - mruk­nął pan Eis­sler ła­ska­wie, lecz nie po­twier­dził, że uzna­je ten stan rze­czy za cier­pie­nie: nie po­zwa­lał ani so­bie, ani ni­ko­mu na wda­wa­nie się w roz­wa­ża­nia i oce­nę sy­tu­acji. Roz­wi­nął tyl­ko ser­wet­kę, za­tknął róg za koł­nie­rzyk i roz­po­starł pie­czo­ło­wi­cie nad kla­pa­mi nie­ska­zi­tel­ne­go tu­żur­ka, za­kry­wa­jąc nią szczel­nie po­kaź­nych roz­mia­rów od­zna­kę par­tyj­ną tkwią­cą w le­wej bu­to­nier­ce. Wol­no, ze sma­kiem za­brał się do je­dze­nia. Był bar­dzo za­do­wo­lo­ny, że per­so­nel wie, jak okrop­nie złą, wo­jen­ną kawę musi pić dy­rek­tor "Park-Ho­te­lu".