Rozdział 2
Porucznik Thomas Moer, świeżo upieczony sekretarz pułkownika Lee, szybkim krokiem przemierzał korytarz prowadzący do stołówki. Otworzywszy drzwi, rozejrzał się i ignorując salutujących mu niższych stopniem żołnierzy, podszedł do stojącego w rogu pomieszczenia długiego stołu, przy którym samotnie spożywała posiłek tylko jedna osoba. Część twarzy zasłaniała mu rozwichrzona ciemna czupryna, co wywołało niesmak u Moera, będącego zwolennikiem surowych zasad dotyczących schludnego wyglądu u żołnierzy.
- Kapitanie Cain. - Porucznik zasalutował przepisowo i wyprostował się z szacunkiem. - Pułkownik wzywa pana do siebie.
Młody mężczyzna, do którego się zwrócił, ukroił sobie kolejny kawałek pieczeni, włożył go do ust i zaczął spokojnie przeżuwać.
- Kapitanie? - Sekretarz chciał jak najszybciej wypełnić swoje zadanie oraz pokazać, że kompetentnie i sprawnie potrafi załatwić każdą sprawę. Nie doczekawszy się żadnej reakcji, oparł dłoń na stole i dodał: - Natychmiast, kapitanie.
Michael Cain błyskawicznie obrócił stępiony latami używania nóż w dłoni i wbił go pomiędzy rozłożone palce porucznika, jakby wbijał go w masło, tylko głośniej. Dużo głośniej.
Moer wrzasnął i odskoczył jak rażony piorunem. Stół skrzypnął przeciągle, gdy kapitan płynnym ruchem wyciągnął nóż z blatu, wytarł go serwetką i ze spokojem wrócił do krojenia jedzenia.
Kurczowo trzymając nienaruszoną dłoń przy piersi, Moer rozejrzał się błędnie dookoła. Natychmiast zorientował się, że rozmowy przycichły, a żołnierze zerkają na nich nerwowo. Nieomal podskoczył, gdy poczuł na ramieniu ciężką dłoń. Zaskoczony uniósł głowę, by spojrzeć na twarz stojącego obok potężnego, prawie dwumetrowego olbrzyma.
- Starszy chorąży Milo Yang, jednostka operacyjna 113B - zameldował ten, salutując. - Panie poruczniku, proszę o wybaczenie. Kapitan Cain jest dzisiaj w nieco drażliwym humorze, ale zapewniam, że uda się niezwłocznie do pułkownika. Niezwłocznie - podkreślił stanowczo, a następnie pochylił się nieco i z chłopięcym uśmiechem potargał się z zakłopotaniem po jasnej, płowej czuprynie. - To jest, gdy tylko zakończy posiłek.
Moer, któremu kolory powoli wracały na twarz, odchrząknął, prostując się, aby zachować resztki nadszarpniętej godności.
- Oby tak się stało - mruknął, rzucając oburzone spojrzenie na przeżuwającego ze znudzeniem oficera. Odwrócił się na pięcie i wyszedł z sali.
Yang również spojrzał na swojego przełożonego i westchnął głęboko. Kapitan Michael Cain swoim niekonformistycznym i ponurym obejściem nieustannie zyskiwał sobie nowych wrogów wśród dowództwa korpusu, co przekładało się na jakość funkcjonowania ich jednostki w bazie. Przydzielano im najgorsze zadania, doproszenie się o wymianę podniszczonych mundurów graniczyło z cudem, a ich podania o przepustki i dni wolne wiecznie "przypadkiem" trafiały w niewłaściwe przegródki albo tygodniami leżały na samym dnie stosu dokumentów do podpisania przez dowódcę kadr.
- Yang - rzucił zdawkowo Cain, przechodząc obok niego w drodze po dokładkę. Głową sięgał swojemu podwładnemu ledwie do ramion. Na pierwszy rzut oka chorąży wyglądał, jakby mógł zgnieść swojego bezpośredniego przełożonego jak muchę. Sam Yang wiedział jednak, że były to tylko pozory; ci, którzy dali im się zwieść, szybko się o tym przekonywali, najczęściej na własnej skórze, i to wyjątkowo boleśnie.
- Kapitanie - odpowiedział na powitanie, uśmiechając się i kręcąc głową, po czym wrócił na swoje miejsce, witany klepnięciami w plecy.
Pół godziny później Cain szedł na spotkanie z pułkownikiem, środkiem korytarza, jak to miał w zwyczaju, lekko przygarbiony, z rękoma wciśniętymi w kieszenie spodni, ze spuszczoną, pogrążoną w myślach głową. Nie reagował na powitania i zmuszał wszystkich do omijania go szerokim łukiem. Jego zachowanie od zawsze było solą w oku przełożonych, ale kiedy dowództwo zorientowało się, że żadna kara czy nagana nie daje rezultatów, zaczęto przymykać oko na jego dziwactwa. Poza tym kapitan Cain był niekwestionowaną legendą - jego misje zawsze kończyły się niezaprzeczalnym sukcesem. Jego jednostka od dwóch lat nie prowadziła naboru. Nieważne, jak trudna była misja, jak wymagające warunki, jakie zasadzki zastawił wróg - wszyscy zawsze wracali. Zawsze.
Gdy dotarł na miejsce, drzwi otworzyły się i Cain stanął przed starszym stopniem oficerem.
- Z drogi, Cain - wycedził mężczyzna, widząc, kogo ma przed sobą, i wychodząc, trącił go umyślnie ramieniem.
Kapitan prychnął, przyzwyczajony do takich powitań, i przytrzymał stopą zamykające się drzwi. Wszedł do niewielkiego pomieszczenia, które służyło jako gabinet sekretarza pułkownika Lee.
Porucznik Thomas Moer poruszył się na krześle, gotów poderwać się i powitać wyższego stopniem oficera, ale gdy ujrzał Caina, poprawił jedynie krawat, mruknął coś pod nosem i machnął ręką w stronę drzwi.
Ten zdawał się go nie dostrzegać. Kilkoma krokami pokonał gabinet, zatrzymał się przed drzwiami i popatrzył z niechęcią na klamkę.
- Może się pan gapić na nią, ile chce, kapitanie Cain - mruknął Moer ironicznie pod nosem, otwierając gruby dziennik i notując coś zawzięcie. - "Sezamie, otwórz się" raczej nie zadziała.
Cain już miał wyciągnąć dłoń z kieszeni, gdy drzwi jednak otworzyły się niespodziewanie. Pierwsze, co zobaczył, to wypolerowane półbuty z czarnej skóry i nieskazitelne, wyprasowane w kant granatowe spodnie, których idealne dopasowanie świadczyło o tym, że zostały wykonane na zamówienie. Cain był pewien, że zapięta na wszystkie guziki marynarka skrywa pod spodem śnieżnobiałą koszulę bez jednego zagniecenia.
- Ach, kapitan Cain, jak mniemam - powitał go uprzejmie młody oficer, choć z pewnością słyszał słowa sekretarza i odsunął się, by wpuścić go do gabinetu dowódcy bazy. - Pułkownik Lee niestety musiał na chwilę wyjść, ale z pewnością wkrótce się pojawi.
Cain wmaszerował do gabinetu. Zerknął na rozłożone na biurku mapy, pozostawione na widoku, jakby pułkownik rzeczywiście musiał nagle wyjść. Na siedzeniu jednego z dwóch obitych brązową skórą foteli stojących przed tym potężnym dębowym meblem leżała oficerska czapka, a o jego nogę oparta była elegancka skórzana aktówka.
- Bardzo mi miło poznać pana osobiście - kontynuował oficer z subtelnym entuzjazmem. - Proszę pozwolić, że się przedstawię: major Emil Stallard.
Cain z niechęcią zerknął na wyciągniętą ku niemu dłoń o idealnie przyciętych, wypielęgnowanych paznokciach. Dłoń bez śladu zadrapań i zabliźnionych ran. Dłoń kogoś, kto spędzał czas w wojsku, siedząc za biurkiem. Podniósł głowę i spojrzał na twarz jej właściciela. Spod gęstej blond czupryny, wystylizowanej zgodnie z obowiązującym regulaminem i przeciętej niesymetrycznym, ale prostym jak od linijki przedziałkiem, patrzyły na niego przyjaźnie bystre zielone oczy. Emil Stallard był stanowczo zbyt młody na swój stopień; wyglądał, jakby wczoraj skończył liceum, a potem - dla zabawy - wziął udział w sesji zdjęciowej do wojskowego biuletynu. Perfekcyjny wygląd, nieskazitelna cera, smukła sylwetka, idealny wzrost.
Cain od razu stwierdził, że go nie polubi.
- Kapitan Michael Cain - mruknął. Wyciągnął dłonie z kieszeni i omijając wyciągniętą do niego rękę, skrzyżował je na piersi. Oparł się o brzeg biurka, spuścił głowę i przymknął oczy, ucinając możliwość jakiejkolwiek rozmowy.
Emil Stallard uniósł brwi, ale natychmiast uśmiechnął się wyrozumiale i rozsiadł się na fotelu, założył nogę na nogę i umieścił na kolanie swoją czapkę. Przez kilka minut czekali w ciszy.
Gdy wreszcie drzwi się otworzyły i stanął w nich pułkownik Faraji Lee, major Stallard podniósł się i skłonił z szacunkiem. Ciemne rzednące włosy dowódcy przyprószone były siwizną, ale ciemnobrązowe sokole oczy spoglądały przenikliwie, a dopasowany fason munduru podkreślał brak choćby grama zbędnego tłuszczu.
Pułkownik zerknął na Caina i zacisnął usta w wąską linię.
- Wygląda na to, że kapitan zechciał nas wreszcie zaszczycić swoją obecnością, majorze - wycedził, a ten, o którym była mowa, drgnął ledwie dostrzegalnie, kiedy dowódca pochylił się ku niemu i warknął prosto do ucha: - Zabieraj dupsko z mojego biurka, Cain!
Kapitan posłusznie stanął obok Stallarda, obserwującego sytuację z lekkim rozbawieniem, ale natychmiast wcisnął zwisające luźno ręce w kieszenie spodni.
- Nie będziemy tracić czasu na zbędne frazesy - zaczął Lee, gdy tylko rozsiadł się wygodnie w olbrzymim skórzanym fotelu za biurkiem. - Major Stallard z Korpusu Naukowo-Badawczego S5 przyjechał do nas z prośbą o wsparcie operacyjne. Najwyraźniej, kapitanie Cain, słynie pan nie tylko z braku manier, gdyż prośba dotyczy konkretnie pana i pańskiej jednostki operacyjnej 113B. Majorze, zechce pan wyjaśnić szczegóły zadania.
- Ależ oczywiście. - Emil Stallard sięgnął po aktówkę i wyciągnął z niej nową teczkę z ciemnej tektury, zawiązaną białą tasiemką.
Cain nie mógł się powstrzymać od lekkiego uniesienia brwi. Wewnątrz leżały poukładane równo kartki i czarno-białe zdjęcia, posortowane według wielkości. Nie na oko czy mniej więcej - idealnie posortowane.
- Dziesięć lat temu atak na Pałac Rosenthaalów ostatecznie zakończył działania militarne naszych wojsk i rozpoczął fazę stabilizacyjną - zwrócił się do nich major. - Tym samym nasz cel, czyli przejęcie terenów centralnych i włączenie ich do strefy kontroli, został zrealizowany.
Stallard wyciągnął zdjęcie klasycznej prostokątnej rezydencji z podwójnymi drzwiami skrytymi w cieniu dwóch rzędów kolumn zwieńczonego frontonem portyku. W budynku brakowało okien, a jego biała fasada była miejscami czarna od sadzy pozostałej po pożarze. Za budynkiem, w oddali, wznosiła się dumnie ciemna kolumna Filaru Centralnego.
Cain rzucił na nią pobieżnie okiem i przeniósł wzrok na krajobraz rozciągający się za oknem. Stallard tymczasem rozłożył na biurku plany budynku, wygładził je lekko i położył na nich dłoń.
- Od tamtego czasu tereny pałacowe i sam budynek, który pozostaje niekwestionowanym symbolem nieżyjącej już rodziny Rosenthaalów, znajdują się pod bezpośrednim nadzorem Republiki. Od kilku miesięcy jednak bojówki lojalne Rosenthaalom próbują naprzemiennie odbić lub zniszczyć Pałac.
- Obecny status? - zapytał Cain, z premedytacją przesuwając zdjęcie tak, że jego róg nachodził teraz na plan budynku.
- Nieznany - odparł Stallard z westchnieniem, poprawiając fotografię do poprzedniej pozycji. - Ostatni kontakt z jednostką badawczą odnotowano dwa dni temu. Istnieje prawdopodobieństwo, że obiekt został przejęty przez podziemną organizację militarną dążącą do ponownego odłączenia terenów wewnętrznych od Republiki...
- Młody Świt - mruknął pod nosem Cain.
Major spojrzał na niego z uznaniem.
- Dokładnie.
- Cel misji?
- Rozpoznanie sytuacji, przejęcie kompleksu i zabezpieczenie go przed dotarciem zastępczych jednostek technicznych i nadzorujących.
Cain kiwnął akceptująco głową.
- Sytuacja jest pilna. Za pana zgodą, pułkowniku Lee, chciałbym wyruszyć jak najszybciej. Najpóźniej za trzy, cztery godziny - oznajmił Stallard, podając teczkę dowódcy, a gdy ten skinął przyzwalająco głową, dodał: - Zostawiam plany budynku i terenów przypałacowych, proszę zapoznać z nimi swoich ludzi, kapitanie. Szczegóły operacji omówimy na odprawie, powiedzmy... za godzinę?
Cain kiwnął ponownie głową, a major uśmiechnął się szeroko, błyskając idealnym uzębieniem. Wcisnął czapkę na głowę i zasalutował na pożegnanie pułkownikowi.
- Stallard - powiedział nagle Cain, odwracając się i zatrzymując majora z ręką na klamce. - Dlaczego 113B? Jest wiele innych jednostek, innych baz, położonych bliżej S5 i bliżej Pałacu.
- Wiele o panu słyszałem, więc załóżmy, że po części jest to prywatna ciekawość - odparł zapytany po krótkim zastanowieniu.
- A ta druga część? - drążył Cain.
- Polecenie służbowe oczywiście - odpowiedział spokojnie Stallard i wyszedł, zamykając za sobą cicho drzwi.
Cain i pułkownik w milczeniu patrzyli na rozłożone na biurku mapy i zdjęcia.
- No i co o tym myślisz? - zapytał wreszcie Lee.
- Nic miłego.
- Mhm - mruknął pułkownik, wstając i opierając się ciężko na oparciu fotela. - Nie podoba mi się to, Cain. Ta misja śmierdzi na kilometr. Z chęcią posłałbym tego wypacykowanego lalusia do wszystkich diabłów, ale zobacz, kto podpisał rozkaz.
Cain przejrzał szybko dokumenty w teczce i zamknął ją z trzaskiem.
- Niezły plecaczek - skwitował.
- Mhm, komuś bardzo zależało na tym, żebyś się tam pojawił, a nasz świeżo upieczony major ma...
- ...mnie obserwować.
- Coś jest na rzeczy - oznajmił pułkownik z lodowatym spokojem. - Jeszcze nie wiem co, niestety, ale dowiem się wkrótce. Na razie jesteś zdany na siebie.
Kapitan kiwnął głową i zgarnął mapy pod pachę.
- Nic nowego.
Lee otworzył teczkę i zatrzymał wzrok na podpisie pod rozkazem.
- Cain, dopilnuj, żeby laluś wrócił w jednym kawałku.
- Mhm - mruknął ten bez entuzjazmu i wyszedł, zostawiając dowódcę bazy pogrążonego w myślach.
Wstąpił do budynku jednostki szkoleniowej i zarezerwował salę konferencyjną, wpisując numer swojej jednostki w harmonogram przy drzwiach, po czym skierował się do baraków. Szedł szybkim krokiem przez betonowe przestrzenie bazy wojskowej, mijając rzędy szarych, niskich budynków z numerami wyblakłymi od słońca. Podeszwy jego butów uderzały z chrzęstem o żwirową ścieżkę, ich rytm mieszał się z odgłosami ćwiczeń i głośnymi pokrzykiwaniami, przerywanymi czasami krótkimi wybuchami śmiechu. Minął stację paliw i skręcił w boczną alejkę pomiędzy stołówką a warsztatami technicznymi. Powietrze zapachniało smarem, zupą i spalenizną.
W oddali, za rzędem kontenerów, ujrzał wreszcie budynek, w którym spali żołnierze batalionu B. Stał na uboczu bazy, jakby celowo został odseparowany od reszty budynków, żeby zmęczenie i sen nie wchodziło w drogę wojskowej dyscyplinie. Prosty, funkcjonalny, bez żadnej ozdoby - zwykły parterowy barak z czerwonej cegły, pokryty porośniętą mchem blachą. Przy ścianie od zachodu stały dwie zdezelowane ławki, na których wieczorami można było zobaczyć kilku żołnierzy wpatrujących się w dal z papierosem w ustach. Mur przy ławkach pokryty był rysami i śladami kopnięć - pamiątkami po burzliwych powrotach z ćwiczeń.
Wejściowe drzwi zatrzeszczały i po chwili stanął przed pokojem swojego oddziału. Tym razem bez zastanowienia zapukał i otworzył drzwi.
Czterech mężczyzn poderwało się z łóżek i stanęło na baczność, reszta oddziału wciąż kończyła przydzielone im na ten dzień obowiązki.
Cain kiwnął głową.
- Mamy nowe zadanie. Odprawa o siedemnastej w trójce. Yang, powiadomisz majora Stallarda, który będzie dowodził.
- Tak jest!
- Mapy terenu. - Wręczył kartki Yangowi i ruszył do swojego pokoju.
Chciał wykorzystać każdą chwilę na odpoczynek. Nad ranem wrócił z krótkiej, ale wyczerpującej jednoosobowej misji i choć uzupełnił część straconej energii obfitym posiłkiem, wciąż czuł się zmęczony. Marzyły mu się chociaż trzy godziny porządnego snu, ale wiedział, że będzie musiał się zadowolić zwyczajową czujną drzemką. Dlatego gdy tylko zamknął drzwi pokoju, natychmiast położył się na łóżku z rękoma pod głową i pogrążył w stanie regeneracyjnego półsnu - techniki, której wiele lat temu nauczył go pułkownik Lee.
Po chwili stał na zielonym trawniku. Nie obejrzał się na stojący za nim budynek, ruszył prosto przed siebie, pod wielki klon rosnący na brzegu rzeki. Już z daleka zobaczył rozłożony w jego cieniu koc i leżące na nim dwie wyciągnięte szczupłe, bose nogi. Mimowolnie uśmiechnął się i przyspieszył kroku. Bezszelestnie podszedł do drzewa i skrył się po drugiej stronie pnia.
- Przecież wiem, że tam jesteś. - Dziecięcy głos wybuchł śmiechem, a zza pnia wychyliła się dobrze mu znana, pełna brązowych loków głowa. - Poczytamy?
Kiwnął głową i usadowił się na kocu. Zawsze otwierali książkę na tej samej stronie, tam gdzie zaczynała się ich ulubiona historia.
Chrząknięcie za drzwiami sprawiło, że sen rozpłynął się momentalnie, i Cain usiadł na łóżku kompletnie wybudzony. Przeczesał włosy palcami. Gdy wychodził, rzucił okiem na dwa podobne grzbiety wśród stojących na półce nad jego biurkiem książek - wciąż jeszcze czuł w dłoniach ciężar jednej z nich, w uszach wciąż dźwięczał mu znajomy śmiech. Wyszedł na korytarz i wcisnął pięści w kieszenie spodni. Wolnym krokiem ruszył na odprawę.
Gdy dotarł do budynku szkoleniowego, był już - zgodnie z planem - kilka minut spóźniony. Zatrzymał się na chwilę, widząc wszystkich członków swojej jednostki oraz majora Stallarda z piątką nieznanych mu żołnierzy na korytarzu przed salą. Zmarszczył brwi i obrzucił Yanga pytającym spojrzeniem, a ten z zakłopotaniem powiedział:
- Major Bale. Nie skończył jeszcze spotkania.
Cain zacisnął zęby, podszedł powoli do drzwi i otworzył je na oścież. Siedzący przy stole obrócili się i zamarli na jego widok. Najstarszy stopniem z nich, lekko łysiejący mężczyzna z potężnym brzuchem wylewającym się znad pasa, siedział u szczytu stołu, notując coś w skórzanym kalendarzu.
Cain poczuł, jak pod skórą wzbiera mu gniew. Reinard Bale reprezentował wszystko, co sprawiało, że armia gniła od środka: karierę zbudowaną na donosach, decyzje podejmowane zza biurka, nieudolne rozkazy rzucane z wyższością do ludzi, którzy później tracili przez nie życie - innymi słowy był uosobieniem tchórzostwa i próżniactwa, zapakowanym w mundur z za ciasnym kołnierzykiem.
- Zamknij drzwi, Cain - oznajmił sucho Bale, odprawiając go pstryknięciem palców. Gruby, nieprzyjemny głos, ledwie maskował nutę pogardy. - Dwadzieścia minut i kończymy.
Cain stał przez chwilę bez słowa, patrząc ponuro przed siebie. Po obu stronach drzwi zapadła krępująca cisza.
- Yang, podaj mi harmonogram.
Chorąży zerknął na metalową ramkę przytwierdzoną śrubami do ściany.
- Kapitanie... - zaczął, ale urwał, widząc lodowate spojrzenie dowódcy. Z westchnieniem podszedł do ściany, chwycił za harmonogram i z wysiłkiem wyciągnął go ze ściany razem z kołkami.
Cain odebrał ramkę i ze spokojem odkręcił metodycznie wszystkie śruby. Przez chwilę ważył je w dłoni, zastanawiał się, czy cisnąć nimi w siedzących, nie zważając na konsekwencje. Ostatecznie schował je do kieszeni, wszedł do sali i zamknął za sobą drzwi. Odprowadzany spojrzeniami zebranych, podszedł do szczytu stołu i stanął obok majora Bale'a. Mężczyzna chciał się podnieść z krzesła, ale Cain błyskawicznie posadził go z powrotem, zaciskając dłoń na jego ramieniu, i z trzaskiem położył przed nim ramkę z harmonogramem.
- Spokojnie, Cain - warknął major.
Zebrani przy stole kapitanowie milczeli jak zaklęci.
- Jestem spokojny, Bale - odparł ten oschle. - Właściwie to chyba się jeszcze dobrze nie przebudziłem. Zechciej łaskawie odczytać, co tu jest napisane - powiedział, wskazując palcem na rubrykę oznaczoną godziną siedemnastą.
Major zacisnął usta w wąską linię, ale gdy Cain mocniej wbił palce w jego ramię, syknął:
- Sto trzynaście B. Prowadzący: Cain.
Kapitan pochylił się nieco, nie zwalniając uchwytu, i omiótł ponurym wzrokiem siedzących przy stole mężczyzn.
- Jest kilka minut po piątej, więc wyjaśnij mi, Bale, czy ja rzeczywiście wciąż jeszcze śnię, czy twoje tłuste dupsko jednak siedzi na moim krześle?
- Opanuj się, Cain! - Siedzący po prawej stronie Kim Brandt, kapitan jednostki taktycznej 209C, zerwał się z miejsca, ale natychmiast usiadł z powrotem, gdy napotkał lodowate spojrzenie zielonych oczu. Rok temu konflikt z Cainem kosztował go tydzień na oddziale szpitalnym ze złamanym nosem i obojczykiem oraz dwoma nadkruszonymi zębami. Cain spędził wtedy trzy tygodnie w izolatce. Brandt nieświadomie potarł dłonią nos i z zażenowaniem przypomniał sobie, jak czekał na chwilę, gdy Cain złamany pojawi się w drzwiach więzienia, ale on tylko podrapał się po zarośniętych policzkach, przeciągnął, ziewnął i ruszył prosto do stołówki, która właśnie zaczęła wydawać śniadanie.
Cain tymczasem zdążył już złapać majora za klapy marynarki i wysyczał mu prosto w twarz:
- Wypierdalaj z mojej sali, Bale!
Major przełknął głośno ślinę.
- Panowie, dokończymy spotkanie później - wycedził upokorzony, nie odwracając od kapitana wzroku pełnego nienawiści.
Mężczyźni natychmiast zerwali się z miejsc i zebrawszy gorączkowo dokumenty, jeden za drugim opuszczali w popłochu salę. Cain wypuścił majora, wygładził pomięte klapy jego marynarki i odsunął się, robiąc mu przejście. Bale poderwał się z krzesła i wrzucił do teczki swój kalendarz. Czując na swoim przedramieniu dłoń, spojrzał na nią z furią.
- Nie zapomnij zawiesić harmonogramu - oznajmił kapitan, chowając dłonie w kieszenie. - Rezerwowanie sali z wyprzedzeniem jest w końcu kluczowym przejawem dobrych manier, majorze.
Bale poczerwieniał z wściekłości, ale chwycił ramkę i wypadł na korytarz, roztrącając stojących przed salą żołnierzy.
Kapitan bez słowa usiadł na zwolnionym przez niego krześle, spuścił głowę i skrzyżował ramiona na piersi. Ze spokojem słuchał, jak jego oddział w milczeniu zajmuje miejsca przy stole. Stallard odchrząknął, skonfundowany, ale jednocześnie lekko rozbawiony całym zajściem.
- Witam wszystkich - zaczął odprawę. - Nazywam się major Emil Stallard i będę dowodził podczas tej misji. Towarzyszą mi porucznik Morgan Stale, porucznik Dan Nether, chorąży Mira Blecev, podporucznik Serge Blanc i kapitan Anna Stern. - Wskazał po kolei na żołnierzy. - Wyjaśnię teraz pokrótce cel misji i przewidywane problemy.
Wszyscy zebrani skupieni byli na słowach majora, więc nikt nie zauważył, gdy Cain drgnął niespodziewanie i pochyliwszy się lekko do przodu, oparł dłonie na stole, wbijając zaskoczony wzrok w siedzącą po lewej stronie Stallarda kobietę. Odpowiedziało mu rozbawione spojrzenie i nieomal niedostrzegalny uśmiech na jej twarzy. Dalsze słowa słyszał jak przez mgłę.
Anna.
Nagle wszystko stało się nieco bardziej przejrzyste. Zawoalowane słowa majora nabrały nowego znaczenia:
"Wiele o panu słyszałem, więc załóżmy, że po części jest to prywatna ciekawość".
Czyli to ona mu o nim opowiedziała. Cain zastanawiał się, jak blisko była ze Stallardem i jak wiele informacji mu przekazała. Do pełnej analizy sytuacji, w której się znalazł, brakowało mu wielu kluczowych danych, postanowił więc odsunąć na później to, co nieuniknione, i zająć się tym, co w tej chwili stanowiło bieżący problem.
Wykonaniem zadania przy jak najmniejszych stratach własnych.
Anna
Gdy major Stallard zapytał mnie kilka miesięcy temu, kiedy pierwszy raz spotkałam Caina, odpowiedziałam, że było to w dniu, kiedy przydzielili go do mojej jednostki w bazie E3. Jednak dużo później przypomniałam sobie, że tak naprawdę zobaczyłam go pierwszy raz kilka tygodni wcześniej.
Było to zaraz po wkroczeniu oddziałów stabilizacyjnych. Po upadku Pałacu Rosenthaalów Dystrykt Centralny poddał się i przeszedł pod kontrolę Republiki. Przy nowo wyznaczonych granicach zaczęto pospiesznie tworzyć bazy wojskowe. Bezpośrednio po wojnie zapotrzebowanie na żołnierzy było duże, ale też wiele osób, które straciło rodziny i dobytek życia, szukało miejsca na ziemi, w którym można było doczekać kolejnego dnia. Widziałam setki takich twarzy: zmęczonych pieszą wędrówką i brakiem żywności, w podartych ubraniach i dziurawych butach, dla których trzy posiłki dziennie, świeży mundur i dach nad głową były niczym spełnienie marzeń. Każdego dnia w rozstawionym przy bramie bazy namiocie pojawiały się dziesiątki chętnych. Nie każdy jednakże zostawał przyjęty i widok tych pozbawionych wszelkiej nadziei twarzy nie opuszcza mnie po dziś dzień.
Michael Cain pojawił się w ostatnich dniach rekrutacji. Podszedł do stolika ze starszym od siebie mężczyzną o jasnobrązowej karnacji i skośnych, nieomal ptasich oczach, który okazał dokumenty potwierdzające stopień kapitański. Oczywiście przyjęto go z otwartymi rękoma; po wojnie wyszkolony oficer był na wagę złota. Na Caina jednak patrzono podejrzliwie. Chłopak był blady, przeraźliwie wychudzony, dobre dziesięć centymetrów niższy niż obecnie, choć i teraz nie grzeszy wzrostem, spod przerośniętej grzywki spoglądały podkrążone oczy, znak, że nie spał od kilku dni, na jego lewym policzku zaś wszystkimi kolorami tęczy mienił się spory siniak.
Skośnooki mężczyzna popchnął go w stronę stolika.
- Odpowiadaj, jak się ciebie pytają, baranie.
Chłopak przygarbił się jeszcze bardziej i głębiej wcisnął dłonie w kieszenie dziurawych spodni; odruch, który pozostał mu do dziś.
- Cain - burknął przez zaciśnięte usta. - Michael, lat siedemnaście.
Siedzący za stolikiem sierżant obrzucił go jeszcze raz podejrzliwym spojrzeniem, ale ostatecznie wypisał formularz i podał go starszemu mężczyźnie. Gdyby nie fakt, że towarzyszył mu młodszy oficer, zostałby niechybnie odprawiony z kwitkiem, ale tym szczęśliwym trafem, nieomal na moich oczach, rozpoczęła się historia legendarnego kapitana Caina.
Sam zainteresowany nie mógł oczywiście przewidzieć czekającej go złej sławy. Choć z upływem lat zdołał nałożyć na twarz maskę obojętności, wciąż pamiętam rozpacz, z jaką obejrzał się za siebie, przekraczając bramę bazy.
Spotkałam go po raz kolejny prawie dwa miesiące później, ale do tego czasu jego osoba stała się już legendą; wtedy jeszcze bynajmniej nie z powodu jego sukcesów. Mianowicie tydzień po rekrutacji Cain zdezerterował po raz pierwszy. Jego dowódca - kapitan Faraji Lee - odnalazł go po dwóch dniach i przywiózł związanego do bazy. Wymierzono mu pięćdziesiąt pasów i dwa tygodnie izolatki o chlebie i wodzie. Dzień po wypuszczeniu go z izolatki Cain uciekł ponownie, tym razem kapitan Lee odnalazł go po czterech dniach. Wymierzono mu sto pasów i dwa tygodnie izolatki o samej wodzie. Dwa dni po opuszczeniu izolatki podobno złapano go kilkaset metrów za bramą; był tak wycieńczony, że ledwie szedł, a jednak jakimś sposobem niepostrzeżenie wydostał się z baraków i poza ogrodzenie bazy. Słyszałam, że płakał, kiedy go wiązano, ale ciężko mi w to uwierzyć. Ponownie otrzymał sto pasów i dwa tygodnie izolatki o samej wodzie. Dwa kolejne tygodnie spędził w szpitalu.
Kiedy dowiedzieliśmy się, że Cain dołączy do naszej jednostki, wszyscy z niecierpliwością czekaliśmy na jego pojawienie się. Gdy wreszcie, ściskając swój przydział, stanął w drzwiach - niepozorny, niski chłopak, z ubraniami wiszącymi na wychudzonym tygodniami głodówki w izolatce ciele - byliśmy... cóż, rozczarowani.
Kapitan Lee popchnął go do środka sali.
- Co tak sterczysz, Cain - warknął poirytowany. - Malone, pokaż mu, gdzie ma spać.
Ledwie za dowódcą zamknęły się drzwi, a wszyscy ruszyli do nowego członka zespołu, który nie był tym zainteresowaniem w ogóle uradowany. Obrzucił zebranych wokół jego łóżka obojętnym spojrzeniem, po czym spokojnie zabrał się za powlekanie przydzielonej mu pościeli. Wzdrygnął się, czując na swoim ramieniu ciężką dłoń kaprala Malone'a. Wyprostował się, strącając ją, i cofnął o krok na dźwięk lawiny pytań, która runęła na niego z każdej strony.
- Dlaczego chciałeś zdezerterować?
- Jak to jest spędzić tyle czasu w izolatce?
- Chłopie, jak ty dałeś radę wytrzymać tyle pasów?!
- Skąd pochodzisz?
- Jak daleko udało ci się uciec za pierwszym razem?
- Masz jakieś doświadczenie wojskowe?
- Kim jest dla ciebie kapitan Lee?
Cain zmarszczył brwi, wcisnął dłonie głęboko w kieszenie i wbił wzrok w podłogę.
- Nazywasz się Michael, tak? - zapytał na koniec nieśmiało Edmund Price, jasnowłosy dziewiętnastolatek, który dołączył do naszej drużyny tydzień wcześniej. Biedaczysko aż skulił się w sobie, kiedy jego pytanie rozbrzmiało w ciszy, która niespodziewanie zapadła.
- Nazywam się Cain - oznajmił obojętnie zapytany, przyjrzawszy mu się najpierw uważnie, i wrócił do ścielenia łóżka.
- Te, dezerter! - Malone ruszył na niego. Złapał go za poły koszuli i nieomal podniósł z podłogi. - Masz się za kogoś lepszego od nas? Myślisz, że dasz sobie radę sam, tak? Taki jesteś chojrak, tak? A może masz chęć znów zwiać przy najbliższej okazji, co?
Cain musiał unieść głowę, by spojrzeć mu w oczy, ale zanim ktokolwiek zdążył się poruszyć, uwolnił się trzema błyskawicznymi uderzeniami. Chwilę później Malone znalazł się na podłodze, kaszląc gwałtownie i klęcząc przed nim z ramieniem zablokowanym w uchwycie, który musiał sprawiać mu sporo bólu.
- Jeśli myślisz, że znalazłeś sobie chłopca do bicia, to pomyśl jeszcze raz - oznajmił spokojnie Cain z kamienną twarzą. - Mam w dupie, kim jesteście, i was też gówno powinno obchodzić, kim ja jestem czy nie jestem. Większości z was i tak nie będzie tutaj za kilka miesięcy. Nie mam ochoty na pieprzone pitu-pitu przy śniadanku i wprost nie znoszę, gdy ktoś mnie dotyka. Zrozumieliśmy się?
Malone pokiwał głową i westchnął z ulgą, gdy Cain uwolnił go z uchwytu. Podniósł się powoli i przez chwilę wpatrywał się w nowego członka jednostki z nienawiścią, której jeszcze nigdy nie widziałam w jego oczach. Tak właśnie, zupełnie nieświadomie, szeregowy Cain zyskał pierwszego zaciętego wroga, i to najgorszego z możliwych. O tym bowiem, że kapral był wrednym, mściwym skurwielem, wiedział każdy w jednostce.
Malone uniósł dłonie i kiwając głową, wycofał się w ciszy. Cain przez chwilę jeszcze studiował z uwagą szczeliny pomiędzy wytartymi deskami w podłodze, po czym powrócił do przerwanej czynności; stłumiony szelest jego pościeli brzmiał wręcz ogłuszająco. Zaścielił łóżko nieskazitelnie, jakby nie robił nic innego przez ostatnie kilka tygodni, wyciągnął się na kołdrze i wsunąwszy dłonie pod poduszkę, spokojnie zasnął.
Atmosfera w sali była tak gęsta, że tego wieczoru wszyscy poszli spać wyjątkowo wcześnie.